Gospodarka 48 godzin

Estoński dla wybranych
Obowiązujące od 1 stycznia 2021 r. nowe rozwiązanie potocznie zwane „Estońskim CIT” to w istocie wprowadzenie do polskiego systemu podatkowego nowej ryczałtowej formy opodatkowania podatkiem dochodowym tylko dla wybranej grupy spółek kapitałowych, spełniających liczne, dodatkowe kryteria – uważa organizacja przedsiębiorców Business Centre Club. To nowe rozwiązanie zakłada, że opodatkowanie dochodów ma miejsce dopiero przy wypłacie dywidendy wspólnikom, zaś w toku działalności spółki nie opłacają podatku od bieżących dochodów – o ile inwestują je w swój rozwój. Jak wskazuje BCC, na tym podobieństwa do „Estońskiego CIT” w zasadzie się kończą, gdyż obowiązujące w Estonii rozwiązania nie zawierają – jak w przypadku polskich – szeregu dodatkowych kryteriów i warunków, które muszą być spełnione łącznie i przez cały okres opodatkowania w tej formie (raz wybrany ryczałt musi być stosowany aż przez cztery lata), aby korzystać z zaproponowanego rozwiązania.

Radość prezesa
Prezes stołecznej giełdy z radością poinformował o jej ubiegłorocznych wynikach. „Po raz czwarty mam okazję przedstawiać wyniki roczne grupy kapitałowej Giełda Papierów Wartościowych i po raz trzeci z radością informuję, że zysk netto przekroczył 150 milionów złotych. Tej magicznej bariery nie udawało się wcześniej pokonać. Ten rok był również wyjątkowy pod względem rozwoju biznesu. Pierwszy raz w historii udało nam się wypracować ponad 400 mln przychodów” – oświadczył Marek Dietl, prezes GPW. Przychody ze sprzedaży wyniosły 403,8 mln zł, a zysk netto 151,4 mln zł. Giełda wypłaci tytułem dywidendy 100,7 mln zł (średnio 2,40 zł dywidendy na akcję). WIG jednak się obniżył, a w 2020 r. na głównym rynku akcji zadebiutowało tylko 7 spółek.

Bez skutecznej terapii
Polskie Towarzystwo Chorób Atopowych w imieniu pacjentów z atopowym zapaleniem skóry przygotowało apel do Ministra Zdrowia z prośbą o dostęp do skutecznej terapii, która szczególnie dla osób z ciężką postacią tej choroby jest ostatnią deską ratunku. Petycja została złożona, podpisało się pod nią prawie 8000 osób. Taka liczba podpisów pod petycją to dla pacjentów z AZS, których ułomny system opieki zdrowotnej w Polsce do tej pory nie zauważał, wsparcie i wzmocnienie ich głosu. „Refundacja tej terapii to dla nich jedyna nadzieja na normalne życie, bez świądu i cierpienia trwającego 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu” – mówi Hubert Godziątkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Atopowych. AZS to przewlekła, nawrotowa i nieuleczalna choroba. Do jej rozwoju dochodzi na skutek wielu czynników genetycznych i środowiskowych, uszkodzeń bariery skórnej oraz zaburzeń układu immunologicznego. W najtrudniejszej sytuacji są dorośli pacjenci z ciężkim przebiegiem AZS, którzy doświadczają uczucia świądu i bólu każdego dnia. Wyczerpali oni już wszystkie możliwości terapeutyczne dostępne w Polsce, które okazały się nieskuteczne, a choroba powróciła, czasem nawet ze zdwojoną siłą. Jedynym ratunkiem dla tej grupy chorych jest terapia biologiczna, która w krótkim czasie pozwala zredukować uciążliwy świąd i przejąć kontrolę nad chorobą.

