Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.

Bezrobocie jest problemem

W Polsce bezrobocie rzadko jest ostatnio przedmiotem debat, a politycy mówią o nim  wyłącznie w kontekście danych dotyczących całego kraju. Z tej perspektywy
stopa bezrobocia wydaje się stosunkowo niska.

Zgodnie z danymi niedawno opublikowanymi przez Główny Urząd Statystyczny stopa bezrobocia rejestrowanego w październiku 2019 r. wyniosła 5 proc. i w porównaniu do października 2018 r. spadła o 0,7 pkt. proc., a w porównaniu do września 2019 r. o 0,1 pkt proc. Rząd chwali się, że bezrobocie w Polsce jest znikome, ale 5 proc. to ponad 840 tys. osób – trudno uznać, że nie jest to problem społeczny.

Kluczowe jest olbrzymie zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy pod kątem regionalnym. Radykalne różnice widać już przy porównaniu sytuacji w poszczególnych województwach. W październiku bieżącego roku najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 2,8 proc., śląskie – 3,6 proc. i małopolskie – 4 proc. Tymczasem bezrobocie w województwie warmińsko-mazurskim wynosiło aż 8,6 proc., czyli ponad trzy razy tyle, co w wielkopolskim! Również w świętokrzyskim i podkarpackim brak pracy pozostaje istotnym problemem – tam stopa bezrobocia wynosi po 7,6 proc.

Jeszcze większe różnice regionalne występują przy podziale na podregiony kraju. W październiku najniższe bezrobocie było w Poznaniu – 1,1 proc., w Warszawie – 1,3 proc. i Wrocławiu – 1,6 proc., a najwyższe w podregionie radomskim – 12,5 proc., włocławskim – 12,1 proc. i szczecinecko-pyrzyckim – 11,5 proc. Bezrobocie w Poznaniu jest więc ponad 10 razy niższe niż w podregionie radomskim. To przepaść cywilizacyjna! Jeszcze większe różnice są widoczne przy podziale na powiaty.

We wrześniu najwyższa stopa bezrobocia była w powiecie szydłowieckim, gdzie wynosiła aż 22,2 proc., a najniższa w Poznaniu, gdzie wynosiła 1,1 proc. Różnica więc była dwudziestokrotna!Ale to niejedyne niepokojące dane, które pojawiły się w ostatnich dniach w oficjalnych danych GUS. W październiku bieżącego roku do urzędów pracy zgłoszono 111,3 tys. ofert zatrudnienia, czyli aż 15,1 proc. mniej niż przed rokiem. Ponadto w porównaniu z sytuacją z ubiegłego roku firmy zadeklarowały więcej zwolnień grupowych – 146 zakładów zadeklarowało zwolnienie 19 tys. pracowników, natomiast rok wcześniej deklaracje zwolnień dotyczyły 142 zakładów i 15,9 tys. pracowników.

GUS wskazuje też, że wśród osób bez pracy aż 50,6 proc. stanowią osoby długotrwale bezrobotne, którym bardzo trudno jest wrócić na rynek pracy – pod tym względem sytuacja w Polsce należy do najgorszych w Unii Europejskiej. Ponadto osoby pozbawione pracy w większości przypadków są pozbawione wsparcia państwa. W październiku bez prawa do zasiłku było aż 84,2 proc. bezrobotnych, blisko 700 tys. osób!

Bezrobocie więc wcale nie zniknęło. Politycy powinni pamiętać, że zgodnie z 65 artykułem Konstytucji RP „Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych”.

Kraj niskich zarobków

Z obliczeń GUS wynika, że kompletnie nieprawdziwe były szacunki, mówiące, że z powodu zniesienia limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS, ucierpiałoby finansowo aż 370 tys. Polaków.

