Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.

Emocje opadły, ale nie wystygły

Z Brukseli rezultaty szczytu UE i inauguracji Parlamentu Europejskiego komentuje europoseł SLD z frakcji Socjalistów i Demokratów (S&D), wiceprzewodniczący PE w poprzedniej kadencji, prof. Bogusław Liberadzki.

Po ostatnich wydarzeniach w Brukseli opinia publiczna jest bardzo podzielona. Rząd ogłosił sukces i święci go. Zablokowanie wyboru Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej traktowane jest jako dowód na wielkie znaczenie Grupy Wyszehradzkiej i Polski w szczególności dla całej polityki europejskiej. Przeciwnicy rządu mówią, że jest to sukces na miarę słynnego 27:1, a nawet większy – „to klęska na całej linii”, słyszymy. Tę opinię wzmacnia porażka prof. Krasnodębskiego, kandydata PiS na wiceprzewodniczącego PE, który przepadł w wyborach, uzyskawszy niewiele ponad 80 głosów. W pierwszej turze uzyskał głosów bez mała 170. W kolejnych dostawał coraz mniej, aż w końcu zupełnie wypadł.
Reakcje i kalkulacje
Była to chyba reakcja sali, na zachowanie prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, którzy nie wstali, kiedy grano i śpiewano hymn europejski, zaś część z nich weszła do sali dopiero po odegraniu hymnu. To zostało zauważone.
Mimo, że – jako polska delegacja – staraliśmy się wspierać kandydaturę prof. Krasnodębskiego, to jednak rząd PiS naraził się całej większości w Parlamencie Europejskim. Chadecy nie odwdzięczyli się więc za wykreowanie pani von Leyen na kandydatkę do fotela przewodniczącej Komisji Europejskiej (ich kandydatem był – co przypominam – Manfred Weber), socjaliści (poza delegacją SLD-owską), po zablokowaniu Fransa Timmermansa, też nie mieli powodu głosować na kandydaturę prof. Krasnodębskiego.
Przypadek Timmermansa traktuje się zresztą bardzo poważnie, jako zablokowanie polityka, który chciał praworządnej i zintegrowanej Unii Europejskiej. Fiasko tego planu, (choć Grupa Wyszehradzka nazywa to „sukcesem”) na tym polega, że Franz Timmermans będzie nadal robił to samo – będzie strzegł praworządności w krajach członkowskich. Zostanie pierwszym wiceprzewodniczącym KE – jeśli w ogóle kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej zyska aprobatę Parlamentu, bo to nie jest takie pewne. Pamiętajmy, że jej kandydatura musi uzyskać parlamentarną większość. Takiej gwarancji dziś nie ma. Na przykład w grupie Socjalistów i Demokratów, tylko delegacja Hiszpanii jest zadowolona z ostatecznych rozstrzygnięć (Hiszpan został wyznaczony na następcę pani Federiki Mogherini) i na pewno zagłosuje „za”. Natomiast inne delegacje w grupie S&D wypowiedziały się przeciw pani von Leyen. Skoro bowiem przepadł kandydat S&D, a wysunięto przedstawicielkę chadecji, to jakie socjaliści mają powody, żeby ją popierać? Sytuacja jest więc dosyć skomplikowana. Gdyby zdarzyło się, że pani von Leyen większości jednak nie uzyska, to porażka naszego rządu zyskałaby jeszcze większy wymiar. Poza tym w takiej sytuacji trzeba będzie na nowo zwołać premierów rządów UE i uzgodnić kolejną kandydaturę.
Wszystko razem bez wątpienia złożyło się na to, że dobry wiceprzewodniczący PE, prof. Krasnodębski, nie uzyskał wystarczającej liczby głosów, by mógł kontynuować swą pracę. Na dodatek mamy chyba do czynienia z czymś w rodzaju sporu w rodzinie, gdyż Włoch Fabio Massimo Castaldo, który pokonał prof. Krasnodębskiego, należy do formacji bliskiej PiS.
Złamana zasada
Jest jeszcze jeden aspekt porażki Franza Timmermansa. Pokazano mianowicie, że koncepcja tzw. „wiodącego kandydata” – uzgodnionego i wysuniętego przez wszystkie grupy polityczne PE, jest nieważna. Może być pominięta. Dotychczas byliśmy w PE przekonani, i tak postępowaliśmy, że Rada Europejska wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej spośród „spitzenkandydatów”. Było ich dwóch: Weber (EPL) i Timmermans (S&D). Weber przepadł, pozostał Timmermans. To więc, co się stało – również na skutek zabiegów Grupy Wyszehradzkiej – to jest pokazanie, że koncepcja kandydatów wiodących została przekreślona, ale nie przed wyborami, tylko post factum. Co do innych reguł się umawialiśmy, a co innego zrobiono i to wbrew woli PE. To kolejne skomplikowanie sytuacji i otwarcie nowego pola do ewentualnych sporów. To, co jest stałe w polityce Unii, to prawo, zwyczaje i przestrzeganie umów. Coś więc zostało złamane. Grupa Wyszehradzka w jakimś sensie doprowadziła swym postępowaniem do zachwiania pewnego zwyczaju. Z jedną uwagą – premier Słowacji zręcznie pokazał, że jest jakby poza, że nie bierze w tym udziału. Przypomnę, że to socjaldemokrata. Nie wyłamał się, ale również nie uczestniczył czynnie w całym przedsięwzięciu. Ocenia się więc, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia niejako z trzyosobową „reprezentacją” tej Grupy. Dosyć zastanawiającą…
