Dziedzictwo października – czy tylko rozczarowanie

Nowa książka Zbigniewa Siemiątkowskiego („Miedzy złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Toruń 2018) stanowi bardzo cenną, co nie znaczy niedyskusyjną, interpretację najciekawszego okresu w historii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: osiemnastu lat między śmiercią Stalina (marzec 1953) i upadkiem Gomułki (grudzień 1970).

W tym okresie nastąpiło przeobrażenie się rządzącej partii i rządzonego przez nią państwa. Partia wyzbyła się tych cech, które wynikały z jej komunistycznego rodowodu, a niepełny totalitaryzm zastąpiony został przez rządy autorytarne – znacznie mniej opresyjne i w istotny sposób rozszerzające granice wolności, zwłaszcza w sferze życia prywatnego, swobód religijnych oraz twórczości naukowej i artystycznej. W okresie tym w PZPR toczyła się walka o kształt tej partii. Walka ta stanowi temat omawianej tu monografii.
Autor jest do napisania tej pracy świetnie przygotowany. Urodzony w 1957 roku zna omawiany okres jedynie z literatury, z archiwaliów i z rozmów prowadzonych ze starszymi od niego uczestnikami wydarzeń. „Przywilej późnego urodzenia” pozwala mu spojrzeć na badane wydarzenia w sposób obiektywny, wolny od skażenia osobistymi wspomnieniami. Zarazem ma za sobą bogate doświadczenie polityczne. Jako młody politolog był jednym z aktywnych uczestników ruchu, który pod koniec lat osiemdziesiątych podjął próbę zmienienia PZPR z autorytarnej partii władzy w partię socjaldemokratyczną. Był jednym z założycieli Socjaldemokracji RP i członkiem jej Rady Naczelnej, posłem na Sejm I, II, III i IV kadencji, ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, ministrem-koordynatorem służb specjalnych w rządzie Leszka Millera, szefem Urzędu Ochrony Państwa a następnie Agencji Wywiadu. Po odejściu (mam nadzieję, że nie bezpowrotnym) z czynnej polityki wrócił na macierzysty Uniwersytet Warszawski, habilitował się, opublikował między innymi niezwykle cenną pracę o historii wywiadu cywilnego („Wywiad a władza: wywiad cywilny w systemie sprawowania władzy politycznej w PRL”, Warszawa 2009), a następnie podjął studia nad dziejami PZPR. Obecnie wydana książka nie jest zakończeniem tych studiów: autor nosi się z zamiarem kontynuacji w postaci monografii dotyczącej następnego okresu („gierkowskiego”).
W centrum uwagi autora jest partia, co powoduje, że inne zagadnienia potraktowane są marginesowo, lub całkowicie pominięte. Dotyczy to między innymi stosunków polsko-niemieckich, w tym niezwykle ważnego sukcesu, jakim była grudniowa (1970) wizyta kanclerza Willy Brandta w Warszawie i uznanie przez RFN nienaruszalności powojennej granicy. Wielkim paradoksem historii jest fakt, że to rzeczywiście historyczne osiągnięcie Władysława Gomułki miało miejsce kilkanaście dni przed spowodowaną przez jego politykę tragedii grudniowej i upadku tego polityka.
Autor podzielił swą pracę na cztery części, którym nadał tytuły: „oczekiwanie”, „nadzieja”, „rozczarowanie” i „poszukiwanie”. Oddają one ten sposób widzenia omawianego okresu, który był szczególnie silny w środowiskach radykalnie antystalinowskiej inteligencji partyjnej. Autor nie kryje swej sympatii wobec tej formacji, co prowadzi do bardzo krytycznej oceny procesu odchodzenia PZPR i osobiście Władysława Gomułki od demokratycznych zapowiedzi z października 1956 roku. W ciekawy sposób przedstawia wizerunek tego środowiska, w którego młodszej części (nazwanej później pokoleniem „pryszczatych”) dawniejszy fanatyzm okresu stalinowskiego ustąpił miejsca radykalizmowi antystalinowskiego „rewizjonizmu”. Najbardziej znaczącymi postaciami tego środowiska byli Leszek Kołakowski i Wiktor Woroszylski, ale podobnie gwałtowną przemianę przeszło wielu innych ludzi z tej generacji. Nie dotyczyło to – przynajmniej nie w tym samym stopniu – tych z nas, których droga do PZPR prowadziła nie przez „zauroczenie”, lecz przez kolejne rozczarowania polityką mocarstw zachodnich i ich polskich sojuszników.
Podkreślam czynnik pokoleniowy, gdyż odgrywał on istotną rolę. Siemiątkowski pokazuje i wyjaśnia ferment, który po śmierci Stalina wystąpił w kierowniczym aktywie PZPR, składającym się głownie z przedwojennych komunistów. Ludzie ci wiedzieli, czym był stalinizm. Wielu z nich przeszło przez radzieckie więzienia i obozy. Wszyscy oni stracili w czystkach stalinowskich licznych przyjaciół a często i członków rodzin. Znałem na przykład parę wdów po komunistach zamordowanych w ZSRR, które przeszły przez radzieckie obozy a po powrocie do Polski działały w PZPR – nawet na dość wysokich szczeblach. Trudno nam dziś zrozumieć psychologiczny mechanizm powodujący, że mimo wszystko ludzie ci pozostali przekonanymi, wręcz fanatycznymi, komunistami. Ta niemal religijna wiara w ideę komunizmu pozwalała im funkcjonować w systemie, którego okrucieństw sami doznali. Sprowadzanie tego – jak to czynią dzisiejsi antykomunistyczni publicyści – do oportunizmu czy wręcz agenturalności uniemożliwia zrozumienie późniejszej ewolucji znacznej części tego środowiska – tej, która odegrała bardzo istotną rolę w 1956 roku powodując , że Komitet Centralny PZPR potrafił odważnie a zarazem skutecznie przeciwstawić się radzieckim naciskom i zapoczątkować proces zmian idący dalej niż w innych państwach ówczesnego bloku socjalistycznego.
W pokoleniu młodszym – złożonym z ludzi urodzonych pod koniec lat dwudziestych (Kołakowski i Woroszylski to rocznik 1927) – było inaczej. Ludzie ci zafascynowani byli ideą komunizmu i wizją nowego ustroju, który jawił się im jako ucieleśnienie pięknych ideałów sprawiedliwości i wolności. Niewiele wiedzieli o tym, jak wygląda rzeczywistość idealizowanego przez nich „Kraju Rad”. W życiorysach tego pokolenia wojna i okupacja odgrywały zasadniczą rolę. Powojenna rzeczywistość była w ich oczach tym piękniejsza, im bardziej odrażające było doświadczenie nazistowskiej tyranii. Dla ludzi tego pokolenia ustanowienie nowego systemu nie było zniewoleniem, lecz w pełnym tego słowa wyzwoleniem. Zarazem jednak cechująca ich fanatyczna ideowość prowadziła do dramatycznego rozczarowania, gdy okazało się, że rzeczywistość daleko odbiega od ideału. Pamiętam, z jaką rozpaczą niektórzy z nich przyjmowali informacje o zbrodniach okresu stalinowskiego. To doświadczenie nakładało się na pewne cechy osobowościowe, zwłaszcza pewnego typu absolutyzm moralny, który powodował, że wczorajsi fanatycy komunistyczni stawali się zdeklarowanymi, bezkompromisowymi bojownikami o radykalne przeobrażenie partii i systemu w duchu demokracji i wolności. Znając wielu ludzi tej formacji wiem, że nie był to koniunkturalizm, co często zarzucali im przeciwnicy.
