Saakaszwili na nowo

Nowa fala protestów w Gruzji. Zmęczeni rządami oligarchy Bidziny Iwaniszwilego.

Obywatele wyszli na ulice, gdy poczuli się dodatkowo oszukani: po poprzednich demonstracjach obiecano im zmianę ordynacji wyborczej na proporcjonalną, a teraz parlamentarzyści nie przegłosowali stosownego projektu.
Protesty, jakie miały miejsce w Gruzji na przełomie czerwca i lipca, odbywały się m.in. pod hasłami demokratyzacji kraju poprzez wprowadzenie proporcjonalnej, a nie mieszanej ordynacji wyborczej. Opozycja i popierający ją obywatele i obywatelki wierzą, że dzięki temu zyskają lepszy wpływ na to, co dzieje się w kraju, a partia Gruzińskie Marzenie, dość bezideowa formacja oligarchy Bidziny Iwaniszwilego, nie będzie mogła tak łatwo dominować w życiu politycznym.
Parlament miał przegłosować zmianę ordynacji począwszy od wyborów w 2024 r., jednak opozycja zażądała, by zgodnie z oczekiwaniami demonstrantów z czerwca korekta nastąpiła natychmiast. Wtedy część parlamentarzystów Gruzińskiego Marzenia nie posłuchała wezwań lidera własnej partii i zagłosowała przeciwko. Do większości niezbędnej dla poprawek w konstytucji, jak w tym przypadku, zabrakło 12 głosów. Bidzina Iwaniszwili rozłożył ręce.
Opozycja mobilizuje tymczasem ludzi na ulicach, a wśród potencjalnych liderów znowu jest Micheil Saakaszwili, lider Zjednoczonego Ruchu Narodowego, który współanimował protesty już w czerwcu. On i inni aktywiści, w tym nowy ruch opozycyjny „Lelo” i były prezydent Giorgi Margwelaszwili apelują o przyspieszone wybory. Część polityków Gruzińskiego Marzenia, skłonna zgodzić się na nową ordynację, jakby szykując się na kłopoty odcina się od kolegów głosujących wbrew oczekiwaniom demonstrantów: tak postąpiła m.in. wiceprzewodnicząca parlamentu Tamar Changoszwili, która po ogłoszeniu wyników głosowania opuściła swoje stronnictwo.

Testament Stalina

Abchazja to kraj, którego nie ma, bo tak postanowił towarzysz Stalin w 1931 roku. Większość świata nadal uważa decyzję Józefa Wissarionowicza za miarodajną, w czym Polska odgrywa prominentną rolę. – Słyszałem, że Zachód odrzuca stalinizm – mówi, nie bez pewnej ironii, minister spraw zagranicznych nielegalnej Republiki Abchazji, Daur Kove. – Dlaczego zatem uznajecie stalinizm w stosunku do naszego kraju?

Podróż do nieistniejącego kraju jest zawsze ciekawym przeżyciem. Jak na państwo-widmo Abchazja zdaje się dość żywotna, choć przepiękna nadmorska promenada w Suchum (Abchazi odrzucają nazwę „Suchumi” jako przejaw gruzińskiej przemocy symbolicznej) jest raczej opustoszała, sklepiki z pamiątkami pokryte kurzem, w nielicznych otwartych knajpach staruszkowie grają w tryktraka. Nad zrujnowaną konstrukcją portową – dziwacznym, nawiązującym do liniowca pasażerskiego betonowym kolosem, opartym na palach wbitych w morze – powiewa radosna abchaska flaga. Biało-zielone paski, oznaczające wspólnotę 7 chrześcijańskich i muzułmańskich regionów, w rogu biała dłoń na czerwonym polu, ponoć symbolizująca przyjaźń, choć przywodząca na myśl raczej białą rękawiczkę policjanta, zakazującego wjazdu. Skojarzenie nieprzypadkowe: Abchazja jest miejscem zakazanym od prawie 30 lat.
Toteż pytanie min. Kove jest tyleż ironiczne, co retoryczne. Abchazja – w odróżnieniu od, na przykład, Kosowa – pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, dlatego jedyne kraje, które uznają jej niepodległość to Rosja i jej sojusznicy: Wenezuela, Nikaragua, Syria i mikronezyjska wysepka Nauru oraz inne nielegały: Naddniestrze, Osetia i Górny Karabach. Kłopot w tym, że to szeroko pojęty Zachód wepchnął ten bitny górski naród w ramiona Rosji, bo tak sobie życzyły USA, które uznają roszczącą sobie prawo do tego terenu Gruzję za coś na kształt swojej kaukaskiej kolonii. Ostateczny akt związania Abchazji z Rosją – uznanie Republiki Abchazji przez Federację Rosyjską – nastąpił dopiero za czasów gruzińskiej prezydentury amerykańskiego agenta Micheila Saakaszwilego, w 2008 roku, po nieomal dwóch dekadach latach walki Abchazów o niepodległość od Gruzji.
Historia relacji pomiędzy Gruzją i Abchazją sięga VII wieku, kiedy to połączone siły książąt gruzińskich i abchaskich oraz sraczka pokonały arabskich najeźdźców. Jednak kluczowe dla tych, fatalnych dziś, stosunków wydarzenia miały miejsce u zarania ZSRR, kiedy to w 1921 roku Abchaska Socjalistyczna Republika Radziecka i Gruzińska Socjalistyczna Republika Radziecka – obie niezupełnie dobrowolnie, ale na równych prawach – podpisały umowę o utworzeniu Związku Radzieckiego. Chwilę później Abchazja weszła w skład Gruzińskiej SRR jako republika autonomiczna – licząc, że jako kraj kilkunastokrotnie mniejszy skorzysta na pośrednictwie potężnych wówczas w ZSRR Gruzinów w reprezentowaniu jej przed Moskwą. Ale zarówno abchaska konstytucja, jak i jej umowy z Gruzją, podkreślały jej odrębność i autonomię oraz prawo do wystąpienia z wszystkich tych związków w dowolnym czasie.
Towarzysz Stalin był innego zdania: w 1931 roku zlikwidował autonomię i włączył Abchazję wprost do Gruzińskiej SRR. Głównie dlatego, że ten malutki skrawek ziemi na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, obdarzony górami wpadającymi do morza, wyróżnia się niezwykłym pięknem – co jest powodem, dla którego Stalin miał tu aż pięć dacz. Większość z nich można zwiedzać, a w jednej nawet przenocować – choć Abchazi, w odróżnieniu od wielu Rosjan, nie uznają dziś Stalina za postać godną kultu. Większą winą za stalinowski terror w tym zakątku ZSRR obarczają wszakże Ławrentija Berię – urodzonego w Abchazji Gruzina, w latach 30. szefa partii w Gruzji, a później szefa NKWD. To Beria zlecił zabójstwo przywódcy abchaskich komunistów, Nestora Łakoby, który w początkach lat 30. skutecznie przeciwstawiał się kolektywizacji abchaskiego rolnictwa i czystkom etnicznym. Po jego śmierci – ponoć został otruty podczas kolacji u matki Berii – na Abchazję spadł stalinowski terror, a także brutalna „gruzinizacja”, której historia uderzająco przypomina opowieści o bohaterskim oporze Polaków przed germanizacją pruską: łącznie z biciem dzieci, które mówiły w szkołach w swoim ojczystym języku. Abchaskie szkoły zostały zamknięte, dzieci były zmuszane do nauki po gruzińsku, narzucono gruzińską transkrypcję języka abchaskiego i zmiany nazw abchaskich miast na gruzińskie (między innymi stolica, Suchum, przemianowana została na „Suchumi”). Zabroniono nadawania dzieciom abchaskich imion, setki Abchazów, zwłaszcza inteligencji, aresztowano, wielu z nich rozstrzelano – a równocześnie na terenie Abchazji osiedlano tysiące Gruzinów.
Wszystkie te działania spotykały się z gwałtownym oporem i masowymi demonstracjami: w 1954, 1964, 1978, 1979 i wreszcie 1989, kiedy 30 tys. Abchazów zgromadzonych na polanie w Lichnach zażądało przywrócenia Abchazji statusu republiki związkowej. Jak pisze polski badacz Kaukazu, Wojciech Górecki, „żaden inny naród w ZSRR nie buntował się tak często”. Zdawać by się mogło, że powinno to zapewnić Abchazom jakąś dozę sympatii, przynajmniej ze strony tak żarliwie antyradzieckich elit III RP.
