Go spodarka 48 godzin

Covidowy przemysł opiekuńczy
Według stanu na 31 grudnia 2020 r. na terenie całego naszego kraju działało 1 851 zakładów pomocy społecznej oraz 48 filii. Wszystkie posiadały łącznie 119,3 tys. miejsc. Przebywało w nich 105,2 tys. mieszkańców, w tym 49,9 tys. kobiet. Ponad 15 proc. tych placówek, głównie schronisk i noclegowni, nie posiadało żadnych udogodnień dla osób niepełnosprawnych – wskazuje GUS. Największa liczba miejsc w domach pomocy społecznej była w województwie mazowieckim, a najmniejsza w opolskim. Natomiast w przeliczeniu na 10 tys. ludności najwięcej miejsc było w województwie opolskim (43,8), a najmniej w wielkopolskim (26,7). Wskaźnik dla całej Polski wyniósł 31,2. Większość pensjonariuszy to osoby starsze, które ukończyły 60 rok życia (67,2 tys.), natomiast najmniej liczną grupę stanowiły osoby w wieku 17 lat i mniej (1,6 tys.). Co czwarty mieszkaniec domów pomocy społecznej (aż 37,1 tys.) zachorował na COVID-19.

A jednak się kręciło
W 2020 r. w obliczu stanu zagrożenia epidemicznego wprowadzono ograniczenia w organizowaniu imprez masowych. W rezultacie, w porównaniu z 2019 r. liczba zorganizowanych masowych imprez artystyczno-rozrywkowych w Polsce spadła o 89,5 proc. Niektóre jednak się odbywały. Najwięcej imprez masowych zorganizowano w województwie kujawsko-pomorskim (285). Wzięło w nich udział 0,7 mln uczestników. Najliczniejsze imprezy masowe zostały zorganizowane w województwie świętokrzyskim. Przeciętnie w jednej imprezie w tym województwie uczestniczyło 5,6 tys. osób. W 2020 r. większość imprez masowych stanowiły wydarzenia sportowe (75,8 proc. ogólnej liczby imprez masowych).

Pandemia nie zagraża starociom
W ubiegłym roku wartość sprzedaży dzieł sztuki i antyków wyniosła 418,5 mln zł i w porównaniu z 2019 r. wzrosła aż o 255,9 mln zł!. Najwięcej podmiotów prowadzących działalność na rynku dzieł sztuki i antyków odnotowano oczywiście w województwie mazowieckim (22,6 proc. ogólnej liczby), a w dalszej kolejności w województwie małopolskim. Przeważająca część z nich działała w stolicach województw. W Warszawie na rynku dzieł sztuki i antyków funkcjonowało 40 jednostek, a w Krakowie 38.W 2020 r. w województwie mazowieckim odnotowano najwyższą wartość sprzedaży dzieł sztuki i antyków, która osiągnęła kwotę 328,5 mln zł, co stanowiło 78,5 proc. łącznej kwoty sprzedaży dzieł sztuki i antyków w Polsce. Najczęściej przedmiotem transakcji były obrazy, których sprzedaż stanowiła 83,1 proc. łącznej kwoty sprzedaży dzieł sztuki i antyków, z czego 52,6 proc. to sprzedaż dzieł malarstwa dawnego (wykonanego przed 1945 r.), a reszta – sprzedaż malarstwa współczesnego. W 2020 r. największą część łącznej wartości sprzedaży dzieł sztuki i antyków uzyskano poprzez organizację tradycyjnych aukcji – 266,7 mln zł. Drugim wybieranym kanałem dystrybucji była sprzedaż w placówkach handlowych – 88,7 mln zł. Sprzedaż w placówkach handlowych w województwie mazowieckim stanowiła 55,9 proc. wartości sprzedaży dzieł sztuki i antyków tą drogą w Polsce – podsumował GUS. Za pośrednictwem internetu sprzedano dzieła sztuki i antyki za kwotę 58,4 mln zł, co w porównaniu z 2019 r. stanowiło wzrost o 248,5 proc.

