Patataj

Oddałbym wszystkie pieniądze żeby móc usłyszeć i zobaczyć jak Prezydent Najjaśniejszej RP tłumaczył zdumionym i pewnie wkurzonym Australijczykom, że po wielomiesięcznych pertraktacjach w sprawie zakupu fregat (prowadzonych zapewne przez Bardzo Ważnych Generałów i Urzędników Prezydenta) cały misterny plan poszedł w PiS-du – jak mawiał klasyk (Siara).

 

Gdybym był na jego (PAD) miejscu, to gdzieś nad Oceanem Indyjskim wolałbym wyskoczyć w locie i wpław wrócić do kraju. Bo jak spojrzeć w oczy poważnym politykom i powiedzieć – Wiecie chłopaki, przedstawiłem się wam jako poważny prezydent i głowa państwa tak tylko dla jaj. Zawracałem wam gitarę, zmarnowałem wasz czas, a jak już wszystko było gotowe, że tylko papiery podpisywać, to dowiedziałem się, że „starzy się nie zgodzili” więc sorry, ale nic z tego co wam obiecałem nie będzie. Tak tłumaczy się nastolatek, gdy umawia się na wyjazd pod namiot z paczką kolegów i przychodzi na dworzec bez plecaka, ze zwieszoną głową i wstydem w oczach, bo trzeba kumplom powiedzieć, że sami nie mamy nic do gadania, choćby nie wiem jak bardzo puszyliśmy się wcześniej.

Im bardziej na poważnie Australijczycy wzięli Andrzeja Dudę jako głowę państwa, im bardziej zapewnili mu godne przyjęcie (kompania honorowa, salwy armatnie, rauty i przyjęcia), tym bardziej sytuacja staje się niezręczna – bo wszyscy wiedzą i widzą (patrz – misterny plan), że fetują nie europejskiego męża stanu a kapitana z Koepenick.

Już widzę jak Australijczycy zasiadają z polską delegacją towarzyszącą prezydentowi do plenarnych obrad i zaczynają poważne rozmowy na ważne tematy. Bo jak rozmawiać z facetem, który podając się za pełnomocną głowę państwa wynegocjował spory kontrakt, by tuż przed jego uroczystym podpisaniem powiedzieć – Wiecie chłopaki, starzy się nie zgodzili?

Jarosław Kaczyński kilka razy dał klapsa niesfornemu Andrzejkowi gdy ten chciał trochę pobrykać samodzielnie, ale – trzeba to przyznać – robił to z niemal ojcowską delikatnością. W subtelności nie bawił się Mateusz Morawiecki, który dał prezydentowi z liścia przywołując go do porządku. Ośmieszając go przy tym zupełnie i pokazując, że ma siedzieć z długopisem w dłoni pod żyrandolem i nie starać się choćby sprawiać wrażenia samodzielności. Bidula nawet nie dostał szansy by kompromitacji uniknąć, bo „liść” dopadł go w samolocie na antypody. Szaty „króla” zostały skradzione i musiał na golasa wysiąść z samolotu wprost na czerwony dywan przed kompanię honorową.

Po wstydliwej hecy z fregatami Andrzej Duda choćby nie wiem jak się starał, niezłomnie nadymał i puszył, to dla poważnych polityków ze świata będzie niczym dumny husarz: w kirysie, lamparciej skórze, szyszaku, ze skrzydłami u ramion, przy kopii i koncerzu, ale tuptający pieszo w rytm „patataj” wybijanego skorupkami kokosa przez wiernego ciurę (Krzysztofa Łapińskiego na przykład) – bo tatuś konia nie dali.

Ranking prezydencki

Przeprowadzane od lat rankingi popularności polskich prezydentów zawsze dowodzą, że najpopularniejszym z nich jest Aleksander Kwaśniewski. W ostatnim badaniu wskazało na niego 30 procent pytanych. Lech Kaczyński cieszy się zaufaniem tylko 10 procent Polaków. Można powiedzieć, że Kwaśniewski jest trzy razy popularniejszy od Kaczyńskiego. Tymczasem mało popularnemu prezydentowi Kaczyńskiemu postawiono już kilkanaście pomników w kraju, jego imię nosi setki ulic i placów. Kwaśniewski, ponieważ żyje, nie ma jeszcze żadnych pomników. Może kiedyś doczeka się jednego i to powinno wystarczyć.
Nawałnica propagandowa i pomniki wcale nie podnoszą notowań i nieżyjący prezydent nie zostanie przez Polaków uznany za Wielkiego, który wywiódł Polskę z niewoli i zginął (został zamordowany?) w Smoleńsku, by zbawić nasz kraj. Taki jest podtekst tych zabiegów. Póki co, kreowanie nowej religii, z Kaczyńskim jako zbawcą narodu, nie znajduje szerszego uznania w społeczeństwie. Fakt, że wraz z pomnikami upamiętnia się wszystkie ofiary katastrofy to sprawa drugorzędna. Liczy się przede wszystkim prezydent Kaczyński. Wszystkie pozostałe ofiary to swoisty backgraund, który stanowi tło dla wielkości kreowanego na zbawcę prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem obywatele swoje wiedzą. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym prezydentem, choć na pewno lepszym od prezydenta Dudy, który ma jednak lepsze notowania od wcześniej wspominanego. Takich paradoksów u nas nie brakuje. Prezydent Duda aktualnie sprawuje urząd i pewnie stąd te tymczasowe, wysokie notowania. Tak miał każdy prezydent. Najniżej notowani byli, w trakcie urzędowania, Wałęsa i Kaczyński.
Tak więc odgórne kreowanie wielkości lub prawie boskości prezydenta Kaczyńskiego to jedno, a faktyczna ocena przez obywateli jego prezydentury to drugie. Sam prezydent Kwaśniewski, po zakończeniu urzędowania niczego już w polityce nie dokonał. Poszukiwanie przez niego alternatywnych rozwiązań na lewicy nie powiodło się, a mimo to, w ocenie pytanych prezydentem wielkim był. Prezydenta Kaczyńskiego obywatele oceniają znacznie gorzej i propagandowe wzmożenie nic tu nie zmieni. Za ileś lat obywatele będą obojętnie przechodzić obok licznych pomników prezydenta Kaczyńskiego, a w dobrej pamięci będą mieli prezydenta Kwaśniewskiego.