Rządy dyktatorskiej mniejszości

Liderzy PiS sądzą, że wszystko im wolno – ale w wyborach poparło ich 37,6 proc. głosujących. To nie daje im prawa do samowładnego decydowania o sprawach Polaków.

Przed, być może najważniejszymi od 30 lat wyborami parlamentarnymi w naszym kraju, warto pamiętać, że system wyborczy w Polsce jest korzystny dla ugrupowań, które otrzymują duże poparcie w wyborach.
Metoda d’Hondta, według której głosy przeliczane są na mandaty, powoduje, że duże partie dostają więcej mandatów niż wynikałoby to ze ściśle proporcjonalnego przeliczenia oddanych na nie głosów. Wielkość nagrody jest jednak zmienna.
„Wysokość tej premii zależy od dwóch czynników: liczby ugrupowań, które dostały się do parlamentu oraz liczby głosów „zmarnowanych”, czyli oddanych na partie, które nie przekroczyły progu wyborczego. Nagroda jest większa, gdy do parlamentu wchodzi więcej partii, a równocześnie znaczną część głosów zdobywają partie, które nie przekraczają progu wyborczego” – wyjaśnia ekspert, prof. Jarosław Flis w opracowaniu dla Fundacji Batorego.
Taka sytuacja zdarzyła się w wyborach w 2015 roku. Do Sejmu weszło pięć ugrupowań: Platforma Obywatelska, .Nowoczesna, Polskie Stronnictwo Ludowe, Kukiz’15 oraz Prawo i Sprawiedliwość. Równocześnie, aż 16,6 proc. głosów oddano na siły, które nie przekroczyły progu wyborczego. To pozwoliło PiS uzyskać w Sejmie większość, mimo że w wyborach ugrupowanie to dostało tylko 37,6 proc. głosów.
Nagroda dla najsilniejszej partii może być dużo mniejsza. Dla przykładu: jeśli żadne ugrupowanie nie spadnie poniżej progu wyborczego, a do Sejmu wejdą trzy ugrupowania, to do uzyskania większości (50 proc. +1), zwycięska partia musi dostać poparcie na poziomie 48,2 proc. Ten system jest niekorzystny dla małych ugrupowań, które tracą. Nawet jeśli dostaną się do parlamentu, to otrzymują mniej mandatów, niż wynikałoby to z uzyskanego poparcia.
„Dla przykładu: 5 proc. poparcia przy 5 proc. zmarnowanych głosów i 4 partiach w parlamencie daje zaledwie 8 mandatów, nie zaś 24, jak to by wynikało z czystych proporcji. Tak więc przedwyborcze kalkulacje zarówno małych, jak i dużych partii, a także ich wyborców muszą brać pod uwagę nie tylko liczbę konkurujących partii, ale złożenie dwóch czynników: liczby „zmarnowanych” głosów i liczby ugrupowań w Sejmie” – wskazuje prof. Jarosław Flis.
Połączenie partii – jeśli obydwie mają poparcie powyżej progu wyborczego – daje nagrodę. Dwie małe „pięcioprocentowe” partie, łącząc się w jedno ugrupowanie, zmniejszają ryzyko potknięcia się o próg wyborczy, oraz mogą liczyć na 18 dodatkowych mandatów.Takie przypadki rozbicia, jakie miały miejsce w wyborach sejmowych 2015 czy sejmikowych 2018 r., dają zaś dużą nagrodę tej partii, która zachowuje jedność.
W analizie szans koalicji należy pamiętać, że elektoraty partii nie łączą się tak łatwo, jak same organizacje. Start pod szyldem koalicji może być korzystny i przynieść więcej głosów i mandatów, ale należy liczyć się także z możliwością utraty głosów wśród wyborców sytuujących się na skrzydłach elektoratu poszczególnych ugrupowań.
Istnieją matematyczne metody, oparte na rachunku prawdopodobieństwa, które pozwalają oszacować, jakie są straty i zyski obu rozwiązań – w przypadku zawiązania koalicji i samodzielnego startu w wyborach.
„Każda decyzja o połączeniu lub podziale sił wiąże się z ryzykiem – można to ryzyko skalkulować, lecz nie da się go pozbyć” – zauważa prof. Flis.
Problemem koalicji jest także stworzenie silnych list. Interesy koalicjantów oraz posłów zabiegających o reelekcję są barierą w lokalnym zakorzenieniu listy. Na pierwsze miejsca z reguły pada najwięcej głosów – to sprawia, że już na starcie rywalizacja kandydatów z różnych ugrupowań wchodzących w skład koalicji nie odbywa się na równych warunkach. Trudno też pogodzić interes liderów krajowych i regionalnych, troszczących się o utrzymanie swej pozycji.

