Wenezuelski gambit

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: „Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaidó, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.
Wóz albo przewóz
Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.
Guaidó sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. – Posunęli się za daleko – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego – Niech się stąd zabierają! Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.
Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.
Ponieważ Trump grzmiał, że „wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.
Waszyngton boso, ale w ostrogach
Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaidó – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.
Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chávezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chávez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.
Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaidó na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.
Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chávez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chávezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaidó przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.
Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaidó. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaidó. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.
Im gorzej, tym lepiej
Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaidó – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Cháveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaidó 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.
Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.
Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.
Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.
Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.
Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaidó, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaidó. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaidó stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.
Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaidó, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaidó pozostaje nieznane.
Obronić dziedzictwo Cháveza
Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:
„Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”
Należy dodać do tego rozważane przez Guaidó zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Cháveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.
Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaidó członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.
Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z „kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Mieszkanie+ w Caracas

Znienawidzony również przez polskie media Nicolás Maduro, prezydent Wenezueli, dokonał uroczystego przekazania mieszkań wybudowanych w ramach państwowego programu. Jego rząd dostarczył niezamożnym obywatelom już 2,3 mln lokali. Jest już zapowiedź, że w przyszłym roku program „dobije” do 3 mln.

 

W 2011 r. nieżyjący już prezydent Hugo Chávez zainaugurował w Wenezueli wielkoskalowy projekt budownictwa komunalnego Gran Misión Vivienda Venezuela, który miał odpowiedzieć na głód mieszkaniowy panujący wśród ubogiej części narodu. Zgodnie z planami do 2017 r. miały powstać 2 mln nowych mieszkań dla niezamożnych. W pierwszym roku wdrażania programu rząd miał wybudować 150 tys. lokali, dalej zaś planowano dostarczać 300 tys. rocznie.

Plan ostatecznie zrealizowano w tym roku. Następca Cháveza Nicolás Maduro, przez prawie wszystkie zachodnie media przedstawiany jako krwawy dyktator, przekazał właśnie do użytku nowe osiedle w północno-wschodniej prowincji Lara. Oznacza to, że w ramach Gran Misión Vivienda rząd kraju dostarczył ubogim Wenezuelczykom 2,3 mln mieszkań. Maduro obiecuje, że jego ekipa nie spocznie na laurach i w 2019 r. liczba wybudowanych w ten sposób lokali wzrośnie do 3 mln. Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć Rewolucji Boliwariańskiej, która rozgorzała w 1999 r. wraz objęciem władzy przez Hugo Cháveza.

Plan budowy 2 mln mieszkań był realizowany w warunkach nasilającego się kryzysu ekonomicznego, podsycanego przez spekulantów krajowych, “nakręcających” hiperinflację i wywóz masy towarów do Kolumbii, i zagranicznych, dokonujących celowych ataków na Wenezuelską walutę.

Nikaragua. Śmierć w cieniu kościelnego socjalizmu

„Mordercy! Kłamcy! Skurwysyny!” – polski biskup Waldemar Sommertag, nowy nuncjusz papieski w Nikaragui, nie jest przyzwyczajony do takich powitań.

 

Na dodatek jakaś kobieta wymierzyła mu kopniaka w tyłek. Działo się to w miniony poniedziałek w Diriambie, 45 km od stolicy kraju Managui. Sommertag wybrał się tam z kardynałem Leopoldo Brenesem, przewodniczącym lokalnego episkopatu i kilkoma innymi dostojnikami, by odwiedzić bazylikę św. Sebastiana, wokół której dzień wcześniej doszło do krwawej strzelaniny. Wojna domowa zbliża się wielkimi krokami.

