Synowie Albionu drwią z biało-czerwonych

Reprezentacja Anglii jest jedynym niepokonanym zespołem w grupie I. We wrześniowej serii spotkań pokonała w Budapeszcie Węgry 4:0 i u siebie Andorę również 4:0. Przed środowym starciem z Polską na Stadionie Narodowym w Warszawie Anglicy są więc pewni kolejnego zwycięstwa i drwią z biało-czerwonych.

W brytyjskich mediach więcej miejsca poświęcono przed meczem na spekulacje dotyczące zachowania polskich kibiców. Na Wyspach panowało przekonanie, że fani reprezentacji Polski dopuszczą się podobnych rasistowskich ekscesów, jakie miały miejsce podczas meczu Anglików w Budapeszcie, gdzie węgierscy kibice lżyli ciemnoskórych graczy kadry Garetha Southgate’a. Niespecjalnie natomiast przejmowali się faktem, że reprezentacja Polski w dwóch wrześniowych spotkaniach, z Albanią i San Marino, zdobyła komplet punktów strzelając 11 goli. I chociaż Robert Lewandowski strzelił tylko trzy z nich, dziennik „Daily Mail” podtrzymał lekceważącą opinię, że kapitan biało-czerwonych jest jedynym graczem, na którego angielscy piłkarze będą musieli zwracać uwagę. I na potwierdzenie tej tezy z lubością cytowali wypowiedzi portugalskiego selekcjonera polskiej kadry Paulo Sousy udzielone po meczu z Albanią. „Lewandowski robi różnicę. Ale drużyna nie jest na tym samym poziomie. To jest różnica, którą staramy się niwelować. Chcemy rywalizować z najlepszymi, ale zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy na tym samym poziomie, co Anglia. Jeśli im wypadnie jeden zawodnik, to jest dwóch albo trzech innych graczy na tym samym poziomie. Tutaj jest tylko Robert, a między nim a resztą piłkarzy jest ogromna różnica. Robert też rozumie sytuację i zdaje sobie sprawę, że w reprezentacji musi zrobić sześć razy więcej niż w Bayernie” – taka ocenę Paulo Sousy cytowały media na Wyspach Brytyjskich.
Angielski dziennikarze zapewniają swoich czytelników, że Lewandowski jest jedyną nadzieją Polaków na odniesienie zwycięstwa w środowym spotkaniu z „Synami Albionu”. Niektórzy dodają jeszcze Stadion Narodowy w Warszawie, który jest twierdzą biało-czerwonych. Dotychczas z 28 rozegranych na nim spotkań Polska przegrała tylko dwa – z Ukrainą 1:3 (el. MŚ 2014) oraz 0:1 w towarzyskim spotkaniu w marcu 2014 ze Szkocją. „W naszym domu jesteśmy w stanie skutecznie konkurować z zespołami lepszymi od nas” – cytuje słowa Lewandowskiego „Daily Mail”.
W pierwszym meczu Anglików z Polakami kapitan biało-czerwonych nie mógł zagrać z powodu kontuzji, jakiej nabawił się we wcześniejszej potyczce z Andorą. Ale jego strzelecki dorobek mimo to wygląda imponująco – w czterech występach zdobył sześć bramek (jedną z Węgrami, dwie z Andorą, jedną z Albania i dwie z San Marino) i w europejskich eliminacjach skuteczniejszy od niego jest jedynie napastnik reprezentacji Serbii Aleksandar Mitrović, który ma na koncie siedem trafień.