Nie dotyczy to jednak wszystkich zaliczanych w tych latach do tak zwanych „rewizjonistów”. Autor wspomina postać socjalisty Juliana Hochfelda (1911-1966) – mojego mistrza akademickiego, ale przede wszystkim jednego z najważniejszych rzeczników nurtu, który można określić jako polityczny realizm, przeciwieństwo politycznego „idealizmu”, by posłużyć się typologią wiele lat temu wprowadzoną przez Adama Bromke („Poland’s politics: idealism vs. realism”, 1967). Nie omawia jednak jego poglądów, między innymi propozycji Hochfelda dotyczących roli Sejmu czy jego koncepcji „otwartego marksizmu”. Nie jest to pominięcie przypadkowe. Chociaż autor odnotowuje istnienie realistycznego, a więc mniej radykalnego nurtu w środowisku partyjnych „rewizjonistów”, to jednak nie poświęca mu większej uwagi. Odnoszę wrażenie, że traktuje ten nurt jako mniej istotny. Mam w tej sprawie inne zdanie, w dużej mierze wynikające z mojej roli w tamtych latach.
Realiści, do których się zaliczałem, angażowali się w walkę o nowy kierunek polityki polskiej i o nowe oblicze partii, ale bardziej niż „idealiści” liczyli się z realiami epoki, zwłaszcza z konsekwencjami uzależnienia Polski od ZSRR. Wiedzieli, że w warunkach zimnej wojny i podziału świata całkowita likwidacja uzależnienia Polski od radzieckiego mocarstwa nie jest możliwa, a tragedia Węgier stanowiła dla nich groźne memento. Za najważniejsze osiągnięcie „polskiego października” uważali – nadal sądzę, że trafnie – znaczne rozszerzenie polskiej suwerenności, uwolnienie Polski i rządzącej nią partii od ingerencji radzieckiej w nasze sprawy wewnętrzne. Dla mnie był to w tym czasie problem najważniejszy, czemu dałem wyraz w moim pierwszym „rewizjonistycznym” artykule o „kryzysie internacjonalizmu”, opublikowanym w teoretycznym organie PZPR „Nowe Drogi” (listopad-grudzień 1956) i ostro zaatakowanym na łamach radzieckiego „Komunista”, NRD-owskiej „Die Einheit” i czechosłowackiego „Rudego Prawa”. Nawet po upływie sześćdziesięciu przeszło lat uważam, że w tym okresie sprawą najważniejszą była obrona tego, co udało nam się w 1956 roku zdobyć – nie tylko w stosunkach polsko-radzieckich, ale także w wielu obszarach polityki wewnętrznej, gdzie odejście od prób ustanowienia totalitaryzmu owocowało znacznym, choć z dzisiejszego punktu widzenia ograniczonym, zwiększeniem zakresu wolności. Zgadzam się z Andrzejem Walickim, który bardzo silnie podkreśla znaczenie ówczesnych zmian dla liberalizacji systemu w wielu sferach życia, w tym w obszarze nauki i kultury („Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”, Kraków 2013).
Zbigniew Siemiątkowski pokazuje, jak i dlaczego radykalni rewizjoniści przegrywali walkę o oblicze PZPR i o demokratyczny kierunek rozwoju państwa. Z jego analizy wynika, że ta przegrana była nieuchronna z uwagi przede wszystkim na nastroje panujące w społeczeństwie i w samej partii. Pokazuje też (w części czwartej), jak w nastroje te wstrzelili się partyjni nacjonaliści skupieni wokół generała Moczara i potocznie nazywani „partyzantami”. Mieli oni silniejsze oparcie społeczne niż partyjni „rewizjoniści”, ale w ostatecznym rachunku przegrali walkę o władzę na rzecz nowej formacji pezetperowskich technokratów, do których należeć miało następne dziesięciolecie. Rok 1968 pokazał jednak, że w znacznej części społeczeństwa polskiego drzemały skłonności nacjonalistyczne, w tym antysemickie, co przebijało się także do PZPR, do aparatu bezpieczeństwa, częściowo także do wojska. Gdyby tak nie było, strategia „partyzantów” nie miałaby sensu. To, dlaczego ostatecznie nie doszło do zwycięstwa kierunku nacjonalistycznego w PZPR, wymaga dalszych badań naukowych. Przekonany jestem, że nie było to jedynie następstwem zrozumienia przez Gomułkę, jakie żywioły wyzwolił nieprzemyślanym atakiem na rzekomych „syjonistów”. „Partyzanci” mieli licznych zwolenników, ale mieli też licznych przeciwników – i to nie tylko w kręgach „rewizjonistycznych”.
Proces stopniowej degeneracji autorytarnej władzy został przez autora przedstawiony bardzo ciekawie i wnikliwie. W znacznej mierze proces ten wynikał z cech osobowościowych Gomułki, jego rosnącego z upływem czasu despotyzmu w stosunkach z otoczeniem i coraz większego oderwania od rzeczywistości. Polityki nie da się zrozumieć bez uwzględnienia roli przywódców. Omawiany przez Siemiątkowskiego okres jest tego świetnym przykładem. Bez Gomułki rok 1956 w Polsce wyglądałby inaczej – zapewne znacznie gorzej. Zarazem zaś jego autokratyzm pociągał za sobą błędy polityczne, których kumulacja w ostatnim trzyleciu jego rządów doprowadziła do kryzysu politycznego i spowodowała upadek polityka, z którym czternaście lat wcześniej wiązano wielkie oczekiwania.
Czy jednak była to tylko kwestia przywództwa? Myślę, że u podstaw powtarzających się w PRL kryzysów politycznych leżał fakt, że narzucony Polsce w wyniku wojny system nie był w stanie zaspokoić rosnących aspiracji społeczeństwa – nie tylko zresztą materialnych. Niespełna dziesięć lat po tragicznym grudniu 1970 roku Polskę ogarnęła nowa, znacznie silniejsza fala robotniczego protestu. Czy była tylko konsekwencją błędnej polityki ekipy Edwarda Gierka stawiającej na technokratyczną modernizację? Z perspektywy czasu, uzbrojeni o wiedzę o tym, jak i dlaczego nastąpił upadek „państwowego socjalizmu” w Europie, dostrzegamy lepiej niż wówczas strukturalne przyczyny kryzysu tamtego systemu. Nie prowadzi to do zanegowania politycznej odpowiedzialności ówczesnych przywódców, ale pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego przegrywali.
„Przegranym rewizjonistom – pisze w zakończeniu swojej książki autor – pozostała legenda i marzenia ich następców o fajnym socjalizmie” (s. 325). Jest to tylko częściowo trafne. „Rewizjoniści” z omawianego w tej książce okresu nie zniknęli z polskiego życia politycznego. Znacząca ich część stała się zalążkiem opozycji demokratycznej a po latach niektórzy ludzie tej formacji stali się współtwórcami nowej, demokratycznej Rzeczypospolitej. Po drugiej stronie ludzie wywodzący się z nurtu realistycznego odegrali znaczącą rolę w nadawaniu polityce PZPR tego kierunku, który ostatecznie doprowadził do polskiego „okrągłego stołu” i do zmiany ustroju. Byli też inspiracją dla następnego pokolenia partyjnych reformatorów, dzięki któremu polska lewica miała swój bardzo istotny wkład w budowanie demokratycznego państwa, zwłaszcza w latach 1993-2005. To dobrze, że jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego pokolenia zajął się trudnymi doświadczeniami poprzedników. W sztafecie pokoleń pamięć historyczna jest tym, co tworzy tożsamość. Lewica polska ma prawo uważać się za spadkobierców tych, dzięki którym Polska roku 1956 stała się źródłem nadziei – nawet jeśli nadzieja ta ustąpić miała rozczarowaniu.