Gdy Stany Zjednoczone mają katar

Co cztery lata Amerykanie wybierają prezydenta, a świat wstrzymuje oddech. Dlaczego właściwie te wybory są dla nas tak ważne?
Żyjemy w epoce dominacji amerykańskiego imperium. Korzystamy z usług amerykańskich firm, kupujemy towary korporacji z USA (choć niekoniecznie wyprodukowane w Ameryce), słuchamy amerykańskiej muzyki, oglądamy filmy z Hollywood.
Zainteresowanie wyborami w USA to jednak coś więcej niż śledzenie modnego tematu i chęć bycia na czasie. Wybór Amerykanów może mieć bezpośrednie konsekwencje dla milionów ludzi z innych części globu, w tym z Polski. Prześledźmy punkt po punkcie, dlaczego wybory w USA są tak ważne – proponuje Bankier.pl
Amerykańska gospodarka wielka jest i basta. PKB Stanów Zjednoczonych to 21 bilionów dolarów czyli niemal jedna czwarta światowego produktu krajowego brutto. Przypomnijmy, że populacja USA stanowi zaledwie 4,25 proc. populacji świata. Liczby brzmią imponująco, ale jeszcze większe wrażenie robi mapa USA, na której poszczególne stany zostały przyporządkowane do państw o podobnym poziomie PKB. Tego typu mapę co roku opracowuje np. amerykańska Fundacja Edukacji Ekonomicznej.
Być może nie budzi już zdziwienia dosyć znana teza, że niepodległa Kalifornia z jej Doliną Krzemową byłaby piątą największą gospodarką świata – tuż za Niemcami i przed miliardowymi Indiami. Ale już porównanie Teksasu do Brazylii, Nowego Jorku do całej Kanady czy Florydy do Indonezji może brzmieć bardziej intrygująco – wskazuje Bankier.pl. Na tak przerobionej mapie USA znajdziemy także państwa nam bliższe, w tym samą Polskę (jako stan Waszyngton), Czechy (Południowa Karolina), Ukrainę (Dystrykt Kolumbii), Węgry (Nevada) czy Słowenię (Alaska).
Ważna uwaga – być może zetknęli się Państwo z danymi, według których pod względem PKB Chiny prześcignęły lub niebawem prześcigną USA. Porównania te uwzględniają inną siłę nabywczą w obu krajach, co mocno zmienia obraz wyłaniający się z danych (i premiuje kraje gorzej rozwinięte).
Można się rzecz jasna spierać o to, które podejście jest właściwe. Jednocześnie trzeba pamiętać, że ta sama metoda przeliczająca PKB na głowę mieszkańca daje USA miejsce w pierwszej, a Chinom dopiero w ósmej dziesiątce świata.
„Gdy Ameryka kichnie, reszta świata ma katar” – to zapomniane nieco w czasie pandemii powiedzenie (zważywszy na liczbę ofiar z USA) wciąż pasuje do kontekstu giełdowego. W przeciwieństwie do rozmiarów gospodarki, jeżeli chodzi o rozmiar rynku akcji nie ma żadnych kontrowersji – USA są liderem.
Kapitalizacja czyli giełdowa wartość wszystkich akcji notowanych na poszczególnych giełdach zmienia się co sekundę, ale pozycje w światowym rankingu pozostają raczej bez zmian, przynajmniej jeżeli chodzi o czołową, amerykańską dwójkę, czyli NYSE i NASDAQ.
Wielkie są nie tylko amerykańskie giełdy, ale i spółki. W ostatnich kwartałach świat z zadziwieniem obserwuje, jak giganci nowych technologii – Apple, Amazon, Google, Facebook czy Netflix – dokładają do swojej wartości kolejne miliardy dolarów. Kapitalizacja producenta iPhone’ów to 1,86 biliona dolarów – to więcej niż wartość wszystkich akcji notowanych na giełdach wielu państw, w tym w Polsce (kapitalizacja GPW to 844 mld zł czyli około 211 mld dolarów).
W kampanii wyborczej w USA, najczęściej po stronie Demokratów, pojawiała się wizja uregulowania gigantów technologicznych, a nawet rozbicie ich monopoli w konkretnych segmentach rynku. Prezydent, który wziąłby na celownik Dolinę Krzemową, mógłby wywołać popłoch wśród inwestorów. Co ważne, w amerykańskie spółki inwestują nie tylko Amerykanie, ale i cały świat, również w postaci drobnych inwestorów (choć w Polsce inwestowanie poza granicami nie jest specjalnie popularne).
Świat inwestuje w Ameryce, a Amerykanie inwestują na świecie. Ich wpływ na sytuację na warszawskiej giełdzie papierów wartościowych łatwo zaobserwować w dniach, które za oceanem są wolne od pracy, a w Polsce toczy się standardowa sesja giełdowa. „Małe zmiany indeksów. Brytyjczycy i Amerykanie mają wolne”, „Amerykanie świętują, na GPW znów spadki”, „Spokojna sesja pod nieobecność Amerykanów” – to tylko niektóre tytuły depesz Bankiera.pl.
Amerykanie w naturalny sposób nadają ton wydarzeniom na innym rynkom. „Amerykanie ściągnęli WIG20 pod kreskę”, „Amerykanie „popsuli” sesję na GPW”, „Amerykanie uratowali sesję na GPW”, „Bardzo mocne wzrosty na GPW. Amerykanie dali sygnał” – to tytuły innych depesz.
Punktem odniesienia dla światowych inwestorów najczęściej są notowania indeksu S&P500, który grupuje pół tysiąca czołowych amerykańskich spółek. Jego notowania od zawsze znajdują się na stronie głównej Bankier.pl, w towarzystwie technologicznego indeksu Nasdaq. S&P500 jest też podstawą dla największych funduszy na świecie, które pozwalają pasywnie inwestować w portfel wszystkich czołowych spółek z USA. Główny giełdowy barometr globu w 2017 r. świętował 60 urodziny.
