Roman Polański #too?

„Kiedy byłam mała, marzyłam o teatrze i rodzice zapisali mnie na warsztaty teatralne. Uwielbiałam to. Być na scenie ze wszystkimi… przede wszystkim dlatego, że kiedy byliśmy na scenie, reżyser nie mógł nas dotykać. To był genialny reżyser, bo trzeba oddzielać człowieka od artysty” – ironizowała głośno humorystka Blanche Gardin pijąc do Polańskiego, który siedział przed nią na uroczystym rozdaniu Molierów, francuskich nagród teatralnych, dwa lata temu.

Sporo się od tego czasu zmieniło. Polański ma czynienia nie ze zgryźliwymi chichotami w teatrze, tylko kampanią feministek, na ulicy. Słowa „cenzura” i „antysemityzm” wtargnęły do tej historii.
Zaczęło się, przypomnijmy, od nagłego oskarżenia b. aktorki, później fotografki, 63-letniej Valentine Monnier: w połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy miała 18 lat i zjechała ze szwajcarskiej góry na nartach, znalazła się w wynajętej przez Polańskiego górskiej chacie, gdzie miał ją pobić, zgwałcić i jeszcze na nią nasikać. Dlaczego dopiero teraz o tym mówi? Bo nie mogła wytrzymać z powodu wejścia na ekrany jego nowego filmu J’accuse, który w Polsce został nieszczęśliwie zatytułowany Oficer i szpieg. „Jak to? Po pretekstem jakiegoś filmu, pod pretekstem historii mam słyszeć ‘oskarżam’ z ust tego, który napiętnował mnie żelazem, a ja, ofiara, mam nie oskarżać? Jest zakaz?” – pytała w udzielonym wywiadzie, który poruszył szczególnie feministki.
Problem polega na tym, że jest zakaz: gwałt w górach, który miał miejsce przed 44 laty nie może być przedmiotem oskarżenia, gdyż działa przedawnienie. W zeszłym roku, z tego samego powodu prokuratura w Los Angeles umorzyła śledztwo w sprawie oskarżeń kobiety, która jako 10-latka miała być zgwałcona przez Polańskiego w tym samym 1975 r., co Francuzka Monnier.
W tej sytuacji feministki manifestowały przed kinami na rzecz bojkotu filmu o fałszywie oskarżonym Żydzie, by ukarać fałszywie oskarżonego Żyda. Tak to przynajmniej widzą niektórzy obrońcy Polańskiego, jak 85-letnia Nadine Trintignant, pisarka i reżyserka, która otwarcie oskarżyła o antysemityzm tych, którzy jadą po „dziecku warszawskiego getta” jako „seryjnym gwałcicielu”.
Nadine Trintignant prawie 60 lat temu poślubił wielki francuski aktor Jean-Louis Trintignant i mieli córkę, piękną Marie, aktorkę, którą w 2003 r. w Wilnie zabił jej partner Bertrand Cantat, gwiazda zespołu Noir Désir. „Zdenerwował się na skutek kłótni”. Stąd wielkie zaskoczenie feministek, że ona zarzuca im antysemityzm, podczas gdy musiała tyle wycierpieć po śmierci ukochanej córki z ręki nieopanowanego samca. I jeszcze broni Polańskiego, „bezkarnego gwałciciela, który zrobił film za publiczne pieniądze”. Zrobiło się dziwnie.
Wezwanie do bojkotu nie powiodło się ani oddolnie, ani odgórnie. Ludzie licznie poszli do kin na film, bo to „pewna marka”, no i pewnie przyjmują, że domniemana ciemna strona reżysera nie decyduje o dziele. Próby odgórnej organizacji bojkotu spełzły na niczym, gdy władze regionów skonsultowały sprawę z dyrektorami kin: ci woleli mówić o cenzurze, bo o zysku nie wypada. W każdym razie nie zgodzili się na wycofanie filmu z repertuaru i postawili na swoim. Krytyka chwali J’accuse, ale mówienie o nim jest zatrute dawnymi sprawami Franko-Polaka i nerwową atmosferą #metoo.
W tym miesiącu mniej znany od Polańskiego francuski reżyser został wykluczony ze Stowarzyszenia Reżyserów, gdyż miał również zachowywać się jak w opowieści Blanche Gardin: według oskarżeń znanej aktorki Adèle Haenel, dobierał się do niej, gdy miała 12 lat i zaczynała dopiero pracę w filmie. Sprawa tego reżysera nie jest jeszcze całkiem przedawniona, więc skończy się pewnie w sądzie, ale przeciwnikom Polańskiego chodzi o to, by i on wyleciał ze wszystkiego, co możliwe. Okazało się zresztą, że do czegoś należy, do innego Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Producentów, które ma go zawiesić. Radykalne kobiety chcą obalić pomnik, jakby to była rewolucja i nieważne, że to tylko pomnik kinematografii. Afery wokół Polańskiego są publicznym pytaniem o społeczną sprawiedliwość, które od czasów #metoo nabrało nowych znaczeń. I to się raczej już nie zmieni.