Gospodarka 48 godzin

Nad morze
Przez długi czas największą popularnością wśród pasażerów PKP cieszyły się podróże pomiędzy Warszawą a Krakowem. Tak było jeszcze podczas minionych wakacji. Tego lata koleją najchętniej jeździmy nad morze. W czasie tegorocznych wakacji najwięcej pasażerów korzysta z połączeń na trasie Warszawa – Gdynia. Od początku wakacji, czyli od piątku 26 czerwca br., do końca lipca br., PKP Intercity przewiozły pomiędzy Warszawą a Trójmiastem blisko 30 proc. więcej pasażerów niż między Warszawą a Krakowem. Popularność pociągów na trasie do Gdyni rośnie bardzo dynamicznie. Często wybierane przez podróżnych są także pociągi do innych nadmorskich miejscowości, takich jak Kołobrzeg, Świnoujście, Ustka, Łeba i Hel.  To oczywiście wynik upalnego lata i koronawirusa, który skierował nad Bałtyk wielu Polaków, wcześniej wypoczywających nad cieplejszymi morzami. Od wspomnianego piątku 26 czerwca br. do końca lipca PKP Intercity przewiozły ponad 3,4 mln pasażerów. Wakacyjny ruch turystyczny sprawił, że obecnie pociągami PKP Intercity podróżuje już pięć razy więcej osób niż w maju tego roku. Obowiązkiem pasażerów jest przestrzeganie zasad ostrożności obejmujących zasłanianie ust i nosa w pociągu, podczas trwania całej podróży, a także częste mycie rąk.

Bez oczyszczalni

W 2019 r. (stan w dniu 31 grudnia) oczyszczalnie ścieków obsługiwały 74,5 proc. ludności kraju. Utrzymują się bardzo duże dysproporcje między miastem i wsią. W miastach 94,7 proc. mieszkańców korzysta z oczyszczalni ścieków, a na wsi (gdzie mieszka co czwarty Polak) tylko 44,0 proc.

Spis to obowiązek

W związku ze zbliżającym się Powszechnym Spisem Rolnym 2020 i Narodowym Spisem Powszechnym Ludności i Mieszkań 2021, Główny Urząd Statystyczny informuje, że respondenci będą pytani najpierw o dane indywidualne i adresowe (PESEL, adres zamieszkania użytkownika, adres siedziby gospodarstwa rolnego). GUS wyjaśnia, że te informacje niezbędne są do identyfikacji gospodarstwa rolnego i zbiera się je przy każdym spisie powszechnym. Pojawiające się zarzuty dotyczące właśnie zbierania tych danych jednostkowych – a także między innymi takich informacji jak numer telefonu czy adres poczty elektronicznej, są bezzasadne – oświadcza GUS. Dane te są bowiem niezbędne do nawiązania kontaktu z użytkownikami gospodarstw rolnych w celu wypełnienia obowiązku spisowego (bo jest to obowiązek). Ponadto w związku z epidemią COVID-19 dane te będą również niezbędne do przeprowadzania wywiadów telefonicznych w przypadku konieczności rezygnacji z rozmów bezpośrednich, a w późniejszym terminie (po spisie rolnym) pozwolą na innych badań statystycznych metodą wywiadów telefonicznych.
GUS wyjaśnia też, że nie będzie zbierał danych dotyczących majątku rolników. Zbierze natomiast dane o składowych elementach gospodarstwa rolnego (w procentach), zapyta o uprawy rolne i ogrodnicze, powierzchnię gruntów i liczbę zwierząt gospodarskich, liczbę ciągników, maszyn rolniczych i budynków gospodarskich, związanych z prowadzoną produkcją rolniczą. Zdaniem GUS, to wszystko nie stanowi majątku. „W spisie nie pytamy o majątek rolników” – zapewnia szefostwo GUS.