W Polsce nie też nie ma wiary w drużynę Paulo Sousy i jego trenerskie umiejętności. Nie zmieniły tego nawet wysokie zwycięstwa nad Albanią i San Marino, chociaż, dla porównania, Anglicy z tymi zespołami wygrali u siebie w skromniejszym rozmiarze – Albańczyków pokonali na wyjeździe 2:0, a San Marino na Wembley 5:0. To prawda, nie stracili w tych spotkaniach goli, czego nie zdołali uniknąć nasi piłkarze, ale saldo 11:2 i 7:0 nie jest przecież dla biało-czerwonych w żaden sposób kompromitujące. Ale nad Wisłą większą zdecydowanie wagę przywiązuje się do straconych bramek, niż do strzelonych.
Inna sprawa, że Paulo Sousa jak na razie dość niefrasobliwie traktuje obsadę linii defensywnej. W spotkaniu z San Marino wystawił na przykład Tomasza Kędziorę, od zawsze przecież prawego obrońcę, na lewej flance, trzymał na boisku przez cały mecz rozdygotanego i niepewnego w interwencjach Kamila Piątkowskiego i nie zmienił go nawet po jego fatalnym błędzie, po której zespół San Marino zdobył swoją pierwszą bramkę w tych eliminacjach. No i nie udało się przez to biało-czerwonym przerwać serii spotkań ze straconą bramką, tylko powiększyli ją do ośmiu, a grali z najsłabszym zespołem reprezentacyjnym na świecie.
Lewandowski po przerwie już nie pojawił się na boisku, zastąpiony przez Adama Buksę, co najwyraźniej źle podziałało na jego kolegów z drużyny, natomiast najwyraźniej pobudziło do działania graczy San Marino. Gdy Piątkowski sprezentował im gola w 48. minucie, to przez następne 20 minut stworzyli sobie jeszcze trzy sytuacje bramkowe i oddali dwa celne strzały na bramkę, czyli zrobili w tym czasie więcej, niż we wszystkich czterech wcześniejszych spotkaniach eliminacyjnych. Nasi piłkarze w końcu się jednak ogarnęli i opanowali sytuację na boisku. W 67. minucie Buksa zdobył piątą bramkę, a w doliczonym czasie gry dołożył jeszcze dwie. Ostatniego gola strzelił po znakomitym dośrodkowaniu debiutującego w polskich barwach 19-letniego Nikoli Zalewskiego. Występ tych dwóch piłkarzy trzeba uznać za obiecujący – Zalewskiego jeszcze niekoniecznie w kontekście środowego meczu z Anglia, ale Buksy na pewno. Ponieważ wszystko wskazuje, że Piotra Zielińskiego nie uda się doprowadzić do pełnej sprawności, rolę rozgrywającego w potyczce z Anglikami Sousa powinien powierzyć Lewandowskiemu, a na szpicy wystawić właśnie 24-letniego snajpera zespołu amerykańskiej MLS New England Revolution.
Kluczowa dla wyniku potyczki z Anglikami będzie jednak postawa linii obrony. Po pięciu meczach w grupie nasza reprezentacja ma 10 punktów i 18 zdobytych bramek, ale już siedem straconych. Wśród drużyn uczestniczących w turnieju Euro 2020, czyli de facto najlepszych obecnie na naszym kontynencie, więcej straconych goli mają tylko Węgrzy i Austriacy. Pod wodzą Paulo Sousy biało-czerwoni w 10 występach stracili aż 16 goli. Prawie dwa razy więcej niż traciła kadra Brzęczka i dużo więcej niż zespoły prowadzone przez Adama Nawałkę, Waldemara Fornalika, a nawet Franciszka Smudę. Na plus portugalskiemu szkoleniowcowi trzeba zapisać jednak to, że w każdym spotkaniu pod jego komendą nasi piłkarze zdobywają bramki. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że nie inaczej będzie też w środowej potyczce z Anglikami. I oby Polacy strzelili jednego gola więcej od rywali.