W przypadku premiera Czech są bardzo duże zastrzeżenia, wręcz dochodzenie w Komisji Europejskiej, co do sposobów wykorzystania środków pochodzących z UE w jego prywatnych przedsięwzięciach. W stosunku do premiera Viktora Orbána zastrzeżenia są bardzo daleko idące. Między innymi uważa się, że Manfred Weber – przepadły kandydat grupy Europejskiej Partii Ludowej – zapłacił w ten sposób za tolerowanie Orbána w szeregach tej grupy. No i do tego dochodzi premier Polski, który kierował się bardziej osobistą niechęcią do Timmermansa niż – tak ja to widzę – dobrze rozumianym interesem Polski w Unii Europejskiej.
Nie możemy też zapominać, że zarówno wobec Węgier (krócej), jak i wobec Polski (dłużej) toczy postępowanie z Art. 7 Traktatu Europejskiego w związku z uzasadnionymi, poważnymi obawami o przestrzeganie demokratycznych standardów państwa prawnego. Jeśli więc w jakimś stopniu postępowanie trzech premierów Grupy Wyszehradzkiej wobec Timmermansa – najwyższego unijnego strażnika praworządności, było motywowane tymi problemami, to odnieśli oni co najwyżej pyrrusowe „zwycięstwo”. Unia Europejska i tak nie odrzuci swoich standardów. Nadal będzie twardo broniła zasad, praworządność będzie nadal niczym latarnia morska, na którą będzie się orientować cała polityka unijna. Timmermans dalej będzie miał pełną swobodę działania w obszarze, za który do tej pory odpowiadał.
Dlatego twierdzę, że Frans Timmermans nie doznał żadnej klęski, co najwyżej pewnego niepowodzenia. Dotyczy to także naszej grupy politycznej S&D, bo przecież był on naszym kandydatem na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Ale i tak możemy się czuć usatysfakcjonowani. Mamy przewodniczącego Parlamentu, mamy wysokiego przedstawiciela do spraw działań zewnętrznych i mamy pierwszego wiceprzewodniczącego KE. To jest rozwiązanie dla nas satysfakcjonujące.
Lekcja do odrobienia
Wszyscy nowo wskazani do objęcia najważniejszych stanowisk w Unii są zwolennikami większej integracji państw ją tworzących, umacniania się strefy Euro, bo to jest element gospodarki globalnej, wszyscy i każdy z osobna są zwolennikami Europy praworządnej i przestrzegania praworządności w każdym z państw członkowskich. Tak to należy widzieć. Żaden z nich, a zwłaszcza Timmermans, nie jest wrogiem Polski. Ja go postrzegam, jako przyjaciela Polski. Timmermans chce, żeby Polska była prawdziwym, zdrowym, szanowanym partnerem w UE, a drogą do tego jest praworządność w państwie polskim, aktywny udział – proporcjonalnie do wielkości i możliwości – we wszystkich procesach decyzyjnych.
Przy okazji mamy dowód na to, że żeby nie zostać samemu, trzeba szukać rozwiązań akceptowalnych dla wszystkich. Nasze interesy mogą być osiągane razem z interesami wspólnoty jako całości. Trzeba współpracować i współbudować, a nie destruować. Trzeba debatować, dyskutować, a nie demonstrować i protestować. Trzeba wiedzieć, kiedy ogłaszać sukces. Teraz go po prostu nie ma. Nie ma przedstawicieli naszej części Europy, którzy sprawowaliby wysokie funkcje w instytucjach europejskich. Zero!
Populistów miejsce w szeregu
Ci, którzy przed wyborami sporo nadziej pokładali w fali populizmu, która pojawiała się w Europie, też mocno się zawiedli. Europa jest przywiązana do demokracji. Mówiłem o tym wiele tygodni temu. Populiści przekonali się o tym dopiero teraz, gdy zobaczyli jak małą są grupką w wielkiej sali obrad plenarnych PE i jak niewiele mogą.
W poprzednim parlamencie mieli dwa zauważalne ugrupowania polityczne. Jedno z nich – Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej po prostu przestało istnieć. Została około 50-cioosobowa grupa posłów, która nawet zmieniła nazwę – teraz jest to Europa Tożsamości Demokratycznej.
PiS zaś znalazło się w grupie politycznej, która jest szóstą pod względem wielkości. W poprzednim parlamencie była trzecią. Jej obecny udział w całej sile politycznej PE wynosi poniżej ośmiu procent. Proszę się więc nie dziwić, że są przegłosowywani. Beznamiętne liczby, fakty i konsekwencje trzeba przyjąć do wiadomości.