Tak się jednak nie stało. Polska, wraz resztą świata, bezkrytycznie zaakceptowała roszczenia Gruzji, nie zwracając uwagi na fakt, iż na przeszkodzie niepodległości Abchazji znowu – jak za czasów Stalina i Berii – stanęła pozycja Gruzinów w Moskwie. A dokładnie związki Jelcyna z Eduardem Szewardnadze, ostatnim ministrem spraw zagranicznych ZSRR, późniejszym „prozachodnim” prezydentem Gruzji. Jak wyjaśnił mi premier Abchazji, Valeri Bganba, „dawni towarzysze porozumieli się nad naszymi głowami”.
– Ja też byłem komunistą – dodał z pewną nostalgią, co naturalnie wzbudziło moją żarliwą sympatię – Ale po upadku socjalizmu przyszła pora na niepodległość, której świat nam odmówił.
Gwoli ścisłości: Abchazi nie czekali na łaskę świata. Pierwsze starcia zbrojne między Abchazami i Gruzinami wybuchły w 1989 roku w Suchum, w odpowiedzi na nacjonalistyczne tendencje pojawiające się w Gruzji u zarania rozpadu ZSRR. W ogłoszonym na marzec 1991 przez Gorbaczowa referendum większość Abchazów, przestraszona gruzińskimi zapowiedziami likwidacji ich autonomii, opowiedziała się za pozostaniem w ZSRR. Nastąpiło kilkanaście miesięcy wojny na ustawy i wzajemne deklaracje: Gruzja ogłaszała Abchazję swoją własnością, Abchazja ogłaszała niepodległość. W końcu, w 1993 roku, wojska gruzińskie wkroczyły do Abchazji – i dostały wpierdol.
Wojna była pełna obrotów akcji i bardzo krwawa, tym bardziej, że Abchazów wspierali raczej bezwzględni ochotnicy z antyrosyjskiej Konfederacji Górskich Narodów Kaukazu, powstałej inicjatywy prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (wśród walczących był Szamir Basajew), a także antygruzińscy czerwonoarmiejcy. Obie strony dopuszczały się zbrodni, obie nawzajem się o zbrodnie oskarżały. Obie zaopatrywały się w broń u rozpadającej się Armii Czerwonej, a polityczna pozycja Rosji w tym sporze była do tego stopnia niejasna, że zarówno Szewardnadze, jak i abchaski przywódca Władisław Ardżinba oskarżali Jelcyna o wspieranie drugiej strony.
Ten etap walk zakończyło porozumienie podpisane w kwietniu 1994 roku w Moskwie, pod auspicjami Rosji – przewidywało ono wprowadzenie na sporne tereny rosyjskich sił pokojowych z mandatem ONZ, a także powrót gruzińskich uchodźców do swoich abchaskich domów. Bynajmniej jednak nie oznaczało to końca konfliktu. Przez kilkanaście następnych lat wybuchały walki, wszczynane przez siły abchaskie lub gruzińskich partyzantów z amatorskich batalionów o niepokojących nazwach „Biały Legion” i „Leśni Bracia”. W międzyczasie Jelcyn zmienił zdanie i opowiedział się za przynależnością Abchazji do Gruzji – a żeby ją wymusić wprowadził blokadę ekonomiczną początkującej republiki, co wszakże nie przyniosło spodziewanych efektów. Jak pisze brytyjski badacz historii Związku Radzieckiego i czasów poradzieckich, Ben Fowkes, „Abchazi pozostali uparcie niezawiśli”.
Wraz ze zniszczeniami wojennymi, które do dziś widać na nieomal każdym abchaskim budynku, blokada doprowadziła abchaską gospodarkę do nędzy. Region, za czasów radzieckich stanowiący ulubioną destynację kuracjuszy z całego bloku wschodniego, słynący z palm, cytrusów, bajecznych widoków i szykownej infrastruktury, popadł w nędzę – co oczywiście jeszcze bardziej uzależniło go od Rosji. Kulminacją tego procesu było uznanie niepodległości Abchazji przez Rosję, które nastąpiło po konflikcie o Osetię, w 2008 roku.
Dziś Abchazja jest w zachodnich publikacjach określana mianem „de facto państwa”. Posiada władze wybierane w pluralistycznym procesie wyborczym (obecny prezydent, Raul Chadżymba, w sierpniu uzyskał reelekcję 1 procentem głosów), własny hymn, godło i sztandar – ale posługuje się rosyjskim rublem i rosyjskimi paszportami (abchaskie nie są uznawane w świecie), polega na rosyjskiej armii i rosyjskiej pomocy gospodarczej, a także na rosyjskich turystach. Po trzech dekadach otwartego, nierzadko krwawego konfliktu z Gruzją możliwość jakiejkolwiek unii między tymi państwami nie istnieje – jak powiedział nam szef MSZ, Daur Kove, „z Gruzją nie łączy nas nic poza granicą”.
Mimo tego, pod naciskiem Gruzji i jej sojuszników – w tym Polski – świat zachodni konsekwentnie ignoruje rzeczywistość. W 2015 roku Specjalny Przedstawiciel Unii Europejskiej w Regionie Kaukazu Południowego i ds. Kryzysu w Gruzji, ambasador Herbert Salber zlecił przygotowanie specjalnego raportu na temat przestrzegania praw człowieka w Abchazji. Inicjatywa zyskała aprobatę ONZ i OBWE. Raport miał zostać opublikowany i poddany szerokiej dyskusji – i stać się podstawą poważniejszego zaangażowaniu wspólnoty europejskiej i międzynarodowej w sytuację ludzi, dotkniętych konfliktem. Zadanie otrzymał były komisarz praw człowieka Rady Europy, były sekretarz generalny Amnesty International, szwedzki dyplomata Thomas Hammarberg, wraz z polską ekspertką od Kaukazu, Magdaleną Grono (dziś doradczynią Donalda Tuska w Radzie Europejskiej).
Dokument, który przygotowali, bynajmniej nie był korzystny dla Abchazji: potwierdzał rozliczne przykłady dyskryminacji Gruzinów, którzy powrócili do Abchazji po wojnie, ich trudności w odzyskaniu majątku i edukacji dzieci, ograniczenia praw obywatelskich i swobody przekraczania gruzińskiej granicy, co utrudnia im kontakt z rodzinami, a nawet pracę na swojej ziemi (wielu ma domy w Abchazji, ale ziemię w Gruzji). Mimo tego, władze Abchazji zaakceptowały raport. „Pomimo wielu dyskusyjnych stwierdzeń i zaleceń wnioski i oceny zawarte w raporcie były w przeważającej części neutralne i obiektywne” – oświadczył abchaski MSZ. Gruzja była jednak innego zdania.
Oburzyła ją nie treść raportu – a fakt, iż odnotowuje on stan faktyczny i zauważa, że Abchazja istnieje. Zdaniem gruzińskich władz, niewybaczalnym grzechem raportu jest używanie słowa „Abchazja” bez każdorazowego podkreślania, że jest ona częścią Gruzji. Gruzja żąda także, żeby traktowanie Gruzinów w Abchazji określać mianem „ludobójstwa”. Unia Europejska – a dokładnie Helga Schmid, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, czyli unijnego MSZ – zdecydowała o schowaniu raportu do biurka. Nieoficjalnie wiadomo, że głównym nalegającym na tę decyzję była Polska.
W odpowiedzi Thomas Hammarberg opublikował dokument poprzez szwedzką organizację praw człowieka, Międzynarodowe Centrum Olofa Palmego. „To ciekawe, że UE wycofuje się pod presją ze strony państwa, które nie jest nawet członkiem Unii. To nie jest dobry znak. Nie taka była umowa. Ministerstwo spraw zagranicznych w Tbilisi jest skamieliną z czasów Micheila Saakaszwilego. Obecny prezydent sugerował, że chce dokonać przeglądu całej kwestii Abchazji i rozpocząć debatę. Ludzie z ministerstwa spraw zagranicznych są ekstremistami” – ocenił szwedzki dyplomata.
To oczywiście wyjaśnia przyjaźń, jaką nieustająco darzy ich Polska, skwapliwie spełniająca ich życzenia. Ale obiektywnie rzecz biorąc, nieco głupio być realizatorem testamentu Józefa Stalina.

