Gospodarka niespecjalnie konkurencyjna

Od 2016 r. została zahamowana tendencja zmierzająca do poprawy produktywności naszego kraju.

Pod koniec ubiegłego roku został opublikowany Globalny Indeks konkurencyjności (The Global Competitiveness Index 2018), w którym Polska gospodarka zajęła 37. miejsce.
Indeks publikowany jest od 2005 r. przez Światowe Forum Ekonomiczne (World Economic Forum), tym razem dla 140 krajów. Dane dotyczące polskiej gospodarki pochodzą z licznych źródeł międzynarodowych ale przede wszystkim z Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego.
Nasza świetna stabilność
Konkurencyjność według Forum to zbiór instytucji, polityk i czynników determinujących poziom produktywności danego kraju.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się 12 filarów tematycznych (tworzących osobne subindeksy) i aż 110 wskaźników (mierników oceny) dotyczących różnych aspektów konkurencyjności gospodarek. Indeks jest średnią ważoną tych wskaźników.
Filary te to: instytucje (10 wskaźników szczegółowych), infrastruktura (8 wskaźników), środowisko makroekonomiczne (5 wskaźników), zdrowie i oświata podstawowa (11 wskaźników), szkolnictwo wyższe i średnie (8 wskaźnikow), efektywność rynku towarów (15 wskaźników), rynku pracy (9 wskaźników), zaawansowanie rynków finansowych (9 wskaźników), inicjatywy technologiczne z zakresu przetwarzania, gromadzenia i przesyłania informacji w formie elektronicznej (8 wskaźników), rozmiary rynku (2 wskaźniki), zaawansowany biznes (9 wskaźników) i innowacje (7 wskaźników).
W tych wielu filarach i wskaźnikach nasza gospodarka i jej segmenty zajmują różne miejsca w rankingu światowym.
Bardzo wysoko oceniana jest polska stabilność ekonomiczna (1. miejsce). Dość dobrze – skala naszego rynku (22) oraz infrastruktura (27). Nisko natomiast oceniane są instytucje (53), technologie informatyczne (68), regulacje rynku pracy (62), system finansowy (55).
W 2009 r. zajmowaliśmy 46. miejsce w indeksie konkurencyjności, pięć lat później już 43. W 2015 r. – 36, postęp był więc wyraźny. Ale od 2016 r. mamy spadek na 37 miejsce.
Ważne zależności
Czołówka rankingu to: USA, Singapur, Niemcy Szwajcaria i Japonia. Wartość indeksu dla USA wynosi 85,6 pkt, dla Niemiec 82,8 pkt a dla Polski: 68,2 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych pod względem konkurencyjności gospodarczej. Warto zauważyć, że Chiny zajmują 28., lepsze niż Polska miejsce w rankingu konkurencyjności.
Trzeba mieć świadomość, że współczynnik korelacji pomiędzy wielkością produktu krajowego brutto na jednego mieszkańca, a poziomem konkurencyjności gospodarczej jest dość wysoki i wynosi 0,82. Współczynnik korelacji pomiędzy jakością instytucji a PKB na mieszkańca wynosi zaś 0,63. Widać wiec wyraźnie, jak ważne są niektóre współzależności w gospodarce.
W Europie liderami pod względem konkurencyjności gospodarczej są Niemcy i Szwajcaria.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej, miejsca przed nami zajmuja: Czechy (29), Estonia (32) i Słowenia (36). Za nami są natomiast: Litwa, Słowacja, Łotwa, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Chorwacja (68).
Indeks i pełny raport można znaleźć pod adresem: www.weforum.org/gcr

Słabe ogniwo Europy

Wskaźniki mówiące o efektywności gospodarczej, zamożności i rozwoju cywilizacyjnym pokazują, że nasz kraj daleko odstaje, nawet nie od czołówki, ale od unijnej średniej.

