Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.

Uszczuplenie portfeli

Czy bessa zawita na parkiety giełdowe?

Maj nie mógł zacząć się gorzej. Spadek rynkowych indeksów był więcej niż zauważalny i mocno uszczuplił portfele inwestorów.
Osłabienie koniunktury na światowych giełdach można przypisywać różnym czynnikom. Na przykład eskalacji napięcia gospodarczego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami i wprowadzaniem przez prezydenta Donalda Trumpa kolejnych ceł na chińskie towary. Jednak podstawowa przyczyna jest dość prosta – amerykański rynek akcji ma za sobą bardzo długi okres wzrostów i naturalne jest pojawienie się nerwowości
Pierwsze tweety Donalda Trumpa o chęci nałożenia ceł na chińskie produkty pociągnęły za sobą szereg zdarzeń, których głównym skutkiem był wzrost globalnej awersji do ryzyka i spadek nadziei na szybkie rozwiązanie problemu. Do tej pory dotyczył on całej chińskiej gospodarki, teraz zaczął dotykać poszczególnych spółek.
Pierwszą ofiarą został chiński gigant Huawei, który został wpisany na czarną listę. W efekcie kolejne amerykańskie i sprzyjające USA korporacje zaczęły odmawiać Chińczykom dalszej współpracy, co w przypadku takich firm jak Google nie pozostaje bez znaczenia.
Taka sytuacja nie sprzyja globalnej wymianie handlowej. Część nieamerykańskich spółek już szuka sposobu, by powrócić do współpracy z chińskim gigantem.
Ponadto, według ostatnich badań skutki wojny celnej uderzą nie tylko w Państwo Środka, ale również w zwykłych obywateli amerykańskich, którzy średnio zapłacą ponad 800 dolarów rocznie za nową politykę amerykańskiego prezydenta.
Warto też zaznaczyć, że strona chińska nie pozostawia zaistniałej sytuacji bez odpowiedzi, chociaż można odnieść wrażenie, że władze Chin w dalszym ciągu kalkulują, co im się bardziej opłaca, pozostawiając piłeczkę w rękach Amerykanów. Na razie główną groźbą było możliwe embargo eksportu 17 metali ziem rzadkich, wykorzystywanych przede wszystkim w przemyśle zaawansowanych technologii. Jest to jednak broń obosieczna, gdyż trudno byłoby znaleźć dla tych towarów nowe rynki zbytu.
Europa Zachodnia ma również swoje demony. Do nierozwiązanego problemu brexitu i zwalniającej gospodarki dołączyły ostatnie wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które wygrały ugrupowania skrajnie prawicowe i populistyczne, co budzi obawy zwłaszcza w przypadku Francji i Włoch.
Na warszawskiej giełdzie miesiąc mijał w cieniu geopolityki. Mało przydatne były rewelacyjne dane gospodarcze o wzroście inwestycji prywatnych i dobrej koniunkturze w sektorze przemysłowym oraz w sektorze sprzedaży detalicznej. Trwający sezon wyników nie zmienił ogólnego obrazu krajowej giełdy. W przypadku dużych spółek poza sektorem handlu detalicznego trudno było doszukiwać się znaczących, pozytywnych zaskoczeń. Czynnikiem ryzyka pozostaje reforma otwartych funduszy emerytalnych.

Węgiel niszczy hutnictwo w Polsce

Wysokie ceny prądu wytwarzanego przez elektrownie węglowe oraz rosnące koszty emisji dwutlenku węgla to główne powody ograniczenia produkcji stali w Nowej Hucie, podane przez hinduskich właścicieli.

W kilka dni po Święcie Hutnika kierownictwo ArcelorMittal, światowego giganta stalowego, ogłosiło w prasie, a także podczas walnego zebrania pracowników w krakowskiej stalowni COS (ciągłego odlewania stali), plany tymczasowego wyłączenia części surowcowej huty – począwszy od września, bez daty końcowej.
Oznacza to wygaszenie wielkiego pieca oraz w konsekwencji brak produkcji stalowni konwertorowej i stalowni COS. W tych zakładach pracuje w sumie około 1200 pracowników (cała krakowska huta zatrudnia niemal 4 tysiące pracowników).
Dyrekcja koncernu jako przyczyny wygaszenia wymienia kryzys nadprodukcji na rynku stali, wojnę handlową w której przegrywają europejscy producenci oraz wysokie koszty produkcji w Polsce (spowodowane wysokimi cenami energii i kosztami emisji CO2).

Już nie będzie płonął wielki piec

Wygaszenie pieca i zatrzymanie produkcji oznaczać będzie radykalny spadek zapotrzebowania na siłę roboczą w Wielkich Piecach-Stalowni.
Na chwilę obecną nie ogłoszono planu zwolnień, według wstępnych deklaracji szefostwa, pracownicy mają być oddelegowani do pracy w innych jednostkach (zwłaszcza w hucie Katowice) lub przejść na postojowe (brak obowiązku świadczenia pracy i znaczna obniżka wynagrodzenia). Jednak już zapowiedziano cięcia we współpracy z podwykonawcami oraz zmianę ram czasowych zaplanowanych inwestycji. Nie wiadomo na razie czy dojdzie do zwolnień pracowników interim (zatrudnianych do wykonywania określonych zadań wymagających specjalistycznych kwalifikacji).
Wielu robotników obawia się, czy po wygaszeniu „wielkiego” produkcja kiedykolwiek wróci do zakładu. Obawy te mają swoje uzasadnienie, jeśli przyjrzymy się jak ArcelorMittal wybebeszył w przeszłości podobne zakłady w zachodniej Europie, np w belgijskim Liege. Decyzja o zawieszeniu produkcji w Nowej Hucie jest również kwestionowana wśród wielu pracowników z uwagi na wielomilionowe inwestycje poczynione w ostatnich latach – remont wielkiego pieca, inwestycje w ochronę środowiska na konwertorach, budowa nowej walcowni gorącej (ponoć najnowocześniejszej w Europie).
Podejrzewa się również, że koncern chce przy okazji uzyskać od polskiego rządu „prezenty dla biznesu” w postaci szczególnych ulg czy osobnej taryfy na energię.
Nowa Huta i jej największy kombinat przeżyły już terapię szokową, kiedy podczas prywatyzacji zatrudnienie w zakładzie spadło o 90% – drastyczne cięcia były też wymagane przez Unię Europejską.
Przez lata zatrudnienie spadało a średni wiek załogi zwiększał się – aż do niedawna, kiedy powoli zaczęto znowu zatrudniać młodych hutników (aczkolwiek przeważnie w charakterze interim). Teraz widmo śmierci przemysłowej i upadku kultury technicznej znowu staje przed oczyma hutników.

