Haitańska WOŚP

„No, Polacy… walczyliście o naszą i waszą niewolę, ha-ha-ha” – śmiech haitańskiego pisarza Dany’ego Laferrière’a przypomniał mi się dziwacznie, gdy w niedzielę wyszliśmy z Psiną zaczerpnąć świeżego smogu i natknęliśmy się na grupkę młodych ludzi z WOŚP-u.

Jakiś pan tato robił zdjęcie swemu dziecku wciskającemu dziesięciozłotowy banknot do skarbonki, mama wciskała głowę w kadr.
OK, prawdę mówiąc, skojarzenie z Danym, którego miałem okazję poznać osobiście, nie było pierwsze. Najpierw stanęły mi przed oczami te niezliczone selfie dumnych Amerykanek lądujących na chwilę na haitańskiej plaży, białą łodzią z wielkiego wycieczkowca, by czekać na czarne dzieciaki i kobiety, którym zabrakło wody. Przybiegały niezawodnie. Działo się to po wydarzeniu sprzed 10 lat: 12 stycznia 2010 r. wyspą wstrząsnęła ziemia i wiatr znowu dał biednym po oczach, wszystko było w proszku, studnie zasypane jak ludzie.
Obsługa wystawiała więc zgrzewki butelek na piach tak, by wszyscy turyści, którzy płynęli na Karaiby, mogli sobie zrobić zdjęcie. Za najlepsze uchodziły te, kiedy przymuszony dzieciak pił z butelki trzymanej w dłoni uśmiechniętego dobroczyńcy. Jak nie chciał, to machało się przed nim srebrzystą monetą, nawet banknotem. Facebook i inne tego typu portale przeżywały eksplozję niezrównanego sukcesu. Biura turystyczne przez cały miesiąc oferowały wakacjuszom specjalne przystanki na Haiti za niewielką dopłatą, serce rosło.
„Murzyn należy do królestwa roślin” albo „Gdy planeta wyleci w powietrze, eksplozja zaskoczy nas w trakcie metafizycznej dyskusji o źródłach pożądania” – tytuły rozdziałów z Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem? – książki Dany’ego, która wyszła u nas jeszcze przed tamtym trzęsieniem, były przedmiotem naszej rozmowy, gdy zwieszeni nad barem podśmiewaliśmy się z tego lub tamtego. Nie, czarny haitański pisarz nie miał do Polaków żadnych historycznych pretensji, „sami byliście wtedy Murzynami, ha-ha-ha” mówił, gdy wspominaliśmy jak nasi, na rozkaz ówczesnego imperium, krwawo tłumili powstanie haitańskich niewolników.
12 stycznia 2010 r. w ciągu kilku minut zginęło ok. 200 tys. ludzi, 300 tys. innych odniosło rany, półtora miliona domów rozpadło się jak domki z kart. Ofiar było stosunkowo mało (sic), gdyż wiele tych domów było zbudowanych z blachy i kartonów, ale ludzie i tak umierali później z braku pomocy lekarskiej, pragnienia lub głodu. Pewnie mało kto pamięta dziś ową planetarną mobilizację, to „ratowanie Haiti”, te miliardy obiecywane na wyścigi. A przecież serce rosło.
„To dziesięciolecie stracone, zupełnie stracone. Nawet stolica nie została odbudowana. Ale złe zarządzanie nie zależało wyłącznie od władz lokalnych: na szczeblu międzynarodowym nie wprowadzono żadnego mechanizmu zarządzania pomocą, by kraj mógł z niej skorzystać” – mówił niedawno haitański ekonomista Kesner Pharel. Inaczej mówiąc, międzynarodowe serce rosło kosztem mózgu. Nieskoordynowane, charytatywne odruchy zastąpiły wszelkie możliwe rozwiązania systemowe, bo każdy chciał być „dobry”.
Obiecane miliardy nie nadeszły lub zniknęły po drodze w tajemniczych okolicznościach. Niektóre wielkie koncerny „robiły sobie selfie” reklamując się pomocą dla Haiti dla podniesienia sprzedaży. Różne telewizje podnosiły szlachetność swych telewidzów, zbierając radośnie pieniądze, z których średnio pięć procent trafiało na wyspę. Tak, było też trochę autentycznej, doraźnej pomocy, ale szybko się ona skończyła. „Nikt nie rodzi się Murzynem, lecz nim się staje” – mówi sentencjonalny tytuł ostatniego rozdziału z książki Dany’ego, jakby ta prawda była uniwersalna. I jest to rozdział optymistyczny, niczym spektakl WOŚP, dla pokrzepienia serc.