Polska może nie jest chorym człowiekiem Unii Europejskiej ale na pewno należy do jej słabszych ogniw. Świadczy o tym szereg ważnych wskaźników, podanych przez nasz Główny Urząd Statystyczny oraz Eurostat (unijny urząd statystyczny).
Warto zacząć od demografii. Otóż, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasz kraj nader słabo zasila Unię Europejską w nowych obywateli. Pod względem dzietności, w 2017 r. zajmowaliśmy dopiero 21 miejsce wśród 28 państw Unii. Na jedną kobietę w wieku rozrodczym (czyli w wieku od 15 do 49 lat) w Polsce przypadało średnio niespełna 1,5 dziecka. To poniżej średniej unijnej, wynoszącej około 1,6 – oraz bardzo daleko za pierwszą w tym zestawieniu Francją, gdzie współczynnik dzietności przekracza 1,9.
Skracanie polskiego życia
W Polsce rodzi się mniej dzieci, niż średnio w UE, ale także i żyjemy znacznie krócej. W 2017 r. kobiety w naszym kraju dożywały statystycznie 81,8 lat, zaś mężczyźni tylko 73,9 lat. Przeciętny wiek mieszkańca całej Unii wynosi zaś 83,5 dla kobiet i 78,3 dla mężczyzn.
Załamanie w opiece zdrowotnej, jakie wystąpiło w Polsce w ostatnich dwóch latach w wyniku działań rządu PiS, doprowadziło do tego, że została odwrócona długoletnia tendencja – i średni wiek życia Polaków, zamiast rosnąć, zaczął się skracać. Zapewne więc w tym roku ta niekorzystna różnica między długością życia w Polsce i w całej Unii stanie się jeszcze większa.
Sytuację demograficzną naszego kraju pogarsza bardzo niski przyrost naturalny, który w 2017 r. wynosił równo zero. Nieskuteczny okazuje się program rodzina 500 plus, który miał doprowadzić do wzrostu liczby narodzin. Możemy tylko zazdrościć Irlandii, państwu o najwyższym przyroście naturalnym w UE, który na Zielonej Wyspie wynosi aż 6,6 proc.
Pod względem przyrostu wypadamy słabo, ale jeśli chodzi o zgony, to niestety jesteśmy w unijnej czołówce. W tej smutnej „dziedzinie” Polska przekracza średnią dla całej UE. To także jest wynik drastycznego pogorszenia poziomu opieki medycznej w naszym kraju.
W 2017 r. współczynnik liczby zgonów w Polsce wynosił 10,6 na 1000 mieszkańców. Średnia unijna to 10,3. Najmniejszą liczbę zgonów także ma Irlandia. Tam jest ich zaledwie 6,3 na 1000 mieszkańców. Ta różnica: 6,3 wobec 10,6, pokazuje, jak dramatycznie pogorszył się stan zdrowia mieszkańców Polski w czasie rządów PiS.
Niemowlęta nam umierają
Niestety, w ubiegłym i bieżącym roku nie pojawiły się żadne pozytywne sygnały mogące wskazywać, że śmiertelność w naszym kraju zacznie się zmniejszać. Przeciwnie, tegoroczne kłopoty z brakiem leków w Polsce, brak refundowania wielu specyfików mogących uratować życie oraz coraz gorszy dostęp do pomocy lekarskiej, to sygnały dalszego, nieuchronnego przyrostu liczby zgonów.
Wysoki jest także w naszym kraju współczynnik zgonów niemowląt. To jeden z najważniejszych wskaźników, mówiących o tym, jaki jest rzeczywisty stan opieki medycznej w danym kraju. Kiedyś, jeszcze „za komuny” Polska słusznie szczyciła się tym, że śmiertelność niemowląt jest u nas na poziomie europejskiego minimum. Przykro to pisać, ale ostatnie lata wyraźnie pokazują, że to już przeszłość.
Współczynnik zgonów niemowląt (czyli stosunek liczby zgonów do liczby urodzeń żywych) osiągnął w naszym kraju 4,0, podczas gdy w całej Unii Europejskiej wynosi 3,6. Dystans do unijnej czołówki jest w Polsce porażający. Najmniejszy współczynnik zgonów niemowląt ma Cypr – tylko 1,3.
Nie ma chęci do roboty?
W Polsce żyje się krócej i gorzej niż w większości państw UE, ale także gorzej i słabiej się pracuje (co przyczynia się właśnie do krótszego i gorszego życia). Mamy bowiem niższy od unijnego wskaźnik aktywności zawodowej. W Polsce wynosi on 75 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii to 78,4 proc. Najwyższy poziom aktywności zawodowej, taki o którym w Polsce można tylko pomarzyć, panuje w Szwecji: aż 87,6.
Trudno jednak zwiększać swą aktywność zawodową, jeśli nie podnosi się swoich kwalifikacji, co konieczne w zmieniającym się świecie. Niestety, rząd PiS nie stworzył żadnych mechanizmów skłaniających Polaków do tego, by się intensywniej uczyli. W rezultacie, w ubiegłym roku zaledwie 6 proc. dorosłych rodaków szkoliło się i kształciło. Tu także Polacy są poniżej średniej unijnej wynoszącej 11 proc. Liderami również są Szwedzi, gdzie aż 29 proc. społeczeństwa kształci się i uczestniczy w rozmaitych szkoleniach.
Piętą achillesową naszego kraju jest też niska wydajność pracy. Polityka gospodarcza rządu PiS doprowadziła bowiem do zahamowania procesów inwestycyjnych w Polsce, a to utrudnia podnoszenie wydajności. W zwiazku z tym, syntetyczny wskaźnik wydajności pracy wynosi u nas zaledwie ok. 75, podczas gdy w przodującej pod tym względem Irlandii przekracza 185, a w drugim pod tym względem Luksemburgu osiąga 160.
Marnujemy dobrą koniunkturę
Polska gospodarka jest mało wydajna i pod wieloma względami zacofana między innymi dlatego, że rząd PiS hamuje wzrost nakładów na badania i rozwój. Nakłady te w 2017 r. wynosiły zaledwie 1 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Średnia dla całej Unii to nakłady na badania i rozwój wynoszące około 2 proc. PKB, ale najbardziej rozwinięte państwa unijne wydają znacznie więcej na ten cel. Zajmująca pierwsze miejsce Szwecja przeznacza aż 3,4 proc. swego PKB na badania i rozwój. Słaba wydajność pracy oraz niskie nakłady na cele badawczo-rozwojowe to jedne z istotnych przyczyn tego, że pomimo bardzo dobrej (kończącej się właśnie) międzynarodowej koniunktury gospodarczej, nasz kraj nie był w stanie zlikwidować deficytu i wypracować nadwyżki. Należymy niestety do 15 państw unijnych, które wciąż borykają się z deficytem.
Wszystkie te nasze zapóźnienia gospodarcze sprawiają, że Polacy są po prostu biedni w porównaniu z obywatelami większości państw unijnych. PKB na głowę jednego mieszkańca, liczony według jego siły nabywczej, wynosi u nas zaledwie 75 proc. średniej unijnej – podczas gdy w zajmującym pierwsze miejsce Luksemburgu, aż 250 proc.
Mieszkańcy Luksemburga prowadzą też pod względem bezwzględnej wysokości produktu krajowego brutto na osobę. U nich jest to aż 96,7 tys. euro, podczas gdy w Polsce zaledwie 12,9 tys. euro. Nie trzeba właściwie dodawać, że pod tym względem lądujemy znacznie poniżej unijnej średniej, wynoszącej 30,9 tys. euro. Te liczby dobrze pokazują, jak słaby jest w istocie potencjał ekonomiczny Polski i Polaków.
Coraz więcej nędzy
Jako, że jesteśmy obywatelami jednego z słabiej rozwiniętych cywilizacyjnie i biedniejszych państw UE, wydajemy dużą część swych dochodów na żywność, napoje, alkohol i trucizny tytoniowe. Na te cele przeznaczamy aż 22,7 proc. naszych dochodów, podczas gdy średnio w Unii jest to tylko 16 proc.
W rezultacie, gdy wspomniane artykuły konsumpcyjne drożeją – co np. widać u nas po szybko rosnących w tym i ubiegłym roku cenach żywności – to obywatele biednieją. Dlatego właśnie pod rządami PiS zwiększył się odsetek Polaków dotkniętych skrajnym ubóstwem.
W ubiegłym roku grupa osób żyjących na granicy minimum egzystencji wzrosła o 1,1 punktu procentowego w porównaniu z 2017 r. i osiągnęła 5,4 procent ogółu mieszkańców. Oznacza to, że co osiemnasty z Polaków jest nędzarzem wegetującym na skraju głodu.
Jabłka ciągle rządzą
Do ważnych wskaźników rozwoju cywilizacyjnego należą między innymi dostępność internetu, warunki mieszkaniowe oraz skala korzystania z energii odnawialnej (co decyduje o czystości powietrza). W każdej z tych trzech klasyfikacji Polska wypada marnie.
Dostęp do internetu ma 84 proc. polskich gospodarstw domowych. To niby niemało, ale musimy zdawać sobie sprawę, że w Unii Europejskiej dostępność internetu jest oczywistym i powszechnym standardem. Może z niego korzystać 89 proc. gospodarstw domowych państw UE. Także i pod tym względem jesteśmy poniżej średniej unijnej.
Żyjemy w ciasnych i niewygodnych mieszkaniach. Tu sytuacja się nie poprawia, bo rząd PiS zlikwidował wszystkie dotychczasowe programy wsparcia dla budownictwa mieszkaniowego. W rezultacie wskaźnik przeludnienia w Polsce wynosi 40,5 proc., podczas gdy średnio w Unii jest to zaledwie 15,7 proc.
Tylko 11 proc. energii w naszym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, podczas gdy w Szwecji jest to aż 55 proc. Rząd PiS konsekwentnie preferuje węgiel. Robi to wprawdzie w dziwny sposób, bo zamiast zwiększać krajowe wydobycie, zwiększa import węgla z Rosji. Niezależnie jednak od tego, skąd pochodzi węgiel, za sprawą jego spalania Polska jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych państw Europy, a rządowy program „Czyste Powietrze” to tylko propagandowa lipa. Wszystko to przyczynia się do dużej śmiertelności w naszym kraju.
Ten ponury niestety obraz Polski, wynikających z danych statystycznych zebranych w ostatnich trzech latach przez GUS i Eurostat, każe zapytać, czy jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy na tle reszty Europy? Otóż, istnieje jedna taka dziedzina. Polska jest liderem europejskim w produkcji jabłek. Od lat zajmujemy pod tym względem pierwsze miejsce na naszym kontynencie – i na szczęście w ostatnich latach nie udało się tego zepsuć.