Łupy do podziału

Choć głos Parlamentu Europejskiegi ma w tej sprawie bardzo ograniczone znaczenie, zakończenie wyborów do niego otworzyło okres walki o obsadę najważniejszych stanowisk w instytucjach europejskich.

W ciągu najbliższych miesięcy swoje stanowiska – o kluczowym znaczeniu – opuszczą przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Będzie trzeba także obsadzić stanowiska szefa unijnej dyplomacji (obecnie tę funkcję sprawuje Federica Mogherini), a także wybrać następcę Antonio Tajaniego. Dopiero potem, gdy zapadną uzgodnienia w sprawie obsady tych stanowisk przyjdzie czas na wiceprzewodniczących i komisarzy, ale te będą w pewnej mierze wypadkową zasadniczych decyzji personalnych zapadających przede wszystkim w konsultacji pomiędzy członkami Rady Europejskiej – szefami państw członkowskich. Tym sprawom poświęcony był nieformalny szczyt UE w Brukseli.
Jeśli idzie o kandydatów na nowego szefa KE na „giełdzie” jest szereg nazwisk – mówi się o Manfredzie Weberze z Europejskiej Partii Ludowej, Fransie Timmermansie z Socjalistów i Demokratów, Margrethe Vestager z Porozumienia Liberałów i Sce Keller reprezentującej Zielonych. Pojawiają się również nazwiska Maroša Šefčoviča (podobnie jak Timmermans S&D) oraz ludowca Michela Barniera, który dał się poznać jako sprawny dyplomata i negocjator brexitu. Na to, komu przypadnie scheda po Junckerze albo Tusku, ma wpływ przecież także nie tylko przynależność do konkretnej frakcji, ale i kraj, który dana osoba reprezentuje, poparcie kluczowych państw członkowskich oraz pewnego rodzaju rozkład obsady wszystkich kluczowych stanowisk, jak i to jakiej narodowości politycy zajmowali je w poprzednim rozdaniu.
Choć przewodniczący Antonio Tajani stwierdził, że chciałby aby PE wyłonił kandydata przed kolejnym szczytem UE 20 czerwca, tak krótki okres może okazać się trudny do dotrzymania. Przedwczorajszy szczyt zajmował się bowiem raczej nie konkretnymi nazwiskami jeszcze, lecz właśnie raczej priorytetami i kryteriami sformowania nowej ekipy kierującej unijnymi instytucjami.
Wyboru szefa dokonuje Rada Europejska większością kwalifikowaną (21 z 28), ale też jest to przede wszystkim proces negocjacyjny, dzięki któremu decyzja ta nie jest prostym efektem arytmetyki głosowania. Choć nie jest to wymagane, zwykle szefowie państw starają się osiągnąć konsensus w tej sprawie i dopiero potem rozmawiać o obsadzie innych stanowisk, będącej niejako jej wypadkową, ale ostatnio nie udało się to – przeciw wyborowi Junckera opowiedziały się Wielka Brytania i Węgry.
Drugie niezmiernie istotne stanowisko w strukturze UE to przewodniczący Rady Europejskiej. Ze względu na to, że jest to funkcja wymagająca pracy na najwyższym szczeblu politycznym, powinna przypaść raczej nie unijnemu biurokracie czy nawet bardzo doświadczonemu europarlamentarzyście, ale osobie z politycznego „świecznika” bloku – byłemu szefowi rządu lub prezydentowi. Z tego powodu nie bez znaczenia jest, kto z kandydatów tego kalibru byłby w najbliższym czasie „do wzięcia”. Pojawia się w tym kontekście nazwisko byłej prezydent Litwy Dalii Grybauskaitė, ale na jej niekorzyść może zagrać fakt, że przecież funkcję przewodniczącego przez ostatnie dwie kadencje sprawował polityk z naszego regionu. A na dodatek potencjalną kandydatką mogłaby także okazać się kanclerz Niemiec Angela Merkel – choć taka możliwość miałaby bardzo różne, niekoniecznie korzystne szans dla niemieckiej polityk implikacje. Bo choć to bezsprzecznie wielka figura europejskiej polityki, może okazać się że aż za wielka na to stanowisko, a do tego reprezentująca kraj, w stosunku do którego wiele państw żywi obawy, że chce odgrywać dominującą pozycję w Europie.