Zbigniew Siemiątkowski – „Między złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2019, s. 358, ISBN 978-83-66220-31-7.

Ku granicy na Odrze

Układ z Niemcami jest zwieńczeniem mojego życia.
Władysław Gomułka

Docierające głosy w reakcji na różne cząstkowe odniesienia do zachodniej granicy w tekstach poprzednich, np.„Operacja Dunaj”(20-23 sierpnia 2018 r.), „Zwycięstwo w Moskwie”(14-16 września 2018 r.), „Mąż Stanu” (20-22 lipca 2018 r.), są cenną inspiracją, za którą najuprzejmiej dziękuję. Wskazują potrzebę przypomnienia i skupienia uwagi na początkach „drogi ku Odrze”, szczególnie po rok 1970.

Uprzejmie Państwa Czytelników proszę o uwagę na słowa: Moskwa, Stalin, stalinizm, ZSRR – proszę nie łączyć ich z żadną formą promocji. Proszę również o czytanie tekstu z dużym wkładem osobistego, krytycznego myślenia! Natomiast różnym „podwórkowym znawcom i uczonym” jego czytanie stanowczo odradzam – nawet, jeśli wykazują elementarny stopień rozumienia faktów. Tu konieczna jest jeszcze polityczno-historyczna, refleksja i wyobraźnia „polityka-decydenta”, jak mogłaby potoczyć się nasza historia, ale nie uproszczony osąd.

„Myśli” o zachodniej granicy

Myśl ta, pierwszy raz pojawiła się w Moskwie, podczas wizyty premiera rządu londyńskiego, gen. Władysława Sikorskiego 2-4 grudnia 1941 roku. Od podpisania w Londynie umowy Sikorski – Majski, 30 lipca 1941 r., w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele. Polaków zaczęto zwalniać z łagrów, miejsc zesłania i więzień, represjonowanym udzielać pomocy. Tu ciekawostka – znany przedwojenny aktor Eugeniusz Bodo nie został zwolniony, bo amnestia objęła tylko Polaków. Powód – posiadał szwajcarskie obywatelstwo i paszport (jego ojciec był Szwajcarem, on urodził się w Genewie, 28 grudnia 1899 r.), zmarł w łagrze Kotłas, z głodu i wycieńczenia w 1943 r.

Gdy rozpoczęło się formowanie Armii Andersa 4 listopada 1941r., gen. Sikorski postanowił udać się do Moskwy, by osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu – jak pisze prof. E. Duraczyński („Stalin, twórca i dyktator supermocarstwa”, Wyd. AH, Pułtusk Warszawa, 2012 r.), poirytowanym tonem oświadczył: „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Zastanówcie się Państwo nad jego racją.

Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził też pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano.
Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (gen. Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut’-czut’”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki („Generał Sikorski”, Kraków 1981 r.). Powiedział do Premiera: „Bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza („Londyński rodowód PRL”. Wyd. Bellona Warszawa 2014 r.), do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu londyńskiego do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Zachęcam Państwa do lektury tej książki, nie będziecie żałować czasu i uznania dla jej Autora. Zwróćcie Państwo uwagę na słowa „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom warto powiedzieć otwarcie, że historycy unikają tematu lub wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński i Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga – to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju.

Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako męża opatrznościowego, nawet stawiając go wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby według traktatu ryskiego? A co z zachodnią? czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego oczekiwalibyśmy – wiadomo! Ryzyko to w 1941-1942 r. wymagało pewnego „ubezpieczenia”, np. prawnych gwarancji Anglii i USA, nawet odrębnego traktatu tych państw ze Stalinem w sprawie Polski. Tu „kartą gwarancyjną” mogłaby być Armia Andersa, ale walcząca na froncie wschodnim! Czy było to możliwe? Szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką, a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale czy wobec Stalina „chciały” opowiedzieć się po naszej stronie? Przecież byliśmy ich wiernym sojusznikiem! To prawda, że militarnie słabym – brak uzbrojenia, ale mieliśmy wyszkolonych i walecznych żołnierzy, nie tylko pilotów! Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa – szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan chyba były nie do pokonania i gen. Sikorskiego nikt z Polaków by na Zachodzie nie zrozumiał.

On sam nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej. Profesor Andrzej Krzyżanowski w 1958 r. na zjeździe historyków stwierdził: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Łatwo domyśleć się, czym kierował się wtedy (1958 r.) Profesor.

Sprawa zachodniej granicy Polski wróciła 2 lata później, na konferencji w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.). Tu taka ciekawostka. Przed konferencją Roosevelt spotkał się ze Stalinem, by poufnie oświadczyć, że popiera oparcie wschodniej granicy polsko-rosyjskiej o linię Curzona. Prosił o dyskrecję z uwagi na wybory i potrzebne mu głosy naszej Polonii. Oto, do czego byli mu potrzebni Polacy. Stalin na konferencji uzyskał akceptację prezydenta USA F. D. Roosevelta, by granicą wschodnią Polski była linia Curzona, a zachodnią oprzeć na Odrze, z włączeniem prowincji opolskiej (nie było mowy o Nysie Łużyckiej). Zwróćcie Państwo uwagę – jaką prezydent USA „popiera wschodnią granicę”, i to w listopadzie 1943 r. Że bez nas – niektórzy historycy to podnoszą, ale pomijają postawę rządu londyńskiego. To, że nie mógł być ani członkiem, ani uczestnikiem tego spotkania jako „mocarstwo” – oczywiste. Ale mógł czynić różne zabiegi, starania, nie marnować okazji, jak gen. Sikorski. Wiedzeni polonocentryzmem uważają, że „nam się należy”, to tylko nasze „puste chciejstwo”, mącenie w głowach młodzieży i mniej znającym tamte dzieje rodakom. Kto wtedy mógł przewidzieć kiedy i jak skończy się II wojna światowa, jaka będzie Polska. A w USA już przewidywano! To wiedza i nauka dla wszystkich „znawców”, którzy po dziś dzień uważają USA za admiratora spraw Polski. Roosevelt w tej rozmowie zgodził się na pomysł Stalina, by część Prus Wschodnich włączyć do ZSRR.

Tu proszę przypomnieć sobie rozmowę Jana Karskiego z prezydentem USA (pisałem o niej w tekście „Mąż Stanu”): „– Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski (ambasador rządu londyńskiego w USA, moje – GZ), który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie: – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt: –Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy…, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów >Prusy Wschodnie<, tylko >na północy<”. Czyli jeszcze przed Teheranem, dyplomatyczną drogą przyjęto ramowe ustalenia!

