Głosy na Gadzinowskiego

W najbliższych wyborach do Sejmu w dniu 13 października oddam swój głos na Piotra Gadzinowskiego, redaktora naczelnego Trybuny.

To dobry, doświadczony parlamentarzysta, autentyczny przedstawiciel lewicy społecznej, człowiek rozumiejący miejsce i znaczenie oraz wartość pracy oraz rolę ludzi pracy w naszej cywilizacji.
Moi współtowarzysze z Polskiej Partii Socjalistycznej z uznaniem przyjmują działalność publicystyczną i redaktorską Piotra w Trybunie. Gazeta wyraża nasze oczekiwania programowe, wspiera budowę państwa, jako obywatelskiego porozumienia wszystkich Polaków, w którym respektowane są, realizowane od lat przez polskich socjalistów, zasady sprawiedliwości społecznej.
Zachęcam wszystkich Warszawiaków do poparcia Piotra Gadzinowskiego na listach wyborczych SLD.

Bogusław Górski
Honorowy Przewodniczący
Polskiej Partii Socjalistycznej

********************************************************************************************************************************

Parlament to miejsce gdzie krzyżują się różne prądy. Interes grupowy, czy wręcz klikowy, mówi często językiem bezinteresowności. Pretenduje do reprezentowania interesu społecznego.

Aby odróżnić zakamuflowany partykularyzm od rzeczywistego interesu społecznego potrzebna jest wiedza, wnikliwość i doświadczenie. Piotr Gadzinowski posiada te trzy cechy. Ten wytrawny dziennikarz z doświadczeniem parlamentarnym jest znakomicie przygotowany do spełniania obowiązków posła na Sejm RP. Zna doskonale krajową scenę polityczną. Ma doświadczenie międzynarodowe na które składają się wizyty w wielu krajach oraz kontakty zawierane w ramach prac grup międzyparlamentarnych.
W ciągu wielu lat Gadzinowski stopniowo stawał się znanym dziennikarzem posiadającym stałych czytelników. Wielu spośród nich to ludzie oczytani i wykształceni będący w swoich środowiskach-mówiąc językiem książkowym- liderami opinii. To oni stwarzają społeczny efekt mnożnikowy oznaczający większy wpływ na czytelników, aniżeli ma to miejsce w przypadku innych ludzi piszących.
Piotra Gadzinowskiego mało znam osobiście. Ale przez wiele lat czytałem jego artykuły i komentarze publikowane w czasopismach lewicowych. Wiem, co jest dla niego ważne, co jest mu bliskie a co jest mu obmierzłe . Stąd moje przeświadczenie, że znam go dobrze. Dlatego będę na niego głosować.

Andrzej Wilk

Reflektor OPZZ

OPZZ i Centrum Daszyńskiego odpytują komitety wyborcze. Tym razem będzie odpowiadał Piotr Gadzinowski.

Dobrym zwyczajem kampanii wyborczej jest sprawdzenie na ile poszczególne komitety wyborcze reprezentują nasze interesy. Organizacje związkowe reprezentujące świat ludzi pracy posiadają precyzyjnie określone poglądy na kwestie płacy minimalnej, warunków pracy, prawa do zrzeszania się w związki, podatków oraz usług publicznych. Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w ścisłej współpracy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych przeprowadziło badanie dotyczące zbieżności programów wyborczych pięciu ogólnopolskich komitetów wyborczych z priorytetami programowymi OPZZ. Dodatkowo analiza wspomnianych dokumentów została uzupełniona o pogłębioną ankietę odnoszącą się do najważniejszych pro-pracowniczych i pro-związkowych kwestii.
W najbliższy poniedziałek 30 września o godz. 10:00 w siedzibie OPZZ przy ulicy Kopernika 36/40 w Warszawie dr Karolina Zioło-Pużuk oraz dr Bartosz Rydliński z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego zaprezentują wyniki badań oraz odpowiedzą na pytanie, który z komitetów (Lewica – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Koalicja Obywatelska, Konfederacja, Polskie Stronnictwo Ludowe, Prawo i Sprawiedliwość) jest najbardziej zbieżny z postulatami największej centrali związkowej w Polsce.
Po przedstawieniu wyników badania wiceprzewodniczący OPZZ dr Piotr Ostrowski poprowadzi dyskusję z kandydatami do Sejmu, którzy reprezentują ogólnopolskie komitety wyborcze.

Profesorowie za Gadzinowskim

W tegorocznych wyborach do Sejmu muszę dokonać wyboru spośród bardzo ciekawej i wartościowej grupy kandydatów Lewicy w moim okręgu wyborczym.

