Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Kronika 40 lat reform i otwarcia Chin na świat

1978  Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji w Pekinie
Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji, która miała miejsce w grudniu, była symbolicznym rozpoczęciem polityki wewnętrznych reform i otwarcia na świat. Postanowiono wówczas, że od 1979 roku praca całej partii będzie skierowana na budowę socjalistycznej modernizacji. Ponadto wskazano, że zadaniem partii w nowej erze jest budowa Chin jako nowoczesnego, potężnego kraju socjalistycznego.

 

1979 Utworzenie specjalnych stref ekonomicznych
Chiny zdecydowały się stworzyć w Shenzhenie, Zhuhai, Shantou i Xiamenie próbne specjalne strefy. W 1980 roku nazywano „specjalne strefy” oficjalnie „specjalnymi strefami ekonomicznymi”. Na początku reform i otwarcia w sytuacji braku doświadczenia wymiany gospodarczej z zagranicą i niedoskonałości systemu prawa wewnętrznego, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych odegrało zdecydowanie ważną rolę w rozszerzeniu wymiany gospodarczej z zagranicą.

 

1992 Przemówienia Denga Xiaopinga
Na początku 1992 roku w czasie inspekcji w południowych Chinach główny architekt chińskiej polityki reform i otwarcia Deng Xiaoping wygłosił serię przemówień dotyczących reform gospodarczych. W jego przemówieniach powtórzono konieczność i wagę pogłębiania reform oraz przyspieszania rozwoju. Deng podkreślił, że należy kłaść nacisk na rozwój gospodarczy i podtrzymywać zasadniczą politykę partyjną przez kolejne sto lat, aby móc stopniowo tworzyć wspólny dobrobyt, wskazywać drogę dla reform i otwarcia się w nowej erze.

 

2001 Chiny dołączyły do WTO
11 grudnia 2001 roku Chiny oficjalnie przystąpiły do Światowego Organizacji Handlu (WTO), co symbolizuje wkroczenie w nowy etap chińskiej reformy i otwarcia. Po wstąpieniu do WTO Chiny uczestniczyły w pogłębieniu procesu globalizacji gospodarczej i stworzyły wielką szansę rynkową dla świata.

 

 2013 Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz przygotowanie do założenia AIIB
Jesienią 2013 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping przedstawił inicjatywę „ekonomicznego pasa wzdłuż Jedwabnego Szlaku” oraz „morskiego Jedwabnego Szlaku XXI wieku”. W celu pobudzenia koncepcji „Pasa i Szlaku” Xi Jinping zaproponował założenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). 25 grudnia 2015 roku AIIB oficjalnie powstał, a w styczniu 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie. AIIB jest pierwszą wielostronną instytucją finansową z inicjatywą chińską. Obecnie w jego ramach działa 87 państw członkowskich.

 

2013 Powstanie pierwszej chińskiej pilotażowej strefy wolnego handlu
We wrześniu 2013 roku chińska Rada Państwa zatwierdziła powstanie Szanghajskiej Pilotażowej Strefy Wolnego Handlu. Celem tej strefy jest pogłębienie i udoskonalenie systemu zarządzenia inwestycjami, nadzoru handlu i innowacji finansowych. Obecnie Chiny utworzyły już 11 pilotażowych stref wolnego handlu, m.in. w Szanghaju, Guangdong, Tianjin, Fujian i Shaanxi.

 

2017 XIX zjazd KPCh
W październiku 2017 roku odbył się XIX zjazd KPCh w Pekinie. Na zjeździe wypracowano konkretny plan na pogłębienie reform Chin. Postanowiono, że należy nieustannie pobudzać modernizację systemów i zdolności zarządzenia państwem, a także utworzyć kompletne, naukowe, znormalizowane i skuteczne systemy.

 

Pierwsze China International Import Expo w Szanghaju
W listopadzie w 2018 roku w pierwszych China International Import Expo wzięło udział ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Wartość intencyjnych zakupów wynosiła 57,83 mld dolarów. Była to pierwsza na świecie wystawa na szczeblu państwa zorientowana na import. Targi te stanowią ważne przedsięwzięcie Chin dla wsparcia liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki oraz aktywnego otwarcia rynku na świat.

Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.

 

Energetyka daleka od nowoczesności

Rząd PiS systematycznie zmniejsza wydobycie węgla kamiennego w Polsce. To słuszna polityka – ale szkoda, że zamiast stopniowego odchodzenia od tego surowca, polski węgiel jest zastępowany węglem importowanym z Rosji. W ten sposób rząd pogłębia nasze uzależnienie energetyczne.

 

Jednym z pomysłów na zmianę kierunku polskiej polityki energetycznej jest energetyka obywatelska. W Katowicach podczas szczytu klimatycznego zebrała się grupa samorządowców stawiająca na jej rozwój. Swoje działania na rzecz energetyki obywatelskiej zaczęli oczywiście od wezwania państwa do zwiększenia nakładów na ten cel.
Do samorządowców przyłaczył się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar – choć wybór strategii energetycznych dość luźno wiąże się z zakresem działań RPO. Rzecznik uznał jednak, że w ramach chronienia praw obywatelskich, powinien on wspierać oddolne ruchy społeczne, takie jak właśnie ruch na rzecz upowszechniania energetyki obywatelskiej.
Rzecznik wskazał też na bliskie nam Węgry, gdzie utworzono stanowisko rzecznika do spraw przyszłych pokoleń, który ma być odpowiedzialny za przestrzeganie i rozwój zasady solidaryzmu społecznego (czyli naturalnej wspólnoty interesów różnych grup i warstw społecznych w państwie) – która to zasada powinna, zdaniem rzecznika, wyrażać się m.in. właśnie w rozwijaniu energetyki obywatelskiej.

 

Niech państwo da

Jak mówi ideologiczna i w związku z tym niejasna, definicja, energetyka obywatelska w odróżnieniu od dominującej na razie w Polsce energetyki oligarchicznej i scentralizowanej, opartej na systemie kilkunastu wielkich elektrowni, zakłada rozwój energetyki rozproszonej, efektywnej, opartej w coraz większym stopniu o odnawialne źródła ciepła i elektryczności, do których dostęp ułatwia się wszystkim obywatelom.
Definicja nie wyjaśnia oczywiście niczego, co jest najważniejsze: na czym ma polegać rozproszenie energetyki? co to znaczy, że będzie ona efektywna (w domyśle – w odróżnieniu od zapewne nieefektywnej energetyki oligarchicznej)? jak dostęp do niej ułatwi się wszystkim obywatelom?
Można wiec się tylko domyślać, że chodzi o wytwarzanie ciepła i prądu przez małe elektrociepłownie obejmujące niewielką liczbę odbiorców. To poniekąd powrót do koncepcji sprzed stu lat, polegającej na budowie osiedlowych kotłowni opalanych węglem – z której zrezygnowano bo te lokalne kotłownie za bardzo zatruwały powietrze a ich funkcjonowanie było w sumie droższe od systemu scentralizowanej energetyki dostarczającej prąd i ciepło. Dzisiejsze małe elektrociepłownie miałyby być opalane biogazem, który oczywiście też zatruwa powietrze. Możliwe też że składałyby się one z ogniw fotowoltaicznych – co z kolei jest drogie i wymaga dotacji dla użytkowników, zaś w pochmurne dni, zwłaszcza jesienią i zimą, ogniwa te nie zapewniają odpowiedniej temperatury ogrzewania.
Najważniejszym elementem umożliwiającym rozwój energetyki obywateslkiej jest oczywiście wsparcie finansowe państwa. Dlatego też nowo wybrani samorządowcy, którzy w ostatnich wyborach zapowiedzieli, że postawią na rozwój energetyki obywatelskiej, chcąc dotrzymać swych obietnic, spotkali się w Katowicach – i wspólnie przygotowali apel do rządu i Komisji Europejskiej o zwiększenie nakładów na rozwój energetyki obywatelskiej. Apel oczywiście nie będzie mieć żadnego znaczenia, ale samorządowcy, którzy przed wyborami samorządowymi podpisali deklarację „Popieram energetykę obywatelską” chcą sprawić wrażenie, że coś się jednak robi.

