Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.

Kres szybkich wzrostów

W minionym roku branża leasingowa ustanowiła rekord, który się nie powtórzy.

Firmy leasingowe sfinansowały w 2018 r. dobra trwałe o wartości 82,6 mld zł, czyli aż o 21,8 proc. większej niż rok wcześniej. Ten rynek systematycznie rośnie od dziewięciu lat, w tym od sześciu lat rozwija się w tempie dwucyfrowym.
Wszystko wskazuje na to, że 2019 będzie dziesiątym rokiem wzrostów – choć zakończy się już tylko z jednocyfrową dynamiką.
Głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski będzie w tym roku popyt krajowy, korzystający z dobrej sytuacji na rynku pracy.
Przy bardzo niskiej stopie bezrobocia (3,5 proc. na koniec 2018 wg badania aktywności ekonomicznej ludności, dobrych nastrojach konsumenckich oraz utrzymującym się wzroście wynagrodzeń w firmach, wydatki konsumentów będą głównym motorem wzrostu.
Warto jednak podkreślić, że za sprawą coraz większych problemów firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, wyhamuje wzrost zatrudnienia w gospodarce. Z drugiej strony dynamikę konsumpcji prywatnej podbiją szacowane na ok. 20 mld PLN dodatkowe transfery socjalne w drugiej połowie roku.
Polska gospodarka będzie się również rozwijała za sprawą utrzymania aktywności sektora przemysłowego. Zapowiada to wzrost nowych zamówień w przemyśle, głównie jednak z rynku krajowego. Dane GUS pokazały średni wzrost łącznych zamówień w przemyśle o 11 proc. rok do roku, w IV kwartale 2018 r. . W rezultacie, produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu 2019 o 6,1 proc. r/r, po wzroście o 3,1 proc. r/r w poprzednim miesiącu. Dynamika rynku leasingu będzie w 2019 r. niższa niż wynikałoby to z trendów w polskiej gospodarce. Przyczynią się do tego nowe regulacje podatkowe. Od 1 stycznia ustawodawca wprowadził dla leasingu aut osobowych górne limity rat leasingowych, które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Obniży to wzrost wartości sfinansowanych pojazdów w 2019 r., a one stanowią największy segment rynku leasingowego w Polsce.

Najlepszy rząd we Wszechświecie

Premier Morawiecki nie zdaje sobie sprawy z tego co mówi, ale czy w związku z tym naprawdę nie należy mieć o to do niego pretensji?

Ponad trzy lata rządów Prawa i Sprawiedliwości jest przez premiera Mateusza Morawieckiego przedstawiane w samych superlatywach. A każdy sukces, nawet ten, którego nie było, jak i ten, który nie wynika z jego działania, okazuje się być właśnie jego własnym dziełem – i jego rządu.
Niestety, premier albo nie wie co mówi, albo wie, ale pomimo tego decyduje się mówić nieprawdę, którą okrasza magicznymi pojęciami i zaklęciami. A to wymaga stanowczego sprzeciwu i obywatelskiego działania.

Państwo to ja

Przede wszystkim, premier Morawiecki przypisuje sobie zasługi „usprawnienia instytucji państwa”, czego dowodzić ma wzrost ściągalności podatków. Choć nie przedstawia na to żadnych obliczeń, to z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (luty 2019) wynika, że za wzrost dochodów w budżecie państwa w ostatnich latach w około 50 proc. odpowiada poprawa światowej koniunktury. Warto również pamiętać, że identyczny rozmiar dochodów z podatku VAT w relacji do polskiego PKB, a więc na poziomie 7,8 proc., był już w 2011 roku.
Premier Morawiecki przypisuje więc sobie zasługi w znacznej części z przypadkowego zjawiska, nie wspominając także o projektach zmierzających do poprawienia ściągalności podatku VAT, przygotowanych i wprowadzonych jeszcze za poprzedniej koalicji.
Jednym z kluczowych, niezrozumiałych, używanych przez Mateusza Morawieckiego haseł-zaklęć jest „reindustralizacja”, która rzekomo „postępuje jak nigdy dotąd”. Owa reindustralizacja, cokolwiek oznacza, ma być odpowiedzią na „czyhające na Polskę pułapki”, przedstawione w tzw. Planie Odpowiedzialnego Rozwoju.
Premier ani nie tłumaczy, co ma na myśli, ani nie przedstawia żadnych konkretnych dowodów na reindustrializację „postępującą jak nigdy dotąd”. Natomiast z danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że w latach 1989-2015 (czyli przed rządami PiS) produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o około 250 proc.
Na czym zatem ma polegać to hasło? Co PiS chce „reindustralizować”? Jak to odnosi się do kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką?