Decyzja w tej sprawie nie była dla mnie łatwa, gdyż godnych poparcia kandydatów jest wielu, a mam tylko jeden głos. Oddam go na Piotra Gadzinowskiego. Uczynię tak z trzech powodów.
Po pierwsze znam kandydata od wielu lat, także z wspólnej pracy sejmowej, i bardzo wysoko cenię sobie oddanie z jakim wywiązywał się z poselskich obowiązków.
Po drugie jest to kandydat o bardzo wyrazistej postawie w szczególnie dla mnie ważnych sprawach świeckości państwa i tolerancji światopoglądowej.
Po trzecie wreszcie, bardzo wysoko cenię sobie rolę, jaką odgrywa jako redaktor naczelny „Trybuny” – gazety, której potrafił zapewnić wysoki poziom i konsekwentną linię polityczną. Mam nadzieję, że nie będzie jedynym posłem lewicy wybranym w moim okręgu.

Jerzy J. Wiatr

 

Pragnę gorąco poprzeć kandydaturę Piotra Gadzinowskiego w wyborach do Sejmu 13 X br.. Kandyduje (tradycyjnie) z ostatniego miejsca na liście SLD.

Piotr to barwna i wielowymiarowa postać. Znany dziennikarz oraz działacz kultury, dysponuje też ogromną wiedzą o mediach-zarówno tradycyjnych, jak i najnowszej generacji.
Dysponuje świetnym, ostrym piórem i jest par excellence Człowiekiem Lewicy Był już przez 3 kadencje posłem na Sejm (1997-2007), w którym wykazał się dużą aktywnością. Pamiętam Go również z pracy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu.Ma więc znaczące doświadczenie polityczne, które ponownie warte jest wykorzystania. Jako redaktor naczelny „Trybuny” w trudnych czasach dla lewicy uczynił z tej gazety znaczące forum wymiany poglądów dla wszystkich jej nurtów.
Piotr od lat interesuje się ponadto problemami krajów i społeczeństw Dalekiego Wschodu (zwłaszcza Wietnamu i Chin), które zna z autopsji. Biorąc pod uwagę zmieniający się, globalny porządek światowy to jest znaczący atut.
Stare powiedzenie głosi ,iż „ostatni będą pierwszymi”. W Warszawie warto je wcielić w życie. Głos na red. Gadzinowskiego nie tylko nie będzie stracony, lecz przyczyni się do powstania dodatkowej wartości politycznej.

Tadeusz Iwiński

 

Pastusiak za Gadzinowskim

Wiele osób pyta mnie na kogo zagłosuję w wyborach do Sejmu w moim okręgu. Odpowiadam zdecydowanie: na Piotra Gadzinowskiego.

Znam go od wielu lat i jestem pełen uznania dla jego stabilnych lewicowych poglądów i przywiązania do lewicowych wartości. Piotr Gadzinowski dał wyraz swym poglądom zarówno w licznych artykułach jak i swoich książkach.
Polska polityka potrzebuje parlamentarzysty, który daje liczne dowody znajomości zarówno spraw krajowych jak i międzynarodowych. Polskiemu parlamentowi potrzebny jest poseł z takim doświadczeniem krajowym jak i obyciem międzynarodowym.
Piotr Gadzinowski dał wielokrotnie dowody swej wrażliwości na problemy trapiące społeczeństwo polskie. W jego osobie będziemy mieli posła aktywnie zaangażowanego w rozwiązywanie problemów trapiących dziś miliony Polaków.
Na liście wyborczej Lewicy jest on na ostatnim miejscu, ale jeżeli zostanie wybrany posłem będzie niewątpliwie w czołówce najaktywniejszych posłów.

Zagłosuję na Piotra Gadzinowskiego.

Prof. dr hab. Longin Pastusiak

Popieram Gadzinowskiego

Do wyborów już krócej niż dłużej, znajomi wokół zastanawiają się, na kogo oddać głos.

Ja nie muszę: w tych wyborach poprę Piotra Gadzinowskiego. Dlaczego…? Ponieważ go znam. Pamiętam moment, kiedy pojawił się wśród nas jako przedstawiciel ruchu NIE, dołączył w Sejmie do tych, którzy ostro, ale dowcipnie polemizowali z obskuranckimi pomysłami prawicy, wyłączającej z codziennego użytku coraz większe przestrzenie osobistej wolności „osoby ludzkiej”. Jednakże w szczególności jestem mu wdzięczna za to, że w momencie trudnym dla „Trybuny” postanowił, wraz ze skromnym zespołem, zadbać o to, aby nasza gazeta nadal wychodziła. Pod jego kierownictwem linia redakcyjna Trybuny pozwala przedstawiać lewicowy punkt widzenia zarówno w odniesieniu do historii Polski Ludowej, jak i tworzy forum wymiany poglądów na tematy bieżące. Dzięki niej- my, ludzie lewicy- porozumiewamy się ze sobą. Piotr Gadzinowski – jak zwykle- upatrzył sobie ostatnie miejsce na liście, łatwo więc go znaleźć! Zachęcam do głosowania na kandydaturę Piotra Gadzinowskiego!