Z dostępnych materiałów archiwalnych czytelnie wynika, że właśnie tu, w Teheranie USA i Anglia zaakceptowały powstanie po zakończeniu wojny tzw. radzieckiej strefy wpływów, w której będzie Polska i inne kraje. „Rząd londyński prawdę teherańską znał” – pisze E. Guz. „Gdyby się podjętym tam decyzjom podporządkował, wróciłby do Warszawy jako wyłączny gospodarz Polski, i to bez udziału lewicy. Stalin zgodził się, by powrót ten odbył się na mocy międzynarodowych gwarancji Wielkiej Trójki”. Zapamiętajmy to!

Kilka tygodni później, po konferencji, w ZSRR pojawił się memoriał Iwana Majskiego („Dzieje najnowsze”, t. XXIX), sugerujący kształtowanie Polski powojennej jako niewielkiego kraju w granicach etnicznych, z całymi Prusami Wschodnimi lub ich częścią i częścią Śląska. Pomyślcie Państwo – gdyby ten pogląd zwyciężył w ZSRR, czy Zachód (USA, Anglia) byłyby przeciw? Jaki kształt terytorialny miałaby Polska po 1945 r.

Pomysł z oparciem zachodniej granicy RP na linii Odry, Stalin sondował w rozmowie z gen. Charlesem de Gaulle, w Moskwie (grudzień 1944 r.), czyli rok po Teheranie. Gość m.in. odpowiedział, że „Polska mając taką granicę (…) pozostanie dobrą sojuszniczką Rosji i Francji”. Francja potwierdziła to aprobatą ustaleń konferencji poczdamskiej (sierpień 1945 r.) oraz nawiązaniem stosunków dyplomatycznych z „rządem lubelskim”. Niektórzy politycy zachodni mieli to de Gaulle’owi za złe.

Ponownie sprawa wróciła w Jałcie (4-11 lutego 1945 r.). Wielka Trójka zdecydowała o „istotnym przyroście terytorialnym na północy i na zachodzie”. Była mowa o Odrze i Nysie Łużyckiej, włączeniu Gdańska. Było to zbieżne z przemyśleniami polskiej lewicy w kraju. Dziś mało kto pamięta, iż w deklaracji programowej PPR, „O co walczymy” z 1943 r. współautorem której (niektórzy uważają, że głównym autorem) był Władysław Gomułka, pojawiła się myśl by zachodnią granicę powojennej Polski oprzeć na Odrze. To historyczne oczekiwanie zapisane zostało w Manifeście PKWN z lipca 1944 r. jako „powrót do Matki – Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego”, walkę o Prusy Wschodnie i szeroki dostęp do morza, „o polskie słupy graniczne nad Odrą”. Mimo przemilczania tych faktów, nie da się tego odebrać ówczesnej polskiej Lewicy. Nie ulega też wątpliwości, że kwestia zachodniej granicy Polski była dobrze znana w Związku Patriotów Polskich (ZPP) w ZSRR, o czym świadczą wspomnienia kilku jej członków.

Także w Jałcie ustalono, że w Polsce powstanie rząd koalicyjny, o który spierają się historycy, pomijając istotne fakty. Znane jest niektórym uczonym powiedzenie Stalina, że komunizm pasuje do Polski jak siodło do krowy. W kwestii owego rządu, rozumianego wtedy (czas po Teheranie minął), jako „małżeństwo z rozsądku”, zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnianą książkę E. Guza, gdzie przedstawia możliwe warianty jego składu z udziałem członków z Londynu. Spór toczył się o ilość i jakość ministerialnych tek, ale i nazwiska osób, głównie negatywnie, wrogo nastawionych do ZSRR. Trudno, by taki skład uznał Stalin, co w ówczesnej sytuacji wielu nie może zrozumieć. „Bierut sugerował, aby to Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 proc. tek ministerialnych dla >swoich ludzi<. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina, ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”– czytam w książce „Polski rząd na uchodźstwie” (Świat Książki, Warszawa 2011 r., tłum. z angielskiego Zofii Kalety). Warto pomyśleć, przecież udział umiarkowanych, rozważnych londyńczyków (czy tacy byli?) w tym rządzie, oznaczałby w praktyce włożenie przysłowiowego buta w uchylone drzwi. Tylko wówczas należałoby całą uwagę skupić na odbudowie kraju, a nie na podjudzaniu i okłamywaniu zbrojnego podziemia z Zachodu (głównie z Londynu), o czym wielu uczonych dobrze wie od lat. Tu warto sięgnąć do raportów kurierów londyńskiego MSW, pisze E. Guz i E. Duraczyński („Między Londynem a Warszawą”). Dodam tylko, że właśnie londyńczycy nie chcieli uznać Konstytucji z 1921 r., jako podstawy prawnej funkcjonowania Polski – o czym świadczy? Czy dziś możemy sobie wyobrazić skład rządu dosłownie nienawistnego wobec Zachodu? Czy skończyłoby się tylko usunięciem nas z UE i NATO? A inne konsekwencje i następstwa – pomyślmy i wyobraźmy! Wreszcie zacznijmy uczyć się na własnej historii, na swoich błędach! Co ma wiedzieć, jakie wnioski z przeszłości ma wyciągać nasza młodzież – nie interesuje nas dorosłych, sędziwych?

Co ustalono w Poczdamie?

Z perspektywy historycznej widać, iż Jałta była swoistym przygotowaniem Poczdamu w kwestii porządku terytorialnego w Europie po II wojnie światowej (ze zrozumiałych względów skupiam uwagę tylko na sprawie tej granicy). Nie mogło być inaczej – zachodnia granica była jedną z kluczowych, rozpatrywanych przez ministrów spraw zagranicznych, ekspertów i Wielką Trójkę. Na wniosek Stalina – o zgrozo – prezydent Truman zaprosił polską delegację do Poczdamu. Liczyła 11 osób na czele z Bolesławem Bierutem, wśród nich był Władysław Gomułka. Delegację wspomagał zespół ekspertów i doradców z zakresu historii, polityki i geografii, np. Andrzej Bolewski, Walter Goetel, Stanisław Leszczycki, Tadeusz Żebrowski. Przedstawili szereg opracowań i ekspertyz, ważnych dla powojennego kształtu terytorialnego Polski, rozwoju i zasiedlenia terenów „po Odrę”. Dość wspomnieć memoriał pt. „Postulaty Polski w sprawie granicy zachodniej”, który 10 lipca był dostarczony rządom wielkich mocarstw przez ambasadorów rezydujących w Moskwie, a kilka dni później dyskutowała nad jego treścią Wielka Trójka. To istotny, cenny wkład polskich naukowców, godny odrębnego omówienia (P. Eberhardt, „Polska i jej granice”, Wyd. UMCS, Lublin 2004). Wiedziano, że Kresy Wschodnie zostały włączone do ZSRR a granica oparta na linii Curzona. Stąd potrzeba przesiedlenia ludności polskiej i niemieckiej. Stanowczo opowiedziano się za przyłączeniem Gdańska, pamiętając konflikt sprzed wojny. Nawiasem wspomnę, iż na wieść o decyzji, premier rządu londyńskiego oświadczył, iż „nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina”. Nie spotkałem oceny, by ta wypowiedź miała wpływ na decyzję o przesiedleniu Niemców. Władysław Gomułka, bacznie obserwujący tę konferencję, doszedł do wniosku, iż zachodni alianci nie są chętni tej granicy, zaś Stalin wydał mu się koniunkturalistą i nie potrafił rozszyfrować jego gry. Stąd optował za dodatkowym, tajnym protokołem do umowy polsko-radzieckiej z kwietnia 1945 r., zawierającym gwarancje ZSRR o niezmienności stanowiska, jeśli doszłoby „kiedyś” do zjednoczenia Niemiec. Już wtedy to przewidywał – zwróćcie Państwo uwagę! Jego sugestie nie przekonały członków rządu, a ZSRR był też przeciwny, pomysł upadł. Nasze obawy, czyli konkretnie Władysława Gomułki- dały jednak pozytywny efekt – Moskwa uznała, iż Berlin powinien podpisać traktat z Polską o uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Tak też stało się w Zgorzelcu 6 lipca 1950 r.

