Balcerowicz zabiera głos

Czasy realnego socjalizmu nie były u nas okresem uwiądu intelektualnego. O reformie gospodarczej wiele mówiono i pisano – choć niestety, zabrakło efektów.

W latach siedemdziesiątych w Polsce zintensyfikowane zostały prace nad reformą gospodarczą. Prowadziły je również organizacje społeczno-zawodowe, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne i Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierownictwa, instytuty ekonomiczne i uczelnie.
Publikowane były liczne artykuły na te tematy w pismach ekonomicznych (Gospodarce Planowej, Życiu Gospodarczym, Przeglądzie Organizacji, Ekonomice i Organizacji Pracy, Inwestycjach i Budownictwie, itd.). Były wydawane liczne opracowania, organizowano konferencje i dyskusje, powstawały specjalistyczne kluby i zespoły (Kluby Ekspertów, Klub Jednostek Inicjujących itp.). Za pośrednictwem wspomnianych organizacji działano również w terenie (posiadały oddziały w każdym województwie).
W każdej z tych organizacji powoływane były komisje d.s. reformy (byłem członkiem tej komisji w PTE i przewodniczącym takiej komisji w TNOiK). Organizowano na szeroką skalę szkolenia dla kadr kierowniczych. Wydano szereg skryptów i opracowań szkoleniowych zarówno w PTE jak i TNOiK, opublikowano szereg książek. Uczelnie ekonomiczne również w swoich wydawnictwach publikowały swój dorobek w zakresie reform. Dla jego popularyzacji za granicą, Komitet Ekonomiczny PAN wspólnie z PTE wydawał miesięcznik w języku angielskim i rosyjskim „Ekonomika Polona”. Publikowałem tam artykuły omawiające zakres i tryb realizacji zmian w gospodarce polskiej. Węgierski miesięcznik Organizacja i Zarządzanie („Szervezes es Vezetes”) w 1978 r. zamieścił mój artykuł na temat integracji sfery produkcyjnej w polskich Wielkich Organizacjach Gospodarczych.
We wszystkich tych działaniach brałem aktywny udział. W okresie 1970-1979 opublikowałem 55 pozycji. Były to bezprecedensowe poczynania polskich ekonomistów. Powstał wielki dorobek merytoryczny dotyczący reformowania gospodarki socjalistycznej w kierunku gospodarki rynkowej.
Był to dorobek największy spośród krajów socjalistycznych. W żadnym kraju nie przeprowadzono wówczas działań na tak szeroką skalę. Było to wynikiem narastania sytuacji politycznej w Polsce, począwszy od marca 1968 i wydarzeń z grudnia 1970 r., w wyniku których Edward Gierek doszedł do władzy.
Pod koniec lat siedemdziesiątych powstała inicjatywa obywatelska pod nazwą „Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość”. Konwersatorium wydało w 1979 r. Raport pt. „O stanie Rzeczpospolitej i drogach do naprawy”.
Leszek Balcerowicz (urodzony w styczniu 1947) wtedy nie był jeszcze szeroko znany. Sporadycznie uczestniczył w procesie tworzenia i dyskusji nad zmianami w gospodarce. Nie zasiadał wówczas w licznych, w owym czasie, gronach eksperckich. Jednak pod koniec lat 70-tych organizuje zespół młodych gniewnych, poza ogólnym nurtem działań, który też przygotowywał nieoficjalny program i propozycje reform – nie lepsze ani nie gorsze niż propozycje przygotowywane oficjalnie.
Wyniki tych prac zostały zawarte w raporcie jego zespołu zatytułowanym: „Reforma Gospodarcza – główne kierunki i sposoby realizacji”. Ukazał się on w serii wydawniczej PTE pt. „Alternatywy rozwoju” w listopadzie 1980 r. Propozycje zespołu Balcerowicza dotyczyły konkretnych rozwiązań jak i sposobu wprowadzania ich w życie. Już wtedy zespół postulował wprowadzenie reformy jednym skokiem (później nazwano to „szokiem”).
Raport zespołu Balcerowicza był przedmiotem dyskusji w Klubie Ekspertów PTE w dniu 18 grudnia 1980 r. Opublikowano go w broszurze PTE, ponadto niektóre wystąpienia Leszka Balcerowicza na różnych forach były powielane przez PTE – na przykład w roku 1980 PTE powiela tekst pt. „Tezy innowacyjności gospodarki polskiej”, a w 1981 r. tekst „Uwagi na temat opracowania kierunków reformy gospodarczej”. Jego rozwiązania merytoryczne mieściły się w ogólnym kanonie wówczas proponowanych zmian, oraz w ramach społecznej gospodarki rynkowej.
Reformy z tego okresu, tak jak i poprzednie poniosły całkowite fiasko. Nie dlatego że brak było właściwych rozwiązań. Opór materii ideologicznej okazał się zbyt duży. Pojawiało się hasło „wyprzedaż socjalizmu”, WOG-i wymykały się spod kontroli partyjnej oraz centrum gospodarczgo.
Pod wpływem ideologicznego nacisku nastąpił tzw. „manewr ekonomiczny”, zapoczątkowany już w roku 1974. Resorty odzyskały swoją dawną pozycję władczą wobec zjednoczeń. Już nie zespoły rządowe zatwierdzały rozwiązania dla podległych zjednoczeń, a właściwe ministerstwo branżowe. Powstała koncepcja „ministerstwo jako WOG”. Przodowało tu Ministerstwo Przemysłu Maszynowego pod egidą wicepremiera Tadeusza Wrzaszczyka. O reformie zapomniano, aż do kolejnego przesilenia politycznego.

Mniej pesymizmu w małych firmach

Choć nastroje się nieco poprawiły, pandemia ciągle dławi polską gospodarkę. W naszym kraju potrzebny jest wreszcie jakiś przełom w walce z koronawirusem.
Polski sektor mikro, małych i średnich firm powoli wraca do normalności. Na koniec maja bieżącego roku główny wskaźnik koniunktury wyniósł 47,1 pkt. i znacząco odbił w porównaniu do poziomu z marca (32,5 pkt.) i kwietnia (40,8 pkt.). Co więcej, jest tylko o 2,8 pkt. niższy niż w pomiarze sprzed pandemii zrealizowanym w styczniu br. Takie wyniki przyniosło badanie Barometr COVID-19 realizowane przez Europejski Fundusz Leasingowy.
Jest to badanie zapoczątkowane w marcu 2020 roku, w celu oceny wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Informuje ono o skłonności małych i średnich przedsiębiorstw do wzrostu – czyli rozwoju rozumianego, jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki oraz maksymalizacja zysków. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.
Bardziej optymistycznie niż parę miesięcy temu wyglądają zwłaszcza prognozy dotyczące płynności finansowej. O ponad połowę zmniejszyła się liczba zarządzających MŚP, którzy obawiają się niższej płynności (z 76 proc. w kwietniu do 37 proc. na koniec maja br.), a z 1,5 proc. do 17 proc. wzrosła grupa firm liczących na lepszą sytuację finansową.
Nastroje poprawiają się także – choć już znacznie wolniej – w przewidywaniach dotyczących sprzedaży. Pod koniec maja zwiększenia zamówień oczekiwało prawie 17 proc. małych i średnich firm, w kwietniu tego zdania było niecałe 2 proc.
Natomiast niezmienionego poziomu sprzedaży spodziewało się w maju 46 proc. zapytanych, podczas gdy w kwietniu odsetek ten wyniósł tylko 19 proc. Spadku sprzedaży w maju obawiało się już tylko 36 proc. badanych, podczas gdy w kwietniu było to 78 proc.
Analiza branżowa pokazuje, że najszybciej do normalności sprzed pandemii mogą powrócić przedsiębiorstwa usługowe i transportowe oraz hotele i restauracje.
Tym niemniej, wartość głównego indeksu Barometru COVID-19 wciąż pozostaje poniżej progu 50 pkt., co oznacza, że warunki do rozwoju sektora MŚP są oceniane nadal jako niekorzystne – choć zdecydowanie lepsze, niż w dwóch pierwszych miesiącach po wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce.
Prawie wszyscy uczestnicy majowego Barometru COVID-19 (92,8 proc.) planują zachować dotychczasowy poziom inwestycji, zaś większość z nich (65,2 proc.) spodziewa się utrzymać podobne, jak w ostatnich miesiącach, zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. W tych obszarach polscy przedsiębiorcy zachowują cały czas ostrożność – a i banki komercyjne nie palą się do udzielania kredytów na rozwój gospodarki, czekając na wsparcie finansowe, jakie obiecał im rząd PiS i Narodowy Bank Polski.
Generalnie, wygląda na to, że jednak idzie ku lepszemu, niezależnie od wielkości biznesu. Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstwa, mniejszy pesymizm w porównaniu z marcem i kwietniem tego roku można było zaobserwować we wszystkich rodzajach firm. W przypadku tych najmniejszych, zatrudniających do 9 pracowników, w maju została odnotowana poprawa nastrojów o 5 pkt., do 45 pkt. W firmach małych poziom optymizmu zwiększył się o 6,8 pkt., osiągając 48 pkt. Podobnie było w średnich przedsiębiorstwach (wzrost o 7 pkt. do 48 pkt.).
Analiza wyników Barometru COVID-19 w podziale na branże pokazuje, że w trzech branżach po początkowym spadku na koniec marca br. nastroje wróciły do poziomu sprzed pandemii. Dotyczy to branży usługowej, transportowej i hotelarstwa, cateringu oraz restauracji (HoReCa). Indeks dla usług w maju 2020 r. był nawet nieco wyższy niż w pierwszym kwartale tego roku (pomiar realizowany w styczniu pokazał 46,5 pkt.) i wyniósł 47, 3 pkt. Podobnie jest z firmami transportowymi – w maju indeks dla nich wyniósł 47,7 pkt., podczas gdy na początku tego roku 46,1 pkt.
Jako nadzwyczaj optymistyczny można ocenić wynik dla sektora HoReCa – na koniec maja wyniósł 51,9 pkt. i był tylko o 1,6 pkt. niższy niż w styczniu tego roku. Co więcej, jest to najwyższy wynik wśród wszystkich sześciu badanych branż, z największym odbiciem w górę w stosunku do kwietnia (wówczas wskaźnik koniunktury wyniósł niecałe 41 pkt.). Jako jedyny uplasował się powyżej granicy pokazującej skłonność do ograniczonego rozwoju, która wynosi 50 pkt.
Ten bardzo dobry wynik jest jednak dość zrozumiały, bo zaczyna się lato, a to tradycyjnie okres najwyższych obrotów dla restauracji, hotelarstwa i gastronomii. Także i w tym roku, mimo epidemii koronawirusa, te przedsiębiorstwa liczą na jakieś sezonowe odbicie
W pozostałych trzech branżach (budownictwo, handel i produkcja) również odnotowano coraz mniejszą dynamikę spadku poziomu koniunktury, jednak wskaźnik jest nadal niższy w porównaniu ze stanem jaki był na początku roku.
Indeks dla przedsiębiorstw budowlanych wyniósł na koniec maja br. 46 pkt. (w styczniu – 57 pkt.), dla handlowych – 45 pkt. (w styczniu – 52 pkt.), a dla firm produkcyjnych – także 46 pkt. (w styczniu br. – 53 pkt.). -Po niemal trzech miesiącach epidemii widzimy uspokojenie nastrojów wśród mikro, małych i średnich firm. Właściwie można je porównać do czasu z początku tego roku, kiedy jeszcze nikt nie myślał o takich zawirowaniach zdrowotnych i gospodarczych, z jakimi mieliśmy do czynienia. Słabnąca pandemia, odblokowywanie kolejnych gałęzi gospodarki, wsparcie rządowe spowodowały, że coraz więcej przedsiębiorców lepiej ocenia płynność finansową swoich firm i prognozuje zwiększenie sprzedaży w najbliższych tygodniach – mówi Radosław Woźniak, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego organizującego to badanie koniunktury.
Czy zatem można powiedzieć, że polska gospodarka wróciła do normalności? Z pewnością jeszcze nie, bo to będzie długofalowy proces. Można jednak mieć nadzieję, że już nastąpił jego początek. Zdaniem ekspertów, proces odrodzenia i powrotu do dawnej aktywności małych i średnich przedsiębiorstw w naszym kraju może potrwać jeszcze dwa – trzy lata – o ile oczywiście poradzimy sobie z pandemią koronawirusa, mającą niszczący wpływ na funkcjonowanie gospodarki.