Co dalej?

Trudno planować dokładną taktykę obrony miejsc pracy na tak wczesnym etapie, kiedy koncern twierdzi, że nie będzie zwolnień, a jego intencją jest produkcja stali w Krakowie. Jednak właścicielowi nie należy wierzyć na słowo – tym bardziej, że dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od kilku czynników, zwłaszcza od sytuacji gospodarczej w Europie i na świecie.
Jeśli kryzys nadprodukcji okaże się jaskółką kolejnej fali kryzysu gospodarczego europejskiego kapitalizmu, to o deklaracjach ArcelorMittal możemy zapomnieć. Związki zawodowe muszą już przygotowywać się do walki o miejsca pracy.
Naszym zdaniem walka ta będzie najefektywniejsza jeśli zawiąże się wspólny front angażujący jak największą liczbę pracowników, w tym nieuzwiązkowionych, kierujący się następującymi punktami:
– Wgląd załogi w finanse koncernu. Nie mamy żadnego powodu, żeby wierzyć w deklaracje dyrekcji: czy naprawdę krakowski zakład ma najdroższą produkcję na kontynencie? Czy kontynuowanie działania części przetwórczej (walcownie) huty w Krakowie rzeczywiście ma uzasadnienie ekonomiczne i środowiskowe w oparciu o transport slabów (półwyrobów hutniczych) przez 80 km z huty Katowice zamiast z oddalonego o sto metrów COS-u? Pracowniczy audyt finansów jest kluczowy.
– Kwestia renacjonalizacji huty pod kontrolą pracowniczą. Jeśli właściciel nie jest zainteresowany kontynuowaniem produkcji i chce zmarnować warte setki milionów inwestycje oraz bezcenne „zasoby ludzkie” w postaci doświadczonych pracowników, powinniśmy domagać się od rządu przejęcia go przez państwo. Oczywiście wielu robotników byłoby nieufnych wobec rządowych/partyjnych biurokratów w kierownictwie huty, którzy ostatecznie kierują się kapitalistyczną logiką, są skłonni do nepotyzmu, korupcji itd. Dlatego modelem zarządzania do którego powinniśmy dążyć jest kontrola pracownicza nad produkcją i różnymi aspektami funkcjonowania zakładu – w końcu sami znamy najlepiej jego bolączki.
– Międzyzakładowa, międzybranżowa międzynarodowa solidarność. Musimy zjednoczyć załogę Wielkich Pieców-Stalowni, ale też załogi nieobjętych cięciami zakładów ArcelorMittal. Będzie to trudne zadanie, z pewnością część pracowników w Dąbrowie czy Zdzieszowicach czy nawet krakowskiej koksowni oddycha z ulgą, że to nie ich czekają turbulencje. Ale musimy przekonać ich, że musimy być zjednoczeni żeby wygrać, a dzisiejsze problemy w Nowej Hucie mogą być jutro ich problemami. Ponadto musimy budować solidarność z innymi branżami, podobnie jak wiele branż udzielało wsparcia strajkującym nauczycielom. Konieczne jest też budowanie wsparcia wśród lokalnej społeczności Nowej Huty itd. W końcu, problemy ArcelorMittal rozciągają się – podobnie jak sam koncern – na wiele krajów. Wg wstępnych informacji wygaszenia nastąpią też w hiszpańskim zakładzie; w wielu miejscach będzie się próbować antagonizować pracowników z różnych krajów – dlatego musimy budować relacje z naszymi kolegami w skali międzynarodowej.

Kapitalizm nie przynosi rozwiązań

Ostatnią kwestią, którą należy poruszyć, jest szeroki kontekst kryzysu gospodarczego i kryzysu klimatycznego. Żaden kraj nie jest samotną wyspą i nowa fala kryzysu światowego będzie miała ogromny wpływ na polską gospodarkę – spowolnienie gospodarki niemieckiej oznacza kryzys w polskim przemyśle. Cechą kapitalizmu są nawracające kryzysy i hutnicy wiedzą o tym najlepiej, słuchając co chwila o „braku klimatu dla podwyżek”, „złej sytuacji sektora” itp.
Kapitalizm nie ma trwałego rozwiązania dla kryzysów gospodarczych, podobnie jak dla kryzysu środowiska. System opłat za emisję nie poprawia stanu środowiska na świecie ani nie redukuje emisji gazów cieplarnianych – przemieszcza tylko problem z jednego kraju do drugiego, dodatkowo generując problemy dla peryferyjnych gospodarek takich jak Polska (w związku z podnoszeniem cen energii).
Musimy brać pod uwagę te kwestie w opracowywaniu naszej strategii walki o miejsca pracy. Dlatego obok nacjonalizacji pod kontrolą załogi proponujemy następujące postulaty:
– inwestycje w pożyteczne roboty publiczne, służące społeczeństwu i zwiększające popyt wewnętrzny (także na stal); zwłaszcza inwestycje w rozwój czystej energetyki – inwestycje w badania nad technologiami czystszej produkcji stali i redukcji emisji CO2
Kryzysy, wojny handlowe, działania wielkich korporacji jak ArcelorMittal, są nieodłącznymi elementami kapitalizmu; alternatywą jest socjalistyczne społeczeństwo – nie na zasadach stalinowskiej biurokratycznej dyktatury – lecz z racjonalnie i demokratycznie planowaną gospodarką w interesie całej ludzkości.