Miejsce na liście to propozycja

Media pokazują jak politycy poszczególnych ugrupowań walczą o „jedynki” na listach. Zapominają, że takie miejsce, to ledwie sugestia dla wyborców.

Ordynacja wyborcza jest jednoznaczna, wybory wygrywa ta osoba z listy, która otrzymała największą liczbę ważnych głosów. Oczywiście wygrywa, ale, o tym czy wchodzi do Sejmu decyduje to, czy dana lista uzyskała w skali kraju poparcie przekraczające próg wyborczy.
Na pierwszych miejscach list komitety wyborcze umieszczają z reguły osoby, o których sądzą, że będą „lokomotywami”. To się sprawdza, ale nie zawsze.
Czasem ‚jedynki”, czy „dwójki” przegrywają z kimś z zupełnie innym numerem. Nader często zdarza się też, że wybierane są osoby z ostatniego miejsca na listach.
Wielokrotnie z dobrym skutkiem ten zabieg przetestował Piotr Gadzinowski. I dowiódł, że można.
Nie ma się zatem co sugerować miejscem na liście, i jeśli jest na niej ktoś, kogo znamy, lubimy i uważamy, że będzie dobrym posłem, to trzeba na niego głosować.
Taki głos nie będzie zmarnowany. I jeśli na Podlasiu, ktoś uzna, że powinien postawić „krzyżyk” przy tamtejszej „dwójce”, czyli Piotrze Kusznieruku, to niech nie martwi się, że robi coś przeciwko Lewicy. Nawet pojedyncze głosy oddane na poszczególnych kandydatów i tak się sumują. A potem skutkują tym, że w Sejmie możemy oglądać „naszych”.

Popierają!

Koleżanki i Koledzy,

Uprzejmie informuję, że kandydat na Posła z Listy Komitetu Wyborczego SLD .w Mieście Stołecznym Warszawa, poz. 40 – Redaktor Naczelny Dziennika TRYBUNA Pan Piotr Gadzinowski, zwrócił się do prof. Pawła Bożyka z prośbą o udzielenie poparcia w nadchodzących wyborach parlamentarnych.
Oto krótka informacja o kandydacie na Posła RP:
„Piotr Gadzinowski poseł na Sejm RP w latach 1997- 2000 z listy SLD. W Sejmie wielokrotnie występował w obronie dorobku Polski Ludowej i blokował szkalujące nas sejmowe uchwały.
W czasie swej pracy w Sejmie został trzykrotnie uznany za najbardziej pracowitego posła z okręgu warszawskiego przez stołeczne media. W Sejmie wpierał budowę warszawskiego metra. Przeforsował dwukrotnie dotacje dla metra z budżetu państwa.
Współtworzył ustawę o reformie polskiej kinematografii blokując projekty jej prywatyzacji.
Redaktor i publicysta w „itd.”, „Trybunie”, „Nie”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, „Lewica24”, „Faktach i Mitach”.
Obecnie redaktor naczelny dziennika „Trybuna” – jedynej lewicowej gazety. „Trybuna” jest też jedyną ogólnopolską gazetą, która odkłamuje prawicową historię. „
Wspólnie uznaliśmy, że należy udzielić jak najdalej idącego wsparcia, zważywszy że dorobek oraz kierowany przez Pana Piotra Gadzinowskiego dziennik TRYBUNA jest, oprócz Tygodnika PRZEGLĄD jedynym lewicowym dziennikiem o zasięgu krajowym.
Stąd też, uprzejmie prosimy członków i sympatyków Ruchu Odrodzenia Gospodarczego z Miasta Stołecznego Warszawa o propagowanie kandydatury Pana Piotra Gadzinowskiego, a w dniu wyborów – 13 października 2019 roku – o oddanie głosu na poz. 40 Listy Komitetu Wyborczego SLD.

Z lewicowym pozdrowieniem

Prof. Paweł Bożyk
Zbigniew Sowa

Nie ma wyboru?