Podróże do ZSRR Z PKF przez Polskę i Świat - opowieść o o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

– czyli o tym, czego widzowie Polskiej Kroniki Filmowej nie widzieli

Przed setną rocznicą urodzin Włodzimierza Iljicza Lenina zakłady pracy w Polsce noszące jego imię (Huta im. Lenina, Kopalnia im. Lenina i Stocznia im. Lenina) postanowiły uczcić to doniosłe wydarzenie i wysłały do Uljanowska, (do 1924 r. Symbirsk, od 1992 r. znowu Symbirsk) delegacje załóg, aby pobrały z tego „świętego” miejsca ziemię i przywiozły ją do Polski. Ponieważ owe zakłady zwróciły się do redakcji z prośbą, aby delegacjom towarzyszyła ekipa PKF, Michał Gardowski wysłał tam mnie i Ryszarda Golca.
W mieście trwały ostatnie prace przed ogólnoradzieckimi przygotowaniami do uczczenia rocznicy. W Leninskom Centrie, czyli dopiero w co wybudowanym gmachu, Muzeum Lenina, myto szyby w oknach, a na wysoki cokół pomnika wodza rewolucji wciągano za pomocą dźwigu zawieszoną na stalowej linie głowę Iljicza. Ryszard właśnie filmował ten historyczny moment, gdy podeszło do nas dwóch milicjantów i przerwali pracę, zabrali kamerę i zaprowadzili do komisariatu, tu zostaliśmy przesłuchani, a nasze zeznania zapisane. Potem pozostawiono nas w pokoju, gdzie czekaliśmy około pół godziny. Gdy pojawił się znowu milicjant, zażądałem rozmowy z komendantem. Nie jestem w stu procentach pewny, czy przyjął mnie wtedy komendant, w każdym bądź razie zaprowadzono mnie do kogoś ważnego. Poprosiłem go, by zadzwonił do sekretarza komitetu partyjnego, podałem jego nazwisko, znałem je, bo dnia poprzedniego podejmował delegację zakładów z Polski kawą i koniakiem. Milicjant zadzwonił i w oka mgnieniu zmienił się nastrój. Nie tylko nas wypuścili z kozy, ale odwieźli do hotelu czarną wołgą.
Robiliśmy zdjęcia w drewnianym domu-muzeum – w którym urodził się Lenin. Tu też o mało nas nie zamknięto. Do wnętrza muzeum weszliśmy bez przeszkód, obejrzeliśmy eksponaty, ustaliliśmy z Ryszardem, co sfilmujemy, znaleźliśmy kontakt, podłączyliśmy lampy i zapaliliśmy światło. W tym momencie rzucili się na nas strażacy. Szamotanina trwała kilkanaście sekund, w końcu porozumieliśmy się z nimi i Ryszard zrobił zdjęcia. Strażacy obawiali się, że włączenie lampy spowoduje spięcie i drewniany dom może się zapalić. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze dla nas i strażaków, pożaru nie wywołaliśmy. Wróciliśmy do hotelu, gdzie trwało już pożegnalne przyjęcie!
W kilka dni po naszym powrocie Michał Gardowski musiał się tłumaczyć z tego, że wysłał do Wielkiego Brata ekipę, pomijając oficjalną drogę.
Taszkient – Samarkanda.
Następny mój wyjazd był już zaplanowany. Razem z Januszem Kreczmańskim udawaliśmy się do republik południowych Związku Radzieckiego. W Moskwie czekaliśmy kilka dni na wylot do Taszkientu, więc poznawaliśmy, stolicę imperium jako turyści, bo filmować nie mogliśmy, ponieważ nie przysłaliśmy planu, które obiekty nas interesują, nie został ten plan zatwierdzony, a propozycja, że chcemy pojechać do miasta i sfilmować po prostu życie ludzi, ciekawostki, pomniki, szachistów w parkach i młodych poetów deklamujących wiersze pod pomnikiem Puszkina nie znalazła zrozumienia. Wałęsaliśmy się przeto po Moskwie jak turyści indywidualni-bez przewodnika i opiekuna, miało to tę zaletę, że w księgarni na ulicy Gorkiego kupiliśmy kilka ilustrowanych broszurek o miastach, w których zamierzaliśmy robić zdjęcia.
Po trzech dniach, tak spędzonych w Moskwie w towarzystwie dwóch miłych opiekunów, odlecieliśmy do stolicy Uzbekistanu, Taszkientu, gdzie po wylądowaniu przeżyliśmy pierwszą niespodziankę. Kreczmańskiego powitał na lotnisku bardzo serdecznie Uzbek – operator, który studiował z Januszem w Łódzkiej Szkole Filmowej. Opiekunów poinformował, że zabiera nas na resztę dnia do własnego domu, aby przedstawić polskich przyjaciół własnej rodzinie.
Prosto z hotelu pojechaliśmy do meczetu wypełnionego po brzegi modlącymi się muzułmanami. Pokazał nam także mniej oficjalne dzielnice Taszkientu i zachęcał do robienia zdjęć: „Takiego Taszkientu wasi opiekunowie nie pozwolą filmować. Tu zobaczycie, jak naprawdę żyją Uzbecy”.
Z Taszkientu mieliśmy lecieć do Samarkandy, ale nasi opiekunowie napotkali na trudności z kupieniem biletów na samolot. Pojechaliśmy więc do wytwórni filmów dokumentalnych, sądząc, że dyrektor załatwi bilety. Zastaliśmy zastępcę dyrektora – Uzbeka, bo dyrektor-Rosjanin bawił właśnie w Moskwie. Sympatyczny Uzbek nie chciał słyszeć o żadnym samolocie! „Skoro nasi polscy przyjaciele przylecieli aż tak daleko, by filmować Uzbekistan, to pojadą jutro rano samochodem, będą mogli po drodze robić zdjęcia naszej ojczyzny”.
Na to Rusłan, jeden z opiekunów, oświadczył, że podróż samochodem nie wchodzi w rachubę, nie ma jej w planie i nie została zatwierdzona. „Zapominasz – usłyszał od dyrektora – że tu jest Republika Uzbekistanu, a nie Republika Rosyjska, i o tym, czym pojadą nasi polscy goście decydujemy w Taszkiencie”.
Podróż zajęła nam cały dzień, po drodze bowiem filmowaliśmy krajobrazy, zbiór bawełny i co ciekawsze miejscowości. Nasi opiekunowie nie byli tym zachwyceni, ale nie mogli nic zrobić, bo kierownikiem wyprawy okazał się uzbecki kierowca i to jemu mówiliśmy, gdzie, się zatrzymać.
Po pracowitym dniu znaleźliśmy się w Samarkandzie – mieście muzeum, którego początki sięgają czwartego wieku p.n.e. W wiekach średnich była to stolica państwa Tamerlana. Nazywanego także Timurem, potężnego wodza i krwawego wojownika. Pod jego rządami Samarkanda stała się ośrodkiem nauki i kultury promieniującym na całą Azję Centralną. Miasto nas urzekło, gdy następnego ranka zobaczyliśmy baśniowe budowle w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. To właśnie tu od miejscowej przewodniczki, komsomołki Zoji, usłyszeliśmy legendę o żonie Tamerlana, która na jego cześć zapragnęła zbudować meczet nazywany „Bibi Chanum.”
Gdy Tamerlan wyruszył na podbój Indii, rychło do Samarkandy dotarły wieści o jego zwycięstwach. Piękna i kochająca żona postanowiła uczcić jego powrót wspaniałym meczetem. Wezwała na dwór najsławniejszych architektów, przedstawiła im ideę budowy świątyni, ale po jej wystąpieniu w komnacie zapanowało milczenie. Najsławniejszy i najstarszy zarazem architekt poprosił, aby najjaśniejsza pani dała zebranym choćby tylko trzy dni do namysłu, zadanie jest tak ogromne, że muszą połączyć siły, bo jeden człowiek nie zdoła podjąć się realizacji tak wielkiego dzieła, w tak krótkim czasie. Po trzech dniach piękna małżonka usłyszała, że zadanie przerasta siły wszystkich architektów. Wtedy zjawił się młody i odważny architekt i oświadczył, że on podejmuje się zbudować meczet, pod jednym wszakże warunkiem, że piękna monarchini pozwoli mu się po ukończeniu dzieła pocałować. Kochał bowiem piękną żonę Tamerlana tak mocno, że wierzył, iż myśl o nagrodzie ustokrotni jego siły.
Jak wiadomo, piękne kobiety znają tysiące sposobów, by danego słowa nie dotrzymać. Przepiękna Bibi Chanum miała nadzieję, że zdoła odwieść zuchwałego architekta od spełnienia obietnicy. Kiedy budowa meczetu zbliżała się do końca, a Tamerlan do granic swojego państwa, zaprosiła architekta na śniadanie i postanowiła odwieść go od spełnienia obietnicy. Na stole w srebrnej misie podała zuchwałemu śmiałkowi tylko jajka pomalowane na różne kolory i poprosiła, aby spróbował je zjeść. Kiedy architekt zjadł już kilka jajek, zapytała, czy dostrzegł jakąś różnice w smaku między jajkami o różnych kolorach. „Nie, najjaśniejsza pani, mimo różnych kolorów jajka smakują jednakowo”. „Podobnie jest z kobietami – odrzekła – wyglądają różnie, a smakują tak samo”.
Niezbity z tropu zuchwały architekt wezwał swojego sługę i polecił mu przynieść dwa dzbanki wypełnione jednobarwnym płynem. Nalał do kieliszków i poprosił, aby władczyni wypiła płyn z pierwszego kieliszka napełnionego źródlaną wodą, a potem z drugiego, w którym był alkohol i zapytał, czy dostrzegła różnice w smaku.
„Napój z pierwszego kieliszka schłodził moje wnętrze, a z drugiego rozgrzał” – odpowiedziała władczyni. (Zatrudnieni w głośnym instytucie dwaj agenci, przebrani za historyków twierdzą, że w teczkach jest zapisane, iż płyn rozgrzewający, przypominający kolorem wodę, to nic innego jak aqua vita pochodząca z Lechistanu). „To dowodzi, że podobnie jest z niewiastami – odrzekł architekt – jedna schładza zmysły, a druga je rozgrzewa. Nie ma bowiem pod słońcem dwóch jednakowych kobiet”.