Gwałt, nie gwałt

Na ulice Barcelony wyszło kilka tysięcy wściekłych kobiet, by zaprotestować przeciwko zadziwiającej interpretacji sądu, że nie doszło do zgwałcenia 14-letniej dziewczyny.

W 2016 roku w miejscowości Manresa sześciu mężczyzn wykorzystało seksualnie 14 letnią dziewczynę, będącą pod wpływem alkoholu i narkotyków. Prokuratura oskarżyła ich o gwałt zbiorowy, w hiszpańskim prawie zagrożony karami do 20 lat więzienia. Sąd w Barcelonie orzekł jednak, że gwałtu nie było, ponieważ nieprzytomna ofiara nie okazała sprzeciwu, co wykluczało ze strony sprawców użycie przemocy.
Tak więc skazano ich jedynie za wykorzystanie seksualne i skazano na wyroki od 10 do 12 lat więzienia. Hiszpanki na ulicach protestują przeciwko zbyt niskiej, ich zdaniem, karze.
Sąd owszem, podniósł, że wiek ofiary nie mógł pozostać niezauważony dla sprawców, lecz jednocześnie odstąpił od zakwalifikowania tego jako gwałtu, ponieważ ofiara jako nieprzytomna nie mogła być ofiarą przemocy lub zastraszania, a przestępcy „mogli dokonać swoich czynów bez użycia jakiejkolwiek przemocy lub zastraszania, by pokonać opór, którego przecież nie było.”
Ofiara twierdziła, że co najmniej dwóch ze sprawców miało w rękach przedmiot przypominający broń, co miało wpływ na jej zachowanie i wyczerpywało znamiona przemocy, jednak sąd nie dał wiary jej zeznaniom , powołując się na luki w pamięci, które zostały udowodnione podczas procesu. Sędziowie uznali, że nie wiadomo, czy zeznania dziewczyny były jedynie „przebłyskami” niektórych scen lub też słowami zasugerowanymi przez otoczenie.
Specjalistka prawa karnego dr Patricia Faraldo, na której zdanie powołują się protestujące kobiety uważa, że interpretacja sądu o ciągłym pozostawaniu 14 latki w stanie nieprzytomności jest niepoprawna i nieprawdziwa.
W Hiszpanii, według danych prokuratury, rośnie liczba gwałtów zbiorowych.