Jeśli mieliście nieszczęście wpaść w banksterskie sidła i zaciągnąć kredyt we frankach szwajcarskich, pewnie teraz zgrzytacie zębami. Bo kurs szwajcarskiej waluty radykalnie wzrósł. Jeśli chcielibyście podziękować winnemu waszej straty, to niebawem będziecie mieli okazję to uczynić. Dnia pierwszego września odwiedzi nasz kraj prezydent USA Donald Trump z okazji rocznicy wywołania II wojny światowej.
Wielce oczekiwany w Warszawie gość właśnie wywołał kolejną wojnę handlową z Chinami. Aby utrudnić sprzedaż chińskich towarów na amerykańskim rynku nakazał podwyższyć cła na chińskie produkty. Ale „Chińcyki trzymają się mocno”. Poszli na wojnę ekonomiczną i obniżyli kurs swej waluty aby osłabić skutki ceł. Efektem polityki „taniego juana” jest coraz droższy dolar amerykański.
Niestety droższy dolar to także słabszy polski złoty. Droższe euro i frank szwajcarski. Na obecnym osłabieniu wartości złotego zyskają Polacy pracujący za granicą i polscy eksporterzy. Stracą polscy importerzy, amatorzy wyjazdów zagranicznych i pracujący w Polsce Ukraińcy. Najwięcej mogą stracić Ukraińcy z frankowymi kredytami.
Ale to nie koniec skutków wojny trumpo- chińskiej jakie rykoszetem uderzają w Polaków.
„Nie chcę być niepotrzebnie prowokacyjna” – powiedziała dla prorządowego tygodnika „Do Rzeczy” Jej Ekscelencja ambasador USA w Polsce Georgetta Mosbacher. Po czym dodała dobitnie: „Dzisiaj kwestia bezpieczeństwa jest wyjątkowo istotna, bo zagrożenia płynie jednocześnie ze strony dwóch rosnących potęg”. I jednoznacznie wskazała te grożące nam „rosnące potęgi”.

Rosję i Chiny

Oczywiście zagrożenie rosyjskie nie zostało zakwestionowane ze strony prawicowego, prorządowego dziennikarza. Ale zagrożenie chińskie wzbudziło zdumienie.
„Chiny chcą w Polsce inwestować” – zauważył przytomnie redaktor Marcin Makowski – „budować nowy jedwabny szlak, pomagać przy Centralnym Porcie Komunikacyjnym oraz infrastrukturze 5G. Czy będziemy musieli wybierać między Ameryką a Państwem Środka?”
„Nie wiem czy to uczciwie tak stawiać sprawę”- skarciła redaktora amerykańska Ekscelencja – „Proszę spojrzeć na sprawę chłodno: w chińskim prawie widnieje zapis, że każda chińska firma jest zobowiązana do dzielenia się wszelkimi dostępnymi technologiami oraz informacjami z rządem. Oczywiście Ameryka niepokoi się o rozwój chińskiej technologii 5G w Polsce, ale ze względów bezpieczeństwa, a nie biznesowych. Jeśli chodzi o inwestycje chińskich firm, które nie zagrażają bezpieczeństwu Polski, to nie widzę problemu”.
Jednak nawet prorządowy, czyli dzisiaj też proamerykański, dziennikarz musiał dostrzec w tej wypowiedzi fałsz.
„Chciałbym jednak, aby odpowiedziała pani wprost: czy Polska będzie musiała wybierać?”- odważnie zapytał.
„Ujmę to tak” – odpowiedziała Ekscelencja Mosbacher – „Ameryka już wybrała. Wybraliśmy wolność i demokrację zamiast centralistycznego rządu, który funkcjonuje Chinach. Jesteśmy w stanie walczyć i bronić swobód, których tam nie mają. Polska również musiała stanąć przed tym dylematem. Po roku mieszkania w Warszawie ma przeczucie, że będzie to prosty wybór. Polacy czują instynktownie, bo żyli w państwie komunistycznym, czym kończy się ucieczka od wolności. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ponownie skręcili w tym kierunku, a właśnie taki „pakiet” otrzymuje się od Chin.”
Ale ten narzucany przez władze USA „wolny” wybór nie okazuje się aż tak prosty, skoro prorządowy dziennikarz zauważa: „Tyle, że pieniądze, które popłynęły do Polski szerokim strumieniem, nie mają żadnej ideologii”.
I to wielce rozłościło amerykańską Ekscelencję. ”Pieniądze mają swój wymiar ideologiczny, w zależności od tego skąd pochodzą” – pouczyła dziennikarza i wszystkich Polaków.
A potem przypomniała amerykański plan bezpieczeństwa dla Polski. Rząd PiS kupi od USA drogie myśliwce F-35 i będzie cieszyć się, że USA sprzedają peryferyjnej Polsce aż tak nowoczesną technologię. W zamian rząd PiS wybuduje na terenie Polski bazę z instalacjami amerykańskiej tarczy antyrakietowej. A także inne bazy dla amerykańskiego wojska. I będzie cieszyć się z każdego przybyłego tam amerykańskiego żołnierza. Bo to zagwarantuje bezpieczeństwo przed rosyjską agresją.
Aby wzmocnić poczucie tego bezpieczeństwa polskie firmy będą kupować amerykański gaz i cieszyć się, że nie jest to gaz rosyjski. Bo „Moskwa używa gazu jako broni politycznej”- co potwierdziła amerykańska Ekscelencja.
Aby potwierdzić wierność wobec USA Polska nie kupi od chińskiego koncernu Huawei nowoczesnej technologii 5G, bo to komunistyczna, czyli zniewolona technologia. Niezgodna z amerykańskimi wartościami.