Trochę mniej nędzy w Polsce

Ponad półtora miliona ludzi wegetujących trwale w skrajnej biedzie to wstyd dla wszystkich rządów.
Rok 2019 przyniósł poprawę sytuacji materialnej gospodarstw domowych w naszym kraju. Znalazło to odzwierciedlenie w niewielkim spadku zasięgu ubóstwa ekonomicznego, w tym ubóstwa skrajnego (z 5,4 proc. w 2018 r. do 4,2 proc. w 2019 r.) – stwierdził Główny Urząd Statystyczny.
Ubiegłoroczny, zauważalny spadek zasięgu skrajnego ubóstwa nastąpił po jego, także zauważalnym wzroście w 2018 r., kiedy to grono osób żyjących w skrajnej nędzy zwiększyło się w Polsce do 5,4 proc. (z 4,3 proc. w 2017 r.) – czyli z 1,6 mln do 2,1 mln.
Zakładając, iż dane zebrane przez GUS są (z pewnością) rzetelne, trzeba powiedzieć, że w związku z wyborami Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcję – i zadbało o statystyczny spadek ubóstwa w 2019 r. Wprawdzie ludzie żyjący w skrajnej nędzy raczej nie głosują (potrzeba poczucia wpływu na rządy w swoim kraju należy do górnych partii piramidy Maslowa), ale ów spadek ubóstwa można było wykorzystać propagandowo, co też i uczyniono.
Prominenci PiS oczywiście nie zauważali tego, że w 2018 r. nastąpił wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa, ale oczywiście jak najbardziej chwalili się jego spadkiem w roku 2019. A to mogło mieć pewien wpływ na wyborcze decyzje elektoratu. Czas pokaże jak liczna będzie teraz, w bieżącym roku, grupa osób żyjących w skrajnej nędzy – gdy liderom PiS już nie będą potrzebne statystyczne wskaźniki poprawy sytuacji materialnej obywateli.
Niezależnie od ich intencji politycznych, trzeba jednak zauważyć, iż w ubiegłym roku zasięg skrajnego ubóstwa wynoszący wspomniane 4,2 proc. był mniejszy, niż wtedy, gdy PiS obejmowało władzę (w 2015 r. ów wskaźnik wynosił 6,5 proc., a w 2016 r. spadł do 4,9 proc.). Tak więc, sporej grupie najbiedniejszych Polaków zaczęło się żyć nieco lepiej. To wymierne osiągnięcie, którego nie wolno przemilczać – bo dzięki temu w Polsce realnie zmniejszyła się skala wykluczenia społeczno-ekonomicznego..
Warto też dostrzec to, że za rządów PO-PSL, w 2008 r., czyli tuż przed uderzeniem kryzysu finansowego w nasz kraj, skala skrajnego ubóstwa wynosiła 5,6 proc. – a więc jednak sporo więcej niż w ubiegłym roku.
Ubiegłoroczny spadek ubóstwa skrajnego dotyczył przede wszystkim gospodarstw domowych najbardziej zagrożonych biedą – czyli utrzymujących się głównie ze świadczeń społecznych (innych niż emerytury i renty) oraz gospodarstw z co najmniej trójką dzieci poniżej 18 roku życia, mieszkających na wsi i w małych miastach. Skrajnym ubóstwem częściej dotknięte są także gospodarstwa domowe osób mających niski poziom wykształcenia.
GUS regularnie, co rok, oblicza wskaźniki dotyczące zasięgu ubóstwa ekonomicznego w Polsce opierając się na wynikach badań budżetów gospodarstw domowych. Prezentowane wskaźniki są danymi średniorocznymi. W obliczeniach uwzględnione zostały trzy różne progi (granice): ubóstwa skrajnego, relatywnego oraz tzw. ustawowego.
Po obserwowanym od 2015 do 2017 r. stopniowym zmniejszaniu się zasięgu ubóstwa ekonomicznego, w 2018 r. nastąpiło odwrócenie tej tendencji – zasięg ubóstwa ukształtował się na wyższym poziomie niż w 2017 r. Natomiast w 2019 r. odnotowano spadek zasięgu wszystkich trzech rodzajów ubóstwa (o 1,2 -1,9 punktu procentowego). Spadek zasięgu ubóstwa ekonomicznego w 2019 r. miał miejsce w sytuacji wzrostu poziomu przeciętnych dochodów i wydatków gospodarstw domowych (w ujęciu nominalnym oraz realnym – czyli uwzględniającym zmiany poziomu cen towarów i usług konsumpcyjnych).
Podstawę wyznaczania granicy ubóstwa skrajnego stanowi minimum egzystencji szacowane przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (IPiSS). Kategoria minimum egzystencji wyznacza bardzo niski poziom zaspokojenia potrzeb. Konsumpcja poniżej tego poziomu utrudnia utrzymanie się przy życiu i jest zagrożeniem dla psychofizycznej kondycji człowieka.
Spadek zasięgu ubóstwa w 2019 r. objął zarówno ubóstwo skrajne, jak też relatywne oraz ustawowe.
Ubóstwo ustawowe obejmuje grupę osób, które zgodnie z obowiązującymi przepisami są uprawnione do ubiegania się o przyznanie świadczenia pieniężnego z pomocy społecznej. W 2019 r. zasięg ubóstwa ustawowego był równy 9,0 proc., czyli o 1,9 pkt. proc. mniej niż w 2018 r. To wciąż potężna grupa, wynosząca aż 3,4 mln ludzi.