Personalia w UE

Umocnienie pozycji Timmermansa

Unia Europejska znajduje się na politycznym zakręcie i musi stawiać czoła wielu wyzwaniom-zarówno starym, jak i nowym (m.in.wyraźny wzrost sił populistycznych+nacjonalistycznych, rozwiązanie kwestii Brexitu). To dość banalne stwierdzenie. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego (nad Wisłą – 26 maja) pierwszą kwestią, tylko na pozór techniczną, będzie obsada personalna kluczowych stanowisk w UE. To nader trudne zadanie w związku z potrzebą zapewnienia swoistej równowagi przedstawicieli „starych” i „nowych” członków,reprezentantów głównych rodzin politycznych,uwzględnienia kryterium płci, geograficznego itd.
Na niedawnym szczycie unijnym w rumuńskim Sibiu (Sybinie) Donald Tusk,jako przewodniczący Rady Europejskiej, wyraził nadzieję,iż uda się już czerwcu uzgodnić kandydatury następców,co jest możliwe,ale wysoce niepewne. Chodzi nade wszystko o funkcje przewodniczących: Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa (kierującego też dyplomacją unijną) oraz szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.
Prawdą jest,iż unijne traktaty nie przesądzają jednoznacznie o sposobie wyłaniania przewodniczącego Komisji Europejskiej-de facto najważniejszej osoby w UE.Kandydata wybiera Europarlament (większością głosów) na wniosek Rady Europejskiej,a więc organu składającego się z szefów rządów lub państw. Ten ostatni przypadek dotyczy aktualnie Francji, Rumunii i Litwy,co niekiedy może prowadzić do wewnętrznych konfliktów politycznych (vide formalny „spór o samolot” przed laty między PO a PiS na tle reprezentacji na szczytach w Brukseli. Niektóre z powyższych stanowisk można piastować też przez pół kadencji (2,5 roku),co się jednak zdarza dość rzadko.

Debaty kandydatów

W Parlamencie Europejskim (który niestety nie dysponuje inicjatywą ustawodawczą,ale jego rola stopniowo rośnie) istnieje obecnie 8 frakcji.W tym tygodniu przedstawiciele 6 z nich,w większości tzw. Spitzenkandidaten,a więc kandydaci na szefa Komisji (to pojęcie ukuto przed 5 laty i właśnie wtedy Jean-Claude Juncker, długoletni premier Luksemburga,jako reprezentant chadeckiej EPP stanął na czele Komisji, czyli swego rodzaju rządu UE) odbyli publiczną, ciekawą debatę.
Wzięli w niej udział:Manfred Weber-od 15 lat niemiecki eurodeputowany,w imieniu Europejskiej Partii Ludowej, Frans Timmermans,obecnie I wiceprzewodniczący Komisji,z ramienia Partii Europejskich Socjalistów,Dunka Margrete Vestager z Porozumienia Liberałów i Demokratów,aktualna komisarz ds. konkurencji, Czech Jan Zahradil z Porozumienia Konserwatys – tów i Reformatorów (do tej frakcji należy PiS), Ska Keller z Zielonych oraz Hiszpan Nico Cue (z zawodu hutnik) z frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordyckiej Zielonej Lewicy. Realnie biorąc tylko pierwsza trójka ma szanse na wybór, choć-jak wspomniano-nie ma żadnego automatyzmu,a ogromną rolę odgrywają szefowie państw i rządów.
Bardzo dużo miejsca poświęcono migracji.Weber podkreślał, iż to państwa,a nie przemytnicy muszą decydować kto udaje się do Europy,stąd imperatyw odzyskania pełnej kontroli nad granicami.Niemal wszyscy mówili o potrzebie solidarności oraz o humanitarnej odpowiedzialności w sytuacji, gdy zmiany klimatyczne i gospodarcze wpływają na procesy migracyjne. Powróciła teza o potrzebie wielkiego „planu Marshalla” dla Afryki i koniecznych przesiedleniach z Syrii.Verstager kładła akcent na potrzebę wspólnego systemu azylowego.

„Czarny koń” Timmermans?