Bądźmy kolonią

Zapewne nieprzypadkowo amerykańska Ekscelencja nie wspomniała, że niedawno prezydent Trump wypowiedział traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu. Pretekstem było testowanie przez Rosję zabronionych układem pocisków. Tak naprawdę chodziło o Chiny. Ich ograniczenia nie obowiązują, bo w 1987 roku, kiedy Moskwa i Waszyngton wynegocjowały traktat INF, chińska armia rakiet średniego zasięgu jeszcze nie miała. I dlatego w tym stuleciu uzbrajała nimi swoją armię bez traktatowych ograniczeń. Podpisany wtedy traktat przyczynił się do zakończenia „zimnej wojny” między USA i ZSRR. Teraz Europie grozi nowy wyścig zbrojeń. Nowa „zimna wojna” i wzrost zagrożenia nowym konfliktem zbrojnym. Bo przecież taki pocisk rakietowy wyposażony w megatonową głowicą jądrową odpalony z Rosji lub poligonu na Białorusi może w ciągu 10 minut dotrzeć nad Belgię i Holandię. Podobny amerykański pocisk odpalony z Niemiec potrzebuje również około dziesięciu minut aby dotrzeć do Petersburga lub Moskwy. Rakiety odpalane są z samobieżnych, mobilnych wyrzutni. Błyskawiczny atak nie daje wielu szans na reakcję. Ryzyko, że do atomowego starcia dojdzie przez przypadek, w wyniku błędu obsługi albo nieporozumienia na linii politycy- wojskowi znów staje się wysokie.
Wyścig zbrojeń już ruszył, bo Amerykanie właśnie przetestowali taki pocisk nowej generacji. Chiny i Rosja zwróciły się do Rady Bezpieczeństwa o zwołanie jej nadzwyczajnego posiedzenia w sprawie nowych amerykańskich zbrojeń.
Prezydent Trump, wypowiadając traktat INF, zapewniał, że chce jedynie stworzyć nowe mechanizmy kontroli zbrojeń, które będą pasować do realiów XXI wieku. Na razie zamiast konflikty rozwiązywać, albo przynajmniej łagodzić, stale podsyca je. I tworzy nowe.
W reakcji na amerykańskie testy rakietowe prezydent Rosji Władimir Putin stwierdził, że USA chcą zainstalować nowe rakiety w Europie. Przede wszystkim w Rumunii i w Polsce, co uznał za zagrożenie dla Rosji. Zapowiedział też, że Moskwa odpowie w adekwatny sposób.
W efekcie narzucanego nam przez Waszyngton „wyboru” Polska, zostanie pozbawiona chińskich nowoczesnych technologii. Skłócona z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej stanie się krajem zapóźnionym cywilizacyjnie. Peryferią technologiczną Europy.
Będzie za to najbardziej zdeklarowanym proamerykańskim państwem na wschodzie Europy. Łatwym celem w przyszłych, hybrydowych konfliktach, w których kosztowne myśliwce F-35 będą nieprzydatne. Narzucany Polsce wybór to rola przyszłego chłopca do bicia. Miejsca zastępczych starć pomiędzy USA i „rosnących potęg”.

Nie tylko Jedynki!

Czytajcie listy wyborcze do końca!