Wiatr w oczy

Burmistrz Jacmel, haitańskiego portu nad Morzem Karaibskim wydał oświadczenie, że karnawał w jego mieście należy do dziedzictwa narodowego oraz światowego, więc bez względu na okoliczności musi się odbyć. Pochód karnawałowy w Jacmel jest równie kolorowy jak ten w Rio, choć oprócz pięknych strojów kobiet mamy tu maski-koszmary, przedstawienia śmierci z tańczącymi karawanami i trumnami, wielkie lalki złych duchów, trupie czaszki… Karnawałowy rytm orkiestr i bębnów ominął w tym roku całe Haiti, tylko Jacmel świętowało w duchu wudu, gdy kraj sparaliżował strajk generalny i żałoba po zabitych w zamieszkach.

Jacmel szybko odczuło bunt z 7 lutego: po mieszkańców hoteli zbudowanych przy plażach, by zarobić na turystyce, musiano nagle wysłać śmigłowce, bo przewiezienie ich drogami na stołeczne lotnisko w Port-au-Prince było niemożliwe. Stały na nich barykady. Nawet karetki pogotowia miały problemy z poruszaniem się, mimo współpracy buntowników. Z powodu opóźnień pacjenci umierali w samochodach. W Jacmel, jak w innych miastach kraju, 7 lutego ludzie wyszli na ulice, by domagać się dymisji 50-letniego prezydenta Jovenela Moïse. Policja otworzyła ogień.
7 lutego nie był przypadkową datą: to druga rocznica objęcia władzy przez Moïse i jednocześnie 33 rocznica upadku krwawego tyrana, prezydenta Jean-Claude’a Duvaliera. Niesławny „Baby Doc” musiał tego dnia wsiąść do samolotu US Air Force, by wylądować we Francji, gdzie mógł spokojnie wydawać ukradzioną fortunę. Haiti to najbiedniejszy kraj półkuli zachodniej. Manifestanci chcieli, by Moïse został obalony jak „Baby Doc”, bo „kradnie albo kryje złodziei”. Państwo wielkości województwa lubelskiego, niepodległe od 1804 r. w wyniku buntu czarnych niewolników, nie ma szczęścia do rządzących.

Ślad zaginął

Moïse został wybrany w 2016 r. na prezydenta przy 21-proc. frekwencji. Ludzie przestali wierzyć w demokrację. Ostatnim wielkim wydarzeniem w Haiti, które obiegło całą planetę, było trzęsienie ziemi sprzed dziewięciu lat: 300 tys. zabitych, drugie tyle rannych, półtora miliona bezdomnych. Były już ajfony, kanadyjskie i amerykańskie turystki robiły sobie selfi z dziećmi obdarowanymi butelką wody. Masowa pomoc humanitarna mocno wpłynęła na politykę: darczyńcy domagają się wdzięczności i posłuszeństwa.
Po katastrofie prezydentem został „antysystemowy” Michel Martelly („Sweet Micky”) – rodzaj haitańskiego Kukiza, popularny autor tanecznej muzyki kompa i piosenkarz śpiewający po kreolsku. Był „ostatnią nadzieją” wyborców zrażonych do tradycyjnych polityków. Amerykanie go zaakceptowali, Haitańczycy się na ogół cieszyli, ale okazało się, że gwiazdor i jego ludzie kradną na potęgę.
Dziś Martelly mieszka na Florydzie, wrócił do nagrywania teledysków, a krajem rządzi jego pomazaniec Jovenel Moïse, który też podoba się Amerykanom. Moïse wzbogacił się zarządzając specjalną strefą ekonomiczną. Były rekin agrobiznesu ma neoliberalny program mnożenia stref ekonomicznych, nawet zmiany całej Haiti w taką strefę, co ma przeciwdziałać bezrobociu, m.in. dzięki niższym płacom. Na wyspie są już rozwiązania jak z marzeń przedsiębiorców: prawie wszyscy pracują na czarno. Niemal 60 proc. ludzi nie dojada. W styczniu komisja senacka opublikowała raport, z którego wynika, że od wielu lat rządzący oszukiwali Wenezuelę i własnych obywateli: 14 osób z rządu Martelly’ego miało ukraść prawie trzy z czterech miliardów dolarów zysków wenezuelskiego programu PetroCaribe, który miał pomóc najuboższym krajom karaibskim zbudować infrastrukturę. W 2005 r. Hugo Chávez i jego socjaliści zdecydowali sprzedawać Haiti ropę za ok. 40 proc. ceny rynkowej, trwało to latami. Nie powstało prawie nic, a finanse ulokowano w zagranicznych rezydencjach (nie tylko „Baby Doc” mógł kupić sobie zamek w Europie) i na licznych kontach – Martelly miał ich 14. Ślad po pieniądzach zaginął.