Moim zdaniem najlepiej w tego rodzaju debatach wypada Frans Timmermans – świetny mówca,z dużym doświadczeniem międzynarodowym (był m.in. szefem niderlandzkiego MSZ-u). Jest w najlepszym wieku dla polityka (58),poliglotą i zręcznym polemistą.Ma świetny kontakt z młodzieżą.Zaprzecza w każdym calu żartobliwemu powiedzeniu o Holendrach-”jeden Holender to teolog,dwóch to Kościół,a trzech schizma”. Rządząca obecnie nad Wisłą ekipa PiS dorobiła mu „łatkę’ antypolskiego,a jest zupełnie odwrotnie.On po prostu w Komisji Europejskiej odpowiada za przestrzeganie praworządności w państwach członkowskich UE i to zadanie traktuje nader poważnie
Mam okazję znać go od kilkunastu lat,gdy był-jako deputowany-członkiem delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.Urodził się w Maastricht,co jest swoistym symbolem „unijności”.Często wspomina dom swego dziadka,który wyzwolili żołnierze gen. Maczka.. Bardzo interesuje się Europą Wschodnią,spędził zresztą kilka lat w Moskwie jako sekretarz ambasady Holandii-w okresie,gdy rozpadał się ZSRR. Nauczył się wtedy rosyjskiego.
Powtarza konsekwentnie, iż jeśli państwa Europy Wschodniej będą nadal odmawiały solidarności ws.uchodźców i migracji, to same nie mogą liczyć na solidarność w innych kwestiach. W czarnym scenariuszu może dojść nawet do niekorzystnych zmian w funkcjonowaniu systemu Schengen.
Osłabienie w ostatnich latach pozycji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych w Europie nie pomagało w zajmowaniu wysokich stanowisk przez ich przedstawicieli.Ale w tym roku stopniowo następuje pewien przełom.Zwycięstwo (choć skromne) w Finlandii,ogromny sukces Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) w wyborach do Kortezów oraz fakt,iż w wyborach do Europarlamentu wezmą jednak udział Brytyjczycy,co gwarantuje znaczącą reprezentację Labour Party, oznaczają duże wzmocnienie frakcji Socjalistów i Postępowych Demokratów. To wzmacnia kandydaturę Timmermansa.Może on też zostać następcą Franceschi Mogherini z Włoch na funkcji szefa unijnej dyplomacji.

Możliwe niespodzianki

Obecnie Francja nie ma nikogo na czołowych stanowiskach w UE.A w grę wchodzą m.in.takie nazwiska, jak Michel Barnier (były minister spraw zagranicznych i obecny negocjator Unii ws. Brexitu), Christine Lagarde – stojąca na czele Międzynaro-dowego Funduszu Walutowego,czy Bruno Le Maire-aktualny minister finansów i gospodarki.
Pierwsze przymiarki nastąpią zaraz po wyborach do Europarlamentu, na posiedzeniu Rady Europejskiej. Nota bene największe szanse na zastąpienie Donalda Tuska na funkcji szefa tej Rady od końca tego roku mają:odchodząca prezydent Litwy Daria Grybauskaite,i premier Holandii Mark Rutte.Nie wyklucza się też kandydatury samej Angeli Merkel, choć zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami ma ona być kanclerzem Niemiec do roku 2021.

Timmermans w Warszawie

Wiceszef Komisji Europejskiej przyjechał do Warszawy, aby przeciągnąć na swoją stronę jak największą część polskiej lewicy.

Odpowiedzialny w Komisji Europejskiej m.in. za rządy prawa we Wspólnocie Frans Timmermans spędził niedzielę (7 kwietnia) w Warszawie, gdzie spotkał się m.in. z kierownictwem Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Według rzeczniczki Anny Marii Żukowskiej rozmowa Timmermansa z przewodniczącym Włodzimierzem Czarzastym dotyczyła praworządności, planowanej polityki ugrupownaia europejskich socjalistów, kampanii wyborczej do PE, a także wspólnej polityki w ramach frakcji Socjalistów i Demokratów w PE. Mowa była również o szczegółach planowanego przez wiceszefa KE wsparcia dla kandydatek i kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Dla Timmermansa liczy się teraz każdy głos w europarlamencie, ubiega się o jedno z najważniejszych stanowisk w Brukseli (interesuje go funkcja szefa KE, ale też szefa europarlamentu, Rady Europejskiej lub wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych).

Europejski sukces

Andrzej Szejna, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Świętokrzyskiem, w prezydium Partii Europejskich Socjalistów.

 

Andrzej Szejna, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Świętokrzyskiem i wiceprzewodniczący ugrupowania w kraju, wszedł w skład prezydium Partii Europejskich Socjalistów. Decyzja zapadła w weekend podczas kongresu Partii Europejskich Socjalistów w Lizbonie.
W piątek i sobotę w stolicy Portugalii zgromadzili się przedstawiciele partii socjaldemokratycznych i demokratyczno-socjalistycznych z całej Unii Europejskiej zrzeszonych w ramach Partii Europejskich Socjalistów. Na przewodniczącego Party of European Socialists na kolejną kadencję wybrany został Sergiej Staniszew. Do prezydium PES wszedł pochodzący z Końskich Andrzej Szejna – wiceprzewodniczący SLD i lider tej partii w województwie świętokrzyskim.