Jak stwierdzić gwałt

Pani Kaja Godek zastanawia się, „jak stwierdzić, czy był gwałt”, kiedy kobieta przychodzi do lekarza i domaga się aborcji. Odpowiadam: zdecydowanie łatwiej, niż stwierdzić istnienie katolickiego Boga.
Szkoda, że tylko moralizatorskie zapędy pani Godek pozostają w wieku XIII, bo ambicje finansowe przejawia jak najbardziej współczesne. Zupełnie jak jej mentor Janusz Korwin-Mikke, który najpierw przez lata raczył nas mrożącymi krew w żyłach opowieściami o europejskiej Sodomie i Gomorze, później jednak powędrował prosto w sam środek brukselskiego zepsucia, następnie stwierdził, że to nie na jego nerwy, a teraz znów zamierza dziarsko skierować swe kroki w paszczę lwa. Brukselska pensja najwyraźniej warta jest tego, aby przez najbliższe cztery lata znów udawać zaskoczonego, że inne kraje teorii o powiązaniach pedofilii z homoseksualizmem po prostu nie będą spokojnie słuchać.
Europarlament powinien natomiast skrupulatniej badać wypowiedzi potencjalnych ugrupowań starających się o start i rozszerzyć swoją rezolucję zakazującą działalności grupom neofaszystowskim o kandydatów podcierających sobie publicznie tyłki prawami człowieka.
Bo oto Kaja Godek, kandydatka do zasiadania w organie stanowiącym prawo dla całego kontynentu, który widział dwie wielkie wojny i szereg pomniejszych, deklaruje w biały dzień bez żenady, że zamierza jako standard ustawodawczy wprowadzić systemową opresję wobec ofiar gwałtu. Bo tym właśnie jest podważanie ich słów. Przestępstw, których wynikiem może być ciąża, według danych Federy, dokonuje się w Polsce około 3 tys. rocznie. CBOS wskazuje na miażdżącą liczbę głosów poparcia dla aborcji w tzw. skrajnych przypadkach tj, gwałtu i kazirodztwa (którego, idąc logiką pani Godek, podobnie nie dałoby się stwierdzić jednoznacznie).
„Poród jest konsekwencją bycia w ciąży” – stwierdza Godek, kreując się na nowego Hammurabiego, podczas gdy na usta cisną się zgoła inne porównania. Kilka dni temu świat wstrzymał oddech usłyszawszy historię z Argentyny. 11-letnia dziewczynka, uciekając z rodzinnego domu, gdzie szalał ojczym molestujący jej starsze siostry, trafiła pod opiekę babci, której partner również okazał się gwałcicielem, a państwo wykazało się totalitarną bezwzględnością, każąc jej rodzić w szóstym miesiącu. Lucia dostała od władzy oficjalny nakaz „ratowania obu żyć” – dzięki któremu jedno życie wisi na włosku (dziecko najprawdopodobniej nie przeżyje), a drugie jest złamane wielokrotną traumą po potraktowaniu jak inkubator, a nie czująca istota.
Dla pani Godek mam propozycję: jeśli naprawdę chce się pani przyczynić do ratowania życia dzieci – w tym chorych, zamiast zakazywaniem przerywania ciąży, które dla kobiety nigdy nie jest równoznaczne z wyjściem do fryzjera, niech się pani zajmie zmianą procedur adopcyjnych tak, aby rodziny pragnące przyjąć to ocalone życie nie czekały na nie w upokorzeniu całymi latami i aby później dostawały systemowe wsparcie. Nie musząc wylegiwać podłóg na sejmowych korytarzach w oczekiwaniu na 500-złotową jałmużnę.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.

Nobel i #MeToo

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla dla Denisa Mukwage i Nadii Murad to próba zwrócenia uwagi na problem przemocy seksualnej podczas konfliktów zbrojnych. Chociaż gwałty i wojna od zarania są nierozerwalnie ze sobą związane, w niektórych krajach nadal jest to temat tabu.