Połowa zatrudnionych Polaków zarabia niespełna 3200 zł miesięcznie na rękę – wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Raz na dwa lata GUS publikuje szczegółowe dane o wynagrodzeniach w Polsce. Opublikowany niedawno raport opisuje stan na październik 2018 r., a więc nie uwzględnia ostatniego roku, w trakcie którego obserwowaliśmy dalszy, kilkuprocentowy wzrost wynagrodzeń. Z wynikami raportu warto się zapoznać, ponieważ jest to jedyne tak szerokie i oficjalne dane opisujące sytuację polskich pracowników.
Połowa zatrudnionych pracowników otrzymywała do 4094,98 zł brutto (jest to mediana płac; czyli siłą rzeczy druga połowa zarabia więcej).
Oznacza to, że ta grupa rodaków, których płace mieściły się w dolnej połowie, w ubiegłym roku zarabiała średnio na rękę 2919,54 zł netto – wynika z obliczeń Bankier.pl. Trudno uznać to za kokosy, więc tzw. presja płacowa ze strony tak nisko zarabiających pracowników jest w pełni uzasadniona.
Warto zauważyć, że jest to jednak wynik o 584 zł brutto – czyli o 407,5 zł netto – wyższy od mediany płac obliczonej w październiku 2016 r. Dobrze to pokazuje, za jak nędzne pieniądze Polacy musieli wiązać koniec z końcem w ostatnich latach.
Przy założeniu, że przez ostatni rok środkowa płaca rosła w podobnym tempie co średnie wynagrodzenie, można z dużym prawdopodobieństwem obliczyć, że w październiku 2019 r. średnia płaca tej niżej zarabiającej połowy pracowników wyniosła 4337,85 zł brutto – czyli 3146,25 zł netto, do ręki. Takie są realne płace dużej części mieszkańców naszego kraju.
W raporcie GUS znajdziemy też informacje o najlepiej i najgorzej zarabiających. Okazuje się, że powyżej 40 000 zł miesięcznie brutto zarabiało w Polsce ok. 10 tys. osób pracujących w firmach zatrudniających ponad 9 osób. Wynagrodzenie w wysokości powyżej 10 000 zł otrzymywało zaś ponad pół miliona Polaków.
Te obliczenia dobrze pokazują, jak kłamliwe były szacunki, wskazujące, jakoby aż 370 tys dobrze zarabiających Polaków miało stracić na zniesieniu limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS.

 

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.

Wypadki chodzą po pracownikach

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat liczby ofiar wypadków przy pracy w 2018 roku.
Wynika z nich, że w tym czasie łączna liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 84304 osób i była o 4,6% niższa niż rok wcześniej. W tym czasie wypadkom ciężkim uległo 517 osób, czyli o 21,8% mniej niż przed rokiem.
W ubiegłym roku 209 osoby uległy wypadkom śmiertelnym, czyli o 22,3% mniej niż rok wcześniej. Najwięcej wypadków śmiertelnych było w budownictwie – 48, przetwórstwie przemysłowym – 45 oraz transporcie i gospodarce magazynowej – 33.
W ubiegłym roku wskaźnik wypadkowości w Polsce wyniósł 6,37 i był nieco niższy niż w 2017 r., gdy wyniósł 6,84. Najwyższe wskaźniki wypadkowości (liczba osób poszkodowanych na 1000 pracujących) odnotowano w sekcjach: Górnictwo i wydobywanie – 14,73, Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja – 14,25, natomiast najniższe w sekcjach Informacja i komunikacja – 1,32 oraz Pozostała działalność usługowa – 1,75. Najwyższe wskaźniki wypadkowości odnotowano w województwach: dolnośląskim i wielkopolskim – po 7,88, warmińsko-mazurskim – 7,59 i lubuskim – 7,41, a najniższe w województwie mazowieckim – 4,37, małopolskim – 4,77 i podkarpackim – 5,78.
W konsekwencji wypadków przy pracy pracownicy opuścili 2,996 mln dni, czyli o 114 tys. mniej niż rok wcześniej. Na jednego poszkodowanego przypadło 35,6 dni, czyli 0,3 dnia więcej niż rok wcześniej.

Znikający partner handlowy

Nasza wymiana handlowa z Wenezuelą zmniejszyła się praktycznie do zera.

To, jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, dobrze pokazują informacje o polskiej wymianie towarowej z tym krajem. Jak podaje GUS, jeszcze w grudniu 2012 r. Polska wyeksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł – tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł.
Produkt krajowy brutto Wenezueli obniżył się aż o ok. 45 proc. Hiperinflacja jest katastrofą dla tamtejszej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej zwiększają skalę problemów.
Panujący w Wenezueli kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one mówią o tym, że w tym południowoamerykańskim kraju brakuje leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecnie życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy niemal wszystko oprócz ropy naftowej.
W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld dol. czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld dol, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.
Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018, ale jjak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

Mniej o 99,5 proc.

Sześć lat temu wenezuelski import z Polski był 200 razy większy. Jak podaje GUS, w 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą ważn kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.
W 2014 r. nasz eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie ich wartość spadła o ponad 70 proc.