Relatywna granica ubóstwa dotyczy osób, utrzymujących się z najwyżej 50 proc. kwoty, którą przeciętnie miesięcznie wydają gospodarstwa domowe w Polsce. Umożliwia to wyodrębnienie tych gospodarstw i osób, których poziom konsumpcji znacząco odbiega od poziomu przeciętnego. Jak podaje GUS, w 2019 r. ubóstwa relatywnego doświadczało 13,0 proc.osób w gospodarstwach domowych (ponad 4,9 mln). To o 1,2 pkt. proc. niż w roku poprzednim.
Zaobserwowany w 2019 r. spadek zasięgu ubóstwa skrajnego dotyczył większości branych pod uwagę grup ludności. W porównaniu z 2018 r. wyraźnie zmniejszył się odsetek osób żyjących poniżej minimum egzystencji wśród gospodarstw domowych utrzymujących się głównie z niezarobkowych źródeł (innych niż emerytury i renty) – czyli praktycznie z zasiłków społecznych (o ponad 3 pkt. proc.). Te gospodarstwa są siłą rzeczy szczególnie narażone na ubóstwo skrajne, które wynosi wśród nich ponad 10 proc.
O około 2 pkt. proc. obniżyła się stopa ubóstwa wśród gospodarstw domowych rencistów. W przypadku pozostałych grup społeczno-ekonomicznych – czyli gospodarstw domowych utrzymujących się głównie z pracy najemnej, z pracy na własny rachunek, oraz emerytów i rolników – stopa ubóstwa skrajnego w 2019 r. była niższa o około 1 pkt. W rodzinach rolników około 8 proc. gospodarstw żyje w skrajnej nędzy. Natomiast w gospodarstwach domowych rencistów skrajne ubóstwo obejmuje 6 proc.
Ponadto, o około 3 pkt proc. zmniejszył się zasięg ubóstwa skrajnego wśród gospodarstw domowych z osobami posiadającymi orzeczenie o niepełnosprawności. Natomiast o 2 pkt. proc. zmniejszył się zasięg ubóstwa w gospodarstwach, w których głowa rodziny (osoba osiągająca najwyższy dochód spośród wszystkich członków gospodarstwa) legitymowała się niskim poziomem wykształcenia (co najwyżej gimnazjalnym lub zasadniczym zawodowym). Stopa skrajnego ubóstwa wśród gospodarstw, których głowa rodziny ma wykształcenie co najwyżej gimnazjalne jest ponad dwukrotnie wyższa niż przeciętnie i wynosi ok. 10 proc..
Zasięg ubóstwa skrajnego wśród dzieci i młodzieży poniżej 18 roku życia spadł zaś z 6 proc. w 2018 r. do niecałych 5 proc. w 2019 r.
Obniżenie się poziomu ubóstwa skrajnego w 2019 r. dotyczyło w głównym stopniu mieszkańców wsi i najmniejszych miast. W miastach pomiędzy 20 tys. a 200 tys. spadek stopy ubóstwa był minimalny (poniżej 1 pkt .proc). Natomiast stopa ubóstwa w największych ośrodkach miejskich (co najmniej 200 tysięcznych), w których żyje się z reguły najlepiej, pozostała na dotychczasowym poziomie. W tej kategorii miast stopa ubóstwa skrajnego jest najniższa i wynosi ok. 1 proc. .
Bliżej bieguna bogactwa są także gospodarstwa domowe utrzymujące się z pracy na własny rachunek Tam w 2019 r. stopa ubóstwa skrajnego wynosiła średnio 2 proc. Ubóstwa skrajnego rzadko doświadczają osoby z gospodarstw domowych, w których głowa rodziny ma wykształcenie wyższe (1 proc. ). Równie niskim, jednoprocentowym poziomem ubóstwa skrajnego charakteryzują się też gospodarstwa 1-osobowe oraz małżeństwa bez dzieci lub z 1 dzieckiem na utrzymaniu.
Oprócz wskaźników zasięgu ubóstwa ekonomicznego, GUS oblicza także wskaźniki zasięgu niedostatku. Granica sfery niedostatku oparta jest na minimum socjalnym obliczanym przez IPiSS. W koszyku minimum socjalnego uwzględnia się dobra i usługi służące nie tylko zaspokojeniu potrzeb egzystencyjnych, ale także towary i usługi niezbędne do wykonywania pracy, kształcenia, utrzymywania więzi rodzinnych i kontaktów towarzyskich oraz skromnego uczestnictwa w kulturze i rekreacji.
Zakłada się, że wydatki konsumpcyjne na poziomie minimum socjalnego pozwalają na prowadzenie tzw. „godnego życia”. Poziom granicy sfery niedostatku (około dwa razy wyższy od granicy ubóstwa skrajnego) oznacza, że nie należy utożsamiać jej z ubóstwem ekonomicznym. Jest to odrębna kategoria społeczno-ekonomiczna.
W roku 2019 zasięg sfery niedostatku wyniósł 39,4 proc. Był on o prawie 2 pkt .proc. niższy niż w 2018 r. – ale to wciąż prawie 15 mln mieszkańców Polski.
Niedostatku doświadczają najczęściej te same grupy gospodarstw domowych co skrajnego ubóstwa. W ubiegłym roku 2019 r. najwyższe odsetki osób żyjących w sferze niedostatku odnotowano wśród gospodarstwach domowych utrzymujących się z niezarobkowych źródeł innych niż emerytury i renty, rolników, gospodarstwach domowych z osobami o wykształceniu co najwyżej gimnazjalnym (średnio 60 – 62 proc.). W niedostatku żyje ponad 55 proc. gospodarstw domowych z co najmniej trójką dzieci do lat 18. Wyższy jest zasięg sfery niedostatku na wsi (52 proc.) niż w miastach (w zależności od wielkości miast – od 18 proc. do 40 proc.).
I chyba tak właśnie wygląda rzeczywisty podział wśród Polaków, który dał się wyraźnie zauważyć nie tylko w niedzielnych wyborach.

Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

Czy wskaźniki będą prawdziwsze?

Główny Urząd Statystyczny poprawia metody zbierania informacji o cenach artykułów konsumpcyjnych.

Trudno może uważać to za sukces, do którego doszło wyłącznie na skutek działań lewicowej prasy, ale nie ulega wątpliwości, że to właśnie „Trybuna” oraz „Przegląd”, jako chyba jedyne pisma w Polsce, za sprawą wyżej podpisanego opublikowały parokrotnie artykuły, poddające w wątpliwość wiarygodność obliczania cen przez Główny Urząd Statystyczny.
Wskaźniki cen prezentowane przez GUS wydawały się bowiem zaniżone w porównaniu z tym, co pokazywały doświadczenia Polaków i stan ich portfeli. Podstawowy powód zgłaszanych obiekcji, to zbyt mała próba i nie do końca właściwy wybór placówek, w których GUS badał ceny.
Aby lepiej pokazywać rzeczywistość
I oto, kilka miesięcy po wspomnianych publikacjach, nastąpił efekt: GUS oficjalnie poinformował, że zmienił (zaktualizował) założenia służące do obliczeń wskaźników cen artykułów konsumpcyjnych w 2020 r. Zmienił je w ten sposób, by zwiększyć ich reprezentatywność, czyli stopień odzwierciedlenia faktycznych zmian cen. Jak słusznie tłumaczy GUS, jednym z kluczowych kryteriów jakości badania cen konsumpcyjnych jest zachowanie reprezentatywności próby, czyli dostosowanie badania do zmieniających się uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych. Konieczne jest stałe uwzględnianie wielu czynników, które warunkują kształt próby stosowanej w badaniu”.
No właśnie. A problemem, poruszonym w „Trybunie” i „Przeglądzie” było to, iż zbyt mało jest tych czynników, uwzględnianych przez GUS w badaniu cen. Dziś GUS podkreśla, że określając wskaźniki wzrostu cen trzeba brać pod uwagę m. in. zmiany zachowań konsumentów, struktury sprzedaży detalicznej, dostępności nowych źródeł danych, zalecenia Eurostatu (urzędu statystycznego Unii Europejskiej) – a także nowelizowanie wymogów prawnych oraz „proces redukcji obciążeń ankieterów”.
Przekładając te ostatnie słowa z języka GUS-owskiego na ludzki, oznacza to, iż nadmiernie obciążeni ankieterzy, badający zbyt wiele placówek handlowych w ciągu dnia, mają skłonność do pobieżnego wykonywania swej pracy i niezbyt rzetelnego sprawdzania cen. GUS wskazuje też, że działaniem, które ma zapewnić odpowiednią reprezentatywność zmiennych podlegających badaniu, jest coroczna weryfikacja próby.
Badania na szerszej próbie
Sieć ankieterów, podobnie jak w 2019 r., gromadzi ceny i informacje o wybranych towarach i usługach w 207 rejonach badania, obejmujących teren całego kraju. W sposobie obliczania cen przez GUS wprowadzono jednak szereg zmian. Przede wszystkim, następuje aktualizacja listy badanych punktów handlowych, co jak podaje GUS, powinno lepiej niż dotychczas odzwierciedlać ofertę rynkową artykułów konsumpcyjnych. Chodzi zwłaszcza o odzież, alkohole, sprzęt RTV i AGD. Można oczekiwać, że z listy ostatecznie wypadną punkty o marginalnym znaczeniu, coraz rzadziej odwiedzane przez klientów. Zwiększono także zakres obserwowanych taryf cen gazu ziemnego i gazu miejskiego.
Nieco zmienia się sposób zbierania danych o cenach nowych samochodów osobowych. Uzupełnieniem informacji gromadzonych przez sieć ankieterów stają się dane pozyskiwane ze stron internetowych.