Urok nieruchomych stóp

Na razie lepiej ich nie ruszać, bo polska gospodarka ciągle funkcjonuje nieźle

Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny postanowiła utrzymać stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie.
Podstawowa stopa procentowa nadal będzie więc wynosić 1,50%, stopa lombardowa 2,50%, a depozytowa 0,50%.

Bezruch wymaga namysłu

Była to oczywista decyzja. Utrzymania niezmienionych stóp procentowych spodziewali się wszyscy analitycy, no a poza tym sama RPP wielokrotnie w przeszłości dawała do zrozumienia, że w 2019 r. nie będzie ich podnosić.
Stopniowo zmienia się jednak i otoczenie gospodarcze Polski, i sama kondycja naszej gospodarki. Dlatego pozostawianie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, mimo, że wciąż jest decyzją powszechnie oczekiwaną, zaczyna powoli wymagać coraz głębszej i bardziej wnikliwej oceny naszej teraźniejszości i przyszłości gospodarczej.
Jak więc RPP tłumaczy to, że nie zamierza zmieniać wysokości stóp procentowych?
Otóż, Rada ocenia, że w Polsce wciąż utrzymuje się dobra koniunktura, choć tempo wzrostu naszego produktu krajowego brutto w pierwszym kwartale bieżącego roku było już nieco niższe niż w poprzednich kwartałach.
Wzrostowi aktywności gospodarczej sprzyja jednak rosnąca – choć także nieco wolniej niż w poprzednich kwartałach – konsumpcja, wspierana przez zwiększające się zatrudnienie i płace oraz nadal bardzo dobre nastroje konsumentów. Towarzyszy temu także stopniowy wzrost inwestycji.

Inflacja trzyma bazę

W ostatnich miesiącach zwiększyło się tempo wzrostu cen detalicznych. Jak wskazuje RPP, przyczynił się do tego wzrost cen paliw i żywności, a także wyższa inflacja bazowa. Mimo to, zdaniem Rady, inflacja utrzymuje się i utrzyma „na umiarkowanym poziomie”.
Czym dokładnie jest ta „inflacja bazowa”, nie wiadomo, co zresztą poniekąd zrozumiałe, skoro cała ekonomia, jako taka, nie jest przecież nauką. Pojęcie jednak się przyjęło – i okazało się przydatne do sporządzania długoterminowych prognoz cenowych przez różnych specjalistów.
Te prognozy często się oczywiście nie sprawdzają, no ale człowiek potrzebuje prognoz w najrozmaitszych dziedzinach, i na czymś – nieważne czy należycie wiarygodnym – trzeba je opierać.
Opiera się je więc właśnie na inflacji bazowej, czyli takiej inflacji, która teoretycznie pojawiłaby się, gdyby gospodarka rozwijała się bez zakłóceń, a rynek znajdowałby się w stanie równowagi. Żeby zaś łatwiej ją było oszacować, przy obliczaniu – czy raczej wyznaczaniu – inflacji bazowej nie bierze się pod uwagę dóbr o o dużej chwiejności cen, ani prawdopodobieństwa wystąpienia rozmaitych czynników przejściowych, które mogłyby zakłócić czystość teoretycznego obrazu.
Wszystko to jest naturalnie palcem na wodzie pisane, no ale, jak wspomniano, przyjęło się i jest stosowane do, prowadzonego całkiem na serio teoretyzowania, jakich trendów gospodarczych można się spodziewać. Rada Polityki Pieniężnej spodziewa się zaś generalnie korzystnych trendów.

Nie wyjdziemy przed orkiestrę

W ocenie RPP perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne. W kolejnych kwartałach nastąpi jednak prawdopodobnie stopniowe obniżenie się tempa wzrostu PKB. Jednocześnie inflacja nie podskoczy i powinna się kształtować w pobliżu tegorocznego celu inflacyjnego – czyli 2,5 proc.
Pewien wpływ na naszą gospodarkę wywierają niezbyt korzystne tendencje globalne. Napływające dane wskazują, że w pierwszym kwartale tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostało relatywnie niskie – choć w części największych gospodarek koniunktura nieco się poprawiła.
Jednocześnie, wciąż słabe były nastroje w sektorze przemysłowym, przy tylko nieco korzystniejszych sygnałach z branż usługowych.
W strefie euro – mimo lekkiego przyśpieszenia dynamiki PKB w stosunku do poprzedniego kwartału – tempo wzrostu aktywności gospodarczej utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, a wzrost PKB w pierwszym kwartale była wyższy, niż w poprzednim roku. W Chinach, spadające w poprzednich latach tempo rozwoju gospodarczego, na początku roku ustabilizowało się w granicach 6-6,5 proc.
Od początku roku wzrosły ceny ropy naftowej na rynkach światowych, co przyczyniło się do pewnego podwyższenia inflacji w wielu krajach, także i w otoczeniu polskiej gospodarki, w tym w strefie euro.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera (a stopę depozytową nawet poniżej zera). Także i Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oczywiste jest więc, że nasza Rada Polityki Pieniężnej nie będzie podejmować odmiennych decyzji.
RPP ocenia, że obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną.

