Herold nacjonalistycznego paroksyzmu

O tym, o czym będzie poniżej, mógłbym powiedzieć – nie mój cyrk, nie moje małpy. Daleki, nawet bardzo daleki mi ideowo jest mi pisarz, o którym będzie mowa, ale w ocenie zjawisk artystycznych poglądy i sympatie powinny zejść na bok, zwłaszcza, gdy twórca niedawno, w lipcu, ukończył 85 lat, a jego zasługi dla literatury polskiej są niewątpliwe, nawet jeśli jego postawa polityczna na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zasługuje, z lewicowego punktu widzenia, na surową krytykę.

Napisać, że cztery opowieści Jarosława Marka Rymkiewicza, „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski” i „Rejtan. Upadek Polski” zelektryzowały opinię czytelniczą, to nic nie powiedzieć. Rymkiewicz, nie będąc epikiem w sensie gatunkowym, spowodował swoimi esejami iście epicki rezonans. Nie będąc epikiem, wniósł do polskiej literatury składnik dawno w niej nie spotykany – epickość emocjonalno-duchową. Nie jest tak, że wyrafinowany poeta, esteta, translator Calderona de la Barca, („Życie jest snem”, „Książę niezłomny”) i autor znakomitych, ale spokojnych esejów książkowych o Mickiewiczu (m.in. „Żmut”, „Baket”), o Słowackim („Juliusz Słowacki pyta o godzinę”), o Fredrze („Hrabia Fredro jest w złym humorze”), czy encyklopedii Leśmiana, przeobraził się w Lucyfera polskości, Szatana rozszalałej prawicowej polityczności nagle, ni stąd, ni zowąd. Ten demon rozwijał się w ciele zacnego eseisty, estety, spokojnego profesora w IBL przez lata, niczym „Obcy” w ciele ludzkim, w głośnym thrillerze science fiction Ridleya Scotta. „On tego smoka dawno już w sercu nosił” – chciałoby się przywołać z sienkiewiczowskiego „Potopu” okrzyk Zagłoby przeciw Radziwiłłowi podczas kiejdańskiej uczty. „Rozmowy polskie latem 1983 roku”, „Umschlagplatz” oraz „Wielki Książę, z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, a także niektóre wypowiedzi prasowe zwiastujące erupcję rymkiewiczowego Wezuwiusza – dziś to widać wyraźnie – były sejsmograficznymi objawami zbliżającego się wybuchu. Polskie namiętności rymkiewiczowe już w nich buzowały, dynamit buntu się kumulował, lont palił. Jeszcze, jeszcze zdążył Rymkiewicz otrzymać nagrodę literacką „Nike” od znanej Firmy za „Zachód słońca w Milanówku” jako cywilizowany i kulturalny poeta, ale już niebawem okazało się, że ów laur był niczym laur Hiszpanów z Grenady dla Almanzora, wręczony mu przed pocałowaniem. Najpierw wybuchło „Wieszanie”, namiętny esej o Insurekcji Kościuszkowskiej, w którym pisarz postawił tezę, że powieszenie króla Stanisława Augusta za zdradę narodu, z ostatnią, targowicką włącznie, byłoby chrztem politycznym Polaków, ich aktem wybicia się na dojrzały politycznie, nowoczesny naród, wyjściem ze stanu krępującej „niewinności”, która od stuleci jest naszym przekleństwem. Ponieważ insurgenci, jak wiadomo, króla Stasia nie powiesili (nad czym Rymkiewicz gorzko ubolewa na każdej stronie), sprawił sobie i czytelnikom historyczną, kompensacyjną fantasmagorię, w której król powieszony zostaje, a ksiądz-jakobin, „polski Robespierre” – Hugo Kołłątaj przygląda się temu z balkonu („Jam to nie chwalący się sprawił…”). Niedługo po „Wieszaniu” ukazała się druga część tej trylogii, esej równie mocny, wybuchowy, a może i mocniejszy jeszcze od poprzedniego, bo dotyczył bliższej znacznie przeszłości, a to mianowicie Powstania Warszawskiego, czyli „Kinderszenen”. Tu z kolei postawił autor tezę, że powstanie owo, a ściślej biorąc krwawa hekatomba powstańców i ludności cywilnej była dobra i potrzebna samym Polakom jako akt założycielski niezbędny do podtrzymywania fundamentów polskości. I że nie tylko wszelkie realistyczne wyrzekania na absurd decyzji o wznieceniu powstania, ale nawet zwyczajowe opłakiwanie ofiar i wychwalanie „bohaterstwa powstańców i ludności stolicy” nie mają tu nic do rzeczy. Polacy muszą raz na pół wieku dać się wyrżnąć, aby ocaleć jako Polacy właśnie, a kto nie chce, to pies go j…. Bo Polska jest potrzebna tylko Polakom – taki był przekaz Rymkiewicza. Wreszcie, jako trzecia część tej krwawej trylogii, ukazał się „Samuel Zborowski”, w którym Rymkiewicz dokonał radykalnego odrzucenia obowiązującej przez stulecia wykładni egzekucji dokonanej – nie własnoręcznie rzecz jasna – na Samuelu Zborowskim przez króla Stefana Batorego i jego prawą rękę, kanclerza Jana Zamoyskiego. Zgodnie z ową tradycyjną wykładnią, Zborowski był magnackim warchołem, który zapłacił głową za antypaństwowe warcholstwo i samowolę. W wykładni tej implicite zawarta była supozycja, że gdyby odtąd w podobny sposób postępowano z innymi warchołami, Rzeczpospolita by nie upadła, bo upadła jak wiadomo nierządem stojąc. Tymczasem Rymkiewicz zobaczył Samuela jako Króla Ducha, Zakładnika i Uosobienie jedynej w swoim rodzaju polskiej wolności, a nie tylko zwyklej, banalnej formy sprzeciwu przeciw opresji władzy. Pokazał Zborowskiego jako wzorzec z Sevres polskiego modelu wolności w ogóle.