San Marino – Polska 1:7
Gole: Nicola Nanni (48) – Robert Lewandowski (4, 21), Karol Świderski (16), Karol Linetty (44), Adam Buksa (67, 90, 90).
Skład Polski: 1. Wojciech Szczęsny (46, 12. Łukasz Skorupski) – 2. Kamil Piątkowski, 6. Michał Helik, 4. Tomasz Kędziora – 19. Jakub Kamiński, 17. Damian Szymański, 8. Karol Linetty (79, 21. Przemysław Frankowski), 16. Jakub Moder (46, 20. Bartosz Slisz), 23. Tymoteusz Puchacz (66, 18. Nicola Zalewski) – 11. Karol Świderski, 9. Robert Lewandowski (46, 14. Adam Buksa).
Sędziował: Mattias Gestranius (Finlandia). Widzów: 500.

Tabela grupy I:

  1. Anglia 5 15 17:1
  2. Polska 5 10 18:7
  3. Albania 5 9 5:6
  4. Węgry 5 7 10:9
  5. Andora 5 3 3:12
  6. San Marino 5 0 1:19

Euro 2020/21: Karne też trzeba umieć strzelać

W końcówce dogrywki finału Euro 2020/21 Gareth Southgate wpuścił na boisko Marcusa Rashforda i Jadona Sancho. Pierwszy zmienia Jordana Hendersona, a drugi wchodzi za Kyle’a Walkera. Trener angielskiej drużyny obu tych graczy wyznaczył chwilę później do egzekwowania rzutów karnych. I popełnił błąd, bo obaj spudłowali.

Southgate tłumaczył się później, że postawił na Rashforda i Sancho, bo oni najlepiej wykonywali „jedenastki” na treningach. W warunkach meczowego stresu i presji wyniku obaj jednak zawiedli – 23-letni Rashford trafił w słupek, a strzał 21-letniego Sancho idealnie wyczuł Donnarumma i bez trudu odbił słabo uderzoną i łatwą do obrony piłkę. Ale chyba największym błędem selekcjonera reprezentacji Anglii było wyznaczenie 19-letniego Bukayo Saki do ostatniej serii karnych. Ten waleczny i niewątpliwie utalentowany piłkarz nigdy wcześniej nie wykonywał „jedenastek”, nawet w klubowej drużynie Arsenalu Londyn. Tak więc do najważniejszych rzutów karnych w historii angielskiego futbolu trener kadsry oddelegował młodych, niedoświadczonych piłkarzy, na dodatek rzadko lub wcale nie egzekwujących karnych. Rashford w minionym sezonie miała na tylko trzy takie okazje – w Lidze Narodów, Lidze Mistrzów i sparingu angielskiej kadry, zaś Sancho, także trzykrotnie, wykonywał „jedenastki” w Pucharze Niemiec, Lidze Mistrzów i Bundeslidze.
Anglicy byli zatem z góry skazani na porażkę w konkursie rzutów karnych, ale całe odium niechęci rozczarowanych kibiców spadło na trzech młodych chłopaków, którym w obelgach nie oszczędzono nawet rasistowskich akcentów. Brytania takiego zakończenia występu angielskiej drużyny będzie się wstydzić przez wiele lat.

Euro 2020/21: Włoska robota na Wembley

Bijatyka w katakumbach stadionu, wdarcie się na obiekt kibiców, którzy nie posiadali biletów, to skazy na wizerunku finałowego meczu mistrzostw Europy Anglia – Włochy. Na szczęście pod względem sportowym widowisko stworzone przez graczy dwóch najlepszych bezsprzecznie zespołów w tym turnieju było fascynujące.