Co więc ustalono w Poczdamie?

Po pierwsze – zachodnia granica przebiegać będzie „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia”(stwierdzenie Stalina), rzeką Odrą do Nysy Łużyckiej i dalej na południe do granicy z Czechosłowacją. Ziemie na wschód od Odry zostały administracyjnie włączone do Polski, zaś ich status miał być ostatecznie rozstrzygnięty w traktacie pokojowym. Terminu tego traktatu nie ustalono;

Po drugie – jednoznacznie ustalono, że Gdańsk będzie miastem polskim;

Po trzecie – nie rozwiązano kwestii przynależności Szczecina. Pojawił się w dyskusji zamysł, by uczynić go „wolnym miastem”, ale znane doświadczenia z Gdańska spowodowały odrzucenie. Stan „zawieszenia” jego przynależności, na kilkakrotne naleganie naszych władz, w tym prezydenta Szczecina Piotra Zaremby, przerwał Stalin i polecił marsz. Żukowowi by miasto przekazał Polsce.

Zmagania z jego odbudową i zagospodarowaniem opisał pierwszy prezydent miasta, wspomniany Piotr Zaremba. Znaczące zasługi ma na tym polu m.in. prof. Rajmund Rybiński, o czym wielu nie pamięta, a zasługują oni na wdzięczność i szacunek.

Kilka refleksji

W Poczdamie ważyły się głosy byśmy zbytnio nie skorzystali terytorialnie oraz gospodarczo kosztem Niemiec. „W składzie delegacji amerykańskiej coraz większymi wpływami cieszyli się zwolennicy tzw. ostrego kursu, twardej postawy wobec Związku Radzieckiego. Jednym z rzeczników tej polityki był sam prezydent Truman – pisze prof. Pastusiak („Monografie. Kontynuacja i zmiana”, Warszawa 2016). Myślał, jak wykorzystać je jako przeciwwagę w swojej polityce wobec ZSRR. Stąd kalkulacje USA by nie „skrzywdzić” Niemiec przez utratę terytorium na rzecz Francji i Polski. Znana jest kąśliwa dla nas uwaga Churchilla, iż „polska gęś padnie z niestrawności”, że Polska nie potrafi zagospodarować tych ziem. Minister Ziem Odzyskanych w rządzie Edwarda Osóbki-Morawskiego Władysław Gomułka (1945-1948), swoją wielką energią i zaangażowaniem nie dał żadnych podstaw do spełnienia się „wizji” brytyjskiego premiera.
Odrzucenie projektu neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., a ponowił w 1946 r., miało daleko idące następstwa. Zastanówmy się, jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby nie było NRF, utworzonej przez Zachód oraz NRD powstałej jako „polityczna odpowiedź” ZSRR, a tylko neutralne Niemcy? Czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r. oraz Układ Warszawski, utworzony 6 lat później na skutek włączenia NRF do NATO?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak pisze: „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania – gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości. Pozostawiam to bez komentarza. Dalej do tego dodaje Kissinger komentarz: „Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam – kto tę fantazję rozgłaszał? (książka „Dyplomacja” w Polsce pojawiła się w 1996 r.). Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie.

Warto w tym miejscu zapytać o polityczno-militarne następstwa tych postanowień dla Polski. Najkrócej można odpowiedzieć tak- traktat poczdamski z tej granicy czynił „kartę jątrzenia” między narodami polskim i niemieckim, co liczne ziomkostwa wykorzystywały w oddziaływaniu na świadomość młodych Niemców. Sędziwi Polacy może pamiętają nazwiska – Herbert Hupka i Czaja. Wyraźnie widać to w podręcznikach historii z tamtych lat. Zachodni politycy nie dostrzegali „otwartości” tej sprawy, lekceważyli jej wagę dla Polski i nie chcieli jej ostatecznego uregulowania. Można zapytać – co oznaczała dla Polski „żelazna kurtyna”, którą już w marcu 1946 r. w Fulton „zaciągnął” nam właśnie Churchill, przecież nie Stalin! To Churchill rok wcześniej, tj. w 1945 r. mówił na Konferencji w Poczdamie, że nie należy „napychać polskiej gęsi”. Zapytam, czyje interesy tak obrazowo wyrażał – kto wyraźnie powie, że Polski? Nie miał za co być wdzięczny? Zapomniał słów adresowanych polskim lotnikom za bohaterstwo pod angielskim niebem. Zapomniał upomnieć się o udział naszych żołnierzy na paradzie zwycięstwa w Londynie (gorycz i żal chował do końca życia nie tylko gen. K. Sosnkowski – mówił jego syn do gen. W. Jaruzelskiemu podczas rozmowy, po której przesłał wzruszający list).

Anglia za te lata odebrała zapłatę w złocie od Polski zniszczonej wojną. Nie miała wobec nas „żadnych zobowiązań” – nawet wstydu i pokory, tylko „własne interesy”?!

Ośmieszyłbym się, oczekując od Anglika „terytorialnej wdzięczności”. Czy nie warto – z dystansu czasu – zastanowić się jaki kształt terytorialny miałaby ta „polska gęś” bez Ziem Odzyskanych, danych – powtórzę – w czasowy zarząd administracyjny? Jak długo ten „zarząd” mogliśmy sprawować – nikt nie określił. To przecież Stalin stał twardo na stanowisku, żeby te Ziemie były politycznie, terytorialnie i administracyjnie nam przynależne. Wielu gotowych krzyknąć – Stalin przecież miał tu swój cel, interes, dlatego tak postąpił. Oczywiście, że miał! Profesor Andrzej Romanowski pisze: „Pamiętając o roku 1918, powinniśmy też pamiętać o czasach wcześniejszych i późniejszych: o wszystkich obozach politycznych i wszystkich polskich „półwolnościach”. Zasługą państwa powojennego jest jego kształt terytorialny. Stalin, walcząc w Poczdamie o ten kształt, walczył o polskich komunistów, z wyraźną przy tym intencją, by jedynym gwarantem polskiej integralności była Moskwa. I, by miedzy Polską a Niemcami wykopać na zawsze przepaść. A jednak ten kształt terytorialny, uparcie broniony przez władze PRL, przetrwał przemiany ustrojowe, a polsko-niemiecka przepaść została zasypana”.