Biskup pomocniczy Managui Silvio Baez wyszedł z tego przywitania z ranną ręką i przykrymi konsekwencjami ciosu w żołądek, a kardynał Brenes jedynie mocno rozczochrany. Kilkusetosobowy tłum był wściekły na prałatów za poparcie, którego udzielają przeciwnikom rządów prezydenta Daniela Ortegi, manifestujących w kraju od kwietnia. Obwiniał ich o ogarniający kraj chaos i śmierć setek ludzi. Prałaci, podobnie jak przeciwnicy rządu, chcą zmiany władzy, przedterminowych wyborów, a jednocześnie pragną odgrywać rolę politycznego mediatora. Ortega jest przekonany, że Kościół go zdradził. Przecież dewizą jego partii – Sandinistowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FSLN) – od 2007 r. jest „Nikaragua chrześcijańska, socjalistyczna i solidarna”. Uważa, że zrobił wszystko, by mieć Kościół po swojej stronie.

 

Przerwana rewolucja

Gdy Ortega, syn powstańca walczącego przeciw amerykańskiej okupacji u boku nikaraguańskiego bohatera narodowego Augusto Sandino, i FSLN w 1979 r. obalili ostatniego z dyktatorskiej dynastii Somozów, mieli za sobą całą sympatię światowej lewicy. W końcu słynne powiedzenie Kissingera „to skurwysyn, lecz nasz skurwysyn” odnosiło się do ostatniego Somozy, a pierwszy raz użył go Roosevelt w 1937, mówiąc o pierwszym: to było wielkie zwycięstwo nad imperium amerykańskim i nad fatum wyzyskiwanej do krwi „bananowej republiki”.
Wtedy lokalny Kościół myślał o sandinistach to samo, co Jan Paweł II i Ronald Reagan: że to „komuniści”, choć właściwie ich socjalizm był od początku chrześcijański – elementy marksizmu mieszały się z teologią wyzwolenia. Amerykanie wtedy nie odpuścili. CIA w sąsiednim Hondurasie szybko zaczęła szkolić i zbroić najemnych „Contras”, finansowanych z izraelskich transakcji sprzedaży amerykańskiej broni dla Iranu i masowego przemytu kokainy do USA. Pokątne biznesy administracji Reagana pozwoliły wtedy zmienić Nikaraguę w wojenne piekło.
Rewolucja przyniosła demokrację i w 1984 r. Daniel Ortega, wtedy 39-latek, pierwszy raz został wybrany na prezydenta. Najuboższy kraj Ameryki Środkowej kolejny raz nie dał jednak rady pokonać imperium. Wojna stała się narodową traumą, która przeraża do dzisiaj. W 1989 r. Amerykanie napadli na Panamę, by słynny kanał nie wymknął im się spod kontroli i Nikaraguańczycy potraktowali to jako ostateczne ostrzeżenie.

Od 1990 r. krajem rządzili już neoliberałowie, nastał więc pokój. FSLN podzieliła się. „Antyortegowcy” założyli Sandinistowski Ruch Odnowy (MRS) o orientacji liberalno-socjaldemokratycznej głosząc, że należy zrezygnować z antyimperializmu, gdyż taka walka przynosi jedynie ofiary. Wydawało się, że to odpowiadało wtedy powojennym nastrojom społecznym, ale nowa partia pozostała marginesowa. Gdy jednak wskutek kolejnych wyborów, od 2007 r. znowu zaczął rządzić Ortega i FSLN, USA zaczęły potajemnie finansować MRS, co wyszło z amerykańskich depesz dyplomatycznych ujawnionych przez WikiLeaks Juliana Assange’a. MRS odgrywa ważną rolę w obecnych wydarzeniach w Nikaragui.

 