Nie stańmy się drugą Koreą (Północną)

Znowu mamy nieco mniej wolności w polskiej gospodarce.

W tegorocznym Indeksie Wolności Gospodarczej (Index of Economic Freedom) polska gospodarka zajęła 46. miejsce.
Indeks publikowany jest od 1995 r. przez The Heritage Foundations Center for International Trade and Economics (CITE), przy współpracy Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowej Organizacji Handlu a przede wszystkim Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum).
Indeks datowany na 2019 rok obejmuje już 180 krajów. Ma on charakter złożony (agregatowy), składa się nań 12 bloków tematycznych (tworzących osobne subindeksy) oraz 35 wskaźników oceniających różne aspekty wolności gospodarczej.
Obszary wolności gospodarczej objęte badaniami oraz indeksem to głównie: wolność biznesu, handlu zagranicznego, wolność monetarna (czyli niezależność banków centralnych), wolność inwestowania – zwłaszcza przez inwestorów zagranicznych, ochrona własności, wolność od korupcji oraz rynek pracy.
W 2010 r. zajmowaliśmy 71. miejsce, pięć lat później już 42, a w 2016 r. – 39. Postęp był więc wyraźny. Ale od 2016 r. mamy regres – spadek na wspomniane 46 miejsce. Nie o takiej pozycji w tym rankingu marzył w 1989 r. Mieczysław Wilczek ówczesny minister przemysłu. A tworzenie warunków wolności gospodarczej nie wymaga przecież nakładów finansowych.
Względnie dobre oceny uzyskaliśmy w dziedzinie zdrowych finansów, wolności monetarnej oraz inwestycji zagranicznych w Polsce – średnio na poziomie 85 punktów. Ale są i dziedziny, gdzie oceny nie sięgają nawet 45 pkt, na przykład gdy chodzi o praworządność. Czołówka rankingu światowego to Hong Kong (Chiny), Singapur, Nowa Zelandia, Szwajcaria
i Australia. Wartość indeksu dla Hong Kongu wynosi 90,20 pkt, dla Polski 67,80 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do lidera pod względem wolności gospodarczej.
Polska została zaliczona do trzeciej grupy krajów, czyli do takich, w których panuje umiarkowana wolność gospodarcza. Trzeba mieć świadomość, że współczynnik korelacji pomiędzy produktem krajowym brutto na jednego mieszkańca a stopniem wolności gospodarczej jest dość wysoki (wynosi 0,64).
Średni indeks wolności gospodarczej w skali światowej wynosi 60,8 pkt. Jesteśmy więc przynajmniej powyżej tej średniej. Ale niestety – poniżej średniej europejskiej, która wynosi 68,6 pkt.

W Europie liderami w zakresie wolności gospodarczej są Szwajcaria i Irlandia. Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Estonia (15 miejsce), Litwa (21), Czechy (23), Łotwa (35), Bułgaria (37), Malta (41), Rumunia (42) i Cypr (44). Za nami plasują się zaś Słowenia, Węgry, Słowacja, Chorwacja.
Warto odnotować dla porównania, że Chiny w edycji Indeksu Wolności Gospodarczej 2019 r. znalazły się dopiero na 100. miejscu (wartość ich indeksu: 58,4 pkt.), Japonia zajmuje 30 miejsce, Rosja – 98, Indie – 129. USA są dopiero na 35. Na ostatnim 180 miejscu znajduje się zaś Korea Północna, z wartością indeksu wynoszącą 5,9 pkt.

Polska w ogonie innowacji

Niestety, stoimy w miejscu. Wyprzedzają nas nie tylko nie tylko dobrze rozwinięte gospodarki świata zachodniego lecz i większość państw nowej Unii Europejskiej.