Śpiące wulkany własnego wyrobu

Mamy w Polsce kilkaset hałd. Niejednokrotnie stanowią tykające bomby ekologiczne, ale nie bardzo wiadomo co z nimi robić.

Hałdy powstają w wyniku składowania odpadów górniczych, hutniczych czy chemicznych. Jedna z najnowszych, a na pewno największa i najwyższa, to hałda Góra Kamieńsk koło Bełchatowa, usypana 26 lat temu w wyniku odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego. Od podstawy (zajmującej 1500 hektarów) do szczytu ma 195 metrów w pionie.
Węgiel brunatny, choć jest surowcem mało ekologicznym, nie pozostawia po wydobyciu szczególnie kłopotliwych substancji. Dlatego Górę Kamieńsk udało się zagospodarować bez większych problemów. Jest na niej sztucznie naśnieżany i oświetlony stok narciarski, czteroosobowy wyciąg krzesełkowy, dwa orczyki, kilka tras rowerowych o różnym stopniu trudności. Na płaskim szczycie postawiono zaś farmę wiatrową.
Natomiast najstarsza chyba hałda w Polsce, w Tarnowskich Górach, którą zaczęto usypywać około 1830 r., a zakończono w 1912 r, została nawet wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W czasie II wojny światowej Niemcy zbudowali na niej bunkry i okopy. Hałda w Tarnowskich Górach ma w sobie odpady wydobywanych tam rud srebra, żelaza, cynku i ołowiu, zmieszane ze skała dolomitową. Dzięki temu powstała gleba o szczególnych właściwościach. Z czasem wyrosły na niej rzadkie rośliny, tzw. galmanowe, odporne na wysokie stężenie metali ciężkich, a także wiązy, lipy, brzozy i jarzębiny; zagnieździły się zające, bażanty, kuropatwy, jaszczurki.
Groźne piramidy
Hałdy, powstałe w wyniku wydobycia węgla kamiennego, stanowiące element śląskiego krajobrazu, na listę dziedzictwa UNESCO raczej nie trafią. To często niebezpieczne, strome piramidy – najwyższa, w Rydułtowach, ma 134 m. wysokości względnej. Na niektórych z nich w ogóle nich nic nie rośnie, bo dopóki grunt solidnie nie osiądzie, na zboczach nie wolno sadzić żadnych roślin.
W Polsce są 153 hałdy, usypane z odpadów węgla kamiennego – 138 na Górnym Sląsku, 12 na Dolnym, dwie w woj. małopolskim i jedna w lubelskim. Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że „narażają środowisko i ludzi mieszkających w pobliżu na zagrożenia wynikające z sąsiedztwa odpadów pogórniczych: zatrucie wód podziemnych przez odcieki z hałd, zapylenie i dzikie pożary. Stosowane metody odzyskiwania odpadów nie gwarantują skutecznej ochrony przed tymi zagrożeniami”.
Wspomniane „dzikie” pożary, wynikają z tego, że hałdy niekiedy traktowane są nielegalnie jako wysypiska śmieci – które się „utylizuje” poprzez podpalenie, by nie można było ustalić, kto je wysypał. Jeszcze groźniejsze są pożary we wnętrzu hałd, wynikające z samozapłonu odpadów. Trwają przez dziesięciolecia, przez szczeliny wydobywają się gorące, trujące dymy. W latach 2015-2018 tylko na terenie województwa śląskiego straż pożarna musiała sto kilkanaście razy interweniować na hałdach.
Państwowy Instytut Geologiczny wpisał część hałd na listę „Zamkniętych i opuszczonych obiektów unieszkodliwiania odpadów wydobywczych, które wywierają negatywny wpływ na środowisko lub mogą stać się w średnio lub krótkoterminowej perspektywie poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi lub dla środowiska”.
Coś można odzyskać
Są w Polsce firmy zajmujące się przerobem odpadów górniczych. Najbardziej znana to Haldex, bodaj pierwsza w powojennej Polsce międzynarodowa spółka akcyjna, utworzona w 1959 r. przez rządy Polski i Węgier (każdy menedżer i specjalista ze strony polskiej miał swojego równorzędnego węgierskiego kolegę). W 2005 r. oba rządy rozwiązały spółkę, ale Haldex przetrwał i ostatecznie znalazł się w strukturach państwowego holdingu KW spółka z o.o., utworzonego po likwidacji Kompanii Węglowej.
W tym roku Haldex obchodził 60-lecie nieprzerwanej działalności. Pierwszy zakład przeróbczy spółki zbudowano przy kopalni „Michał” w Siemianowicach Śląskich, potem powstało ich jeszcze sześć. Pięć lat temu podsumowano, że przez 55 lat Haldex przerobił 160 mln ton odpadów i gdyby je wszystkie załadować na pociąg, mierzyłby tyle, co równik.
Spółka odzyskała m. in. 19 mln ton węgla, 17 mln ton kamienia do przemysłu ceramicznego i cementowego, 75 mln ton kamienia łamanego do podsadzek, 5 mln ton kruszyw. Wytwarza też glebę, którą można stosować w rekultywacji biologicznej. Haldex wciąż pracuje – ale nie da się powiedzieć, że zbija kokosy na swym funkcjonowaniu.
Teoretycznie, także i z hałd można by wydobywać pozostałości surowców. W sumie w Polsce odzyskiwanych jest jednak tylko niespełna 2,5 proc. odpadów pogórniczych. „Ze względu na właściwości fizykochemiczne zainteresowanie ich wykorzystaniem jest śladowe” – stwierdza NIK.
Wyniki analiz wykazały, że kruszywa powstałe na bazie odpadów wydobywczych mogą być wykorzystywane wprawdzie w pracach inżynieryjno-budowlanych ale w ograniczonym stopniu. Z powodu niewystarczającej mrozoodporności nie można ich dodawać do betonu, nie nadają się też do budowy dróg i robót ziemnych.
Dosypywać czy rozbierać?
Owszem, tym co jest w hałdach interesują się grupy kopaczy, działające na zasadach biedaszybów, wciąż funkcjonujących w naszym kraju. Im się jakoś opłaca. Jest to jednak dzialalność nielegalna, niebezpieczna, szkodliwa dla środowiska, a ze względu na małą skalę nie rozwiązująca problemu. Wydobycie resztek surowców na dużą skalę, z zachowaniem wszelkich zasad ochrony środowiska, bezpieczeństwa i wymogów technologicznych, byłoby już nieopłacalne.
Na część hałd nie wolno wchodzić, właśnie z powodu podziemnych pożarów i trujących dymów – a także dlatego, że z powodu aktywności termicznej hałd (w ich wnętrzu temperatura przekracza 300 stopni) można wpaść w jakąś szczelinę, pokrytą cienką warstwą gruntu.
Niektóre niewyjaśnione zaginięcia ludzi na Śląsku można zapewne przypisać właśnie wypadkom na hałdach. Zakazy wstępu są bowiem notorycznie łamane, a hałdy są tak rozległe, że trudno je kontrolować. Ponadto, „nieskuteczny nadzór nad składowiskami może zachęcać do lokowania w nich wszelkiego typu odpadów, w tym niebezpiecznych” – wskazuje NIK.
Te najgroźniejsze hałdy, przypominające uśpione ale wciąż czynne wulkany, można by rozbierać. Tak na przykład chce postąpić Polska Grupa Górnicza z niebezpieczną hałdą w Rydułtowach. To właśnie jedna z tych, na które nie wolno wchodzić z powodu podziemnych pożarów i dymów, wydobywajacych się przez szczeliny. Hałda ma być stopniowo odkrywana, rozbierana i gaszona. Będzie to jednak proces bardzo żmudny, kosztowny i szkodliwy dla środowiska, bo z tym co zostanie po rozbiórce hałdy też coś przecież trzeba będzie zrobić. Dlatego mieszkańcy okolicznych osiedli protestują, obawiajac się katastrofy ekologicznej.
W Polsce jeszcze nigdy nie rozbierano tak wielkiej hałdy. Jedna z prób, podjęta w Rybniku zakończyła się niepowodzeniem, bo zapylenie i zadymienie będące efektem rozkopywania hałdy, stały się nie do wytrzymania, więc z powrotem ją usypano.
Alternatywa to stały nadzór nad niebezpiecznymi hałdami i zasypywanie ich ziemią, by utrudnić dopływ tlenu oraz zmniejszyć podziemne pożary. To także robota kosztowna, żmudna, niezbyt skuteczna i nieobojętna dla środowiska, która w dodatku może trwać w nieskończoność.
Wygląda więc na to, że i hałdy będą w nieskończoność dominować nad śląskim krajobrazem.