Bogu świeczkę i diabłu ogarek

Comandante Ortega wrócił na czoło kraju i rządzi do dziś dzięki dwóm decydującym posunięciom: z jednej strony pozyskał politycznie Kościół i ultraliberałów (oraz doprowadził do zmiany konstytucji, obalając limit dwóch kadencji), z drugiej prowadził lewicową politykę społeczną. W 2007 r. FSLN wprowadził kary za przerwanie ciąży (nawet w przypadku gwałtu, czy zagrożenia życia matki), a sam Ortega i jego długoletnia partnerka Rosario Murillo (dziś wiceprezydent) wzięli huczny ślub w kościele. To wystarczyło, by przez następne lata Kościół błogosławił rządy sandinistów.
Błogosławiły je też kręgi finansowe, nazywając Ortegę „odpowiedzialnym populistą”, bo posłusznie wprowadzał programy „oszczędnościowe” Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i Banku Światowego. Według ich sugestii prywatyzował na potęgę i podpisał układ o wolnym handlu z USA, zawarł sojusz ze stowarzyszeniami wielkich prywatnych posiadaczy i obniżał im podatki… Jeszcze cztery lata temu „Forbes” pisał o „cudzie nikaraguańskim”: „polityka Ortegi przyciągnęła inwestorów zagranicznych, dzięki konsensusowi między rządem a sektorem prywatnym i zmianom strukturalnym niezbędnym dla gospodarki rynkowej”. Dawało to ok. 5 proc. wzrostu PKB rok w rok.

 

Z Chavezem i Castro

Ekwilibrystyka polityczna Ortegi zapewniła mu też wsparcie socjalistycznych Wenezueli i Kuby – jego reformy społeczne robiły wrażenie. Już od 2007 r. całość szkolnictwa, aż po uniwersytety, stała się bezpłatna, tak samo jak ochrona zdrowia i lekarstwa. Wznowiono dawne, rewolucyjne programy walki z analfabetyzmem. Program „Zero głodu” zrobił furorę: 200 tys. ubogich wiejskich kobiet dostało po krowie i świni, kury, ziarna fasoli, nawozy…

Kobiece kooperatywy wiejskie i miejskie stały się produktywne i choć nie doprowadziły do upadku maczyzmu, znacznie podniosły szacunek do płci żeńskiej. Zważywszy, że ściganie za przerywanie ciąży pozostało symboliczne, „Daniel”, jak go powszechnie nazywa się w Nikaragui, zdobył sobie znaczny, twardy elektorat kobiecy. Do tego doszły programy „Godnego mieszkania”, pomoc dla małych przedsiębiorstw i spółdzielni, 40 proc. wzrost płacy minimalnej. Nikaragua jest ciągle biednym krajem, ale postęp społeczny trudno zakwestionować. FSLN w ciągu dziesięciolecia zmniejszył obszar skrajnej biedy (nędzy) z 17 do 4 proc.

 

Imperialna demokracja

Hugo Chavez, przywódca Wenezueli, który ma dziś swój pomnik w Managui, pokpiwał sobie trochę z Ortegi nazywając jego socjalizm „kościelnym”, zamiast „chrześcijańskim”, na który sam się powoływał (potrafił nazywać wenezuelski episkopat „bandą bufonów” i dużo gorzej), ale uważał prezydenta Nikaragui za towarzysza walki społecznej i wydatnie pomagał jego krajowi, sprzedając mu ropę po śmiesznej cenie. To się Amerykanom nie spodobało, a jeszcze bardziej zirytowalo ich porozumienie Ortegi z Chińczykami, którzy mają zamiar wybudować alternatywę dla Kanału Panamskiego przez południe kraju.

Kilka lat temu, za przyzwoleniem władz, które teraz wydaje się im lekkomyślne, pojawiły się w Nikaragui dwie oficyny CIA, obie z zadaniem finansowej i organizacyjnej pomocy w „tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego”. Pierwsza to NDI (National Democratic Institute) pod wodzą byłej sekretarz stanu Madeleine Albright, autorki pamiętnych słów, że próba wprowadzenia demokracji w Iraku, która doprowadziła do śmierci pół miliona dzieci „była warta tej ceny”. Druga to NED (National Endowment for Democracy), wyspecjalizowany w zagranicznych „kolorowych rewolucjach”. Pierwsza założyła w ośrodkach uniwersyteckich Obywatelski Ruch Młodzieży (MCJ) i chwali się, że wykształciła już 2 tys. „młodych liderów”, a druga wspomaga finansowo media prywatne, głównie telewizję 100%Noticias, konserwatywny dziennik LaPrensa i organ MRS Confidencial. Wszystkie trzy na całego popierają dziś ruch antyrządowy i domagają się odejścia Ortegi.