Zespoły Włochy i Anglii nie miały sobie równych w tych mistrzostwach, czego dowodzą choćby statystyki. Jeśli policzy się ich punktowy dorobek według ligowych zasad, to ekipy finalistów w siedmiu rozegranych meczach zgromadziły po 17 punktów – najwięcej w stawce 24 zespołów. Trzecią lokatę pod tym względem zajęli Belgowi z dorobkiem 12 punktów, chociaż odpadli już w ćwierćfinale, czyli po pięciu spotkaniach. Anglicy i Włosi w całym turnieju nie ponieśli porażki, a takim wyczynem mogli się jeszcze pochwalić w tym turnieju Hiszpanie i Francuzi (te dwa zespoły odpadły z imprezy po porażkach w konkursach rzutów karnych). Pięć lat temu niepokonana pożegnała się z turniejem reprezentacja Polski, odpadając w 1/4 finału remisie z Portugalią i przegranych „jedenastkach”. W tegorocznym czempionacie biało-czerwonym poszło dużo gorzej. W swojej grupie nie wygrali ani jednego meczu (przegrali 1:2 ze Słowacją i 2:3 ze Szwecją oraz zremisowali 1:1 z Hiszpanią) i zajęli ostatnie miejsce z jednym punktem na koncie i bramkowym bilansem 4:6. Ten dorobek zapewnił im 21. lokatę w stawce 24 drużyn – gorsze od naszej były tylko reprezentacje Szkocji, Turcji i Macedonii Północnej.
Nie było na turnieju drużyny, która nie zdobyłaby żadnej bramki, ani takiej, która goli nie traciła. W 51 meczach strzelono 142 gole – 94 w fazie grupowej i 48 w fazie pucharowej, co daje średnią 2,78 bramki na jedno spotkanie. Euro 2020/21 był dopiero drugim turniejem rozegranym z udziałem 24 drużyn (51 meczów, w tym 36 w fazie grupowej i 15 w pucharowej). Można zatem porównać statystyki tylko z poprzednia imprezą, Euro 2016 we Francji. Tegoroczny czempionat pod względem strzeleckich dokonań piłkarzy wypada znacznie lepiej, bo pięć lat temu padło w 51 meczach tylko 108 goli (średnia 2,12 bramki na jedno spotkanie).
W zakończony w niedzielę turnieju ustanowiony został też rekord goli samobójczych – padło ich aż 10, co oznacza, że siedem procent ze 142 zdobytych bramek było „swojakami”. Jeden z nich zapisano na koncie Wojciecha Szczęsnego, chociaż jego udział w tym samobóju był niewielki – po prostu piłka odbita od słupka trafiła go w bark i wpadła do bramki. Gol powinien zostać zapisany słowackiemu piłkarzowi, ale głupawe zasady interpretacji takich zdarzeń przez UEFA takie uproszczeń nie przewidują.
Wracając do oceny turnieju Euro 2020/21 wypada zauważyć, że piłkarze na ogół trzymali się zasad fair play, bo sędziowie pokazali zawodnikom 151 żółtych kartek (2,96 na mecz) i 6 czerwonych (0,04 na mecz). Wśród graczy wyrzuconych z boiska za czerwoną kartkę znalazł się jeden Polak – Grzegorz Krychowiak, ukarany w ten sposób w spotkaniu ze Słowacją. Dla porównania – w Euro 2016 we Francji sędziowie po czerwone kartki sięgali tylko trzy razy, za to po żółte aż 205 razy.
Po fazie grupowej w turnieju zostało 16 najlepszych zespołów i rywalizacja zrobiła się jeszcze bardziej wyrównana. Aż w ośmiu spotkaniach fazy pucharowej konieczna była dogrywka – w połowie z nich dodatkowe 30 minut gry nie przyniosło rozstrzygnięcia i konieczny był konkurs rzutów karnych. Pięć lat temu na francuskich stadionach dogrywek było tylko pięć i trzy konkursy „jedenastek”.
W finałowym spotkaniu Anglia – Włochy też ustanowiono rekord – gol Luke’a Shawa dla angielskiej drużyny, strzelony już w 2. minucie meczu, jest w tej chwili najszybciej uzyskanym trafieniem w historii finałów mistrzostw Europy. Poprzedni rekord należał do Hiszpana Jesusa Pereda, który w 1964 roku w finałowym spotkaniu z ekipą ZSRR (2:1) strzelił pierwszego gola dla swojej drużyny w 6. minucie.
Tegoroczny czempionat rozegrano na 11 stadionach w 11 europejskich stadionach, ale trzy rozstrzygające spotkania odbyły się na Wembley. Niestety, angielscy kibice przypomnieli światu o swojej złej sławie i zafundowali nam wszystkim dramatycznie wyglądające sceny bijatyk z policją i między sobą. W przypadku podobnych zdarzeń na meczach drużyn klubowych, choćby w europejskich pucharach, UEFA nakłada na organizatorów dotkliwe kary, ale na Wembley sama była organizatorem finałowego meczu Anglii z Włochami, więc karać siebie nie będzie. Impreza się skończyła, w kasie wszystko się zgadza, można więc wracać do domów bez obawa, a za kilka tygodni nikt o tym już nie będzie pamiętał. I tak dzieje się zawsze, gdy zadufani w sobie piłkarscy działacze coś sknocą.

Gdyby się nie bali, to by z Anglią wygrali

Biało-czerwoni znowu nie wygrali z Anglikami na Wembley, ale byli naprawdę bliscy powtórzenia legendarnego remisu z 1973 roku. Trener Paulo Sousa w krótkim czasie wiele poprawił z grze polskiej reprezentacji, nie zdołał tylko wykorzenić tkwiącej głęboko w mentalności naszych piłkarzy niewiary w swoje możliwości. I tylko dlatego angielski zespół zgarnął komplet punktów.