Pierwsza Piętnastka

1. Piętnaście lat minęło nam w Unii Europejskiej. Kiedy do niej wstępowaliśmy nasz PKB stanowił niewiele mniej od połowy średniej unijnej. Po piętnastu latach mamy jej 70 procent. Oczywiście można zauważyć, że po rozszerzeniu się UE na biedniejsze państwa Europy średnia UE musiała też spaść. Ale w tym czasie PKB w Serbii wzrósł jedynie z 32 do 36 procent średniej UE. Z innych pozostających nadal poza Unią, skok z 34 do 46 procent zanotowała Czarnogóra. Sprawił to turystycznego boomu w tym niedużym państwie i faktyczne przejście jego gospodarki na euro. Jak jest na porównywalnej z Polską Ukrainie, każdy widzi.

2. Patrząc globalnie w ciągu ostatnich 15 lat tylko dwóm grupom państw udało się znacząco doganiać grono najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw. Tygrysom gospodarczym z Azji Południowo- Wschodniej i państwom Europy Środkowo-Wschodniej po ich akcesji do UE.

3. Chiny awansowały w tym czasie na pozycję drugiej gospodarki świata i do grona globalnych, politycznych mocarstw. Sprawnie zadomowiły się w gospodarce Unii Europejskiej, bo Unia nie ma jednolitej, wspólnej polityki wobec Chin. Choć od przynajmniej lat dziesięciu ma wiele raportów przestrzegających jej przywódców przed negatywnymi skutkami braku takiej polityki.

4. Unia Europejska ma za to wspólną politykę militarnego bezpieczeństwa z USA i konkurencyjne wobec amerykańskiej gospodarki. Obecny prezydent USA Donald Trump proponuje państwom UE deal. Nadal otwarty parasol militarnego bezpieczeństwa nad Unią, ale za cenę wspierania USA w ich wojnach gospodarczych z Chinami, Iranem, Rosją.
Czy Unia ma zgodzić się na takie sojusz, czy tworzyć własną armię, czy tylko czekać na zmianę prezydenta?

5. Rosja łączy terytorialnie Europę z Azją. Ma powiązaną i niezwykle potrzebną Unii Europejskiej gospodarkę oraz nieprzystający do unijnych standardów system polityczny. No i deficyt przestrzegania praw człowieka.
Ma za to liczną i sprawną armię. Ma też elity polityczne z kompleksem zdegradowanego mocarstwa, chęcią rywalizacji z USA, imperialną mentalnością.
I złością na Unię, która gospodarczo wyłuskuje z rosyjskich wpływów ostatnie z identyfikujących się z kulturą europejska państwa.
Jednocześnie Moskwa nie potrafi zahamować wzrastającej potęgi Chin, które nigdy nie uznały „nierównoprawnych traktatów” narzuconych cesarstwu chińskiemu przez cesarstwo rosyjskie. Czyli zaboru „chińskiej Syberii”.
Czy ekspansja Chin zmusi kiedyś Rosję do ścisłego sojuszu w Unią, nawet za cenę utraty wpływów w Mołdawii, Gruzji, Ukrainie?