 

Polski zastępujemy rosyjskim

Polska, jak i wszystkie pozostałe kraje UE, jest zobowiązana przedstawić tzw. NECP – Krajowy Plan dla Energii i Klimatu, mający wytyczyć cele i zapewnić zgodność polityki krajowej z celami energetycznymi wspólnoty europejskiej. Samorządowcy twierdzą nawet, że Polska musi przedstawić ów plan jeszcze przed końcem tego roku, co jednak nie jest prawdą.
Jaki ten plan będzie, jeszcze dokładnie nie wiadomo, bo wciąż trwają konsultacje „Polityki Energetycznej Państwa do roku 2040”. Trudno jednak, by NECP znacząco różnił się od tej „Polityki…”, która przewiduje, że węgiel będzie odpowiadał za wytwarzanie większości energii w Polsce (tradycyjnie mówi się też o budowie elektrowni atomowej, która oczywiście nie powstanie). Potrwa to najprawdopodobniej do czasu wyczerpania jego zapasów w naszym kraju, a nawet dłużej, bo Polska importuje coraz wiecej węgla – w ubiegłym roku sprowadzono do nas 13,5 mln ton, zaś w tym roku kupimy go dużo więcej, prawdopodobnie ok. 18 mln ton, głównie z Rosji.
Obecni szefowie resortu opowiadają głupstwa, że import węgla do Polski jest „czymś naturalnym”, zaś z drugiej strony prezydent Andrzej Duda snuje bajki o obronie polskiego sektora węglowego.
Import węgla do Polski jest oczywiście czymś kompletnie nienaturalnym. Skoro chcemy spalać węgiel krajowy, którego ponoć mamy dużo, to sięgajmy po rodzime zasoby. Jesli zaś własnego węgla jest jednak za mało to wykorzystajmy tę sytuację do rozwoju energetyki odnawialnej – a nie do zwiększania importu węgla, co tylko utrwala szkodliwą strukturę naszej energetyki.
Owszem, skoro mamy węgiel, głupotą jest z niego rezygnować – ale jeszcze większą głupotą jest spalanie węgla z importu. Jeśli importowanie węgla jest bardziej opłacalne od wydobycia własnego, to znaczy, że planowanie rozwoju polskiej energetyki w oparciu o węgiel (jak zakłada „Polityka Energetyczna Państwa do roku 2040”) jest kompletnie bez sensu. W takiej sytuacji należałoby albo obniżyć koszt wydobycia węgla w Polsce, by jego import stał się nieopłacalny – albo rozwinąć mniej trującą produkcję energii ze źródeł odnawialnych.
Obie te możliwości są jednak niewykonalne dla obecnej ekipy, która nie jest w stanie zwiększyć innowacyjności polskiej gospodarki. Resort gospodarki mówi, że wybiera trzecią drogę – i chce rozwijać potencjał wydobywczy krajowych kopalni węgla.
Będzie to kosztować miliardy, bo nakłady na ten cel muszą być ogromne i spowoduje, ze Polska stanie się unijnym pariasem energetycznym, który buduje najbardziej szkodliwy i przestarzały model wytwarzania energii. Rozwój takiego tradycyjnego modelu nie wymaga za to pomyślunku i innowacyjności, czyli tego, czego szczególnie brakuje w polskiej gospodarce.

 