Niżej już się chyba nie da

Działania NBP mają pomóc w wejściu naszej gospodarki na ścieżkę ożywienia. Ale dopiero po zakończeniu pandemii.

Podczas czerwcowego posiedzenia, Rada Polityki Pieniężnej, jak było do przewidzenia, podjęła decyzję o utrzymaniu stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego na dotychczasowym poziomie 0,10 proc.
Jednocześnie Rada ustaliła następujący poziom pozostałych stóp procentowych NBP: lombardowa 0,50 proc., depozytowa 0,00 proc., redyskonta i dyskonta 0,11 i 0,12 proc.
Napływające dane potwierdzają, że pandemia COVID-19 przyczyniła się do spadku aktywności gospodarczej na świecie, w tym recesji w gospodarkach będących głównymi partnerami handlowymi Polski. Towarzyszyło temu pogorszenie sytuacji na rynku pracy oraz wyraźne osłabienie nastrojów konsumentów i firm.
„W celu ograniczenia negatywnych skutków pandemii podjęto działania fiskalne mające na celu zmniejszenie skali spadku dochodów gospodarstw domowych i firm, a także stymulację koniunktury gospodarczej” – stwierdza RPP. To się ma nie zmienić. Tym krokom towarzyszy stałe luzowanie polityki pieniężnej, w tym poprzez utrzymywanie bardzo niskich stóp procentowych oraz skup aktywów.
W związku z tym, NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych oraz dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym. Skala tych zakupów ma być uzależniona od warunków rynkowych. Celem tych operacji jest poprawa płynności finansowej w sektorze bankowym, zapewnienie płynności na rynku wtórnym papierów wartościowych oraz wzmocnienie oddziaływania obniżenia stóp procentowych NBP na gospodarkę (tzw. mechanizm transmisji monetarnej)
NBP będzie także pomagał bankom komercyjnym, a za ich pośrednictwem gospodarce, oferując kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.
„W ostatnim czasie, wraz z łagodzeniem w wielu krajach restrykcji wprowadzonych w celu opanowania pandemii, następuje stopniowa poprawa nastrojów” – optymistycznie zauważa RPP. Według aktualnych prognoz w drugiej połowie br. nastąpi poprawa koniunktury w
gospodarce światowej, choć poziom aktywności będzie niższy niż przed pandemią. Jednocześnie, wciąż panuje niepewność dotycząca tempa i trwałości poprawy koniunktury na świecie w kolejnych kwartałach.
Poluzowanie polityki monetarnej oraz stymulacja fiskalna w największych gospodarkach rozwiniętych, wraz z pewną poprawą nastrojów przyczyniły się do wzrostu cen części aktywów na międzynarodowych rynkach finansowych, co znalazło także odzwierciedlenie w wzroście kursów walut części krajów.
Jednocześnie w ostatnim okresie wyhamował spadek cen części surowców, choć nadal są one wyraźnie niższe niż na początku roku. Wraz z obniżeniem aktywności gospodarczej przyczynia się to do spadku inflacji w wielu krajach, w tym u głównych partnerów handlowych Polski – choć spadek inflacji w naszym kraju jest niemal niezauważalny.
Nasza gospodarka pozostaje w kryzysie. „W Polsce dane o koniunkturze w kwietniu wskazują na silny spadek aktywności gospodarczej, obniżenie wynagrodzeń i zatrudnienia w przedsiębiorstwach oraz słabe nastroje konsumentów i przedsiębiorstw” – stwierdza RPP.
W ostatnich tygodniach nastąpiło jednak stopniowe łagodzenie restrykcji dotyczących ograniczenia działalności gospodarczej, co przełożyło się na pewną poprawę nastrojów. Towarzyszy temu lekki spadek inflacji.
Można więc oczekiwać, że w najbliższym czasie w Polsce dojdzie do jakiegoś ożywienia aktywności gospodarczej. Oprócz prawdopodobnego dalszego znoszenia restrykcji związanych z pandemią, będą temu sprzyjać działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej NBP. Mają one ograniczać skalę spadku zatrudnienia, wspierając dochody gospodarstw domowych oraz sytuację finansową firm.
Przyszłość wciąż jest jednak mało optymistyczna. Skala oczekiwanego ożywienia aktywności może być ograniczana przez niepewność dotyczącą skutków pandemii, niższe dochody oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych. Tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez brak wyraźnego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią.
Szefostwo NBP oczekuje, iż poluzowanie polityki pieniężnej naszego banku centralnego złagodzi negatywne skutki pandemii, przyczyniając się do wolniejszego pogarszania się sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Ma to oddziaływać w kierunku szybszego ożywienia gospodarczego już po zakończeniu pandemii. Tyle, że nie wiadomo, czy i kiedy pandemia się skończy.
Jak widać więc, wyczekiwane z nadzieją i tylekroć wymieniane ożywienie gospodarcze, to pieśń bardzo dalekiej przyszłości. Tak jak i ewentualny efekt obecnych poczynań NBP.

Marksistowski ekonomista z USA masakruje kapitalizm

Rozwój internetu i mediów społecznościowych sprawił, że coraz trudniej mediom głównego nurtu promować własnych ekspertów od wszystkiego. Jeszcze 15 lat temu o tym, kto wejdzie do medialnej pierwszej ligi decydowało wąskie grono dziennikarzy – jeśli ktoś nie pojawiał się regularnie u Tomasza Lisa czy Kuby Wojewódzkiego, to powszechnie był traktowany jako polityczno–medialny margines. Dzisiaj czasy się zmieniły, na szczyty rozpoznawalności wchodzą ludzie, którzy w telewizji w ogóle byli nieobecni. Czy jest to zmiana na lepsze?