Władczyni uległa argumentacji architekta i pozwoliła pocałować się jedynie w policzek.
Architekt pałał do swej władczyni tak żarliwą miłością, że na jej policzku pozostał ślad pocałunku. Srogi i zazdrosny Tamerlan osadził żonę w wieży meczetu zbudowanego na jego cześć, gdzie dokończyła swojego żywota.
Nasza przewodniczka Zoja była urodziwą komsomołką, studentką drugiego roku historii i żarliwą wyznawczynią Lenina, musiałem łagodzić spory, jakie wybuchały między nią a Januszem, który drażniąc się zgłaszał wątpliwości, co do niektórych myśli i poczynań wodza rewolucji. Zoja twierdziła, że tu, w Samarkandzie, wszyscy kochają Włodzimierza Iljicza, a jej babcia zamiast ikony ma na stoliku jego podobiznę, przybraną kwiatami i do niego się modli. Nie wnikałem, czy opowieści Zoji są udawane, na pokaz, czy rzeczywiste. Zadziwiała mnie jej żarliwość, raziły natomiast – zęby, wszystkie w górnej szczęce ze złota. Zadawałem sobie pytanie, czy w owym czasie wśród tutejszej młodzieży panowała taka właśnie moda, czy był to relikt przeszłości?
Samarkanda nie szczędziła nam różnorakich zaskoczeń. Wybraliśmy się oto z Januszem na kolację do hotelowej restauracji, gdzie spotkaliśmy grupę francuskich turystów-komunistów. Jak to ludzie z zachodu zachowywali się swobodnie i dobrze się bawili. Panie miały nadzwyczajne powodzenie, nie schodziły z parkietu. Dwaj młodzi Rosjanie po kilku tańcach, mimo protestu kelnera, opuścili swój stolik i przysiedli się do stołu zaproszeni przez Francuzów, ściślej mówiąc, piękniejszą część delegacji. Zwłaszcza jeden z młodzieńców tańczył z przepiękną Francuzką tak wspaniale, że dostali od całej sali spontaniczne brawa! W pewnym momencie młodzieniec ów opuścił salę, by po kilku minutach powrócić z bukietem czerwonych goździków. Wręczył kwiaty swojej partnerce, co spotkało się z pełnym aplauzem biesiadników. Francuska wspięła się na palce, objęła rękami szyję młodzieńca i nagrodziła go pocałunkiem. Wtedy Rosjanin przywołał kelnera powiedział mu coś niezbyt głośno, a po chwili poprosił Francuzkę do tańca. Orkiestra zagrała „Oczi cziornyje”, młodzi przytuleni do siebie, samotnie, bo inne pary nie pojawiły się na parkiecie, przenieśli się w świat romantycznych marzeń. Ledwo tylko orkiestra przestała grać, trzech kelnerów ze srebrnymi wiaderkami i butelkami szampana wkroczyło na salę i całą zawartość postawili na stole francuskich turystów. Zaczynał się szampański wieczór. Janusz zaczął się zastanawiać, czy nie pójść po kamerę, ale odwiodłem go od tego zamiaru, bo przecież musielibyśmy uzyskać zgodę, co najmniej kierownika Sali, na filmowanie, a może nawet straży pożarnej i jeszcze jakichś innych czynników, nie mówiąc już o naszym opiekunie, który nie wiadomo gdzie w tej chwili przebywał, bo gdy schodziliśmy na kolację nie było go w pokoju. Piszę w liczbie pojedynczej, bo Rusłan (jeden z opiekunów) odleciał do Moskwy. Aby złagodzić cierpienia mojego przyjaciela, zamówiłem butelkę wina, Janusz nie przepadał za alkoholem, ale wiedziałem, że mi nie odmówi i wypije choćby tylko jeden symboliczny kieliszek. W taki wieczór w Samarkandzie…
Tymczasem w lokalu narastała braterska atmosfera, gdy orkiestra przestawała grać Francuzi, śpiewali swoje pieśni, potem Rosjanie i Uzbecy się rewanżowali, zsunęli nawet kilka stolików, aby stworzyć chór. Kelnerzy przynosili nowe butelki. Po jakimś tańcu, gdy opisana tu para francuskorosyjska wracała do stolika, Rosjanin poślizgnął się albo o coś zahaczył nogą, a upadając zbił łokciem szybę w drzwiach. Natychmiast obstąpiło go kilku pracowników restauracji i zaczęła się dość głośna wymiana zdań. Francuzka nie opuszczała swojego partnera, ale nie rozumiejąc, o czym rozmawiają miała dość żałosną minę. W pewnym momencie Rosjanin wyciągnął portfel z kieszeni i usiłował za stłuczoną szybę zapłacić, ale nikt nie chciał przyjąć od niego pieniędzy. W tej patowej sytuacji do sali wkroczyło dwóch milicjantów, którzy usiłowali wyprowadzić chłopaka. Wtedy ruszyli z pomocą Francuzi, poderwali się od stołu i wzięli Rosjanina w obronę. Wyjaśniali milicjantom, że są grupą francuskich komunistów, jeden z nich wyciągnął nawet legitymację FPK. Tłumaczyli, że chłopak nie jest winien, że usiłuje za szybę zapłacić, ale nikt nie chce od niego przyjąć pieniędzy. Milicjanci wycofali się, ale atmosfera sprzed incydentu już nie powróciła. Francuzka i Rosjanin zaczęli nawet tańczyć, w ich ruchach nie było już radości i fascynacji. Poprosiłem kelnera o rachunek i zaproponowałem Januszowi powrót do hotelu.
„Nie możemy wracać – powiedział Janusz – musisz zobaczyć finał. Założę się z tobą o wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, że po zamknięciu lokalu chłopak zostanie zatrzymany”. Zakładu nie przyjąłem, Janusz znał doskonale Związek Radziecki, nie zamierzałem ryzykować. Kiedy Francuzi wstali od stołu i udali się do windy, wyszliśmy przed hotel. W parę minut później pojawił się Rosjanin w towarzystwie kolegi. Natychmiast otoczyli ich milicjanci, którzy na naszych oczach założyli chłopakowi kajdanki i wepchnęli do gazika. Aby się nie guzdrał, pomogli mu pałką. Przypomniałem sobie wtedy słowa Lenina, który mawiał, że państwo to „dubinka.”
W Samarkandzie zastała nas rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej, sfilmowaliśmy uroczystości, a ponieważ pochód zapowiadał się na dwie godziny, wróciliśmy do hotelu, wjechaliśmy windą na najwyższe piętro, wyszliśmy na taras, z którego Janusz zrobił kilka ogólnych ujęć pochodu i miasta. Jeszcze nie skończył filmować, gdy na tarasie pojawiło się dwóch panów, podeszli do Janusza i urzędowym głosem zapytali, kto nas tu wpuścił i co tu robimy?
Na to Janusz stanowczym głosem powiedział im coś, czego nie dosłyszałem. Dwaj mężczyźni stanęli jakby skamienieli. Przeprosili, poczekali aż Janusz skończy filmować, pomogli znieść statyw i kamerę do windy, grzecznie się pożegnali i zniknęli bezszelestnie w przepastnym korytarzu.
„Co ty im powiedziałeś” – zapytałem po powrocie do pokoju.
„Użyłem magicznych słów, których nauczyłem się na Syberii, od milicjanta przebranego za kierowcę. Nie da się tej lekcji opowiedzieć w dwóch zdaniach, więc jeśli chcesz poznać całą prawdę musisz uzbroić się w cierpliwość”.
„Realizowaliśmy zdjęcia w Nowosybirsku – zaczął Janusz swoją opowieść – ustawiłem statyw, założyłem kamerę i skierowałem obiektyw na drewniany dom ozdobiony ludowymi motywami i miniaturowymi rzeźbami. Już miałem uruchomić kamerę, gdy ktoś, później się okazało, że radziecki patriota, dotknął mojego ramienia, a gdy na niego spojrzałem, wskazał mi nowy blok i kazał go filmować. Odpowiedziałem, że blok z wielkiej płyty mnie nie interesuje, bo jest brzydki, natomiast dom drewniany jest piękny i będę go filmował. Wtedy Rosjanin popchnął statyw, całe szczęście, że kamera upadła w zaspę śniegu i nic się nie stało. Nie zdążyłem jeszcze wyciągnąć jej z zaspy, gdy rozległ się głośny huk i radziecki patriota zwalił się na ziemię obok statywu. Kierowca widząc co się dzieje, wyskoczył z samochodu i zwyczajną pałką milicyjną tak uderzył człowieka, że ten zwalił się w śnieg. A po incydencie udzielił mi rady: jeśli ktokolwiek, babuszka, zwykły przechodzeń czy generał nawet będzie ci przeszkadzał w robieniu zdjęć nie wdawaj się w dyskusję, powiedz tylko stanowczym głosem – „uchadi w pizdu, job twoju mać, nie mieszaj w rabotie” To wystarczy, każdy obywatel Związku Radzieckiego doskonale rozumie te słowa. Wypróbowałem je na Syberii kilkakrotnie, za każdym razem poskutkowały. W Samarkandzie też wiedzą, co one znaczą, przekonałeś się o tym osobiście, obserwując zachowanie tych dwóch osiłków.
Zdarzyło się to 7 listopada 1972 roku. Ten dzień miał się jednak zakończyć dopiero późnym wieczorem. Wziąłem prysznic i zamierzałem położyć się do łóżka, gdy usłyszałem, że ktoś wkłada klucz do zamka i otwiera drzwi do mojego pokoju. Nie zdążyłem nawet wyjść do przedpokoju, gdy przede mną stanęła w groźnej postawie „dyżurna po etażu” i wrzasnęła: „ zobacz, jak ten Poliaczek się spił i leży jak świnia”. Nie mogłem uwierzyć, po kolacji Janusz poszedł do swojego pokoju trzeźwy jak skowronek! A od tego czasu nie upłynęło więcej niż dwadzieścia minut. Szybko się jednak wyjaśniło, że to nie Janusz, a nasz opiekun spił się do tego stopnia, że idąc do toalety przewrócił się w przedpokoju, zrobił siusiu i leżał, nie mogąc się podnieść. Pobiegłem po Janusza, wspólnie wciągnęliśmy Aloszę do łóżka, które zastawiliśmy dwoma fotelami i stolikiem. Dyżurnej po etażu wytłumaczyłem, że to nie Poliak, a prawdziwy radziecki „grażdanin.”
