Nowe Chiny po 70 latach

Od zacofanego rolnictwa do przemysłowej potęgi.

Zacofany rolniczy kraj, który siedemdziesiąt lat temu nie był w stanie wyżywić swojej ludności, dziś jest jednym z najważniejszych ogniw światowej gospodarki, dostarczając światu wszystko – od produktów codziennej potrzeby do superszybkiej kolei. A oto przegląd fundamentalnych zmian, które doprowadziły do tej transformacji:
Jak z niczego zbudowano „fabrykę świata”?
70 lat temu gospodarka Chin składała się z trzech sektorów: górnictwa, przemysłu tekstylnego i rolnictwa. Dziś chińska gospodarka obejmuje niemal wszystkie gałęzie przemysłu. Było to możliwe dzięki niskiemu – w stosunku do krajów rozwiniętych – kosztowi pracy i produkcji. Od schyłku lat 70. XX wieku reformy i postępujące otwarcie pozwoliły rzutkim przedsiębiorcom z miast wybrzeża rozwinąć działalność gospodarczą i przekształcić swoje warsztaty w wielkie kompanie. Od tego momentu rozpoczął się ciągły wzrost chińskiego sektora wytwórczego. Dane Banku Światowego pokazują, jak Chiny prześcignęły Stany Zjednoczone jako największy producent w kategoriach wartości dodanej w 2010 roku i utrzymały od tego czasu palmę pierwszeństwa.
Jak Chiny zmodernizowały swój przemysł?
Wchodząc w XXI wiek Chiny skoncentrowały się na rozwoju technologicznym i nowych technologiach. Wtedy to rozwinął się nowoczesny przemysł. Produkty kojarzące się z marką „made in China” to już nie proste wyroby, ale superszybkie pociągi i półprzewodniki. W 2017 roku sektor nowych technologii osiągnął przychody przekraczające 15,9 tryliona juanów (ok. 2,2 tryliona amerykańskich dolarów), co oznacza wzrost o 55,8 proc. w stosunku do roku 2012. Przyczyn tak szybkiego rozwoju należy szukać w inwestycjach w badania i innowacyjność, które wzrosły o 83,6 proc., osiągając poziom 318,3 miliardów juanów.
Co potencjał przemysłowy Chin da naszej wspólnej przyszłości?
Przez dziesięciolecia rozwój przemysłowy Chin korzystał z otwartej współpracy z innymi krajami. Teraz jego potęga stworzy nowe możliwości dla innych partnerów. W czerwcu 2019 roku Chiny oficjalnie zainaugurowały komercyjne usługi sieci G5, rozpoczynając tym samym nową erę w dziejach technologii bezprzewodowej otwierającej nowe, nieznane dotąd możliwości.
W tworzenie tej technologii były głęboko zaangażowane zagraniczne firmy, takie jak Nokia, Ericsson, Qualcomm and Intel, a chińscy dysponenci chętnie otwierali się na współpracę tak z zagranicznymi jak i krajowymi partnerami uczestniczącymi w budowie i uruchomieniu chińskiej sieci 5G i zarabiającymi na jej wdrożeniu. Jak pokazuje przykład sieci 5G ambicje przemysłowe Chin oznaczają więcej możliwości dla krajowych i zagranicznych firm aby współzawodniczyć i współdziałać i wspólnie czerpać korzyści. Siła napędowa rozwoju przemysłowego Chin leży bowiem w otwieraniu ich rynku i gospodarki na świat.

Wątpliwy obieg zamknięty

W naszej gospodarce, opartej na energii pochodzącej ze spalania węgla, bardzo trudno będzie przestawić przemysł na produkcję czystą i mało odpadową.

W naszym kraju ma zostać stworzona gospodarka o obiegu zamkniętym. Taka jest w każdym razie deklarowana intencja obecnej władzy.
Rada Ministrów przyjęła bowiem uchwałę pod tytułem: „Mapa drogowa transformacji w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym”.

Co się da, wykorzystać znowu

Wspomniana mapa stanowi przełożenie na polskie realia planu działania Komisji Europejskiej, opublikowanego już pod koniec 2015 r., w którym zawarto wytyczne do budowy gospodarki o obiegu zamkniętym.
PiS przez cztery lata nie był w stanie przygotować polskiej wersji unijnego dokumentu, co można zrozumieć, gdyż trudno planować stworzenie gospodarki o obiegu zamkniętym, jeśli opiera się ona na energii pochodzącej ze spalania węgla, a nie ze źródeł odnawialnych.
Gospodarka o obiegu zamkniętym stanowi jeden z priorytetów Komisji Europejskiej. Jest to znana od lat ale wciąż pozostająca głównie w sferze zamierzeń koncepcja gospodarcza wedle której produkty, materiały oraz surowce mają pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a wytwarzanie odpadów (nadających się w jak największym stopniu do ponownego wykorzystania).

Bez ostatniego etapu

Pomysł gospodarki o obiegu zamkniętym uwzględnia wszystkie etapy „życia” produktu – od pozyskania surowca przez projektowanie wyrobu, jego produkcję, konsumpcję, zbieranie odpadów, aż do ich zagospodarowania. Ma to prowadzić do stworzenia zrównoważonej, niskoemisyjnej i oszczędnej gospodarki.
Wdrażanie gospodarki o obiegu zamkniętym powinno oznaczać rezygnację z dotychczasowego podejścia opierającego się na zasadzie „weź – wyprodukuj – zużyj – wyrzuć”, w którym odpady traktowane są jako ostatni etap „życia” produktu.
W gospodarce o obiegu zamkniętym istotne jest, aby odpady, jeżeli już powstaną, były traktowane jak surowce wtórne i wykorzystane do ponownej produkcji. Budowanie gospodarki o obiegu zamkniętym ma zwiększyć innowacyjność polskich przedsiębiorców oraz podnieść ich konkurencyjność w stosunku do podmiotów z innych części Europy i świata.

Nieustanne przetwarzanie

Rząd uznał, że budowaniu gospodarki o obiegu zamkniętym ma służyć zrównoważona produkcja przemysłowa oraz zrównoważona konsumpcja.
Co do „zrównoważonej produkcji przemysłowej” to nikt nie wie, jak konkretnie miałaby ona wyglądać, natomiast jeśli chodzi o konsumpcję, to rząd sformułował prostą dyrektywę pod adresem obywateli: „Konsumenci mogliby kupować mniej towarów i lepiej wykorzystywać te, które już mają”.
Może i mogliby. Tylko jak to się ma do tempa polskiego wzrostu gospodarczego, opierającego się głównie na rosnącej konsumpcji wewnętrznej? W dodatku, cała ta koncepcja gospodarki zamkniętej ma podstawowy błąd w założeniu: przetwarzanie w kółko produktów i ich odpadów będzie powodować rosnące zużycie energii oraz wzrost emisji wszelkich szkodliwych substancji związanych z produkcją oraz utylizacją. I w żaden sposób nie da się tego przeskoczyć.

Nowe Chiny po 70 latach

Od zacofanego rolnictwa do przemysłowej potęgi

Zacofany rolniczy kraj, który siedemdziesiąt lat temu nie był w stanie wyżywić swojej ludności, dziś jest jednym z najważniejszych ogniw światowej gospodarki, dostarczając światu wszystko – od produktów codziennej potrzeby do superszybkiej kolei. A oto przegląd fundamentalnych zmian, które doprowadziły do tej transformacji:
Jak z niczego zbudowano „fabrykę świata”?
70 lat temu gospodarka Chin składała się z trzech sektorów: górnictwa, przemysłu tekstylnego i rolnictwa. Dziś chińska gospodarka obejmuje niemal wszystkie gałęzie przemysłu. Było to możliwe dzięki niskiemu – w stosunku do krajów rozwiniętych – kosztowi pracy i produkcji. Od schyłku lat 70. XX wieku reformy i postępujące otwarcie pozwoliły rzutkim przedsiębiorcom z miast wybrzeża rozwinąć działalność gospodarczą i przekształcić swoje warsztaty w wielkie kompanie. Od tego momentu rozpoczął się ciągły wzrost chińskiego sektora wytwórczego. Dane Banku Światowego pokazują, jak Chiny prześcignęły Stany Zjednoczone jako największy producent w kategoriach wartości dodanej w 2010 roku i utrzymały od tego czasu palmę pierwszeństwa.
Jak Chiny zmodernizowały swój przemysł?
Wchodząc w XXI wiek Chiny skoncentrowały się na rozwoju technologicznym i nowych technologiach. Wtedy to rozwinął się nowoczesny przemysł. Produkty kojarzące się z marką „made in China” to już nie proste wyroby, ale superszybkie pociągi i półprzewodniki. W 2017 roku sektor nowych technologii osiągnął przychody przekraczające 15,9 tryliona juanów (ok. 2,2 tryliona amerykańskich dolarów), co oznacza wzrost o 55,8 proc. w stosunku do roku 2012. Przyczyn tak szybkiego rozwoju należy szukać w inwestycjach w badania i innowacyjność, które wzrosły o 83,6 proc., osiągając poziom 318,3
miliardów juanów.
Co potencjał przemysłowy Chin da naszej wspólnej przyszłości?
Przez dziesięciolecia rozwój przemysłowy Chin korzystał z otwartej współpracy z innymi krajami. Teraz jego potęga stworzy nowe możliwości dla innych partnerów. W czerwcu 2019 roku Chiny oficjalnie zainaugurowały komercyjne usługi sieci G5, rozpoczynając tym samym nową erę w dziejach technologii bezprzewodowej otwierającej nowe, nieznane dotąd możliwości.
W tworzenie tej technologii były głęboko zaangażowane zagraniczne firmy, takie jak Nokia, Ericsson, Qualcomm and Intel, a chińscy dysponenci chętnie otwierali się na współpracę tak z zagranicznymi jak i krajowymi partnerami uczestniczącymi w budowie i uruchomieniu chińskiej sieci 5G i zarabiającymi na jej wdrożeniu. Jak pokazuje przykład sieci 5G ambicje przemysłowe Chin oznaczają więcej możliwości dla krajowych i zagranicznych firm aby współzawodniczyć i współdziałać i wspólnie czerpać korzyści. Siła napędowa rozwoju przemysłowego Chin leży bowiem w otwieraniu ich rynku i gospodarki na świat.

A jednak się kręci

Wszystkie wskaźniki wskazują na to, że koniunktura w polskiej gospodarce jest coraz gorsza. Mimo to nie grozi nam gwałtowne spowolnienie, a tempo wzrostu w tym roku nie spadnie poniżej 4 proc.

Najważniejszy dla oceny perspektyw gospodarczych naszego kraju, tzw. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej Głównego Urzędu Statystycznego (SI), uległ we wrześniu 2019 r. nieznacznemu pogorszeniu i wyniósł 100,2 (100,4 w sierpniu tego roku).
To niby niewielki regres – ale w stosunku do września 2018 r. wartości wszystkich składowych tego wskaźnika koniunktury są niższe.

Obawy o sprzedaż

Dane potwierdzają gorsze nastroje przedsiębiorców, co jest wynikiem zarówno niepewności zewnętrznej, jak i czynników ryzyka na rynku krajowym.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, prognozy i oceny zazwyczaj z niewielkim wyprzedzeniem pokazują kierunek zmian w gospodarce. Wskaźniki koniunktury od kilku miesięcy pogarszały się, a to zapowiada gorsze wyniki w poszczególnych sektorach gospodarki realnej.
Najsilniejszemu pogorszeniu uległa sytuacja w handlu detalicznym. Dotyczy to szczególnie sprzedaży sfinalizowanej w ostatnich trzech miesiącach. Bardziej ostrożne są również oczekiwania dotyczące sprzedaży w ostatnich miesiącach bieżącego roku.
Oceny dotyczące sytuacji w przetwórstwie przemysłowym i w usługach kształtują się na poziomie zbliżonym do notowanego w poprzednim miesiącu. Warto jednak zwrócić uwagę, że pogorszeniu uległa ocena bieżącego portfela zamówień (krajowego i zagranicznego). Natomiast prognozy produkcji są mniej pesymistyczne od formułowanych w sierpniu. Producenci zgłaszają co najwyżej niedobory zapasów wyrobów gotowych.
W sektorze budowlanym utrzymują się pozytywne oceny dotyczące wielkości zamówień zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym.

Trochę więcej pesymizmu

W porównaniu z ubiegłym rokiem, wśród ankietowanych przedsiębiorców widoczny jest nieco większy pesymizm. Czy mają rację? Coraz więcej argumentów przemawia za tym, że tak.
Brak wyraźnych oznak przemawiających za poprawą koniunktury wynika zarówno z czynników zagranicznych, jak i krajowych. Kluczowa dla polskiego eksportu gospodarka Niemiec wchodzi w okres recesji, co musi negatywnie wpłynąć na wartość polskiego eksportu. Widać to już dziś między innymi na przykładzie sektora samochodowego. Podobna sytuacja widoczna jest również w największych gospodarkach: Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Zadecydują zmiany po wyborach

Jeszcze przed wakacjami, w czerwcu, Bank Światowy obniżył prognozy światowego wzrostu produktu krajowego brutto o prawie 1 punkt procentowy, do 2,9 proc. W głównej mierze jest to efekt konfliktów handlowych, jak również niepewność związana z efektami Brexitu. Przypomnijmy również, że w ostatnich miesiącach sytuacja na rynkach finansowych wskazywała na możliwość wystąpienia scenariusza recesji na świecie.
Poczucie niestabilności warunków, w jakich przedsiębiorcy prowadzą działalność gospodarczą, ma również wpływ na kształtowanie się wartości wskaźników koniunktury gospodarczej w Polsce. Oprócz spraw związanych z rynkiem pracy oraz malejącą skalą zamówień, ankietowani przedsiębiorcy wskazują na rosnącą niepewność związaną z regulacjami, jakie mogą pojawić się po październikowych wyborach parlamentarnych. Także niepewność odnosząca się do skali obciążeń fiskalnych w przyszłym roku z pewnością nie sprzyja pozytywnym ocenom odnoszącym się do przyszłości. Sytuacja mogłaby ulec zmianie najwcześniej po pierwszym kwartale 2020 roku.

Maksymalne minimum Kaczyńskiego

Mądrze osadzone w realiach minimum płacowe, może spełniać dwie bardzo ważne funkcje. Stymulować rozwój technologiczny a równocześnie zabezpieczać pracowników przed zakusami nieuczciwych pracodawców. Tyle teoria. Zamiast niej, właśnie bijemy rekord świata w wyborczym podnoszeniu minimalnych wynagrodzeń.

Po zapowiedzi Kaczyńskiego, że płaca minimalna będzie wynosić 3 tys. zł brutto w 2020 r. i 4 tys. zł w 2023 r. w mediach niepisowskich rozpoczął się festiwal lamentu opozycyjnych polityków, ekonomistów i organizacji pracodawców.

Praca dla Polaków

PiS broni swojej obietnicy dla najmniej zarabiających opowiadaniem, że taki skok w płaceniu pracownikom zmusi przedsiębiorców do inwestowania w technologie nie wymagające drogiej pracy człowieka.
Koncepcja ta na pozór jest słuszna. Dzięki nowoczesnym liniom produkcyjnym ci, którzy będą mieli robotę, zarobią dużo więcej, zaś ludzie, którzy w związku z tym stracą pracę, znajdą ją gdzie indziej, za dużo większe pieniądze. W domyśle takiego rozumowania, tkwi bowiem przekonanie, że na naszym rynku pracy jest ponoć 1,5 mln wakatów.
To bajka. Gdyby bowiem tak było, to nowoczesna, zautomatyzowana i świetnie zorganizowana gospodarka Niemiec, nie przerzucałaby części swoich zakładów do Polski, Czech, czy na Węgry. Biznesmeni zza Odry zainwestowaliby przecież u siebie w takie maszyny, które same robiłyby wszystko.
Praktyka pokazuje jednak, że to tak nie działa. Roboty nie są w stanie zastąpić robotników. Ci zaś, tańsi niż za Odrą są właśnie u nas. Wypracowują oni zyski dla niemieckich firm, te zaś zasilają niemieckiego fiskusa. I jeśli w Polsce praca podrożeje tak jak chce PiS, to niemieckie koncerny przerzucą się z Polski, na Białoruś, czy inną Ukrainę. Tamtejsi robotnicy będą mieć zajęcie, zaś państwo niemieckie takie same zyski z opodatkowania swoich koncernów – jak wcześniej.
Stracą tylko Polacy. I to zarówno bezpośrednio – bo niektórzy zostaną bez roboty, jak i pośrednio – bo nie będzie kto miał płacić VAT, PIT i CIT.
A jeśli komuś w PiS marzy się, że dzięki zastosowaniu w Polsce niewymagających ludzi technologii, pozbędziemy się 1,5 mln gastarbeitrów z Ukrainy, to się myli. Nigdzie na świecie tak nie było. Rodowity, Francuz, Belg, czy Niemiec gdy raz przestał zamiatać ulice w swoim kraju, już nigdy do tego zajęcia nie wrócił. Robili to tam Arabowie, Murzyni, Polacy i Rumuni. I robią do dziś.
W opowieściach o inwestowaniu w nowoczesne technologie, spowodowanym windowaniem płacy minimalnej jest jeszcze jeden błąd. Zasadniczy. Tam bowiem, gdzie można by zastosować nowoczesną infrastrukturę, czyli w przemyśle i przetwórstwie, to po pierwsze już ona jest. A po drugie, w tych branżach od dawna każdy robotnik dostaje wynagrodzenie znacznie wyższe od minimalnego.

Wycisnąć prywaciarza

Najniższe płace dominują w sektorach na automatyzację zupełnie niepodatnych. A na dodatek, nie otrzymuje ich – tak jak to pokazują statystyki – 14 proc. zatrudnionych w Polsce. Czyli dwa razy więcej, niż wynosi przeciętna unijna. Czyli 7 razy więcej niż w Czechach.
Te zastraszające dane biorą się oczywiście z oficjalnych deklaracji pracodawców. Zarówno tych dużych, jak i małych. Mali zaś nader często prowadzą swoje biznesy na pograniczu legalności i szarej strefy. I wcale nie chodzi o handel narkotykami, nierząd, czy działalność gangsterską. Szara strefa to głównie płacenie pod stołem, niewystawianie faktur i nie wykazywanie znakomitej części przychodów.
Mali biznesmeni zatrudniający pracowników, najczęściej umawiają się z nimi na oficjalny etat z wynagrodzeniem, na poziomie minimum krajowego. Natomiast pod stołem osoby takie dostają na rękę dwa, a nawet trzy razy tyle. Oszczędzają i oni, i pracodawcy. Po kieszeni dostają ZUS i fiskus.
Ze statystyk wynika, że wśród zarabiających minimum ustawowe połowa pracuje w takich właśnie mikro firmach, w sektorach takich jak usługi, budownictwo i rolnictwo. Przy dzisiejszym rynku pracy, w którym pracownik jest na wagę złota, takie dane brzmią bardziej niż niewiarygodnie. Gdyby jednak od oficjalnej liczby minimalnie zarabiających odjąć tę grupę, to zostałoby dokładnie tyle, ile osób uposażonych na najniższym poziomie jest w Unii.
Jeśliby PiS wygrało wybory i podnosiło ustawowo minimum, to grupa ta, nie tylko wciąż wisiałaby w statystykach minimalizmu płacowego, ale nawet (w większości) nie odnotowałaby żadnej zmiany w swoich prawdziwych zarobkach. Pracodawcy płaciliby im jak dotąd – nad i pod stołem. A popłynęliby wyłącznie na tym, że teraz składki i PIT musieliby odprowadzać od kwot wyższych.
I tak naprawdę rządowi chodzi właśnie o to. O ściągnięcie do budżetu kolejnych miliardów. Nie, zaś o jakieś wydumany skok technologiczny, czy państwo dobrobytu.

Kij na samorząd

Bo o państwie właśnie, świadczy pozostała część zarabiających minimalnie. I to realnie minimalnie. Tym osobom nikt nie wypłaca drugiej pensji pod stołem, bo nie ma takich środków. Nie ma zaś dlatego, że jest jednostką budżetową. Czy to samorządową, czy państwową, czy jakąkolwiek inną instytucją publiczną.
Tych zarabiających dziś realnie w okolicach 1700 zł na rękę, dość łatwo zresztą wymienić. To pracownicy tak szacownych instytucji jak sądy i prokuratury. To osoby zatrudnione w urzędach wszystkich szczebli na stanowiskach recepcjonistów, sprzątaczek, czy ochroniarzy. To ludzie tyrający w szkołach i przedszkolach na etatach administracyjnych. To szpitalny personel sprzątający, kierowcy ambulansów, sekretarki medyczne, personel kuchenny, część personelu technicznego, a także ochrona. To ludzie pracujący w pomocy społecznej.
Wszystkich ich obowiązują widełki płacowe wymyślane przez urzędników i posłów. Każdemu z nich, odpowiednim rozporządzeniem, czy ustawą można by zatem uwłaczającą wysokość wynagrodzenia zmienić. A jednak państwo tego nie robi. Woli spektakularny zabieg podwyższający płacę minimalną. Dlaczego? To proste, bo przynajmniej część z tych podwyżek zostanie sfinansowana przez oszukujących na zarobkach pracowników prywaciarzy.
Ta część, która odnosi się do ludzi zatrudnionych przez administrację państwową. Co jednak, z administracją samorządową i podległymi jej służbami socjalnymi? I co z pracownikami zadłużającej się coraz bardziej służby zdrowia?
Tym będzie musiał zająć się samorząd. Co może być interesujące w obliczu zapowiadanego przez PiS obniżania stawek PIT, podnoszenia kwoty wolnej i zwolnienia podatkowego dla młodych osób. A właśnie z podatku od dochodów osobistych pochodzi lwia część przychodów samorządów.
Skłócona z centralą, władza lokalna na kasę od państwa nie ma co liczyć. Skąd zatem weźmie kasę? Z podniesienia cen biletów komunikacji miejskiej, opłat za żłobki i przedszkola, czy rezygnacji z zajmowania się pielęgnowaniem parków i sprzątaniem ulic?

Z głowy na nogi

Na te pytania, które po enuncjacjach PiS się pojawiają, odpowiedzi nie ma. Jest za to kuriozalna zapowiedź Koalicji Obywatelskiej dopłacania do najniższych wynagrodzeń co miesiąc 600 zł.
Gdyby miała zostać wcielona w życie, to można być pewnym jednego. Że liczba pracujących za minimalne wynagrodzenie, z ok 1,5 miliona skoczyłaby pewnie dwakroć. Bo każdy prywatny biznesmen skorzystałby z okazji, aby wszyscy podatnicy zrzucali się to co on ma płacić ludziom. Dzięki czemu, taki prywaciarz zatrudniający 5 osób, byłby co miesiąc bogatszy o 3 tys. zł.
Do licytacji wysokości minimum płacowego włączyli się wszyscy uczestnicy kampanii wyborczej. Nikt z nich nie zająknął się jednak, żeby rzecz ustawić na nogach raz na zawsze. I zapisać ustawowo, że minimalne wynagrodzenie rząd ma określić raz w połowie roku. Na poziomie – na przykład – 66 proc. średnich zarobków wyliczanych przez GUS. I wtedy każdy będzie wiedział co i jak. A przede wszystkim ci, którzy chcieliby zatrudniać pracowników za miskę ryżu.

Większość chce zatrudniać

Przybywa sygnałów świadczących o delikatnej stagnacji, jaka zaczyna zagrażać polskiej gospodarce.

Ostatni kwartał 2019 roku to więcej ofert pracy w Polsce południowo-zachodniej – w tym regionie firmy będą poszukiwać najwięcej nowych pracowników i tam czeka na nie największa rywalizacja o kadry.
Prognoza netto zatrudnienia wskazywana przez tutejszych pracodawców (różnica pomiędzy odsetkiem firm deklarujących wzrost a spadek zatrudnienia) wynosi +17 proc. i jest to najwyższy wynik od blisko trzech lat – podaje barometr perspektyw zatrudnienia Manpower Group. Optymistyczne plany zatrudnienia deklarują też przedsiębiorstwa z Południa (+14 proc.).
Już nie tak dobrze
– To właśnie na te regiony powinny zwrócić uwagę osoby rozważające zmianę zawodową, ponieważ tam w końcówce roku o nową pracę będzie najłatwiej. Nie są to jednak dobre wieści dla pracodawców, szczególnie tych, którzy na czwarty kwartał roku zaplanowali większą rekrutację. Dla nich pozyskanie nowego pracownika może być nawet trudniejsze niż w roku ubiegłym. Tak duża konkurencja w walce o nowego pracownika może być też zapowiedzią zwiększonej rotacji w firmach i zwiększonych kosztów prowadzenia biznesu – mówi dyr. Dominik Malec z Manpower.
Dobre warunki sprzyjające znalezieniu nowego zatrudnienia będą też w województwach Polski wschodniej (+9 proc.) i północno-zachodniej (+8 proc.) . Nieco mniej optymistyczni są pracodawcy z północnej (+3 proc.) i centralnej (+4 proc.) części kraju.
Wszędzie w Polsce większość firm planuje powiększać, a nie redukować swoje zespoły. Końcówka roku nie będzie jednak aż tak korzystna dla kandydatów jak poprzednie sezony. Dla północy kraju to wynik najsłabszy od ponad dwóch lat, a dla centrum od ponad trzech.
Wykwalifikowani niech się nie boją
Kandydaci, którzy mają kompetencje aktualnie poszukiwane na rynku, będą mogli liczyć na duży wybór ofert pracy, nawet w tych regionach, gdzie firmy mają mniejsze potrzeby personalne. Do tej grupy można zaliczyć specjalistów, inżynierów oraz informatyków, a także wykwalifikowanych pracowników fizycznych na takie stanowiska jak operator maszyn, operator wózka widłowego, technik i spawacz.
– Różnice w prognozach firm wynikają między innymi z przewag innego rodzaju biznesów lokowanych w określonych miejscach. W Polsce południowo-zachodniej i południowej mamy najwięcej firm produkcyjnych, które właśnie w końcówce roku z reguły wchodzą w okres największych potrzeb produkcyjnych i dlatego wciąż będą potrzebować pracowników. Również w tych częściach kraju mamy duże skupienie firm e-commerce, które w czwartym kwartale roku odnotowują największą sprzedaż, a co za tym idzie będą potrzebować dużej liczby nowych pracowników – dodaje Dominik Malec.
Natomiast słabsze prognozy w pozostałych regionach świadczą o delikatnej stagnacji, związanej z gospodarką nie tylko krajową, ale również z niepewnością dotyczącą sytuacji w Europie Zachodniej.

Niepewność szkodzi wzrostowi

Rada Polityki Pieniężnej widzi zagrożenia dla naszej gospodarki, ale usiłuje zachować urzędowy optymizm.

W gospodarczym świecie stopniowo dzieje się coraz gorzej. Napływające dane wskazują, że tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostaje relatywnie niskie, a perspektywy globalnej koniunktury znowu się pogorszyły – wskazuje Rada Polityki Pieniężnej.

Choć burza huczy wokół nas

W strefie euro w II kw. wzrost produktu krajowego brutto nadal jest na bardzo niskim poziomie wynoszącym zaledwie 0,2 proc.).
Mimo nadal dobrej sytuacji w sektorze usług w eurostrefie, aktywność w sektorze przemysłowym pozostaje słaba. A bez rozwoju przemysłu nie będzie rozwoju Europy. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, choć i tam dynamika PKB w drugim kwartale się obniżyła, a odczyty wskaźników koniunktury sygnalizują możliwe osłabienie aktywności w kolejnych kwartałach. W Chinach wzrost PKB także spowolnił w II kwartale tego roku.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera, w tym stopę depozytową poniżej zera, oraz reinwestuje papiery wartościowe zakupione w ramach programu skupu aktywów. EBC sygnalizuje także możliwość poluzowania polityki pieniężnej w najbliższym czasie. Wszystko to ma pobudzić europejską gospodarkę.
W tym samym celu Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych obniżyła stopy procentowe oraz zaprzestała zmniejszania swojej sumy bilansowej.
Jednocześnie inflacja w wielu krajach utrzymuje się na umiarkowanym poziomie. Także i dlatego, że w ostatnim okresie obniżyły się ceny ropy naftowej na rynkach światowych. Ale te obniżki stanowi już przeszłość. Zbombardowanie rafinerii w Arabii Saudyjskiej grozi zakłóceniami na rynku paliw, których skutki odczuje cały rozwinięty świat, a w tym oczywiście i Polska.

Wyspa wciąż lekko zielona

Na razie jednak, w Polsce – mimo osłabienia wzrostu gospodarczego za granicą – nadal utrzymuje się dobra koniunktura, a tempo wzrostu PKB w II kwartale tego roku wyniosło 4,5 proc. (rok do roku). Wzrostowi aktywności gospodarczej w naszym kraju sprzyja rosnąca konsumpcja, wspierana przez wciąż zwiększające się zatrudnienie i płace, dobre nastroje konsumentów oraz wypłaty świadczeń społecznych.
W II kwartale nadal rosły także – mimo zauważalnego już pewnego obniżenia dynamiki – inwestycje w Polsce. Pytanie, jak długo jeszcze będą rosnąć?
Trzeba też zauważyć, że obniżyło się zarówno tempo wzrostu eksportu i importu, co wskazuje na zwalnianie obrotów naszej gospodarki.
Jednocześnie, rośnie inflacja, która w sierpniu tego roku – według szybkiego szacunku GUS – wyniosła 2,8 proc. Na koniec roku prawdopodobnie osiągnie 3 proc., co oznacza systematyczne zmniejszanie siły nabywczej zarobków Polaków. Na rzecz coraz wyższej dynamiki cen oddziałuje głównie istotny i dotkliwy wzrost cen żywności. Ograniczająco na przyrost cen wpływają natomiast niższe niż przed rokiem ceny energii, w tym paliw (co się wkrótce zmieni).

Niby dobrze, ale z obawami

W ocenie Rady Polityki Pieniężnej perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne, a dynamika PKB utrzyma się w najbliższych latach na relatywnie wysokim poziomie – choć trudno liczyć na utrzymanie tempa wzrostu wynoszącego dziś 4,5 proc. W Polsce rośnie bowiem niepewność dotycząca skali i trwałości osłabienia koniunktury za granicą – i jego negatywnego wpływu na krajową aktywność gospodarczą.
Nie wiadomo też, co będzie z inflacją, która z pewnością wzrośnie w pierwszym kwartale przyszłego roku – ale RPP ma nadzieję, iż to tylko przejściowy wzrost.
Reasumując, Rada ocenia, że nasza gospodarka nadal utrzymuje się na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz zachowuje równowagę makroekonomiczną. Jak widać, zdaniem RPP, tej równowagi z pewnością nie zakłócą liczne obietnice przedwyborcze, mnożące się w ustach liderów PiS jak króliki Lejzorka.

Śmieciowe dochody obecnej ekipy

Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do drastycznego wzrostu cen za wywóz i przerób śmieci. Każdego roku kosztuje nas to coraz więcej – a 2019 r. jest szczególnie dotkliwy.

W związku z informacjami dotyczącymi znacznych podwyżek cen za zagospodarowanie odpadów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postanowił sprawdzić, jak duże są wzrosty cen i z czego wynikają.
Urząd zbadał sytuację we wszystkich 302 gminach miejskich w Polsce, oceniając gospodarowanie odpadami komunalnymi w latach 2014-2019.

Koszt „dobrej zmiany”
Okazało się, że ceny za wywóz i przerób śmieci ruszyły wartko w górę pod rządami PiS.
– Badanie urzędu pokazało, że wzrost opłat płaconych przez mieszkańców za odbiór śmieci rozpoczął się w 2017 r, a potem z roku na rok był coraz większy. W latach 2018 – 2019 ponad 60 proc. gmin podniosło lub planuje zwiększyć ceny – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
UOKiK stwierdza, że obecnie mamy do czynienia ze skalą dużych, co najmniej kilkudziesięcioprocentowych, a niejednokrotnie ponad stuprocentowych, wzrostów wysokości opłat. Coraz dotkliwiej ciążą one na portfelach Polaków.
Bieżący rok jest okresem szczególnie wysokich skoków opłat „śmieciowych”, które w niektórych kategoriach odpadów sięgną nawet 280 proc.
Potężne podwyżki cen za wywóz i składowanie odpadów, to wynik działań rządu PiS, który postanowił przerzucić na barki mieszkańców koszty ratowania trzeszczącego budżetu państwa.
22 grudnia 2017 r., Rada Ministrów wydała rozporządzenie, zatytułowane: „W sprawie jednostkowych stawek opłat za korzystanie ze środowiska”, drastycznie podnoszące opłatę za składowanie odpadów. Wzrosła ona średnio dwukrotnie, a w niektórych kategoriach odpadów, nawet aż sześciokrotnie!. Władza potraktowała sprawę jako pilną, więc Polacy dostali tę podwyżkę na Nowy Rok, od 1 stycznia 2018 r.
Te bolesne uderzenie po kieszeni nie zostało wprowadzone drogą ustawową, w wyniku decyzji parlamentu. Rząd wydał rozporządzenie, którym bynajmniej się nie chwalił, a nowe ceny zostały zapisane w dołączonym do niego załączniku, który wymienia aż 1057 różnych rodzajów odpadów.
Warto zauważyć, że pod rządami PO takie podwyżki nie miały miejsca. UOKiK zauważa, że wówczas opłaty wzrastały symbolicznie.

Drogo, coraz drożej
Właśnie wzrost opłaty za składowanie śmieci jest głównym powodem podwyżek, który podały gminy.
Skala podwyżek naturalnie różni się w zależności od regionu Polski. Największe wzrosty cen mają miejsce w woj. mazowieckim. To zrozumiałe, bo Mazowsze jest najbogatszym regionem Polski, gdzie wszystko kosztuje drożej, niż w innych częściach kraju. Co nie zmienia faktu, że trudno bezkrytycznie zaakceptować takie podwyżki, jak w jednej z mazowieckich gmin, gdzie stawki (fakt, że wcześniej dosyć niskie)wzrosły blisko trzykrotnie.
Duże podwyżki miały miejsce także w niektórych gminach w woj. podkarpackim i podlaskim, kujawsko-pomorskim, śląskim oraz warmińsko-mazurskim. Najniższe podwyżki zanotowano zaś w opolskim, jednak nawet tam mamy do czynienia z 25 proc. wzrostem cen.
Patrząc na konkretne kwoty, najwięcej płacą lub będą musieli zapłacić mieszkańcy mazowieckich gmin Józefów, Marki i Otwock (32 zł za odpady segregowane i 65 lub 63 za niesegregowane). Najniższe stawki są w Białymstoku (5 i 11 zł), bo woj. podlaskie należy do biedniejszych regionów Polski w oraz Stalowej Woli (6 i 12 zł), leżacej w także niezamożnym woj. podkarpackim.
Warto jednak zauważyć, że w żadnej z gmin miejskich opłaty nie osiągnęły stawki maksymalnej, ustalonej na podstawie ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach. Wynosi ona obecnie prawie 34 zł za odpady segregowane i dwukrotność tej sumy za śmieci, które nie są segregowane. Tylko trzy gminy przekroczyły poziom 90 proc., a dodatkowe siedem – 70 proc. tej sumy. Zdecydowana większość z nich (9 na 10 gmin, które przekroczyły 70 proc. stawki maksymalnej) leży na zamożniejszym Mazowszu.

Rząd drenuje kieszenie
Do wzrostu cen odbioru odpadów przyczynia się także coraz mniejsza konkurencja wśród firm zajmujących się wywozem i przerobem śmieci – Z roku na rok maleje liczba podmiotów, które biorą udział w przetargach. W ciągu ostatnich dwóch lat w ponad połowie gmin miejskich o zamówienie ubiegał się tylko jeden przedsiębiorca. Jednocześnie widać, że tam gdzie o kontrakt z gminą walczy większa liczba firm mieszkańcy płacą taniej za odbiór śmieci – wskazuje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Samorządy wśród przyczyn podwyżek wymieniały także wzrost opłat, narzucanych przez Regionalne Instalacje Przetwarzania Odpadów Komunalnych. „Urząd zamierza zbadać ich działalność zarówno pod względem pozycji rynkowej i polityki cenowej, jak i szczegółów dotyczących technologii przetwarzania oraz ilości i przyjmowanych śmieci” – stwierdził UOKiK. Chyba nie ma żadnych nadziei na to, że ceny za wywóz i przerób odpadów będą rosnąć wolniej. Przedwyborcze obietnice kosztują, a rząd PiS na pewno nie zrezygnuje z takiego sposobu ich finansowania, jakim jest skuteczne drenowanie kieszeni Polaków za pomocą opłat śmieciowych.

Gospodarka 48 godzin

Sądowa specjalizacja

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego. Zakłada ona, że powstaną odrębne sądy zajmujące się sprawami dotyczącymi prawa autorskiego i praw pokrewnych, praw własności przemysłowej, wynalazków, wzorów użytkowych, znaków towarowych a także sprawami związanymi z nieuczciwą konkurencją oraz pewnymi kategoriami spraw o ochronę dóbr osobistych. Sprawy dotyczące własności intelektualnej mają trafiać do wyspecjalizowanych dwóch sądów apelacyjnych i czterech sądów okręgowych. Dziś sprawami tymi zajmują się wszystkie sądy – czyli 45 okręgowych i 11 apelacyjnych.

Plus kolej

Powstanie program „Kolej Plus” mający zapobiegać likwidowaniu linii kolejowych w Polsce. Jak stwierdza projekt programu, „Ograniczona zostanie likwidacja linii kolejowych. Będzie to możliwe pod warunkiem uzyskania zgody ministra infrastruktury”. Program ma też wspierać wznawianie ruchu na nieczynnych dziś torach. Dopuszczalne stanie się przekazywanie linii kolejowych do nieodpłatnego wykorzystywania przez samorządy. Samorządy województw będą mogły organizować przewozy kolejowe dalej niż do najbliższej stacji za granicą województwa (o ile będzie je na to stać). Ma się to przyczynić do uniknięcia wykluczenia komunikacyjnego ludzi, mieszkających na terenach pozbawionych obecnie dogodnych połączeń kolejowych. Możliwe też będzie przeznaczanie środków Funduszu Kolejowego na finansowanie przez województwa zakupów, modernizacji oraz napraw taboru kolejowego, przeznaczonego do przewozów pasażerskich. Środki niewykorzystane przez województwa w danym roku budżetowym nie przepadną, lecz mają przechodzić na realizację zadań kolejowych w latach następnych. Pieniądze na te cele mają pochodzić między innymi z emisji obligacji skarbowych.

Więcej wody

W związku z tym, że w Polsce może zacząć brakować wody, rząd przyjął założenia do programu przeciwdziałania niedoborowi wody na lata 2021-2027 (z perspektywą do roku 2030). Polska należy do grupy państw zagrożonych deficytem wody, który w ostatnich latach się nasilił. Obecnie nasz kraj magazynuje w zbiornikach retencyjnych ok. 4 mld m3, co stanowi tylko 6,5 proc. średniorocznego przepływu wód w naszych rzekach. Tymczasem warunki fizyczne i geograficzne Polski stwarzają możliwości gromadzenia ok. 15 proc. W ramach programu rozwijana będzie retencja, tak mała jak i duża. Mówi się o tym w Polsce od ponad 40 lat, ale dotychczas zawsze kończyło się na słowach i niezrealizowanych projektach. Teraz rząd obiecuje, że będzie inaczej i przygotował wykaz 94 inwestycji hydrologicznych, które mają zostać zrealizowane do 2027 r. Ich łączny koszt to ok. 10 mld zł, więc nie będą to raczej przedsięwzięcia na dużą skalę. Efektem programu ma być łagodzenie skutków suszy, zwłaszcza na terenach wiejskich i obszarach leśnych, oraz zmniejszenie ryzyka powodziowego.

Nowe jeszcze się toczą

Być może ten rok jest ostatnim, w którym w naszym kraju kupi się nieco więcej fabrycznie nowych aut, niż w 2018 r.

Od początku roku do końca lipca w Polsce zarejestrowano 368 191 nowych samochodów (liczonych razem: osobowych i dostawczych o wadze do 3,5 t). Jest to więcej o 3% w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku (+10 759 szt.). Nie są to rewelacyjne wyniki, ale dobrze że w ogóle nastapił wzrost rejestracji nowych pojazdów, bo konkurencja ze strony samochodów używanych jest niszcząca.
Premium przed popularnymi
Tym w miarę przyzwoitym rezultatom sprzyjała utrzymująca się ogólnie dobra koniunktura gospodarcza i wzrost zarobków części mieszkańców naszego kraju. Jednak podstawowe znaczenie ma zapewne wygasanie łagodniejszych norm emisji spalin z końcem sierpnia br. Każdy więc chce zdążyć.
Jeśli chodzi o nowe auta osobowe, to od początku 2019 roku zarejestrowano ich 327 397, czyli o 8 067 szt. (+2,5%) więcej niż w analogicznym czasie 2018 r.
W tej grupie jest 45,2 tys. droższych pojazdów klasy premium (wzrost aż o 8,2% w skali roku). Chętnie kupują je firmy, które zakup luksusowego auta mogą sobie wrzucić w koszty, ale także i grupa bogatych klientów indywidualnych.
Marki popularne, wybierane chętniej przez zwykłych zjadaczy chleba osiągnęły w tym czasie poziom 282,2 tys. nowych rejestracji (czyli wzrost zaledwie o 1,7%). W całej grupie nowych samochodów osobowych jest 19,8 tys. hybryd (+51%) oraz 1485 szt. (+93,4%) z napędem elektrycznym lub tzw. hybrydowym plug-in.
Samochody z napędem benzynowym zajęły 71,2% rynku i przybyło ich 233,1 tys. (+4,3%). Diesle stanowiły zaś 20,4%, co oznacza spadek do 66,7 tys. rejestracji (-13,2%). Rok wcześniej udział tych kategorii w rynku kształtował się odpowiednio: 70,0% i 24,1%.
Indywidualne przyśpieszenie
Od początku 2019 roku nabywcy indywidualni zarejestrowali 101,4 tys. nowych aut, czyli o 5 601 szt. (+ 5,8%) więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. To całkiem spory przyrost.
Pozycja lidera, tradycyjnie jak zawsze należy do Volkswagena i jego marek, a drugie miejsce zajmuje Toyota. Dalej jest Reanult, na czwartym miejscu Kia, a z piątą lokatą pierwsze siedem miesięcy zakończył Hyundai.
Najczęściej wybieranym modelem przez klientów indywidualnych od początku roku jest Dacia Duster (6 004; +99,3 %) – czyli auto praktyczne, w miarę duże i tanie, choć niespecjalnie rewelacyjnej jakości. Drugą pozycję zajmuje Toyota Yaris (4 124 szt. – 2%), a trzecie Skoda Fabia (3 510 szt. – 9,2%). Czwarta pozycja należy do Toyoty Corolli, która skoczyła aż o 11 miejsc w stosunku do ubiegłego sprzed roku (3 055; +85,7%). Na piąte miejsce spadł Fiat Tipo (2 946: +21,2%). Kolejna jest Toyota Auris (2 643; +13,1%), a za nią Hyundai Tucscon (2 332 szt; +10,6%).
Firmy kupują ostrożnie
Jeśli chodzi o pojazdy firmowe, to od początku roku przedsiębiorstwa zarejestrowały 226,0 tys. nowych aut (+ 1,1%; wzrost zaledwie o 2 466 szt.).
W rankingu rejestracji nabywców instytucjonalnych liderzy się nie zmienili. Prowadzi Volkswagen przed Toyotą, trzecie miejsce zajmuje Peugeot-Citroen (PSA), a czwarty jest Ford. Drugą piątkę otwiera Renault. Najczęściej wybieranym modelem przez klientów instytucjonalnych od początku br. była Octavia (9 850; – 3%). Następna jest Skoda Fabia (7 251; – 4,4%). Trzecie miejsce na podium po siedmiu miesiącach zajęła Toyota Corolla (6 684; +106,2%), która zyskała aż 10 pozycji w rankingu. Czwarty jest Golf (6 765; – 1,2%), zaś pierwszą piątkę zamyka Opel Astra (6 609, – 3,4%).
Nie jest wykluczone, że to już ostatni rok z dodatnim wynikiem rejestracji nowych aut w Polsce. Nowe normy emisji spalin mogą spowodować taki wzrost ich cen, że pojazdy używane zgarną niemal całą pulę rynkową.