Umie się chwalić

Choć premier Morawiecki chwali się, że zwiększył udział wydatków publicznych na badania i rozwój, to w krajach, które stawia za wzór, jak np. Szwecja, łączny poziom wydatków na badania i rozwój jest wciąż ponad 3 razy wyższy niż u nas, z czego około 70 proc. wydatków jest wykonywanych przez sektor przedsiębiorstw – o czym premier szczególnie powinien pamiętać, jeżeli chce pompować pieniądze przez państwowe molochy i nacjonalizować kolejne przedsiębiorstwa.
„Znakiem firmowym” Mateusza Morawieckiego ma być prowadzenie rozwoju „solidarnego i terytorialnie zrównoważonego”, opierającego się na wyrównywaniu szans. Program 500+ ma być według niego sposobem na „zniwelowanie pułapki demograficznej”, a także „impulsem antycyklicznym”, czyli odpowiedzią na prognozowany spadek koniunktury.
Program 500+ zdaje się więc być reakcją na wszystkie problemy polskiej gospodarki. I choć zgodnie z przewidywaniami ekonomistów nie zwiększył on poziomu dzietności, to premier Morawiecki zdaje się tym nie przejmować i uparcie twierdzi, że im więcej rozdawnictwa, tym mniej problemów. Jak w Grecji.
Kolejnym sukcesem, którym chwali się premier, jest „wyjście z naszymi produktami na zewnątrz”. Ale co to w ogóle znaczy? Czy to Mateusz Morawiecki otworzył Polskę na świat? Wartość polskiego eksportu od lat 90. wręcz eksplodowała i mimo bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego wzrosła z około 20 do 50 proc wartości naszego produktu krajowego brutto. Mateusz Morawiecki nie ma z tym nic wspólnego.
Z jego logiki wynika, że tzw. piątka Kaczyńskiego, a więc kolejne miliardowe wydatki socjalne, ma być sposobem na upodobnienie Polski do krajów Zachodu, w tym krajów skandynawskich. Z tego wynika, że premier nie ma pojęcia o tym, co w rzeczywistości było przyczyną sukcesów gospodarczych krajów skandynawskich.
Dla przykładu Szwecja, która w 1800 roku była jednym z najbiedniejszych krajów w Europie, zawdzięcza swój dzisiejszy sukces funkcjonującym w niej od lat instytucjom wolnorynkowym. I choć wciąż utrzymuje się wysoko w międzynarodowych rankingach dotyczących wolności gospodarczej, to dzieje się to pomimo, a nie dzięki wysokiemu obciążeniu podatkowemu. Jeśli ktoś wierzy, że redystrybucja i podatki mogą być siłą napędową gospodarki, to równie dobrze może wierzyć, że samochód pojedzie bez silnika.