 

Po ogłoszeniu wyników Norweskiego Komitetu Noblowskiego wielu dziennikarzy i polityków zastanawiało się kim jest dwójka laureatów. Jednak zdaniem ekspertów, jak rzadko kiedy w ostatnich latach ta najważniejsza nagroda na świecie powędrowała do osób, które na to w pełni zasłużyły. Denis Mukwage jest lekarzem ginekologiem i chirurgiem, od wielu lat niosącym pomoc ofiarom gwałtów w jego rodzinnej Demokratycznej Republice Konga. Z kolei dla Nadii Murad walka z przemocą seksualną ma również wymiar osobisty. Ta pochodząca z północnego Iraku jazydka, miała 19 lat, kiedy jej braci zamordowano, a ona sama została porwana przez oddziały Państwa Islamskiego. Przez wiele miesięcy była gwałcona i torturowana. Kiedy w końcu udało jej się uciec, poprzysięgła, że swoje życie poświęci na to, aby jak najmniej dziewcząt i kobiet doświadczyło podobnego piekła.

Media informujące o konfliktach zbrojnych przeważnie pomijają ten ich aspekt. Dzieje się tak z kilku powodów. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, działania militarne czy klęski naturalne są zwyczajnie bardziej medialne. Potrafią bowiem mocno i bezpośrednio oddziaływać na wyobraźnię odbiorców. Co więcej, w wielu społeczeństwach – także tych uznawanych za rozwinięte i nowoczesne – przemoc seksualna wciąż traktowana jest jako temat tabu, o którym nie powinno się głośno mówić. Poważny problem stanowi także brak konkretnych danych dotyczących liczby ofiar wykorzystywania seksualnego. Wynika to przede wszystkim ze strachu i wstydu ofiar, które nie chcą mówić o swoich traumatycznych przeżyciach, uznając, że jest to sfera zbyt intymna, aby o niej wspominać. Nie bez znaczenia jest tutaj presja społeczna – w wielu kulturach nadal piętnuje się nie sprawców przemocy, lecz jej ofiary.

Tymczasem, jak przypomina Międzynarodowy Czerwony Krzyż, „we współczesnych konfliktach zbrojnych, przemoc seksualna jest na porządku dziennym”. Tym bardziej zatrważa fakt, że świadomość społeczna jest na tak niskim poziomie. Co prawda pewien przełom nastąpił w latach 90. XX w., kiedy okropieństwa wojny domowej w byłej Jugosławii i ludobójstwa w Rwandzie zyskały medialny rozgłos, jednak od tego czasu sytuacja powróciła do smutnej normy. I to w skali globalnej.

Organizacje zajmujące się niesieniem pomocy podkreślają rosnącą skalę wojennej przemocy seksualnej. Według danych ONZ, podczas trzymiesięcznej rzezi w Rwandzie mogło zostać zgwałcone nawet 150 tys. kobiet. Ten sam los spotkał ponad 60 tys. kobiet w Sierra Leone, w czasie tamtejszej wojny domowej w latach 1991-2002. Oznacza to, że przemocy seksualnej doświadczyło ok. 2 proc. całej żeńskiej populacji tego państwa. W trwającym równolegle konflikcie w sąsiedniej Liberii zostało zgwałconych co najmniej 40 tys. kobiet. O tym, że przemoc seksualna to nie element wyłącznie wojen tzw. „Trzeciego Świata”, pokazuje los kobiet w byłej Jugosławii. Szacuje się, że w latach 1992-1995 liczba gwałtów przekroczyła 60 tys.