Kilka dni temu został opublikowany Globalny Indeks Innowacji (The Global Innovation Index) – 2019, w którym Polska gospodarka zajęła 39. miejsce.
Indeks publikowany jest po raz dwunasty przez Cornell University, INSEAD i Światową Organizację Własności Intelektualnej (ONZ) i tym razem dla 129 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), a składa się na niego siedem bloków tematycznych i 80 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z trzech subindeksów.
Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, przy czym wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin. Poszczególne wskaźniki przyjmują wartości w skali 0-100.
Indeks to jedna liczba – i to stanowi jego urok, gdyż przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważne są właśnie te bloki i wskaźniki.
Dziesięć lat temu zajmowaliśmy 56. miejsce, pięć lat później już 45. Od 2016 r. – 39. Postęp do 2016 r. jest więc wyraźny, lecz od tamtego roku stoimy niestety w miejscu.
Jak wyżej zaznaczono, indeks jest wartością średnią a rozpiętości między nimi niekiedy bardzo znaczne.
Gdyby operować miejscami w rankingach, to np. pod względem stopy wzrostu naszego produktu krajowego brutto (według siły nabywczej) na zatrudnionego zajmujemy 16. miejsce. Pod względem ocen gimnazjalistów w systemie PISA – 17., podobnie jak w dziedzinie usług e-government. Nastomiast z kolei w zakresie systemu ułatwień w starcie do biznesu – dopiero 93. miejsce. I w tym przedziale kształtują się poszczególne wskaźniki, szczegółowo opisujące stan w danej dziedzinie.
Czołówka rankingu to, jak pokazano w tabeli: Szwajcaria, Szwecja, USA, Holandia i Wielka Brytania.
Wartość Indeksu Innowacji dla Szwajcarii wynosi 67,24 pkt a dla Polski: 41,31 pkt. I taki jest obecnie nasz dystans do najlepszego.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Estonia (24), Czechy (26), Słowenia (31), Węgry (33), Łotwa (34), Słowacja (37) i Litwa (38). Bezpośrednio za nami – Bułgaria.

Warto odnotować, że Chiny w edycji Globalnego Indeksu Innowacji 2019 r. znalazły się na 14. miejscu (wartość indeksu 54,82 pkt.), Japonia – na 15, Rosja – na 46, Indie – na 52. Na ostatnim miejscu znajduje się Jemen – 129.
Warto zajrzeć do pełnego raportu dotyczącego Globalnego Indeksu Innowacji, który można znaleźć pod adresem: www.globalinnovationindex.org/gii-2019-report.

Gospodarka 48 godzin

Czysta fikcja

W związku ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi premier Mateusz Morawiecki poczynił kolejne obietnice. Tym razem postanowił nieco zjednać sobie środowiska proekologiczne i obiecał, że rząd przeznaczy, z pieniędzy podatników, około 1 mld zł na program „Mój Prąd”, wspierający zieloną energię (premier zapewne przez roztargnienie zapomniał dodać słowo „plus”). Program zakłada dofinansowanie do instalacji fotowoltaicznych i promuje energetykę prosumencką. Oznacza to, że ten, kto wytwarza prąd, będzie mógł też częściowo go później odbierać. Prawo i Sprawiedliwość mówi o tym od lat, ale dotychczas nic nie zrobiono, by tę koncepcję zrealizować. Dofinansowanie będzie natomiast iluzoryczne. Maksymalne dofinansowanie to 5 tys. zł na gospodarstwo domowe, ale nie więcej niż 50 proc. kosztów budowy instalacji, o mocy od 2 do 10 kilowatów. Program „Mój prąd” będzie realizowany przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który ma wypłacać wsparcie tym, co najpierw za własne pieniądze zbudują minielektrownię domową. Oczywiście jej koszty budowy będą zawsze wielokrotnie większe niż obiecywane 5 tys. zł Premier obiecał, że rachunki za prąd dla tych, którzy będą uczestniczyć w programie będą coraz niższe. Dodał, że program jest korzystny dla całej gospodarki, dla małych i średnich przedsiębiorstw, ale przede wszystkim dla gospodarstw domowych – zaznaczył premier, nie dodając, iż ogromna większość polskich gospodarstw domowych, która nie będzie budować prywatnych instalacji prądotwórczych, nic nie skorzysta na tym programie. Mateusz Morawiecki oświadczył także, że proponowane rozwiązania są zgodne z polityką klimatyczną Unii Europejskiej oraz rozwiązaniami przyjętymi na szczytach klimatycznych. „Nasza polityka klimatyczna służy czystemu powietrzu oraz transformacji energetycznej, uzgodnionej w ramach zobowiązań międzynarodowych” – podkreślił premier. W to stwierdzenie oczywiście nie można uwierzyć, patrząc na wysokie zanieczyszczenie powietrza w naszym kraju. Program „Mój Prąd” wedle zapowiedzi rządu ma stanowić uzupełnienie programu „Czyste Powietrze”. Rzecz w tym, że program „Czyste Powietrze” jest czystą fikcją. W połowie ubiegłego roku premier Morawiecki zapowiedział, że poligonem doświadczalnym programu „Czyste Powietrze” będzie miast Skawina. Okazało się to lipą, a dziś w Skawinie powietrze należy do najbardziej skażonych w Polsce. Teraz, w lipcu, stężenie zanieczyszczeń było tak duże, że na urządzeniach pomiarowych zabrakło skali, a władze miasta powołały sztab kryzysowy. I tak właśnie wygląda dbanie o czystość powietrza w wykonaniu rządu PiS.

Rząd łatwiej ściągnie pieniądze od Polaków

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. Zwiększa on uprawnienia organów fiskalnych, co sprawi, że łatwiejsze stanie się ściąganie wszelkich należności na rzecz państwa. Będą one mogły być dochodzone także z majątku wspólnego zobowiązanego i jego małżonka. Prostsza stanie się egzekucja z ruchomości oraz z nadpłaty podatku.

Oficjalny koniec marzeń łupkowych

Rząd oświadczył: „Wbrew prognozom, nie nastąpił w Polsce rozwój wydobycia gazu łupkowego, a podstawowym źródłem tego surowca pozostają konwencjonalne złoża gazu ziemnego. Obecnie złoża łupkowe, jakie znajdują się w Polsce, nie dają wystarczających możliwości ich gospodarczej eksploatacji”.

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Uszczuplenie portfeli

Czy bessa zawita na parkiety giełdowe?