Bardzo ważne jest to, że wreszcie następuje zwiększenie badanej bazy sprzedaży wielu produktów. Oznacza to, że wskaźniki wzrostu cen będą ustalane na podstawie danych zbieranych w liczniejszej niż dotychczas grupie punktów sprzedaży. GUS podaje, że zwiększenie próby badawczej obejmuje między innymi ceny dań gotowych, artykułów użytku domowego, usług związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego, jednośladów silnikowych, opłat za przejazdy, telefonów komórkowych, usług fryzjerskich.
GUS nie ujawnia natomiast, o ile konkretnie większa stała się liczba badanych placówek handlowych. Oczywiste jest jednak, że nie można mówić o wiarygodnym odzwierciedlaniu skali wzrostu cen, jeśli ankieterzy zatrudnieni przez wojewódzkie urzędy statystyczne, tak jak dotychczas zbierają co miesiąc dane tylko z niespełna 35 tys. miejsc w całym kraju (sklepy duże i małe, bary i restauracje, placówki usługowe, bazary itp.), podczas gdy w Polsce jest prawie 360 tys. sklepów, nie mówiąc o innych miejscach sprzedaży towarów i usług (jak np. internet). Ceny są więc badane tylko w bardzo niewielkiej części punktów handlowych na terenie kraju.
Pytanie natomiast, czy na większą dokładność wskaźników wpłynie to, że ankieterzy nie będą już zbierać danych o zmianach cen paliw prywatnych środków transportu na wybranych stacjach benzynowych, tak jak dotychczas?. Teraz do obliczania cen tych paliw mają służyć wyłącznie dane pochodzące od zarządców i dysponentów stacji. A przecież, wydaje się, że najdokładniejszych informacji o ruchu cen dostarczają liczby na ekranach świetlnych, stojących przy prawie każdej stacji. No, chyba, że pokazywane tam cyfry mają się nijak do cen pokazywanych na dystrybutorach…
Także i w przypadku wskaźników cen usług ubezpieczeniowych oraz cen mieszkań i domów mieszkalnych, dane pozyskiwane przez ankieterów mają być uzupełniane danymi pochodzącymi od firm sprzedających ubezpieczenia, domy i mieszkania.
Wiarygodność musi kosztować
Każde rozszerzenie próby badawczej jest oczywiście poważnym i kosztownym wyzwaniem logistycznym. Z drugiej jednak strony, należy dążyć do tego, by wskaźniki podawane przez GUS można było uznawać za w miarę wiarygodne źródło wiedzy o ruchu cen – choć oczywiście stuprocentowej pewności nie uzyska się nigdy. Tak jak i wiary polskiego społeczeństwa w to, że dane podawane przez GUS są zawsze zgodne z rzeczywistością.
Szefowie GUS nie od dziś zauważają niezbyt wielkie zaufanie Polaków do wyliczeń cen podawanych przez urząd. Stwierdzają więc: „Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin”.
Inną przyczyną rozmijania się wskaźników z rzeczywistością mogą być niezbyt dogłębne badania budżetów gospodarstw domowych – tym bardziej, że tam wynik zależy tylko od tego, co zechcą powiedzieć osoby prowadzące te gospodarstwa. „Jakość zebranych danych od gospodarstw domowych w tym badaniu ma istotny wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych” – zauważa więc słusznie GUS. Główny Urząd Statystyczny informuje także, że: „Prowadzone są intensywne prace o charakterze badawczo-rozwojowym, np. dotyczące analizy możliwości zastosowania nowej metodyki dla alternatywnych formuł indeksów cen, które w połączeniu z toczącą się aktualizacją wytycznych międzynarodowych, mogą przełożyć się na zmiany w sposobie prowadzenia badań cen w GUS”.
Wprawdzie dość trudno to zrozumieć, ale można odnieść wrażenie, iż GUS deklaruje, że chce badać ceny rzetelniej niż dotychczas. Z czego należy się tylko cieszyć.

Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.

Bezrobocie jest problemem

W Polsce bezrobocie rzadko jest ostatnio przedmiotem debat, a politycy mówią o nim  wyłącznie w kontekście danych dotyczących całego kraju. Z tej perspektywy
stopa bezrobocia wydaje się stosunkowo niska.

Zgodnie z danymi niedawno opublikowanymi przez Główny Urząd Statystyczny stopa bezrobocia rejestrowanego w październiku 2019 r. wyniosła 5 proc. i w porównaniu do października 2018 r. spadła o 0,7 pkt. proc., a w porównaniu do września 2019 r. o 0,1 pkt proc. Rząd chwali się, że bezrobocie w Polsce jest znikome, ale 5 proc. to ponad 840 tys. osób – trudno uznać, że nie jest to problem społeczny.

Kluczowe jest olbrzymie zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy pod kątem regionalnym. Radykalne różnice widać już przy porównaniu sytuacji w poszczególnych województwach. W październiku bieżącego roku najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 2,8 proc., śląskie – 3,6 proc. i małopolskie – 4 proc. Tymczasem bezrobocie w województwie warmińsko-mazurskim wynosiło aż 8,6 proc., czyli ponad trzy razy tyle, co w wielkopolskim! Również w świętokrzyskim i podkarpackim brak pracy pozostaje istotnym problemem – tam stopa bezrobocia wynosi po 7,6 proc.

Jeszcze większe różnice regionalne występują przy podziale na podregiony kraju. W październiku najniższe bezrobocie było w Poznaniu – 1,1 proc., w Warszawie – 1,3 proc. i Wrocławiu – 1,6 proc., a najwyższe w podregionie radomskim – 12,5 proc., włocławskim – 12,1 proc. i szczecinecko-pyrzyckim – 11,5 proc. Bezrobocie w Poznaniu jest więc ponad 10 razy niższe niż w podregionie radomskim. To przepaść cywilizacyjna! Jeszcze większe różnice są widoczne przy podziale na powiaty.

We wrześniu najwyższa stopa bezrobocia była w powiecie szydłowieckim, gdzie wynosiła aż 22,2 proc., a najniższa w Poznaniu, gdzie wynosiła 1,1 proc. Różnica więc była dwudziestokrotna!Ale to niejedyne niepokojące dane, które pojawiły się w ostatnich dniach w oficjalnych danych GUS. W październiku bieżącego roku do urzędów pracy zgłoszono 111,3 tys. ofert zatrudnienia, czyli aż 15,1 proc. mniej niż przed rokiem. Ponadto w porównaniu z sytuacją z ubiegłego roku firmy zadeklarowały więcej zwolnień grupowych – 146 zakładów zadeklarowało zwolnienie 19 tys. pracowników, natomiast rok wcześniej deklaracje zwolnień dotyczyły 142 zakładów i 15,9 tys. pracowników.

GUS wskazuje też, że wśród osób bez pracy aż 50,6 proc. stanowią osoby długotrwale bezrobotne, którym bardzo trudno jest wrócić na rynek pracy – pod tym względem sytuacja w Polsce należy do najgorszych w Unii Europejskiej. Ponadto osoby pozbawione pracy w większości przypadków są pozbawione wsparcia państwa. W październiku bez prawa do zasiłku było aż 84,2 proc. bezrobotnych, blisko 700 tys. osób!

Bezrobocie więc wcale nie zniknęło. Politycy powinni pamiętać, że zgodnie z 65 artykułem Konstytucji RP „Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych”.

