Trudna rocznica

Dziś trudna rocznica. Szkoła, tradycja rodzinna, wszystko wokół, nauczyły nas myśleć o heroicznych zrywach jako o pięknej, wręcz zasadniczej treści konstytuującej naszą świadomość. O tym, kim jesteśmy. I – jak co roku – stajemy w chwili milczenia w momencie kolejnej rocznicy godziny „W”.

 

By uczcić co? Bezsensowny zryw? Pamięć ofiar, z których większości nikt nie pytał, czy chcą zostać ofiarami? Pamięć tych, którzy nie mogli doczekać się tego, że zginą? Pamięć tych, którzy wydali rozkaz na to, aby zaczęła sie samobójcza jatka. W sierpniu 1944, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy tę wojnę przegrały i że tylko kwestią miesięcy jest, żeby poddały się? Pamięć tych, którzy uczynili z bezbronnych już wtedy ofiar – bo trupy nie mają nic do powiedzenia – oręż w walce z tymi, którzy budowali wtedy nową Polskę. Jedyną, jaka po Jałcie była możliwa?
Nie łudźmy się. Powstanie Warszawskie było nadaremne. Nie przyspieszyło klęski hitlerowskich Niemiec ani o dzień. Nawet o o dziesięć minut. Może – jeśli von Stauffenberg dziesięć dni wcześniej by zabił Hitlera – byłoby inaczej. Ale 1 sierpnia 1944 r. było doskonale wiadomo, że Führer ma się dobrze i wszystko, nad czym ma kontrolę będzie walczyć z zaciekłością ginącej bestii.
Nie ma też co czcić elity, która jakoby w tym powstaniu wyginęła. Bo w Powstaniu Warszawskim wyginęła nie żadna elita niosąca w sobie dziedzictwo polskości, ale tysiące ludzi, którzy polskość mieli w sercach, ale woleliby w tej Polsce żyć, a nie ginąć dla niej. Wbrew mitowi propagowanemu przez IPN, to nie Powstanie Warszawskie przeorało do gruntu tkankę polskiego społeczeństwa. Pod tym względem nie może się równać z tym, co stało się w latach 1863-1864.
Ale dość. Nie idzie o to, aby umniejszać. Uczcijmy tę smutną rocznicę, każdy na swój sposób. Niech trwa. I niech nie będzie orężem w przepychankach codzienności. To ją umniejsza.