W meczu z Anglią na Wembley przed naszą piłkarską reprezentacją stanęły dwa wyzwania. Zanim zaczęli grę musieli wybrać postawę wobec ruchu Black Lives Matter, czyli zdecydować czy uklękną razem z piłkarzami angielskiej drużyny, czy wzorem Czechów stać wskazując tylko ręką na promowane przez UEFA i FIFA na koszulkach zespołów reprezentacyjnych hasło „Respect”, które ma przypominać o wzajemnym szacunku i tolerancji bez względu na płeć, kolor skóry, wiek czy umiejętności sportowe. Prezes PZPN Zbigniew Boniek jeszcze przed meczem dawał do zrozumienia, że jest zwolennikiem tego drugiego rozwiązania. Widać jego osąd przesądził, bo nasi piłkarze nie klęczeli razem z Anglikami, co brytyjskie media rzecz jasna natychmiast wychwyciły i skomentowały. PZPN dzień po meczu na Wembley puścił więc w świat taki oto komunikat: „Piłkarze reprezentacji Polski przed meczem z Anglią na Wembley zajęli neutralne i apolityczne stanowisko wobec inicjatywy Black Lives Matter. Jednocześnie podkreślamy, że wszyscy reprezentanci Polski są solidarnie przeciwni wszelkim przejawom rasizmu i nietolerancji. PZPN w swoich statutowych działaniach i powinnościach zawsze kierował się otwartością, przestrzeganiem zasad równości, tolerancji i równouprawnienia wobec wszystkich ludzi, niezależnie od ich miejsca zamieszkanie, koloru skóry, wyznania oraz poglądów politycznych. Aby wyrazić swój sprzeciw, reprezentanci Polski przed pierwszym gwizdkiem meczu z Anglią wskazali na zamieszczony na lewym rękawie koszulki napis UEFA Respect, który nawiązuje do prowadzonej przez europejską federację kampanii przeciwko rasizmowi, ksenofobii i nietolerancji” – napisano. Tą światopoglądową potyczkę biało-czerwoni zakończyli wynikiem remisowym, czyli w równym stopniu narazili się zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom akcji Black Lives Matter.
Na boisku w starciu z reprezentacją Anglii też byli bliscy osiągnięcia wyniku remisowego, chociaż do przerwy zapowiadało się, że znowu wyjadą z Wembley boleśnie pobici. Polska drużyna jeszcze nigdy nie pokonała „Synów Albionu” na ich terenie, co samo w sobie wywołuje u naszych piłkarzy poczucie niższości do tego stopnia, że wychodząc na murawę stadionu Wembley nawet nie myślą, żeby z Anglikami wygrać, tylko żeby kompromitująco nie przegrać. Ale Paulo Sousa właśnie chce z nich taki sposób myślenia wykorzenić i zastąpić „mentalnością zwycięzców”. I w środę właśnie dokonał takiego pierwszego przeszczepu, wystawiając do gry trzech obrońców i dwóch napastników. Co prawda jeśli odrzucimy piłkarską nowomowę i grających na flankach linii defensywnej Macieja Rybusa i Bartosza Bereszyńskiego zamiast traktować jako tzw. wahadłowych uznamy po prostu za bocznych obrońców, to liczba graczy defensywnych de facto urasta nam do pięciu, a doliczając dwójkę defensywnych pomocników, czyli Grzegorza Krychowiaka i Jakuba Modera, nawet do siedmiu. Inna sprawa, że takie ustawienie preferuje też trener rywali Gareth Southgate. Ale jak słusznie podkreślił Portugalczyk na pomeczowej konferencji, jego angielski kolega po fachu prowadzi już swój zespół od ponad pięciu lat. „My dopiero zaczynamy grać w nowym ustawieniu i jeszcze nie wszystko nam dobrze wychodzi, ale moi zawodnicy wierzą w ten pomysł. Musimy pamiętać, że to dopiero nasz trzeci mecz. Wydaje mi się, ze w pierwszej połowie zabrakło równowagi. Wahadłowi, czyli Bereszyński i Rybus, a zwłaszcza Rybus, byli nieco za nisko, by lepiej zakładać pressing. W drugiej połowie było z tym lepiej, dzięki pressingowi zdobyliśmy bramkę. W tamtym momencie byliśmy dominującą drużyną. Wówczas myślałem, że możemy ten mecz wygrać” – stwierdził Sousa. Nie był w tym myśleniu odosobniony. Po wejściu Kamila Jóźwiaka i Arkadiusza Milika, a co za tym idzie zmianie ustawienia, nasz zespół nie tylko doprowadził do wyrównania, ale aż do 85. minuty rzeczywiście sprawiał wrażenie, że może wpakować Anglikom jeszcze jednego gola i wreszcie zwyciężyć na Wembley. Ale we wrześniu nasz zespół będzie miał za sobą tygodnie wspólnych treningów przed i w trakcie Euro 2021, więc wrześniowy rewanż w Polsce, oby już z Robertem Lewandowskim, może być dla Anglików bolesną przygodą. Bo jeśli myślą, że już mają awans z grupy I w kieszeni, to są niepoprawnymi bufonami.