Wielu dzisiejszych „poprawnie politycznych” historyków, dowodziłoby uzależnienia Polski od ZSRR. Nie wiem, czy wywody rozpoczęliby od inicjatywy Stalina o granicy na Odrze. A jaki cel, interes mieli Truman i Churchill, że nie chcieli nam tych Ziem dać? Przecież nie „dawali” nawet piędzi swego, tj. amerykańskiego czy angielskiego terenu. Czy swoją decyzją nie „wpychali” nas w „objęcia” Moskwy? Czy w ten sposób nie pomagali Stalinowi uczynić nas „zakładnikami Kremla”? Można dywagować, czy skutków swojej decyzji byli świadomi. Mając nieco rozeznania w powojennej historii Polski i Europy – z dozą pewności twierdzę, że o takim „drobiazgu” nie myśleli.

A gdyby Stalin zgodził się z Trumanem i Churchillem (był jeden przeciw dwóm!) – powtarzam pytanie o kształt terytorialny Polski – czy z zachodnią granicą 1937 r. i bez Kresów Wschodnich. Wniosek: Polska kształtem terytorialnym zbliżona do Królestwa Polskiego. Niektórzy uważają, że Truman z Churchillem „wymusiliby” oddanie Kresów Wschodnich! Pytam – kiedy mieliby to uczynić, jeśli nie zrobili tego w Poczdamie? Ani wcześniej, w 1941 r. gdy Stalin miał „nóż na gardle” – pisałem wyżej! – odsyłam do literatury.

Churchill spotkał się 25 kwietnia 1944 r. ze Zbigniewem Berezowskim i gen. Stanisławem. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania linii Curzona. Gdy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do swej relacji z tej rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Wobec tego pytam- jak chcą i myślą niektórzy – nienawiść do Stalina i ZSRR za Kresy Wschodnie, jest tą „właściwą i słodką zapłatą”?

Traktat poczdamski czynił Polskę swoistym zakładnikiem ZSRR. Był on tej granicy politycznym i militarnym gwarantem, poprzez Układ Warszawski. Z taką intencją w 1959 r. władze gościły w Szczecinie Nikitę Chruszczowa, który został jego honorowym obywatelem („po cichu” liczono, że „gdyby co”, to Chruszczow, jako „taki obywatel”, nie oddałby tego miasta, wiem od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który wówczas był dowódcą 12. Dywizji). Prawie 30 lat później (1988 r.) gościem był Michaił Gorbaczow. Gdy na początku lat 80. doszło u nas do znanych perturbacji wewnętrznych, kierownictwo radzieckie często pytało polskie władze – „kto wam zagwarantuje zachodnią granicę” (chęci jej korekty wtedy sygnalizował Erich Honecker) – kto chce to pamiętać? (pisałem w poprzednich tekstach).Tu logikę myślenia zastępuje wytrych – „komunistyczna propaganda”.

Także jest wielce znamienne, iż nie udało się zaprosić prezydenta RFN Richarda Weizsaeckera do Szczecina w 1989 roku, na obchody 50. rocznicy najazdu hitlerowskiego na Polskę – sprzeciwił się temu rząd niemiecki i Kanclerz Helmut Kohl. Politycy niemieccy przez wiele lat używali określeń: Niemcy Zachodnie (NRF), Niemcy Środkowe (NRD), Niemcy Wschodnie (polskie Ziemie Odzyskane).

Znamienne, iż żaden zachodni polityk nie gościł na tych terenach przez 45 lat Polski Ludowej. Jedynie gen. Charles de Gaulle w 1967 złożył wizytę w Gdańsku (Polacy pamiętali Francuzom, że nie będą umierać za Gdańsk w 1939 r.). W Zabrzu (10 km. na zachód od granicy Polski z III Rzeszą, wypowiedział pamiętne słowa: „Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie ze śląskich miast, a zatem najbardziej polskie z polskich miast”. U nas zostały odczytane jako czytelne opowiedzenie się za granicą na Odrze i Nysie.

Na tych terenach nie było żadnej zachodniej placówki dyplomatycznej, poza jedną – austriacką, ale w filmie „Konsul”, którą reżyser umieścił we Wrocławiu, a główne role jakże sugestywnie zagrali Maria Pakulnis i Piotr Fronczewski.

Pamiętajmy, iż konferencja poczdamska dla Polski, za sprawą Stalina, przyniosła granicę na Odrze i Nysie, przez zwycięski Zachód nie akceptowaną, poza Francją. A ponadto, Ziemie Odzyskane właśnie Zachód, ustami Churchilla – powtórzę, „by nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności” – za aprobatą Stalina dał nam w „administrowanie czasowe”.

„Nie dba o skomunizowane”

Wiosną 1944, ambasador USA w Moskwie Averell Harriman oświadczył, że prezydent „nie dba o to, czy kraje sąsiadujące z Rosją zostaną skomunizowane”. Po upadku Powstania Warszawskiego, prezydent wysłał list do Stalina: „Mam nadzieję, że nie muszę zapewniać Pana, iż Stany Zjednoczone nigdy nie poprą żadnego, tymczasowego rządu w Polsce, sprzecznego z Pana interesami”. Proszę – przeczytajcie Państwo nie jeden, a trzy razy te zdania – z głębokim namysłem, oczywiście. Ci spośród „znawców”, historyków i polityków, którzy tak ochoczo od lat plują na „komunę”, niech zostawią sobie nieco śliny, by mieli co przełknąć, gdy zrozumieją praktyczny sens wypowiedzi. Jak się Państwu to podoba, nawet po latach? Proszę przypomnieć sobie rozmowę Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem (pisałem wyżej, w tekście „Mąż Stanu”). Przecież to, co cytuję, to mikroskopijny fragmencik z bogatych archiwów dyplomatycznych. W kontekście cytowanych wyżej oświadczeń – proszę zastanowić się – przeciwko komu i o co walczyli „wyklęci”. Czy aby nie przeciw woli USA i Anglii, do tego – powtórzę – okłamywani przez mentorów z Londynu. W imię jakiej i czyjej „prawdy” zabijali dzieci, kobiety i starców, palili żywych ludzi w domach. Od kilku lat, bez cienia pokory i wstydu – nawet wobec Boga – i pamiętających ten okres ludzi, mordercy są na ołtarzach, „ubohaterowiani” i „upatriotyczniani”. Prokurator IPN ocenia: „Należy stanowczo stwierdzić, że zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa” – cytuje K. Wasilewski („Przegląd” nr 9 z 2018). Zachęcam Państwa – zafundujcie sobie na Nowy Rok książki z Przeglądu, np. „Ogień”, czy „Zemsta zza grobu Stanisława Pytla”. Naprawdę warto!

Sugeruję taką łamigłówkę. Proszę sobie wyobrazić, że zrządzeniem losu (nie ważne jak!), pod ciosami „wyklętych”, może wspartych przez część młodych żołnierzy, dezerterów z Wojska – upada „rząd lubelski” Edwarda Osóbki-Morawskiego. Dajmy dla przykładu wiosną 1947 r. (jeszcze przed akcją „Wisła”, opluwaną w III RP). Co wtedy? Z konieczności wkracza Armia Radziecka, by wesprzeć wierne „upadłemu” rządowi Wojsko i resztki „komunistów”. Że „porządek” zostanie krwawo zaprowadzony – macie Państwo wątpliwości? Może myślicie, że USA z Wielką Brytanią przyślą nad Wisłę rząd londyński, oczywiście nie pytając o zdanie Stalina. A jeśli nie – pomyślcie, jaka będzie reakcja zachodnich sojuszników Stalina na jego sposoby dalszego „skomunizowania” Polski.