Opowieści te, zwłaszcza dwie pierwsze, wywołały burzliwą dyskusję. W stopniu dominującym na szeroko rozumianej prawicy. Ze strony lewicy pojawiały się głównie pomruki i epitety w rodzaju „poeta-wieszatiel”. Obszerniejsze głosy po lewej stronie, w tym wyżej podpisanego, wychodziły punktu widzenia tradycyjnego ujęcia w duchu Realpolitik i niechęci do wszelakiej, szaleńczej, obłędnej i zgubnej tromtadracji narodowej. Atoli wszyscy byli zgodni, niektórzy z pewnym ociąganiem co prawda, że literatura jest to znakomita i nawet nie zgadzając się namiętnie z Rymkiewiczem nie sposób oderwać się od lektury. Że można na jego tezy pomstować i wierzgać, a jednocześnie, jako czytelnik, nurzać się w urokach rymkiewiczowskiego stylu jak kot w walerianie. Można je ponadto traktować poważnie, serio, jak część publicystów, ale można też uznać za „prowokację intelektualną, jako odpowiedź na ducha współczesności”. W książce, o której teraz będzie mowa, Marzena Woźniak-Łabieniec napisała: „Posługiwanie się przez Rymkiewicza od wielu lat prowokacją, jest odpowiedzią na ducha współczesności. (…) Autor ma świadomość, że żyjemy w czasach, kiedy tylko przekaz wyrażony za pomocą ekspresywnych środków wyrazu, wywołujący silne emocje, czasem szokujący, zostaje w ogóle zauważony i ma szanse pobudzić do myślenia (…)”. Jest Rymkiewicz jedynie dobrotliwym starszym panem, który muchy by nie skrzywdził i tylko bawi się w hallowyn lub opowiada wnukom bajki braci Grimm, czy czy żądnym krwi potworem? Bliżej jestem pierwszej supozycji, ale nie ma to aż tak bardzo istotnego znaczenia, liczy się bowiem fakt ogromnego rezonansu jego książek. Nie można przecież wszakże zapomnieć, że byliśmy niedawno świadkami procesu, jaki Rymkiewiczowi wytoczył redaktor tej samej gazety, która nagrodziła go kiedyś „Nike”. Cóż, tempora mutantur…
Ukazał się też, pod tytułem „Spór o Rymkiewicza, a redakcją Tomasza Rowińskiego (również autora szkicu „Polska jako potwór doktora Frankensteina. Uwagi o myśli politycznej Jarosława Marka Rymkiewicza”), blisko pół tysiąca stron tekstów poświęconych trylogii Rymkiewicza i – poza jednym pierwodrukiem – opublikowanych na łamach szeregu tytułów prawicowej prasy codziennej i periodycznej, od „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” po „Arcana” i Frondę” Są teksty zdecydowanych stronników Rymkiewicza, jak Piotr Semka, Zdzisław Krasnodębski czy Marek Cichocki, jego krytyków jak Agata Bielik Robson czy Cezary Michalski, są teksty ambiwalentne w stosunku do wymowy jego prozy, jak szkice Grzegorza Górnego, Jarosława Klejnockiego czy Jacka Trznadla, analityczne, jak Jadwigi Staniszkis czy literackie fantazje w rodzaju fantasmagorii o „wieszaniu 1989” Szczepana Twardocha. Pojawiają się nawet politycy, Jan Rokita i Ludwik Dorn w rozmowach z Cezarym Michalskim. To tylko część nazwisk, ale już samo zestawienie prowokuje do uwagi krytycznej. Są to bowiem nazwiska (łącznie z ówczesnym Cezarym Michalskim) z kręgu szeroko rozumianej prawicy, katolickiej, konserwatywnej, liberalno-konserwatywnej. Jest też co prawda daleki od prawicy Jarosław Klejnocki i autorka obiektywizujących szkiców Dorota Wojda, ale nie ma głosów z jednoznacznej lewicy, z prasy lewicowej, a takich ukazało się sporo Czyni to ten skądinąd frapujący zbiór zanadto endogennym treściowo, wsobnym, tak jakby redaktor zbioru zlekceważył tę stronę opinii lub nie chciał oddać jej ani piędzi pola sporu, wykluczając ją (nomen omen?) poza nawias opinii polskiej. To wada tej publikacji, bo zawęża realną perspektywę opinii i czyni obraz niepełnym, a przez to cokolwiek zniekształconym. Nie zmienia to faktu, że „Spór o Rymkiewicza” czyta się z zaciekawieniem. Także dlatego, że nie mówiąc o trylogii Rymkiewicza, mówi on jednocześnie o wielu węzłowych zagadnieniach historii Polski.
Kilkanaście lat temu JMR przyjął rolę krzewiciela i herolda polskiego paroksyzmu nacjonalistycznego. Rządy nacjonalistycznej prawicy PiS zaspokoiły jego marzenia chyba z naddatkiem. Prezes PiS, adresat jego wiersza-inwokacji napisanego tuż po katastrofie smoleńskiej, nie zawiódł chyba jego oczekiwań. Takiej inflacji „polskości”, takiego jej dokuczliwego i o mdłości przyprawiającego nadmiaru, jakiego nie mógłbym wyśnić nawet w najbardziej koszmarnych snach, nie było chyba jeszcze w historii, więc ceniony przeze mnie pisarz, choć bardzo nielubiany ideolog, powinien być zadowolony. Należę do tych, bardzo licznych, którzy marzą o przynoszącym ulgę końcu tego okropnego spektaklu.