Z perspektywy polskiej to kwestia dyskusyjna, gdyż w mojej ocenie najlepiej social media opanowała skrajna prawica, której polityczną reprezentacją jest Konfederacja. Nie wszędzie jednak tak jest.
Przyzwyczajeni jesteśmy do cenzury mającej charakter polityczny, ale cenzura telewizyjna w III RP miała również charakter merytoryczny, uniemożliwiając dotarcie ze swoim przekazem do mas takim osobom jak Krzysztof Karoń, Grzegorz Braun i inni liderzy skrajnej prawicy. Dziś ich rozpoznawalność, w myśl zasady „im głupszy, tym lepszy”, jest większa niż ta, którą cieszą się politycy promowani przez media głównego nurtu. Najlepszym testem realnej popularności polityków jest trwająca obecnie kampania prezydencka, gdzie kandydatów promowanych przez rządzący salon takich jak Małgorzata Kidawa–Błońska czy Robert Biedroń, którym sondaże dawały ponad 20 proc. (w przypadku kandydatki PO) czy kilkanaście proc. (w przypadku kandydata Lewicy) spotkał zimny prysznic w postaci notowań w granicach 2 proc. Z polskiej perspektywy, gdzie debata publiczna od dawna jest zdominowana przez różne odłamy prawicy, sytuacja wydaje się beznadziejna. Podział wpływów medialnych można streścić w następujący sposób: TVN, Gazeta Wyborcza – PO, TVP, Gazeta Polska – PiS, Konfederacja – internet. Na szczęście istnieją kraje, gdzie lewica radzi sobie w internecie bardzo dobrze. Chyba największym zaskoczeniem są tutaj USA.
Ze względu na wyjątkowy charakter relacji polsko-amerykańskich, czy raczej wyjątkową podległość polskich elit medialno-politycznych wobec wszystkiego, co amerykańskie, analizowanie tamtejszej sceny politycznej może być dla polskiej lewicy zbawienne. W dodatku jest to postulat absolutnie wykonalny, gdyż młodzi Polacy rozumieją dziś język angielski. Ze swoich obserwacji emigranta zarobkowego we Francji, mogę powiedzieć, że Polacy na tle innych nacji europejskich wypadają na tym polu nawet bardzo dobrze. W tym miejscu warto przypomnieć, że już raz postępowe idee i program dotarły do Polaków dzięki bliskim kontaktom z innym językiem i niepolskim życiem politycznym: polski marksizm narodził się w Rosji, a konkretnie na rosyjskich uniwersytetach w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Petersburgu co piąty student był wtedy Polakiem, czy raczej dzieckiem elit ziemiańskich z terytoriów dawnej Rzeczpospolitej wcielonych do Rosji. To w Rosji studiowali Ludwik Waryński, Stanisław Kunicki i wielu innych działaczy partii Proletariat. Wydawałoby się, że dla relacji polsko-rosyjskich były to czasy tragiczne, gdyż trwał proces represji po powstaniu styczniowym, likwidacja resztek polskiej autonomii, polityka rusyfikacyjna. Jednak właśnie ta rusyfikacja dała nieoczekiwany rezultat w postaci dostępu do «Kapitału» Karola Marksa przetłumaczonego na język rosyjski. Czy historia może się w pewien sposób powtórzyć? Jako działacz lewicowy wyczekujący z niecierpliwością jakiejś małej iskierki dającej nadzieję, chciałbym, by tą iskierką był amerykański marksizm dostępny na YouTube i innych mediach społecznościowych.
Jedną z postaci zza oceanu, których obecność na YouTube wnosi lewicową perspektywę i daje widzom szansę na zrozumienie mechanizmów rządzących kapitalistycznym światem, jest profesor ekonomii Richard Wolff. Uczony ten jest aktywny publicznie od pięćdziesięciu lat – już w latach siedemdziesiątych wydawał niszowe pisma o profilu marksistowskim, mówiąc mniej więcej to samo, co dziś. Z tym, że do kryzysu z 2008 roku mało kogo to interesowało.
Wolff podkreśla, że jego obecna popularność jest efektem odrodzenia amerykańskiego ruchu socjalistycznego.
Historię amerykańskiej lewicy można podzielić na trzy etapy. Pierwszy zaczyna się wraz z rozwojem amerykańskiego kapitalizmu w XIX wieku i trwa do końca II wojny światowej. W tym to okresie następuje gwałtowna industrializacja, a USA z kraju peryferyjnego stają się główną gospodarką świata. Jest to też okres brutalnej walki klasowej, której najlepszym przykładem są wydarzenia z Chicago (upamiętniamy je co roku 1 maja). Wybuch Rewolucji Październikowej i powstanie Międzynarodówki Komunistycznej miało swoje echo także w USA. Gdy rozpoczął się wielki kryzys w 1929 r., w USA były silnie reprezentowane wszystkie segmenty ruchu robotniczego: partia komunistyczna, partia socjalistyczna, silny ruch anarchistyczny i masowe związki zawodowe. Do tej układanki należy doliczyć silny ruch chłopski, który w latach trzydziestych organizował masowo blokady dróg, a także miliony bezrobotnych Amerykanów. Gdy dodamy do tego jeszcze terror Ku Klux Klanu, to wyłania nam się obraz kraju przypominający beczkę prochu.
Do rewolucji jednak nie doszło. Inspirowany keynesizmem prezydent Roosevelt przeprowadził socjaldemokratyczne reformy, równocześnie represjonując najbardziej radykalne (czytaj: rewolucyjne) skrzydła ruchu robotniczego. Gospodarka amerykańska zaczęła wychodzić z kryzysu, a w długotrwałym kryzysie znalazła się z kolei amerykańska lewica. Ostateczny cios jednak zadał jej senator Joseph McCarthy, z którego nazwiskiem wiążą się prześladowania komunistów w USA po II wojnie światowej. Wspomniany kryzys przejawiał się odrzuceniem marksizmu, socjalizmu i walki klasowej. Niejako w zamian nowa lewica w USA przez kilkadziesiąt lat koncentrowała się na zupełnie nowych problemach, takich jak walka o prawa LGBT.
To jednak pewne uproszczenie: między początkiem zimnej wojny a kryzysem 2008 roku było kilka momentów aktywizacji politycznej amerykańskiej lewicy. Partie i środowiska o charakterze socjalistycznym były obecne w ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, w ruchu antyglobalistycznym, gdy ten tworzył się w czasach Busha juniora, podczas protestów przeciwko inwazji na Irak w 2003 r. Amerykański socjalizm cały czas gdzieś tam istniał i opór się tlił. Nie można jednak jego siły porównać do sytuacji z lat 30. XX wieku, kiedy amerykańska burżuazja obawiała się rewolucji. Z kolei masowe ruchy kontestacyjne nie stawiały wyraźnie programu socjalistycznej zmiany społecznej.
Socjalizm jako ruch masowy powrócił do USA w 2008 roku jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny.
Warto wymienić tutaj dwa wydarzenia: ruch Occupy Wall Street z 2011 roku i kampanię prezydencką Berniego Sandersa z 2016 roku. Efektem zmiany świadomości są kolejne sondaże pokazujące, że przynajmniej połowa młodych Amerykanów popiera socjalizm. Dzisiaj wraz z wybuchem kolejnego kryzysu kapitalizmu zainteresowanie marksizmem, socjalizmem i komunizmem cały czas w USA rośnie. To właśnie Stany Zjednoczone są obecnie centrum walki strajkowej na świecie.
Renesans amerykańskiej lewicy jest ściśle związany z marksowskim bon motem: byt kształtuje świadomość. 75 lat kryzysu amerykańskiej lewicy przypada na okres niekwestionowanej dominacji ekonomicznej USA na świecie, przekładającej się także na względnie wysoki poziom życia w USA, dotyczący także mas pracujących. Gdyby American dream trwał dalej, to ani profesor Wolff, ani nawet cała armia marksistowskich profesorów nie byliby w stanie rozreklamować socjalizmu w dobrze prosperującym kapitalistycznym społeczeństwie. Kryzys jednak się rozpoczął i najbardziej uderzył w amerykańską młodzież, pracującą na umowach śmieciowych, obciążoną kredytami studenckimi i pozbawioną dostępu do świadczeń medycznych.
Kim jest profesor Wolff? Z samych wypowiedzi Wolffa, jak i z biogramu dostępnego w Wikipedii wynika, że nie jest to typ prześladowanego przez system rewolucyjnego dysydenta. W odróżnieniu od Marksa czy Lenina nie był zmuszony do emigracji czy ucieczki; wręcz przeciwnie – robił karierę. Skończył najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety (Harvard, Yale, Stanford), pracował na wielu uczelniach w USA, ale też m.in. na paryskiej Sorbonie. Jako wykładowca uniwersytecki wykładał ekonomię burżuazyjną, a równocześnie wydawał marksistowskie periodyki, w których tę ekonomię krytykował.
Polityczne zaangażowanie Wolffa również dalekie jest od radykalizmu. Mimo istnienia w USA różnych marginalnych grup o profilu marksistowskim, Wolff wolał współpracować z lewicą bardziej ugrzecznioną, na styku amerykańskich Zielonych i lewicowych frakcji w Partii Demokratycznej. Jednak w 2008 r., gdy wybuchł kryzys kapitalizmu, urodzony w 1942 r. Wolff przeszedł na emeryturę i tym samym zyskał swobodę wypowiedzi. Pierwsze filmy Wolffa w serwisie Youtube to wykłady na temat marksistowskiej ekonomii, nagrywane w jakiejś szkole, w formacie zajęć lekcyjnych z tablicą. Poziom techniczny był słaby. Z czasem jednak profesor zaczyna być zapraszany do mainstreamowej telewizji, a także bierze udział w różnych debatach, organizowanych na uczelniach lub z inicjatywy różnych stowarzyszeń. Sam Wolff powołał stowarzyszenie Democracy at Work, dla którego co tydzień nagrywa półgodzinny serwis ekonomiczny Economic Update. Oprócz tego tworzy regularnie krótkie, mniej więcej dziesięciominutowe filmy z cyklu «Zapytaj Profesora Wolffa», gdzie odpowiada na wszelkie pytania związane z marksizmem i socjalizmem. Śmiało można powiedzieć, że stał się kimś na kształt marksistowskiej telewizyjnej gwiazdy. Codziennie można go zobaczyć czy to w debatach na innych lewicowych kanałach, czy też w debatach telewizyjnych. Warto tu jeszcze podkreślić, że Wolff blisko współpracuje z innymi marksistowskimi intelektualistami, z których najbardziej znany jest popularyzator «Kapitału» David Harvey, którego wykłady także można obejrzeć na kanale Democracy at Work.
No dobrze, ale za słowami takimi jak marksizm czy socjalizm kryje się w praktyce wiele różnych treści – od Berniego Sandersa do Komunistycznej Partii Chin. Jaki socjalizm prezentuje Wolff?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż sam zainteresowany nigdy jej jednoznacznie nie udzielił. Jako fan Wolffa (może nie jego myśli politycznej, ale jego stylu wypowiadania się, pięknej i łatwej do zrozumienia angielszczyzny i ogromnej erudycji) obejrzałem mnóstwo filmów z jego udziałem i uważam, że w najważniejszych kwestiach nie daje on jasnej, precyzyjnej odpowiedzi.
Z jednej strony trzeba rozumieć, do kogo Wolff adresuje swoje filmy. Moim zdaniem targetem są wyborcy Berniego Sandersa, czyli osoby, dla których socjalizm to coś na kształt rozwiązań skandynawskich, w istocie mało radykalnych. De facto chodzi więc nadal o kapitalizm, tylko z rozbudowanym socjalem, bezpłatną edukacją i powszechną służbą zdrowia.
Jeśli jednak przeanalizujemy wypowiedzi Wolffa na temat Rewolucji Październikowej czy Rewolucji Chińskiej, to czeka nas, w porównaniu z debatą o historii w Polsce, łyk świeżego powietrza. Profesor ma dla rewolucjonistów wiele szacunku, a rewolucje ocenia jako wydarzenia, które zmodernizowały zacofane kraje i realnie polepszyły poziom życia tamtejszych społeczeństw. Nie czuje potrzeby, by w każdej wypowiedzi publicznej koniecznie się uwiarygodnić, potępiając „bolszewicki totalitaryzm”, jak to robią polscy socjaldemokraci. Koncentruje się na krytyce kapitalizmu.
Oczkiem w głowie Wolffa są spółdzielnie robotnicze, a konkretnie ruch społeczny proponujący zastępowanie firm o charakterze hierarchicznym, gdzie przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji i de facto pełni rolę „despotycznego monarchy” w swojej firmie, w spółdzielnie robotnicze. Profesorowi marzy się nowa rewolucja francuska w firmach – obalenie monarchów i ustanowienie oddolnej demokracji. Spółdzielnie robotnicze według Wolffa mają być bazą społeczną nowego systemu ekonomicznego, analogiczną do przedsiębiorstw kapitalistycznych istniejących w upadającym feudalizmie. W wykładach Wolffa na temat spółdzielni robotniczych wyczuć można naiwną wiarę w nieustający postęp spółdzielczości. Ciągle więc słyszymy przykłady o kolejnych spółdzielniach w USA czy hiszpańskiej spółdzielni Mondragon. Niestety profesor wykazuje w tej materii wybiórczość czy wręcz brak wiedzy. W końcu w naszym obszarze geograficznym, czyli w krajach byłego Bloku Wschodniego, sektor spółdzielczy był w czasach socjalizmu bardzo rozwinięty. Najbardziej znany jest oczywiście model jugosłowiański – warto tutaj podkreślić, że tamtejsza spółdzielczość przetrwała rozpad Jugosławii i została zniszczona dopiero w następnych latach w wyniku m.in. bombardowań NATO. Nie jest więc tak, że ruch na trasie przedsiębiorstwa kapitalistyczne -spółdzielczość robotnicza ma charakter wyłącznie jednokierunkowy. Spółdzielnie mogą powstać, ale mogą też zostać sprywatyzowane, czego chyba Wolff nie dostrzega. Oddzielnym tematem jest komercjalizacja wielkich spółdzielni i ich ewolucja w kierunku zwyczajnych firm kapitalistycznych. Przykładem jest tutaj Europa Zachodnia i Francja, w której mieszkam. Wszak jeden z największych banków na świecie, francuski bank Credit Agricole powstał jako wiejski bank spółdzielczy!
O ile mi wiadomo, Wolff nigdy nie pokusił się o odpowiedź na pytanie: gdzie kończy się socjalistyczna spółdzielczość, a zaczyna kapitalistyczna korporacja, wykorzystująca spółdzielczość jako element public relations? Ulubiona spółdzielnia Wolffa, czyli hiszpański Mondragon, już dziś akceptuje różnice w płacach prezesów i szeregowych pracowników na poziomie dziesięciokrotności. Wolff nie odpowiada na pytanie, jak wiele mogą zarabiać prezesi, by ciągle cały projekt można było uznać za godny wspierania. Warto dodać, że Mondragon jest obecny także na rynku tzw. usług finansowych, czyli, mówiąc krótko – zajmuje się spekulacją. Mondragon ma też ciemną kartę związaną z Polską: gdzie w czasach wielkiej prywatyzacji kupił przedsiębiorstwo w Polsce na zasadzie wrogiego przejęcia, tylko po to by je później zamknąć, likwidując konkurencję dla firmy hiszpańskiej.
Marksista Wolff nie zrozumiał zupełnie marksistowskiej analizy państwa i koncepcji dyktatury proletariatu. Wiara w pokojowe przejście do socjalizmu za pośrednictwem poszerzającego się sektora spółdzielczego sytuuje go raczej w gronie przedmarksowskich socjalistów utopijnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wolff jako krytyk kapitalizmu jest specjalistą najwyższej klasy.
Jego największym atutem jest znajomość współczesnej ekonomii burżuazyjnej, która jest kształtowana właśnie w USA przez ludzi, z którymi Wolff studiował i pracował na tych samych uczelniach. Kto więc zna język angielski, jak najszybciej powinien Wolffa słuchać. Kto nie czuje się na tyle mocny językowo, może odszukać część przetłumaczonych wykładów na kanałach Odrodzenie Komunizmu i Media Lewicowe.
Jeśli USA mogło zmienić się na naszych oczach i o prezydenturę walczył odwołujący się do socjalizmu Bernie Sanders, to i w Polsce może w końcu dojść do odrodzenia antykapitalistycznej lewicy. Może już w przyszłych wyborach prezydenckich polscy antykapitaliści będą mieli na kogo głosować?
Autor jest robotnikiem fizycznym mieszkającym we Francji i autorem kanału Odrodzenie Komunizmu na YouTube.