6. Europa jest geopolitycznie wysuniętym półwyspem wielkiego kontynentu euroazjatyckiego. Zajmowanym obecnie przez Unię Europejską i państwa kandydujące do niej. Bo Unia Europejska, zwłaszcza jej najbogatsze państwa, nadal postrzegane są jako najlepsze miejsca do życia na świecie.
Jest też Unia Europejska przodującą gospodarką na świecie. I dzięki przynależności do NATO jest też politycznie powiązana z największą na świecie gospodarką amerykańska i globalną kulturą amerykańską. Wyrosłą z kultury europejskiej, ale teraz dominującą, czasem wręcz europejską tłamszącą.

7. Ta globalna dominacja Europy i wyrosłej z niej gospodarki Zachodu, to efekt ostatnich 200 lat. Jeszcze w 1820 roku gospodarka chińska była największą na świecie. Ale to na zachodnie Europy dokonała się rewolucja przemysłowa, której innowacyjne wynalazki mnożono w amerykańskich fabrykach i rozwożono po całym „demokratycznym” świecie. Jako produkty cywilizacji europejskiego Zachodu, potem już cywilizacji amerykańskiej.

8. Wtedy powstał i przez ponad wiek egzystował, obowiązujący jeszcze wśród prowincjonalnych, czyli też polskich, polityków i publicystów dogmat. Zakładający, że tylko zachodnia demokracja parlamentarna + prawa człowieka + liberalna gospodarka rynkowa zapewniają wzrost dobrobytu i cywilizacyjny postęp. W ciągu ostatnich trzydziestu lat Chiny, Republika Korei, Singapur, Wietnam udowodniły, że tak być nie musi.
Przeciwnie obecnie najszybciej rozwijają się gospodarki w państwach naśladujących nie zachodni lecz chiński model państwowo – gospodarczy.

9. Chiny odbudowały swą potęgę gospodarczą na rozbudzanym nacjonalizmie gospodarczym. Zaprzęgając do działalności gospodarczej cały państwowy aparat. Dotując skrycie swoją produkcję, zwłaszcza przeznaczoną na eksport i głosząc jednocześnie konieczność przestrzegania wolności handlu i produkcji. Przedkładając potrzeby rozwijającej się gospodarki nad prawa człowieka.

10. W należącej do Unii Europejskiej Polsce międzynarodowe koncerny wyzyskiwały i wyzyskują polskich pracowników, a polskie rządy obiecywały i obiecują im wzrost płac dopiero po osiągnięciu określonego poziomu rozwoju i wydajności pracy.
W Chinach to chińskie koncerny wyzyskiwały i wyzyskują chińskich pracowników, a chińskie rządzy podwyżki obiecują ich podobnie.
Przez wiele lat zachodnie koncerny inwestowały w Chinach traktując je jako „fabrykę świata”. A ścisłej montownię wymyślanych na Zachodzie produktów.
Tymczasem Chińczycy montując efekty zachodniej cywilizacji nie przestali myśleć o swoich. Bezlitośnie kopiowali cudze, aby potem tworzyć swoje wynalazki. W tym czasie instytucje państwowe, tworzące spółki z zagranicznymi montowniami kumulowały zyski z montażu i handlu, a potem inwestowały je w chińskie, już innowacyjne firmy.

11. Dzisiaj innowacyjna nadal gospodarka Unii Europejskiej nie jest w stanie zbudować telekomunikacyjnej infrastruktury 5G bez technologii chińskiego koncernu Huawei. Ma dylemat: zastój technologiczny czy groźba uzależnienia się od powiązanego z państwem chińskim technologicznego monopolisty?
Wybór opcji chińskiej to też konflikt z aktualnym prezydentem USA Trumpem. Dodatkowy podział wśród państw Unii.

12. Oczywiście gdyby państwa Unii wcześniej dokonały integracji gospodarczej na poziomie firm zajmujących się nowoczesną infrastrukturą telekomunikacyjną to Unia miała by już swojego Huaweia. Ale go nie ma i długo może go nie mieć.

13. Nie może mieć, kiedy przywódcy państw Unii, tacy jak choćby Orban Kaczyński, traktują Unię jak bankomat. Chcą tylko wypłacać z niego otrzymaną od bogatszych kolegów kartą podarunkową. A wspólnego konta nie zasilać.

14. Na wejściu do Unii Europejskiej nie wszyscy Polacy skorzystali. Nie wszyscy też skorzystali jednakowo. Najlepiej opłacało się wielkomiejskiej inteligencji i bogatym polskim chłopom. Dlatego pierwsza piętnastka w Unii powinna sprzyjać myśleniu co poza bankomatem?
Jak Unię reformować aby była konkurencyjną wobec Chin i oddalającej się politycznie USA?
Jak stworzyć gospodarkę innowacyjną, a nie odcinać kupony od technologii z ubiegłego wieku?
Jak rozwiązać kryzys demograficzny w Unii?
Jak zdemokratyzować instytucje polityczne Unii?
Jak utrzymać negocjacyjny styl rządzenia w UE z potrzebą przyśpieszania podejmowania tam decyzji?

15. Niestety polskie elity niewiele mają tu do zaproponowania. Pan prezes Kaczyński postuluje powrót do „Europy Ojczyzn”, bo tak mu ładniej wyborczo brzmi. Zapominając, że nawołuje tym do powrotu Europy wojen między jej państwami. Inni prominenci PiS obiecują powrót do katolickiej wiary i tradycji.
Może z tego będą mieli 40 procent głosów „ciemnego ludu”. Ale z takiej Europy i z tak rozumianej wiary ani Polska, ani Europa swego Huaweia mieć nie będzie. Ani za pięć, ani za kolejne piętnaście lat.