Rosnąca burza

Mężczyzna na zdjęciu to 35-letni Kanado-Haitańczyk Gilbert Mirambeau, który z przewiązanymi oczami – niczym sprawiedliwość – demonstruje napis po kreolsku „Gdzie są pieniądze z PetroCaribe?”. Zdjęcie opublikowane 14 sierpnia zeszłego roku, w rocznicę powstania niewolników z 1791 r., szybko rozeszło się po haitańskim internecie. Gilbert został jednym z liderów kontestacji stworzonej wokół hasztagu #petrocaribechallenge. Do manifestacji dochodziło już miesiąc wcześniej, gdy ceny paliw poszły nagle ostro w górę. Core Group, tj. grupa mocarstw „opiekująca się” Haiti, w której pierwsze skrzypce grają Amerykanie, Kanadyjczycy i Francuzi, zaleciła zaciskanie pasa budżetowego w imię polityki austerity. Prezydent Jovenel Moïse znalazł się tymczasem na celowniku afery PetroCaribe. Gdy usłużnie uznał „prezydenta” Wenezueli Juana Guaidó wybranego przez rząd USA, głos zabrał deputowany Jean-Charles Moïse (zbieżność nazwisk przypadkowa), polityczny zwolennik Fidela Castro mówiący o reformach „socjalistycznych”: zagroził mianowaniem nowego, „tymczasowego” prezydenta Haiti. „Zdrada Wenezueli” przez rząd haitański wypadła szczególnie źle na tle skandalu PetroCaribe. Nikt nie został skazany w tej sprawie, bo zamieszana jest w nią obecna administracja. „Mamy małą mniejszość, ludzi bogatych w tym kraju, którzy wygrywają wszystko, podczas gdy masa ludzi umiera, jest głodna i cierpi. Nie da się z tym żyć” – wyjaśniał Miami Herald jeden z manifestantów z 7 lutego. W Port-au-Prince zebrały się setki tysięcy ludzi, stanęły inne miasta. Odtąd niemal codziennie dochodzi do manifestacji, starć z policją. Dołączyły do nich lokalne gangi, więc zamknięto szkoły i budynki publiczne. Są teraz problemy ze wszystkim: wodą, elektrycznością, paliwami i lekarstwami, ceny żywności poszybowały w górę. Na wieść o rozruchach, jedyny lądowy sąsiad Haiti – Dominikana – wysłał na granicę osiem tysięcy ciężko uzbrojonych żołnierzy, by nie wpuszczali żadnych uchodźców.

Zamknięty kraj

Śmierć jest bardzo obecna w ludowej kulturze haitańskiej, ale też ponad trzy tysiące mieszkańców przypada na jednego lekarza (dla porównania w Polsce, z najsłabszą obecnością lekarzy w Unii Europejskiej, jest ok. 500 mieszkańców na lekarza). Kiedy po katastrofie z 2010 r. nepalscy żołnierze ONZ przywlekli na wyspę cholerę, zmarło dziewięć tysięcy ludzi. Dziś nie jest lepiej – największy szpital kraju, uniwersytecki, położony obok pałacu prezydentów, jest remontowany od sześciu lat. Zostały w nim tylko serwisy położniczy i pediatryczny. Lekarze boją się chodzić do pracy, po karetkę nie można się dodzwonić. Szpitale są przepełnione, brak wody obniża ogólną higienę, zdobycie pieczywa stało się wyzwaniem. Ludzie atakowali siedziby banków, doszło do plądrowania sklepów. Akcja strajkowa „Pays lock” („zablokowany kraj” po kreolsku) ma trwać aż do dymisji Jovenela Moïse. Manifestanci palą flagi USA.
Do tej pory – według oficjalnych danych – w rozruchach zginęło 26 osób, 77 odniosło rany. Policja nie waha się strzelać a Haitańczycy posiadają 300 tys. sztuk broni, mówi się więc o zaniżonych liczbach. Wyspę rozdarła tajemnicza afera siedmiu uzbrojonych w karabiny maszynowe najemników, których nakryto w stolicy. Pięciu Amerykanów – byłych zawodowych oficerów piechoty morskiej – i dwóch Serbów miało według premiera Jeana-Henry’ego Céanta zagrażać rządowi, a według opozycji być rządowym „szwadronem śmierci”. Wszyscy szybko wrócili do Stanów dzięki cichemu zezwoleniu rządu, nikt ich też nie aresztował w USA. Ktoś się czegoś boi.

