Wypadki chodzą po pracownikach

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat liczby ofiar wypadków przy pracy w 2018 roku.
Wynika z nich, że w tym czasie łączna liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 84304 osób i była o 4,6% niższa niż rok wcześniej. W tym czasie wypadkom ciężkim uległo 517 osób, czyli o 21,8% mniej niż przed rokiem.
W ubiegłym roku 209 osoby uległy wypadkom śmiertelnym, czyli o 22,3% mniej niż rok wcześniej. Najwięcej wypadków śmiertelnych było w budownictwie – 48, przetwórstwie przemysłowym – 45 oraz transporcie i gospodarce magazynowej – 33.
W ubiegłym roku wskaźnik wypadkowości w Polsce wyniósł 6,37 i był nieco niższy niż w 2017 r., gdy wyniósł 6,84. Najwyższe wskaźniki wypadkowości (liczba osób poszkodowanych na 1000 pracujących) odnotowano w sekcjach: Górnictwo i wydobywanie – 14,73, Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja – 14,25, natomiast najniższe w sekcjach Informacja i komunikacja – 1,32 oraz Pozostała działalność usługowa – 1,75. Najwyższe wskaźniki wypadkowości odnotowano w województwach: dolnośląskim i wielkopolskim – po 7,88, warmińsko-mazurskim – 7,59 i lubuskim – 7,41, a najniższe w województwie mazowieckim – 4,37, małopolskim – 4,77 i podkarpackim – 5,78.
W konsekwencji wypadków przy pracy pracownicy opuścili 2,996 mln dni, czyli o 114 tys. mniej niż rok wcześniej. Na jednego poszkodowanego przypadło 35,6 dni, czyli 0,3 dnia więcej niż rok wcześniej.

Znikający partner handlowy

Nasza wymiana handlowa z Wenezuelą zmniejszyła się praktycznie do zera.

To, jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, dobrze pokazują informacje o polskiej wymianie towarowej z tym krajem. Jak podaje GUS, jeszcze w grudniu 2012 r. Polska wyeksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł – tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł.
Produkt krajowy brutto Wenezueli obniżył się aż o ok. 45 proc. Hiperinflacja jest katastrofą dla tamtejszej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej zwiększają skalę problemów.
Panujący w Wenezueli kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one mówią o tym, że w tym południowoamerykańskim kraju brakuje leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecnie życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy niemal wszystko oprócz ropy naftowej.
W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld dol. czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld dol, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.
Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018, ale jjak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

Mniej o 99,5 proc.

Sześć lat temu wenezuelski import z Polski był 200 razy większy. Jak podaje GUS, w 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą ważn kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.
W 2014 r. nasz eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie ich wartość spadła o ponad 70 proc.

Kulminacja upadku

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane GUS za rok 2018, a zwłaszcza za grudzień. W ubiegłym roku wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r.
W porównaniu do 2012 r., kiedy roczny import z Polski wyniósł łącznie 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.
Cały 2018 r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski – ocenia Cinkciarz.pl. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku – czyli w grudniu 2018 r. eksport do Wenezueli o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w grudniu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był zatem 200 razy większy niż obecnie.
Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym problemem była korupcja władz. Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, około 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w związku z: „korupcją, oszustwami oraz łapówkami”.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Czy te ceny mogą kłamać

Z niezrozumiałych powodów od pewnego czasu mamy ponoć w Polsce niespotykanie tanie ciuchy.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przez ostatnie 13 lat detaliczne ceny odzieży i obuwia spadły w Polsce o połowę. Jednak biorąc pod uwagę trendy w innych krajach czy rosnące koszty importu, tak silne obniżki byłyby praktycznie niemożliwe.
Niewielki spadek cen odzieży czy obuwia w Unii Europejskiej od 2005 r. może być efektem mniejszych obostrzeń celnych, rosnącej konkurencji i przenoszenia produkcji tam, gdzie jej koszty są najmniejsze. W większych krajach może także wynikać z efektu skali, gdzie jednostkowe koszty pracy, transportu czy wynajmu powierzchni handlowej mogą być niższe ze względu na dużą ilość sprzedanego towaru.

 