Zaistnieć na rynkach wschodnich

Polscy przedsiębiorcy potrzebują konkretnych rad oraz podpowiedzi, które pomogłyby im w skutecznej ekspansji eksportowej na Wschód.

W dobie odmrażania gospodarki wielu przedsiębiorców poszukuje nowych rynków zbytu. Zrozumiałe, że niektórzy z nich myślą o tym aby swoje produkty bądź usługi sprzedawać za naszą wschodnią granicą. Nie ma problemu, aby rozwinąć import ze Wschodu. Nieporównanie trudniejsze jest jednak podjęcie na tym kierunku opłacalnego eksportu.
Wciąż niełatwo tak zorganizować działalność gospodarczą, aby pojawienie się na tym rynku miało sens i przekuło tę obecność na wymierny sukces. Tym bardziej, że eksporterzy nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu PiS.
Rosja jest jedną z największych gospodarek na świecie. Znajdują się tam firmy z całego globu. Aby pojawić się i odnieść sukces u naszych wschodnich sąsiadów należy znaleźć niszę na rynku lub zbudować konkurencyjną przewagę.Niewiele polskich firm wykorzystało naszą przewagę z lat 90- tych gdzie dla zachodniej konkurencji Rosja wydawała się jeszcze niezrozumiałym obudzonym niedźwiedziem. Dziś po 30 latach otwarcia rosyjskiej gospodarki zachodnie firmy mniej jej się boją, lepiej rozumieją i dlatego nie reagują już tak panicznie jak wcześniej na zachwiania rosyjskiej gospodarki, która podnosi się po każdym kryzysie jak feniks z popiołów. Każda branża ma swój potencjał w Rosji, a czasy kiedy rosyjscy „przemytnicy” przyjeżdżali z walizkami pieniędzy do Polski się skończyły – mówi Sebastian Sadowski-Romanov, prezes firmy Itro specjalizującej się w doradztwie eksportowym.
Aby na tym specyficznym rynku się odnaleźć i pozyskać partnerów biznesowych lub dystrybutorów należałoby wykonać kilka podstawowych kroków – wprawdzie dosyć naturalnych ale wcale niełatwych do skutecznego wykonania i bynajmniej nie dających pewności, że przyniosą oczekiwany efekt. Jak wszędzie, potrzebny jest także łut szczęścia, jednak szczęściu należy pomagać.

– Dziś jak polska firma chce wejść na rynek rosyjski to musi w to wejście zainwestować. Przygotować materiały w języku rosyjskim, pojechać na misję gospodarczą i wystawić się na targach. Wówczas mamy szansę na znalezienie partnerów na tym rynku, a w wersji idealnej powinniśmy otwierać tam swoje oddziały i fabryki jak uczyniły to TZMO S.A. (materiały opatrunkowe i higieniczne, kosmetyki) czy Cersanit S.A. (kafelki, ceramika sanitarna), którzy są dziś liderami w swoich sektorach na rynku rosyjskim – dodaje Sadowski-Romanov.
To są ogólne i oczywiste obserwacje, ale znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania, jak to wszystko zrobić: jak zorganizować wyjazd na misję gospodarczą, na jakich targach się wystawić, co zrobić, by goście zainteresowali się naszym stoiskiem, jak zabrać się za tworzenie własnych oddziałów, z kim w tym celu należy rozmawiać? Takich właśnie, praktycznych rad oczekują nasi przedsiębiorcy.
Niektóre polskie branże mogą poszukać swoich szans jeszcze dalej, na rynku chińskim. Jest on jednak o wiele trudniejszy do zdobycia niż rynek rosyjski, bo Chiny same produkują niemal wszystko, z reguły lepiej niż Polacy, a na pewno taniej. Jednak produkujemy w Polsce produkty, które są w Chinach eksportowym hitem. Niektóre przedsiębiorstwa natomiast zdecydowały się na otwarcie tam swoich fabryk, dzięki czemu mogą znacznie skrócić łańcuch dostaw. Dobrym przykładem wejścia na rynek chiński jest firma Selena (chemia budowlana), która otworzyła tam własny zakład, nie tylko dla potrzeb taniej produkcji, ale właśnie ekspansji na tym rynku. W Chinach produkują także np. Sanok Rubber (pasy klinowe, uszczelki) czy Boryszew (borygo).
Chiny są ogromnym miejscem zbytu i niektóre z polskich firm zdobywają tam już swoje przyczółki, jednak idzie to raczej opornie.