Rządowe bajania

Pamiętajmy jednak, że są tylko rządowe zapowiedzi, które miewają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Faktycznie, żadne rozwijanie potencjału wydobywczego sektora węglowego nie następuje, bo obecna ekipa i tego nie jest w stanie zrobić. Pod rządami PiS wydobycie węgla kamiennego systematycznie spada. W 2015, ostatnim roku rządów Platformy Obywatelskiej, polskie kopalnie wydobyły 72,7 mln ton. Rok póżniej – tylko 70,7 mln ton, zaś w ubiegłym wydobycie spadło do 65,8 mln ton. I oczywiście spada nadal: w pierwszym półroczu 2018 r wydobycie było o milion ton mniejsze niż w pierwszym półroczu ubiegłego. „Rozwijanie naszego sektora węglowego” polega zaś w rzeczywistości na jego likwidowaniu – w tym roku zamykana jest kopalnia Wieczorek, w której za czasów rządów PO rozpoczęto eksperymentalną, innowacyjną produkcję metanu metodą podziemnego zgazowania węgla.
Akurat za ograniczanie wydobycia węgla (choć prowadzone w mało sensowny sposób) trudno mieć pretensje do rządzących z PiS, bo to jest generalnie polityka słuszna – choć może szkoda, że ich czyny są tak dalece sprzeczne z ich obietnicami. Trzeba jednak mieć do nich pretensję o indolencję, marazm, brak inicjatywy i innowacyjności. Te cechy ekipy rządzącej polską gospodarka sprawiają, że w rzeczywistości nie może zostać wybrana żadna z przedstawionych tu trzech dróg. Nie ma więc ani obniżenia kosztu wydobycia polskiego węgla, ani rozwoju energetyki odnawialnej, ani wzrostu potencjału wydobywczego naszych kopalni. Polska energetyka podąża czwartą drogą, nabardziej szkodliwą i najmniej innowacyjną – po prostu zwiększa import węgla kamiennego, głównie z Rosji. To bardzo ciekawy sposób budowania naszej „niezależności energetycznej” przez PiS.
W pierwszej połowie roku 2019, jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w Brukseli mogą zapaść ustalenia co do ewentualnego podwyższenia tzw. celu klimatycznego (udziału wydatków na ochronę klimatu w budżecie unijnym) z 25 na 40 proc., oraz stworzenia mechanizmu wykluczającego unijne finansowanie inwestycji działających na szkodę klimatu.
Grupka samorządowców, która pojawiła się na szczycie klimatycznym w Katowicach, uznała że należy zwiększać nakłady na czystą, bezemisyjną energetykę (choć oczywiście nie ma w pełni nieszkodliwej energetyki). Ich zdaniem powinny być też traktowane priorytetowo takie projekty, jak spółdzielnie energetyczne i rozwój odnawialnych źródeł energii – bo dla uniknięcia nadciągającej jakoby katastrofy klimatycznej, pilnie potrzebujemy budowy niskoemisyjnej gospodarki. Polska powinna zaś w nowym rozdaniu środków unijnych postawić zwłaszcza na inwestycje w efektywność energetyczną.
Niedawno minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz publicznie zapowiedziała bardziej zdecydowane wspieranie rozwoju energetyki obywatelskiej, co jej zdaniem ma stanowić remedium na rosnące ceny prądu. Te obietnice mają jednak tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co zapowiadane przez rząd rozwijanie potencjału naszego sektora węglowego.

Utworzyć kolejną komisję? NIEBEZPIECZNE ZMIANY KLIMATU

Trwa moda na komisje śledcze. Szefowie partii Zielonych zaapelowali właśnie do posłów o powołanie sejmowej komisji śledczej.

 