Maj nie mógł zacząć się gorzej. Spadek rynkowych indeksów był więcej niż zauważalny i mocno uszczuplił portfele inwestorów.
Osłabienie koniunktury na światowych giełdach można przypisywać różnym czynnikom. Na przykład eskalacji napięcia gospodarczego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami i wprowadzaniem przez prezydenta Donalda Trumpa kolejnych ceł na chińskie towary. Jednak podstawowa przyczyna jest dość prosta – amerykański rynek akcji ma za sobą bardzo długi okres wzrostów i naturalne jest pojawienie się nerwowości
Pierwsze tweety Donalda Trumpa o chęci nałożenia ceł na chińskie produkty pociągnęły za sobą szereg zdarzeń, których głównym skutkiem był wzrost globalnej awersji do ryzyka i spadek nadziei na szybkie rozwiązanie problemu. Do tej pory dotyczył on całej chińskiej gospodarki, teraz zaczął dotykać poszczególnych spółek.
Pierwszą ofiarą został chiński gigant Huawei, który został wpisany na czarną listę. W efekcie kolejne amerykańskie i sprzyjające USA korporacje zaczęły odmawiać Chińczykom dalszej współpracy, co w przypadku takich firm jak Google nie pozostaje bez znaczenia.
Taka sytuacja nie sprzyja globalnej wymianie handlowej. Część nieamerykańskich spółek już szuka sposobu, by powrócić do współpracy z chińskim gigantem.
Ponadto, według ostatnich badań skutki wojny celnej uderzą nie tylko w Państwo Środka, ale również w zwykłych obywateli amerykańskich, którzy średnio zapłacą ponad 800 dolarów rocznie za nową politykę amerykańskiego prezydenta.
Warto też zaznaczyć, że strona chińska nie pozostawia zaistniałej sytuacji bez odpowiedzi, chociaż można odnieść wrażenie, że władze Chin w dalszym ciągu kalkulują, co im się bardziej opłaca, pozostawiając piłeczkę w rękach Amerykanów. Na razie główną groźbą było możliwe embargo eksportu 17 metali ziem rzadkich, wykorzystywanych przede wszystkim w przemyśle zaawansowanych technologii. Jest to jednak broń obosieczna, gdyż trudno byłoby znaleźć dla tych towarów nowe rynki zbytu.
Europa Zachodnia ma również swoje demony. Do nierozwiązanego problemu brexitu i zwalniającej gospodarki dołączyły ostatnie wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które wygrały ugrupowania skrajnie prawicowe i populistyczne, co budzi obawy zwłaszcza w przypadku Francji i Włoch.
Na warszawskiej giełdzie miesiąc mijał w cieniu geopolityki. Mało przydatne były rewelacyjne dane gospodarcze o wzroście inwestycji prywatnych i dobrej koniunkturze w sektorze przemysłowym oraz w sektorze sprzedaży detalicznej. Trwający sezon wyników nie zmienił ogólnego obrazu krajowej giełdy. W przypadku dużych spółek poza sektorem handlu detalicznego trudno było doszukiwać się znaczących, pozytywnych zaskoczeń. Czynnikiem ryzyka pozostaje reforma otwartych funduszy emerytalnych.

Węgiel niszczy hutnictwo w Polsce

Wysokie ceny prądu wytwarzanego przez elektrownie węglowe oraz rosnące koszty emisji dwutlenku węgla to główne powody ograniczenia produkcji stali w Nowej Hucie, podane przez hinduskich właścicieli.

W kilka dni po Święcie Hutnika kierownictwo ArcelorMittal, światowego giganta stalowego, ogłosiło w prasie, a także podczas walnego zebrania pracowników w krakowskiej stalowni COS (ciągłego odlewania stali), plany tymczasowego wyłączenia części surowcowej huty – począwszy od września, bez daty końcowej.
Oznacza to wygaszenie wielkiego pieca oraz w konsekwencji brak produkcji stalowni konwertorowej i stalowni COS. W tych zakładach pracuje w sumie około 1200 pracowników (cała krakowska huta zatrudnia niemal 4 tysiące pracowników).
Dyrekcja koncernu jako przyczyny wygaszenia wymienia kryzys nadprodukcji na rynku stali, wojnę handlową w której przegrywają europejscy producenci oraz wysokie koszty produkcji w Polsce (spowodowane wysokimi cenami energii i kosztami emisji CO2).

Już nie będzie płonął wielki piec

Wygaszenie pieca i zatrzymanie produkcji oznaczać będzie radykalny spadek zapotrzebowania na siłę roboczą w Wielkich Piecach-Stalowni.
Na chwilę obecną nie ogłoszono planu zwolnień, według wstępnych deklaracji szefostwa, pracownicy mają być oddelegowani do pracy w innych jednostkach (zwłaszcza w hucie Katowice) lub przejść na postojowe (brak obowiązku świadczenia pracy i znaczna obniżka wynagrodzenia). Jednak już zapowiedziano cięcia we współpracy z podwykonawcami oraz zmianę ram czasowych zaplanowanych inwestycji. Nie wiadomo na razie czy dojdzie do zwolnień pracowników interim (zatrudnianych do wykonywania określonych zadań wymagających specjalistycznych kwalifikacji).
Wielu robotników obawia się, czy po wygaszeniu „wielkiego” produkcja kiedykolwiek wróci do zakładu. Obawy te mają swoje uzasadnienie, jeśli przyjrzymy się jak ArcelorMittal wybebeszył w przeszłości podobne zakłady w zachodniej Europie, np w belgijskim Liege. Decyzja o zawieszeniu produkcji w Nowej Hucie jest również kwestionowana wśród wielu pracowników z uwagi na wielomilionowe inwestycje poczynione w ostatnich latach – remont wielkiego pieca, inwestycje w ochronę środowiska na konwertorach, budowa nowej walcowni gorącej (ponoć najnowocześniejszej w Europie).
Podejrzewa się również, że koncern chce przy okazji uzyskać od polskiego rządu „prezenty dla biznesu” w postaci szczególnych ulg czy osobnej taryfy na energię.
Nowa Huta i jej największy kombinat przeżyły już terapię szokową, kiedy podczas prywatyzacji zatrudnienie w zakładzie spadło o 90% – drastyczne cięcia były też wymagane przez Unię Europejską.
Przez lata zatrudnienie spadało a średni wiek załogi zwiększał się – aż do niedawna, kiedy powoli zaczęto znowu zatrudniać młodych hutników (aczkolwiek przeważnie w charakterze interim). Teraz widmo śmierci przemysłowej i upadku kultury technicznej znowu staje przed oczyma hutników.

Co dalej?

