Oko smoka

Rozgrywki wywiadów we fragmencie pierwszego tomu trylogii Tomasza Turowskiego „Zabij pożyczonym mieczem”.

Wieczór nie zapowiadał się jakoś nadzwyczajnie. Za okoliczne wzgórza opadał purpurowy dysk słońca, powietrze błyskawicznie się ochładzało, a nadciągający zmierzch napełniał je głosami natury. Wiatr szumiał w gałęziach drzew, a ptactwo nawoływało się. Przez te dźwięki przebijały się znacznie bardziej poważne, prawie dostojne sygnały obecności grubej zwierzyny – porykiwanie łosi i rżenie, ale nie koni lecz reniferów. Gdzieś przebiegały z drobnym stukotem kopyt jelenie, czołgał się wśród kęp iglaków irbis, a czasami zapuszczała się tu z górnych partii szczytów Ałtaju pantera śnieżna. Od czasu do czasu dawał też o sobie znać car tutejszych lasów – niedźwiedź.
Wszystkie te efekty dźwiękowe nie docierały do wytłumionej dyżurki, gdzie przy dwóch konsolach siedzieli ochroniarze cywilni, zmianowo sprawujący całodobową pieczę nad bezpieczeństwem Centrum Optyczno-Laserowego i monitorujący jego strefę ochronną. Szerokie, płaskie ekrany LCD, którymi wytapetowana była ściana naprzeciw ich stanowisk, przekazywały informacje z czujników ruchu, kamer termowizyjnych, optoelektronicznych głowic rozmieszczonych na masztach wokół strefy zamkniętej Centrum, indykatorów miejsca źródeł dźwięku, kamer kontroli przyległej przestrzeni powietrznej, radarów identyfikujących obiekty naziemne i lotnicze, w końcu – system alarmowego naruszenia obwodu elektrycznego drugiego, bliższego obszaru chronionego. Wszystko to czyniło z kompleksu zabudowań, nad którym czuwali, twierdzę o niewidocznych murach. Zresztą mieli pod ręką też coś, co mogło sprawić bolesną niespodziankę nieproszonym gościom, bez względu na to, skąd by nadciągnęli. Dwa czerwone przyciski na każdej konsoli uruchamiały, jeden – pole minowe wokół zabudowań, drugi – otwierał szyby rakiet przeciwlotniczych. Warunkiem aktywacji obu systemów obronnych było naciśnięcie przycisków przez dwóch wartowników naraz. Jeden z nich wykrył właśnie coś nietypowego.
– Słuchaj Wowa, coś mi tu nie gra.
– A co dokładnie, Sasza?
– Mam alert na jednym z odcinków zapory elektrycznej. Wygląda na to, że został uszkodzony.
– No to będzie tam trzeba posłać rano naszych elektryków, niech go naprawią. Ale to chyba nie powód, by ogłaszać alarm.
– Może i tak, ale kamery termowizyjne dały mi na tym odcinku obraz łosia, który przeczołgał się pod drutami, uszkadzając je…
– No i co z tego? Dziwne, że łoś się czołga? Przecież dużo tu wszelakiej zwierzyny. Nie robimy hałasu, szanujemy przyrodę, więc się zwierzaki nie boją i nas nawiedzają.
– Dobra, ale wytłumacz mi, jak to się stało, że łosia nie poraził prąd? Przecież powinien dostać niezłego kopa.
– Mógł się zagalopować, błyskawicznie zerwał druty, poranił się i trochę go kopnęło, ale nie tak, by zagrozić życiu.
– Cofnę pamięć kamery i zobaczę, jak twoja teoria ma się do praktyki.
– O, widzisz, tu galopuje, uderza w druty pod napięciem, przerywa też te żyletkowe. Trwa to moment. Idzie dalej. Wolniej, ale idzie…
– Chyba miałeś rację. Jutro sporządzę raport i wyślę ekipę naprawczą.