-Chiński konsument szuka produktów o wysokiej jakości i znanej marce, szuka produktów luksusowych, a ja niestety nie mogę powiedzieć że Polska kojarzy mi się z luksusowymi produktami lub znanymi markami. Dlatego należy szukać swoich nisz w mniej popularnych miastach, poza Szanghajem i Pekinem bo tam jest już cały świat ze swoją ofertą. Chińskiej firmy szukają nowych technologii, inwestują w startupy. Więc jeżeli chcemy dziś wejść na rynek chiński to musimy czymś zaskoczyć chińskiego klienta. Naturalnym polskim hitem eksportowym na rynek chiński mogą być wyroby spożywcze i cukiernicze, ponieważ tak ogromny kraj trzeba wykarmić. Ogromny potencjał drzemie w tym rynku również dla producentów gier, ale tak jak z jedzeniem należy dostosować ofertę do rynku. Problemem jest odmienny od europejskiego gust i smak chińskich klientów co wymaga dostosowania produktów i opakowań do ich oczekiwań – zauważa Sebastian Sadowski-Romanov.
I tu także potrzebna byłaby podpowiedź, jak to wszystko zrobić: jak dobrze rozpoznać gust i smak klientów tak olbrzymiego kraju, jakie warunki muszą spełniać polskie produkty i opakowania, aby zaspokoić chińskie oczekiwania?. Na podobne, konkretne rady bardzo czekają polscy przedsiębiorcy.

Jest ryzyko, jest zabawa?

Epidemia koronawirusa to czynnik mogący przyczyniać się do rozruchów społecznych.
Jakie kraje są najbardziej podatne na niepokoje w następstwie Covid-19? Jak można się spodziewać, wszystkie rozwinięte gospodarki znajdują się wśród 35 krajów o najniższym ryzyku społecznym. Pierwsze miejsca zajmują zdyscyplinowani i doceniający dobro społeczne Skandynawowie: Dania, przed Finlandią i Szwecją. Niemcy są 5, USA – 23, a Włochy (gdzie poziom egoizmu indywidualnego i grupowego jest chyba znacznie wyższy) – dopiero na 30.
W gospodarkach wschodzących sytuacja jest bardziej zróżnicowana. W Europie najbardziej podatna na niepokoje społeczne jest Turcja, a na Bliskim Wschodzie – Iran. Najwyższe ryzyko społeczne panuje obecnie w Ameryce Łacińskiej i Afryce, gdzie prawie wszystkie kraju otrzymały bardzo niski tzw. wskaźnik IRS. Ten wskaźnik opracowuje Euler Hermes, światowa firma zajmująca się ubezieczaniem należności. Indeks ryzyka społecznego (IRS) wskazuje, które kraje są podatne na niezadowolenie społeczne, demonstracje i protesty, mające wpływ na kierunek polityczny i politykę danego kraju oraz jego przedsiębiorstw,
Z indeksu wynika,.że w 2021 r. możemy spodziewać się umiarkowanego wzmocnienia ryzyka społecznego w Zjednoczonym Królestwie, w Stanach Zjednoczonych i Belgii oraz wysokiego wzrostu tego ryzyka w Ameryce Łacińskiej, niektórych krajach afrykańskich i na Bliskim Wschodzie.
Wskaźnik IRS klasyfikuje kraje w skali od 0 (najwyższe ryzyko społeczne) do 100 (najniższe ryzyko). Zdefiniowany został w oparciu o 12 wskaźników, obejmujących m.in. wzrost realnego PKB per capita, aktywność zawodową ludności w wieku produkcyjnym, nierówności w dochodach, wydatki publiczne na cele społeczne czy zaufanie do rządzących.
W grupie krajów wysoko rozwiniętych oprócz Włochów najgorzej wypada Grecja (35. miejsce – 61,4 pkt. ). Pomimo swojego rankingu wynik Grecji odzwierciedla poprawę o +6,2 proc. w stosunku do sytuacji obserwowanej pięć lat wcześniej, kiedy kraj znajdował się w samym środku kryzysu związanego z długiem państwowym.
W europejskich krajach rozwijających się ryzyko społeczne jest umiarkowane: IRS wynosi powyżej 50 pkt. W azjatyckich krajach rozwijających się – poniżej 50, w tym dla Chin 49,3. Często kraje te mają niekorzystne warunki zatrudnienia i dochodów, oraz słabe postrzeganie instytucji publicznych. Sugeruje to na znaczącą podatność na systemowe niepokoje społeczne w przyszłości.

Epidemia Covid-19 stanowi dodatkowe źródło ryzyka społecznego w 2020 i 2021 r. Jednak już 2019 był rokiem jego wzrostu. Euler Hermes nie podaje niestety, jaki jest wskaźnik ryzyka społecznego dla Polski.

Bezpieczeństwo narodowe jest podstawą stabilności i dobrobytu Hongkongu

28 maja podczas trzeciej sesji OZPL XIII kadencji przegłosowano decyzję o upoważnieniu Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych do sformułowania odpowiednich przepisów dotyczących ustanowienia i usprawnienia systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong w zakresie ochrony bezpieczeństwa narodowego.

Decyzja ta zyskała szerokie poparcie osób ze wszystkich grup etnicznych w całym kraju, w tym z Hongkongu, spotkała się również z szerokim zainteresowaniem i wzbudziła dyskusje wśród międzynarodowej opinii publicznej. W tym miejscu chciałbym podzielić się z polskimi przyjaciółmi kilkoma poglądami dotyczącymi tej sprawy.
Po pierwsze prawodawstwo w Hongkongu w zakresie bezpieczeństwa narodowego jest absolutnie niezbędne i wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Podstawową przesłanką istnienia i rozwoju państwa jest jego bezpieczeństwo narodowe, wszystkie kraje świata wydają przepisy prawne stanowiące w tym względzie. Jednak z różnych powodów Hongkong zajął miejsce pośród regionów posiadających wątłe systemy prawne i mechanizmy wykonawcze w zakresie utrzymania bezpieczeństwa narodowego oraz pośród tych o najsłabszym systemie ochrony bezpieczeństwa narodowego. W 2019 roku podczas „huraganu poprawek” radykalne i separatystyczne siły ruchu “niepodległości Hongkongu” nawoływały do uzyskania niepodległości przez Hongkong. Brutalne działania terrorystyczne nasilały się gwałtownie, a siły zewnętrzne zuchwale wtrącały się w sprawy miasta, rzucając poważne wyzwanie doktrynie „jeden kraj, dwa systemy” i realnie zagrażając bezpieczeństwu narodowemu. W pełni obnażono istniejące i wyraźne luki i niedoróbki prawne w Hongkongu na płaszczyźnie utrzymania bezpieczeństwo narodowego. Nie ma państwa, które zignorowałoby nielegalne działania godzące w jego własne bezpieczeństwo narodowe. W sytuacji, gdy bezpieczeństwo narodowe znajduje się w bezpośrednim zagrożeniu i doznaje uszczerbku, a rząd miejscowy nie jest w stanie ukończyć prac legislacyjnych nad przepisami dotyczącymi jego ochrony, Rząd Centralny jest zmuszony do ustanowienia i poprawienia z poziomu centralnego systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego dotyczących utrzymania bezpieczeństwa narodowego w Specjalnym Regionie Autonomicznym Hongkong i stworzenia tym samym swoistego bastionu bezpieczeństwa. Są to wspólne nadzieje żywione przez 1,4 mld Chińczyków, do których zaliczają się również rodacy z Hongkongu.
Po drugie, co racjonalne i zgodne z prawem, rząd centralny jest odpowiedzialny za ochronę bezpieczeństwa narodowego. W każdym państwie na świecie stanowienie prawa dotyczącego bezpieczeństwa narodowego jest uprawnieniem ustawodawcy krajowego. Rząd Centralny ponosi największą i ostateczną odpowiedzialność za bezpieczeństwo narodowe lokalnych regionów administracyjnych, co stanowi podstawową teoretyczną zasadę suwerenności narodowej i jest powszechną praktyką we wszystkich krajach na świecie. Art. 31 Konstytucji ChRL stanowi, że system wprowadzony w specjalnym regionie administracyjnym będzie określony ustawą Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych z uwzględnieniem szczególnych okoliczności. Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, jako najwyższy organ państwowy, uwzględniając faktyczną sytuację i potrzeby, może wykonywać wszystkie niezbędne uprawnienia oraz obowiązki związane z utrzymywaniem bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu zgodnie z Konstytucją i Ustawą Zasadniczą miasta, a w tym tworzenie przepisów bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz budowanie odpowiednich systemów prawnych i mechanizmów egzekwowania prawa.
Po trzecie, bezpieczeństwo narodowe gwarantuje, że doktryna „jeden kraj, dwa systemy” będzie realizowana regularnie i długoterminowo, a Hongkong cieszyć się będzie stabilnością i dobrobytem. Bezpieczeństwo narodowe jest osią doktryny „jeden kraj, dwa systemy” i podstawą jej istnienia. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego chroni suwerenności, jedności i integralności terytorialnej kraju i zapewnia, że realizacja doktryny „jeden kraj, dwa systemy” nie jest zniekształcona ani zdeformowana. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego wymierzone są przeciwko bardzo niewielu aktom poważnie zagrażającym bezpieczeństwu narodowemu. Nie zmienią one systemu społecznego ani prawnego Hongkongu, nie wpłyną również na wysoki stopień autonomii miasta. Od momentu powrotu Hongkongu do Chin mieszkańcy miasta korzystali z najszerszych praw i wolności w historii. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego umożliwią jeszcze lepsze korzystanie z tych praw i wolności w bezpiecznych okolicznościach. Jednocześnie nastąpi poprawa nastrojów społecznych związanych z wymianą i współpracą zewnętrzną z Hongkongiem, wyeliminowane zostaną obawy związane z niepokojami społecznymi w mieście, chronione będą uzasadnione prawa i interesy pochodzących z różnych krajów instytucji i ich personelu w Hongkongu, stworzone zostanie jeszcze korzystniejsze środowisko biznesowe dla inwestorów, a wszystko to przyczyni się do utrzymania długoterminowego dobrobytu i stabilności Hongkongu.
Po czwarte determinacja Chin w przeciwstawianiu się ingerencji sił zewnętrznych w sprawy Hongkongu jest niezachwiana. Hongkong to Specjalny Region Administracyjny Chin i lokalny region administracyjny pozostającym bezpośrednio pod władzą Rządu Centralnego ChRL. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego należy wyłącznie do spraw wewnętrznych Chin i żadne siły zewnętrzne nie są uprawnione do interwencji. Niektóre kraje ogłosiły dziesiątki przepisów dotyczących bezpieczeństwa narodowego, starając się stworzyć własną „żelazną” siatkę bezpieczeństwa, równocześnie nalegając na „wycinanie dziur” i osłabianie chińskiej sieci bezpieczeństwa narodowego. Wskazują one palcem na przepisy bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu i wysuwają nieprzemyślane i nieodpowiedzialne komentarze, a nawet posuwają się do gróźb i zastraszania. Stosowanie takich podwójnych standardów i kierowanie się logiką hegemoniczną w pełni ujawnia ich prawdziwy cel, którym jest stłumienie i zatrzymanie rozwoju Chin. Chiny są zdeterminowane, pewne siebie i zdolne do obrony narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych.
Cieszę się, że w ostatnich latach Polska i Hongkong zbliżyły się na płaszczyznach wymiany i współpracy, a obroty handlowe między stronami utrzymały średnią roczną stopę wzrostu na poziomie 6,7% w latach 2014-2019. Stabilność Hongkongu leży we wspólnym interesie Chin i Polski. Chiny będą w dalszym ciągu zgodnie z prawem chronić interesów różnych krajów (w tym Polski) w Hongkongu, będą nadal rozszerzać pragmatyczną współpracę między Hongkongiem i innymi krajami w dziedzinie gospodarki, handlu, kultury i turystyki. Mam nadzieję, że przyjaciele ze wszystkich środowisk w Polsce dokładnie i właściwie rozumieją doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”, szanują i wspierają starania Chin o zgodne z prawem utrzymanie bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz razem z Chinami powitają z radością piękną przyszłość Hongkongu- miasta stabilizacji i dobrobytu.