Na czele tej swoistej „listy hańby” znajduje się Demokratyczna Republika Konga, gdzie do tej pory ofiarami gwałtów padło ponad 200 tys. kobiet. Wśród nich znalazły się m.in. mieszkanki Minovi, miasta położonego w południowej części kraju, gdzie w listopadzie 2012 r. przez trzy dni kongijscy żołnierze dokonywali masowych gwałtów i mordów. „Zebrało się nas 25 i zdecydowaliśmy, że każdy ma zgwałcić 10 kobiet. I tak się stało. Sam zgwałciłem 53 kobiety. A także dzieci pięcio – i sześcioletnie” – mówił w rozmowie z brytyjskim „Guardianem” jeden ze sprawców. Do pobliskiego szpitala zgłosiło się wówczas ponad sto zgwałconych kobiet, a była to zaledwie część wszystkich ofiar. „Wciąż nas bili, a potem zaczęli gwałcić. Mnie zgwałciło trzech mężczyzn na raz. Od tego czasu wciąż nie mogę dojść do siebie. Myślałam, że mam AIDS, a mój mąż teraz drwi ze mnie. Mówi, że jestem żoną żołnierza, odrzucił mnie” – żaliła się „Guardianowi” 60-letnia mieszkanka Minovi.

Za popełnione zbrodnie żaden z żołnierzy nie został ukarany. Podobnie dzieje się w większości przypadków. Wojskowych sądzi się za różne przewinienia, ale prawie nigdy za gwałty. Nie jest to bynajmniej wyłączna wina bezradnych rządów. Część odpowiedzialności za bezkarność sprawców przemocy seksualnej ponosi cała społeczność międzynarodowa, która nie jest w stanie wypracować skutecznych narzędzi przeciwdziałania i karania. Kilka miesięcy po wydarzeniach w Minovi, kwestia masowych gwałtów w Demokratycznej Republice Konga została podjęta przez grupę G8. Chociaż przedstawiciele najbogatszych i najbardziej wpływowych państw świata obiecali zdecydowane działania, od tego czasu zmieniło się niewiele.

Warto podkreślić, że wykorzystywanie seksualne nie dotyczy wyłącznie kobiet. Co prawda, w zdecydowanej większości przypadków ofiarami gwałtów wojennych są kobiety, lecz coraz częściej przemoc seksualna dotyka również mężczyzn. Przykładowo, w Salwadorze w latach 80. XX w. 76 proc. męskich więźniów politycznych zostało zgwałconych lub poddanych torturom z wykorzystaniem organów płciowych. Podobny los spotkał 80 proc. mężczyzn przetrzymywanych w obozie koncentracyjnym w Sarajewie podczas wojny domowej w byłej Jugosławii. We wspomnianej już Demokratycznej Republice Konga przemocy seksualnej doświadczył co piąty mężczyzna ze wschodnich terenów tego kraju.

Od dłuższego już czasu organizacje humanitarne alarmują, że gwałty na mężczyznach stały się powszechną praktyką w ogarniętej wojną domową Syrii. Brakuje na ten temat dokładnych danych, jednak według ostrożnych szacunków nawet 40 proc. mężczyzn przetrzymywanych w rządowych więzieniach doświadczyło różnych form przemocy seksualnej, z gwałtami włącznie. Zdaniem lekarzy pracujących w obozach dla uchodźców, gwałty na mężczyznach są celową praktyką, służącą nie tylko do zadawania bólu – fizycznego i psychicznego – ale też do wykluczenia społecznego, gdyż w tradycyjnych społecznościach seks między mężczyznami nadal uważa się za moralnie niewybaczalny. Doskonale zdają sobie z tego sprawę wszystkie walczące strony, które używają gwałtów jako narzędzia do wymuszania posłuszeństwa.

Przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla dla Denisa Mukwage i Nadii Murad wywołało medialne zainteresowanie, które jednak nie będzie trwało wiecznie. Ważne, aby ten krótki czas wykorzystać do przełamania tabu na temat przemocy seksualnej. Nie tylko podczas konfliktów zbrojnych. Akcja #MeToo dowodzi, że nie jest to wyłącznie problem pogardzanego „Trzeciego Świata”, ale codzienność tych społeczeństw, które przyjęliśmy uznawać za rozwinięte. #MeToo dowodzi także tego, że pierwszym krokiem w walce z gwałtami jest nagłośnienie problemu. Oby tegoroczna Pokojowa Nagroda Nobla odniosła podobny skutek.