Czy byłby możliwy, kiedy, w jakim kształcie Październik ’56. Czy wcześniej doszłoby do wydarzeń na Węgrzech, też w 1956 r. Jeśli ktoś z Państwa uważa – „po co takie myślenie” – odpowiadam: by nikt „lepiej wiedzący” nie wciskał „historycznego kitu”, w ten sposób nie próbował opluwać życiorysów Państwa i ich rodziców! Tak, naszych życiorysów! A naszą młodzież nie czynił „karłowatą historycznie”, wrogo nastawioną od wschodnich sąsiadów. „Za dużo w Polsce jest zatrutej gleby, za dużo zatrutych do szczętu mózgów, serc i wątrób. To wymagać będzie dziesiątków lat odtrutki od cholery psychologicznego metadonu, długotrwałych egzorcyzmów”, ocenia prof. Jan Hartman, z UJ. K. Lubczyński dodaje: „Historia ostatnich 20 lat pokazuje, że kołtuństwo rośnie u nas na glebie warstw średnich. Motłoch woli rydzykoidów, ma przewagę” („DT”, 1 października 2018 r.). Nie tylko przeszłość, czas dzisiejszy też wyraźnie uczy, by przyjaciół i zrozumienia szukać także wśród najbliższych – wszystkich sąsiadów. By na pozbawionej logiki interpretacji przeszłości, nie dzielić Polaków, nie skłócać, nie oczerniać pokolenia „ze spalonych miast i wsi”. By przyszłość budować na fundamencie pokoju- wartości najcenniejszej dla każdego Polaka, pod każdą postacią i w każdym okresie Historii. Troska o pokój powinna być miarą patriotyzmu.

„Droga” Władysława Gomułki do traktatu z 1970 r.

Profesor Andrzej Werblan pisze („Polska-Niemcy. Układ grudniowy 1970”, Wyd. MAG, Warszawa 2006 r.), iż Władysław Gomułka „w rozmowach z przywódcami ZSRR i na spotkaniach UW (Układ Warszawski – moje GZ) niezmiennie – do 1967 r. – obstawał przy trzech postulatach w kwestii niemieckiej: uznania przez RFN istniejących granic, suwerenności NRD i wyrzeczenia się broni jądrowej. Postulat drugi oznaczał faktycznie stawkę na podział Niemiec. Gomułka zdawał się sądzić, że Niemcy podzielone, nie będą zdolne realnie kwestionować polskiej granicy, ponadto, priorytetowy w tych warunkach dla RFN cel zjednoczenia odsunie na plan dalszy inne rewindykacje”. Decyzje o podziale Niemiec były od początku traktowane jako krzywdzące dla narodu niemieckiego. W tym względzie zgodność polityków po obu stronach „granicy niemieckiej” była ewidentna. Traktat zgorzelecki takie głosy w NRD wyciszył. Rząd boński preferował najpierw zjednoczenie Niemiec na warunkach uznanych przez niego, co oznaczało wchłonięcie NRD. Taką opcję do pewnego czasu za możliwą widział i gen. Charles de Gaulle, gdyż mieściła się w jego koncepcji „Europy od Atlantyku po Ural”. Umiarkowane poparcie tej koncepcji zyskał w Polsce (1967 r.), ale spotkał się ze stanowczym sprzeciwem odnośnie Niemiec.

Polska w istnieniu NRD widziała też istotny czynnik swego bezpieczeństwa. Dał temu wyraz Władysław Gomułka na spotkaniu z dziennikarzami, tłumacząc powody interwencji w Czechosłowacji (sierpień 1968 r.), m.in. mówiąc: „My musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, (…) nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych, czy jeszcze nie zlikwidowano NRD”. Choć tę interwencję potępiły polskie władze po 1989 r., kierując się innymi względami, jednakże racji rozumowaniu I Sekretarza KC PZPR w sytuacji jaka panowała w Europie nie można odmówić. Spotkałem też opinię, iż ta interwencja, przeprowadzona w zaskakujący sposób, przekonała na Zachodzie trzeźwo myślących polityków do rewizji myślenia o dalszej polityce wschodniej.

W Polsce, Niemczech i Europie w latach 1965-1966 uwagę skupiał list biskupów. Powszechnie wiadomo, iż Władysław Gomułka zareagował na ten list nerwowo, dopatrując się w nim sprzeczności ze swoją linią postępowania i „wejścia biskupów” na grunt polityki, zastrzeżonej dla władzy. Profesor Andrzej Werblan pamięta rozmowę z Władysławem Gomułką, który mówił: „Kościołowi chodziło tylko o diecezje, a nam chodziło o granice. Oni po prostu postawili swój interes ponad interes państwa”(Modzelewski Werblan, „Polska Ludowa”. Wyd. Iskry 2017 r.). Tak to przedstawiała ówczesna propaganda, iż biskupi chcą oddać Ziemie Zachodnie. Jednak Władysław Gomułka odcinał się od takiego tonu i oceny. Na zebraniu FJN mówił, iż „prasa zarzuca, że biskupi nie stoją na gruncie państwowym, nie bronią granicy zachodniej. To jest niesłuszne. Biskupi są Polakami, a wszyscy Polacy, biskupi też, stoją na gruncie granicy. Owszem, biskupi tym co robią, szkodzą tej sprawie, ale nie dla tego, że chcą szkodzić”. Po latach patrzenie na to orędzie uległo diametralnej zmianie.

Na drodze do „traktatu granicznego”, ważnym krokiem okazał się głos Willy’ego Brandta na zjeździe socjaldemokratów w Norymberdze (marzec 1968). Mówi on o „możliwości uznania linii Odry-Nysy”. Gomułka zajęty wewnętrzną „sprawą żydowską”, wystąpieniami studentów i oskarżeniami niektórych członków z kierownictwa państwa, np. Mariana Spychalskiego o sprzyjanie Żydom, co później okazało się fikcją, nie odpowiada na słowa Brandta, ale „ziarno zostało posiane”. Rumunia w 1967 r. nawiązuje stosunki dyplomatyczne z Bonn. Rozmowy z radzieckimi przywódcami pozwalają Gomułce wnioskować, iż podjęcie kroków bezpośrednio z RFN nie napotka na sprzeciw. Jest zdania, że Polska może i powinna sama uregulować problem granicy, bez wielostronnego porozumienia, za którym dotąd opowiadała się Moskwa. Poleca więc naszej dyplomacji podjąć aktywne kroki. Sam na temat stosunków polsko-niemieckich obszernie mówi 19 maja 1969 r. na przedwyborczym spotkaniu w Warszawie. Warto tu przypomnieć takie myśli: „Głównym probierzem polityki NRF był, jest i będzie stosunek rządu zachodnioniemieckiego do uznania istniejących granic w Europie, w tym granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, jako ostatecznych oraz do uznania faktu istnienia Niemieckiej Republiki Demokratycznej jako suwerennego i równoprawnego państwa niemieckiego. (…) Jeżeli jednak rząd NRF utrzymuje, że zawarcie takiego układu z Polską przed zawarciem traktatu pokojowego z Niemcami byłoby niezgodne z układami poczdamskimi, wypada nam zaproponować mu, aby zwrócił się do rządów Związku Radzieckiego, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych z zapytaniem czy NRF: ma suwerenne prawa do zawarcia układu z Polską, w którym istniejąca granica na Odrze i Nysie zostanie uznana za ostateczną? Każda odpowiedź będzie pouczająca dla całej Europy”. Łatwo zauważyć, iż I Sekretarz KC PZPR jasno stawia na dwustronne podejście do sprawy granicy, czym wspiera stanowisko Brandta. Jego przeciwnikom, także w niemieckich władzach daje ciekawą radę, będąc pewnym, że dawna Wielka Trójka nie zakwestionuje Poczdamu. Niejako w ten sposób „zmuszał” ją do poparcia polskiej opcji.

