Wracamy do średniowiecza

Powszechne protesty dotyczą odbierania społeczeństwu niezależnych sądów, a ostatnio nie respektowania praw kobiet do dysponowania własnym ciałem. Są to ważne zagadnienia w zakresie praw , ale możliwe do odrobienia w stosunkowo krótkim czasie po nieuchronnej zmianie układu rządzącego.

Znacznie większe szkody, mogące trwać całe pokolenie, wyrządzić może zmiana polityki edukacyjnej, realizowana od początku rządów PiS. Zmiana ta znacznie przyspieszyła po powołaniu Pana Czarnka na Ministra Nauki i Edukacji.

Pod pozorem ochrony wolności wypowiedzi ograniczanej rzekomo przez operatorów sieci społecznościowych, którzy usuwają zapisy ksenofobiczne, obraźliwe dla grup społecznych obcych ideowo rządzącym, zamierza się wprowadzić cenzurę rządową z nakazem likwidowania wpisów , które rządzący uznają za rzekomo obraźliwe, a w rzeczywistości pokazujące zakłamanie ich elit.

Odwołania od powyższych nakazów rozpatrywać ma specjalna komisja, w której, jak pokazuje aktualna rzeczywistość, przewagę będzie miała Zjednoczona Prawica, a nie bezstronni eksperci.

Pan Czarnek chce ustawowo bronić przed osądem środowiska prawicowych naukowców głoszących ksenofobiczne poglądy dotyczące praw kobiet, środowisk LGTB, niewierzących , migrantów itp. Jednocześnie ogranicza się środki i dąży do wyeliminowania z polskiej nauki „gender studies”, które badają uwarunkowania kulturowe związane z rozumieniem płci i cech przypisywanych tradycyjnie tym płciom, pokazując równocześnie środki do zmiany tych tradycyjnych uwarunkowań. Znaczne ograniczenia dotyczą też naukowców powołujących się na teorie marksistowskie, które bez ograniczeń funkcjonują w krajach zachodnich i krajach rozwijających się.

Pan Czarnek chce narzucić swój ahistoryczny punkt widzenia na rolę kobiety, wyrażony w jego wystąpieniach publicznych, a sprowadzający się do krótkiego stwierdzenia, że wyłączną rolą kobiety powinno być rodzenie dzieci i służenie mężczyźnie, w celu zaspokojenia jego pragnień i dążeń.
Wprowadzona już przez Pana Czarnka zmiana punktacji za publikacje naukowe wprowadziła prymat nauk teologicznych opartych na „prawdzie objawionej”, kosztem badań opartych o prawdę wynikającą z obiektywnego z badania przyrody i otaczającej nas rzeczywistości.

Oczywiście nie można naukowcom prawicowym ograniczać wyznawania własnych poglądów i prowadzenia badań. Staje się to problemem, gdy te poglądy przenoszą do treści przekazywanych studentom, a co gorzej, gdy służą one do ich dyscyplinowania lub oceny. A z takimi zachowaniami, potępianymi przez środowiska uniwersyteckie, a branych w obronę przez rządzących, mieliśmy w ostatnim okresie do czynienia.

Ta pozorna wolność do prezentowania poglądów w mediach społecznościowych, której obłudnie domagają się Panowie Ziobro i Czarnek nie może być całkowita. Nie możemy dopuścić do prezentowania w mediach społecznościowych tekstów skrajnie faszystowskich, nawołujących do przemocy i skrajnie obraźliwych. Regulacje w tym zakresie muszą powstać w ramach Unii Europejskiej, ponieważ ma ona większą siłę oddziaływania na globalnych operatorów. Nie wolno powierzać takich regulacji w Polsce zacietrzewionym i kłamiącym na co dzień prawicowcom z naszego rządu. Regulacje takie dotyczyć powinny również prezentowania tekstów pseudo naukowych prezentujących dawno obalone teorie, jak kreacjonizm zaprzeczający ewolucji w świecie żywym, czy skrajnie rzecz ujmując twierdzeniu, że ziemia jest płaska, jeśli nie jest to element satyry lecz poglądu naukowego.