Dlaczego Chiny nie ustalają konkretnego celu wzrostu gospodarczego?

Chiny postanowiły nie wyznaczać konkretnego rocznego celu wzrostu gospodarczego na 2020 r. Jest to mądra, dalekowzroczna i odpowiedzialna decyzja, aby poradzić sobie ze skomplikowaną sytuacją w kraju i na świecie.

Nowa narracja w rządowym raporcie roboczym przedłożonym krajowemu prawodawcy ujawnia praktyczną zasadę przywództwa polegającą na dostosowywaniu się do niepewności i ogromnych trudności spowodowanych epidemią koronawirusa i globalną recesją
gospodarczą.
Epidemia mocno odbiła się na chińskiej gospodarce w pierwszym kwartale, powodując spadek produktu krajowego brutto o 6,8 procent w skali roku.
Chociaż gospodarka z pewnością zyska na wartości dzięki wspieranej przez rząd polityce, Chiny muszą w pełni uwzględnić trudności, ryzyko i niepewność oraz zwiększyć prędkość reagowania.
Cele wyznaczone przez rząd chiński w tym roku są bardziej elastyczne i wykonalne. Za sprawą koncepcji modelu zrównoważonego rozwoju, która nigdy nie dąży do krótkoterminowych zysków kosztem korzyści długoterminowych. Raport podkreśla wagę, jaką przywiązuje się do promowania zatrudnienia, zapewnienia pełnej gry podmiotom rynkowym i poprawy warunków życia ludzi.
Zatrudnienie należy ustabilizować, tworząc w tym roku ponad 9 milionów miejsc pracy, jak zauważa raport, podkreślając koncepcję stawiania ludzi na pierwszym miejscu.
Rok 2020 jest szczególnym rokiem dla Chin. Kraj ten chce wyeliminować ubóstwo i zbudować podstawy umiarkowanie zamożnego społeczeństwa. Oznacza to, że rząd musi zapewnić ludziom odpowiednie zakwaterowanie, usługi medyczne i inne usługi publiczne.
Fakt, że nie ustalono żadnego konkretnego celu, nie oznacza, że ​​Chiny porzuciły determinację, by osiągnąć stały wzrost w obliczu piętrzących się trudności. Aby osiągnąć te cele, Chiny muszą twardo trzymać się swojej polityki reform i otwarcia.
Nowa narracja pokazuje determinację Chin, by stać się bardziej realistycznym, elastycznym i dalekowzrocznym, z wizją innowacyjnego, skoordynowanego, zielonego i otwartego rozwoju dla wszystkich.
Chińska gospodarka wciąż ma dobre perspektywy. Zgodnie z najnowszym raportem Światowej Perspektywy Gospodarczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, pomimo przewidywanego spadku tempa wzrostu PKB, oczekuje się, że w Chinach, w tym roku nastąpi wzrost gospodarczy oraz silne odbicie w 2021 r.
Brak celu to dobry cel.

Droga od planu do rynku

Pierwsze próby polskich reform gospodarczych za czasów realnego socjalizmu.