We wrześniu 1969 r. wybory wygrywa koalicja z SPD, a Willy Brandt obejmuje urząd kanclerza. Służy to intensyfikacji kontaktów dyplomatycznych i indywidualnych, np. redaktora naczelnego „Polityki” czy dziennikarza Ryszarda Wojny, dość szeroko opisanych w dokumentach, wspomnieniach oraz znanych z wielu różnych publikacji. Powiem więc skrótowo, iż merytoryczne prace nad tekstem traktatu postępują w Bonn i Warszawie, a ich wersje są uzgadniane i korygowane ku zadowoleniu obu stron, choć nie cichną głosy sceptyków, wręcz przeciwników takiego rozwiązania.

Kluczowy jest artykuł I „Układu”, liczącego ich zaledwie pięć, a jego treść brzmi tak:

„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa i Republika Federalna Niemiec zgodnie stwierdzają, że istniejąca linia graniczna, której przebieg ustalony został w rozdziale IX uchwał Konferencji Poczdamskiej z dnia 2 sierpnia 1945 roku od Morza Bałtyckiego bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i stąd wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy z Czechosłowacją, stanowi zachodnią granicę państwową Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

2. Potwierdzają one nienaruszalność ich istniejących granic, teraz i w przyszłości, i zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich integralności terytorialnej.

3. Oświadczają one, że nie mają żadnych roszczeń terytorialnych wobec siebie i nie będą takich roszczeń wysuwać także w przyszłości”.
7 grudnia 1970 r. nastąpił finał prac nad „Układem o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków”.

Wizyta Willy’ego Brandta w Warszawie

Willy Brandt przybył do Warszawy w niedzielę, 6 grudnia specjalnym samolotem o godz. 17.35, z liczną grupą polityków, przedstawicieli: związków zawodowych i organizacji młodzieżowych, gospodarki, kultury i prasy. Innym samolotem – pół godziny wcześniej – przybył wicekanclerz Walter Scheel, szef MSZ. Gości na Okęciu powitał premier Józef Cyrankiewicz i szef MSZ Stefan Jędrychowski. Podczas kolacji w gmachu Urzędu Rady Ministrów, Kanclerz osobiście poznał Władysława Gomułkę, który wyznał, że „układ z Niemcami jest zwieńczeniem jego życia”. W poniedziałek 7 grudnia, Kanclerz o godz. 10.15 złożył wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza, a 15 min. później – po złożeniu wieńca (poprawił szarfę) i uklęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta. Gest ten wywołał falę krytyki niemieckich przeciwników – im tłumaczył tak: „Nad otchłanią historii, pod ciężarem milionów zamordowanych, uczyniłem to, co robią ludzie, kiedy brakuje słów”. Żonie mówił – „przecież coś trzeba było zrobić”. Krótko przed śmiercią w 1992 r. powiedział: „Nic nie rodzi się samo z siebie. I tak niewiele jest trwałe. Dlatego uświadomcie sobie własne siły oraz to, że każdy czas ma swoje własne odpowiedzi i trzeba stanąć na ich wysokości, jeśli chce się zrobić coś dobrego”.

Tu jakże refleksyjne wspomnienie: „Od dziecka mieszkałam na Muranowie, przy ul. Józefa Lewartowskiego. Z okna naszego mieszkania widać było Pomnik Bohaterów Getta. Pamiętam – jako uczennica szkoły średniej swoiste poruszenie mieszkańców, komentarze Rodziców i sąsiadów po złożeniu wieńca przez Kanclerza pod Pomnikiem. To wywołało wspomnienia z okresu okupacji, o Powstaniu Żydów w Getcie, ich wywózkach (później dowiedziałam się, że do Treblinki), udzielanej im pomocy. Moja Matka była sanitariuszką w Oddziale AK podczas Powstania, wspominała gehennę mieszkańców, późniejsze losy naszej rodziny, przyjaciół. Przyznam, iż wtedy„ludzki gest Niemca” – jak mówiono – zapadł w pamięci. Przyjęty był z szacunkiem i chyba odrobiną ludzkiej życzliwości nie tyle do Niemców (do tego było jeszcze daleko), ile do samego Kanclerza. Ale sprawa Układu i zachodniej granicy omawiana przez nauczycieli na lekcjach historii, hasła – „Nie ma problemu granicy, jest problem pokoju” czy „Odra granicą pokoju”, niezbyt mnie zajmowały. Zrozumienie ich sensu i wagi dla Ojczyzny, dla Polaków – przyszło dopiero później. Gdy zdarza mi się odwiedzać >stare kąty<, znane mi z dzieciństwa, w zadumie staję przed tym Pomnikiem, przypomina mi gest Kanclerza. Idę nieco dalej, do zbiegu ulic Lewartowskiego i Karmelickiej, gdzie od 2000 r. (w 30. rocznicę podpisania Układu) jest skwer i pomnik Willy’ego Brandta, skłania mnie do refleksji. Mam wrażenie, iż od tego czasu zaczęłam inaczej patrzeć na Niemców, ale to wyznanie osobiste” (maszynopis H. Kanieskiej, na 60. rocznicę Polskiego Października ’56).

O godz. 11 w Sali Kolumnowej Pałacu Rady Ministrów, Układ podpisali, ze strony niemieckiej: Willy Brandt i Walter Scheel, ze strony polskiej – Józef Cyrankiewicz i Stefan Jędrychowski. Podczas śniadania, premier wzniósł toast, m.in. mówiąc: „Przyświecało nam pragnienie, by – o ile to tylko jest w naszej mocy – przerwać wreszcie tragiczny łańcuch wojen, nieszczęść i krzywd, które znaczyły dotąd dzieje stosunków polsko-niemieckich”. Następnie Władysław Gomułka przyjął Kanclerza w gmachu KC, który pozostawił wrażenie „mądrego, rozważnego polityka”, jak pisała ówczesna prasa. Premier rządu wydał obiad w Wilanowie. We wtorek, 8 grudnia, Kanclerz spotkał się z dziennikarzami w centrum prasowym. Serdecznie pożegnany przez kierownictwo Państwa, Partii i warszawiaków, o godz. 15.45 odleciał do Bonn.

Z okazji 20. rocznicy Traktatu, Kanclerza z Małżonką gościł ówczesny Prezydent RP, gen. Wojciech Jaruzelski z Małżonką. Wizyta była uhonorowaniem wkładu i zaczynem nowej karty historii Polski i zjednoczonych już Niemiec, co nastąpiło prawie 3 miesiące wcześniej, 12 września 1990 r. w Moskwie. Czas pokazał słuszność i rozwagę działań wielu polityków polskich i niemieckich. Jest kolejną lekcją dla nas samych i naszego, młodego pokolenia.