Na drugi dzień rano poprosiłem Aloszę do pokoju i zapytałem, czy mam dzwonić do Moskwy, aby przysłali innego opiekuna? Przerażony Alosza zaczął przepraszać, obiecał nawet, że w sprawozdaniu napisze o nas same dobre rzeczy! I to mnie zirytowało. Zażądałem, aby natychmiast powiedział nam prosto w oczy, co w czasie naszej podróży zrobiliśmy nagannego, upiliśmy się może tak jak ty? Zaczął się chaotycznie tłumaczyć, a z tej mowy wynikało, że przez cały czas jesteśmy niezadowoleni. I tu wpadł w pułapkę. „Nie jesteśmy niezadowoleni z pobytu w Wielkim Związku Radzieckim, a z twojej pracy, bo nam ciągle mówisz: „niet, niet, niet,” Tego nie wolno filmować! Są to słowa, które wypowiadasz najczęściej, utrudniasz nam w ten sposób pokazanie wielkiego dorobku ZSRR i jego piękna!”
Alosza przyrzekł, że jeśli nie zadzwonię do Moskwy, będziemy mogli wszystko filmować, a on nam w tym pomoże. „Udowodnij to” – powiedziałem.
Opuściliśmy Samarkandę, dzięki Aloszy, straż na rogatkach miasta przepuściła samochód, którym udaliśmy się do najbliższego kołchozu. Wiedzieliśmy, że zdjęć nie opublikujemy w kraju, przedstawiały bowiem kołchoz biedny, wieś zaniedbaną, ale w ten sposób Alosza udowodnił, że ma wielką władzę. Wykorzystywaliśmy jego uprzejmość przez dalszy czas pobytu.
Ałma-Ata
Ałma-Ata (po kazachsku znaczy: ojciec jabłek) powitała nas złocistą jesienną pogodą, a koledzy w wytwórni filmowej dokumentem o schwytaniu tygrysa i kumysem. Film urzekł nas cudownymi krajobrazami i myśliwymi, którzy pojmali groźnego zwierza, założyli mu miniaturowy aparat wysyłający sygnały i zwrócili wolność. A następnego dnia wywieźli w góry i pokazali miejsca, gdzie film realizowano. Było oczywiście ognisko, pieczony baran-kazachska specjalność – kumys, wino i koniak. Doprawdy Kazachowie są nadzwyczaj gościnni, przekonaliśmy się o tym na wysokości 2400 metrów i przez cały czas pobytu. Wracaliśmy z gór tuż przed zachodem słońca, naszym oczom ukazała się ówczesna stolica republiki w całej gamie barw, otoczona aż po horyzont żółto-różowymi pasmami. Zapytaliśmy kolegów, czy to jesienne kwiaty? Za pół godziny przekonacie się, co to jest w rzeczywistości, teraz możemy powiedzieć, że nie są to kwiaty. Rychło się okazało, że miasto jest otoczone sadami, a te żółto-różowe plamy to jabłka opadłe na ziemię, których tu nikt nie zbiera. I to, jakie jabłka! Przywiozłem jedno do Warszawy ważące 1,15 kg (słownie: kilogram i piętnaście dekagramów!). Gdy wokół Ałma-Aty jabłka gniły na ziemi, w Moskwie kilogram marnych jabłek kosztował ponad dwa ruble. Tajników socjalistycznej ekonomii nie zgłębialiśmy na szczęście, ale kolorystykę zanotowaliśmy na taśmie.
Restauracja hotelowa w Ałma-Acie nie różniła się niczym od restauracji w Moskwie czy w stolicach innych republik radzieckich. Różnica polegała jedynie na tym, że spotkaliśmy tu bardzo miłą kelnerkę, która przyznawała się do swojego polskiego pochodzenia. Językiem dziadków mówiła słabo, ale jej życzliwość nie znała granic. Zapytaliśmy, czy są w tym mieście jakieś restauracje, w których można poznać prawdziwe życie i miejscowy folklor? Poradziła jeden lokal słynący z oryginalności, ale natychmiast dodała, że nie może z nami pójść, ponieważ zbierają się w nim wyłącznie mężczyźni. Wybraliśmy się tam następnego wieczoru. Nie żałowaliśmy. Mężczyźni, wszyscy w czarnych oryginalnych kaukaskich strojach, siedzieli przy stolikach, pili wino i śpiewali pieśni. A gdy zagrała orkiestra, tańczyli z kaukaskimi nożami w zębach, z szeroko rozłożonymi, jak skrzydła ptaków w locie, ramionami. Wtedy przypomniałem sobie, że w przedwojennej prasie rysowano bolszewików właśnie z nożami w zębach, bałem się tych rysunków straszliwie i może, dlatego tak długo gnieździły się w mojej pamięci. Janusz był niepocieszony, kierownik nie zgodził się na filmowanie.
W ówczesnej stolicy Kazachstanu spotkaliśmy kilku Polaków, jeden z nich pracujący w zakładach porcelany zapytał, czy możemy jego mamie mieszkającej w Warszawie zawieźć pieniądze. Rozmawialiśmy w miejscu jego pracy, więc umówiliśmy się, że następnego dnia o siódmej rano przywiezie pieniądze do hotelu. Minęło pół godziny, a on się nie pojawił. Czekał na nas w holu. Na pytanie, dlaczego nie przyszedł do pokoju odpowiedział, że go nie chcieli wpuścić.
W czwartek rano koledzy z wytwórni zapytali, czy chcielibyśmy wziąć udział w kazachskiej biesiadzie? Zgodziliśmy się natychmiast, pytając czy będziemy mogli robić zdjęcia i kto nas zaprasza? Odpowiedzieli, że pewien rosyjski pisarz, który mieszka w Ałma-Acie.
W piątek po południu wyruszyliśmy na biesiadę. Przyjechaliśmy punktualnie o godzinie piętnastej. Przed bramą olbrzymiej, drewnianej daczy czekał już gospodarz, po powitaniu przeprosił, że nie może nas teraz gościć, bo przed chwilą złożyli mu wizytę przedstawiciele z KGB i właśnie ich podejmuje, nas zaprasza na osiemnastą i ma nadzieję, że się nie obraziliśmy. Zastanawialiśmy się z Januszem, co to znaczy i czy powinniśmy przyjeżdżać później? Koledzy z wytwórni wytłumaczyli, że w Kazachstanie to normalne, ci z KGB też lubią pobiesiadować, wpadli więc na chwilę, a uprzejmy gospodarz nie chciał ich nie ugościć. Janusz, który na Syberii spędził ponad rok, uznał, że w przełożeniu terminu wizyty nie kryje się nic nadzwyczajnego, więc o osiemnastej stanęliśmy ponownie przed daczą. Bez Aloszy, którego kazachscy koledzy z wytwórni nie zaprosili.
Tym razem już bez kłopotów rozgościliśmy się, nie wiedząc, że aż na trzy noce i dwa dni! Gospodarz nie zwlekając nalał po szklanicy wina i wzniósł toast za gości z dalekiej Polski! Tu, w Kazachstanie, toasty wznoszono krótko, ale za to często. W obawie, że do wieczora nie utrzymamy się na nogach zapytaliśmy gospodarza, czy możemy zrobić zdjęcia?
„Nie ma żadnych przeszkód – odparł – ale właściwa biesiada zacznie się dopiero po teatralnych spektaklach, teraz za stołem jest zaledwie garstka ludzi. Sami literaci i kilku malarzy, nie przyszły jeszcze ich muzy, tancerki i modelki. Zjawią się po spektaklach”. Przy okazji zapytał, czy przypadkiem nie przeszkadzają nam dwa portrety na ścianie, czy będziecie mogli w Polsce pokazać Indirę Gandhi i Stalina?
Po dwudziestej drugiej, czyli po spektaklach, zaroiło się od gości. Kogo tam nie było: sławne aktorki i aktorzy, muzycy, baletnice i tancerze i najwspanialsze głosy Kazachskiej Republiki Radzieckiej, zasłużeni artyści i najpiękniejsze primabaleriny. Zabawa trwała do sobotniego poranka, potem salon opustoszał, położono nas do łóżek i wczesnym popołudniem przywrócono do życia.
Jadłem tam szaszłyki i baranie oczy, piłem kumys, wino i nalewki na spirytusie. Tylu artystek i artystów w jednym pomieszczeniu nie widziałem nigdy dotąd i nigdy później. Pewne fragmenty biesiady znalazły się w filmie „Słoneczne Stolice” wyświetlanym na ekranach kin w Polsce.
Kiedy w poniedziałek rano, opuszczając gościnny dom, dziękując gospodarzowi za cudowne trzy noce i dwa dni, poprosiłem go o nazwisko odpowiedział mi pytaniem: „Powiedz Mirosław, czy dobrze się wśród nas czułeś? Mówisz, że znakomicie, to po co ci moje nazwisko? Żegnaj polski przyjacielu, zachowaj nas we wspomnieniach jak najdłużej… Daliśmy ci nasze serca, nazwisko jest bez znaczenia”.
Tbilisi
Głos kapitana samolotu wyrwał nas z drzemki, zostaliśmy właśnie poinformowani, że przekroczyliśmy granicę Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. Była to nowość, nie informowano nas, gdy przekraczaliśmy granice innych republik.
Spotkanie z gruzińskimi kronikarzami zaczęliśmy dość niefortunnie, zwróciliśmy się z prośbą do kolegów w wytwórni, aby pożyczyli nam 200 metrów taśmy, bowiem przywieziona z Polski właśnie się kończy.
„Dwieście metrów na Gruzję? Drodzy polscy przyjaciele chyba się pomyliliście, dwieście metrów nie wystarczy wam nawet na naszą piękną stolicę! Jesteście naszymi gośćmi – oświadczył dyrektor – pragniemy, abyście czuli się w Gruzji jak u siebie w domu i każdego dnia pobierali tyle taśmy, ile wam potrzeba. Kolega, który będzie się wami opiekował, wie doskonale jak się u nas taśmę pobiera, zapewniam, że nie napotkacie na żadne trudności!”
Dyrektor wytwórni życzył nam miłego i owocnego pobytu w Gruzji i oddał pod opiekę reżysera, a ten poprosił Aloszę, aby swój pobyt w Tbilisi potraktował wypoczynkowo, nie martwił się o polskich przyjaciół, obiecując mu, że odlecimy do Moskwy cali i zdrowi.