Operatorzy uznali incydent za niebyły, wyłączyli odtwarzanie z zapisów kamer. Nie sprawdzili godziny przerwania przez łosia zapory i wyłączenia się tego odcinka z obwodu zamkniętego, bo było dla nich oczywiste, że jest ta sama. Byli skrupulatni. Zdawali sobie sprawę z odpowiedzialności, która na nich spoczywała. Od nich zależało bezpieczeństwo tego, co stanowiło perłę w koronie rosyjskiego kompleksu przemysłowo-obronnego. Choć były to tylko pojedyncze egzemplarze zabójczych laserów, zostały już jednak „przestrzelane”, są gotowe do seryjnej produkcji i wykorzystania na całym obszarze rozległego kraju. Tam, na zapleczu, w głębi Rosji, wrzała gorączkowa praca.
Za kilka miesięcy, na kolejnej Defiladzie Zwycięstwa, przez Plac Czerwony przejadą naczepy mastodonty na wieloosiowych ciągnikach, wiozące olbrzymie sferyczne urządzenia. Będą one wprawdzie częściowo przykryte pokrowcami, ale z widocznym systemem siłowników, który pozwala im na pełną, dookólną ruchomość w pozycji horyzontalnej i pionowej. Będą im towarzyszyły kontenery generatorów, wprawiane w ruch przez przewoźne reaktory atomowe, w których miniaturyzacji i bezawaryjności Rosjanie zdobyli doświadczenie, budując ruchome elektrownie nuklearne na statkach, cumowanych później do nabrzeży przy niedostępnych obszarach Syberii, na których powstawały osady przemysłowe.
● ● ●
Następne dni i noce przebiegały podobnie. Centrum funkcjonowało jak klasyczny szwajcarski zegarek, w którym praca setek trybików, wykonanych z jubilerską dokładnością, składa się na doskonałą precyzję i punktualność wskazywanego czasu.
Naukowcy wprowadzali udoskonalenia do i tak już doskonałego sprzętu, informatycy tłumaczyli ich dzieła na skomplikowane ciągi zero-jedynkowe, na ekranach obracały się projekty nowych urządzeń w różnych projekcjach, drukarki 3D wypluwały ich fragmenty. Pracowała tu elita naukowo-projektancka, wyselekcjonowana z całej rosyjskiej populacji.
Służby ochrony obiektu nie obniżały gardy, skrupulatnie wykonując obowiązki wynikające z regulaminu, uzupełnianego tym, czego żaden regulamin nie jest w stanie przewidzieć, czyli wydarzeniami niesionymi przez każdą chwilę ich pracy.
Przypadki naruszania granicy obszaru chronionego przez zwierzęta powtarzały się, może nie często, ale regularnie, tak, że weszły w repertuar „stałych elementów gry”, na które zwracano coraz mniej uwagi. A to niedźwiedź, a to renifer, skracały sobie nocną drogę, pędząc przez zasieki i to tak, że czasami wchodziły do strefy z zewnątrz, a wychodziły z wewnątrz terytorium ośrodka na innym odcinku. Innym razem zaś powracając na łono przyrody przez otwór zrobiony przez nie wcześniej przy wejściu. Najciekawszy był przypadek irbisa, który podkopał się i prześlizgnął poniżej przewodów pod napięciem. Szef administracji Centrum doszedł do wniosku, że w przyszłym roku budżetowym trzeba będzie wygospodarować kwotę na wykonanie wkopanego przynajmniej na metr w głąb ziemi betonowego cokołu, biegnącego dokładnie pod kablami „zagrody elektrycznej”. Zmusiłoby to nieproszonego gościa do wykonania autentycznego tunelu, a nie prostego podkopu.
Obecnie jednak istniały pilniejsze potrzeby inwestycyjne. Oprócz starego zespołu budynku Centrum, z jedną kulistą instalacją osłaniającą laser wysokiej mocy oraz nowego „krążownika”, który miał na pokładzie dwie wieże z wielkimi, kulistymi kopułami, powstawała trzecia część, która wprawdzie też miała pomieścić dwie instalacje laserowe, ale za to jej fundamenty były bardziej niż pozostałe zagłębione w skalistą, ałtajską glebę. Wykonanie w niej czteropiętrowej struktury było rzeczywiście nie lada zadaniem dla współczesnych Herkulesów. Jednak ciężki sprzęt i doświadczeni ludzie dali sobie z tym radę. Co najdziwniejsze, nie zmniejszyło to ilości wizyt czworonogów w Centrum, tak jakby przywykły one do zgiełku robót za dnia, który jednak zamierał nocą w wyniku protestów licznych organizacji ekologicznych. Domagały się one przestrzegania, choć w części, zasad obowiązujących na terenach parków narodowych i rezerwatów, gdzie w dodatku żyją zwierzęta sklasyfikowane w „Czerwonej księdze” gatunków, którym grozi pełna zagłada.