Idee, ideologie i ludzie żywi

Idee rodzą się i umierają. To znaczy nie rodzą się same, rodzą je ludzie, społeczeństwa kultury. Zmieniają się razem ze społeczeństwami, zmieniają znaczenia, konotacje, strony, wyznawców. Czasem ktoś je połączy, nazwie systemem i stworzy ideologię.

Ideologie to zracjonalizowane i uspołecznione fantazje na temat otaczającej nas rzeczywistości nas samych, społeczeństw w których żyjemy.

Żyjemy wewnątrz swoich ideologii. Jedni próbują je kształtować, inni wcielać je w życie, niektórzy po prostu żyją w zgodzie z nimi, świadomie i aktywnie lub tylko biernie. Ci ostatni są jak Grzegorz Dyndała, mówią ideologią jak prozą, nawet gdy nie zdają sobie z tego sprawy. Nie ma świata (człowieka) bez ideologii.

Generalnie ideologie są dobre, choć niektóre mogą być złe. Jednak dopóki można o nich dyskutować, rozważać je i rozbierać na elementy, mamy możliwość spoglądania na rzeczywistość przez pryzmat tej czy innej ideologii. Możemy sprawdzić, że da się ją skorygować, poprawić. Ideologie umożliwiają aktywną zmianę rzeczywistości. Czasem na lepsze, czasem na gorsze, czasem dopiero po wielu latach możemy się zorientować jaki naprawdę był ich wpływ.

Jeżeli w systemie politycznym rządy odżegnują się od ideologii to wcale nie znaczy, że jej nie posiadają. Wręcz przeciwnie, posiadają ją i albo jest ona ideologią dominującą albo chcą ją wyłączyć spod wszelkiej możliwej krytyki.

Z ideologią dominującą mieliśmy do czynienia w zasadzie od roku 2001. Wszystkie strony gry politycznej uznały, że chcą budować kapitalizm a różnice w planach budowy były tylko natury kosmetycznej. Tu więcej różu, tam kryjący podkład, a czasem nawet maseczka.

Brak publicznej debaty i umiejętnie dobrany doktrynalny makijaż sprawił, że pojawił się ruchy kontestujące układ. Z rożnych powodów i różnymi skutkami. Od Samoobrony przez ruchy Palikota, Kukiza, Razem, Nowoczesną, Konfederację aż po Hołownię.

Względne sukcesy akcji kontestacyjnych zachęciły zapewne taktyków PiS do zanegowania całego dominującego układu. Choć w zasadzie negacja dotyczyła jedynie części rządzących elit, to należało znaleźć ideologiczną alternatywę dominującej ideologii.

Eliminowanie sporów z debaty publicznej prowadzi do likwidacji samej debaty. Debata albo zamiera, albo jest wyciszana. Albo jedno i drugie. Taki proces wyciszania debaty realizowany był przez okres rządów PO. Realizowano przecież politykę racji stanu, stanu rządzącego.

W zasadzie teraz jest podobnie z tą tylko różnicą, że zmienił się stan rządzących. Skoro jednak odrzucono ideologie, wszystkie, to trzeba zmienić też makijaż.