Jeszcze się oficjalnie kampania wyborcza nie zaczęła, a już mamy spory o miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza o „Jedynki”.
Polski system demokracji parlamentarnej jest systematycznie psuty przez ingerencje mediów. Manipulujących opinią publiczną, czyli wyborcami. Traktowanymi jak przysłowiowy „ciemny lud” przez sprzedajnych dziennikarzy i komercyjne firmy „pijarowskie”. Doradzających politykom jak zmienić kampanię wyborczą w medialne igrzyska. W wyścigi szczurów do politycznego koryta.
Dziennikarze i „pijarowcy” od lat przekonują polskich wyborców, że o sukcesie wyborczym kandydatów decydują ich miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza pierwsze, zwane „Jedynką”.
Argumentują, że przynajmniej 30- 40 procent wyborców głosuje jak psy Pawłowa. Reagują na logo komitetu wyborczego i potem odruchowo, często bezmyślnie, stawiają krzyżyk przy pierwszym nazwisku kandydata umieszczonym na liście wybranego komitetu.
W Polsce każdy wyborca podczas wyborów do Sejmu RP oddaje jeden głos. Jednocześnie na komitet wyborczy i na kandydata. Dzięki temu wyborcy mogą decydować nie tylko o tym które ugrupowania wejdą do Sejmu, ale też którzy kandydaci będą tam pracować.
Niestety polscy dziennikarze i „pijarowcy” robią wszystko aby wybór polskim obywatelom taki ograniczyć. Relacjonując kampanię wyborczą, prezentując kandydujących do parlamentu skupiają się jedynie na Jedynkach z list wyborczych.
Czasem wspominają też o miejscach drugich i trzecich. Ale dalej wzrok ich już nie sięga. Jakby polscy dziennikarze nie byli w stanie doczytać list wyborczych do końca.
Redukowanie kandydatów do Jedynek bez wątpienia ułatwia pracę mediów. I napędza im zyski. Zwłaszcza kiedy robią one kolejne oszustwo wyborcze – debaty „liderów list”. Czyli tychże Jedynek.
Zauważcie, że nie ma Polsce w czasie kampanii wyborczej debat merytorycznych. Tematycznych. W czasie których moglibyście się dowiedzieć o programach naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, o polskiej polityce zagranicznej konkurujących w wyborach partii.
Bo zamiast merytorycznych debat media podsuwają wam jedynie starcia personalne kandydujących. Odwołując się do ich wyglądu, szybkości wysławiania się, umiejętności robienia dobrego wrażenia. Do waszych emocji, odczuć, ale nie do waszej wiedzy.
Przygotują wam mecze medialne. Podzielone na krótkie starcia. W czasie tych rund każda z Jedynek będzie miała aż 10 sekund na zaprezentowanie naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, polityki zagranicznej, obrony narodowej. Najlepiej w trzech pięciosekundowych hasłach.
Dłużej już nie, bo zdaniem polskich dziennikarzy i pijarowców polski wyborca nie jest w stanie więcej informacji na jeden raz przyjąć. Bo polski wyborca to miś „o bardzo małym rozumku”.
Taki styl prowadzenia kampanii wyborczej jedynie ogłupia i oszukuje potencjalnych wyborców. Ale znakomicie rozkręca ich emocje. Potem emocje napędzają frekwencję wyborczą. Ale też widzów medialnych pojedynków. Klikających, komentujących, bluzgających. Im więcej emocji, zwłaszcza złych, tym zyski mediów i pijarowców będą większe.

Inna polityka możliwa?