Budowla trzeciej części Centrum powoli wychodziła już na powierzchnię, ale tym razem najważniejsze było to, co miały kryć kondygnacje podziemne – istna dżungla komputerowa, sprzęt najnowszej generacji, który mimo wszelkich amerykańskich sankcji nakładanych na Rosję, dzięki wysiłkom wywiadu i informatyków rosyjskich, tudzież fragmentarycznej pomocy Pekinu, dotarł tam, gdzie trzeba. „W tym tempie za rok będzie można przecinać wstęgę przy wejściu do nowych laboratoriów”, pomyślał Siergiej Aleksandrowicz, udając się na spoczynek.
● ● ●
Mimo tłumiących hałasy czterowarstwowych, pancernych szyb okien sypialni, Siergieja Aleksandrowicza obudził powtarzający się łomot, przypominający wybuchy. Wyjrzał na zewnątrz i oniemiał. Niebo przecinały smugi ognia, pozostawiane przez pociski rakietowe, wyraźnie zmierzające w kierunku kulistych kopuł.
Po terenie Centrum harcowali jacyś jeźdźcy. Niektórzy z nich zeskoczyli z wierzchowców i mimo intensywnego ognia broni maszynowej Specnazu, którego pluton nie mógł jednak przykryć ostrzałem całej przestrzeni Centrum, dobiegli do głównego wejścia, z którego w chwilę potem wybuchnął oślepiający ogień, roznosząc we wszystkie strony błyszczące odłamki kuloodpornego szkła drzwi.
Na dyżurze w wartowni akurat ponownie byli Wowa i Sasza. Idealne wyciszenie pomieszczenia, w którym pracowali, powodowało, że nie dochodziły do nich efekty dźwiękowe wydarzeń, a to co widzieli na ekranach, przypominało jakiś surrealistyczny film. Pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia Sasza, włączając nasłuch zewnętrzny. Całą przestrzeń wartowni wypełniły odgłosy walki – terkot broni maszynowej, wizg przelatujących pocisków rakietowych, wybuchy… Spojrzeli na siebie.
– To co, wciskamy czerwone? – zapytał Sasza.
Wowa skinął głową i wyciągnął rękę ku dwóm czerwonym przyciskom. Lecz zanim dokończył gest, ręka zawisła w powietrzu i tak jak głowa opadła ciężko na pulpit. Sasza z przerażeniem ujrzał sterczącą w plecach partnera strzałę. „Co u licha, gdzie my jesteśmy”, przebiegło mu przez myśl. Obejrzał się.
Drzwi dyżurki były szeroko otwarte. No tak, wbrew regulaminowi nie zaryglowali ich, bo niby po co? Teraz stało w nich dwóch wąsatych, przysadzistych, skośnookich mężczyzn, o cerze ciężko chorego na żółtaczkę Europejczyka. Jeden z nich właśnie wyciągnął z kołczanu kolejną strzałę, by oprzeć ją na cięciwie łuku, drugi wyciągnął zza pasa nóż i wziął zamach… Sasza zdążył uskoczyć przed szybującym ku niemu nożem, szczupakiem rzucając się ku konsoli, na pulpicie której spoczywał nieruchomy tułów Wowy. Już prawie sięgnął dwóch czerwonych przycisków, takich samych jak te moment wcześniej aktywowane na jego pulpicie, gdy dopadł go świdrujący, przeszywający całe ciało ból pod lewą łopatką. Bardziej poczuł niż zrozumiał, że, tak jak jego towarzysza, dosięgła go strzała. Na oczy zapadała mu gęsta mgła, nogi odmawiały posłuszeństwa i zamilkło coś, co w ciele jest tak naturalne, że się tego nie zauważa – rytm serca… W ostatnim agonalnym wysiłku zdołał jednak złapać dźwignię ogólnego alarmu na konsoli Wowy. Chwycił ją drętwiejącą już dłonią, którą ostatkiem sił zacisnął śmiertelnym skurczem na rękojeści dźwigni. Osunął się martwy na podłogę, ściągając dźwignię ku sobie.