Dlaczego młodzi…?

Dlaczego młodzi nie chodzą do wyborów, a jeżeli już, to głosują głównie na prawicę? Wziąłem udział z ciekawej debacie na ten temat, ale jednoznacznej odpowiedzi nie ma, bo to wiedza na kilka prac doktorskich. Dlatego zaprezentuję kilka swoich uwag.
Młodzi nie chodzą na wybory, bo ich rodzice też nie chodzą. Skąd mają brać przykład? Młodzi głosują na prawicę, bo ich rodzice też najczęściej wybierają taką opcję. I dalej. Rodzice, często nawet o lewicowych poglądach, nie potrafią przekonać swoich dzieci do swoich poglądów. W szkołach zaszczepiono młodym prawicowo – kościelne poglądy. Lewicę i PRL przedstawia się jak czarną dziurę w naszej historii. Cały aparat propagandowy PiS, wspomagany przez IPN i kościół robi wszystko, by namieszać młodzieży w głowie i ukształtować ich na swój obraz i podobieństwo. Lewica, nawet kiedy mogła, a także PO, nie przywiązywały większej wagi do obywatelskiego i postępowego wychowania młodzieży. PiS natomiast bardzo dba o to nie szczędząc przy tym publicznego grosza.
Politycy, oszukując wyborców, bagatelizując potrzeby młodych, kłócąc się, itp. zniechęcają młodych do siebie. Nie przypadkiem 2 mln młodych i do tego bardzo przedsiębiorczych, postanowiło ułożyć sobie życie poza krajem.
Oczywiście młodzi nie mają ustabilizowanych poglądów politycznych. Dowodzi tego choćby głosowanie na Korwin-Mikkego. Ma on w wyborach zawsze około pół miliona zwolenników i to głównie młodych. Ale w następnych wyborach to jest już inna grupa młodych, nie ta sama. Starsi wchodzą w dorosłe życie, dojrzewają politycznie i widzą, że Korwin – Mikke wciskał im naiwne bajki. I tak jest od kilkudziesięciu lat.
Młodzi poszukują atrakcyjnych postaci w polityce, które zafundują im atrakcyjny przekaz polityczny, na pograniczu rozrywkowego show. Teraz na topie jest Robert Biedroń. Czy wyobrażacie sobie przewodniczącego Schetynę, czy marszałka Terleckiego, w głos których wsłuchują się w zapamiętaniu i uwielbieniu młodzi? To byłoby trudne.
Nadzieją napawa fakt, że poglądy młodych ewoluują. Mija już moda na żołnierzy wyklętych. Młodzi odkryli, że to ściema. Już nie nosi patriotycznej odzieży. Wzrasta zainteresowanie lewicą. Ale tak napisać mogę o dość wąskiej grupie tzw. poszukującej młodzieży. Większości młodych polityka w polskim wydaniu nie interesuje.
I na koniec. Partie, od prawa do lewa nie mają ani pieniędzy, ani narzędzi, ani wiedzy do upowszechniania swoich programów wśród ludzi młodych. PiS natomiast zaprzągł szkoły, środki masowego przekazu, IPN, do ulepienia nowego typu Polaka: zaściankowego, nieufnego, konserwatywnego, lubiącego autorytarną władzę i oczekującego socjalu od władzy. Jeżeli ten program się powiedzie, to na długie lata staniemy się krajem, który na Zachodzie będą pokazywać palcami jako przykład fatalnego eksperymentu na ludzkich mózgach. Brońmy młodych przed tym eksperymentem.