 

Z kolei Frans Timmermans, obecnie wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej znany w Polsce z krytyki wobec działań Prawa i Sprawiedliwości w zakresie reformy systemu sądownictwa, będzie pełnił rolę tak zwanego Spitzenkanidat Socialists and Democrats Group in the European Parliament – innymi słowy: jest kandydatem PES na szefa Komisji Europejskiej. W swoim przemówieniu Frans Timmermans mówił o przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego; poruszył także wątek dotyczący Polski. – Te wybory będą wyborami o duszę Europy, ponieważ będziemy wybierać czy chcemy podążać ścieżką demokracji, praworządności i poszanowania praw podstawowych, czy też nie. Nigdy nie opuszczę narodu polskiego w jego walce o demokrację, wolność i praworządność. Zwyciężymy nie ze względu na moją determinację, ale dlatego, że Polacy sami chcą być Europejczykami – podkreślił Frans Timmermans. – Unia Europejska w przyszłości musi tworzyć bezpieczny dom dla swoich obywateli oraz dla ludzi potrzebujących pomocy, a pochodzących z obszarów ogarniętych wojną. Wszystkie działania polityczne mają wzmacniać demokrację w Europie, która jest podstawą istnienia zjednoczonej Europy – mówi Andrzej Szejna. – Będę startował w wyborach do Parlamentu Europejskiego w okręgu świętokrzysko-małopolskim. Wydarzenia w Lizbonie to początek mojej kampanii wyborczej – dodaje Andrzej Szejna. W kongresie wzięli udział między innymi premierzy: Portugalii – Antonio Costa, Hiszpanii – Pedro Sanchez, Słowacji – Peter Pellegrini oraz Malty – Joseph Muscat, a także wysoka przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini oraz wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Marosz Szefczovicz.

Timmermans powalczy

Sergiej Staniszew ponownie wybrany na funkcję przewodniczącego Partii Europejskich Socjalistów; Andrzej Szejna, wiceprzewodniczący SLD wszedł do prezydium PES, a Frans Timmermans będzie pełnił rolę tzw. Spitzenkanidat Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim – to decyzje kongresu Partii Europejskich Socjalistów, który odbył się w Lizbonie w dniach 7 – 8 grudnia 2018 r.
– Te wybory będą wyborami o duszę Europy, ponieważ będziemy wybierać czy chcemy podążać ścieżką demokracji, praworządności i poszanowania praw podstawowych, czy też nie – mówił Frans Timmermans w płomiennym przemówieniu, które po wyborze wygłosił w Lizbonie. W swoim wystąpieniu zwrócił się również do Polek i Polaków. – Nigdy nie opuszczę narodu polskiego w jego walce o demokrację, wolność i praworządność. Zwyciężymy nie ze względu na moją determinację, ale dlatego, że Polacy sami chcą być Europejczykami – podkreślił Timmermans.
Kilkuset delegatów ze wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz Norwegii podejmowało również ważne decyzje, związane z agendą polityczną, z którą europejska lewica pójdzie w do przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Program Partii Europejskich Socjalistów będzie oparty na idei Europy socjalnej, która zapewni równiejszy podział owoców pracy i będzie niwelować nierówności społeczne. Polityka ekonomiczna, na którą stawia lewica stawia na innowacje oraz inwestycje w zieloną gospodarkę, gospodarkę która zapewni nie tylko miejsca pracy, ale i czyste powietrze oraz zdrową żywność. W Europie socjalnej dobrze płatne miejsca pracy znajdą również młode pokolenia, a równe szanse ma każdy bez względu na płeć.
Unia Europejska w przyszłości musi tworzyć bezpieczny dom dla swoich obywateli oraz dla ludzi potrzebujących pomocy, a pochodzących z obszarów ogarniętych wojną. Wszystkie działania polityczne mają wzmacniać demokrację w Europie, która jest podstawą istnienia zjednoczonej Europy – czytamy w stanowisku PES.
W kongresie brali udział między innymi premierzy Portugalii Antonio Costa, Hiszpanii Pedro Sanchez, Słowacji Peter Pellegrini oraz Malty Joseph Muscat; a także wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini oraz wiceprzewodniczący KE Marosz Szefczovicz.
Spitzenkanidat – w celu zwiększenia zainteresowania europejskich wyborców elekcją do Parlamentu Europejskiego, poszczególne frakcje wskazują swojego kandydata na przyszłego szefa Komisji Europejskiej. Wybór „Spitzenkanidat” winien być poprzedzony wewnętrzną debata oraz swego rodzaju prawybory.
Partia Europejskich Socjalistów – europejska partia polityczna, w skład której wchodzą partie socjaldemokratyczne z Norwegii oraz z krajów, które są członkiem Unii Europejskiej. Polskę w PES reprezentują Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Unia Pracy, najbardziej rozpoznawalne w Polsce inne partie będące częścią PES to Brytyjska Partia Pracy, czy też Niemiecka SPD. Reprezentacją Partii Europejskich Socjalistów w Parlamencie Europejskim jest Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów.

Kandydat SLD

W wyborach kandydata na następcę Jean-Claude’a Junckera na stanowisku szefa Komisji Europejskiej Sojusz Lewicy Demokratycznej poprzez Maroša Šefčoviča.