Spadki, których nie było

W rezultacie, patrząc na dane Eurostatu, nie jest poważnym zaskoczeniem, że średnie ceny obuwia i odzieży od 2005 r. spadły w Unii o ok. 7 proc. Zaskakiwać może natomiast fakt, że wśród unijnych krajów największą obniżką w tej kategorii wyróżnia się Polska. Jeszcze większe zaskoczenie wywołuje skala zjawiska. Nad Wisłą ceny odzieży i obuwia wyrażone w złotych zmniejszyły się o 49,1 proc. w ciągu 13 lat.
Wiele wskazuje jednak na to, że faktyczne spadki cen dla konsumentów były wielokrotnie mniejsze niż podaje Eurostat na podstawie badań GUS – ocenia Cinkciarz.pl. Możliwe nawet, że w ogóle ich nie było.
Ponieważ gospodarka polska ma znacznie krótszą historię wolnego rynku niż większość państw rozwiniętych, problemy pojawiające się u nas wystąpiły już zwykle w innych krajach. Nie inaczej jest w kontekście cen.
W 2010 r. brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) zmieniło metodologię zbierania danych statystycznych z kategorii: odzież i obuwie. Była to reakcja na fakt, że w latach 1997-2009 średnie ceny tych produktów spadły o 50 proc. (czyli dokładnie tyle, ile w Polsce) – chociaż ceny importu odzieży i obuwia utrzymywały się na mniej więcej stałym poziomie przez badane 12 lat, a inflacja w strefie euro, bliskiej geograficznie i rozwojowo Wielkiej Brytanii, w tej kategorii produktów nawet była powyżej zera.
Całe zagadnienie dość trafnie przedstawia raport o inflacji z 2011 r. , przygotowany przez Bank Anglii (BoE). Odzież i obuwie to silnie sezonowe produkty, co powoduje, że detaliści stosunkowo szybko chcą się ich pozbyć i obniżają mocno ceny, w porównaniu do debiutu kolekcji. To powoduje, że po upływie zaledwie kilku miesięcy para butów czy też sukienka mogą kosztować o kilkadziesiąt procent mniej, niż na początku sezonu. Spadki cen oczywiście powodują niższą lub nawet ujemną inflację w tym samym segmencie towarów.
Efekt wyprzedaży powinien jednak po roku ustąpić, gdyby sukienka z przyszłorocznej kolekcji była traktowana jako analogiczna do tej z wyprzedaży. Jeżeli jednak jest ona uznana jako całkowicie nowy produkt ze względu na inny krój, długość, materiał itp., wtedy okres wzrostu ceny nie występuje, a jedynie powtarza się sekwencja sezonowego spadku.

 

Z błędnymi założeniami

W Wielkiej Brytanii ONS skorygował nieprawidłowe zbieranie danych. Przykładowa sukienka, nawet jeśli się różni od zeszłorocznej, jest traktowana jako analogiczny, a nie całkowicie nowy produkt. Spowodowało to natychmiastowe zatrzymanie nienaturalnego trendu spadkowego cen butów i ubrań na Wyspach, a od 2010 roku obserwuje się ich niewielkie wzrosty.
Nad Wisła natomiast wiele sugeruje, że GUS trzyma się nieprawidłowych założeń. Przede wszystkim wskazuje na to utrzymujący od kilkunastu lat stały spadek detalicznych cen odzieży i obuwia o ok. 5 proc. każdego roku, który jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę czy kurs walutowy. Po drugie, podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii ceny importu samej odzieży wcale nie spadają. Przez ostatnie 10 lat wzrosły one u nas o ponad 30 proc. (dane z roczników statystycznych handlu zagranicznego i bazy wiedzy GUS).
Innym zastanawiającym elementem jest też informacja, że Polacy wydają dziś na odzież i obuwie taki sam odsetek swojego domowego budżetu co kilkanaście lat temu – około 5 proc.
Biorąc pod uwagę, że dochody Polaków wzrosły od 2005 r. ponad dwukrotnie, gdyby nastąpiłby raportowany przez GUS tak silny spadek cen z tej kategorii, to udział odzieży i obuwia w koszyku wydatkowym statystycznego Polaka powinien się zmniejszyć (większy udział pojawiłby się prawdopodobnie w “hotelach i restauracjach”, “zdrowiu” czy “rekreacji i kulturze”) – zauważa Cinkciarz.pl. To jednak nie nastąpiło, co utwierdza w przekonaniu, że ceny odzieży i obuwia faktycznie nie spadły.
Kolejnym argumentem jest fakt, że wszystkie z kilkunastu produktów i usług dostępnych w publicznej bazie GUS, które nie mają charakteru sezonowego, wyraźnie zdrożały . Np. koszula męska z elanobawełny w 2005 r. kosztowała 79,26 zł, a teraz już 103 zł. Podobnie jest z płaszczem damskim z tkaniny z udziałem wełny, który podrożał z 600,49 zł w 2005 r. do 682 zł w 2017 r. Z kolei w przypadku spodni dżinsowych dla dziecka w wieku 6-11 lat, cena w analogicznym okresie wzrosła z 60 do 67,18 zł.
Ponadto, od 2005 r. w przedziale 40-50 proc. zdrożało pranie chemiczne, a także męskie, damskie i dziecięce półbuty skórzane, damskie kozaki oraz podzelowanie męskiego obuwia.