SLD jeszcze może

Słaby wynik wyborów samorządowych dla SLD nie jest ostatecznie taki zły, jaki mógłby się wydawać. Nie można jednak udawać, że nic się nie stało. Lewicę czeka długi marsz. Wymaga to jednak gigantycznej pracy organizacyjnej i intelektualnej.

 

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest poobijany, trafiony, ale jeszcze nie liczony. Wynik 6.6% do sejmików wojewódzkich nie powala, ale takie jest dziś realnie poparcie dla lewicy w kraju. Na rzeczywistość nie ma co się obrażać. Wybory samorządowe mają swoją specyfikę i rządzą się swoimi prawami.

 

Tu dużą role odgrywają lokalne komitety,

które zbierają wysokie oceny a których nie ma następnie w wyborach parlamentarnych. Gdyby taki wynik powtórzył się w wyborach do Sejmu, to SLD miałby większe poparcie niż PSL, który w 2015 roku ledwo przekroczył próg wyborczy zdobywając 5,13% głosów i wprowadzając zaledwie 15 posłów. To jednak wystarczyło, żeby stać się silną i wyrazistą opozycją wobec PiS.

 

Lewica w Polsce

znajduje się w najtrudniejszym historycznym momencie po 1989 roku. W bipolarnej debacie publicznej SLD musi bowiem stawiać czoła zarówno PiS-owi, akcentując przywiązanie do wartości europejskich, praworządności i obronie Konstytucji, jak i liberalnej opozycji, której marzy się do rządów ciepłej wody w kranie i realizacją jej antyspołecznych rozwiązań.

 

Walka z PiS

odbywa się również, co bardzo istotne dla elektoratu Sojuszu, na płaszczyźnie walki historycznej. SLD wrócił do gry po tym, jak PiS rozpoczęło walkę z nazewnictwem ulic oraz przeprowadzeniem ustawy represyjnej. W roku 100-lecie odzyskania niepodległości spór historyczny nabiera szczególnego znaczenia. Martwi zwłaszcza to, że SLD nie potrafi przyciągnąć do siebie młodzieży, która jest dziś niemal wyłącznie prawicowa. Historia odgrywa tu niebagatelną rolę. Po stronie Sojuszu nie widać zaplecza intelektualnego, które miałoby pomysł jak historię wykorzystać dla własnych celów. A wydaje się to nie trudne, bowiem lewica nie ma powodów, aby wstydzi się swojej historii. Obok Jarosława Kaczyńskiego aż roi się od młodych gwiazd, drapieżnych i bezwzględnych. Podobnie przy Grzegorzu Schetynie, przy którym znajdują się wyrachowani politycy młodego pokolenia. Dziś młodzież nie jest przyszłością lewicy, tylko starsi wyborcy. I to do nich powinni zabiegać w pierwszej kolejności liderzy SLD, aby nie stracić tego, co najcenniejszy, żelaznego elektoratu. Ale jeśli dziś nie podejmie się wysiłku, aby zdobyć zaufanie młodych, to elektorat SLD umrze śmiercią naturalną. Jeśli Włodzimierz Czarzasty nie znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

 

SLD może być w sejmikach

języczkiem u wagi i stać się niezbędnym elementem układanki w walce z PiS. Wynik w sejmikach nie jest taki zły, jak wynik Andrzeja Rozenka w Warszawie, który miał gorszy wynik od Sebastiana Wierzbickiego w 2014 roku, gorszy nawet niż sam osiągnął w 2014 startując z własnego komitetu. SLD w Warszawie nie wyciągnęło wniosków z klęski Magdaleny Ogórek. Elektorat lewicy jest wrażliwy i pamiętliwy. Nie lubi, gdy ma reprezentować go ktoś, kto wcześniej robił wszystko, żeby Sojusz zniszczyć. A taka była droga parlamentarna Rozenka w Sejmie jako posła Ruchu Palikota, kiedy głosował za najbardziej antyspołecznymi postulatami. Włodzimierz Czarzasty z gronem najbliższych współpracowników wykonał gigantyczną pracę podczas tych wyborów odwiedzając ponad 160 powiatów. To było widać, czego efektem jest przekroczenie progu. A mając na uwadze fakt, że SLD wypadł z Sejmu, był wewnętrznie podzielony, wszyscy wieszczyli, że to już koniec. Sojusz nadal pozostaje jedyną lewicą w kraju, na która chce głosować społeczeństwo.