PiS nie szukał nowych środków, sięgnął po stare. PiS jest po prostu sanacją Sanacji. Z drobnymi zapożyczeniami od Salazara, czy włoskich faszystów. Takim naszym, polskim powrotem do przeszłości. To prawda, że niektórym rządy PiS kojarzą się z rządami PRL-u. Można powiedzieć że są dwa źródła takich skojarzeń. Jednym PRL kojarzy się ze złem wszelakim, więc i PiS kojarzyć się musi z PRL-em. Drudzy pamiętają PRL i widzą podobieństwa w sposobie sprawowania władzy. Zapominają o różnicach oraz o tym, że reżimy niedemokratyczne używają podobnych sposobów by zapewnić sobie trwanie u władzy.

PiS ma więc swoją ideologię, choć się do niej nie przyznaje, bo nie ma zamiaru z nikim o niej dyskutować. To właśnie taka neokonserwatywna, sanacja sanacji.

Doktryna praw człowieka też wyrasta z pewnej ideologii. To ideologia z grupy konwergentnych, która próbowała łączyć socjalizm z liberalizmem, nawiązując trochę do rewolucji francuskiej. Powstała w reakcji na zbrodnie faszyzmu oraz ofensywę realnego socjalizmu. Wpisywała się, i nadal wpisuje doskonale, w demokratyczny socjalizm, i może dlatego więcej się mówi o prawach człowieka niż się je stosuje. W Polsce o prawach człowieka mówiło się niewiele, może zostałyby całkiem zapomniane. Jako taka niewygodna dosyć ideologia. Prawa człowieka zostały przez rządzących sprowadzone do, niebezpiecznych a jakże, promowania ideologii gender czyli obrony mniejszości, głównie seksualnych, jak by to tylko ich dotyczyły. Ideologii gender oczywiście nie ma, co nie znaczy, że prawa człowieka nie obejmują ochrony jego seksualności. Ideologie są bardzo ważne, bo człowiek bez ideologii jest co najwyżej nieowłosioną małpą, lub człowiekiem bez praw. Ideologia nie zastępuje religii natomiast zawsze źle się dzieje jeśli religia zastępuje ideologię.

Dlatego konkordat trzeba wypowiedzieć.

Posępne rozmyślania o Leninie

Sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Lenina skłania do refleksji dotyczących jego złożonej osobowości, wpływu jaki wywarł na losy Rosji i świata, a także na temat celów jakie sobie postawił i wyników jakie osiągnął. Mimo ogromnej pracy licznej rzeszy historyków i publicystów ciągle brak odpowiedzi na wiele pytań.