Bariera rozwojowa czyli PiS

A jak Mateusz Morawiecki tłumaczy rekordowy spadek w inwestycjach publicznych? To dosyć proste, bo według niego inwestycje muszą być dobrze przygotowane – a PiS ciągle pracuje nad likwidacją barier rozwojowych.
W rzeczywistości inwestycje prywatne, będące długookresową siłą napędową każdej gospodarki, spadły do najniższego od 20 lat poziomu wraz z objęciem władzy przez PiS. Gdy połączymy ten fakt z logiką premiera Morawieckiego, okaże się, że największą „barierą rozwojową” jest dojście do władzy PiS, który trzeba usunąć, aby wyzwolić polskie inwestycje. Zdaniem Mateusza Morawieckiego do jego osiągnięć należy też obniżenie współczynnika Giniego, zatrzymanie „błędnego koła nierówności” i spadek poziomu emigracji z Polski. , wprowadzenie „zupełnie nowej jakości polityki rozwojowej” oraz „rozkręcenie wielu rzeczy”. Premier nie zgadza się też z podejściem, które polega na tym, że najpierw trzeba zarobić, żeby potem wydać. A jeśli chodzi o zakaz handlu w niedziele, który zgodnie z przewidywaniami ekonomistów przyniósł odwrotne skutki do zamierzonych, to premier Morawiecki tylko „zastanowi się, co dalej z tym zrobić”.
Obraz naszego państwa, który wyłania się z licznych wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, jest zatrważający. Według niego, każda władza od czasów transformacji była kimś w rodzaju „obcego”, który celowo szkodził Polsce. Zgodnie z tą logiką, przyszłość Polski ma się opierać przede wszystkim na zwiększaniu udziału polityków w gospodarce i ograniczaniu roli mediów prywatnych.
Nowa „piątka Kaczyńskiego” nie ma już nic wspólnego z „piątką Morawieckiego”, która nie została zrealizowana i jest stale modyfikowana w zależności od potrzeb konkretnego wywiadu. I choć szef rządu nie dostrzega kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką, takich jak niska stopa inwestycji czy starzenie się polskiego społeczeństwa, to swoimi działaniami przyczynia się do tego, że Polska jest coraz gorzej na te wyzwania przygotowana, chociażby poprzez obniżanie wieku emerytalnego lub akceptowanie niszczenia trójpodziału władzy.

Czy obietnice PiS powiększą nasz dług?

Najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do naszego produktu krajowego brutto spadnie poniżej 45 proc. w przyszłym roku.

Będzie to o niemal 9 punktów procentowych mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich najnowszych prognozach dla Polski przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Nasze dobre lata

Te oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej swego potencjalnego tempa wzrostu (wynoszącego ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do trzeciego kwartału 2018 r.) oraz dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i wpływy do ZUS-u.
Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus.
Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Dług w odwrocie

Znacznie ciekawszym elementem publikacji MFW jest analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Nastąpiła tu zasadnicza poprawa w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku.
Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Będzie to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” uchwalonego przez Radę Ministrów.
W „Wieloletnim Planie…” zadłużenie wobec PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne, gdyż prognozy „WPFP” się nie sprawdzały ze względu na finalnie mniejszy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe oszczędności.
Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne także w raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc.
To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Polska osiągnie nadwyżkę

Przede wszystkim, jak ocenia Cinkciarz.pl w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc.
Z kolei w przypadku wielkości deficytu, jego wartości zostały zrewidowane w dół.
Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek, deficyt w 2019 r. wyniesie 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 proc. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.
Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż się spodziewano wydatkami.
Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur oraz redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

Ostrożnie z obietnicami

Cześć z tych sprzyjających trendów powinna nadal być widoczna w 2019 r. Kolejne lata (po 2020) będą już jednak znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej.
Mała jest też szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.
Kluczowe jest więc teraz utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych – i przyjęcie założenia, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.

Obiecanki, cacanki

PiS da – i nie martwi się konsekwencjami. Rządzący zapowiadają dziś hojne wydatki pieniędzy publicznych, ale ich następcy będą musieli porządnie zaciskać pasa.