„Skoro sprawy protokolarne załatwiliśmy szybko i sprawnie – podsumował reżyser, gruziński opiekun – proponuję, abyście zapoznali się z naszą twórczością, pokażę wam tylko jeden film, nasz najnowszy, który właśnie wczoraj wszedł na ekrany stołecznych kin. Film nosił tytuł „Balkony”, przedstawiał w sposób dość przekonujący i dowcipny historię Gruzji od czasów starożytnych, aż po czasy, gdy Gruzja stała się republiką socjalistyczną, co spowodowało oczywiście, że cały naród jest z tego powodu szczęśliwy. „Balkony” to historia podbojów Gruzji przez różnych najeźdźców, bliższych i dalszych sąsiadów. Ani razu na ekranie nie pokazano żołnierza, karabinu, armaty, czołgu. W zależności od napastnika zmieniał się wygląd balkonów i osoby na nich przebywające. Morał płynął stąd taki, że zmieniają się tylko najeźdźcy, a „Matka Gruzja” jest wciąż ta sama. Powszechna szczęśliwość Gruzinów w socjalizmie pokazana na końcu filmu jest jedynie zabiegiem formalnym, albo jak wolisz kwiatkiem przy kożuchu, bo w to szczęście mało, kto wierzy. Nie wierzyłem, że film jest wyświetlany w kinach. Jego wymowa antyrosyjska aż biła w oczy. Publiczność przyjmowała „Balkony” oklaskami, przekonałem się o tym osobiście. Gruziński opiekun rozumiał moje wątpliwości, poczuł się zobowiązany wyjaśnić mi, że film jest wyświetlany tylko w Gruzji, a nie w ZSRR. Gruzini wszak mają prawo przedstawiać zgodnie z prawdą swoją historię.
Zbliżała się pora obiadu, gruziński przyjaciel zaproponował więc przerwę w robieniu zdjęć i zaprosił nas na obiad do baru najniższej kategorii, gdzie posiłki jada się tylko na stojąco, a potrawy nie są wyszukane, przychodzą tu bowiem ludzie najbiedniejsi. „Mamy przed sobą siedem dni, więc każdego dnia poznacie inną restaurację” – oświadczył.
Gruzini przywiązują bardzo dużą wagę do jedzenia. Biesiady trwają u nas długo, każdej przewodzi „tabada”, mistrz ceremonii, on wznosi toasty i udziela głosu biesiadnikom.
Toasty gruzińskie są minipoematami, w zależności od sytuacji dowcipnymi, wywołującymi śmiech, romantycznymi, wzbudzającymi wyższe uczucia, są też ludowymi i ludzkimi przypowieściami kończącymi się morałami. Każdy Gruzin jest w jakimś sensie poetą, a już na pewno każdy potrafi wznieść toast. A wszyscy uwielbiają wino i zabawę.
Rano reżyser powitał nas słowami: „Wczoraj poznaliście bar, w którym jadają najbiedniejsi Gruzini, ludzie, którzy są fundamentem naszej ojczyzny, dziś, jeśli zaakceptujecie moją propozycję, pojedziemy do źródeł, do pierwszej stolicy naszego państwa, Mcchety”.
Początki miasta sięgają III wieku p.n.e. Oddalona od współczesnej stolicy o dziesięć kilometrów, leży u ujścia Aragwi do Mtkwali (Kury) przy Wojennej Gruzińskiej Drodze, łączącej miasta znad Morza Czarnego z miastami położonymi nad Morzem Kaspijskim. Mccheta to miasto-muzeum, pełne zabytków zniszczonych nie tylko przez czas. Nasz przewodnik pokazywał te zniszczenia i sprawców, Rosjan.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w zajeździe, swoim stylem przypominającym podobne lokale w Prowansji, z okien zajazdu widzieliśmy wzgórze z klasztorem Dżwari z VI wieku. Jeszcze nie zdążyliśmy złożyć zamówienia, a już kelnerka postawiła na stole dzbanek z winem i trzy kieliszki. Gdy gospodarz je napełnił, Janusz Kreczmański głosem stanowczym, niedopuszczającym sprzeciwu, oświadczył, że ma zamiar jeszcze filmować i nie wypije nawet kropelki.
„Gruzja – zaczął nasz przyjaciel – uchodzi za ojczyznę wina, uczeni odkryli tu najstarsze urządzenia do tłoczenia tego napoju, który od niepamiętnych czasów wprawia ludzi w dobry nastrój, łagodzi smutek i cierpienie, pobudza wyobraźnię i rozwesela serce”.
„Wypijmy za to, abyście z Gruzji wywieźli nie tylko smak tego trunku, ale uczucia, jakimi was darzymy” – powiedział reżyser.
Janusz nie mógł nie spełnić
toastu…
Ledwo opróżniliśmy kieliszki, gospodarz napełnił je ponownie. Tym razem Janusz niemal przysiągł, że ani kropli więcej… Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, na wysokim wzgórzu w błękit bezchmurnego nieba wpisywała się sylwetka klasztoru Dżwari. Widok urzekał swoim pięknem i majestatem trwania. W pewnej chwili Janusz powiedział: „Spójrzcie tylko na tę budowlę, podziwiam architekta i jego poczucie piękna!”
Chyba na tę chwilę czekał gospodarz. Podniósł kieliszek i rzekł: „Podzielam twój podziw, przyjacielu. Ten budowniczy miał takie wyczucie piękna, bo był Gruzinem, kochał Matkę Gruzję i ta miłość dodała mu sił i odwagi. Minęło już czternaście wieków od wzniesienia klasztoru, przez nasze ziemie przechodziły hordy różnych najeźdźców, a klasztor stoi na chwałę Matki Gruzji. Wypijmy za synów Polski i Gruzji, którzy kochają swoje ojczyzny”. I Janusz wypił.
O tej porze dnia lokal był jeszcze pusty, barman czyścił kieliszki, trzy kelnerki prowadziły ściszonymi głosami rozmowę, a zdun za pomocą jakiegoś metalowego narzędzia nadawał ostateczny kształt ozdobom pieca.
Reżyser przez chwilę przyglądał się w zamyśleniu zdunowi, a potem zwracając się do Janusza powiedział: „Popatrz na tego człowieka, nie jest on takim wielkim artystą jak budowniczy Dżwari, ale wygładza te płaskorzeźby przy piecu z gorliwością i skrupulatnością, bo pragnie, by ludziom zatrzymującym się tu w chłodne i słotne dni było nie tylko ciepło, ale i przyjemnie. Gdyby nie było zdunów, czyż mogliby istnieć wielcy artyści? Wypijmy za zdrowie gruzińskiego zduna!”
Toast po toaście, kieliszek po kieliszku i ani się spostrzegliśmy jak przy stole pojawiła się kelnerka z nowym dzbankiem wina. W tym momencie reżyser zapytał o imiona naszych matek. I dodał, że może w tej chwili myślą one o nas właśnie. Wzniósł toast za ich zdrowie. Czas płynął coraz wolniej, zjedliśmy obiad, wypiliśmy jeszcze kilka kieliszków, a kiedy słońce skryło się za wysoką górę wyruszyliśmy do Tbilisi. Janusz Kreczmański nie zrobił już ani jednego ujęcia, ale wrócił szczęśliwy.
Od Ikony Gubernatorskiej Janusz zaczął zdjęcia w muzeum w Tbilisi. Nazwa wzięła się stąd, że ikona wisiała w pałacu carskiego gubernatora, a ten, gdy się upił, odrywał po małym kawałku złotej koszulki i rozdawał (taki szczodry) swoim gościom. Kiedy czasy gubernatorów odeszły w niepamięć, Gruzini przenieśli ikonę do muzeum i stała się ona dowodem tego, jak carscy urzędnicy niszczyli gruzińską kulturę. Przysłuchiwałem się przewodniczce oprowadzającej szkolną wycieczkę, która otwartym tekstem opowiadała o niszczonej przez Rosjan gruzińskiej kulturze. Zapytałem reżysera czy taka otwarta krytyka Rosji jest u nich dozwolona?
„Pamiętasz pobyt w Mcchecie? Przez cały czas pokazywałem wam spustoszenia poczynione przez Rosjan w naszych zabytkach. Miałem na myśli czasy caratu, to oczywiste. U was Rosji carskiej krytykować nie wolno?”
Wizyta w pracowni Oczauriego – zasłużonego artysty ZSSR, który miał licencję na portrety Lenina, nie każdy artysta mógł tworzyć wedle własnego uznania podobizny wodza rewolucji – przerodziła się w wieczór przyjaźni, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oczauri, artysta – czekańszczyk, rzeźbił nie dłutem a młotkiem w blasze ze specjalnego stopu. Czekanka cieszy się w Gruzji wielkim uznaniem, jest niezmiernie popularna we wszystkich warstwach społecznych. Gdy Janusz zakończył zdjęcia, zaczęło się przyjęcie, ze sławnymi toastami i pieśniami gruzińskimi. Nie wiadomo kiedy pracownia wypełniła się przyjaciółmi. Po latach z mojej pamięci uleciały toasty. Jeden wszakże w zakamarkach pozostał: przez wiele dni osioł pokonywał dzielnie szlak pustyni. Ale i on się zmęczył, na szczęście dotarł do oazy, gdzie stały dwie konwie wypełnione płynem, w pierwszej była woda, w drugiej wino. Spragniony osioł zaczął chciwie pić. Jak sądzicie, z którego naczynia? Wypełnionego wodą, oczywiście!
Nie naśladujmy osłów, napijmy się wina
Świtało, gdy opuszczaliśmy dom artysty, był to nasz ostatni dzień w Tbilisi. Wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji miasta. Do dwudziestej drugiej kolacja miała charakter oficjalny, po zamknięciu lokalu zaczęło się spotkanie przyjaciół. Na stole pojawiły się butelki wina bez etykiet, bo nie ważne, jaka jest butelka, ważne, z jakiej pochodzi winnicy, a najważniejsze, z kim się wino pije.
Do dziś słyszę melodie gruzińskich pieśni śpiewanych na pożegnalnym wieczorze. Nie obeszło się bez „Suliko”. W końcu nadszedł najtrudniejszy moment. Poproszono nas o zaśpiewanie polskiej piosenki. Naradzaliśmy się z Januszem przez dłuższą chwilę, jaką piosenkę zaśpiewać. Kłopot polegał na tym, że natura nie obdarzyła żadnego z nas dobrym słuchem. W końcu zaśpiewaliśmy „Legiony to żołnierska nuta”. Po wykonaniu dwóch zwrotek zakończyliśmy występ. Nie usłyszeliśmy żadnych gratulacji, ani grzecznościowych oklasków. Mieliśmy wszyscy mocno w czubie, więc zapytałem: nie podobało się?
„Prosiliśmy o polską piosenkę, a wy zaśpiewaliście rosyjską” – padła odpowiedź… Po Powrocie do Warszawy, Marta Broczkowska oświeciła nas, że melodia jest zapożyczona od Rosjan.
Następnego dnia, żegnani przez gruzińskich przyjaciół, odlecieliśmy do Moskwy. Po kilkunastu minutach lotu, kapitan samolotu poinformował pasażerów, że opuszczamy granice Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
W Moskwie, Alosza zostawił nas w hotelu „Ukraina”, zapewniając, że za kilka minut otrzymamy pokój. Po godzinie oczekiwania, Janusz, zapytał recepcjonistkę, czy pokój już gotowy? Po upływie pół godziny ponowił pytanie. I znowu: „Nie bespakojtie, padażditie”.
W końcu wyciągnął legitymację dziennikarską, pokazał w recepcji, pytając: czy wolą „Prawdę” czy „Izwiestię”, bo jemu wszystko jedno gdzie zadzwonić. Pokój znalazł się natychmiast. Pomogli nam nawet wnieść bagaże.
Nie wspominam o pobycie w Aszchabadzie, gdzie również parę dni spędziliśmy. We wszystkich wytwórniach oglądaliśmy republikańskie kroniki filmowe, które bardzo nam się podobały. Gdy zostałem redaktorem naczelnym PKF usiłowałem zorganizować wymianę z wytwórniami w Taszkiencie, Ałma-Acie i Tbilisi, jeśli już nie całych kronik, to przynajmniej tematów. Moskwa się jednak nie zgodziła.