Powołanie przez Pana Czarnka teologa o skrajnych poglądach na głównego eksperta od programów nauczania w szkołach świadczy o zamiarze dalszego i nieograniczonego przewartościowania tych programów w kierunku państwa wyznaniowego, kierującego się głównie poglądami hierarchów kościelnych, a także dalszego fałszowania historii, co ma już miejsce od początku rządów PiS, choć było też realizowane wcześniej lecz w znacznie mniejszym stopniu, przez porzednie ekipy postsolidarnościowe.
Wypierana jest też z programów szkolnych wiedza o seksualności człowieka na rzecz katolickich bajek o czystości, nieograniczonej miłości małżeńskiej , nieuniknionego cierpienia kobiet i tym podobnych bzdur wykładanych często przez obecnych lub byłych katechetów. Skutkuje to pozostawieniu ucznia na czerpanie wiedzy od nieprzygotowanych często do tego rodziców, którzy sami pozbawieni byli w dzieciństwie rzetelnej wiedzy o zagadnieniu, lub z sensacyjnych i nie naukowych opowieści kolegów i koleżanek. Sprzyja też braku czujności wobec pedofilów, szczególnie tych w sułtannach, oraz niewłaściwych zachowań seksualnych i zachodzeniu w ciąże przez nieletnie dziewczyny.

Przegląd podstaw programowych ma zacząć się od języka polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie.

Przedstawię teraz pogląd socjalistów na programy nauczania w szkole, szczególnie w zakresie powyższych przedmiotów.

Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów przedstawiamy dwa ogólne postulaty dotyczące tzw bazy programowej, która musi być opracowana ponad podziałami społecznymi.

Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .

Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy spowodowany przepełnieniem klas, niskimi wynagrodzeniami i celowym obniżaniem rangi nauczycieli w środowisku.
Programy powinny położyć nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywać problemy, a nie zapamiętywania faktów i formułek. Jakość kształcenia nie polega na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.

W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej).

Należy zmienić politykę edukacji historycznej ostatnich dwudziestu paru lat, negującą lewicowe, humanistyczne idee powszechnego braterstwa i pobrzmiewającą mesjanizmem Polaków jako narodu wybranego i kultu bitew, a nie rzetelnej pracy i realizmu politycznego. Nieustanna gloryfikacja wysiłku bitewnego prowadzi do zaniku poczucia, że pokój jest dla społeczeństwa wartością nadrzędną. Kult żołnierzy wyklętych, wrogość do sąsiednich narodów i „dmuchanie w narodowy balonik” pogłębiają zjawiska nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. Takie zjawiska zawsze w historii stanowiły zarzewie konfliktów miedzy narodami, a w dobie globalizacji prowadzą do psychozy wojennej. Wielce mylą się Ci, którzy takie zjawiska wiążą z patriotyzmem. Patriotyzm powinien się wyrażać przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego, pracy na rzecz rozwoju społecznego i gospodarczego Polski.

W zakresie wiedzy o społeczeństwie programy powinny przygotowywać do problemów z jakimi spotka się młody człowiek po ukończeniu szkoły. Potrzebne są elementy wiedzy prawnej i ekonomicznej, w tym wiedza o przyczynach nierówności społecznych i pułapkach nieograniczonego rozwoju, skutkującego nieodwracalnymi zmianami klimatycznym, ale także nauka autoprezentacji i jasnego prezentowania posiadanej wiedzy. W ramach cykli tematycznych jest też miejsce na naukę zachowań społecznych oraz seksualności człowieka. Nauka tego przedmiotu powinna być prowadzona w formie oddzielnych cykli nauczania prowadzonych przez specjalistów, w tym specjalistów z poza szkoły.

Nauka języka polskiego i dobór lektur szkolnych powinien przekazywać informacje o różnych formach literackich jak poezja, powieść, opowiadanie, pamiętniki, literatura faktu itp.i ich rozwój w różnych okresach historycznych. Konieczna jest też prezentacja zmieniających się form języka i słownictwa, Nie może tez być pominięta antologia tych twórców, którzy zdobyli rozgłos na świecie, niezależnie od prezentowanych przez nich opcji politycznych.

Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie, w którym technika zastępuje wysiłek ludzki, a człowiek musi zapewnić jej wykorzystanie zgodnie z potrzebami swoimi i otaczającego go środowiska. W nauce tych przedmiotów szczególnie pożądane jest korzystanie z form pracy grupowej, ponieważ nowe wynalazki i rozwój technologii jest obecnie wynikiem działań zespołów, a nie pojedynczych twórców.

