Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.

Nobel i #MeToo

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla dla Denisa Mukwage i Nadii Murad to próba zwrócenia uwagi na problem przemocy seksualnej podczas konfliktów zbrojnych. Chociaż gwałty i wojna od zarania są nierozerwalnie ze sobą związane, w niektórych krajach nadal jest to temat tabu.

 

Po ogłoszeniu wyników Norweskiego Komitetu Noblowskiego wielu dziennikarzy i polityków zastanawiało się kim jest dwójka laureatów. Jednak zdaniem ekspertów, jak rzadko kiedy w ostatnich latach ta najważniejsza nagroda na świecie powędrowała do osób, które na to w pełni zasłużyły. Denis Mukwage jest lekarzem ginekologiem i chirurgiem, od wielu lat niosącym pomoc ofiarom gwałtów w jego rodzinnej Demokratycznej Republice Konga. Z kolei dla Nadii Murad walka z przemocą seksualną ma również wymiar osobisty. Ta pochodząca z północnego Iraku jazydka, miała 19 lat, kiedy jej braci zamordowano, a ona sama została porwana przez oddziały Państwa Islamskiego. Przez wiele miesięcy była gwałcona i torturowana. Kiedy w końcu udało jej się uciec, poprzysięgła, że swoje życie poświęci na to, aby jak najmniej dziewcząt i kobiet doświadczyło podobnego piekła.

Media informujące o konfliktach zbrojnych przeważnie pomijają ten ich aspekt. Dzieje się tak z kilku powodów. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, działania militarne czy klęski naturalne są zwyczajnie bardziej medialne. Potrafią bowiem mocno i bezpośrednio oddziaływać na wyobraźnię odbiorców. Co więcej, w wielu społeczeństwach – także tych uznawanych za rozwinięte i nowoczesne – przemoc seksualna wciąż traktowana jest jako temat tabu, o którym nie powinno się głośno mówić. Poważny problem stanowi także brak konkretnych danych dotyczących liczby ofiar wykorzystywania seksualnego. Wynika to przede wszystkim ze strachu i wstydu ofiar, które nie chcą mówić o swoich traumatycznych przeżyciach, uznając, że jest to sfera zbyt intymna, aby o niej wspominać. Nie bez znaczenia jest tutaj presja społeczna – w wielu kulturach nadal piętnuje się nie sprawców przemocy, lecz jej ofiary.

Tymczasem, jak przypomina Międzynarodowy Czerwony Krzyż, „we współczesnych konfliktach zbrojnych, przemoc seksualna jest na porządku dziennym”. Tym bardziej zatrważa fakt, że świadomość społeczna jest na tak niskim poziomie. Co prawda pewien przełom nastąpił w latach 90. XX w., kiedy okropieństwa wojny domowej w byłej Jugosławii i ludobójstwa w Rwandzie zyskały medialny rozgłos, jednak od tego czasu sytuacja powróciła do smutnej normy. I to w skali globalnej.

Organizacje zajmujące się niesieniem pomocy podkreślają rosnącą skalę wojennej przemocy seksualnej. Według danych ONZ, podczas trzymiesięcznej rzezi w Rwandzie mogło zostać zgwałcone nawet 150 tys. kobiet. Ten sam los spotkał ponad 60 tys. kobiet w Sierra Leone, w czasie tamtejszej wojny domowej w latach 1991-2002. Oznacza to, że przemocy seksualnej doświadczyło ok. 2 proc. całej żeńskiej populacji tego państwa. W trwającym równolegle konflikcie w sąsiedniej Liberii zostało zgwałconych co najmniej 40 tys. kobiet. O tym, że przemoc seksualna to nie element wyłącznie wojen tzw. „Trzeciego Świata”, pokazuje los kobiet w byłej Jugosławii. Szacuje się, że w latach 1992-1995 liczba gwałtów przekroczyła 60 tys.