Kraj niskich zarobków

Z obliczeń GUS wynika, że kompletnie nieprawdziwe były szacunki, mówiące, że z powodu zniesienia limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS, ucierpiałoby finansowo aż 370 tys. Polaków.

Połowa zatrudnionych Polaków zarabia niespełna 3200 zł miesięcznie na rękę – wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Raz na dwa lata GUS publikuje szczegółowe dane o wynagrodzeniach w Polsce. Opublikowany niedawno raport opisuje stan na październik 2018 r., a więc nie uwzględnia ostatniego roku, w trakcie którego obserwowaliśmy dalszy, kilkuprocentowy wzrost wynagrodzeń. Z wynikami raportu warto się zapoznać, ponieważ jest to jedyne tak szerokie i oficjalne dane opisujące sytuację polskich pracowników.
Połowa zatrudnionych pracowników otrzymywała do 4094,98 zł brutto (jest to mediana płac; czyli siłą rzeczy druga połowa zarabia więcej).
Oznacza to, że ta grupa rodaków, których płace mieściły się w dolnej połowie, w ubiegłym roku zarabiała średnio na rękę 2919,54 zł netto – wynika z obliczeń Bankier.pl. Trudno uznać to za kokosy, więc tzw. presja płacowa ze strony tak nisko zarabiających pracowników jest w pełni uzasadniona.
Warto zauważyć, że jest to jednak wynik o 584 zł brutto – czyli o 407,5 zł netto – wyższy od mediany płac obliczonej w październiku 2016 r. Dobrze to pokazuje, za jak nędzne pieniądze Polacy musieli wiązać koniec z końcem w ostatnich latach.
Przy założeniu, że przez ostatni rok środkowa płaca rosła w podobnym tempie co średnie wynagrodzenie, można z dużym prawdopodobieństwem obliczyć, że w październiku 2019 r. średnia płaca tej niżej zarabiającej połowy pracowników wyniosła 4337,85 zł brutto – czyli 3146,25 zł netto, do ręki. Takie są realne płace dużej części mieszkańców naszego kraju.
W raporcie GUS znajdziemy też informacje o najlepiej i najgorzej zarabiających. Okazuje się, że powyżej 40 000 zł miesięcznie brutto zarabiało w Polsce ok. 10 tys. osób pracujących w firmach zatrudniających ponad 9 osób. Wynagrodzenie w wysokości powyżej 10 000 zł otrzymywało zaś ponad pół miliona Polaków.
Te obliczenia dobrze pokazują, jak kłamliwe były szacunki, wskazujące, jakoby aż 370 tys dobrze zarabiających Polaków miało stracić na zniesieniu limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS.

 

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.

Wypadki chodzą po pracownikach

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat liczby ofiar wypadków przy pracy w 2018 roku.
Wynika z nich, że w tym czasie łączna liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 84304 osób i była o 4,6% niższa niż rok wcześniej. W tym czasie wypadkom ciężkim uległo 517 osób, czyli o 21,8% mniej niż przed rokiem.
W ubiegłym roku 209 osoby uległy wypadkom śmiertelnym, czyli o 22,3% mniej niż rok wcześniej. Najwięcej wypadków śmiertelnych było w budownictwie – 48, przetwórstwie przemysłowym – 45 oraz transporcie i gospodarce magazynowej – 33.
W ubiegłym roku wskaźnik wypadkowości w Polsce wyniósł 6,37 i był nieco niższy niż w 2017 r., gdy wyniósł 6,84. Najwyższe wskaźniki wypadkowości (liczba osób poszkodowanych na 1000 pracujących) odnotowano w sekcjach: Górnictwo i wydobywanie – 14,73, Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja – 14,25, natomiast najniższe w sekcjach Informacja i komunikacja – 1,32 oraz Pozostała działalność usługowa – 1,75. Najwyższe wskaźniki wypadkowości odnotowano w województwach: dolnośląskim i wielkopolskim – po 7,88, warmińsko-mazurskim – 7,59 i lubuskim – 7,41, a najniższe w województwie mazowieckim – 4,37, małopolskim – 4,77 i podkarpackim – 5,78.
W konsekwencji wypadków przy pracy pracownicy opuścili 2,996 mln dni, czyli o 114 tys. mniej niż rok wcześniej. Na jednego poszkodowanego przypadło 35,6 dni, czyli 0,3 dnia więcej niż rok wcześniej.