Nowa komisja ma zbadać ignorowanie kryzysu klimatycznego przez Polskę i jej kolejne rządy – oraz wskazać winnych polityków, których należałoby pociągnąć do odpowiedzialności.
Zieloni chcą również powołania rządowego zespołu kryzysowego, który ma stworzyć plan działań do 2050 r. i zbadać wpływ zmian klimatu na polską gospodarkę i społeczeństwo.
Jak alarmują Zieloni, jesteśmy ponoć świadkami największej afery w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej. Ma ona polegać właśnie na tym, że kolejne rządy ignorują nadchodzącą katastrofę klimatyczną, która jest najgroźniejszym wyzwaniem dla Polski oraz dla całej ludzkości. Zieloni domagają się wyjaśnienia przyczyn tych zaniechań przez sejmową komisję śledczą.
Ta komisja sejmowa miałaby na przykład ustalić, dlaczego od 1991 r., kiedy powstał pierwszy, ostrzegawczy raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, polskie rządy ignorowały zalecenia klimatycznych ekspertów.
Przez wszystkie te lata żaden z rządów nie opracował planu dostosowania polskiej gospodarki do wyzwań związanych ze zmianami klimatu. W efekcie, emisje naszych gazów cieplarnianych rosną, a dorobek polskiego rolnictwa ekologicznego został zniszczony. „Ponadto, politycy różnych opcji kwestionują naukowo udowodnione zagrożenie zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, wprowadzając opinię publiczną w błąd i umniejszając skalę problemu” – zarzucają Zieloni.
Ponadto, Polska jako gospodarz szczytu klimatycznego COP 24 sabotuje jego ideę, reklamując węgiel i chwaląc się potrawami z dziczyzny. Pytanie, jakie za tym stoją grupy interesu i którzy konkretnie politycy forsują te szkodliwe dla Polski i świata rozwiązania? – zastanawiają się Zieloni.
Żądają oni, żeby komisja zbadała m.in. blokowanie przez Sejm rozwoju czystej energii, przejawiające się m.in. problemami z wprowadzeniem tzw. ustawy prosumenckiej, czy przyjęciem „ustawy odległościowej”, ograniczającej (według nich bezpodstawnie) budowę nowych farm wiatrowych. Komisja mogłaby również zająć się zaniedbaniami po stronie rządu. Takimi zaniedbaniami, zdaniem Zielonych, mają być m.in. brak rządowego planu obniżenia emisji gazów cieplarnianych oraz brak inwestycji w innowacyjną gospodarkę i rolnictwo ekologiczne.
Zieloni domagają się również powołania rządowego zespołu kryzysowego ds. zmian klimatycznych. Plan strategiczny transformacji polskiej gospodarki do 2050 roku, ich zdaniem powinien obejmować m.in, doprowadzenie do zerowej emisji szkodliwych pyłów w gospodarce (co oczywiście jest utopią), odbudowę biosfery oraz przestawienie polskiego rolnictwa na rolnictwo ekologiczne, wspomagane innowacjami technologicznymi.
Przedstawiciele tej partii uważają, że zmiany klimatyczne są dziś najważniejszym tematem politycznym nie tylko w Polsce, ale na świecie.
Zieloni wskazują, że decydują się w tej chwili losy naszych dzieci i przyszłość całej naszej cywilizacji. Dlatego właśnie Komisja Sejmowa ds. Ignorowania Kryzysu Klimatycznego byłaby najważniejszą komisją w historii polskiego parlamentaryzmu. Mogłaby ona pomóc Polsce i jej obywatelom dokonać epokowej zmiany w myśleniu.

Węgiel rządzi Polską

Fot. Kopalnia i elektrownia Turów – zamykać czy rozwijać? Oto jest pytanie…

 

 

Gospodarka naszego kraju bazuje i będzie bazować na węglu – takie jest podstawowe przesłanie, jakie wyniosą z Katowic uczestnicy szczytu klimatycznego.

 

Rozpoczęty niedawno szczyt klimatyczny w Katowicach to dobra okazja do nagłaśniania różnych inicjatyw pro-ekologicznych. Dlatego dość wyraźnie został usłyszany apel Partii Zieloni o szybkie odwołanie Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.
Co mu się zarzuca? Pretensji jest wiele, a podstawowa brzmi tak, że zarówno projekt Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. jak i zaproszenie koncernów węglowych – stanowiące wyraźny gest symboliczny i ukłon władzy w ich stronę – odpowiedzialnych za zanieczyszczenie powietrza, do patronowania szczytowi klimatycznemu COP24, zupełnie rozmijają się z potrzebami i oczekiwaniami społeczności krajowej i międzynarodowej.
Zieloni uważają, że Polityka Energetyczna Polski 2040, jeśli w obecnym kształcie zostanie wprowadzona w życie, stworzy bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i jego obywateli.