 

Żadnej partii

nie udało się zaistnieć w kontrze do SLD. Wybory europejskie powinny skłonić liderów Sojuszu do zawarcia szerokiej koalicji z Robertem Biedroniem na czele, który również nie uległ pokusie przejścia do tzw. Koalicji Obywatelskiej, zachowując swoją tożsamość i wykazując się przy tym wielką odwaga cywilną. Zapłacił za to ogromną cenę, wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream. Jeśli za rok zabraknie choćby skromnej reprezentacji SLD w Sejmie to wiem, że długo nie będzie w Polsce żadnej lewicy. Czego sobie i wyborcom lewicy nie życzę. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będę bojem o przetrwanie. Wszystkie ręce na pokład.

Waga Waszych Głosów

Mamy nowe szalbierstwo wyborcze. Od początku roku do rejestru warszawskich wyborców dopisało się 9155 osób. W tym od 13 sierpnia do 9 października już 8790 osób. W całym 2014 dopisało się jedynie 4354 osób.
Burmistrz stołecznej dzielnicy Wola Krzysztof Strzałkowski informuje, że na Woli dopisano już ponad tysiąc osób. Dwa razy tyle, co cztery lata temu.
Dziennie wpływa około 200 wniosków.
Po Warszawie krążą informacje o autobusach przywożących do urzędów chętnych do głosowania w Warszawie. Nie kryjących swych sympatii do PiS.
Czy takie szalbierstwo wyborcze ma sens?
W Warszawie mieszka milion trzysta osiemnaście tysięcy osób uprawnionych do głosowania.
Przy frekwencji na poziomie 50 procent (cztery lata temu była 44 procent w pierwszej turze i 47 procent w drugiej), oznacza to 659 tysięcy głosujących. Czyli 6,6 tysiąca głosów dawałoby jeden procent poparcia.
W 2014 roku w I turze Hanna Gronkiewicz-Waltz dostała 294 tysięcy głosów, Jacek Sasin 172 tysiące. W drugiej turze pani prezydent dostała 342 tysięcy głosów, a Sasin 241 tysięcy głosów.
Ale teraz w większości sondaży Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy jest tylko o kilka punktów procentowych za Rafałem Trzaskowskim, kandydatem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej.
Na pewno w tych wyborach frekwencja będzie wyższa niż cztery lata temu. Starcie Trzaskowskiego i Jakiego jest regularnie podgrzewane przez media. Jest bardziej emocjonujące niż pojedynek Gronkiewicz-Waltz i Sasina cztery lata temu.
Dlatego potrzeba będzie pewnie ponad 7 tysięcy oddanych głosów, żeby zdobyć jeden punkt procentowy.
Być może ten jeden przywieziony punkt procentowy nie zaważy o wyborze prezydenta Warszawy.
Ale ten dodatkowy jeden punkt procentowy dla PiS, przy większościowym systemie liczenia głosów może przekreślić szanse na mandaty w sejmikach wojewódzkich, w Radzie Miasta Warszawy i radach dzielnicowych kandydatek i kandydatów spoza PiS i PO.
Ten jeden procent dodatkowych, przywiezionych autokarami prawicowych głosów może przekreślić szanse kandydatek i kandydatów lewicy oraz ruchów miejskich.
Dlatego gorąco apelujemy do lewicowych Wyborców!
Głosujcie 21 października.
Głosujcie na kandydatów lewicowych.
Głosujcie racjonalnie, czyli na największy lewicowy komitet wyborczy. Takim jest „SLD – Lewica Razem”.
Każdy Wasz głos i Waszych Bliskich to szansa na złamanie monopolu PiS i PO.

 

NASI AUTORZY KANDYDUJĄ

Informujemy, że autorzy publikujący w „Trybunie” kandydują w wyborach samorządowych. Lista nr 5.