 

Swoją propozycję startu zgłosił również Frans Timmermans, pierwszy zastępca przewodniczącego KE. O tym kto będzie ostatecznie kandydatem europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej zadecyduje Partia Europejskich Socjalistów na grudniowym zjeździe w Lizbonie.

– Kandydat popierany przez SLD – Maroš Šefčovič – jest Słowakiem, pełni obecnie funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i komisarza do spraw energetyki – informuje Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Pochodzi z naszego regionu Europy i jest bardzo dobrym komisarzem – dodaje.

Podczas samorządowej konwencji SLD Lewica Razem w Dąbrowie Górniczej Maroš Šefčovič mówił o unijnych priorytetach w tym niełatwym obecnie i nadchodzącym czasie dla Unii. – Unia powinna bowiem każdemu ze swoich obywateli zapewniać godne warunki życia – zaznaczył słowacki polityk.

Unia, zdaniem Maroša Šefčoviča, powinna również gwarantować rozwój przemysłu, efektywną, wspólną politykę energetyczną, postęp techniczny, powinna zapewniać warunki dla rozwoju innowacyjności, słowem tych wszystkich dziedzin, które mają decydujący wpływ na siłę i znaczenie w świecie. – Chodzi też o to, żeby zwłaszcza ludzie młodzi widzieli w Unii interesujące warunki rozwoju i stabilizacji życiowej. Unia powinna więc być także sprawna w swoim funkcjonowaniu, odbiurokratyzowana – podkreślił unijny komisarz ds. energetyki. Šefčovič jest też zwolennikiem ewolucyjnego, a nie rewolucyjnego usprawniania Unii i jej struktur.

Maroš Šefčovič, dyplomata, doktor nauk prawniczych, jeden z najbardziej doświadczonych urzędników wysokiego szczebla Unii Europejskiej. Pełnił funkcję ambasadora Słowacji w Izraelu oraz reprezentował swój kraj przy Unii Europejskiej. W latach 2009-2010 był komisarzem ds. edukacji, kultury, szkoleń i młodzieży, następnie w latach 2010-2014 pełnił funkcję komisarza ds. stosunków międzyinstytucjonalnych i administracji, aby od 2014 r. objąć stanowisko komisarza ds. unii energetycznej. Od 2010 r. pełni funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.

Ul. Komisarza Timmermansa

Zbiegły się w ostatnich dniach dwa procesy, które jak na rentgenowskim zdjęciu ukazują kondycję naszego państwa. Ukazują również coś więcej niż statyczna fotografia: ukazują trendy, kierunki, w których pcha Polskę Prawo i Sprawiedliwość. Te procesy to postępowanie w Parlamencie i Komisji Europejskiej w sprawie praworządności w Polsce oraz salto w tył z pełnym obrotem PiS-u w sprawie ustawy o IPN.

 

Wszystkie te sprawy mają jeden wspólny mianownik: stosunek władz polskich do Unii Europejskiej. Pierwsza jest oczywista: po wysłuchaniu Polski, które było jednym wielkim blamażem polskiego rządu, Komisja zajęła jasne stanowisko i gotowa jest wnieść przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem Główny Propagandzista Kraju – premier Morawiecki buńczucznie oświadcza, że PiS z „reformy” sądownictwa się nie wycofa. Konflikt stanął na ostrzu noża.

Afera z ustawą o IPN jest z jednej strony mniejszej wagi, ale z drugiej niesie z sobą więcej wątków. I tak wyrwanie zębów ustawie odbyło się w sposób ośmieszający polski parlament. Właściwie to słowo „ośmieszający” jest nie na miejscu, jest zbyt łagodne. Polski rząd do końca sprostytuował polski Sejm i Senat. Pół roku temu rządząca koalicja, najważniejsze politycznie usta w Polsce gardłowały za tymi rozwiązaniami jej krytykom wymyślając od zdrajców Narodu, grożąc całemu światu procesami. Wszystko w imię „wstawania z kolan”. Dzisiaj wystarczyło 2 godziny w Sejmie i nieco ponad godzinę w Senacie na cały proces legislacyjny odwracający wszystko to, za czym rządząca koalicja jeszcze niedawno gotowa była umierać. Rekord Guinnessa w jedzeniu jajek na twardo niech się schowa! Ale cała ta farsa musi skłaniać do odpowiedzi na pytanie zasadnicze: czym dzisiaj jest polski Sejm, polski Senat? Jaką pełnią rolę? Te dwie, jeszcze nie tak dawno szanowane w Polsce i na świecie instytucje, są dzisiaj, niczym broszka premier Szydło, ozdóbką, świecidełkiem na stroju władzy wykonawczej. Nikt mający jako takie pojęcie o polityce zagranicznej nie ma złudzeń, że ta wolta parlamentarna sprawi, że Polska odzyska szacunek i poważanie w świecie. Wręcz przeciwnie: w świat poszedł przekaz, że wystarczy aby USA tupnęły mocniej nogą, a Polska w podskokach i ukłonach wykona każdą, najbardziej skomplikowaną figurę gimnastyczną.