Ciągle pod górę

Haiti bohatersko zdobyła niepodległość, ale na Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. Francja wymogła na pierwszym państwie byłych niewolników olbrzymią kontrybucję w złocie jako odszkodowanie za utratę zysków z kolonizacji. Kraj spłacał to siedem dziesięcioleci, w końcu zadłużał się, by wysyłać złoto. W ubiegłym wieku 20-letnia okupacja amerykańska nie przyniosła nic dobrego, a długi okres dyktatury dynastii Duvalierów skutecznie utrzymał kraj w biedzie. Do tego klęski naturalne. Starcy, którzy nie mają rodzin, umierają w małych szałasach z blachy i tektury, przy drogach ubogich dzielnic.
W tym roku narodowego karnawału nie było. Wyjątek w Jacmel był szczególny, gdyż wywiało z miasta niemal wszystkich turystów, „ewakuowanych”, jakby na wyspie trwała wojna. Pomoc humanitarną należałoby być może skierować raczej na Haiti, niż do Wenezueli. W kraju pod amerykańskim okiem prawie nic nie działa, opony ciągle płoną na barykadach. „Nędza stała się nie do wytrzymania, a kiedy ludzie tracą nadzieję, wszystko może się zdarzyć” – obawiają się media. Gilbert Mirambeau mówi, że ludzie „czują wściekłość”, mają dojść „socjalnego apartheidu”. Przewiduje, że społeczny bunt szybko nie wygaśnie.

Krew w Port-au-Prince

Krew polała się na ulicach haitańskiej stolicy Port-au-Prince. Tysiące obywateli wyszły w niedzielę na ulice, protestując przeciwko bezkarności polityków po ujawnieniu kolejnego skandalu korupcyjnego. Budowali barykady, palili opony. Sześć osób zginęło w starciach z policją.

 

Mieszkańcy najbiedniejszego państwa Ameryki Łacińskiej, w którym 60 proc. populacji musi przetrwać każdy dzień, dysponując zaledwie kwotą 2,5 dolara, mają powody do wściekłości. Według ujawnionych wyników wewnętrznego śledztwa prowadzonego przez krajowy Senat administracja byłego prezydenta Michela Martelly’ego przywłaszczyła sobie kwotę 3,8 mld dolarów przekazaną przez Wenezuelę. Fundusze te miały być przeznaczone na zakup paliwa po cenach niższych niż rynkowe i trafiły na Haiti w ramach pomocy w odbudowie kraju po trzęsieniu ziemi w 2010 r.
Pieniądze podzielili między siebie wpływowi politycy z otoczenia Martelly’ego, w tym dwaj byli premierzy. Chociaż opinia publiczna poznała wyniki senackiego dochodzenia, żaden z mężczyzn zamieszanych w skandal nie został ani oficjalnie o nic oskarżony, ani tym bardziej zatrzymany. Obywatele niebezpodstawnie doszli na tej podstawie do wniosku, że prezydent Juvenal Moise wcale nie pali się do ukarania kogokolwiek. W niedzielę na ulicach haitańskich miast zaczęły gromadzić się tłumy.

Początkowo domagano się przede wszystkim postawienia przed sądem polityków, których nazwiska pojawiły się w senackim raporcie o defraudacji. Nastroje jednak uległy błyskawicznej radykalizacji. Protestujący żądali, by urzędujący prezydent złożył urząd, a także atakowali cały do szczętu skorumpowany system polityczny swojego kraju.