Trudno planować dokładną taktykę obrony miejsc pracy na tak wczesnym etapie, kiedy koncern twierdzi, że nie będzie zwolnień, a jego intencją jest produkcja stali w Krakowie. Jednak właścicielowi nie należy wierzyć na słowo – tym bardziej, że dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od kilku czynników, zwłaszcza od sytuacji gospodarczej w Europie i na świecie.
Jeśli kryzys nadprodukcji okaże się jaskółką kolejnej fali kryzysu gospodarczego europejskiego kapitalizmu, to o deklaracjach ArcelorMittal możemy zapomnieć. Związki zawodowe muszą już przygotowywać się do walki o miejsca pracy.
Naszym zdaniem walka ta będzie najefektywniejsza jeśli zawiąże się wspólny front angażujący jak największą liczbę pracowników, w tym nieuzwiązkowionych, kierujący się następującymi punktami:
– Wgląd załogi w finanse koncernu. Nie mamy żadnego powodu, żeby wierzyć w deklaracje dyrekcji: czy naprawdę krakowski zakład ma najdroższą produkcję na kontynencie? Czy kontynuowanie działania części przetwórczej (walcownie) huty w Krakowie rzeczywiście ma uzasadnienie ekonomiczne i środowiskowe w oparciu o transport slabów (półwyrobów hutniczych) przez 80 km z huty Katowice zamiast z oddalonego o sto metrów COS-u? Pracowniczy audyt finansów jest kluczowy.
– Kwestia renacjonalizacji huty pod kontrolą pracowniczą. Jeśli właściciel nie jest zainteresowany kontynuowaniem produkcji i chce zmarnować warte setki milionów inwestycje oraz bezcenne „zasoby ludzkie” w postaci doświadczonych pracowników, powinniśmy domagać się od rządu przejęcia go przez państwo. Oczywiście wielu robotników byłoby nieufnych wobec rządowych/partyjnych biurokratów w kierownictwie huty, którzy ostatecznie kierują się kapitalistyczną logiką, są skłonni do nepotyzmu, korupcji itd. Dlatego modelem zarządzania do którego powinniśmy dążyć jest kontrola pracownicza nad produkcją i różnymi aspektami funkcjonowania zakładu – w końcu sami znamy najlepiej jego bolączki.
– Międzyzakładowa, międzybranżowa międzynarodowa solidarność. Musimy zjednoczyć załogę Wielkich Pieców-Stalowni, ale też załogi nieobjętych cięciami zakładów ArcelorMittal. Będzie to trudne zadanie, z pewnością część pracowników w Dąbrowie czy Zdzieszowicach czy nawet krakowskiej koksowni oddycha z ulgą, że to nie ich czekają turbulencje. Ale musimy przekonać ich, że musimy być zjednoczeni żeby wygrać, a dzisiejsze problemy w Nowej Hucie mogą być jutro ich problemami. Ponadto musimy budować solidarność z innymi branżami, podobnie jak wiele branż udzielało wsparcia strajkującym nauczycielom. Konieczne jest też budowanie wsparcia wśród lokalnej społeczności Nowej Huty itd. W końcu, problemy ArcelorMittal rozciągają się – podobnie jak sam koncern – na wiele krajów. Wg wstępnych informacji wygaszenia nastąpią też w hiszpańskim zakładzie; w wielu miejscach będzie się próbować antagonizować pracowników z różnych krajów – dlatego musimy budować relacje z naszymi kolegami w skali międzynarodowej.

Kapitalizm nie przynosi rozwiązań

Ostatnią kwestią, którą należy poruszyć, jest szeroki kontekst kryzysu gospodarczego i kryzysu klimatycznego. Żaden kraj nie jest samotną wyspą i nowa fala kryzysu światowego będzie miała ogromny wpływ na polską gospodarkę – spowolnienie gospodarki niemieckiej oznacza kryzys w polskim przemyśle. Cechą kapitalizmu są nawracające kryzysy i hutnicy wiedzą o tym najlepiej, słuchając co chwila o „braku klimatu dla podwyżek”, „złej sytuacji sektora” itp.
Kapitalizm nie ma trwałego rozwiązania dla kryzysów gospodarczych, podobnie jak dla kryzysu środowiska. System opłat za emisję nie poprawia stanu środowiska na świecie ani nie redukuje emisji gazów cieplarnianych – przemieszcza tylko problem z jednego kraju do drugiego, dodatkowo generując problemy dla peryferyjnych gospodarek takich jak Polska (w związku z podnoszeniem cen energii).
Musimy brać pod uwagę te kwestie w opracowywaniu naszej strategii walki o miejsca pracy. Dlatego obok nacjonalizacji pod kontrolą załogi proponujemy następujące postulaty:
– inwestycje w pożyteczne roboty publiczne, służące społeczeństwu i zwiększające popyt wewnętrzny (także na stal); zwłaszcza inwestycje w rozwój czystej energetyki – inwestycje w badania nad technologiami czystszej produkcji stali i redukcji emisji CO2
Kryzysy, wojny handlowe, działania wielkich korporacji jak ArcelorMittal, są nieodłącznymi elementami kapitalizmu; alternatywą jest socjalistyczne społeczeństwo – nie na zasadach stalinowskiej biurokratycznej dyktatury – lecz z racjonalnie i demokratycznie planowaną gospodarką w interesie całej ludzkości.

Urok nieruchomych stóp

Na razie lepiej ich nie ruszać, bo polska gospodarka ciągle funkcjonuje nieźle

Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny postanowiła utrzymać stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie.
Podstawowa stopa procentowa nadal będzie więc wynosić 1,50%, stopa lombardowa 2,50%, a depozytowa 0,50%.

Bezruch wymaga namysłu

Była to oczywista decyzja. Utrzymania niezmienionych stóp procentowych spodziewali się wszyscy analitycy, no a poza tym sama RPP wielokrotnie w przeszłości dawała do zrozumienia, że w 2019 r. nie będzie ich podnosić.
Stopniowo zmienia się jednak i otoczenie gospodarcze Polski, i sama kondycja naszej gospodarki. Dlatego pozostawianie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, mimo, że wciąż jest decyzją powszechnie oczekiwaną, zaczyna powoli wymagać coraz głębszej i bardziej wnikliwej oceny naszej teraźniejszości i przyszłości gospodarczej.
Jak więc RPP tłumaczy to, że nie zamierza zmieniać wysokości stóp procentowych?
Otóż, Rada ocenia, że w Polsce wciąż utrzymuje się dobra koniunktura, choć tempo wzrostu naszego produktu krajowego brutto w pierwszym kwartale bieżącego roku było już nieco niższe niż w poprzednich kwartałach.
Wzrostowi aktywności gospodarczej sprzyja jednak rosnąca – choć także nieco wolniej niż w poprzednich kwartałach – konsumpcja, wspierana przez zwiększające się zatrudnienie i płace oraz nadal bardzo dobre nastroje konsumentów. Towarzyszy temu także stopniowy wzrost inwestycji.