Kulminacja upadku

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane GUS za rok 2018, a zwłaszcza za grudzień. W ubiegłym roku wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r.
W porównaniu do 2012 r., kiedy roczny import z Polski wyniósł łącznie 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.
Cały 2018 r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski – ocenia Cinkciarz.pl. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku – czyli w grudniu 2018 r. eksport do Wenezueli o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w grudniu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był zatem 200 razy większy niż obecnie.
Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym problemem była korupcja władz. Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, około 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w związku z: „korupcją, oszustwami oraz łapówkami”.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Czy te ceny mogą kłamać

Z niezrozumiałych powodów od pewnego czasu mamy ponoć w Polsce niespotykanie tanie ciuchy.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przez ostatnie 13 lat detaliczne ceny odzieży i obuwia spadły w Polsce o połowę. Jednak biorąc pod uwagę trendy w innych krajach czy rosnące koszty importu, tak silne obniżki byłyby praktycznie niemożliwe.
Niewielki spadek cen odzieży czy obuwia w Unii Europejskiej od 2005 r. może być efektem mniejszych obostrzeń celnych, rosnącej konkurencji i przenoszenia produkcji tam, gdzie jej koszty są najmniejsze. W większych krajach może także wynikać z efektu skali, gdzie jednostkowe koszty pracy, transportu czy wynajmu powierzchni handlowej mogą być niższe ze względu na dużą ilość sprzedanego towaru.

 

Spadki, których nie było

W rezultacie, patrząc na dane Eurostatu, nie jest poważnym zaskoczeniem, że średnie ceny obuwia i odzieży od 2005 r. spadły w Unii o ok. 7 proc. Zaskakiwać może natomiast fakt, że wśród unijnych krajów największą obniżką w tej kategorii wyróżnia się Polska. Jeszcze większe zaskoczenie wywołuje skala zjawiska. Nad Wisłą ceny odzieży i obuwia wyrażone w złotych zmniejszyły się o 49,1 proc. w ciągu 13 lat.
Wiele wskazuje jednak na to, że faktyczne spadki cen dla konsumentów były wielokrotnie mniejsze niż podaje Eurostat na podstawie badań GUS – ocenia Cinkciarz.pl. Możliwe nawet, że w ogóle ich nie było.
Ponieważ gospodarka polska ma znacznie krótszą historię wolnego rynku niż większość państw rozwiniętych, problemy pojawiające się u nas wystąpiły już zwykle w innych krajach. Nie inaczej jest w kontekście cen.
W 2010 r. brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) zmieniło metodologię zbierania danych statystycznych z kategorii: odzież i obuwie. Była to reakcja na fakt, że w latach 1997-2009 średnie ceny tych produktów spadły o 50 proc. (czyli dokładnie tyle, ile w Polsce) – chociaż ceny importu odzieży i obuwia utrzymywały się na mniej więcej stałym poziomie przez badane 12 lat, a inflacja w strefie euro, bliskiej geograficznie i rozwojowo Wielkiej Brytanii, w tej kategorii produktów nawet była powyżej zera.
Całe zagadnienie dość trafnie przedstawia raport o inflacji z 2011 r. , przygotowany przez Bank Anglii (BoE). Odzież i obuwie to silnie sezonowe produkty, co powoduje, że detaliści stosunkowo szybko chcą się ich pozbyć i obniżają mocno ceny, w porównaniu do debiutu kolekcji. To powoduje, że po upływie zaledwie kilku miesięcy para butów czy też sukienka mogą kosztować o kilkadziesiąt procent mniej, niż na początku sezonu. Spadki cen oczywiście powodują niższą lub nawet ujemną inflację w tym samym segmencie towarów.
Efekt wyprzedaży powinien jednak po roku ustąpić, gdyby sukienka z przyszłorocznej kolekcji była traktowana jako analogiczna do tej z wyprzedaży. Jeżeli jednak jest ona uznana jako całkowicie nowy produkt ze względu na inny krój, długość, materiał itp., wtedy okres wzrostu ceny nie występuje, a jedynie powtarza się sekwencja sezonowego spadku.

 