PiS zapowiedziało w polityce gospodarczej powtórzenie swoich działań z 2007 roku. Wówczas w szczycie światowej koniunktury rząd PiS uchwalił ustawy, które weszły w życie w trakcie spowolnienia w 2008 i 2009 r., zwiększając deficyt sektora finansów publicznych o 2 proc. PKB i wymuszając na rządzie PO-PSL szukanie oszczędności.
Obecne zapowiedzi również ogłoszono w szczycie koniunktury, ale w pełni wejdą w życie dopiero w kolejnych latach, gdy wedle dostępnych prognoz wzrost gospodarczy będzie wolniejszy i – w konsekwencji – sytuacja finansów publicznych trudniejsza.

Podciągnęła nas strefa euro

Lata 2015-2018 to okres najszybszego od 2007 r. wzrostu naszego największego partnera handlowego – strefy euro, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi polskiej gospodarki.
O ile przez cały okres 2013-2015 gospodarka strefy euro urosła o 3,2 proc., to w latach 2015-2018 wzrost przyspieszył do 6,4 proc. Obecnie zaczyna już być widoczne cykliczne spowolnienie w strefie euro (prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzrost w okresie 2019-2021 to 5,2 proc.).
Szybki wzrost strefy euro wspierał wzrost polskiej gospodarki, która wzrastała w szybkim tempie pomimo negatywnych skutków polityki PiS, najlepiej widocznych w załamaniu stopy inwestycji (po 3 latach rządów PiS jest ona na najniższym poziomie od ponad 20 lat). Wzrost gospodarczy, oparty przede wszystkim o konsumpcję, przyczynił się do szybkiego wzrostu dochodów podatkowych.
W kolejnych latach czeka nas jednak spadek tempa rozwoju, związany nie tylko ze spowolnieniem w strefie euro, ale także ze starzeniem się społeczeństwa (efekt dodatkowo pogłębiony obniżeniem wieku emerytalnego przez PiS).

Kiełbasa wyborcza

Najnowsze zapowiedzi partii rządzącej są dużo gorsze od ustaw uchwalonych przez nią w 2007 roku. Wówczas obniżono podatek od dochodów osób fizycznych i składki na ZUS, co choć zwiększyło deficyt sektora finansów publicznych w 2009 r. o ponad 2 proc. PKB, to jednocześnie obniżyło opodatkowanie pracy i sprzyjało wzrostowi zatrudnienia.
Obecne zapowiedzi w trzech czwartych dotyczą wzrostu wydatków socjalnych (500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to łącznie 25-30 mld zł), a tylko w jednej czwartej zmniejszenia opodatkowania pracy (zwolnienia z PIT dla osób młodych oraz wzrost kosztów uzyskania przychodu – łącznie ok. 10 mld zł).
Poza ogłoszonymi w sobotę obietnicami, rząd PiS już wcześniej uchwalił na 2020 r. wzrost wydatków na zdrowie i armię o 0,27 proc. PKB, czyli ok. 5 ld zł. Razem z najnowszymi zapowiedziami daje to dodatkowe wydatki na poziomie 40-45 mld zł (prawie 2 proc. PKB).

Będzie coraz trudniej

Dobra koniunktura w ciągu ostatnich 3 lat ułatwiła wzrost ściągalności podatków, ukryte podwyżki podatków (brak zmiany progów podatkowych) i oszczędności (mrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym).
O ile jeszcze w tym roku możliwe będzie sfinansowanie wchodzących od połowy roku nowych wydatków bez zwiększenia zaplanowanego deficytu, to w 2020 r. sytuacja będzie już znacznie trudniejsza.
W czasie spowolnienia gospodarczego następny rząd będzie miał o wiele bardziej ograniczone pole manewru. Utrudnione będzie finansowanie nowych wydatków, ograniczona zostanie możliwość przeprowadzenia potrzebnych reform, jak np. reformy podatkowej.

O tych, którzy robią legalnie

Oficjalny wizerunek obcokrajowców pracujących w Polsce nie obejmuje milionów osób, zatrudnionych w szarej strefie.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych opublikował opracowanie dotyczące imigrantów zarobkowych w Polsce (tych, którzy płacą składki). Wynika z niego, że imigranci zarabiają mniej niż obywatele naszego kraju i jest wśród nich niezwykle niskie bezrobocie. Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują zaś pozytywny wpływ imigrantów na polski produkt krajowy brutto.
Według wspomnianego opracowania ZUS („Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych”) w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 r. zgłoszonych do ubezpieczenia rentowego i emerytalnego było 569 tys. pracowników z zagranicy.