W Centrum rozległy się syreny na zewnątrz i dzwonki alarmowe wewnątrz. Równocześnie, takie same dźwięki zabrzmiały w koszarach Specnazu nad rzeką Katunią, posterunkach policji w dwustutysięcznym Zmieinogorsku i Biełaszach, na lotnisku w Abakanie, Nowokuzniecku i w Kemerowie, w koszarach wojskowych w Bijsku, Kyzyle i Gornoałtajsku. Podobne sygnały odebrały administracje Koływania, Kurii i Trietiakowki. Cały rejon Kuriński został postawiony na nogi, cały Kraj Ałtajski, ze stolicą w Barnaule. Ale najważniejsze, że sygnał dotarł do centrum operacyjnego Ministerstwa Obrony w Moskwie, które natychmiast przejęło dowodzenie akcją obronno-ratunkową i skoordynowało pierwsze, spontaniczne działania w regionach.
Nad Sawuszką narastał ryk silników lotniczych. Napastnicy śpiesznie opuszczali pustoszejący teren Centrum, oświetlony łuną palących się pojazdów. Nie wszyscy jednak zdążyli umknąć, mimo szalonego okładania koni pejczami.
Gdy personel Centrum otrzymał przez radio rozkaz nieopuszczania budynków, nad dachy zabudowań koszącym lotem spadł dywizjon myśliwców Su-27, siekąc z działek GSz-30-1 kalibru 30 mm. Długie serie ryły głębokie bruzdy, rozpryskując na boki obfite fontanny ziemi… Czasami taka bruzda kończyła się na zadzie konia, który wraz z jeźdźcem po prostu znikał w bezkształtnej masie gleby, krwi i przemielonego mięsa… Chwilę później, na poprawkę, podobną robotę, choć już właściwie bezużyteczną, bo zemsta dosięgła ledwie kilku jeźdźców, powtórzył dywizjon szturmowców Su-25. W obliczu całkowitego braku ognia z ziemi wykonywał swą pracę niespiesznie i pieczołowicie, jak na manewrach. W dodatku ich mniejsza prędkość pozwalała prowadzić dzieło zniszczenia bardziej metodycznie, niż ich szybkim, choć elektronicznie precyzyjnym poprzednikom.
Niewiele później nadleciały śmigłowce szturmowe Ka-52 Aligator. Nie lądowały, lecz zaczęły zataczać coraz szersze kręgi w powietrzu, licząc od centralnego punktu ośrodka. Leciały nisko z włączonymi reflektorami, od czasu do czasu wyrzucając flary i plując ogniem z pięciu działek – jednego trzydziestomilimetrowego w kadłubie i czterech dwudziestomilimetrowych podwieszonych na zewnętrznych zaczepach. Czasami, jakby od niechcenia, spluwały ogniem rakiet. Biada temu, kto przypadkiem znalazł się w zasięgu ich działania. Piloci nie rozróżniali przecież, kto jest uciekającym napastnikiem, a kto przypadkowym nocnym wędrowcem. Całą tę orgię powietrznej armady zakończył przylot pięciu ciężkich śmigłowców Mi-26 MD, przystosowanych do działań nocnych. Majestatyczne ważki wolno osiadły na poranionej ziemi Centrum. Z trzech wyjechało po otwartych klapach desantowych sześć opancerzonych wozów Tigr-M, typowych pojazdów Specnazu. Z czwartego wysypało się dziewięćdziesięciu uzbrojonych żołnierzy sił specjalnych. Ponad połowa z nich, ósemkami, zajęła miejsca w pojazdach bojowych, które rozjechały się we wszystkie strony w poszukiwaniu ewentualnych maruderów, których można by wziąć żywcem. Pozostali, formując sześć drużyn, zaczęli przeczesywać teren Centrum i weszli do jego zabudowań. Z ostatniego, piątego helikoptera, wyjechał Tigr w wersji sanitarnej, któremu towarzyszyła grupa funkcjonariuszy Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych (MCzS) i dwa małe uazy z generatorami elektrycznymi, sprzętem oświetleniowym i ratowniczym. Helikoptery wyłączyły silniki i nad pobojowiskiem zapanowała cisza, zakłócana jedynie terkotem generatorów, z których jedne pompowały powietrze do rozkładających się w pionie jak akordeony kolumn oświetleniowych, a inne dostarczały do nich prąd.