Noc wzruszeń

Gruzini „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” śpiewali po polsku.

Był to niezapomniany wieczór dla kilkuset mieszkańców, kuracjuszy i wczasowiczów przebywających na leczeniu i wypoczynku w Kudowie Zdroju. Piękna sala Teatru Miejskiego łącznie z balkonem była wypełniona do ostatniego miejsca. Wielu stało w przejściach przy ścianach, innym dostawiano krzesła. Na scenie swoje narodowe pieśni i piosenki wykonywali artyści z Gruzji, z Batumi. Uczestnicy tego koncertu będą długo wspominać to spotkanie z muzyką i pieśniami narodu gruzińskiego od trzynastego wieku do czasów współczesnych. Egzotyczny chór oczarował nas wszystkich. A co się działo na widowni, gdy artyści śpiewali po polsku naszą „Okę” napisaną przez Leona Pasternaka i wykonywaną przed laty przez żołnierzy 1. Korpusu i 1. Armii Wojska Polskiego na całym bitewnym szlaku. Wszyscy wstali z miejsc, a niektórzy mieli w oczach łzy. Ja również. Owacjom i okrzykom radości nie było końca. Wyrażano w ten sposób wdzięczność artystom z dalekiej Gruzji za śpiewanie tej pieśni po polsku, podobnie jak żołnierze polscy śpiewali ją na wschodnim szlaku bojowym, walcząc z niemieckimi barbarzyńcami, którzy zamordowali sześć milionów obywateli Polski, w tym trzy miliony Polaków. Wychodząc z tego koncertu, słyszałem liczne wypowiedzi jego odbiorców. Mówili, że Gruzini śpiewali „Okę” po polsku, podobnie jak „Mazurka Dąbrowskiego” Józefa Wybickiego. Pytali, a dlaczego w naszym kraju jej się nie śpiewa, np. w rocznicę bitwy pod Lenino na ziemi białoruskiej? W tej bitwie zginęło ponad dwa tysiące polskich młodzieńców i osób starszych, myśląc o Polsce, ojczystym kraju, do którego pragnęli wrócić po latach tułaczki. A nie jest śpiewana dlatego, że wciąż dzielona jest polska krew brocząca strumieniami za ojczysty kraj na dobrą i złą. Obchodziliśmy kolejną rocznicę bitwy o Monte Cassino. I słusznie. Tak, trzeba młodym Polakom wciąż przypominać, tam walczyli żołnierze Wojska Polskiego dowodzonego przez gen. dyw. Władysława Andersa. Ale na Boga, dlaczego się tego nie czyni z okazji rocznicy bitwy pod Lenino? Politycy, telewizja i prasa nawet nie wspominają, bo byłoby to niepoprawnością polityczną. Czy można walkę, męczeństwo i strumienie wylanej krwi oceniać wedle kryteriów polityczno-ideowych? Takie zachowania polityków prawicowych, zwłaszcza konserwatywnych, budzą u milionów Polaków stanowczy sprzeciw. Walcząc z okrutnym wrogiem niemieckim, żołnierze 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki nie mieli pojęcia o komunizmie, o sowieckim poddaństwie Polski. Kierowali się wolą powrotu do kraju i przyspieszenia jego wyzwolenia oraz odbudowy. Panowie politycy, władzo naszego kraju, kiedy wreszcie zrozumiecie, że takie różnicowanie narodu oraz podziały na dobrych i złych, prawdziwych bohaterów i niezłomnych żołnierzy jest nie tylko niesprawiedliwe, lecz wręcz amoralne. Dzieli to bowiem również cały naród i może osłabić nasz dalszy rozwój cywilizacyjny oraz pozbawić nasze państwo godnego miejsca wśród narodów Europy. A przecież chcemy być prawdziwym sercem Europy. Wcześniej czy później młode pokolenie się przekona, że m.in. „Oka” to też jedna z kart naszej narodowej historii, o której nie możemy zapominać. „Oka” zaświadcza o naszych bohaterskich zmaganiach o wolność Polski, o jej suwerenny byt. „Oka” to jakże ważny dokument o tym, jak nasze wojenne pokolenia Polaków traktowały patriotyzm. Ten koncert artystów dalekiego kraju to piękna lekcja o właściwym zachowaniu starszego i młodego pokolenia Polaków. Bo przecież wśród uczestników było rzeczywiście sporo młodzieży. Wszyscy śpiewaliśmy „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” stojąc.

5 dni sprzed 10 lat

Warto rocznicowo prześledzić tę „zakłamaną wojnę”, jej genezę, przygotowania, przebieg i konsekwencje. I przypomnieć złowrogą postać Micheila Saakaszwiliego, który łamiąc pokój olimpijski rozpętał ten nieszczęsny konflikt. Zwłaszcza teraz, gdy w polskich mediach utrwala się na dobre stronnicza narracja mówiąca o rosyjskiej agresji. Przypomnijmy, jak owa „agresja” przebiegała.

 

Amerykanie dają Gruzji prezydenta i zbroją sojusznika.

W listopadzie 2003 roku w wyniku inspirowanego i wspieranego przez USA przewrotu zwanego „rewolucją róż” w Gruzji obalony zostaje prorosyjski prezydent, były szef dyplomacji ZSRR, Eduard Szewardnadze. Do władzy dochodzi mieszkający od wielu lat w USA 34-letni Michel Saakaszwili – absolwent prawa na Uniwersytecie Columbia . Od tego momentu Stany Zjednoczone zaczynają na szeroką skalę finansować i prowadzić szkolenie armii gruzińskiej według standardów NATO. Już w latach 2002-2004 zrealizowano program GTEP (Georgia Sustainment and Stability, szkoląc armię gruzińską w szerokim zakresie z użyciem ciężkiego sprzętu włącznie. W latach 2004-2008 tysiące żołnierzy gruzińskich przeszkolono tak na poligonach w Gruzji, jak i w USA, w tym w Fort Bragg i Fort Benning. Tuż przed rozpoczęciem przez Gruzinów wojny o Południową Osetię na poligonie w Waziani (okolice Tbilisi) ćwiczyło 1000 żołnierzy US Army i 600 gruzińskich wojskowych. 4 Brygada gruzińska, prowadząca główne natarcie na Cchinwali w całości była przeszkolona przez instruktorów USA z przeznaczeniem do służby w Iraku.

Ogromna rolę odegrało też kilkuset instruktorów wojskowych z Izraela na czele z gen Gal Hirschem byłym dowódcą 91 Dywizji Galilejskiej, gen Izraelem Ziv i gen Yoram Yair z izraelskiego kontrwywiadu (Szin-Bet) . Ministrem obrony Gruzji był również były obywatel Izraela – stąd masa najnowocześniejszego uzbrojenia armii gruzińskiej pochodziła właśnie ze źródeł izraelskich, w tym z firm „Rafael” czy „Elbit”. Reasumując, pod względem wyszkolenia, organizacji i taktyki walki, armia gruzińska odpowiadała standardom NATO, wzbogaconym doświadczeniami armii izraelskiej.

 

Wyposażenie

Od momentu zdobycia władz przez proamerykańskiego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, wdrożono niezwykle ambitny i kosztowny plan zbrojeń. Ustanowiono wręcz rekord wzrostu nakładów militarnych w skali świata, zwiększając jego wielkość o 30 razy – z 30 mln dolarów w 2003 r. do 940 mln dolarów w 2007 roku, co stanowiło 8 proc. PKB Gruzji i 25 proc. jej wszystkich dochodów budżetowych.

Stworzono i świetnie wyekwipowano liczne jednostki komandosów oraz oddziały specjalne wyszkolone przez instruktorów z USA i Izraela. Łącznie w przededniu wojny armia gruzińska miała na wyposażeniu: 235 czołgów T-72 w tym 169 nowocześnie zmodernizowanych przez firmy izraelskie do standardu SIM-1. Wojska zmechanizowane wyposażone były w bojowe wozy piechoty: 60 BMP-1, 74 BMP-2 i 45 transporterów opancerzonych BTR-80 i 20 MTLB oraz 100 tureckich wozów pancernych „Otokar Cobra”. Liczna, w dużej części zakupiona na Ukrainie była gruzińska artyleria. Gruzini posiadali 12 ciężkich dział kalibru 203 mm 2S7 „Pion”, 3 MSTA-S kalibru 152 mm, 45 czeskich haubic samobieżnych „Dana” i 13 poradzieckich „Akacja” kalibru 152 mm. Gruzini na stanie mieli również 90 haubic holowanych D-30 i 40 D-44. Artyleria rakietowa to kilkadziesiąt wyrzutni rakiet niekierowanych typu BM-21 „Grad”, czeskie RM-70, jugosłowiańskie M-87 Orkan i M-63 Plamen.

Lotnictwo gruzińskie liczyło 14 samolotów szturmowych SU-25, zakupionych w Czechach, na Ukrainie i w Bułgarii. Siły te uzupełniało 6 samolotów szkolno-bojowych L-39C Albatros. Eskadra śmigłowców bojowych składała się z 6-MI-8, 2 MI-14, 3 MI-24P, 5 MI-24W. Transport lotniczy zapewniało 16 śmigłowców MI-8 oraz 8 amerykańskich UH-1H i 6 Bell 212.

Dość silna była gruzińska obrona przeciwlotnicza wyposażona w ukraińskie systemy średniego zasięgu 9K37 „Buk” (dwie baterie) oraz systemy krótkiego zasięgu 9K33 „Osa” (dwie baterie) i jedną baterię izraelskich Rafale „Spyder”. Uzupełniała je artyleria lufowa i naramienne wyrzutnie przeciwlotnicze 50 zestawów „Igła” , 40 polskich rakiet „Grom” oraz 15 starych „Strieła 1”.
Armia gruzińska wyposażona była też w nowoczesną zachodnią broń strzelecką, karabiny maszynowe i snajperskie oraz środki łączności oraz rozpoznania w tym izraelskie drony rozpoznawcze.

 

Gruzini atakują Cchwingali – terrorystyczny ostrzał miasta, panika, eksodus ludności ostetyjskiej, apokaliptyczna noc

Łamiąc porozumienia międzynarodowe oraz wielowiekowe zasady pokoju olimpijskiego, 8 sierpnia 2008 r., w dniu otwarcia Igrzysk XXIX Olimpiady rozgrywanych w Pekinie, armia gruzińska wykonując rozkaz prezydenta Saakaszwilego rozpoczęła niespodziewany atak na Południową Osetię. Gdy większość przywódców świata, w tym prezydent Rosji, przebywali w stolicy Chin, obserwując uroczyste otwarcie olimpiady, prezydent Gruzji licząc na zaskoczenie i paraliż decyzyjny Rosjan prowadził swój, jak zakładał, zwycięski blitzkrieg.