Nieco mniej od nas

W porównaniu z rokiem 2014 nastąpił przyrost o ok. 445 tys. osób. Największa zmiana dotyczyła obywateli Ukrainy. W niecałe cztery lata liczba płacących składki zwiększyła się z blisko 50 tys. do 425 tys., czyli ponad ośmiokrotnie.
Większość imigrantów przybywających do Polski to ludzie młodzi. W wieku 19-44 lata jest aż 430 tys. osób, czyli 75 proc. populacji, która przyjechała do naszego kraju. Mają oni przed sobą wiele lat aktywności zawodowej, a jeżeli pozostaną w Polsce, mogą tu zakładać rodziny. Odsetek kobiet, które przyjechały do Polski w wieku 20-24 lata, jest ponad dwukrotnie większy niż w całej populacji.
Według ZUS-u przeciętna miesięczna podstawa wymiaru składek imigrantów zarobkowych na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynosiła w dziewięciu miesiącach 2018 r. – 2,8 tys. zł, a w przypadku ogółu ubezpieczonych – 3,6 tys. zł. Wynagrodzenia mogą więc być o nieco ponad 20 proc. niższe wśród imigrantów niż wśród obywateli Polski.

Nie przyjeżdżają na bezrobocie

Ciekawostką z raportu ZUS może być także liczba bezrobotnych imigrantów. Na koniec września ubiegłego roku było to 1345 osób w porównaniu do niespełna 570 tys. zatrudnionych. Z tego wynika, że stopa bezrobocia wynosi wśród nich ok. 0,24 proc. W Polsce stopa bezrobocia dla osób w wieku 25-49 lata (czyli w takim wieku, jakim jest większość przyjezdnych) według danych Eurostatu wynosiła 3,5 proc. w trzecim kwartale ubiegłego roku.
Silny napływ imigrantów w ostatnich latach ma korzystny wpływ na polską gospodarkę – uważa Cinkciarz.pl. Dla przykładu, według opublikowanego w lutym bieżącego rokiu raportu MFW o Polsce, wzrost zatrudnienia w 2017 r. wyniósł 1,4 proc., ale gdy dodamy do tego napływ osób z Ukrainy (ich jest u nas najwięcej), to liczba pracujących w krajowej gospodarce zwiększyła się o 2,8 proc., czyli dwukrotnie więcej niż z udziałem samych Polaków.

MFW o Ukraińcach

MFW zaznacza, że Ukraińców do Polski przyciągają znacznie wyższe niż nad Dnieprem wynagrodzenia. W parytecie siły nabywczej (czyli porównaniu wynagrodzeń oraz kosztów życia w obu krajach) w Polsce są one trzy razy większe niż na Ukrainie.
MFW podkreśla, że napływ pracowników z zagranicy do Polski wspiera także konsumpcję, mimo że większa część wynagrodzenia jest przesyłana za granicę.
Biorąc pod uwagę dane MFW i Głównego Urzędu Statystycznego, dodatni wpływ migracji na wzrost polskiego PKB w każdym z ostatnich trzech lat można szacować na ok. 0,5 punktu procentowego. Ten trend może się szybko zatrzymać, gdyż najnowsze dane ZUS opublikowane niedawno przez Polską Agencję Prasową pokazują, że na koniec ubiegłego roku doszło do pierwszego spadku (o 20 tys.) liczby Ukraińców odprowadzających składki w Polsce.

Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Kronika 40 lat reform i otwarcia Chin na świat

1978  Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji w Pekinie
Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji, która miała miejsce w grudniu, była symbolicznym rozpoczęciem polityki wewnętrznych reform i otwarcia na świat. Postanowiono wówczas, że od 1979 roku praca całej partii będzie skierowana na budowę socjalistycznej modernizacji. Ponadto wskazano, że zadaniem partii w nowej erze jest budowa Chin jako nowoczesnego, potężnego kraju socjalistycznego.

 

1979 Utworzenie specjalnych stref ekonomicznych
Chiny zdecydowały się stworzyć w Shenzhenie, Zhuhai, Shantou i Xiamenie próbne specjalne strefy. W 1980 roku nazywano „specjalne strefy” oficjalnie „specjalnymi strefami ekonomicznymi”. Na początku reform i otwarcia w sytuacji braku doświadczenia wymiany gospodarczej z zagranicą i niedoskonałości systemu prawa wewnętrznego, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych odegrało zdecydowanie ważną rolę w rozszerzeniu wymiany gospodarczej z zagranicą.

 

1992 Przemówienia Denga Xiaopinga
Na początku 1992 roku w czasie inspekcji w południowych Chinach główny architekt chińskiej polityki reform i otwarcia Deng Xiaoping wygłosił serię przemówień dotyczących reform gospodarczych. W jego przemówieniach powtórzono konieczność i wagę pogłębiania reform oraz przyspieszania rozwoju. Deng podkreślił, że należy kłaść nacisk na rozwój gospodarczy i podtrzymywać zasadniczą politykę partyjną przez kolejne sto lat, aby móc stopniowo tworzyć wspólny dobrobyt, wskazywać drogę dla reform i otwarcia się w nowej erze.

 

2001 Chiny dołączyły do WTO
11 grudnia 2001 roku Chiny oficjalnie przystąpiły do Światowego Organizacji Handlu (WTO), co symbolizuje wkroczenie w nowy etap chińskiej reformy i otwarcia. Po wstąpieniu do WTO Chiny uczestniczyły w pogłębieniu procesu globalizacji gospodarczej i stworzyły wielką szansę rynkową dla świata.

 

 2013 Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz przygotowanie do założenia AIIB
Jesienią 2013 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping przedstawił inicjatywę „ekonomicznego pasa wzdłuż Jedwabnego Szlaku” oraz „morskiego Jedwabnego Szlaku XXI wieku”. W celu pobudzenia koncepcji „Pasa i Szlaku” Xi Jinping zaproponował założenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). 25 grudnia 2015 roku AIIB oficjalnie powstał, a w styczniu 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie. AIIB jest pierwszą wielostronną instytucją finansową z inicjatywą chińską. Obecnie w jego ramach działa 87 państw członkowskich.

 

2013 Powstanie pierwszej chińskiej pilotażowej strefy wolnego handlu
We wrześniu 2013 roku chińska Rada Państwa zatwierdziła powstanie Szanghajskiej Pilotażowej Strefy Wolnego Handlu. Celem tej strefy jest pogłębienie i udoskonalenie systemu zarządzenia inwestycjami, nadzoru handlu i innowacji finansowych. Obecnie Chiny utworzyły już 11 pilotażowych stref wolnego handlu, m.in. w Szanghaju, Guangdong, Tianjin, Fujian i Shaanxi.

 

2017 XIX zjazd KPCh
W październiku 2017 roku odbył się XIX zjazd KPCh w Pekinie. Na zjeździe wypracowano konkretny plan na pogłębienie reform Chin. Postanowiono, że należy nieustannie pobudzać modernizację systemów i zdolności zarządzenia państwem, a także utworzyć kompletne, naukowe, znormalizowane i skuteczne systemy.

 

Pierwsze China International Import Expo w Szanghaju
W listopadzie w 2018 roku w pierwszych China International Import Expo wzięło udział ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Wartość intencyjnych zakupów wynosiła 57,83 mld dolarów. Była to pierwsza na świecie wystawa na szczeblu państwa zorientowana na import. Targi te stanowią ważne przedsięwzięcie Chin dla wsparcia liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki oraz aktywnego otwarcia rynku na świat.