Zdziwienie budzi fakt, że zmiany które planuje w edukacji PiS spotykają się z stosunkowo niewielkimi, w porównaniu do innych zagadnień, protestami społecznymi, zwłaszcza w środowiskach młodych ludzi, którzy niedawno zakończyli edukację, ale też w środowiskach rodziców dzieci, aktualnie uczęszczających do szkół. Czyżby stało się to dla nich czymś oczywistym, że programy nauczania opracowuje władza według swoich upodobań, a krytyczne myślenie nie opanowało ich umysłów.

Aktualni uczniowie zaczynają własną formę protestów poprzez masowe rezygnowanie z uczęszczania na lekcje religii. Rodzice często to popierają, ale nie chcą lub boją się aktywnie protestować przeciwko treściom jakie przekazywane są ich dzieciom. Potrzebne są naciski w formie grupowych wystąpień rodziców nie zgadzających się z sekularyzacja i upolitycznieniem treści nauczania.

Zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy w zakresie form i treści nauczania oznaczać będzie cofnięcie Polski w rozwoju.

Konwencja Stambulska to niezbędne minimum

– Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy – mówi dr Grzegorz Wrona,
adwokat, ekspert ds. przeciwdziałania przemocy domowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W 2018 roku odnotowano 88 tys. przypadków przemocy w rodzinie (wg statystyk policji). To dużo czy mało?

GRZEGORZ WRONA: To zależy, bo w stosunku do lat poprzednich to nie jest większa liczba, ale cały czas mówimy o statystyce dotyczącej procedury niebieskich kart. Prawdziwa, ciemna liczba przemocy jest znacznie większa. Pytanie, jakie są proporcje przemocy ujawnionej i nieujawnionej.
Liczba 88 tys. jest mniej więcej stała, oczywiście może się różnić o 10-20 tys., ale nie więcej. Można zatem powiedzieć, że liczba ujawnionej przemocy nieznacznie spada, nie powiększa się.

To chyba dobrze?

Wręcz przeciwnie, bo to znaczy, że nic się nie zmienia i że osoby doznające przemocy nie są gotowe w większym stopniu ujawnić faktu, że doznają przemocy. Z całą pewnością sposób postępowania przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie zmienił się i nie zachęca osób do ujawnienia przemocy.

Czy możemy oszacować prawdziwą skalę przemocy?

Najbardziej wiarygodne badania należą do agencji europejskiej FRA, która w tym roku będzie je powtarzać. Ostatnie pochodzą z 2014 roku. To ogromne badanie przeprowadzane poprzez ankieterów i bardzo szczegółowe. Specjalnie przeszkolone osoby rozmawiają z kobietami, bo to ich dotyczy badanie. Dopiero po przeprowadzeniu tegorocznego będziemy mogli powiedzieć coś o skali nieujawnionego zjawiska.

Natomiast to, co jest charakterystyczne dla tych badań, to fakt, że Polki stosunkowo rzadziej, niż kobiety w innych krajach europejskich, czują czy deklarują, że doznały przemocy w poszczególnych kategoriach (przemoc seksualna, psychiczna, fizyczna) i z czyjej strony. Na tym przykładzie ewidentnie widać, że są kraje, gdzie rozumie się przemoc szerzej, skoro osoby deklarują, że jej doznały. Jeżeli w danym kraju mamy stereotyp, że przemocą jest tylko silne pobicie, to wszystkie inne przypadki przemocy już nie będą deklarowane jako przemoc.

Jeżeli przez przemoc seksualną rozumiemy tylko gwałt poprzez penetrację, a nie poprzez dotykanie części intymnych, to znowu jeżeli kobieta będzie w pracy przez przełożonego dotykana po piersi, nie uzna tego za przemoc seksualną. Tu jest ten decydujący element.

Czy ta świadomość kobiet może być powodem, że mamy dobre statystyki przemocy w rodzinie w porównaniu z krajami UE?

Zdecydowanie tak. Ta liczba ujawnionej przemocy nie ma nic wspólnego z faktyczną liczbą i nie dotyczy to tylko zjawiska przemocy, a przestępczości w ogóle. To, co jest charakterystyczne, to w jakich krajach UE kobiety deklarują, że nie doznają przemocy: to Bułgaria, Rumunia i Polska. Natomiast gdy rozmawiamy o takich krajach jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Szwecja, to sukcesywnie ta liczba rośnie, tylko to nie rośnie liczba zachowań po stronie sprawców, tylko rośnie liczba deklarowanej przemocy po stronie osób pokrzywdzonych.