Żeby była jasność. Samo wycofanie się z idiotycznych zapisów jest oczywiście rzeczą dobrą. Ale sposób przeprowadzenia nowelizacji, a przede wszystkim doprowadzenie do takiej uwłaczającej polskiemu parlamentaryzmowi sytuacji – to sprawa bez wątpienia naganna.

Skąd to superekspresowe tempo noweli ustawy o IPN? Nie wiadomo, choć krążą plotki, że Stany zagroziły, że nie zaproszą polskiego premiera na uroczystości 4 lipca, jeżeli ustawa nie zostanie znowelizowana. Tak czy inaczej tempo to musi, w naturalny sposób, być konfrontowane z trwającą już wiele miesięcy grą polskiego rządu z Unią Europejską w sprawie „reformy” sądownictwa, grą pełną z polskiej strony kłamstw, cwaniactwa cynizmu, pogardy dla partnera. Ameryka cacy – Unia be.

Ze obydwu tych, najbardziej ostatnio aktualnych spraw, przeziera wrogość polskich rządzących elit do Unii Europejskiej i żadne słowa, zaklęcia złotoustych premierów tego nie zaszpachlują.

Jeżeli więc tak się stanie, że demokratyczne środowiska odsuną PiS od władzy i – przy pomocy Parlamentu i Komisji Europejskiej – przywrócą Polskę Europie, to po stronie unijnej będzie to szczególną zasługą komisarza Fransa Timmermansa. Bowiem nie Przewodniczący Junker, nie Prezydent Tusk, ale właśnie Frans Timmermans okazał się największym orędownikiem polskiej sprawy na unijnej arenie. Polska będzie mu wówczas winna wdzięczność i nazwanie ulicy, placu czy ronda jego nazwiskiem będzie czymś oczywistym.

Wysłuchanie w UE

Rada UE przeprowadziła wczoraj wysłuchanie Polski. Jego przedmiotem były kwestie praworządności. A tymczasem grozi Polsce kolejne postępowanie – tym razem w sprawie nadchodzącej czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, która ma doprowadzić do wyeliminowania sędziów niechcianych przez PiS.

 

Wysłuchanie odbyło się z inicjatywy Komisji Europejskiej, która kwestionuje przeprowadzane w Polsce zmiany w ustroju sądownictwa. Bronił ich wiceminister spraw zagranicznych Konread Szymański, zadającymi pytania byli szefowie dyplomacji lub ministrowie do spraw europejskich państw UE oraz wiceszef KE Frans Timmermans, który pytań wprawdzie nie mógł zadawać, ale wygłosił wprowadzenie do posiedzenia oraz podsumował je, ustosunkowując się do debaty i wyjaśnień predstawiciela Polski. Ponieważ każdy z ministrów miał prawo zadać dwa pytania, których sformułowanie nie zabierało więcej niż dwie minuty, już wcześniej zostały podzielone role pomiędzy krajami mającymi zdecydowanie krytyczne zdanie o polskich reformach sądownictwa.

Wysłuchanie jest elementem procedury, który nie prowadzi bezpośrednio do konkluzji – jest raczej daniem szansy obrony państwu, którego działania spotykają się z krytyką. Jego przeprowadzenie wynika z postępowania z Artykułu 7.1 i oficjalnie zamyka okres, w którym – przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc – KE miała podjąć ostateczną decyzję, czy nie wycofać się z decyzji o uruchomieniu procedury wynikającej z Art. 7. Termin wysłuchania został zakomunikowany 7 czerwca. Tylko cztery kraje wyraziły sprzeciw wobec tej decyzji – Węgry, Czechy, Słowacja i Chorwacja. Oznacza to fiasko działań polskiej dyplomacji i premiera Mateusza Morawieckiego, aby zahamować proces zainicjowany bezprecedensowym zastosowaniem wobec polski Artykułu 7.

Jest jednak równocześnie krokiem, który może prowadzić do skierowania przez KE skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ze względu na wymogi formalne nie wpłynie ona przed wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym , czyli przed 3 lipca, ale może to nastąpić niewiele później – w ciągu liku tygodni. Takie posunięcie mogłoby zawierać wniosek do Trybunału o zastosowanie „środka tymczasowego”, czyli nakazanie Polsce zawieszenia wykonania wynikających z nowej ustawy dyspozycji do czasu rozstrzygnięcia. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest negocjator ze strony unijnej – Timmermans, który nie kryje, że jego zdaniem dialog z Polską nie przyniósł zadowalających rezultatów.

Będzie to już kolejna skarga – w grudniu ub. roku KE zdecydowała o wniesienie do Trybunału Sprawiedliwości UE skargi w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych.