Groteska to egzystencja

Stale mam wątpliwości co do tego, w jakim stopniu aktorstwo to zawód, a w jakim styl życia, sposób jego przeżywania
– z Janem PESZKIEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Należy Pan do bardzo nielicznego grona aktorów, których fenomen stał się tematem studiów analitycznych, w dużym stopniu z powodu, choć nie tylko, Pana głośnych spektakli schaefferowskich. One niejako jednocześnie, paradoksalnie, stały się już klasyką teatralną, będąc zarazem Pana nieustannym eksperymentem z możliwościami i granicami zawodu aktorskiego…

Stale mam wątpliwości co do tego, w jakim stopniu aktorstwo to zawód, a w jakim styl życia, sposób jego przeżywania. W ogromnym stopniu te pytania wzbudził we mnie właśnie Bogusław Schaeffer, który, gdy byłem jeszcze w młodzieńczej fazie zawodu, pokazał mi, że o człowieku można mówić kompletnie innym językiem niż ten nam dobrze i od dawna znany, z zupełnie nieznanej mi perspektywy.

Na czym polega istota teatru Schaeffera?

Na rozbiciu świata na czynniki pierwsze, na mikroelementy, które dopiero gdy się złoży w całość, dają pełniejszy obraz sytuacji człowieka .Dramaturgia Schaeffera ma rodowód muzyczny. Aktor to nieskończony w swoich możliwościach instrument. Chodzi tylko o to by stroił. Dla mnie było to wtedy jednocześnie wstrząsające odkrycie. Dało mi poczucie, że takie widzenie świata jest adekwatne do mojego, intuicyjnego wtedy widzenia i do mojej sytuacji egzystencjalnej. Dlatego spotkanie z zespołem MW2 Adama Kaczyńskiego i Bogusława Schaeffera rozstrzygnęło o mojej drodze zawodowej, przyspieszyło moje dojrzewanie.

Dlaczego właśnie tonację groteskową uznał Pan za tę odpowiadającą Panu najbardziej?

Jest pewną tajemnicą, dlaczego tak się dzieje, ale groteska wydaje się być najbardziej pojemną formułą, w której można opowiedzieć o naturze ludzkiej egzystencji. W o wiele większym stopniu niż tonacja całkowicie serio. Nie przypadkiem ten ton przyjęli najwięksi mistrzowie awangardy teatralnej XX wieku. Najwyraźniej ten ton okazał się najtrafniejszy w badaniu i portretowaniu ludzkiej egzystencji.

W pewnym momencie znalazł Pan na tej drodze wsparcie ze strony Mikołaja Grabowskiego, z jego inscenizacjami pokazującymi polską tradycję w krzywym zwierciadle, w kontekście współczesnym, na czele ze słynnym „Opisem obyczajów” według księdza Jędrzeja Kitowicza…

Z Mikołajem Grabowskim przewędrowałem większość mej teatralnej przygody. Spotkaliśmy się najpierw w zespole MW-2 szlifując wspólne myślenie o teatrze a potem w Teatrze Jaracz w Łodzi, w Polskim w Poznaniu oraz w Teatrach: Słowackiego i Starym w Krakowie. To z nim dobieraliśmy się do Gombrowicza i jego polskich gęb. W tamtych czasach gorączkowych poszukiwań – w roku 1976 w Łodzi po raz pierwszy zagrałem napisany dla mnie przez Bogusława Schaeffera „Scenariusz dla nie istniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego”, który – jak łatwo obliczyć – gram 39 lat.

Byłoby fascynujące móc prześledzić, co mnie akurat nie było dane, proces przeobrażania się tego monodramu, przede wszystkim Pana aktorskiego przeobrażania się wraz z upływem lat i wchłanianiem doświadczeń…

Proszę sobie wyobrazić, że są widzowie, którzy oglądają ten spektakl od jego narodzin. Zdarza mi się otrzymywać od nich uwagi. Potwierdzają one i moje odczucie, że monodram nie uległ szczególnie silnej ewolucji w miarę upływu lat. Świadczy to moim zdaniem o wybitności tekstu Schaeffera i trafności jego poglądów. W sumie, w ciągu tych blisko czterdziestu lat dałem około dwóch i pół tysiąca spektakli w Polsce i na świecie.

W „Poczcie aktorów polskich” Witold Filler tak Pana scharakteryzował: ”Rzecz, którą musiał sobie Peszek wtedy uświadomić, to przede wszystkim własne, kiepskie warunki zewnętrzne. I nie to, że był niepozorny. On był po prostu żaden. Ani piękny, jak Łapicki, ani gruby jak Czechowicz, ani chudy jak Kobuszewski. Żaden. Więc postanowił uczynić ze swej żadności oręż”. Przepraszam za przydługi spicz, ale proszę powiedzieć, jak się dokonuje takie przeobrażenie?

W jakimś momencie, nie od razu, uświadomiłem sobie, że moja ówczesna nieokreśloność, czy „żadność”, jak określił cytowany przez pana krytyk, jest ogromnym potencjałem. Że mogę w tej swojej nieokreślonej sylwetce zawrzeć nieskończenie wiele kolorów, że mogę się dowolnie i wielokrotnie stwarzać. Od geja przez pedofila do mordercy, od świętego po diabła, od króla do żebraka. Nawiasem mówiąc, w roku 1965 zagrałem jedną kompozycję Bogusława Schaeffera z cyklu AUDIENCJI , która była krótkim traktatem właśnie o „nieokreśloności w muzyce. Przywołana tu „żadność” mojej sylwetki okazała się dla mnie atutem, błogosławieństwem, szeroką bramą do rozlicznych możliwości. Z naszym zawodem związany jest dość często problem nieadekwatnych aspiracji i fałszywych identyfikacji. Aktor czuje się na przykład stworzony do wielkiej klasyki dramaturgicznej, a predyspozycje, że tak powiem – obiektywne, pchają go ku komediowości i rodzajowości. Mnie moje nieokreślone długo predyspozycje pozwoliły tego męczącego problemu uniknąć.

A jednocześnie z upływem lat „żadność” zniknęła i przekształciła się u Pana w sylwetkę aktorską niezwykle wprost barwną, bardzo charakterystyczną, niemal do granicy tego, co nazywa się w aktorstwie charakterystycznością. Dlatego moim zdaniem nie miał racji Filler, który dwa zdania dalej napisał, że Pan pokazał, że „na scenie jak i w życiu „każdy może stać się Juliuszem Cezarem”. Otóż nie każdy. I tu dotykam fenomenu oddziaływania aktora na widza, tego co często nazywa się aktorskim charyzmatem. Czy ma Pan na tę kwestie jakiś skrystalizowany pogląd?

To jest zagadnienie trudne do nazwania, tu wkrada się jakiś rodzaj metafizyki. Aktor emituje coś, co wywiera wrażenie na widzu, ale dlaczego tak się dzieje? Dlaczego jeden aktor ma to w sobie a inny nie. Czy to rodzi się z zasady podobieństwa duchowego z widzem, czy przeciwnie, z fascynującej obcości, pewnej egzotyki? Nie mam na to pytanie sprecyzowanej odpowiedzi. Choć z pewnością mogę powiedzieć, że aktor wyzwolony, wolny, „otwarty” ma większe szanse oddziaływać na widza magicznie niż aktor zasznurowany czy zamknięty w sobie.

Kiedyś ktoś powiedział, że wybitny aktor, jedna z legend sceny polskiej jakim był Czesław Wołłejko, jest podziwiany za koronkowy kunszt gry, ale „emituje krótkotrwałe fale”. A są też aktorzy mniej „markowi”, którzy „siedzą” widzowi tygodniami w głowie, w pamięci, w wyobraźni, w emocjach…

Nie potrafię odkryć tej tajemnicy, tak jak nie potrafię w pełni pojąć dlaczego ten zawód, który uprawiam tak intensywnie, niezmiennie sprawia mi radość i nie męczy, choć znam kolegów, których gra bardzo męczy, wywołuje w nich coraz większe napięcia. A ja im więcej gram, tym mniej jestem zmęczony. Zrobiłem nawet kiedyś eksperyment i zagrałem jednego dnia kilka spektakli, bodaj cztery czy pięć. No i przetrwałem to w nienajgorszej formie.

Wspomniał Pan o tym, że trzymają się Pana role postaci negatywnych, psychopatów, ale to nie są psychopaci prymitywni, lecz wyrafinowani, trochę zdziwaczali inteligenci, jak choćby Sykstus w „Pismaku” Wojciecha J. Hasa. Do niezbywalnego bagażu inteligenta należy klasyka. Czy ona może być jeszcze zrozumiała dla młodego pokolenia?

W tym temacie jestem pesymistą. Obawiam się, że kontakt młodego pokolenia z tradycją został zerwany i to bezpowrotnie. Do uratowania są tylko niszowe przyczółki w młodej generacji.

Jan Peszek – ur. 13 lutego 1944 w Szreńsku – jedna z najwybitniejszych indywidualności polskiego aktorstwa, reżyser teatralny i pedagog. Absolwent krakowskiej PWST ( 1966). W tym samym roku debiutował na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu (1966-1975). W następnych latach pracował m.in. w łódzkim Teatrze Nowym (1975-1979),Jaracza /1979-1981/, Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1982-1985) i krakowskim Starym Teatrze (od 1985 r.), a w ostatnich latach regularnie pojawia się na scenach warszawskich. x W swoim dorobku ma role u najsłynniejszych polskich reżyserów teatralnych: Jerzego Krasowskiego, Bohdana Korzeniewskiego, Krystyny Skuszanki x ,Mikołaja Grabowskiego, Rudolfa Zioło, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Michała Zadary czy Grzegorza Jarzyny. Profesor krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego. Laureat nagrody za rolę Gonzala na Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu (1981), nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika „Teatr” – za sezon 1986/1987, za rolę w „Scenariuszu dla trzech aktorów” Bogusława Schaeffera w Teatrze STU w Krakowie, oraz za rolę Jakuba w przedstawieniu „Republika marzeń” Brunona Schulza w Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Wśród ról teatralnych m.in. Tallien w „Sprawie Dantona” St. Przybyszewskiej, Leon w „Śnie srebrnym Salomei” J. Słowackiego, Hipolit w „Fedrze” J. Racine’a, Dziennikarz. Poeta, Pan Młody, Stańczyk w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Saint-Just w „Thermidorze” St. Przybyszewskiej, Konrad w „Wyzwoleniu” St. Wyspiańskiego, Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie” J. Andrzejewskiego, Gonzalo w „Transatlantyku”, Fior w „Operetce” i Henryk w „Ślubie” W. Gombrowicza, tytułowy „Fantazy” J. Słowackiego, Salieri w „Amadeuszu”, Ulisses w „Odprawie posłów greckich” J. Kochanowskiego, Reb Azriel w „Dybuku” An-skiego, „Śmierci Iwana Iljicza” L. Tołstoja, Jakub w „Sanatorium pod Klepsydrą” B. Schulza, Sganarel w „Don Juanie” Moliera, Fiodor Karamazow w „Braciach Karamazow” F. Dostojewskiego, tytułowy „Edward II” Ch. Marlowe’a. W Teatrze Telewizji m.in. Wacław i Papkin w „Zemście” A. Fredro, Józio w „Ferdydurke” W. Gombrowicza, Tomasz Mann w „Opowieściach Hollywoodu” Ch. Hamptona, Anuczkin w „Ożenku” M. Gogola. W filmie debiutował w 1969 w „Znakach na drodze” A. J. Piotrowskiego, jednak regularnie na ekranach kinowych zaczął się pojawiać dopiero na początku lat 80. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, m.in. w: „Był jazz” F. Falka, „Trójkącie Bermudzkim” W. Wójcika, „Pismaku” W. J. Hasa, „Ferdydurke” Skolimowskiego, „Śmierci jak kromka chleba” K. Kutza, „Łabędzim śpiewie” R. Glińskiego, „Ucieczce z kina „Wolność” W. Marczewskiego, „Pożegnaniu jesieni” M. Trelińskiego, „Darmozjadzie polskim” Wylężałka, „Królu Ubu” P. Szulkina, a także w „Hiszpance” Łukasza Barczyka.