Od godziny 23.30 7 sierpnia do 4 rano 8 sierpnia na Cchwingali – stolicę Południowej Osetii oraz na pozycje armii osetyjskiej spadła artyleryjsko-rakietowa nawała ogniowa gruzińskiej artylerii. Ostrzał miasta przez systemy niekierowanych rakiet typu BM-21 „Grad” miał charakter terrorystyczny, wywołał wiele pożarów zniszczeń budynków mieszkalnych. Zginęło ok. 1200 mieszkańców miasta. Wybuchła panika i rozpoczął się masowy eksodus Osetyjczyków z miasta. Armia gruzińska nacierała dwoma brygadami zmechanizowanymi, wspartymi liczną bronią pancerną oraz brygadą artylerii. Ogółem w pierwszej linii Gruzini dysponowali 12 tys. żołnierzy i 75 czołgów. W pierwszych godzinach Gruzini osiągnęli wiele sukcesów, w tym wdarli się do stolicy Osetii Południowej – Cchwingali.

Po piekielnej dla Cchwingali i Osetyjczyków nocy, gdy rosyjski batalion sił pokojowych płk Konstatina Tamermana znalazł się w okrążeniu wojsk gruzińskich stracił wielu żołnierzy i większość sprzętu wyruszyła odsiecz, ruszyła nocą brawurowo zdobywając kluczowy Tunel Rocki, mimo strat pod ogniem artylerii gruzińskiej i udanych akcji komandosów gruzińskich Rosjanie ruszyli na pomoc miastu i swoim „mirotworcom”… W jedną stronę ciągnęło wojsko, w druga kolumny przerażonych Osetyjczyków uciekających przed wojną

 

Rosyjski kontratak

Strona rosyjska i Osetyjczycy w ujęciu strategicznym zostali totalnie zaskoczeni. Całkowicie zawiodło rozpoznanie , (rosyjski wywiad wojskowy GRU) i to tak agenturalne jak i zwiad satelitarny oraz nasłuch radiowy. Jednak rosyjska 58 Armia dowodzona przez generała Anatolia Chrulewa, w obliczu narastającego o miesięcy napięcia dysponowała szczegółowymi, wielokrotnie przećwiczonymi planami interwencji zbrojnej na terenie Osetii Południowej. W stałej gotowości utrzymywano dwa wzmocnione bataliony piechoty zmechanizowanej, które w ciągu kilku godzin miały wkroczyć do Osetii Południowej. Reszta oddziałów miała tam dotrzeć w terminie od 1 do 3 dni. Przerzucono też w obszar armii ok. 3 tys. spadochroniarzy 7 Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej. Kluczowym było utrzymanie i zabezpieczenie przez Osetyjczyków i Rosjan 4 kilometrowego Tunelu Rockiego pod masywem górskim – jedynej drogi jaką mogła dotrzeć odsiecz. Trudną rolę miał do wypełnienia rosyjski batalion pokojowy, dowodzony przez pułkownika Konstantina Timermana. Atakowany od pierwszych godzin przez Gruzinów, stracił kilkudziesięciu żołnierzy zabitych i cały sprzęt pancerny. Jednak mimo wezwań do kapitulacji, batalion przyjął obronę okrężną i odpierał kolejne szturmy armii gruzińskiej.

Osetyjczycy w samych Cchwingali przy miażdżącej przewadze atakujących Gruzinów w dużej mierze zostali rozbici, mimo walecznej obrony wyparci w kierunku na miasto Dżawa. Jednak te kilka godzin powstrzymywania Gruzinów pozwoliło, aby poderwane w trybie alarmowym, czołowe oddziały rosyjskie ze składu 19 Dywizji Zmechanizowanej przeszły tunel i około południa w dynamicznym, nieubezpieczonym marszu rozpoczęły przemieszczanie się tzw „drogą zarską”. Rosyjska artyleria już ok. 13.00 udzieliła wsparcia kontratakującym Osetyjczykom.

Do kontrataku przystąpiło też rosyjskie lotnictwo bombardując lotniska, radary, bazy wojskowe i wykryte gruzińskie oddziały. Improwizacja tych nalotów, w połączeniu z silną gruzińską obroną przeciwlotniczą, sprawiły, że Rosjanie ponieśli bolesne straty. Gruziński system p-lot „Buk” zestrzelił m.in. bombowiec strategiczny TU-22M3. Rosjanie stracili kilka samolotów uderzeniowych SU-24 i szturmowców SU-25. Interweniowało centralne dowództwo i od trzeciego dnia wojny operacjami lotniczymi dowodził bezpośredni sztab WWS w Moskwie.

Po „krwawej łaźni” 9 sierpnia zgotowanej rosyjskiemu lotnictwu przez gruzińską obronę przeciwlotniczą skierowano na nią uwagę i od popołudnia 9 sierpnia 2008 i 10 sierpnia za pomocą rakiet przeciwradiolokacyjnych Ch-58, nowoczesnych bombowców ze stacją zakłóceń WRE typu Su-34 oraz akcjami komandosów gruzińską obronę p-lot unicestwiono.

Zmieniono strategię i taktykę nalotów oraz skierowano w obszar walk najnowsze samoloty uderzeniowe z zasobnikami walki radiowo-elektornicznej typu SU-34. 9 sierpnia, nad ranem kompania czołgów w brawurowym rajdzie przebiła się do broniącego się rosyjskiego batalionu sił pokojowych dostarczając leki i amunicję. Rosjanie postawili na szybkość działania, aby jak najszybciej przebić się, do wysyłającego dramatyczne prośby o pomoc płk. Timermana. Zaowocowało to stratami kolumn marszowych, które dostawały się na drodze zarskej, pod ostrzał silnej i licznej artylerii gruzińskiej. Grupa komandosów gruzińskich przeprowadziła udaną zasadzkę i zaatakowała kolumnę sztabową 58 armii. Zniszczono Rosjanom kilkanaście wozów bojowych i ciężarówek. Poległo wielu oficerów sztabu, a sam generał Anatolij Chrulew został ranny, uratował go zasłaniając własnym ciałem kierowca. Poległ dowódca 135 pułku major Wietczinow osłaniając towarzyszących sztabowi dziennikarzy. Jednak wykonywane z dużym poświęceniem ataki lotników rosyjskich na szturmowych samolotach SU-25 , zdławiły ogień gruzińskiej artylerii. Z czasem ogień kontrbateryjny rozpoczęła przemieszczona rosyjska artyleria i Rosjanie 10 sierpnia powoli zaczęli wypierać Gruzinów z zajętych terytoriów.

Incydent gruziński

Szef MSZ Jacek Czaputowicz udał się do Tbilisi w towarzystwie ministrów z Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Wystosował też apel do Federacji Rosyjskiej o „porzucenie agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego”.

 

W 2008 roku Federacja Rosyjska podjęła decyzję o interwencji militarnej poza swoim terytorium, co wprawiło w zaskoczenie zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone. Konflikt o Abchazję i Osetię Południową był to krok, który pokazał brak jednomyślnej polityki UE wobec wydarzeń ma terenach spornych, gdzie zamieszkujące je mniejszości domagają się redefinicji granic.

Jak podaje geopolityka.org, „wstępne walki pięciodniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej rozpoczęły się w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku. Był to gruziński ostrzał artyleryjski paramilitarnych oddziałów Osetii Południowej w Cchinwali i rejonie Dżawy”.

To tę rocznicę obchodził szef polskiej dyplomacji w Tbilisi. Z tej okazji ministerstwo opublikowało oficjalny komunikat:

„Sprzeciwiamy się wszelkim działaniom, które mają na celu ingerencję w suwerenne prawo władz w Tbilisi do wykonywania zwierzchnictwa nad terytorium Gruzji w jego granicach uznanych przez społeczność międzynarodową”.

Sęk w tym, że gdyby zbadać sytuację z sierpnia 2008 naprawdę wnikliwie, to wyjdzie na to, że obie strony konfliktu podczas tych kilku dni wojny nie respektowały trzeciej konwencji haskiej (Konwencja dotycząca rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, Haga, 18 października 1907 r.).

W oświadczeniu znalazł się jednak ten płomienny apel do Rosji: „Władze RP po raz kolejny wzywają Federację Rosyjską do porzucenia agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego oraz realizacji zobowiązań, wynikających z porozumień Sarkozy-Miedwiediew”.

Przed wylotem do Gruzji na specjalnie powołanej konferencji prasowej Jacek Czaputowicz przemówił mało dyplomatycznym tonem:

– Wspólnie z gruzińskimi władzami pragniemy przypomnieć światu o tym, co wydarzyło się w sierpniu 2008 r., o pogwałceniu niepodległości Gruzji, tragedii tysięcy rodzin wypędzonych z miejsc zamieszkania, setkach zabitych i rannych.

Przypomniał też słowa Lecha Kaczyńskiego, który wówczas po raz pierwszy poczuł się w obowiązku udzielić „pomocy” potrzebującym Gruzinom i wmieszał się w konflikt.
„Wiemy świetnie – dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj – Polskę”. Słowa te, jak pokazały późniejsze wydarzenia, niestety w części okazały się prorocze i wydaje się, że są ciągle aktualne – stwierdził szef polskiego MSZ.

Polska najwyraźniej nadal czuje się w tym sporze już nawet nie tyle rozjemcą, co jedną ze stron. Nikt jednak nie widział, aby polski prezydent w te pędy biegł do Kosowa, aby pomóc im wyzwalać się spod serbskiego „jarzma”, albo zasłaniał własną piersią Katalończyków. Polska zwykle angażuje się tam, gdzie po drugiej stronie barykady stoi Rosja, czyli na Ukrainie i w Gruzji.
Powszechnie znaną zaś anegdotą, opowiadaną sobie głównie w kontekście katastrofy w Smoleńsku jest opowieść o naciskach, jakie wówczas, podczas lotu do Tbilisi, miał wywierać zmarły prezydent na pilota, kapitana Arkadiusza Protasiuka, którego powtórnie spotkał za sterami w 2010 roku. Lech Kaczyński miał powiedzieć do pilota, który odmówił lądowania ze względu na złe warunki, że to on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i nakazuje mu mimo wszystko wykonać polecenie. Sprawa zyskała miano „incydentu gruzińskiego”.