 

Węglowa strategia

Elementy, które w tej strategii rażą najbardziej, to, po pierwsze, kontynuacja energetyki opartej na węglu – podczas gdy reszta świata stara się zredukować emisje pyłów węglowych o 50 proc. do roku 2030 i nawet o 100 proc. do połowy tego wieku. Inwestycje te już dzisiaj generują koszty, nie dając korzyści.
Przykładem może być budowa nowego bloku w elektrowni Turów, która nigdy się nie spłaci.
Jak wskazuje Dominika Mucha z Politechniki Warszawskiej, tylko w 2017 r. działalność kopalni i elektrowni Turów przyczyniła się do 81 przedwczesnych zgonów w Polsce, ale nie tylko. Jej zdaniem, ta sama elektrownia i kopalnia przyczyniła się do
przedwczesnej śmierci 32 osób w Czechach, 133 w Niemczech i 13 osób na Litwie, a w całej Europie aż 289. Czyli, zdaniem pani Muchy, Turów reszcie Europy szkodzi znacznie bardziej niż Polsce.
Abstrahując od, zapewne niezbyt wielkiej, wiarygodności tych wyliczeń, trzeba zauważyć, że nasz kraj wyznaczył zbyt niskie cele redukcji emisji gazów cieplarnianych – poniżej naszych zobowiązań w ramach Unii Europejskiej, wynikających z Porozumienia Paryskiego.
Ponadto, szkodliwa jest propozycja budowy bloków jądrowych – według niektórych zamierzeń, nawet aż sześciu – podczas kiedy kolejne kraje wycofują się z nieefektywnej oraz bardzo drogiej energetyki atomowej na rzecz energetyki oszczędnej, odnawialnej i rozproszonej.
Zieloni zarzucają Ministrowi Energii walkę z wiatrakami, wskazując, że płynąca z nich energia, dziś, bez żadnych dopłat, jest o połowę tańsza od energii z węgla. To akurat nieco mija się z prawdą, a walka z wiatrakami, zaburzającymi krajobraz naturalny i emitującymi szkodliwy hałas, jest jedną z niewielu zasług Krzysztofa Tchórzewskiego.
Nie da się jednak zaprzeczyć temu, iż polityka realizowana i proponowana przez Ministra Energii jest niezbyt odpowiedzialna, z powodu braku efektywnych działań dotyczących redukcji smogu, co niesie zagrożenie dla mieszkańców naszego kraju.

 

O co powinno nam chodzić

Długofalową racją stanu Polski jest przejście w znaczącym stopniu, z gospodarki węglowej na gospodarkę niskoemisyjną, do połowy XXI wieku.
Lepiej rozumiał to rząd PO-PSL, podejmujący, mało wprawdzie skuteczne, działania mające na celu wprowadzenie czystszych technologii do naszego przemysłu.
Dramatycznie natomiast nie chce tego pojąć rząd PiS, który z drogiego i kończącego się polskiego węgla uczynił przedmiot sakralizacji, z apogeum obchodów, przypadającym dorocznie w dniu 4 grudnia.
– Zaprezentowany przez Ministerstwo Energii w przeddzień szczytu klimatycznego, projekt Polskiej Polityki Energetycznej do 2040 każe się zastanowić o co chodzi? Przecież w rozumny sposób nie da się pogodzić zapisanego w polityce rozmachu inwestycyjnego w energetykę paliw kopalnych, łącznie z energetyką jądrową, z celami szczytu, którego Polska jest gospodarzem. Jak Polska będzie budować w czasie COP24 swoją wiarygodność w globalnej społeczności. Nadchodzi czas, kiedy obrona interesów grupowych w polskiej elektroenergetyce przekształca się w odstawanie od świata – oświadczył prof. Jan Popczyk podczas debaty energetycznej zorganizowanej na Politechnice Wrocławskiej.
Natomiast dr. Wojciech Myślecki podkreślił, że nie ma odwrotu od wycofywanie się z węgla i ze scentralizowanej energetyki, na rzecz racjonalizacji zużycia energii oraz jej produkcji z odnawialnych i rozproszonych źródeł.
Uczestnicy tej debaty zauważali, że projekt powstał w pośpiechu w Ministerstwie Energii i jest objawem chaosu w polityce energetycznej. Dziś władze naszego kraju, w obliczu najnowszych raportów klimatycznych, powinny stawiać na wycofanie się z nieefektywnych inwestycji w atom i kosztowną energetykę węglową. Potrzebny jest zaś radykalny program efektywności energetycznej oraz elektryfikacji – począwszy od mieszkalnictwa, przez przemysł po rolnictwo.
Należy też udzielić wsparcia dla rozwoju rynków producentów i konsumentów energii, na szczeblu gospodarstwa domowego, osiedla, małej energetyki, gospodarstw rolnych, drobnego i średniego biznesu. Potrzebne nam są duże zakłady przemysłowe, które w coraz większym stopniu będą korzystać z prądu i ciepła produkowanego z odnawialnych źródeł energii.
Wreszcie, pożądana byłaby zmiana obecnych taryf – wspierających energetyczne monopole państwowe – na taryfy bardziej życzliwe dla OZE.