Włodzimierz Uljanow był konsekwentnym rewolucjonistą, wrogiem ustroju w którym wyrastał korzystając ze swej uprzywilejowanej pozycji. Kiedy miał dwanaście lat jego ojciec Ilja Nikołajewicz – zasłużony kurator szkolny – otrzymał szlachectwo, które obejmowało całą rodzinę. Stąd też Uljanow w oficjalnych pismach do władz pod nazwiskiem dopisywał – szlachcic (dworianin) z 1882 roku. Pobyt w domu rodzinnym dał mu znajomość języków obcych. Matka Maria Aleksandrowna (z domu Blank) pochodziła z rodziny niemieckiej zamieszkałej w Odessie. Posługiwała się literackim niemieckim i rosyjskim. Samodzielnie opanowała angielski i francuski. Skutecznie przekazywała swe umiejętności lingwistyczne dzieciom.
Włodzimierz Uljanow wiedzę prawniczą wyniósł z uniwersytetu w Kazaniu. Rozległą wiedzę z zakresu ekonomii, filozofii i historii zdobył poprzez samodzielne lektury. Przynależność do stanu szlacheckiego sprawiała, że przyszły Lenin jako przestępca polityczny był traktowany lepiej niż jego współtowarzysze wywodzący się z plebsu. W ciągu trzyletniego zesłania na Syberii, we wsi Suszenskoje zajmował się polowaniem, pisaniem książek oraz tłumaczeniem z niemieckiego i angielskiego na rosyjski. Ze skarbu państwa otrzymywał miesięcznie osiem rubli. Była to kwota skromna, ale wystarczająca na wynajmowanie pokoju w chłopskiej chacie oraz na opłacenie posiłków, które przygotowywała żona gospodarza. Od czasu do czasu otrzymywał pieniądze od matki, która przesłała mu też strzelbę, aby mógł polować. Pobyt w syberyjskiej wsi nie oznaczał zupełnego odcięcia od świata. Uljanow korespondował z wieloma rosyjskimi marksistami, otrzymywał czasopisma i książki z Rosji i z zagranicy.
Fakt, że był bratem Aleksandra – konspiratora straconego za udział w spisku powodował, iż stanowił obiekt specjalnego zainteresowania carskiej policji. Nie było to jednak istotną przeszkodą w jego działalności. Gdy wnioskował o paszport to go otrzymywał i legalnie wyjeżdżał za granicę. Wiele lat spędził w Genewie i w Paryżu. Bywał w Anglii i Szwecji. Odwiedzał mieszkającego na Capri Maksyma Gorkiego. Często grali w szachy. Dobrze poznał Europę Zachodnią. Było to ważne w jego pracy publicystycznej, redaktorskiej, naukowej i organizatorskiej. Praca ta – przy pomocy publikacji przemycanych do Rosji – uczyniła go znanym autorem i przywódcą politycznym. Stał się Leninem. Warto dodać, że nie była ona skuteczną metodą zarobkowania.
Matka Lenina posiadające roczną rentę w wysokości 1200 wymienialnych na złoto rubli ciągle pomagała synowi. Gdy zmarła w roku 1916 znalazł się on w poważnych kłopotach finansowych.
Lenin – publicysta
Z właściwą mu pasją publicysty piętnował Lenin imperialną politykę caratu. W pierwszym numerze „Iskry” (11 grudnia 1900) ukazał się jego artykuł o wojnie w Chinach. „Chciwe łapy europejskich kapitalistów są wyciągnięte w stronę Chin. Prawie pierwszy był rząd rosyjski, który zapewniał o swej bezinteresowności. „Bezinteresownie” zabrał Chinom Port Arthur i rozpoczął budowę linii kolejowej przez Mandżurię pod ochroną rosyjskiego wojska. Kiedy napotykali na opór palili całe wsie, topili ludzi w rzece Amur, rozstrzeliwali i zabijali bagnetami bezbronnych mieszkańców, ich żony i dzieci. I wszystkim tym chrześcijańskim uczynkom towarzyszyły okrzyki oburzenia na dzikiego Chińczyka, który ośmielił się podnieść rękę na cywilizowanych Europejczyków”. (Cyt. za: L. Fischer The Life of Lenin, N. Y. 1964 s. 35)
W początkach I Wojny Światowej pisał: „Jesteśmy pełni poczucia dumy narodowej i stąd szczególna nienawiść do naszej niewolniczej przeszłości, kiedy to arystokraci prowadzili chłopów na wojny mające zniszczyć wolność Węgier, Polski, Persji i Chin i do naszej niewolniczej teraźniejszości, kiedy ci sami obszarnicy, sojusznicy kapitalistów prowadzili nas na wojnę , aby zdusić Polskę, Ukrainę. Nikogo nie można ganić za to, że urodził się niewolnikiem. Ale niewolnik, który nie tylko nie wykazuje dążenia do wolności, ale jeszcze usprawiedliwia i sławi swoje zniewolenie (kiedy uważa np. zdławienie Polski, Ukrainy i t. d. za” obronę ojczyzny” Wielkorusów ), taki niewolnik wywołuje słuszne uczucie oburzenia, pogardy i obrzydzenia” (cyt. za: L. Fischer, s. 86).
Sprawy polskie
Polskim więźniom i zesłańcom Rewolucja Październikowa stworzyła możliwość powrotu i podjęcia działań na rzecz odbudowy Państwa Polskiego.
10 listopada 1918 roku na Dworzec Wiedeński w Warszawie przybyli – Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski. Wśród witających był Aleksander Prystor, który „zwolniony z więzienia w Rosji przez rewolucję znalazł się w Warszawie”(W. Jedrzejewicz Józef Piłsudski, Londyn 1993, s. 56).


Wiele lat temu przebywając w Moskwie odprowadzałem na Dworzec Białoruski inż. Romana Wirkutowicza – prezesa Głównego Urzędu Miar a zarazem cenionego znawcę Rosji i języka rosyjskiego. Kiedy wchodziliśmy na peron Wirkutowicz stwierdził: „To najpiękniejszy, najwspanialszy dworzec na świecie. „ Zapytałem, dlaczego tak sądzi. Dowiedziałem się, że w roku 1918 mój rozmówca po sześciu miesiącach pieszej wędrówki z Syberii dotarł do Moskwy. Tutaj, na Dworcu Białoruskim wsiadł do pociągu, który go zawiózł do Warszawy.


W roku 1920, kiedy Armia Czerwona wypierała Polskie Wojsko z Ukrainy Lenin był zwolennikiem marszu wgłąb Polski i dalej, do Niemiec, aby spowodować rewolucję w obu państwach. Jak pisał Louis Fischer (op. cit. s. 392 – 393) byli temu przeciwni – Lew Trocki, Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński i Karl Radek, którzy sądzili, że sytuacja w Polsce nie dojrzała do rewolucji. Podobne stanowisko początkowo zajmował Stalin. Zmienił je, gdy przekonał się o stanowczości Lenina. Urodzony w Polsce Karl Radek w oparciu o rozeznanie zdobyte w czasie pobytu w Polsce i w Niemczech w roku 1918 przekonywał Lenina, że rewolucja w obu państwach byłaby przedwczesna. Bezskutecznie. Natomiast carski generał Brusiłow chętnie by pomógł bolszewikom, gdyż w marszu wgłąb Polski widział szansę na przywrócenie rosyjskiej dominacji. Propozycję tą Trocki przyjął jako obelgę.
Obsesją Lenina była rewolucja. Natomiast dla Polaków – bez względu na poglądy polityczne, zagrożenie bolszewickie było czynnikiem mobilizującym do obrony. Wyruszył na wojnę legionista Władysław Broniewski. Zawodowy oficer, podpułkownik Michał Żymierski – w trakcie tej wojny awansował na pułkownika.


W roku 1950 na zebraniu partyjnym PZPR na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego jakiś student zapytał prof. Jana Wasilkowskiego, co robił w roku 1920. Zapytany wyjaśnił, że w roku 1920 miał 22 lata i jak większość jego rówieśników zgłosił się na ochotnika do wojska, aby bić bolszewików. Prof. Wasilkowski mógł sobie pozwolić na szczerość, gdyż był wówczas rektorem Uniwersytetu i członkiem Komitetu Centralnego.
Pionier gospodarki mieszanej
Kiedy t. zw. komunizm wojenny doprowadził Rosję na skraj bankructwa w lutym 1921 roku Lenin dokonał gwałtownego zwrotu. Była nim tzw. Nowa Polityka Ekonomiczna (NEP). Nieczynne, skonfiskowane sklepy i warsztaty wznowiły działalność. W sklepach pojawiły się nawet francuskie koniaki, które zapobiegliwi właściciele zdołali uchronić przed konfiskatami. Historyk Ronaldo Cameron w następujący sposób przedstawił zakres NEP – u: „Przywrócono prywatną własność drobnych zakładów przemysłowych (zatrudniających mniej niż 20 robotników), zezwalając im na produkcję na rynek, niektóre już istniejące zakłady przemysłowe wydzierżawiono zagranicznym przedsiębiorcom, wydawano też specjalne koncesje na tworzenie nowych zakładów. Ale tak zwane strategiczne punkty gospodarki (wielkie zakłady przemysłowe, transport i komunikacja, banki i handel zagraniczny) pozostały własnością państwa i ono też nimi zarządzało. NEP obejmował też program szybkiej elektryfikacji, zakładanie szkół technicznych kształcących inżynierów i zarządców przemysłu oraz poprawę systemu organizacyjnego państwowego sektora gospodarki. Mimo dalszych trudności w stosunkach z chłopami nastąpił wzrost produkcji zarówno przemysłowej jak i rolniczej. W roku 1926 lub 1927 w dużej mierze osiągnięto jej przedwojenny poziom. „ (R. Cameron Hisstoria gospodarcza świata, Warszawa 1990, s. 393). Tak więc stworzona poprzez NEP gospodarka państwowo – prywatna okazała się efektywna.
W Stanach Zjednoczonych po wielkim krachu giełdowym w roku 1929 podjęte zostały działania antykryzysowe m. in poprzez zakładanie przedsiębiorstw państwowych. Utworzona w 1933 roku Tennessee Valley Authority – korporacja posiadająca uprawnienia władzy państwowej połączone z elastycznością i inicjatywą przedsiębiorstwa prywatnego – stworzyła możliwość rozwiązania problemów gospodarczych w całym regionie. Utworzona w 1935 roku Administracja Elektryfikacji Wiejskiej (Rural Electrification Administration) zapewniła prąd farmerom pracującym w rozproszonych na rozległych terenach gospodarstwach. Przedsiębiorstwo państwowe zrealizowało to, co dla prywatnych było nieopłacalne. (W. Miller A History of the United States, N. Y. 1958, s. 415)
Przedsiębiorstwa będące własnością władz federalnych, stanowych i lokalnych stopniowo nadawały gospodarce amerykańskiej charakter gospodarki mieszanej. Nacjonalizacja kluczowych sektorów przez rząd Partii Pracy oznaczała kształtowanie gospodarki mieszanej w Wielkiej Brytanii. Ważne koncerny państwowe funkcjonują m. in. we Francji i w Austrii. Niektóre z nich uczestniczyły w programie polskiej prywatyzacji.
Warto przypomnieć, że ważnym wydarzeniem roku 1936 było opublikowanie dzieła Johna M. Keynesa Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza zawierającego teoretyczne koncepcje oddziaływania państwa na gospodarkę. Koncepcje te rozwijali i popularyzowali m. in. noblista Paul A. Samuelson i John K. Galbraith.
W świecie współczesnym najpoważniejszych argumentów na rzecz efektywności gospodarki mieszanej dostarczyła wielka chińska reforma zapoczątkowana w roku 1978. Niektórzy autorzy porównują tą reformę z NEP – em. W perspektywie historycznej Lenin jawi się im jako pionier gospodarki mieszanej. Należy jednak podkreślić, że reforma chińska wynikła ze specyficznie chińskich doświadczeń a nie z historycznych doświadczeń Rosji.
Ameryka, Taylor i Hammer