Wyrok na Maguire

Piłkarz Manchesteru United Harry Maguire został jednak uznany za winnego ataku na angielskich turystów na greckiej wyspie Mykonos oraz próby przekupstwa policjantów. Wyrok w jego sprawie zapadł w miniony wtorek.

Maguire imprezował na wyspie Mykonos ze swoją siostrą, 20-letnią Daisy, oraz bratem i kolegami z Manchesteru United. Dziennikarze „The Sun” ustalili, że awantura wybuchła z powodu tego, że siostra piłkarza Manchesteru United nie chciała rozmawiać z zaczepiającymi ją Albańczykami i jeden z nich zaczął jej grozić nożem. Maguire stanął w jej obronie i wtedy doszło do bijatyki. Piłkarz wraz z resztą uczestników zajścia trafił do aresztu, gdzie wedle zeznać policjantów próbował ich przekupić, oferując sporą kwotą w zamian za zwolnienie z aresztu jego i wszystkich imprezujących z nim osób, co zadziałało na jego niekorzyść podczas rozprawy, w której wyrok zapadł bez jego udziału. Grecki sąd skazał go na 21 miesięcy więzienia w zawieszeniu. „To nie ja jestem winny w tej sprawie” – przekonuje piłkarz i zapowiada złożenie odwołania.
Grecy mają inne zdanie na temat tej historii. Z zeznań uczestników zdarzenia wynika, że Maguire i jego towarzysze pobili trzech funkcjonariuszy policji, zaś historię o Albańczykach zwyczajnie zmyślili, bo awanturę z piłkarzem i jego znajomymi wywołali imprezujących w tym samym lokalu brytyjscy turyści. „Harry Maguire powinien spuścić głowę ze wstydu, wrócić do Grecji i wszystkich przez niego skrzywdzonych przeprosić” – stwierdził Ioannis Paradissis, adwokat reprezentujący interesy dwóch z sześciu uwikłanych w tę sprawę policjantów.
Na razie piłkarz doświadczył już pierwszych skutków wyroku także na niwie zawodowej, bo po ogłoszeniu werdyktu przez grecki sąd selekcjoner reprezentacji Anglii Gareth Southgate skreślił go z kadry na wrześniowe mecze Ligi Narodów z Islandią i Danią. „Musiałem podjąć taką decyzję ze względu na interes wszystkich stron, ale zastrzegłem sobie prawo do zmiany decyzji. Rozmawiałem z Harrym i mam wgląd w całą historię. Nie mam powodu wątpić w to, co mi mówi. On wciąż ma moje wsparcie” – zapewnia Southgate.

Nowa nagroda w Lidze Mistrzów

W tegorocznej fazie pucharowej Ligi Mistrzów czeka nas pewna nowość. Po każdym spotkaniu wybrani przez UEFA tzw. obserwatorzy techniczni wybierać będą najlepszego piłkarza, który otrzyma pamiątkową statuetkę.