 

To wszystko da się zrobić

Rząd, społeczności lokalne oraz sami górnicy powinni też zaangażować się w sprawiedliwą transformację społeczną – z obszarów węgla do innych nowoczesnych dziedzin gospodarki. Na Górnym Śląsku, na wykwalifikowanych pracowników sektorów węglowych i powiązanych z węglem, już dziś czekają miejsca pracy.
Urszula Zielińska, z zarządu Partii Zieloni mówi: „Sygnujący Strategię Energetyczną Polski do 2040 r. minister Tchórzewski, w dniach, kiedy z powodu wysokiej fali upałów kraj był o krok od „blackoutu” energetycznego, zawierzył wszystkie sprawy energetyki, jej rozwój i unowocześnienie Matce Bożej, Królowej Polski. Po analizie projektu polityki energetycznej Polski do 2040 mamy głębokie wrażenie, iż faktycznie nasza energetyka byłaby bardziej bezpieczna pod opieką Matki Bożej Królowej Polski, niż pod opieką Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego”.
Sprawiedliwa transformacja jest dziś finansowym priorytetem Unii Europejskiej, która kieruje do regionów odchodzących od węgla znaczne fundusze. Dostępna jest też wiedza o tym, jak trzeba planować i przeprowadzać ten proces, by uniknąć negatywnych skutków społecznych.
Wiadomo, że apel do premiera Mateusza Morawieckiego o jak najszybsze odwołanie Krzysztofa Tchórzewskiego ze stanowiska ministra energii, nie przyniesie żadnego skutku – zwłaszcza, że przecież całe kierownictwo naszego państwa popiera prowęglową strategię rozwoju kraju. Dlatego duża jest tu rola opozycji. Plan rzeczywistej, opartej na nowoczesnych założeniach z XXI wieku, transformacji energetyki i gospodarki Polski powinien stać się wspólnym priorytetem łączącym wszystkie ugrupowania opozycyjne. Jedynie to stwarza szanse dla innowacyjności, rozwoju, miejsc pracy w przyszłości, walki z wykluczeniem energetycznym.

Porzućmy wszelką nadzieję?

Według wieloletnich szacunków wzrostu gospodarczego, przygotowywanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ostatnia pochodzi z lipca 2018 r.), potencjalny średnioroczny wzrost produktu krajowego brutto na mieszkańca w latach 2030-2060 ma wynieść w Polsce jedynie 1,3 proc.

 