Z błędnymi założeniami

W Wielkiej Brytanii ONS skorygował nieprawidłowe zbieranie danych. Przykładowa sukienka, nawet jeśli się różni od zeszłorocznej, jest traktowana jako analogiczny, a nie całkowicie nowy produkt. Spowodowało to natychmiastowe zatrzymanie nienaturalnego trendu spadkowego cen butów i ubrań na Wyspach, a od 2010 roku obserwuje się ich niewielkie wzrosty.
Nad Wisła natomiast wiele sugeruje, że GUS trzyma się nieprawidłowych założeń. Przede wszystkim wskazuje na to utrzymujący od kilkunastu lat stały spadek detalicznych cen odzieży i obuwia o ok. 5 proc. każdego roku, który jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę czy kurs walutowy. Po drugie, podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii ceny importu samej odzieży wcale nie spadają. Przez ostatnie 10 lat wzrosły one u nas o ponad 30 proc. (dane z roczników statystycznych handlu zagranicznego i bazy wiedzy GUS).
Innym zastanawiającym elementem jest też informacja, że Polacy wydają dziś na odzież i obuwie taki sam odsetek swojego domowego budżetu co kilkanaście lat temu – około 5 proc.
Biorąc pod uwagę, że dochody Polaków wzrosły od 2005 r. ponad dwukrotnie, gdyby nastąpiłby raportowany przez GUS tak silny spadek cen z tej kategorii, to udział odzieży i obuwia w koszyku wydatkowym statystycznego Polaka powinien się zmniejszyć (większy udział pojawiłby się prawdopodobnie w “hotelach i restauracjach”, “zdrowiu” czy “rekreacji i kulturze”) – zauważa Cinkciarz.pl. To jednak nie nastąpiło, co utwierdza w przekonaniu, że ceny odzieży i obuwia faktycznie nie spadły.
Kolejnym argumentem jest fakt, że wszystkie z kilkunastu produktów i usług dostępnych w publicznej bazie GUS, które nie mają charakteru sezonowego, wyraźnie zdrożały . Np. koszula męska z elanobawełny w 2005 r. kosztowała 79,26 zł, a teraz już 103 zł. Podobnie jest z płaszczem damskim z tkaniny z udziałem wełny, który podrożał z 600,49 zł w 2005 r. do 682 zł w 2017 r. Z kolei w przypadku spodni dżinsowych dla dziecka w wieku 6-11 lat, cena w analogicznym okresie wzrosła z 60 do 67,18 zł.
Ponadto, od 2005 r. w przedziale 40-50 proc. zdrożało pranie chemiczne, a także męskie, damskie i dziecięce półbuty skórzane, damskie kozaki oraz podzelowanie męskiego obuwia.

 

Brak miejsca na wątpliwości

Inflacja to bardzo ważny wskaźnik w gospodarce. Służy między innymi do waloryzacji rent i emerytur. Zagraniczny kapitał jest niezwykle wrażliwy na jakiekolwiek wątpliwości dotyczące inflacji, gdyż szybszy od raportowanego wzrost cen może zmieniać opłacalność danej inwestycji.
Niedoszacowanie ogólnego poziomu inflacji w Polsce, wynikające z odnotowywanego przez GUS corocznego spadku cen odzieży i obuwia o 5 proc. może wynosić ok. 0,25 pkt proc. każdego roku. Niby niewiele, ale oznacza to, że chodzi o mniej więcej 12 proc. całkowitego wzrostu cen raportowanego przez GUS w ciągu 13 lat. Dodatkowo, kategoria odzież i obuwie wchodzi do ważnej dla polityki monetarnej inflacji bazowej.
Rozwiązanie wątpliwości dotyczących cen tych produktów pozwoli utrzymać nieposzlakowaną opinię GUS w kolejnych latach i zmniejszy ryzyko głębszej wpadki prognostycznej.

Dobra zmiana zabija Polaków

Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób. To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób. Tradycyjnie, najwięcej wypadków śmiertelnych wydarzyło się w budownictwie. PIP twierdzi, że za większość wypadków przy pracy winę ponoszą pracodawcy.

Obecna ekipa ani nie umie zadbać o dobro pracowników, ani jej na tym nie zależy. Tragiczna statystyka wypadków jest tylko częścią ogólnopolskiego trendu, polegającego na tym, że coraz większej ludzi traci życie pod rządami PiS. W 2017 zmarło nas 403 tys., podczas gdy w 2016 r. odnotowano tylko 388 tys. zgonów. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano 402 tys. urodzeń żywych.
Powody wymierania Polaków są oczywiste: coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia i coraz gorszy dostęp do świadczeń medycznych. Najwyższa Izba Kontroli tak ocenia działalność Narodowego Funduszu Zdrowia: „Pomimo zwiększenia w 2016 r. wartości umów zawartych ze świadczeniodawcami o 3,2 mld zł, dostęp pacjentów do świadczeń nie poprawił się”. Wyników działania NFZ w 2017 jeszcze nie ma, ale obraz jest ponury: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”
Ograniczony jest dostęp do nowoczesnych urządzeń, technologii, w tym nowoczesnych leków, wykorzystywanych w onkologii. Eksperci zwracają uwagę, że spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci w Polsce mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z najbardziej aktualną, światową wiedzą medyczną. Ponad połowa (53 proc. z 94 substancji) nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie (od 2004 r.) nie jest dostępna w Polsce. Z kolei do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub dostęp ten jest znacznie ograniczony. Skuteczność leczenia onkologicznego w Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów Unii Europejskiej. A według najnowszych prognoz istnieje ryzyko, że stan ten będzie się pogarszał” – stwierdza NIK w tegorocznym raporcie „Dostępność i efekty leczenia nowotworów”.
Trudno skomentować te tragiczne dane – i to, jak niszczący wpływ na życie Polaków wywierają rządy PiS. Jedyne co można powiedzieć, to zacytować „Obławę” Jacka Kaczmarskiego: Brońcie się, nim wszyscy wyginiecie!