Inflacja trzyma bazę

W ostatnich miesiącach zwiększyło się tempo wzrostu cen detalicznych. Jak wskazuje RPP, przyczynił się do tego wzrost cen paliw i żywności, a także wyższa inflacja bazowa. Mimo to, zdaniem Rady, inflacja utrzymuje się i utrzyma „na umiarkowanym poziomie”.
Czym dokładnie jest ta „inflacja bazowa”, nie wiadomo, co zresztą poniekąd zrozumiałe, skoro cała ekonomia, jako taka, nie jest przecież nauką. Pojęcie jednak się przyjęło – i okazało się przydatne do sporządzania długoterminowych prognoz cenowych przez różnych specjalistów.
Te prognozy często się oczywiście nie sprawdzają, no ale człowiek potrzebuje prognoz w najrozmaitszych dziedzinach, i na czymś – nieważne czy należycie wiarygodnym – trzeba je opierać.
Opiera się je więc właśnie na inflacji bazowej, czyli takiej inflacji, która teoretycznie pojawiłaby się, gdyby gospodarka rozwijała się bez zakłóceń, a rynek znajdowałby się w stanie równowagi. Żeby zaś łatwiej ją było oszacować, przy obliczaniu – czy raczej wyznaczaniu – inflacji bazowej nie bierze się pod uwagę dóbr o o dużej chwiejności cen, ani prawdopodobieństwa wystąpienia rozmaitych czynników przejściowych, które mogłyby zakłócić czystość teoretycznego obrazu.
Wszystko to jest naturalnie palcem na wodzie pisane, no ale, jak wspomniano, przyjęło się i jest stosowane do, prowadzonego całkiem na serio teoretyzowania, jakich trendów gospodarczych można się spodziewać. Rada Polityki Pieniężnej spodziewa się zaś generalnie korzystnych trendów.

Nie wyjdziemy przed orkiestrę

W ocenie RPP perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne. W kolejnych kwartałach nastąpi jednak prawdopodobnie stopniowe obniżenie się tempa wzrostu PKB. Jednocześnie inflacja nie podskoczy i powinna się kształtować w pobliżu tegorocznego celu inflacyjnego – czyli 2,5 proc.
Pewien wpływ na naszą gospodarkę wywierają niezbyt korzystne tendencje globalne. Napływające dane wskazują, że w pierwszym kwartale tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostało relatywnie niskie – choć w części największych gospodarek koniunktura nieco się poprawiła.
Jednocześnie, wciąż słabe były nastroje w sektorze przemysłowym, przy tylko nieco korzystniejszych sygnałach z branż usługowych.
W strefie euro – mimo lekkiego przyśpieszenia dynamiki PKB w stosunku do poprzedniego kwartału – tempo wzrostu aktywności gospodarczej utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, a wzrost PKB w pierwszym kwartale była wyższy, niż w poprzednim roku. W Chinach, spadające w poprzednich latach tempo rozwoju gospodarczego, na początku roku ustabilizowało się w granicach 6-6,5 proc.
Od początku roku wzrosły ceny ropy naftowej na rynkach światowych, co przyczyniło się do pewnego podwyższenia inflacji w wielu krajach, także i w otoczeniu polskiej gospodarki, w tym w strefie euro.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera (a stopę depozytową nawet poniżej zera). Także i Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oczywiste jest więc, że nasza Rada Polityki Pieniężnej nie będzie podejmować odmiennych decyzji.
RPP ocenia, że obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną.

Śpiące wulkany własnego wyrobu

Mamy w Polsce kilkaset hałd. Niejednokrotnie stanowią tykające bomby ekologiczne, ale nie bardzo wiadomo co z nimi robić.