Początki reform gospodarczych w Polsce i doskonalenie systemu gospodarki socjalistycznej, datują się od przesilenia politycznego w 1956 r. Wtedy to w czerwcu 1956 r odbył się w przełomowy Zjazd Ekonomistów.
Zjazd ów stał się w owym czasie ważnym wydarzeniem w życiu kraju, a dla środowiska ekonomicznego miał znaczenie przełomowe. Tuż po zjeździe nastąpiły wydarzenia poznańskie, a w październiku warszawskie. Wydarzenia te zrodziły atmosferę sprzeciwu wobec ówczesnego systemu gospodarczego.
Nastąpiło pewne przyzwolenie na dyskusję nad wadami tego systemu i kierunkami jego doskonalenia, co prawda w kręgach zamkniętych w ramach organizacji społeczno-zwodowych (Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierowania i inne), a nawet na uczelniach ekonomicznych. Spowodowało to ożywienie środowisk ekonomicznych.
Na przykład w Szkole Głównej Planowania i Statystyki przywrócono możliwość wykładów prof. Edwarda Lipińskiego, znanego opozycjonisty (późniejszego członka Komitetu Obrony Robotników), na które uczęszczały tłumy studentów. Utworzono Klub Inteligencji Katolickiej pod przywództwem Tadeusza Mazowieckiego późniejszego pierwszego niekomunistycznego premiera.
W ramach tegoż KIK mogło działać Koło Ekonomistów pod przywództwem opozycjonisty prof. Stefana Kurowskiego, którego miałem zaszczyt być członkiem.
W tych zamkniętych kręgach odbywały się dyskusje analizujące wady gospodarki socjalistycznej i potrzeb zmiany tego systemu. Oczywiście te dyskusje nie mogły być powszechne i wychodzić poza ścisłe ramy ich uczestników. Zjazd Ekonomistów dał podwaliny do dalszych kolejnych reform gospodarczych, aż do 1989 r.
Historia polskich reform miała znaczenie również dla mnie osobiście. Przełomowy Zjazd Ekonomistów, choć nie byłem jego uczestnikiem, wywarł piętno na moim życiu zawodowym i karierze naukowej.
Atmosferę pewnego rozluźnienia w naukach ekonomicznych czuło się na SGPiS kiedy zacząłem studia w 1958 r. Oprócz wspominanych wykładów prof. E. Lipińskiego, zrezygnowano z wykładu specjalistycznego „Historia Ruchu Robotniczego”. Do SGPiS powrócił z obozu pracy z ZSRR prof. Aleksy Wakar. Pozwolono mu na SGPiS założyć i kierować Katedrą Ekonomii Politycznej. Było to miejsce kształtowania tzw. „szkoły wakarowskiej”, krytycznie analizującej system gospodarki centralnie planowanej.
Doszło do swego rodzaju paradoksu. Istniały obok siebie na SGPiS katedry ekonomii politycznej krytycznie nastawionej do gospodarki centralnie planowanej i katedry ekonomii politycznej pod kierunkiem zagorzałego ortodoksy gospodarki socjalistycznej Prof. Bronisława Minca (brata Hilarego Minca).
Reformy lat sześćdziesiątych zilustruję na empirycznym przykładzie moich doświadczeń zawodowych. Po ukończeniu studiów w 1963 r. zostałem asystentem w SGPiS w Katedrze Planowania i Polityki Ekonomicznej u prof. Kazimierza Secomskiego, późniejszego wicepremiera ds. gospodarczych. Katedra koncentrowała się nie na teorii gospodarki socjalistycznej, a na realnie stosowanej polityce gospodarczej.
Po dwóch latach asystentury podjąłem pracę w fabryce na stanowisku kierownika działu planowania. Tam mogłem konfrontować realną praktykę gospodarki socjalistycznej z teorią polityki gospodarczej głoszonej m.in. w katedrze SGPiS.
Po Zjeździe Ekonomistów i ogólnej odwilży, partia też zrozumiała konieczność reformowania gospodarki. Powstało zapotrzebowanie na propozycje rozwiązań. Na przykład w połowie lat 60-tych opracowano i wdrożono system bodźców ekonomicznych mający motywować przedsiębiorstwa do produkcji eksportowej i kooperacyjnej. Uzbrojony w teoretyczną wiedzę w katedrze SGPiS dokonałem oceny tego systemu w praktyce na przykładzie swojego przedsiębiorstwa, publikując w „Życiu Gospodarczym” w latach 1966 – początek 1968 r. serię artykułów na ten temat. Skuteczność działania bodźcowego systemu nie była właściwa, bo nie mogła być w ramach centralnego, dyrektywnego zarządzania przedsiębiorstwem socjalistycznym. Na lamach fachowej prasy dopuszczalna była krytyka nieskuteczności zastosowanych rozwiązań.
Innym przykładem prób reform w latach 60 jest próba wprowadzenia kompleksowego nowego systemu funkcjonowania przedsiębiorstw w wybranych przedsiębiorstwach, jako eksperymentu. Eksperyment miał służyć do zebrania doświadczeń i następnie powszechnego wprowadzenia w całej gospodarce. Eksperymentującym przedsiębiorstwem były Zakłady Wytwórcze Przyrządów Pomiarowych „Era” w Warszawie. Opis tego eksperymentu zawiera książka A. Gutowskiego „Eksperyment gospodarczy „Ery” oraz moja ocena w artykule opublikowanym w „Ekonomiście”. Ta próba reform również skończyła się fiaskiem.
Dalszym etapem moich losów zawodowych związanych z reformami gospodarki była rezygnacja z pracy w fabryce i powrót do nauki w Komisji Planowania (centralny organ planistyczny) przy Radzie Ministrów. Doświadczenia praktyki gospodarczej w przedsiębiorstwie dały możliwość zupełnie innego spojrzenia na funkcjonowanie jednostek gospodarczych i w warunkach rygorów centralnego planowania i w warunkach rynku.
Mając to doświadczenie, zacząłem zajmować się mechanizmami i trybem planowania centralnego – czyli doprowadzeniem planu centralnego do wykonawców, do przedsiębiorstw oraz motywacjami, jakimi kierują się przedsiębiorstwa pod rygorem planu. Jako kierownik działu planowania w przedsiębiorstwie byłem biorcą tych wskaźników, wynikających z planu centralnego. Publikowałem w pismach ekonomicznych: „Gospodarce Planowej” i „Życiu Gospodarczym”, gdzie wykazywałem mankamenty centralnego planowania. Odwilż jaka wtedy była, pozwalała na pewien zakres krytyki.
Okoliczności i miejsce pracy spowodowało, że tematem mej pracy doktorskiej był temat związany z praktyką planowania centralnego: praktyczne doprowadzenie tego planu do przedsiębiorstw. Tak ustawiony doktorat, praktyczny, a nie teoretyczny, musiał oprzeć się na empirii planowania centralnego. Empiria zaś była nieosiągalna, bo znajdowała się w niedostępnym archiwum Komisji Planowania i ministerstw gospodarczych. Ponieważ byłem pracownikiem Komisji Planowania, podjąłem próbę dotarcia do archiwum.
Udało się wyjednać pozwolenie u przewodniczącego Komisji Planowania Stefana Jędrychowskiego na korzystanie z archiwum. Uzyskiwałem też dostęp do materiałów archiwalnych w wybranych ministerstwach branżowych (nadzorujących poszczególne gałęzie przemysłu), w wybranych zjednoczeniach i przedsiębiorstwach. Takie badania dokumentacji pozwoliły prześledzić cały cykl planistyczny, od centralnego organu do przedsiębiorstw i sformułować wnioski wynikające z badań na wszystkich szczeblach.
Partia dopuszczała już wtedy ryzyko dyskredytowania gospodarki centralnej i jej niewydolności dla rozwoju gospodarczego, a co za tym idzie, zaspokajania potrzeb społecznych.
Lata pracy nad doktoratem (1968-1974) pozwoliły mi na zgłębienie meandrów funkcjonowania gospodarki socjalistycznej w praktyce – i konfrontacji z teorią. Ta praca doktorska stanowiła w pewnym sensie „kuriozum” jak na tamte czasy. W pracy zostały empirycznie zakwestionowane podstawowe kanony gospodarki socjalistycznej. Było to z doktrynalnego punktu widzenia nie do przyjęcia.
Z drugiej strony, praca nie mogła być podważona przez żadnego naukowca, ponieważ była oparta na rzetelnej i wszechstronnej empirii. Żadne wydawnictwo nie chciało się podjąć jej publikacji. Powstał problem obrony tej pracy i nadania tytułu doktora. Ostatecznie, praca uzyskała trzy entuzjastyczne recenzje wybitnych ekonomistów z różnych ośrodków akademickich (zwykle prace doktorskie recenzowało dwóch recenzentów). Dzięki przychylności promotora (nie bez znaczenia była jego praca w Komitecie Centralnym PZPR) i Rady Wydziału SGPiS była możliwa obrona.
Przychylność owa nie byłaby zaś możliwa, gdyby nie dorobek i atmosfera panująca po Zjeździe Ekonomistów w 1956 r. Dlatego uznano niżej podpisanego autora tego doktoratu za beneficjenta dorobku Zjazdu Ekonomistów – czemu dano wyraz w książce pt. „Przełomowy rok 1956 a współczesność” pod redakcją naukową prof. Zdzisława Sadowskiego, wydanej przez PTE w 2007 z okazji 50-lecia Zjazdu. Jest tam opisana historia przygotowania, opieki naukowej i obrony mojej pracy doktorskiej.

Afryka może liczyć tylko na siebie

W Afryce myśl, że oprócz „oficjalnej” – wziętej od cywilizacji Zachodu – wiedzy, jest także wiedza alternatywna, tradycyjna, jest powszechna. W świecie, w którym ubezpieczenia społeczne prawie nie istnieją, publiczna służba zdrowia jest fatalna i niedofinansowana, prywatna – podobna do tej, jaką znamy z Europy, a zatem oferująca usługi w zakresie leczenia wrośniętego paznokcia i niewiele ponadto, a na dodatek dostępna dla nielicznych, takie alternatywy jak znachor czy cudotwórca uzdrawiający za pomocą modlitwy są bardzo kuszące. Epidemia COVID-19 wyzwoliła takie praktyki na dobre.

