Nasza chata z kraja

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?  Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.

 

By uczcić stulecie zakończenia I wojny światowej w Paryżu pojawiło się 60 głów państw i szefów rządów. Tak spadkobierców państw Ententy, jak i państw centralnych. Polska była reprezentowana tylko na szczeblu ministerialnym – w języku dyplomacji oznacza to czysto rutynowe zaznaczenie, że w ogóle Warszawa tę okazję zauważyła, nie przywiązuje jednak do niej większej wagi.

 

Nasza chata z kraja.

Choć niby lubimy łudzić się wyobrażeniem, że Polska to „Serce Europy”.
Fakt – I wojna światowa w polskiej pamięci zbiorowej zajmuje dziwne miejsce. Nie była to „nasza wojna”. Stronami w niej były państwa zaborcze, więc trudno oczekiwać, żeby Polacy pamiętali ją jako „swoją” wojnę.
Jeśli już – to jako wojnę, w której efekcie, na skutek niebywałego zrządzenia dziejowego upadły wszystkie trzy – bo w 1918 r. nie było już ani imperialnych Niemiec, ani dualnej monarchii austro-węgierskiej, ani carskiej Rosji.
Co więcej – na wschodzie Europy sytuacja była ustabilizowana, bo Lenin miał w 1918 r. większe problemy niż kontynuowanie wojny z państwami centralnymi, której wielkiego sensu kontynuowania nie widział, woląc zawrzeć taktyczny pokój. I na tym polska refleksja nad „wojną prowadzoną po to, aby zakończyć wojny” się zwykle kończy. Czasem dodaje się tylko trochę frazesów o Polakach walczących na jej frontach pod cudzymi sztandarami, o taktycznych sojuszach różnych opcji.
To, żeby I wojna światowa – choć wojen nie zakończyła, lecz zaowocowała kolejną, jeszcze straszniejszą – miała dla dzisiejszej Europy konstytutywny charakter, umyka naszej refleksji całkowicie. Związek pomiędzy hekatombą na Polach Flandrii, między przeoraniem tkanki społecznej we wszystkich biorących udział w konflikcie państwach, między rewolucją bolszewicką w Rosji – przypomnijmy choćby na marginesie niechętnie przywoływany w dziś obowiązującej narracji fakt, że to Rosja Radziecka jako jedno z pierwszych państw uznała prawo Polaków do samostanowienia – między tym wszystkim, co stanowiło faktycznie o końcu dziewiętnastowiecznego świata – jest w dla nas przynajmniej nieoczywisty. Starczyła nam niepodległość.
Rzecz jasna – niepodległość znaczyła wiele, bardzo wiele. Trudno spodziewać się, żebyśmy wówczas, mając pilniejsze sprawy na głowie, przeżywali tak bardzo to, co działo się z resztą Europy, ale żeby to aż tak ignorować w późniejszym okresie – wydaje się mimo wszystko niezrozumiałe. Nie tylko niezrozumiałe, ale i szkodliwe, bo czyni Polskę wyobcowaną, wyłączoną ze wspólnoty – i to wspólnoty szerszej niż tylko Unia Europejska, ale w skali całego kontynentu.
Domniemana unikalność polskiego doświadczenia tego ani nie tłumaczy, ani nie usprawiedliwia.
Niezrozumienie doświadczenia pierwszowojennego w Polsce jest jednak kluczem do całego szeregu mentalnych pułapek, w które jak bardzo skłonni jesteśmy wpadać – czy to rozkoszując się myślą o tym, jak to zostaliśmy zdradzeni (o świcie, lub nie), osaczeni przez wrogów, w naszej samotności wobec klęsk znajdując perwersyjną wręcz przyjemność. Bo istotą jego niezrozumienia jest to, że widziana z polskiej perspektywy wojna może być tylko „nasza” (czyli słuszna) i „nie nasza” – czyli pozbawiona znaczenia. A ta wpada w tę drugą kategorię.
W moich uneskowych czasach tak się składało, że przez szereg lat z rzędu 11 listopada spędzałem w Paryżu.
Wtedy jeszcze żyli nieliczni weterani Grande Guerre. Z roku na rok ich szpaler ustawiony przed Łukiem Triumfalnym robił się jednak z nieuniknionych powodów coraz krótszy i krótszy. Dziś – według mojej wiedzy – nie ma wśród żyjących ani jednego, choćby najmłodszego.