Wszyscy podskórnie czujemy, że dolar to jedna z najważniejszych walut świata (choć zapewne częściej mieliśmy w ręku euro). To prawda, ale nie cała – od końca II wojny światowej dolar jest bowiem najważniejszą walutą świata i żaden inny pieniądz, w tym euro, jen czy juan, nie jest nawet blisko jego statusu.
Zacznijmy od największego rynku świata czyli rynku walutowego (tzw. Forex). Dzienny obrót ponad 6 bilionów euro – dalece więcej niż na jakiejkolwiek giełdzie. Jak wynika z publikowanego co trzy lata raportu Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS), dolar uczestniczy w lwiej części transakcji na tym rynku, na czele z najważniejszą parą walutową świata czyli EUR/USD. Amerykańska waluta jest też podstawą wielu innych rynków, w tym wielu rynków surowcowych.
Dolar jest również główną walutą rezerwową świata – odpowiada za ponad 60 proc. aktywów rezerwowych będących w posiadaniu banków centralnych. Państwa przechowują dolara (lub dolarowe obligacje USA) w przekonaniu, że zabezpiecza on wartość ich walut krajowych – w razie kryzysu można będzie użyć tych środków do obrony kursu (wychodząc z założenia, że światowi inwestorzy zainteresowania dolarem nie stracą nigdy, za to polskim złotym, turecką lirą czy rosyjskim rublem już tak). W wielu krajach dolar jest też prywatną walutą rezerwową dla zwykłych ludzi, którzy nie mają zaufania do krajowego pieniądza.
Silna pozycja dolara bezpośrednio powiązana jest z historią – po II wojnie światowej, w ramach tzw. Systemu z Bretton Woods, ustalono, że tylko dolar będzie wymienny na złoto (które przez stulecia stanowiło podstawę systemu monetarnego), zaś inne waluty będzie można wymieniać na dolara. W systemie istniał bezpiecznik w postaci możliwości domagania się od USA złota po sztywnej cenie, jednak w 1971 r. prezydent Nixon postanowił zerwać powiązanie dolara ze złotem. Od tamtej pory złoto nie jest już włączone w światowy system monetarny (choć co jakiś czas wracają dyskusje na ten temat), a na tronie samodzielnie zasiadł „Król Dolar”.
Teoretycznie Amerykanie mają więc swego rodzaju kamień filozoficzny – mogą „z niczego drukować dolary” (tylko oni mają do tego prawo) i kupować za nie produkty w innych częściach świata (np. w Chinach). Rząd federalny USA może też emitować dalece większe długi niż inne kraje, co – przynajmniej póki co – nie budzi powszechnych obaw o bankructwo kraju. Tylko raz w historii jedna z trzech głównych agencji ratingowych obniżyła notę USA (S&P w 2011 r.). Wywołało to silny wstrząs na rynkach finansowych. Od tamtego czasu nikt nie myśli podważać wiarygodności Ameryki (choć jej dług publiczny rośnie coraz szybciej), co zdaniem części komentatorów może mieć związek z miliardowymi karami, jakie agencja S&P musiała zapłacić Departamentowi Sprawiedliwości za wykryte nieprawidłowości w innych obszarach.
Chociaż oficjalne drogi dolara i złota rozeszły się kilkadziesiąt lat temu, to właśnie USA posiadają zdecydowanie największe na świecie oficjalnie podawane rezerwy złota. Ich stan raportowany jest na 8133,5 tony – to wynik znacznie większy niż w przypadku drugich na liście Niemiec (3362,5 tony). Dla porównania, polskie rezerwy złota wynoszą 228 ton – 35 razy mniej niż amerykańskie.
W tych rozwiązaniach nie sposób pominąć czynnika pozaekonomicznego – można postawić tezę, że ostatecznym wsparciem dolara była, jest i prawdopodobnie będzie militarna i polityczna potęga Ameryki. Trudno sądzić, że gdyby reszta świata postanowiła odwrócić się od dolara (a takie głosy da się słyszeć z Chin czy Rosji), to USA pozostałoby bezczynne – ocenia Bankier.pl.
I chociaż zewsząd słyszy się, że Amerykanie nie są już takimi hegemonami jak po rozbiciu Związku Sowieckiego, to nadal dysponują zdecydowanie najsilniejszymi siłami zbrojnymi na świecie. Zgodnie z maksymą Napoleona („Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze”), amerykańska dominacja ma też wymiar finansowy.
W 2019 r. USA wydały na wojskowość 732 mld dolarów. Drugie na liście Chiny oszacowano na 261 mld dolarów. Trzecie miejsce zajmują Indie (71,1 mld). Trzymając się tych wyliczeń można stwierdzić, że USA wydają na zbrojenia więcej niż kolejnych 10 państw w rankingu razem wziętych. Nawet jeżeli prawdziwe dane z Chin są wyższe, to i tak potęga Ameryki jest wyraźna.
„Siła polityczna wyrasta z lufy karabinu”, jak mawiał przewodniczący Mao. Bez udziału USA w dwóch wojnach światowych w Europie oraz trwającego od 1945 r. Pax Americana nasz region świata byłby zapewne mniej bezpiecznym miejscem. Od tego, kto zasiada w Białym Domu, w kluczowych momentach historii może więc zależeć życie, zdrowie i majętność Polaków. Koniec końców, Polska znalazła się w słynnych Czternastu Punktach prezydenta Woodrowa Wilsona, zaś Ronald Reagan udzielał wsparcia „Solidarności” i przyczynił się do zwycięstwa Zachodu w Zimnej Wojnie.