Nakręcana emocjami kampania wyborcza opiera się też na wciskaniu przekonania, że są na listach wyborczych elitarne „miejsca biorące” i pozostałe, te pospolite, te „niebiorące”.
Biorące to oczywiście Jedynki, ale też Dwójki i Trójki. W ten sposób skupia się uwagę i zainteresowanie wyborców jedynie tymi pierwszymi miejscami. Pozostali kandydaci traktowani są jak „mięso wyborcze”. Frajerzy, którzy jedynie pracują na czołówkę listy.
Nakręcając tak emocje wyborców, media i pijarowcy, podgrzewają też emocje kandydatów do parlamentu. Wszyscy oni chcieliby mieć właśnie te „miejsca biorące”. Tak nakręcane są spory personalne, kłótnie wewnątrz partyjne w czasie układania list.
Zauważcie, że media chętnie informują o nich, podobnie jak o lokalnych intrygach, transferach międzypartyjnych. Bo to też budzi emocje, nabija popularność, czyli zyski.
W najbliższej kampanii wyborczej polskie media zapewne zechcą ponownie zamienić kampanię wyborczą w polityczny plebiscyt. Pojedynek pomiędzy rządzącym PiS i opozycyjnym anty PiS- em.
Do roli anty PiS- u została już wyznaczona Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny. Jej lider już teraz stara się osłabić polityczną konkurencję, czyli PSL i blok lewicowy. Bo obowiązujący w wyborach do Sejmu RP system D’Hondta preferuje najbardziej popularne ugrupowania. W wielomandatowych okręgach wyborczych, przy poparciu powyżej 10 procent, czasem kolejne 1-2 procenta dają przynajmniej jeden dodatkowy mandat poselski.
Liderzy polskich, lewicowych ugrupowań jeszcze przed wyborami zapowiadali „inną politykę”. Rozbicie prawicowego duopolu politycznego. Odtwarzanego właśnie przy wielkim wsparciu polskich mediów i pijarowców.
Zapowiadali merytoryczną, a nie opartą na negatywnych emocjach kampanię wyborczą.
Aby mogli oni uprawiać taką „inną politykę”, teraz apeluje do polskich wyborców, zwłaszcza tych lewicowych.
Nie dajcie się manipulować przez polską „mediokrację”.
Przeczytajcie listy wyborcze do końca. Zwłaszcza te lewicowe. Abyście przy urnach wyborczych kierowali się rozumem, a nie zaszczepianymi przez media emocjami.
Wybierajcie kandydatów kompetentnych, a nie kolejnych, sezonowych, medialnych „charyzmatycznych” cudotwórców.
Nie dajcie się traktować jak ten „ciemny lud”.
„Trybuna” postara się pomóc wam w takich merytorycznych wyborach.

PS. Informuję, że zamierzam kandydować do Sejmu RP z listy lewicy w okręgu warszawskim. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście wyborczej.
Tak jak w poprzednich wyborach nie będę miał billboardów, bo uważam je za niepotrzebną część „mediokracji”.

Flaczki tygodnia

Duży strach przed utratą władzy musiał zapanować w PiS, skoro postanowili rozdać tak wiele pieniędzy z deficytowego budżetu państwowego. I tak szybko. Aby zdążyć zanim Obywatele ruszą do urn.

Takie rozdawnictwo pieniędzy z budżetu państwa nie jest efektywną polityką społeczna, tylko doraźnym, politycznym kupowaniem społecznego poparcia. Trzynasta emerytura sporej grupie zamożnych polskich emerytów nie jest potrzebna. Nie polepszy im życia. Nie jest też potrzebna panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i wielu innym parlamentarzystom pobierającym jednocześnie emerytury i parlamentarne uposażenia. Oczywiście w skali rocznego deficytu budżetowego są to sumy niewiele znaczące. Choć gdyby je zaoszczędzić to kilko rodziców nie musiałoby organizować publicznych zbiorek pieniędzy na operację swych dzieci.

Te sobotnie obietnice sypnięcia pieniędzmi to kolejny przykład pro-wyborczego, a nie pro-społecznego podejścia ekipy PiS do wydatków z deficytowego budżetu polskiego państwa. Rządzący ponad trzy lata PiS dowiódł, że znakomicie potrafi rozdawać budżetowe pieniądze. Zrealizował program 500+, obniżył wyśrubowany przez poprzednią koalicję PO-PSL wiek emerytalny.
Ale już nie potrafił wybudować mieszkania w obiecanym programie Mieszkanie+. Potrafił, chwaląc się wszem i wobec, przeforsować wzrost wydatków na wojsko w ustawach budżetowych, ale przez lata swych rządów nie potrafił wojska polskiego zmodernizować. Nawet pogorszył stan jego uzbrojenia.
Obiecał stworzyć innowacyjną polska gospodarkę, której symbolem miał być powszechny polski samochód napędzany energią elektryczną. Słowa nie dotrzymał. Nie wykorzystał też polskiego patentu na grafen, chociaż ten wynalazek miał być priorytetem rządu głoszącego „repolonizację gospodarki”.

Zauważcie, że ekipa PiS bezustannie chwali się swoja skutecznością w ściąganiu podatków, zwłaszcza VAT-u. A jednocześnie przez ponad trzy lata PiS nie potrafił unormować systemu finansowania mediów publicznych. Zlikwidować stary, nieefektywny już abonament radiowo-telewizyjny i zastąpić go nowym, sprawiedliwym podatkiem. Niedawno, aby załatać deficyt wydatków TVP SA, ekipa PiS przeforsowała w Sejmie dotację dla swych mediów narodowo-katolickich. Ponad miliard złotych, czyli jedną trzydziestą tegorocznych wydatków na ich nowe obietnice wyborcze.