 

We Francji

pamięć o I wojnie światowej trwała zawsze.
Diametralnie inaczej niż w Polsce – to była „ich wojna”. O konkretną sprawę. Choćby o zmazanie klęski pod Sedanem w 1870 r., o odzyskanie Alzacji i Lotaryngii. Element patriotycznej interpretacji w wyobrażeniach Francuzów był niezwykle silny. Silniejszy pewnie, niż w jakimkolwiek innym kraju. Ale i w tym kraju pamięć o latach 1914-1918 zmieniała się, i tak jak odchodzili na wieczną wartę ostatni, którzy pamiętali błotniste okopy zachodniego frontu, którego przesunięcie o kilkaset metrów w tę czy drugą stronę okupywane były dziesiątkami tysięcy zabitych, tak i w świadomości Francuzów coraz bardziej dominować zaczął inny punkt widzenia, wcześniej obecny, na przykład, w Wielkiej Brytanii – że była to wojna okrutna i bezsensowna, pełna traumy i cierpienia, będąca efektem beztroskiej polityki przywódców przełomu wieków i rozbuchanych sprzeczności wąsko rozumianych interesów.
Bo dziś nie da się już o tej wojnie w Europie opowiadać językiem sztandarów, werbli i uwielbienia dla tej czy innej monarchii.
Kto by tak czynił, popadałby w groteskowe naśladownictwo tytułowego bohatera „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdy wygłaszał swoje patetyczno-patriotyczne cymbalstwa o tym, jak to pięknie jest polec za Najjaśniejszego Pana. W ten sposób dziedzictwo I wojny światowej, już za jej trwania trudnej do wytłumaczenia obywatelom, po stu latach ma tylko jeden wymiar – właśnie głęboko antywojenny. Nie jako wojny „naszej” lub „nie naszej”, ale takiej, w której wszystko jedno, kto w jakim mundurze został zabity i czy miał na głowie pikelhaubę czy hełm Adriana.

 

Europa tę drogę refleksji przeszła.

Dzięki temu 11 listopada 2018 r. w historycznym wagonie w Compiègne – replice tego, w którym w 1918 r. podpisano zawieszenie broni i w 1940 r. kapitulację Francji – mogli pojawić się prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Angela Merkel i usiąść w nim obok siebie – nie naprzeciw. Mogli pochylać się nad ofiarami i tym samym umacniać w Europie perspektywę dalszych lat pokoju i integracji.
Obchody te dla Rosji były na tyle ważne, żeby pojawił się na nich prezydent Władimir Putin, swoją obecnością przypominając, że I wojna światowa to nie tylko koszmar frontu zachodniego, ale i dramat, jaki rozgrywał się na Wschodzie.
A Polski w tej obróconej w przyszłość narracji nie ma.
Jest cały czas anachroniczny sposób postrzegania tej wojny „nie naszej”. I wybiórczo traktowanej pamięci, w której zapisane są jeśli nie heroiczne – ale tylko nasze – klęski, to zdarzenia, które da się ubrać w kostium makabryczno-heroicznej zabawy połączonej z patriotycznym pobrzękiwaniem szabelką, albo choć pałką lub racą.
Skansen minionej epoki – epoki, której początek końca miał właśnie miejsce w 1918 r.

 

To źle rokuje.

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?
Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.
Ciekawe, czy zadali sobie pytanie, jak by wyglądała niepodległość Polski, gdyby w 1919 r. polski rząd zignorował konferencję wersalską? Uważając, że nas to nie dotyczy.