Hałdy powstają w wyniku składowania odpadów górniczych, hutniczych czy chemicznych. Jedna z najnowszych, a na pewno największa i najwyższa, to hałda Góra Kamieńsk koło Bełchatowa, usypana 26 lat temu w wyniku odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego. Od podstawy (zajmującej 1500 hektarów) do szczytu ma 195 metrów w pionie.
Węgiel brunatny, choć jest surowcem mało ekologicznym, nie pozostawia po wydobyciu szczególnie kłopotliwych substancji. Dlatego Górę Kamieńsk udało się zagospodarować bez większych problemów. Jest na niej sztucznie naśnieżany i oświetlony stok narciarski, czteroosobowy wyciąg krzesełkowy, dwa orczyki, kilka tras rowerowych o różnym stopniu trudności. Na płaskim szczycie postawiono zaś farmę wiatrową.
Natomiast najstarsza chyba hałda w Polsce, w Tarnowskich Górach, którą zaczęto usypywać około 1830 r., a zakończono w 1912 r, została nawet wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W czasie II wojny światowej Niemcy zbudowali na niej bunkry i okopy. Hałda w Tarnowskich Górach ma w sobie odpady wydobywanych tam rud srebra, żelaza, cynku i ołowiu, zmieszane ze skała dolomitową. Dzięki temu powstała gleba o szczególnych właściwościach. Z czasem wyrosły na niej rzadkie rośliny, tzw. galmanowe, odporne na wysokie stężenie metali ciężkich, a także wiązy, lipy, brzozy i jarzębiny; zagnieździły się zające, bażanty, kuropatwy, jaszczurki.
Groźne piramidy
Hałdy, powstałe w wyniku wydobycia węgla kamiennego, stanowiące element śląskiego krajobrazu, na listę dziedzictwa UNESCO raczej nie trafią. To często niebezpieczne, strome piramidy – najwyższa, w Rydułtowach, ma 134 m. wysokości względnej. Na niektórych z nich w ogóle nich nic nie rośnie, bo dopóki grunt solidnie nie osiądzie, na zboczach nie wolno sadzić żadnych roślin.
W Polsce są 153 hałdy, usypane z odpadów węgla kamiennego – 138 na Górnym Sląsku, 12 na Dolnym, dwie w woj. małopolskim i jedna w lubelskim. Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że „narażają środowisko i ludzi mieszkających w pobliżu na zagrożenia wynikające z sąsiedztwa odpadów pogórniczych: zatrucie wód podziemnych przez odcieki z hałd, zapylenie i dzikie pożary. Stosowane metody odzyskiwania odpadów nie gwarantują skutecznej ochrony przed tymi zagrożeniami”.
Wspomniane „dzikie” pożary, wynikają z tego, że hałdy niekiedy traktowane są nielegalnie jako wysypiska śmieci – które się „utylizuje” poprzez podpalenie, by nie można było ustalić, kto je wysypał. Jeszcze groźniejsze są pożary we wnętrzu hałd, wynikające z samozapłonu odpadów. Trwają przez dziesięciolecia, przez szczeliny wydobywają się gorące, trujące dymy. W latach 2015-2018 tylko na terenie województwa śląskiego straż pożarna musiała sto kilkanaście razy interweniować na hałdach.
Państwowy Instytut Geologiczny wpisał część hałd na listę „Zamkniętych i opuszczonych obiektów unieszkodliwiania odpadów wydobywczych, które wywierają negatywny wpływ na środowisko lub mogą stać się w średnio lub krótkoterminowej perspektywie poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi lub dla środowiska”.
Coś można odzyskać
Są w Polsce firmy zajmujące się przerobem odpadów górniczych. Najbardziej znana to Haldex, bodaj pierwsza w powojennej Polsce międzynarodowa spółka akcyjna, utworzona w 1959 r. przez rządy Polski i Węgier (każdy menedżer i specjalista ze strony polskiej miał swojego równorzędnego węgierskiego kolegę). W 2005 r. oba rządy rozwiązały spółkę, ale Haldex przetrwał i ostatecznie znalazł się w strukturach państwowego holdingu KW spółka z o.o., utworzonego po likwidacji Kompanii Węglowej.
W tym roku Haldex obchodził 60-lecie nieprzerwanej działalności. Pierwszy zakład przeróbczy spółki zbudowano przy kopalni „Michał” w Siemianowicach Śląskich, potem powstało ich jeszcze sześć. Pięć lat temu podsumowano, że przez 55 lat Haldex przerobił 160 mln ton odpadów i gdyby je wszystkie załadować na pociąg, mierzyłby tyle, co równik.
Spółka odzyskała m. in. 19 mln ton węgla, 17 mln ton kamienia do przemysłu ceramicznego i cementowego, 75 mln ton kamienia łamanego do podsadzek, 5 mln ton kruszyw. Wytwarza też glebę, którą można stosować w rekultywacji biologicznej. Haldex wciąż pracuje – ale nie da się powiedzieć, że zbija kokosy na swym funkcjonowaniu.
Teoretycznie, także i z hałd można by wydobywać pozostałości surowców. W sumie w Polsce odzyskiwanych jest jednak tylko niespełna 2,5 proc. odpadów pogórniczych. „Ze względu na właściwości fizykochemiczne zainteresowanie ich wykorzystaniem jest śladowe” – stwierdza NIK.
Wyniki analiz wykazały, że kruszywa powstałe na bazie odpadów wydobywczych mogą być wykorzystywane wprawdzie w pracach inżynieryjno-budowlanych ale w ograniczonym stopniu. Z powodu niewystarczającej mrozoodporności nie można ich dodawać do betonu, nie nadają się też do budowy dróg i robót ziemnych.
Dosypywać czy rozbierać?
Owszem, tym co jest w hałdach interesują się grupy kopaczy, działające na zasadach biedaszybów, wciąż funkcjonujących w naszym kraju. Im się jakoś opłaca. Jest to jednak dzialalność nielegalna, niebezpieczna, szkodliwa dla środowiska, a ze względu na małą skalę nie rozwiązująca problemu. Wydobycie resztek surowców na dużą skalę, z zachowaniem wszelkich zasad ochrony środowiska, bezpieczeństwa i wymogów technologicznych, byłoby już nieopłacalne.
Na część hałd nie wolno wchodzić, właśnie z powodu podziemnych pożarów i trujących dymów – a także dlatego, że z powodu aktywności termicznej hałd (w ich wnętrzu temperatura przekracza 300 stopni) można wpaść w jakąś szczelinę, pokrytą cienką warstwą gruntu.
Niektóre niewyjaśnione zaginięcia ludzi na Śląsku można zapewne przypisać właśnie wypadkom na hałdach. Zakazy wstępu są bowiem notorycznie łamane, a hałdy są tak rozległe, że trudno je kontrolować. Ponadto, „nieskuteczny nadzór nad składowiskami może zachęcać do lokowania w nich wszelkiego typu odpadów, w tym niebezpiecznych” – wskazuje NIK.
Te najgroźniejsze hałdy, przypominające uśpione ale wciąż czynne wulkany, można by rozbierać. Tak na przykład chce postąpić Polska Grupa Górnicza z niebezpieczną hałdą w Rydułtowach. To właśnie jedna z tych, na które nie wolno wchodzić z powodu podziemnych pożarów i dymów, wydobywajacych się przez szczeliny. Hałda ma być stopniowo odkrywana, rozbierana i gaszona. Będzie to jednak proces bardzo żmudny, kosztowny i szkodliwy dla środowiska, bo z tym co zostanie po rozbiórce hałdy też coś przecież trzeba będzie zrobić. Dlatego mieszkańcy okolicznych osiedli protestują, obawiajac się katastrofy ekologicznej.
W Polsce jeszcze nigdy nie rozbierano tak wielkiej hałdy. Jedna z prób, podjęta w Rybniku zakończyła się niepowodzeniem, bo zapylenie i zadymienie będące efektem rozkopywania hałdy, stały się nie do wytrzymania, więc z powrotem ją usypano.
Alternatywa to stały nadzór nad niebezpiecznymi hałdami i zasypywanie ich ziemią, by utrudnić dopływ tlenu oraz zmniejszyć podziemne pożary. To także robota kosztowna, żmudna, niezbyt skuteczna i nieobojętna dla środowiska, która w dodatku może trwać w nieskończoność.
Wygląda więc na to, że i hałdy będą w nieskończoność dominować nad śląskim krajobrazem.