 

Pobożni studenci

Obecny kryzys zaczął się w kwietniu, od studenckich protestów przeciw reformie emerytur. Rządowa reforma, którą narzucił MFW, była szokiem: emerytury miały zostać obniżone o 5 proc., a jednocześnie przedsiębiorstwa miały płacić więcej na to ubezpieczenie. Władza zareagowała bezmyślnie, brutalnie, padły pierwsze strzały. Trzy dni później odwołała całą tę reformę, ale było już za późno. Powstał opozycyjny Obywatelski Sojusz na rzecz Demokracji i Sprawiedliwości, który organizuje manifestacje i już dwa razy ogłosił strajk generalny, po części udany w stolicy i kilku miastach południa kraju. Część przeciwników rządu się zbroi (w niektórych kościołach odkryto składy broni), zabici padają po obu stronach barykady.
Wczoraj ok. 200 studentów zamknęło się w kościele Bożego Miłosierdzia w Managui. Budynek otoczyła policja, znowu doszło do strzelaniny i zginął student (dzień wcześniej ktoś zabił czterech policjantów i sandinistę-cywila). Interweniował nuncjusz Sommertag, studenci wyjechali wolni autobusami, wśród oklasków ludzi na ulicy. Arcybiskup Brenes ogłosił, że „rząd jest jedynym odpowiedzialnym” za chaos, który ogarnia kraj, gdyż odmawia „prawdziwej demokracji”. Ortega tydzień temu przemawiając przy pomniku Chaveza do dziesiątek tysięcy ludzi aluzyjnie krytykował biskupów: „Powinniśmy wszyscy kochać naszych bliźnich, nawet tych, którzy z licznych instytucji religijnych rzucają na nas klątwy i skazują na śmierć”. Dla niego ruch antyrządowych protestów to dzieło „puczystowskiej prawicy” i „terrorystów”.

 

Otwarty rachunek

MFW zażądał oszczędności socjalnych, bo Nikaragua ma mniejsze dochody. Spadły ceny surowców, które eksportuje, dochody z podatków, bo rząd je sukcesywnie obniżał dla przedsiębiorców, Wenezuela popadła w kłopoty i nie dostarcza już ropy, a w zeszłym roku amerykański Kongres przyjął ustawę Nicaraguan Investment Conditionality Act (NICA), która blokuje Managui dostęp do międzynarodowych kredytów, dopóki rząd nie zapewni amerykańskim koncernom wolnego dostępu do gospodarki kraju. Trzy miesiące chaosu prowadzą do paraliżu gospodarczego, tegoroczna prognoza wzrostu spadła nagle z 4,9 proc. do 1. W Diriambie, gdzie ludzie poturbowali biskupów, po obu stronach padli zabici, bo policja i sandiniści usuwali blokady z dróg, które zatrzymały na tygodnie setki ciężarówek.

Ale antyrządowa rebelia ma raczej tło polityczne, niż ekonomiczne. Przeciwnicy rządu oskarżają Ortegę o zawłaszczenie władzy legislacyjnej, sądowniczej i instytucji wyborczych, autorytaryzm i nepotyzm. W minioną środę Sergio Ramirez, bliski towarzysz Ortegi z czasów rewolucji 1979 r. i późniejszy założyciel MRS, najbardziej znany pisarz nikaraguański (zeszłoroczny laureat bardzo prestiżowej w świecie hispanojęzycznym Nagrody Cervantesa), ogłosił w madryckim El Pais, że Ortega stał się nowym Somozą, zwykłym, krwawym dyktatorem. Dla części nikaraguańskiej inteligencji nadszedł czas na „jesień patriarchy”. Tragedia, którą przeżywa teraz daleka Nikaragua znalazła się być może w punkcie, z którego nie można już wrócić, bo rachunek krzywd z ostatnich miesięcy ciągle narasta. Czerwono-czarne flagi FSLN giną w masie biało-niebieskich barw narodowych i choć wielu ciągle trzyma je wysoko, trudno będzie Ortedze dotrwać do końca kadencji.