Z mojej praktyki mogę powiedzieć, że to bardzo charakterystyczne, że zgłaszająca się osoba po pomoc mówi, że wcale nie doznaje takiej przemocy jak inni, bo nie było tak strasznie. Czyli już na początku osoba uważa, że inni doznają znacznie gorszych rzeczy.

Czyli poszturchiwanie czy lekkie pobicie to jeszcze nic strasznego?

Bo bój toczy się o to, że jeżeli będziemy identyfikować przemoc znacznie szybciej, czyli w momencie, kiedy nie przybiera jeszcze drastycznych form, to jesteśmy w stanie zareagować miękko: pracować ze sprawcą, ochronić ofiarę tak, aby nie dochodziło do drastycznych zachowań. Wówczas struktura przemocy się zmienia. Natomiast jeżeli mamy system, który reaguje tylko na ciężkie pobicie, to już jest za późno, wtedy można tylko wymierzyć karę więzienia, odizolować sprawcę i tyle.

Cała filozofia przeciwdziałania przemocy w rodzinie powinna zmierzać do tego, aby rozszerzyć definicję przemocy w rodzinie, identyfikować jej jak najwięcej na wczesnym etapie i móc jej zapobiec i udzielić pomocy rodzinie, czyli tej strukturze, którą te osoby tworzą. Jeżeli tego nie będzie, to siłą rzeczy będziemy spotykali się tylko z drastycznymi przypadkami. Rozumiem, że to trudne dla polityków, bo jeżeli rozszerzy się definicję przemocy, to statystki wzrosną i okaże się, że nie 88 tys., a 150 tys. przypadków przemocy będzie, ale to nie dlatego, że jest więcej samej przemocy, tylko że wzrosła liczna osób, które chcą naszej pomocy – pomocy państwa.

Jak się do tego wszystkiego odnosi konwencja stambulska i czy jest ona lewicowym, genderowym koniem trojańskim, czy jest umową, która może pomóc ochronić ofiarę?

Przyznam, że to szalenie ciekawe, bo ta dyskusja, która teraz się u nas zaczyna toczyć na podstawie wypowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości, weszła w fazę oderwaną od tekstu konwencji. Konwencja to zbiór podstawowych elementów systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Państwa członkowskie Rady Europy na podstawie wieloletniego doświadczenia zebrały te rzeczy podstawowe i umieściły w jednej konwencji. Zatem to program minimum, który trzeba spełnić, aby mówić o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Jeżeli ktoś uważa, że ten program minimum to jest za dużo, to przyznam, że opadają ręce. Po drugie, konwencja mówi, że musi być sankcja za przemoc, czyli jakaś reakcja państwa. Musi być przeciwdziałanie przemocy w taki sposób, aby podnosić świadomość społeczną w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie i musi wreszcie być powiedziane, że ta przemoc ma szeroki wymiar, czyli nie tylko ta przemoc fizyczna, i to taka, która kończy się w szpitalu, ale również wszelkie inne formy przemocy, które oddziaływają na psychikę, bezpieczeństwo ekonomiczne.

Zatem jak się to wszystko ma do polskiego prawa?

W polskim prawie karnym nie ma pojęcia przemocy w rodzinie. W związku z tym, jeżeli szukamy sankcji karnej dla sprawcy przemocy w rodzinie, to musimy dopasować zachowanie sprawcy do któregoś z przestępstw w kodeksie karnym. W przypadku pobicia, czyli przemocy fizycznej, to jest najprostsze, bo mamy komplet przepisów, ale jeżeli jest przemoc psychiczna, to już nie zawsze jest ona przestępstwem. Przemoc ekonomiczna nigdy nie będzie przestępstwem, a przemoc seksualna tylko w wąskim zakresie. Zatem okazuje się, że prawo karne nie zawsze może być użyte, a jeśli nie prawo karne, to co?

Jak polski system reaguje na przemoc w rodzinie, która nie jest „przestępstwem”? Przykłady – mamy w prawie zakaz kontaktu i zakaz zbliżania, ale tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z przestępstwem, bo to są zapisy w prawie karnym. Zatem część osób doznających przemocy z założenia wypada w ogóle z zakazu zbliżania czy kontaktu.