Na progu zdewastowanego głównego wejścia do nowego gmachu Siergiej Aleksandrowicz przywitał kierującego akcją generała Dubnina.
– Straty w ludziach? – zapytał generał.
– Oprócz dwóch zabitych wartowników, nie ma.
– Dzielni ludzie, zdążyli nas zaalarmować. A ranni?
– Jest kilku lekko zranionych odłamkami szyb z rozbitych okien.
– Straty w sprzęcie? – indagował generał.
– Tak, straty w sprzęcie, przynajmniej na oko, są wielkie. Wszystkie lasery są albo uszkodzone albo całkowicie zniszczone. Jeszcze nie wiem dokładnie. Wiem natomiast, że lata pracy poszły na marne.
– No, niezupełnie na marne – Dubnin usiłował podnieść na duchu dyrektora. – Na szczęście cała dokumentacja techniczna i know-how są już na Uralu i w europejskiej części naszego kraju, tak, że seryjna produkcja sprzętu laserowego nie jest zagrożona.
– To prawda, ale na odbudowę tego, co dziś zdewastowali ci barbarzyńcy, potrzeba będzie mnóstwa czasu… Chyba że sytuację uratuje przyśpieszona budowa trzeciego segmentu, właśnie wychodzącego z ziemi…
– Ale, jak rozumiem, laboratoria, biura projektowe i sprzęt elektroniczny ocalały i są w większości sprawne?
– Z pierwszych doniesień, panie generale, tak by wynikało.
– No to szczęście w nieszczęściu. A najważniejsze, że nie zostało zniszczone to, co najcenniejsze – mózgi waszego zespołu naukowego.
– To naprawdę szczęście, bo gmachy można odtworzyć, nawet w lepszej wersji, ale tego nie udałoby się przywrócić…
– Nazwał pan napastników, dyrektorze, barbarzyńcami… Rzeczywiście, moi ludzie raportują, że większość rozpoznawalnych trupów wygląda na tutejszych nomadów. Trudno jeszcze określić z jakiego plemienia. Jednak najdziwniejsze jest to, że oprócz łuków, kindżałów i noży, mieli na wyposażeniu przeciwpancerne pociski kierowane i ich wyrzutnie. Wygląda na to, że przymierzyli się akurat do waszych sferycznych osłon głównych laserów. Mieli zresztą pewien „zapas bezpieczeństwa”. Ze szczątków sprzętu można wywnioskować, że mieli trzy nasze Kornety o zasięgu pięć i pół kilometra. Ich operatorzy nie musieli nawet zbliżać się do pola ochronnego Centrum, choć jak widać, być może dla pewności trafienia, to zrobili. Odpalili rakiety kumulacyjne, naprowadzane laserowo…
– Tragiczna ironia losu – przerwał generałowi Siergiej Aleksandrowicz. – Rakiety naprowadzane laserowo na Centrum Optyczno-Laserowe…
– Tak, to tragiczna ironia, ale w tej tragedii jeszcze ciekawsze jest to, że napastnicy dysponowali też wyposażonymi w głowice kumulacyjne pociskami sterowanymi, odpalanymi z ręcznych wyrzutni amerykańskich typu Javelin o zasięgu dwóch kilometrów…
– Nasze mogły być skradzione, ale amerykańskie? Rzeczywiście, to zastanawiające – odrzekł zasępiony dyrektor.
Pierwsze ustalenia pozwoliły określić liczbę napastników na pięćdziesięciu, góra sześćdziesięciu ludzi, z których w trakcie akcji obronno-odwetowej i w pościgu zlikwidowano czterdziestu dwóch.