  • Czesława Christowa kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego z okręgu Szczecin-Police;
  • Czesław Cyrul kandyduje na radnego Rady Miasta Wrocławia ze Szczepin, Popowic, Gądowa Małego, Kozanowa i Pilczyc;
  • Andrzej Dryszel kandyduje na Radnego Rady Miasta Warszawy z Bielan i Żoliborza;
  • Wincenty Elsner kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z powiatów: górowskiego, milickiego, oleśnickiego, oławskiego, strzelińskiego, średzkiego, trzebnickiego, wołowskiego i wrocławskiego;
  • Piotr Gadzinowski kandyduje na radnego Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa;
  • Krzysztof Gawkowski kandyduje na radnego Sejmiku Województwa Mazowieckiego z powiatów: grodziskiego, legionowskiego, nowodworskiego, otwockiego, piaseczyńskiego, pruszkowskiego, warszawskiego zachodniego i wołomińskiego;
  • Tadeusz Iwiński kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego z powiatów: ełckiego, gołdapskiego, kętrzyńskiego, olecki i węgorzewskiego;
  • Krzysztof Podgórski kandyduje na radnego Rady Miasta Torunia z Wrzosów, Starówki, Chełmińskiego i Jar;
  • Maciej Prandota kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z okręgów ostrołęckiego i siedleckiego;
  • Rafał Skąpski kandyduje na prezydenta miasta Nowego Sącza;
  • Danuta Waniek kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z prawobrzeżnej Warszawy;
  • Agnieszka Wołk-Łaniewska kandyduje na radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego z Bemowa, Bielan, Ursusa, Włoch, Woli i Żoliborza.

Cicha indoktrynacja

Przyzwyczailiśmy się, że debata nad stanem państwa  pod rządami PiS odbywa się co kilka miesięcy.

 

Uczestniczą w niej politycy opozycji ale i kierownictwo partii rządzącej nie próżnuje, aby co rusz przypominać jak to poprzednicy zniszczyli Polskę. Większość debat w wykonaniu prawych i sprawiedliwych przeradza się jednak w parodię tak, jak ta ostatnia dotycząca referendum ws. konstytucji.
Pytania, które Polakom chciał zadać prezydent Andrzej Duda, choć wszystkie absurdalne, to w oczy rzuciły się dwa:
• Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponad tysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?
• Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem w Konstytucji RP pozycji rodziny, z uwzględnieniem ochrony obok macierzyństwa także ojcostwa?
Pomimo, że postawione pytania brzmią niewinnie, to aż skóra cierpnie, gdy wyobraźnia podpowiada, jak PiS do spółki z ojcem Rydzykiem i innymi hierarchami, mogliby wypaczyć odpowiedź twierdzącą. Ta byłaby, i dla PiS, i dla kościoła potwierdzeniem, że rozdział kościoła od państwa nadal ma pozostać w Polsce tylko fikcją.
Księża zapewne uznaliby ten fakt za przyzwolenie, żeby dalej zajmować się politykowaniem, a nie ewangelizowaniem. Politycy PiS natomiast kwestię promowania rodziny przerobiliby na odebranie praw do decyzji tysiącom kobiet i mężczyzn, którzy w zaciszu własnej sypialni chcą zdecydować czy dziecko mieć czy używać środków antykoncepcyjnych.
Przywiązanie Polaków do wartości chrześcijańskich (a właściwie tych uniwersalnych nieobcych żadnej religii i żadnemu człowiekowi) byłoby odebrane jako możliwość dyktowania, czy kobieta może korzystać z antykoncepcji hormonalnej, rodzice mogą sięgnąć po in vitro, aptekarz sprzedawać tabletki dzień po (lub inne, które za miesiąc bądź rok, przestaną odpowiadać kościołowi), a lekarz odmawiać wykonania aborcji kobiecie, której życie i zdrowie jest zagrożone, bo sumienie mu nie pozwala ratować tego życia.
Na szczęście referendum się nie odbędzie. Na szczęście dla Polski i Polaków. Interpretacji odpowiedzi również nie będzie, a Polacy chcą przejrzystości, transparentności i poszanowania ogólnoludzkich wartości w konstytucji, jak i poza jej zapisami. Społeczeństwo obywatelskie musi jednak czuwać, bo tej władzy uwierzyć nie sposób jak głosi, że jest prawa i sprawiedliwa.