Lenin zdawał sobie sprawę ze znaczenia Stanów Zjednoczonych dla modernizacji Rosji. Amerykańskie firmy sprowadzały maszyny i urządzenia, których w Rosji nie było. Rosyjscy inżynierowie i robotnicy zdobywali w tych firmach unikalną wiedzę i doświadczenie. Dlatego też w roku 1818 zakłady należące do takich koncernów jak International Harvester, Singer Sewing Machine Company i Westinghouse Brake Company nie zostały znacjonalizowane. W okresie istnienia Związku Radzieckiego wielokrotnie cytowano powiedzenie Lenina, że komunizm to władza rad plus elektryfikacja całego kraju . Cytat ten był nadmiernie skrócony. Prócz władzy rad i elektryfikacji Lenin wymienił jeszcze dwa „plusy” – niemiecki porządek dróg żelaznych i amerykański system powszechnej oświaty.
W XIX wieku dominujący w Ameryce protestanci traktowali na serio wymóg codziennego czytania Biblii. Protestant nie mógł być analfabetą. Do nauki czytania i pisania potrzebni byli oczywiście nauczyciele, których kształcono w wyższych uczelniach pedagogicznych (teachers’colleges). Z czasem stawały się one uniwersytetami stanowymi. Gęsta sieć szkół i uniwersytetów miała ogromny wpływ na szybki rozwój gospodarczy byłej kolonii brytyjskiej.
Lenin podobnie jak inni obserwatorzy amerykańskiej rzeczywistości był zachwycony amerykańskim zmysłem praktycznym oraz wynikającą z tego zmysłu skutecznością w pracy. Zachwyt ten podzielał m. in. Stalin, który w kwietniu 1924 roku powiedział: „Amerykański zmysł praktyczny jest… odtrutką na „rewolucyjną” maniłowszczyznę i fantastyczne improwizowanie. Amerykański zmysł praktyczny – to owa nieugięta siła, która nie zna i nie uznaje przeszkód, która swą rzeczową uporczywością obala wszelkie przeszkody, która musi doprowadzić do końca już rozpoczęte dzieło, jeśli nawet jest to dzieło niewielkie, i bez której nie można sobie wyobrazić żadnej poważnej twórczej pracy. […]Połączenie rosyjskiego rozmachu rewolucyjnego z amerykańskim zmysłem praktycznym – oto istota leninizmu w pracy partyjnej i państwowej”. (J. Stalin O podstawach leninizmu. Przyczynek do zagadnień leninizmu, Warszawa 1949, s. 176 – 177).
Uwagę Lenina przyciągały metody efektywnej pracy produkcyjnej opracowane przez amerykańskiego wynalazcę i jednego z pionierów wiedzy o zarządzaniu – Fredericka Taylora. Lenin był zdania, że tayloryzm to metoda wyciskania potu z robotnika, ale jednocześnie to ostatnie słowo w naukowej organizacji pracy. Ta ocena sprawiła, że tayloryzm w ZSRR stosowny był dłużej aniżeli w USA. Po roku 1945 znalazł zastosowanie w powojennej odbudowie Warszawy w postaci „trójek murarskich”. Tyle, że ówczesna propaganda głosiła, że „trójki” to pomysł radzieckich robotników – innowatorów. W roku 1966 w wywiadzie prasowym polski pionier „trójek murarskich” Michał Krajewski oddał sprawiedliwość Taylorowi. Krajewski imponował nie tylko sprawnością w pracy, ale i niezwykłym oczytaniem. Do lektur tego samouka należała m. in. Emanuela Kanta Krytyka czystego rozumu.
Jednym z ważnych zagranicznych rozmówców Lenina okazał się młody amerykański lekarz Armand Hammer. Dzięki protekcji Lenina stał się przedsiębiorcą, który po latach zyskał przydomek – „ukochany kapitalista Kremla”.
Zwiedzając Moskwę Hammer widział w sklepach duże ilości futer dostarczanych przez syberyjskich myśliwych i szlachetnych kamieni znalezionych na Uralu. Nikt ich nie kupował. W tym czasie w głodującej Rosji brakowało zboża. Hammer doprowadził do wielkich transakcji barterowych. Do Ameryki popłynęły statki z futrami i kamieniami szlachetnymi. Do Rosji statki transportowały zboże. Prowizje od tych transakcji stały się zaczątkiem ogromnej fortuny Hammera.
Kiedy w Ameryce ustanowiono radzieckie przedstawicielstwo handlowe pośrednik nie był już potrzebny. W tej sytuacji Hammer założył w Moskwie nowoczesną na owe czasy fabrykę ołówków. Kampania walki z analfabetyzmem stwarzała na nie ogromny popyt. Po latach, kiedy Lenina zabrakło a Stalin umocnił swą władzę i zlikwidował NEP Hammer przezornie powrócił do Stanów Zjednoczonych.