Kolejna rzecz – co robimy ze sprawcami? Nie trzeba być prawnikiem, ale zadać sobie to pytanie; skoro identyfikujemy przemoc w rodzinie np. w procedurze Niebieskiej Karty, to co mamy zrobić ze sprawcą. Czy go ukarać, odizolować? Polski system nam na to nie odpowiada. Ukarać go można tylko w nielicznych przypadkach, odizolować od ofiary też nie bardzo i tylko w szczególnej sytuacji. Najtrudniej go zmienić, czyli podjąć pracę, aby w przyszłości nie stosował przemocy, czyli wysłać do psychologa, na reedukację. W tym zakresie jest kompletny dramat, bo nie kierujemy znaczącej liczby sprawców na takie działania.

W Polsce działamy tylko tam, gdzie mleko się wylało, bo nie da się ukryć, bo była interwencja policji, było uszkodzenie ciała, ale to są przypadki, gdzie sprawa zaszła za daleko, w innych przypadkach nie mamy pola do reakcji.
Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że mamy dużo lepsze przepisy, które chronią przed przemocą w rodzinie, niż te z konwencji stambulskiej.
To ja proszę o choć jeden przykład przepisu, który zastosowany w praktyce jest lepszy, niż któreś z założeń konwencji. Rozumiem, że możemy sobie tak mówić, że jesteśmy mistrzami świata w konkurencji, w której nikt nie startuje, ale za chwilę będziemy krajem, który wypowiedział konwencje stambulską i też będziemy jedyni, tylko nie wiem, czy faktycznie chcemy wyznaczać taką drogę. Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy. Jak pani zapyta takie osoby, czy one uważają, czy państwo polskie zapewnia im bezpieczeństwo i właściwą reakcję, to śmiem twierdzić, że odpowiedź będzie zupełnie inna.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik twierdzi, że konwencja uderza w instytucję małżeństwa i w rodzinę.

To ja odpowiem w ten sposób, jeżeli chcemy próbować ocalić instytucję małżeństwa i rodzinę, to musimy na przemoc reagować jak najszybciej i tam, gdzie jest niebezpieczeństwo jej zaistnienia. Dzisiejszy system w Polsce pozwala tylko na ratowanie życia i zdrowia ofiary i nie ma już mowy o ratowaniu małżeństwa czy rodziny.

Pan wiceminister zaprzecza takimi wypowiedziami idei pomocy poprzez przekreślenie deklaracji państwa, że podda się kontroli i to jest, moim zdaniem, prawdziwy powód zamieszania. Polska pierwszy raz będzie podlegała zewnętrznej ocenie tego, czy przestrzega zasad zapobiegania przemocy w rodzinie. I nie chodzi tu o to, że Polska sama mówi, że jest najlepsza na świecie, tylko że będą miały możliwość wypowiedzenia się organizacje pozarządowe, te, które na co dzień pracują przy rodzinach. W momencie jak ma dojść do tej oceny, to Polska się wycofuje.

Do tej pory nikt nie widział zagrożenia dla rodziny, dla małżeństwa, a obecna władza rządzi od 5 lat. To co się nagle stało?

Dziś rano słyszałem nawet, jak wiceminister Romanowski twierdził wręcz, że konwencja jest zagrożeniem dla kobiet.

Prawda jest taka, że dochodzimy do momentu, kiedy mówimy sprawdzam i czy te najlepsze na świecie przepisy rzeczywiście funkcjonują, czy nie, są skuteczne czy nie, chronią czy nie i czy ofiara ma poczucie bezpieczeństwa. Teraz nie mają o tym mówić politycy, tylko ludzie, którzy są na pierwszym froncie walki z przemocą. Być może tej właśnie opinii się obawiamy.

Z mojego punktu widzenia, czyli osoby, która zajmuje się pracą z ofiarami przemocy w rodzinie, nie słyszałem, żeby ktoś powiedział, jak wspaniale polski system funkcjonuje i że prokurator, policjant i sędzia po prostu czekają w blokach startowych, aby móc ochronić osobę doznająca przemocy. Niestety nic takiego się nie dzieje.