Wenezuela na widelcu

Młody, płonący mężczyzna w masce biegnie wzdłuż ściany, na której widać namalowany pistolet. Z jego lufy wyskakuje słowo „pokój”, pewnie wieczny. Zdjęcie, które wygrało World Press Photo, zostało zrobione na ulicy Caracas, by stać się światowym symbolem losu Wenezueli, jednocześnie bliskim i dalekim od prawdy. 19 lat temu imperium amerykańskie przegrało w tym kraju, teraz kontratakuje. Ale to nie jedyna przyczyna kłopotów.

 

Fotografia Ronaldo Schemidta powstała w maju zeszłego roku. Był to jeden z czterech miesięcy gwałtownych zamieszek w stolicy kraju, gdy prawicowa opozycja poderwała młodzież z bogatych dzielnic do siłowego obalenia prezydenta Nicolása Maduro, a wraz z nim „socjalizmu XXI wieku”, który próbuje wprowadzić. To nie były ot, takie sobie starcia z policją, jakie zdarzają się w Europie. Manifestanci strzelali, krew lała się po obu stronach, padło ponad stu zabitych. Opozycja nie mogła wygrać, bo brak jej szerszego społecznego poparcia, ale jak wcześniej i później, w zachodnich kręgach polityczno-medialnych to wenezuelski socjalizm wskazano jako nieodwołalnie przegrany.

Wenezuelski przykład stał się ogólnoświatowym straszakiem na lewicę. Urósł do elementu polityki wewnętrznej we Francji, Hiszpanii i w innych krajach Europy, w prawicowych krajach Ameryki Łacińskiej i oczywiście u Anglosasów. Patrzcie, wołają media i komentatorzy, do czego prowadzi socjalizm: do chaosu i biedy. Wstydźcie się ludzie lewicy za Wenezuelę – wałkują triumfujący propagandziści, by zmusić przeciwników niepodzielnej władzy kapitału do spuszczenia oczu. W tym kontekście, ogłoszenie przez Trumpa kolejnych sankcji finansowych przeciw Wenezueli, nazajutrz po wygranych przez Maduro wyborach, ma się wydawać logicznym dobiciem jego kraju. Zwycięstwo to porażka. Wojna przeciw Wenezueli, na razie gospodarczo-polityczna, to pokój.

Szukanie generała

Oczywiście nikt z dzisiejszych politycznych krytyków nie zawracałby sobie głowy Wenezuelą i jej wyborami, gdyby jej głównym bogactwem były mango i banany. Ale ten kraj ma dziś przeciw sobie sankcje Unii Europejskiej, izolację ze strony prawicowych krajów własnego kontynentu i natężoną wrogość imperium, bo posiada największe poświadczone rezerwy ropy na świecie, położone w strategicznym miejscu, o 4 dni morskiego transportu od teksańskich rafinerii.

Nikt nie czepiał się Wenezueli, gdy 60 proc. jej obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, bo należała do amerykańskiego ogródka: Waszyngton zawsze traktował Amerykę Łacińską jako swą ekskluzywną domenę. Gdy pod koniec lat 70 na kontynencie zaczął rządzić amerykański neoliberalizm – „genialna” pompa ssąca bogactwa z dołu do góry drabiny społecznej – było na nim 120 milionów nędzarzy, 20 lat później już 225 milionów. To dlatego pojawili się Chávez, Lula i inni.

W sierpniu zeszłego roku Trump ogłosił, że nie wyklucza „opcji militarnej” w Wenezueli, choć ten kraj nie zagraża imperium ani sąsiadom. 16 lat temu Amerykanie zorganizowali (nieudany) zamach stanu przeciw Chávezowi, a teraz, od jego śmierci w 2013 r., szczególnie gorączkowo poszukują wenezuelskiego Pinocheta, który przywróciłby imperialny porządek i panowanie nad ropą. W miniony wtorek wenezuelska żandarmeria aresztowała 11 oficerów podejrzanych o formowanie spisku, ale lokalnego Pinocheta ciągle nie ma. Armia pozostaje wierna prawowitemu rządowi.