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.

Kres szybkich wzrostów

W minionym roku branża leasingowa ustanowiła rekord, który się nie powtórzy.

Firmy leasingowe sfinansowały w 2018 r. dobra trwałe o wartości 82,6 mld zł, czyli aż o 21,8 proc. większej niż rok wcześniej. Ten rynek systematycznie rośnie od dziewięciu lat, w tym od sześciu lat rozwija się w tempie dwucyfrowym.
Wszystko wskazuje na to, że 2019 będzie dziesiątym rokiem wzrostów – choć zakończy się już tylko z jednocyfrową dynamiką.
Głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski będzie w tym roku popyt krajowy, korzystający z dobrej sytuacji na rynku pracy.
Przy bardzo niskiej stopie bezrobocia (3,5 proc. na koniec 2018 wg badania aktywności ekonomicznej ludności, dobrych nastrojach konsumenckich oraz utrzymującym się wzroście wynagrodzeń w firmach, wydatki konsumentów będą głównym motorem wzrostu.
Warto jednak podkreślić, że za sprawą coraz większych problemów firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, wyhamuje wzrost zatrudnienia w gospodarce. Z drugiej strony dynamikę konsumpcji prywatnej podbiją szacowane na ok. 20 mld PLN dodatkowe transfery socjalne w drugiej połowie roku.
Polska gospodarka będzie się również rozwijała za sprawą utrzymania aktywności sektora przemysłowego. Zapowiada to wzrost nowych zamówień w przemyśle, głównie jednak z rynku krajowego. Dane GUS pokazały średni wzrost łącznych zamówień w przemyśle o 11 proc. rok do roku, w IV kwartale 2018 r. . W rezultacie, produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu 2019 o 6,1 proc. r/r, po wzroście o 3,1 proc. r/r w poprzednim miesiącu. Dynamika rynku leasingu będzie w 2019 r. niższa niż wynikałoby to z trendów w polskiej gospodarce. Przyczynią się do tego nowe regulacje podatkowe. Od 1 stycznia ustawodawca wprowadził dla leasingu aut osobowych górne limity rat leasingowych, które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Obniży to wzrost wartości sfinansowanych pojazdów w 2019 r., a one stanowią największy segment rynku leasingowego w Polsce.

Najlepszy rząd we Wszechświecie

Premier Morawiecki nie zdaje sobie sprawy z tego co mówi, ale czy w związku z tym naprawdę nie należy mieć o to do niego pretensji?

Ponad trzy lata rządów Prawa i Sprawiedliwości jest przez premiera Mateusza Morawieckiego przedstawiane w samych superlatywach. A każdy sukces, nawet ten, którego nie było, jak i ten, który nie wynika z jego działania, okazuje się być właśnie jego własnym dziełem – i jego rządu.
Niestety, premier albo nie wie co mówi, albo wie, ale pomimo tego decyduje się mówić nieprawdę, którą okrasza magicznymi pojęciami i zaklęciami. A to wymaga stanowczego sprzeciwu i obywatelskiego działania.

Państwo to ja

Przede wszystkim, premier Morawiecki przypisuje sobie zasługi „usprawnienia instytucji państwa”, czego dowodzić ma wzrost ściągalności podatków. Choć nie przedstawia na to żadnych obliczeń, to z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (luty 2019) wynika, że za wzrost dochodów w budżecie państwa w ostatnich latach w około 50 proc. odpowiada poprawa światowej koniunktury. Warto również pamiętać, że identyczny rozmiar dochodów z podatku VAT w relacji do polskiego PKB, a więc na poziomie 7,8 proc., był już w 2011 roku.
Premier Morawiecki przypisuje więc sobie zasługi w znacznej części z przypadkowego zjawiska, nie wspominając także o projektach zmierzających do poprawienia ściągalności podatku VAT, przygotowanych i wprowadzonych jeszcze za poprzedniej koalicji.
Jednym z kluczowych, niezrozumiałych, używanych przez Mateusza Morawieckiego haseł-zaklęć jest „reindustralizacja”, która rzekomo „postępuje jak nigdy dotąd”. Owa reindustralizacja, cokolwiek oznacza, ma być odpowiedzią na „czyhające na Polskę pułapki”, przedstawione w tzw. Planie Odpowiedzialnego Rozwoju.
Premier ani nie tłumaczy, co ma na myśli, ani nie przedstawia żadnych konkretnych dowodów na reindustrializację „postępującą jak nigdy dotąd”. Natomiast z danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że w latach 1989-2015 (czyli przed rządami PiS) produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o około 250 proc.
Na czym zatem ma polegać to hasło? Co PiS chce „reindustralizować”? Jak to odnosi się do kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką?