O nowej nagrodzie UEFA poinformowała za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych, publikując zdjęcie trofeum. Przypomina ono piłkę, którą rozgrywa się spotkania Ligi Mistrzów. Do tej pory indywidualne wyróżnienie otrzymywał jedynie najlepszy zawodnik meczu finałowego. W ubiegłym roku był to grający w Liverpoolu Holender Virgil van Dijk.
Jak podaje UEFA, o wyborze MVP decydować będą eksperci ze świata futbolu. Podczas meczów 1/8 finału będą to: Pat Bonner (były bramkarz, 80-krotny reprezentant Irlandii, legenda Celticu Glasgow), Cosmin Contra (73-krotny reprezentant Rumunii, grał m.in. w AC Milan i Atletico Madryt), Aitor Karanka (25-krotny reprezentant Hiszpanii, występował głównie w Realu Madryt i Athletic Bilbao), Robbie Keane (146-krotny reprezentant Irlandii, strzelec 68 goli, gracz m.in. FC Liverpool, West Hamu i Tottenhamu), Roberto Martinez (hiszpański trener reprezentacji Belgii), Gines Melendez (hiszpański trener, ostatnio koordynator reprezentacji młodzieżowych Hiszpanii), Phil Neville (59-krotny reprezentant Anglii, obecnie trener kobiecej kadry tego kraju), Willi Ruttensteiner (dyrektor sportowy austriackiej federacji piłkarskiej) i Gareth Southgate (57-krotny reprezentant Anglii, obecnie selekcjoner angielskiej kadry).
Szansę na występ w 1/8 finału ma sześciu Polaków: Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński (SSC Napoli) oraz zgłoszony do kadry jako trzeci bramkarz Marcin Bułka (Paris Saint-Germain).
W tym tygodniu zostaną rozegrane cztery pierwsze spotkania 1/16 Ligi Mistrzów. We wtorek Borussia Dortmund zmierzyła się u siebie z Paris Saint Germain, a Atletico Madryt z FC Liverpool (spotkania te zakończyły się po zamknięciu wydania). W środę natomiast Atalanta Bergamo zagra z Valencią, a Tottenham z RB Lipsk.

MŚ Rosja 2018: Zostało osiem najlepszych drużyn

Za nami wszystkie spotkania 1/8 finału mistrzostw świata. Do kolejnej fazy awansowało osiem najlepszych zespołów turnieju, które rywalizację w ćwierćfinałach rozpoczną 6 lipca. Pierwszą rundę fazy pucharowej pomyślnie przeszły reprezentacje Francji, Urugwaju, Rosji, Chorwacji, Brazylii, Belgii, Szwecji i Anglii.

 

Dla przypomnienia: z 32 finalistów tegorocznych mistrzostw świata po fazie pucharowej udział w turnieju zakończyła połowa. W gronie pokonanych znalazła się reprezentacja Polski, a oprócz niej jeszcze ekipy Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Iranu, Maroka, Peru, Australii, Nigerii, Islandii, Serbii, Kostaryki, Korei Południowej, Niemiec, Tunezji, Panamy i Senegalu. Największą sensacją była obecność w tym gronie obrońców tytułu Niemców, dla których była to pierwsza w historii sytuacja, że z mundialu musieli wracać do domu już po tej fazie rywalizacji.

Największe straty poniosła Afryka, bo do 1/8 finału nie awansował żaden zespół z tego kontynentu. Wśród 16 drużyn które przeszły do następnej rundy 10 było z Europy (Anglia, Belgia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Szwecja, Szwajcaria, Rosja, Chorwacja i Dania), cztery z Ameryki Południowej (Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Urugwaj) oraz po jednej z Azji (Japonia) i strefy CONCACAF (Meksyk).

 

Francja na drodze Brazylii

Z ośmiu spotkań 1/8 finału trzy zostały rozstrzygnięte w konkursach rzutów karnych. Najlepsze wrażenie swoja grą wywarli Brazylijczycy, którzy po kapitalnym i wyrównanym meczu pokonali znakomicie grającą drużynę Meksyku 2:0. Bohaterem w zespole zwycięzców był znowu Neymar, który zdobył pierwszą bramkę, a przy drugiej zaliczył asystę.
Teraz czekają jednak Brazylijczyków jeszcze poważniejsze wyzwania, bo w ćwierćfinale na ich drodze stanie reprezentacja Belgii, nie bez powodu uznawana za „czarnego konia” tych mistrzostwa, a w przypadku zwycięstwa w półfinale ekipa canarinhos może trafić na Francję.