Wybory opozycji

„Weryfikowaliśmy 92 procesy wyborcze: powiedziałbym, że wenezuelski jest najlepszy na świecie” – mówił sześć lat temu były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. Nie bez kozery: działa tam skuteczny system przeciw oszustwom. Każdy głos jest potrójnie gwarantowany: przez odcisk palca, elektronicznie i na papierze. Do tego zawsze obserwatorzy międzynarodowi. Maduro, jak Chávezowi, zależy na pewnych atrybutach tradycyjnej, liberalnej demokracji, bo jest pewny siły swoich idei społecznych.

Wiedzą to w Ameryce i w Europie, ale Unia, ledwo Maduro został ponownie wybrany, poszła śladem Trumpa i wprowadza właśnie nowe sankcje przeciw Wenezueli. Były „nieprawidłowości”, bo „głosy zostały kupione”. Unia powtarza argument głównego, przegranego, opozycyjnego kontrkandydata Maduro, Henriego Falcona, którego zdaniem na głosowanie wpłynęły programy socjalne rządu… Tego samego dnia Unia mogłaby wprowadzić sankcje przeciw co najmniej kilkudziesięciu krajom na świecie, gdzie wybory są komedią lub nie ma ich wcale, ale chce wziąć udział w dobijaniu Wenezueli, mając nadzieję, że w zamian za to Waszyngton pozwoli jednak europejskim przedsiębiorstwom handlować z sankcjonowanym Iranem.

W ciągu 19 lat rządów socjalistów odbyły się w Wenezueli 23 procesy wyborcze. Chaviści większość wygrywali, a opozycja traktowała je tak instrumentalnie, że w rezultacie utraciła miliony wyborców. Czy ma ona coś wspólnego z demokracją? Gdy w 2015 r., kiedy ceny ropy były na samym dole i kryzys poważnie zaczął zaglądać ludziom w oczy, wygrała wybory parlamentarne: jej pierwszym ogłoszonym zamiarem było „obalić prezydenta Maduro w ciągu sześciu miesięcy”. Prezydenta, który dwa lata wcześniej wygrał wybory. Nastąpiła potem epoka kwestionowania głosowań. To dlatego zeszłoroczne rozruchy miały znowu obalić rząd siłą. Kiedy się nie udało, ta sama prawicowa opozycja jednak zdecydowała na nowo brać udział w wyborach (regionalnych, w październiku) wiedząc, że są uczciwe, by po ich przegraniu „bojkotować” prezydenckie, zakończone w ubiegłą niedzielę. Nie miała w nich szans, z powodu zwykłej utraty wiarygodności. Mimo poparcia prywatnych mediów i „społeczności międzynarodowej”.

Kryzys i kłopoty

Boliwariańska rewolucja w Wenezueli nie ma wiele wspólnego z np. kubańską. Zachowano wielopartyjność, prywatne media, i – mimo znacznych nacjonalizacji – rolno-przemysłowy sektor prywatny, kapitalistyczne stosunki produkcji i handlu, by uzupełniać je o inne formy i przede wszystkim przekierować dystrybucję zysków z ropy z góry na dół. Lewicowa krytyka wenezuelskiej gospodarki twierdzi, że polityka ekonomiczna kraju była jednak mało socjalistyczna. Jej wynikiem był stały proces dezindustralizacji na korzyść finansowej kasty importerów, która rozwijając ludowy klientelizm drastycznie przyśpieszyła recesyjną fazę kapitalistycznego cyklu gospodarczego. Procesowi akumulacji kapitału opartego na przejęciu zysków z ropy towarzyszyła cokolwiek szalona polityka monetarna.