Umie się chwalić

Choć premier Morawiecki chwali się, że zwiększył udział wydatków publicznych na badania i rozwój, to w krajach, które stawia za wzór, jak np. Szwecja, łączny poziom wydatków na badania i rozwój jest wciąż ponad 3 razy wyższy niż u nas, z czego około 70 proc. wydatków jest wykonywanych przez sektor przedsiębiorstw – o czym premier szczególnie powinien pamiętać, jeżeli chce pompować pieniądze przez państwowe molochy i nacjonalizować kolejne przedsiębiorstwa.
„Znakiem firmowym” Mateusza Morawieckiego ma być prowadzenie rozwoju „solidarnego i terytorialnie zrównoważonego”, opierającego się na wyrównywaniu szans. Program 500+ ma być według niego sposobem na „zniwelowanie pułapki demograficznej”, a także „impulsem antycyklicznym”, czyli odpowiedzią na prognozowany spadek koniunktury.
Program 500+ zdaje się więc być reakcją na wszystkie problemy polskiej gospodarki. I choć zgodnie z przewidywaniami ekonomistów nie zwiększył on poziomu dzietności, to premier Morawiecki zdaje się tym nie przejmować i uparcie twierdzi, że im więcej rozdawnictwa, tym mniej problemów. Jak w Grecji.
Kolejnym sukcesem, którym chwali się premier, jest „wyjście z naszymi produktami na zewnątrz”. Ale co to w ogóle znaczy? Czy to Mateusz Morawiecki otworzył Polskę na świat? Wartość polskiego eksportu od lat 90. wręcz eksplodowała i mimo bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego wzrosła z około 20 do 50 proc wartości naszego produktu krajowego brutto. Mateusz Morawiecki nie ma z tym nic wspólnego.
Z jego logiki wynika, że tzw. piątka Kaczyńskiego, a więc kolejne miliardowe wydatki socjalne, ma być sposobem na upodobnienie Polski do krajów Zachodu, w tym krajów skandynawskich. Z tego wynika, że premier nie ma pojęcia o tym, co w rzeczywistości było przyczyną sukcesów gospodarczych krajów skandynawskich.
Dla przykładu Szwecja, która w 1800 roku była jednym z najbiedniejszych krajów w Europie, zawdzięcza swój dzisiejszy sukces funkcjonującym w niej od lat instytucjom wolnorynkowym. I choć wciąż utrzymuje się wysoko w międzynarodowych rankingach dotyczących wolności gospodarczej, to dzieje się to pomimo, a nie dzięki wysokiemu obciążeniu podatkowemu. Jeśli ktoś wierzy, że redystrybucja i podatki mogą być siłą napędową gospodarki, to równie dobrze może wierzyć, że samochód pojedzie bez silnika.

Bariera rozwojowa czyli PiS

A jak Mateusz Morawiecki tłumaczy rekordowy spadek w inwestycjach publicznych? To dosyć proste, bo według niego inwestycje muszą być dobrze przygotowane – a PiS ciągle pracuje nad likwidacją barier rozwojowych.
W rzeczywistości inwestycje prywatne, będące długookresową siłą napędową każdej gospodarki, spadły do najniższego od 20 lat poziomu wraz z objęciem władzy przez PiS. Gdy połączymy ten fakt z logiką premiera Morawieckiego, okaże się, że największą „barierą rozwojową” jest dojście do władzy PiS, który trzeba usunąć, aby wyzwolić polskie inwestycje. Zdaniem Mateusza Morawieckiego do jego osiągnięć należy też obniżenie współczynnika Giniego, zatrzymanie „błędnego koła nierówności” i spadek poziomu emigracji z Polski. , wprowadzenie „zupełnie nowej jakości polityki rozwojowej” oraz „rozkręcenie wielu rzeczy”. Premier nie zgadza się też z podejściem, które polega na tym, że najpierw trzeba zarobić, żeby potem wydać. A jeśli chodzi o zakaz handlu w niedziele, który zgodnie z przewidywaniami ekonomistów przyniósł odwrotne skutki do zamierzonych, to premier Morawiecki tylko „zastanowi się, co dalej z tym zrobić”.
Obraz naszego państwa, który wyłania się z licznych wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, jest zatrważający. Według niego, każda władza od czasów transformacji była kimś w rodzaju „obcego”, który celowo szkodził Polsce. Zgodnie z tą logiką, przyszłość Polski ma się opierać przede wszystkim na zwiększaniu udziału polityków w gospodarce i ograniczaniu roli mediów prywatnych.
Nowa „piątka Kaczyńskiego” nie ma już nic wspólnego z „piątką Morawieckiego”, która nie została zrealizowana i jest stale modyfikowana w zależności od potrzeb konkretnego wywiadu. I choć szef rządu nie dostrzega kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką, takich jak niska stopa inwestycji czy starzenie się polskiego społeczeństwa, to swoimi działaniami przyczynia się do tego, że Polska jest coraz gorzej na te wyzwania przygotowana, chociażby poprzez obniżanie wieku emerytalnego lub akceptowanie niszczenia trójpodziału władzy.

Czy obietnice PiS powiększą nasz dług?

Najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do naszego produktu krajowego brutto spadnie poniżej 45 proc. w przyszłym roku.

Będzie to o niemal 9 punktów procentowych mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich najnowszych prognozach dla Polski przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Nasze dobre lata

Te oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej swego potencjalnego tempa wzrostu (wynoszącego ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do trzeciego kwartału 2018 r.) oraz dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i wpływy do ZUS-u.
Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus.
Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Dług w odwrocie

Znacznie ciekawszym elementem publikacji MFW jest analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Nastąpiła tu zasadnicza poprawa w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku.
Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Będzie to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” uchwalonego przez Radę Ministrów.
W „Wieloletnim Planie…” zadłużenie wobec PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne, gdyż prognozy „WPFP” się nie sprawdzały ze względu na finalnie mniejszy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe oszczędności.
Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne także w raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc.
To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Polska osiągnie nadwyżkę

Przede wszystkim, jak ocenia Cinkciarz.pl w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc.
Z kolei w przypadku wielkości deficytu, jego wartości zostały zrewidowane w dół.
Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek, deficyt w 2019 r. wyniesie 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 proc. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.
Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż się spodziewano wydatkami.
Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur oraz redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

Ostrożnie z obietnicami

Cześć z tych sprzyjających trendów powinna nadal być widoczna w 2019 r. Kolejne lata (po 2020) będą już jednak znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej.
Mała jest też szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.
Kluczowe jest więc teraz utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych – i przyjęcie założenia, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.