 

Brak miejsca na wątpliwości

Inflacja to bardzo ważny wskaźnik w gospodarce. Służy między innymi do waloryzacji rent i emerytur. Zagraniczny kapitał jest niezwykle wrażliwy na jakiekolwiek wątpliwości dotyczące inflacji, gdyż szybszy od raportowanego wzrost cen może zmieniać opłacalność danej inwestycji.
Niedoszacowanie ogólnego poziomu inflacji w Polsce, wynikające z odnotowywanego przez GUS corocznego spadku cen odzieży i obuwia o 5 proc. może wynosić ok. 0,25 pkt proc. każdego roku. Niby niewiele, ale oznacza to, że chodzi o mniej więcej 12 proc. całkowitego wzrostu cen raportowanego przez GUS w ciągu 13 lat. Dodatkowo, kategoria odzież i obuwie wchodzi do ważnej dla polityki monetarnej inflacji bazowej.
Rozwiązanie wątpliwości dotyczących cen tych produktów pozwoli utrzymać nieposzlakowaną opinię GUS w kolejnych latach i zmniejszy ryzyko głębszej wpadki prognostycznej.

Dobra zmiana zabija Polaków

Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób. To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób. Tradycyjnie, najwięcej wypadków śmiertelnych wydarzyło się w budownictwie. PIP twierdzi, że za większość wypadków przy pracy winę ponoszą pracodawcy.

Obecna ekipa ani nie umie zadbać o dobro pracowników, ani jej na tym nie zależy. Tragiczna statystyka wypadków jest tylko częścią ogólnopolskiego trendu, polegającego na tym, że coraz większej ludzi traci życie pod rządami PiS. W 2017 zmarło nas 403 tys., podczas gdy w 2016 r. odnotowano tylko 388 tys. zgonów. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano 402 tys. urodzeń żywych.
Powody wymierania Polaków są oczywiste: coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia i coraz gorszy dostęp do świadczeń medycznych. Najwyższa Izba Kontroli tak ocenia działalność Narodowego Funduszu Zdrowia: „Pomimo zwiększenia w 2016 r. wartości umów zawartych ze świadczeniodawcami o 3,2 mld zł, dostęp pacjentów do świadczeń nie poprawił się”. Wyników działania NFZ w 2017 jeszcze nie ma, ale obraz jest ponury: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”
Ograniczony jest dostęp do nowoczesnych urządzeń, technologii, w tym nowoczesnych leków, wykorzystywanych w onkologii. Eksperci zwracają uwagę, że spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci w Polsce mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z najbardziej aktualną, światową wiedzą medyczną. Ponad połowa (53 proc. z 94 substancji) nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie (od 2004 r.) nie jest dostępna w Polsce. Z kolei do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub dostęp ten jest znacznie ograniczony. Skuteczność leczenia onkologicznego w Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów Unii Europejskiej. A według najnowszych prognoz istnieje ryzyko, że stan ten będzie się pogarszał” – stwierdza NIK w tegorocznym raporcie „Dostępność i efekty leczenia nowotworów”.
Trudno skomentować te tragiczne dane – i to, jak niszczący wpływ na życie Polaków wywierają rządy PiS. Jedyne co można powiedzieć, to zacytować „Obławę” Jacka Kaczmarskiego: Brońcie się, nim wszyscy wyginiecie!

Bezrobocie? Nie jest źle

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w kwietniu 2018 r.

 

Wynika z nich, że pod koniec kwietnia stopa bezrobocia wyniosła 6,3 proc. i w porównaniu do kwietnia 2017 r. spadła o 1,3 pkt. proc., a w porównaniu do marca 2018 r. spadła o 0,3 pkt proc.
W urzędach pracy na koniec kwietnia zarejestrowanych było 1042,5 tys. bezrobotnych, czyli o 210,2 tys. mniej niż rok wcześniej i o 49,6 tys. mniej osób niż miesiąc wcześniej.
W kwietniu bez prawa do zasiłku było 85,2 proc. bezrobotnych, czyli o 1,3 pkt proc. mniej niż rok wcześniej.
Główny Urząd Statystyczny przedstawił też dane dotyczące liczby bezrobotnych oraz stopy bezrobocia według województw, podregionów i powiatów.
Najwyższą stopę bezrobocia odnotowano w województwach: warmińsko-mazurskim – 11,1 proc., kujawsko-pomorskim – 9,4 proc., podkarpackim – 9,3 proc.. Najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 3,6proc., śląskie – 4,9 proc., małopolskie – 5,1 proc..
GUS podał też dane dotyczące stopy bezrobocia w poszczególnych podregionach i powiatach. Wynika z nich, że najwyższe bezrobocie jest w powiecie szydłowieckim (woj. mazowieckie) – 24,7 proc., braniewskim (woj. warmińsko-mazurskie) – 21,0 proc., łobeskim (woj. zachodniopomorskie) – 20,6 proc., bartoszyckim (woj. warmińsko-mazurskie) – 19,2 proc., a najniższe w Poznaniu (woj. wielkopolskie) – 1,4 proc., w powiecie wolsztyńskim (woj. wielkopolskie) – 1,6 proc., poznańskim (woj. wielkopolskie) – 1,7 proc. oraz w powiecie kępińskim (woj. wielkopolskie) – 1,8 proc..