Na czele tej swoistej „listy hańby” znajduje się Demokratyczna Republika Konga, gdzie do tej pory ofiarami gwałtów padło ponad 200 tys. kobiet. Wśród nich znalazły się m.in. mieszkanki Minovi, miasta położonego w południowej części kraju, gdzie w listopadzie 2012 r. przez trzy dni kongijscy żołnierze dokonywali masowych gwałtów i mordów. „Zebrało się nas 25 i zdecydowaliśmy, że każdy ma zgwałcić 10 kobiet. I tak się stało. Sam zgwałciłem 53 kobiety. A także dzieci pięcio – i sześcioletnie” – mówił w rozmowie z brytyjskim „Guardianem” jeden ze sprawców. Do pobliskiego szpitala zgłosiło się wówczas ponad sto zgwałconych kobiet, a była to zaledwie część wszystkich ofiar. „Wciąż nas bili, a potem zaczęli gwałcić. Mnie zgwałciło trzech mężczyzn na raz. Od tego czasu wciąż nie mogę dojść do siebie. Myślałam, że mam AIDS, a mój mąż teraz drwi ze mnie. Mówi, że jestem żoną żołnierza, odrzucił mnie” – żaliła się „Guardianowi” 60-letnia mieszkanka Minovi.

Za popełnione zbrodnie żaden z żołnierzy nie został ukarany. Podobnie dzieje się w większości przypadków. Wojskowych sądzi się za różne przewinienia, ale prawie nigdy za gwałty. Nie jest to bynajmniej wyłączna wina bezradnych rządów. Część odpowiedzialności za bezkarność sprawców przemocy seksualnej ponosi cała społeczność międzynarodowa, która nie jest w stanie wypracować skutecznych narzędzi przeciwdziałania i karania. Kilka miesięcy po wydarzeniach w Minovi, kwestia masowych gwałtów w Demokratycznej Republice Konga została podjęta przez grupę G8. Chociaż przedstawiciele najbogatszych i najbardziej wpływowych państw świata obiecali zdecydowane działania, od tego czasu zmieniło się niewiele.

Warto podkreślić, że wykorzystywanie seksualne nie dotyczy wyłącznie kobiet. Co prawda, w zdecydowanej większości przypadków ofiarami gwałtów wojennych są kobiety, lecz coraz częściej przemoc seksualna dotyka również mężczyzn. Przykładowo, w Salwadorze w latach 80. XX w. 76 proc. męskich więźniów politycznych zostało zgwałconych lub poddanych torturom z wykorzystaniem organów płciowych. Podobny los spotkał 80 proc. mężczyzn przetrzymywanych w obozie koncentracyjnym w Sarajewie podczas wojny domowej w byłej Jugosławii. We wspomnianej już Demokratycznej Republice Konga przemocy seksualnej doświadczył co piąty mężczyzna ze wschodnich terenów tego kraju.

Od dłuższego już czasu organizacje humanitarne alarmują, że gwałty na mężczyznach stały się powszechną praktyką w ogarniętej wojną domową Syrii. Brakuje na ten temat dokładnych danych, jednak według ostrożnych szacunków nawet 40 proc. mężczyzn przetrzymywanych w rządowych więzieniach doświadczyło różnych form przemocy seksualnej, z gwałtami włącznie. Zdaniem lekarzy pracujących w obozach dla uchodźców, gwałty na mężczyznach są celową praktyką, służącą nie tylko do zadawania bólu – fizycznego i psychicznego – ale też do wykluczenia społecznego, gdyż w tradycyjnych społecznościach seks między mężczyznami nadal uważa się za moralnie niewybaczalny. Doskonale zdają sobie z tego sprawę wszystkie walczące strony, które używają gwałtów jako narzędzia do wymuszania posłuszeństwa.

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla dla Denisa Mukwage i Nadii Murad wywołało medialne zainteresowanie, które jednak nie będzie trwało wiecznie. Ważne, aby ten krótki czas wykorzystać do przełamania tabu na temat przemocy seksualnej. Nie tylko podczas konfliktów zbrojnych. Akcja #MeToo dowodzi, że nie jest to wyłącznie problem pogardzanego „Trzeciego Świata”, ale codzienność tych społeczeństw, które przyjęliśmy uznawać za rozwinięte. #MeToo dowodzi także tego, że pierwszym krokiem w walce z gwałtami jest nagłośnienie problemu. Oby tegoroczna Pokojowa Nagroda Nobla odniosła podobny skutek.