Czekanie na wynik wyborów

Wrzesień na rynkach finansowych był przede wszystkim okresem oczekiwania i wątpliwości co do trwałości dalszych wzrostów.

Miesiąc zaczął się dla inwestorów dobrze, na warszawskiej giełdzie indeks dużych spółek odreagowywał po sierpniowej słabości, ponownie wracając w okolice poziomu 2200 punktów. Mniej spektakularnie zachowywały się małe i średnie spółki, które jednak również pierwsze dwa tygodnie września mogły zaliczyć do udanych.
We wrześniu uwagę inwestorów skupiły dwie jednorazowe kwestie, czyli atak dronów na pola naftowe w Arabii Saudyjskiej oraz groźba impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Pierwsze ze zdarzeń włączyło na rynkach przez kilka dni scenariusz ograniczania ryzyka, co widać było w notowaniach ropy naftowej. Drugie z nich było elementem amerykańskiej kampanii wyborczej i przynajmniej na tym etapie nie powinno mieć fundamentalnego wpływu na rynki finansowe, chociaż może przez jakiś czas powodować podwyższoną zmienność notowań.
Na krajowym rynku w drugiej części miesiąca kluczowym tematem było oczekiwanie na październikowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczący kredytów frankowych. Zmiany było widać w notowaniach banków oraz krajowej waluty. Bardziej prawdopodobny jest umiarkowanie negatywny scenariusz i krajowe spółki bankowe mogą być jeszcze przez jakiś czas pod presją spadków. A przed nami miesiąc wyborczy.
W połowie września oczy inwestorów skierowane były na banki centralne. Pierwszy krok wykonał Europejski Bank Centralny, obniżając stopę depozytową o 10 punktów bazowych oraz uruchamiając program poluzowania polityki pieniężnej od listopada, z kwotą skupu aktywów wynoszącą 20 mld euro miesięcznie. Wrześniowe posiedzenie zakończyło kadencję Mario Draghiego, który zostawia obecnie losy europejskiej polityki monetarnej w rękach Christine Lagarde. Program prawdopodobnie stale wpisze się w europejski krajobraz, co nie jest dobrą informacją dla europejskich banków. Warto jednak zauważyć, że przestrzeń do zmian w polityce monetarnej jest już mocno ograniczona.
Dużo więcej przestrzeni do działania ma amerykański Fed, który w ostatnich latach zaostrzał politykę pieniężną. We wrześniu kolejny raz podniesiono stopy o 25 pb. Rynkowe apetyty były zdecydowanie większe. Kluczowy był jednak komunikat Fed. Obniżka została nazwana w nim ubezpieczeniem na wypadek gorszych czasów w otoczeniu gospodarczym. W tym punkcie jakiekolwiek ruchy zmierzające do eskalacji wojen handlowych zostały więc z definicji wpisane w obecną wysokość amerykańskich stóp procentowych. Co prawda, jak pokazały pierwsze miesiące tego roku, obecne kierownictwo Fed potrafi dość szybko zanegować swoją poprzednią retorykę, ale w tym wypadku kolejna wolta mogłaby zostać źle odebrana przez uczestników rynku.
Działania władz monetarnych i brak czynników wsparcia odcięły rynkowym indeksom paliwo – co widać było w zachowaniu giełd amerykańskich i europejskich w drugiej części miesiąca. Z jednej strony jest to zdrowy objaw, gdyż rynki wracają do fundamentów, gdzie kluczowe znaczenie mają negocjacje handlowe na linii USA – Chiny oraz obawy o globalny wzrost gospodarczy. Z drugiej jednak, słabość indeksów stawia pod znakiem zapytania scenariusz kontynuacji hossy.