Oficerowie GRU kręcili się po pobojowisku. W porozumieniu z wywiadem cywilnym SWR to oni przejęli sprawę, a nie Federalna Służba Bezpieczeństwa. A to dlatego, że wszystko wskazywało na międzynarodowe afiliacje wykonawców napadu. Swoje dobre usługi zaoferowały też służby chińskie. a konkretnie wywiad wojskowy Sztabu Generalnego armii chińskiej.
Strona rosyjska, acz z pewnym ociąganiem, przyjęła propozycję i teraz wraz z funkcjonariuszami rosyjskimi pobojowisko przeszukiwali Chińczycy. To oni pierwsi wpadli na subtelne poszlaki, mogące wnieść do sprawy istotne elementy. Dotyczyły one tego, kto, poza Tuwińcami z pobliskiej autonomicznej republiki Federacji Rosyjskiej i ich współplemieńcami z Mongolii, tudzież paroma aż z Kazachstanu, stał za nocnym najazdem na Centrum. To, że w uzbrojeniu agresywnej hordy znalazły się wyrzutnie rakietowe produkcji rosyjskiej i amerykańskiej, jeszcze o niczym nie świadczyło. Mieli przecież też rosyjskie karabinki szturmowe AK i ich chińskie podróbki. Do wysadzenia głównego wejścia nowego kompleksu Centrum użyli czeskiego semteksu. Był on praktycznie niewykrywalny przez różne indykatory kontrolne plastycznego materiału wybuchowego i silniejszy od tradycyjnego plastiku. To wszystko jednak można było bez problemów znaleźć na czarnym rynku handlu militariami. O wiele ważniejsze, przynajmniej zdaniem GRU, było to, że znaleziono resztki obwodów scalonych z pilotów do zdalnej aktywacji zapalników w semteksie i fragmenty elektroniki samych zapalników najnowszej generacji amerykańskiej. Tego już nie można było tak łatwo nabyć. Jeszcze ciekawsze okazały się fragmenty garderoby zabitych. Otóż podkoszulki niektórych napastników miały amerykańskie metki. Któż na obszarze całkowicie zdominowanym przez chińskie produkty bawełniane zadawałby sobie trud sprowadzania bielizny z USA? Chyba, że należała ona do żołnierzy będących w trakcie szkolenia. Bo o ile w przypadku Tuwińców do operowania kindżałem, łukiem, nożem czy nawet karabinkiem AK nie trzeba było przeprowadzać specjalnego kursu, o tyle obsługa wyrzutni rakietowych, jak też zastosowanie materiałów wybuchowych, wymagało już zaangażowania instruktorów wojskowych. Idealne byłoby znalezienie żywego świadka wydarzeń, a przede wszystkim procesu, który je poprzedzał. Z tym były jednak kłopoty. Pościgowa jednostka chińska, którą Rosjanie dopuścili do działania na swoim terenie, wpadła wprawdzie na trop dwóch ukrywających się w górach uciekinierów, ale zginęli oni w walce z Chińczykami z sił specjalnych. Po tej zwycięskiej dla nich, lecz fatalnej dla dalszego przebiegu śledztwa potyczce, na usilne prośby SWR, kierownictwo GRU podziękowało towarzyszom z południa za współpracę w operacjach zbrojnych. Kooperację ograniczono do współpracy oficerów śledczych.
Wojskowy wywiad rosyjski przychylał się coraz bardziej do tezy inspirowanego przez Amerykanów uderzenia w strategiczne interesy rosyjskie. Była to tylko hipoteza robocza, gdyż wciąż brakowało przesądzających dowodów. Konsekwencją jej były jednak, zawarte w raporcie końcowym, sugestie rozszerzenia wielostronnych stosunków z Pekinem, zaczynając od gospodarki i imigracji, a na aliansach wojskowych kończąc. Po dostarczeniu raportu kierownictwu państwa GRU umorzyło śledztwo w obliczu „braku dowodów przesądzających”.

https://sklep.tygodnikprzeglad.pl/produkt/oko-smoka/