Ostatnie wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego będą kosztować nasz deficytowy budżet, czyli nas wszystkich, corocznie ponad 30 miliardów złotych. Co oznacza, że w tym roku i pewnie następnych nie wystarczy na potrzebne podwyżki dla nauczycieli i modernizację służby zdrowia. Brak tych pieniędzy będzie szczególnie bolesne dla oświaty i przyszłości polskiej edukacji. Oświata to nie sektor budowlany czy firma kurierska Uber. Braków kadrowych w oświacie nie załatamy nisko opłacanymi importowanymi Ukraińcami czy hinduskimi studentami.

Wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego zwiększą indywidualną konsumpcję. Wzbogacą się na niej duże, zagraniczne sieci handlowe. Polscy kupcy już mniej, bo przeforsowana z religijnych powodów przez NSZZ „Solidarności”, ustawa o zakazie handlu w niedzielę jednie wzmocniła dodatkowo zagraniczny kapitał handlowy, a osłabiła polski rodzinny, drobny handel. W ten sposób pan prezes Kaczyński zrobi trochę konsumpcyjnej radości w polskich domach i długofalowo wzbogaci zagranicznych kapitalistów. I swoich ziomków z PiS też, jeśli wyborcy dadzą się kupić.

Aktywiści NSZZ „Solidarności” z Gdańska dokonali heroicznego czynu – postawili pomnik księdza-pedofila Jankowskiego na nogi. Stawiając tym etos „Solidarności” na głowie. Bronią bowiem nie tylko powszechnie znanego pedofila, ale jeszcze agenta Służby Bezpieczeństwa z czasów Polski Ludowej.

„Solidarność” zaczynała jako ruch społeczny walczący o poprawę bytu robotników w Polsce Ludowej. O upodmiotowienie klasy robotniczej. O to, aby robotnicy poczuli się w pełni właścicielami i współgospodarzami swoich zakładów pracy oraz obywatelami swego państwa. Walczący wtedy o zreformowanie ustroju państwa, stworzenie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Potem powstał związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, który upartyjniał się. W 1981 roku „Solidarność” była już konfederacją mieszczącą przeróżne ruchy polityczne. Od trockistów po endeków. Żywiołową, sprzeczną wewnętrznie. Spychającą się – i spychaną – ku konfrontacji.
Spacyfikowana w czasie stanu wojennego „Solidarność” nie wróciła już do dawnej liczebności i robotniczego etosu z jesieni 1980 roku. Po ponownej legalizacji w III Rzeczpospolitej ewoluowała w kierunku związku zawodowego o zabarwieniu narodowo-katolickim. Taka NSZZ „Solidarność” współrządziła Polską w latach 1997-2001. Wspierała potem rządy Prawa i Sprawiedliwości. Praw pracowniczych broniła coraz rzadziej, zwykle kiedy Polską rządziły koalicje PO-PSL. W czasach rządów PiS coraz mniej liczna NSZZ „Solidarność” stawała się klakierem elit PiS i zbiorowym ministrantem hierarchów kościoła katolickiego. Teraz, wchodząc w batalię o pomnik księdza Jankowskiego, kompromituje się ostatecznie i trwoni resztki dawnej, jakże pięknej legendy.

Tylko zaślepieniem politycznym, zacietrzewieniem towarzyskim i środowiskowym można wytłumaczyć obronę pomnika pedofila i agenta SB przez aktyw gdańskiej „Solidarności”. Ludzi, którzy na co dzień mają pełne gęby lustracyjnych postulatów i dekalogu katolickiej moralności. Zwłaszcza, że Polski kościół katolicki w sporze o pomnik księdza-pedofila zachował się zgodnie ze swą tradycyjną pragmatyką. Ogłosił, ustami arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia, że nie jest stroną w tym sporze i zachowuje „neutralność”. Może sobie pozwolić na taką, bo do ulicznych przepychanek ma parobków z „Solidarności”.

Przy okazji, jeśli chcecie poznać pijackie ekscesy tego hierarchy, a także tajemnice pana prezesa Kaczyńskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Antoniego Macierewicza i innych reprezentantów prawicowych elit – polecamy książkę byłego posła, redaktora Piotra Gadzinowskiego „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Nakład wyczerpany, ale można poszukać jeszcze w dobrych księgarniach i Internecie.

„W najnowszym badaniu IBRIS Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zieloni i Inicjatywa Polska, czyli Koalicja Europejska mają 38,5 procent poparcia. PiS plasuje się na drugim miejscu z poparciem 34,7 procent, Wiosna Roberta Biedronia uzyskuje 8,9 procenta, a Kukiz’15 – 6,6 procenta.