Jak dotąd jednak oficjalne uznanie alternatywnych praktyk medycznych miała charakter epizodyczny. Odsunięty po 22 latach rządów prezydent Gambii Yahya Jammmeh, który – na wzór dawnych władców – chełpił się uzdrowicielskimi zdolnościami, opracowywał lecznicze mikstury i twierdził, iż potrafi leczyć nawet AIDS, przy czym szereg osób korzystających z jego specyfików (lub też przymuszanych do korzystania z nich) pochorowało się jeszcze bardziej, a nawet poumierało, stanowił w Afryce kuriozum i obiekt kpin. Nie inaczej było, gdy niegdyś południowoafrykański minister zdrowia Manto Tshabalala Msimang postanowił propagować leczenie AIDS za pomocą czosnku i buraków. Wówczas też nie było do śmiechu – w ocenie badaczy z Harvarda praktyki te skróciły życie 300 tys. ludzi, w tym jednak wypadku powody stosowania osobliwej terapii były odmienne – i dużo poważniejsze – niż fantazje odrealnionego gambijskiego satrapy, chodziło bowiem po prostu o dostępność nowoczesnej farmakologii dla której desperacko poszukiwano substytutu.
Pierwsze chyba wiadomości o opracowaniu afrykańskiego leku na chorobę wywoływaną przez COVID-19 przyszły z Senegalu. W afrykańskich sieciach społecznościowych w marcu pojawił się news, jakoby w Senegalu wyprodukowano i przetestowano lekarstwo o stuprocentowej skuteczności. Jak to bywa z fake newsami, obudowany był całym szeregiem uwiarygadniających informacji o tym, jak to senegalski minister zdrowia wysłał ów preparat do Chin, aby tam go stosować (był to okres, gdy największym ogniskiem epidemii na świecie był Wuhan), o tym jak chińscy eksperci potwierdzili jego skuteczność i zaczęli stosować, jak to dzięki temu patentowi Senegal miałby stać się potentatem farmaceutycznym… Wszystko to okazało się wyssaną z palca konfabulacją, podobnie jak kilka innych „wrzutek”. Przypadek preparatu malgaskiego jest jednak prawdziwy. Wyprodukowany przez Malgaski Instytut Badań Stosowanych ziołowy tonik istnieje naprawdę.
Wspomniany instytut działa od 1957 roku i specjalizuje się w badaniu środków opartych na tradycyjnym ziołolecznictwie. Założył go skądinąd znany malgaski biolog, Albert Rakoto Ratsimamanga. Instytut nie jest więc placówką szarlatańską – na przykład, opracowany w nim środek Magedlucyl jest dopuszczony do stosowania na Madagaskarze i w szeregu innych krajów i używany w leczeniu cukrzycy.
Z tego, co wiadomo on napoju pod nazwą CVO, nowym produkcie instytutu mającym zabezpieczać przed koronawirusem, jego głównym skłądnikiem jest wyciąg z artemizji – rośliny pochodzącej z Chin, sprowadzonej w latach 70. ubiegłego wieku i obecnie uprawianej na Madagaskarze – oraz innych substancji pochodzenia roślinnego. Podobnie jak lansowana między innymi przez Donalda Trumpa cholochinina, artemizja i produkowany z niej artemisinin ma udokumentowane działanie antymalaryczne i ta akurat jej właściwość jest powszechnie uznawana, choć WHO odradza jej stosowanie jako środka przeciwko malarii ze względu na jego niewielką skuteczność wobec innych znanych metod terapii. W promocję CVO włączył się jednak prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina. W kwietniu ogłosił publicznie, że dzięki środkowi dwie osoby wyzdrowiały. Wkrótce potem oświadczył, że przeprowadzone zostały szeroko zakrojone testy potwierdzające skuteczność środka. Póki jednak wypowiadał się w kraju, pozostało to za granicą niezauważone, jednak 29 kwietnia, podczas wideokonferencji, w której uczestniczyło dziesięciu afrykańskich prezydentów i szefów rządów, postanowił ogłosić domniemany przełom na szerszym forum.
Pierwszy anons prezydenta Rajoeliny wywołał raczej konsternację. Koledzy prezydenci, nieprzygotowani na takie rewelacje, nie wyrazili wielkiego entuzjazmu, ale też – bo przecież dobry obyczaj nakazuje uprzejmie rozmawiać z równymi sobie – nie skrytykowali go otwarcie. Od tego był już tylko krok, aby CVO zaczął robić karierę międzynarodową.
Jako pierwsza zainteresowanie specyfikiem wyraziła Gwinea Równikowa i Gwinea-Bissau, które otrzymały wkrótce jego transport z Atananariwy. Próbki trafiły następnie do Liberii, za co jej prezydent George Weah wylewnie dziękował malgaskiemu koledze. Następny w kolejności był prezydent Tanzanii John Magulufi, który wprawdzie najpierw twierdził, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia koronawirusa będą trzydniowe modlitwy, ale też złamał się i zapowiedział, że wyśle na Madagaskar samolot po cudowny lek. 2 maja o lek poprosiła Republika Kongo, zaraz potem Niger, wreszcie, w poniedziałek, 11 maja, nigeryjskie media doniosły, że prezydent tego kraju również nakazał sprowadzenie ładunku CVO.
Błyskawiczna kariera, jaką zrobił w skali kontynentu malgaski specyfik nie zasadza się jednak na żadnych konkretach. Badania, na które powoływał się prezydent Rajoeliny – nie przedstawiając zresztą żadnych konkretów, ale kto by śmiał wątpić prawdziwość słów prezydenta i oczekiwać, że ten by miał prezentować jakieś dokumenty – trudno nawet sobie wyobrazić. Według stanu oficjalnych danych na 13 maja na Madagaskarze odnotowano zaledwie 186 przypadków zachorowania na COVID-19, zatem na jakiej próbie takie badania by miały być przeprowadzane. Do środka bardzo sceptycznie odnoszą się również autorytety medyczne, nie mówiąc o WHO, która oświadczyła, aby nie popiera stosowania terapii przy użyciu CVO, zaleca co najwyżej używanie go pod ścisłym nadzorem lekarza i stanowczo odradza samodzielne leczenie. Wywołało to, rzecz jasna, oburzenie prezydenta Rajoeliny. „Czy chodzi o to, że skuteczny lek opracowano w Afryce? Czy gdyby powstał w Europie też byłby traktowany z takim sceptycyzmem? – pytał w wywiadzie, którego udzielił francuskiej stacji France24.
Skuteczność, a prawdopodobnie raczej jej brak, cudownego malgaskiego środka jeszcze będzie miała okazję się potwierdzić, pojawiają się jednak elementy świadczące, że to dopiero początek pewnego procesu. W ostatni wtorek Izba Reprezentantów Nigerii przyjęła uchwałę, w której mówi obliguje prezydenta i rząd, aby przestali się stosować do zaleceń WHO, a za to skoncentrowali się na wykorzystaniu rodzimych metod – CVO, ale nie tylko. Deputowani wręcz prześcigali się w wymienianiu, do kogo należy się zwracać. Według nigeryjskich prawodawców władze zignorowały jakoby informację, że skuteczny środek przeciwko koronawirusowi powstał w nigeryjskim Instytucie Zasobów Biologicznych kierowanym przez prof. Maurice Iwu. Skuteczne leki na COVID-19 jakoby także opracowało Biuro Medycyny Tradycyjnej Stanu Anambra, którego szefem jest wielebny Raymond Arazu i Fundacja Iris dr. Olisaha Ojeiha – tej ostatniej podobno zajęło to zaledwie 72 godziny. To tylko kilka z wymienionych kierunków, jakie deputowani postanowili wskazać rządowi w charakterze alternatywy dla propozycji WHO.
Jakkolwiek można powątpiewać, czy którykolwiek z tych środków może być skuteczny, bo nawet stosowanie ich w leczeniu niczego nie dowiedzie – wiadomo skądinąd, że znaczny odsetek zarażonych COVID-19 przechodzi chorobę bezobjawowo lub ze stosunkowo lekkimi objawami. Czy zatem wyzdrowienie takich pacjentów (z pozytywnym testem na COVID-19) mogłoby zatem stanowić jakikolwiek dowód na skuteczność zastosowanych specyfików? O ich skuteczności zdecydować mogą dopiero badania laboratoryjne i genetyczne, w tym zakresie jednak potencjał krajów afrykańskich jest niewielki. Można założyć, że oceny skuteczności działania ich podejmowane będą w najlepszym przypadku objawowo. Zgromadzenie przyjęło jednak taką uchwałę większością głosów, co samo w sobie wiele mówi – o czym poniżej.
Cała historia z entuzjazmem Afrykanów wobec możliwości rodzimych terapii nie może być wprost przyrównywana do – wydawałoby się mających podobny charakter – ruchów antyszczepionkowców czy negacjonistów. Oczywiście, ma on swoje korzenie w głębokiej wierze, że tradycyjna medycyna ma realny potencjał, w poczuciu, że wytwory afrykańskiej cywilizacji są traktowane przez świat rozwinięty w najlepszym przypadku z pobłażaniem, ale także ze świadomości, że kiedy przyjdzie co do czego, na efektywną pomoc tegoż świata rozwiniętego nie ma co przesadnie liczyć. Historia epidemii AIDS uzmysłowiła dobrze Afrykanom, że nie można się spodziewać, że koncerny farmaceutyczne zrezygnują ze swoich zysków. A zatem – nawet jeśli skuteczne lekarstwa i szczepionki na COVID-19 powstaną w europejskich czy amerykańskich laboratoriach, czy Afrykę będzie na nie stać? Czy Afrykanie tylko z odległości sobie będą mogli popatrzeć na to, że gdzie indziej są one dostępne.
Na obecnym etapie liczby zakażeń i zgonów wywołanych przez COVID-19 w poszczególnych krajach Afryki Subsaharyjskiej w porównaniu z Europą czy Stanami Zjednoczonymi są niewielkie, ale nie można tego brać za pewnik. Przede wszystkim sytuacja z dostępem do opieki zdrowotnej w państwach afrykańskich oraz jej realne możliwości powodują, że wykonuje się niewiele testów. Wielu chorych może nigdy nie zobaczyć lekarza. Część z nich może wyzdrowieć, część umrze, ale o zagrożeniu wiedzą wszyscy i boją się wszyscy. Tak zdarzyło się w związku z zastanawiającym wzrostem liczby pochówków w ubogich dzielnicach północnonigeryjskiego miasta Kano w pierwszych dniach maja. Nigdy nie dowiemy się, czy ich przyczyną był koronawirus, czy może coś innego. Na tle innych państw afrykańskich nigeryjska służba zdrowia jest i tak stosunkowo nieźle zorganizowana. Na razie zatem uważa się, że pandemia albo z jakichś powodów Afrykę albo omija, albo też dopiero nadejdzie, nie można jednak także wykluczyć, że już jest, tylko jej rzeczywistej skali nie widać.
Stosowanie metod opierających się na samoizolacji jest w państwach afrykańskich zarówno trudne do egzekwowania, bo uboższe warstwy ich społeczeństw – czyli w każdym przypadku znaczna większość populacji – żyje w takich warunkach, że nie ma fizycznej możliwości skutecznego stosowania się do nich. Samoizolacja, kwarantanna, dystansowanie społeczne, zawieszanie działalności gospodarczej ma destrukcyjny wpływ na gospodarki i społeczeństwa świata rozwiniętego. W Afryce, w której miliony ludzi żyją z dnia na dzień, oznaczać mogą całkowitą katastrofę. Lekarstwo może być straszniejsze od śmiertelnej nawet choroby. Po znacznie krótszym niż w Europie, około miesięcznym okresie stosowania się do tych wytycznych, większość państw afrykańskich zdecydowała się poluzować restrykcje, nawet za cenę wzrostu zachorowań. Jaką logikę mogą zatem przyjąć rządzący? Wydaje się, że za ich decyzjami, nawet i tymi, żeby dopuszczać do stosowania niesprawdzone środki, stoi brutalna pragmatyka i ponury realizm: że jeśli pandemia rozwinie się na kontynencie, jedynym wyjściem będzie pogodzić się, że część ludzi umrze, ale będzie trzeba zamieść to pod dywan. A żeby wykazać, że coś się w tej sprawie robiło – uciekać się do środków takich jak medycyna tradycyjna, co do których nawet samemu pewnie ma się wątpliwości. To bardzo odległe od dziecinnej, plemiennej naiwności, jaką skłonni są Afrykanom przypisywać Europejczycy obserwujący ich wybory.