To najsłabszy wynik nie tylko w UE, ale także w całym OECD. Jest to także drugi, poza Rosją – 1,2 proc. – najgorszy rezultat wśród wszystkich 46 badanych krajów. Bardzo niski wzrost przez trzy dekady oznacza, że możemy zapomnieć o dogonieniu jakiejkolwiek rozwiniętej gospodarki.
Nasz relatywny poziom zamożności mierzony PKB wyrażonym w sile nabywczej w relacji do USA praktycznie utrzyma się na podobnym poziomie, co obecnie (wzrost z 50 do 54 proc. w 2060 r.) – wskazuje portal Cinkciarz.pl. W klasyfikacji PKB na mieszkańca, w relacji do poziomu w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzą nas wszystkie kraje regionu: Węgry – 60 proc., Słowenia – 62 proc. Słowacja – 79 proc. oraz Czechy – 77 proc. Po piętach deptać nam natomiast będą Chiny – 51 proc. oraz Indie – 44 proc.
Badania OECD wskazują, że największym problemem Polski będzie rynek pracy. Poziom zatrudnienia ma spadać o 0,2 proc. każdego roku w latach 2030-2060 (najwięcej ze wszystkich państw). Przede wszystkim jest to efekt demografii, czyli starzejącego się społeczeństwa. Problemy demograficzne obejmują jednak także inne kraje. U nas jednak, populacja w wieku produkcyjnym, w związku z wprowadzeniem niższego wieku emerytalnego zmniejszy się aż o 10 pkt proc. do 2050 r. Negatywnie na podaż siły roboczej od 2030 r. zacznie także wpływać podniesienie wieku rozpoczęcia obowiązku szkolnego.
Jak wskazuje OECD, dzietności lepiej sprzyja zastępowanie świadczeń pieniężnych świadczeniami rzeczowymi dla rodzin (np. darmowe przedszkole, żłobek), co pozwala na łatwiejszy powrót kobiet do pracy i redukuje ryzyko erozji ich umiejętności. Ponadto, wydatki na zdrowie w Polsce są drugimi najmniejszymi wśród badanych krajów, co redukuje chęć pozostawania starszych roczników na rynku pracy i zmniejsza ogólną jakość życia. Wreszcie, niewystarczający jest u nas poziom wydatków na badania i rozwój. Dziś dobra koniunktura zewnętrzna, napływ imigrantów ze wschodu czy uszczelnienie systemu podatkowego dają krótkoterminowe wytchnienie. W dłuższym terminie słabości naszej gospodarki trudno jednak będzie „łatać” doraźnymi działaniami.

Głos prawicy

Parkingowy

PiS relacjonuje odsłonicie pomnika najwybitniejszego Polaka wszech czasów:
– Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do budowy Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Śp. Lech Kaczyński dobrze zasłużył się Ojczyźnie. Bez niego nie byłoby dobrej zmiany, nie byłoby próby uczynienia polskiego państwa sprawiedliwym i podmiotowym – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Warszawie.
Dodał, że działalność Lecha Kaczyńskiego przyczyniła się decydująco do tego, iż można było przeciwstawić się temu, co zostało nazwane postkomunizmem.
– System ten był lepszy od poprzedniego, ale wciąż obciążony ogromnymi wadami – stwierdził.
Zwrócił uwagę, iż Lech Kaczyński pełnił wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.
– Dzięki Lechowi Kaczyńskiemu powstało Porozumienie Centrum, a jako szef NIK pokazał, że potrafił być znakomitym szefem ważnej instytucji państwowej. Odbudował On jej znaczenie, odbudował jej działanie, odbudował jej prestiż. Był skutecznym politykiem, potrafił kierować się w swoim życiu dobrocią i względami moralnymi – oznajmił.
Przypomniał m.in., że jego Brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych i w tym, co przyczyniło się do powołania Solidarności.
– Odsłonięcie Pomnika Śp. Prezydenta to dowód na nasze zwycięstwo, dowód na to, że chcieć to móc – powiedział Prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Info: pis.org.pl

 

Biznes is biznes

– Kongres 590 jest bardzo ważnym wydarzeniem dla ewolucji gospodarczej Polski. Model wzrostu gospodarczego, który zaproponowaliśmy, jest modelem zrównoważonym. Gospodarka idzie w dobrym kierunku, a części społeczeństwa dotąd będące na marginesie, teraz są wśród nas – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas Kongresu 590 w Jasionce.
– Konstytucja Dla Biznesu działa, wspieramy specjalne strefy ekonomiczne, zmniejszamy obciążenia podatkowe. Chcemy, aby wynagrodzenia pracowników szybko rosły. Wierzymy, że wtedy przedsiębiorcy będą ich jeszcze bardziej doceniać. Na taki model gospodarczy stawiamy – na naszych oczach przynosi nam bardzo dobre rezultaty – oznajmił.
Info: pis.org.pl