Oczywiście pod warunkiem, że trójkolorowi w ćwierćfinale uporają się z Urugwajem. Ten mecz także zapowiada się na ekscytujące widowisko. Francuzi błysnęli formą pokonując Argentynę 4:3, zaś Urugwajczycy odesłali do domu aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków, wygrywając z nimi 2:1. Oba gole w tym spotkaniu strzelił Edinson Cavani, który jednak swój znakomity występ okupił kontuzją i jego występ w ćwierćfinałowym starciu z Francuzami stanął po wielkim znakiem zapytania. Już teraz można jednak powiedzieć, że w tej fazie rosyjskiego turnieju każdy z zabójczego tercetu Paris Saint-Germain, czyli Neymar, Kylian Mbeppe i właśnie Cavani, wspięli się na wyżyny piłkarskiego kunsztu. Niewykluczone, że jeden z nich po wakacyjnej przerwie wejdzie do szatni paryskiej drużyny w glorii mistrza świata.

 

Rosjanie celują w medale

Chętnych na zdobycie tytułu jest jednak więcej. Gdy po jednej stronie drabinki w drodze do finału dwie ostatnie ekipy spoza Europy, czyli Brazylia i Urugwaj, bić się będą o awans z Francją i Belgią, po drugiej stronie o to samo powalczą cztery europejskie drużyny: Rosja z Chorwacją i Szwecja z Anglią. Największym zaskoczeniem jest obecność w tym wąskim gronie reprezentacji gospodarzy mundialu. Ich baza treningowa w Nowogorsku, oddalona kilkanaście kilometrów od centrum Moskwy, przeżywa ostatnio prawdziwy najazd dziennikarzy. Treningi Rosjan ogląda międzynarodowe towarzystwo, bo trener Stanisław Czerczesow lubi kontakty z mediami, a takiego ogromnego zainteresowania ekipa gospodarzy wcześniej nie doświadczała.

Teraz jednak w Rosji zapanowało istne szaleństwo na punkcie „Sbornej”, jej piłkarzy i ich trenera. Wyeliminowanie Hiszpanii w 1/8 finału, w co przed meczem mało kto wierzył, zrodziło nadzieję, że w tych mistrzostwach rosyjska drużyna może powalczyć o medale. Ten nastrój udziela się też piłkarzom. „Po wygranej z Hiszpanami zrozumiałem, że możemy dotrzeć do finału. I mówiąc szczerze, teraz także i my, piłkarze, taki cel przed sobą stawiamy” – zapewnia jeden z filarów „Sbornej” Aleksandr Gołowin.
Szansę na zdobycie drugiego w historii mistrzowskiego tytułu zwietrzyli także Anglicy, którzy w spotkaniu z Kolumbią przerwali pasmo niepowodzeń po przegranych konkursach rzutów karnych (półfinał MŚ ’90), półfinał Euro ’96), 1/8 finału MŚ ’98), ćwierćfinał Euro 2004, ćwierćfinał MŚ 2006) i ćwierćfinał Euro 2012). Najbardziej szczęśliwy był trener angielskiej drużyny Gareth Southgate, doskonale pamiętający, że w półfinale Euro ’96 jego przestrzelona „jedenastka” przyczyniła się do porażki z Niemcami.

 

Wyniki MŚ 2018:

 

1/8 finału:

Francja – Argentyna 4:3
Urugwaj – Portugalia 2:1
Hiszpania – Rosja 1:1 k. 3:4
Chorwacja – Dania 1:1 k. 3:2
Brazylia – Meksyk 2:0
Belgia – Japonia 3:2
Szwecja – Szwajcaria 1:0
Kolumbia – Anglia 1:1 k. 3:4

 

Następne mecze

Ćwierćfinały:
6 lipca
Urugwaj – Francja
(Niżny Nowogród, godz. 16:00);
Brazylia – Belgia
(Kazań, godz. 20:00);
7 lipca
Szwecja – Anglia
(Samara, godz. 16:00);
Rosja – Chorwacja
(Soczi, godz. 20:00).

Półfinały:
10 lipca
Urugwaj/Francja – Brazylia/Belgia
(Petersburg, godz. 20:00)
11 lipca
Szwecja/Anglia – Rosja/Chorwacja
(Moskwa, godz. 20:00);

Mecz o trzecie miejsce
14 lipca, godz.16:00, Petersburg

Finał
15 lipca, godz .17:00, Łużniki, Moskwa.