Chęć nakarmienia ubogich od początku oznaczała gigantyczny wzrost importu, aż do popadnięcia w nagły konsumpcjonizm. Jego promocja była tak szczodra, że państwo sprzedawało petrodolary prywatnym importerom za śmieszną cenę w bolivarach (wenezuelskiej walucie). Praktycznie z 10 sprzedanych dolarów 9,5 dostawali za darmo. Ten lukratywny transfer renty z ropy w kierunku sektora prywatnego okazał się bardzo kosztowny i szkodliwy dla całego państwa. Na dodatek znaczna część importu za niemal darmowe dolary była fikcyjna, żadne towary nie pojawiały się w portach, Wenezuela przez lata przypominała dziurawy garnek, z którego twarda waluta wyciekała ciurkiem na zagraniczne konta. W czasach drogiej ropy import był tak tani, że coraz większej liczby rzeczy nie opłacało się po prostu produkować, przemysł zamierał, jak i rolnictwo. Taka polityka nie miała nic wspólnego z socjalizmem inspirowanym Marksem. Kiedy cena ropy spadła, zaczęło brakować niemal wszystkiego. Wielostronne sankcje finansowe, które paraliżują państwowy import żywności i lekarstw, dopełniły dzieła.

Dziś Wenezuela ma na plecach pięciocyfrową hiperinflację, dwucyfrowy deficyt fiskalny i najniższy od 20 lat stan rezerw walutowych (nieco ponad 9 miliardów dolarów). Wartość tzw. dolara równoległego wzrosła w ubiegłym roku o 2500 proc., co dosłownie rozbiło w pył siłę nabywczą ludności. W sąsiedniej Kolumbii, gdzie w najbliższą niedzielę odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich, prawicowy kandydat Ivan Duque afiszuje hasło „Chcecie socjalizmu, to zobaczcie nędzę Wenezueli”. Tylko neoliberalizm ma być prawidłową drogą. Ale dwa miliony Kolumbijczyków, którzy w czasach Cháveza wyemigrowali do Wenezueli, by przed takimi receptami uciekać, nie ma specjalnie zamiaru wracać.

Czarne chmury

Dla większości mieszkańców Wenezueli nazwisko Cháveza kojarzy się z redukcją nierówności i ludową prosperitą w kontekście pogłębionej demokracji. Dla kontrastu Nicolás Maduro – raczej z powrotem biedy i usztywnieniem polityczno-policyjnym związanym z izolacją międzynarodową i zagrożeniem ze strony Waszyngtonu. Frekwencja w wyborach, które ponownie wyniosły go na najwyższe stanowisko, była stosunkowo niska, co jest dlań mocnym ostrzegawczym sygnałem. Jednak ludzie na niego głosowali, bo mimo wszystkich trudności, które wolą zresztą przypisywać raczej amerykańskim „gringos”, nie chcą powrotu do czasów sprzed Cháveza, gdy nie znaczyli niemal nic. Podśmiewają się trochę z Maduro, krytykują go, ale szanują, bo ich zdaniem szczerze chce ratować kraj. Może nie wciela tak dobrze jak Chávez „wenezuelskiej dumy”, ale ciągle daje nadzieję.

Zdaje się, że zrozumiał główny problem. Nie przestaje mówić o dywersyfikacji dochodów (nie tylko ropa), budowie przemysłu, odbudowie bardziej racjonalnej roli pieniądza. Dwoi się i troi, by ożywić gospodarkę, ale na horyzoncie ma dziś same czarne chmury, będzie mu bardzo trudno. „Nigdy nie widzieliśmy tak bezlitosnego ataku międzynarodowego na proces wyborczy” – mówiła wczoraj przewodnicząca krajowej komisji wyborczej Tibisay Lucena. Wenezuelskie MSZ potępiło „lincz gospodarczy i polityczny” Wenezueli ze strony USA, gdzie rządzi „suprematystyczny, rasistowski i wojenny reżim (…) inspirowany postulatami Ku-Klux-Klanu.” Maduro, oprócz naprawy gospodarki, musi doglądać sytuacji na granicach państwa, patrzeć na siedem baz amerykańskich w Kolumbii, na postępującą organizację zbrojnej interwencji, która może przyjąć niespodziewane formy – z terroryzmem włącznie. Po prostu zbyt wielu potężnych ludzi chciałoby widzieć Wenezuelę jak na zdjęciu Ronaldo Schemidta.