Zaproszenie na seminarium

Tak jak prawdziwe zakochanie, momenty prawdziwej demokratycznej równości zdarzają się bardzo rzadko. Niektórzy mówią o nich – doświadczenie pokoleniowe. Wobec wspólnego przeżycia, tak jak w zakochaniu, różnice społeczne zostają tymczasowo unieważnione, a we wspomnieniach najczęściej zatarte.

„Doświadczone” w ten sposób pokolenia wynoszą mityczne wręcz poczucie wspólnoty, które na długo pozostaje punktem odniesienia w dyskursywnej mapowaniu świata. Jednak żmudna codzienność naszych systemów społeczno-politycznych jest inna. Opiera się na niemal nieprzekraczalnej hierarchii różnic społecznych, z których najbardziej powszechną i zarazem najbardziej niewidoczną pozostaje hierarchia płci.

W drugiej odsłonie seminarium „Demokracja genderowa”, które odbędzie się 30 czerwca 2020 r. W godz. 17:00-20:00, porozmawiamy o nacechowanej płciowo formacji afektywnej podmiotu politycznego, o tym, co ta – źródłowo już zróżnicowana – formacja afektywna oznacza z punktu widzenia wspólnoty społecznej, a także o tym, w jaki sposób i za jaką cenę mogłybyśmy i mogli tę różnicę przekroczyć, by trwale zakochać się we wspólnocie.

Seminarium „Demokracja genderowa” poświęcone jest pytaniu o to, dlaczego w obszarze równości płci, choć jest tak dobrze (w ustawach i zobowiązaniach międzynarodowych), to jest tak źle (w rzeczywistości i statystykach). Zderzając różne perspektywy ujmowania czterech obszarach tematycznych (kwestia przemocy, edukacja i wychowanie, praca widzialna i niewidzialna oraz reprezentacja polityczna), chcemy przyjrzeć się nieoczywistym „torom przeszkód”, z którymi dziewczęta i kobiety mierzą się od najmłodszych lat życia jak z czymś zupełnie naturalnym i niekwestionowanym – oraz jakie zaskakujące strategie potrafią wypracować, by sobie z tymi przeszkodami poradzić. Celem seminarium jest między innymi namysł nad możliwą polityką na rzecz zmiany, rekomendacjami dla rządzących i możliwymi postulatami dla organizacji i ruchów społecznych. Wychodząc ze źródła filozofii politycznej, sięgać będziemy po wiedzę z różnych dyscyplin, tak aby w klasyczny sposób połączyć teorię i praktykę. Serdecznie zapraszamy!

Punktem wyjścia do dyskusji, w której uczestniczyć będą obok Agaty Czarnackiej także dr Agata Araszkiewicz, literaturoznawczyni pisząca o sztuce i kulturze, UMR LEGS CNRS/UPL Paris 8/ Paris Nanterre oraz współpracownica naukowa Université Libre de Bruxelles i dr Katarzyna Szumlewicz, dr nauk humanistycznych, autorka książki „Miłość i ekonomia w literackich biografiach kobiet”, staną się badania filozofki moralności Carol Gilligan, autorki m.in. fundamentalnego „Innym głosem” oraz filozofki i psychoanalityczki Luce Irigaray („Ta płeć, która nie jest jedna”). Ponadto czerpać będziemy z wielkiej literatury nowoczesności, omówionej w książkach naszych Gościń, odpowiednio „Zapomnianej rewolucji. Rozkwicie kobiecego pisania w dwudziestoleciu międzywojennym” Agaty Araszkiewicz oraz „Miłości i ekonomii” Katarzyny Szumlewicz.

Seminarium odbędzie się online na platformie Zoom. Osoby chcące wziąć czynny udział w dyskusji zapraszamy do rejestrowania się pod adresem fundacja@jaruganowacka.com (prosimy podać imię, nazwisko oraz reprezentowaną instytucję). Dostępny będzie również streaming na stronie Fundacji im. Izabeli Jarugi-Nowackiej na Facebooku: https://www.facebook.com/fundacjaIJN/. Uwaga, spotkanie będzie rejestrowane.

Koncepcja i prowadzenie: Agata Czarnacka
Moderacja: Jolanta Prochowicz
Współpraca: Fundacja Aleksandra Kwaśniewskiego „Amicus Europae”
Zrealizowano dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg, przedstawicielstwo w Polsce. Dziękujemy!