Fanatyczny dogmatyk czy bezideowy pragmatyk?
Na temat Lenina i leninizmu napisano tyle książek, że prawdopodobnie trzeba by je umieścić w dwóch dużych szafach bibliotecznych. Jedną wypełniałyby książki autorów dowodzących, że Lenin był fanatykiem niezdolnym do wyjścia poza uznawany przez siebie system dogmatów. W drugiej znalazłyby się książki dowodzące , że był pragmatycznym politykiem, taktykiem dla którego ideologia nie miała istotnego znaczenia. Warto podkreślić, że autorzy reprezentujący zarówno jedną jak idrugą szkołę myślenia podali liczne dowody i poważne argumenty.
Zniuansowaną charakterystykę Lenina przedstawił jego biograf Louis Fischer: „Lenin był dyktatorem, ale nie takim dyktatorem jakim później stał się Stalin. Stosował maksimum przemocy i minimum miłosierdzia wobec ludzi, których uważał za swych wrogów politycznych; tych którzy kwestionowali monopol władzy partii komunistycznej i jej zarządzenia. Jednakże wewnątrz bolszewickiego aparatu władzy swą uporczywą perswazją powodował zmęczenie swych komunistycznych oponentów, w najgorszym razie ich dymisjonował, czasami usuwał z partii. W rzadkich przypadkach stosował banicję, ale nie wysyłał przed pluton egzekucyjny. Dyktował siłą woli, wytrwałością, witalnością, przewagą intelektualną, talentem kierowniczym, wigorem polemicznym, zmysłem praktycznym i perswazją. Władza sama w sobie jest potężnym argumentem, a używana przez tak chytrego polityka jak Lenin z jego prestiżem i sukcesem (ocalił rewolucję bolszewicką) była wystarczająca do przezwyciężania antagonizmów w partii. Na oponentach robiła wrażenie jego lotność umysłu. Jego nieposkromiona determinacja zniechęcała ich do działania. Wiedzieli, że nie można go pokonać. Po podjęciu decyzji nie ustępował ani na jotę. Nigdy się nie wahał podjąć decyzję. Był silny a jego polityczna zbroja nie miała śladów słabości. Nikt nie mógł mu zarzucić, że chciał coś dla siebie. Żaden inny bolszewicki przywódca (Trocki, Rykow, Dzierżyński, Stalin, Kamieniew, Bucharin czy Zinowjew) nie posiadał nawet ułamka leninowskiej pewności siebie będącej owocem fanatyzmu. Ale fanatyzm temperował on trzeźwością spojrzenia. Przyznawał się do błędów gdyż jego pozycja była niepodważalna. Dobrze traktował krytyków i tym ich rozbrajał. Jednowładcze przywództwo, odporne na popularne veto było jego najwyższym prawem. Rosja znała ten system od wieków. On go udoskonalił. Lenin zasiadł na Kremlu z powodu niedbałego luzu carów i Kiereńskiego. On tego rodzaju postawy nie tolerował. „ (L. Fischer op. cit. s. 524).
W pracy Państwo i rewolucja Lenin zapowiadał egalitaryzm płacowy i zniesienie wszelkich przywilejów. Przewidywał proces obumierania państwa. Po dojściu do władzy zalegalizował przywileje i zróżnicowanie płac. Aparat władzy rozszerzał się. Państwo kontrolowało coraz więcej dziedzin ludzkiej egzystencji. I było bardziej represyjne niż carskie imperium.
Lenin uczynił wiele dla poprawy warunków egzystencji robotników. Tyle, że nie w ZSRR lecz w świecie kapitalistycznym. Widmo rewolucji bolszewickiej znane jako „czerwony postrach” (red scare) skłaniało do ustępstw płacowych i poprawy warunków pracy nawet bardzo skąpych i upartych kapitalistów.
Awans społeczny
Zapoczątkowana przez Lenina społeczna reakcja łańcuchowa – od likwidowania analfabetyzmu do masowego kształcenia lekarzy, oficerów. inżynierów i pracowników nauki oznaczała ogromną zmianę warunków i stylu życia milionów ludzi. We wstępie do Manifestu komunistycznego jego autorzy wygłosili wielką pochwałę burżuazji, która ze zdumiewającą szybkością zmieniała świat, która nie może istnieć bez ciągłego rewolucjonizowania narzędzi pracy i która wyzwoliła znaczną część ludzkości od „idiotyzmu życia wiejskiego”. W Związku Radzieckim nie burżuazja lecz władza bolszewicka mobilizowała do nauki i pracy w mieście. Dla młodych ludzi wydostanie się z nędznego i prymitywnego wiejskiego bytowania było awansem, który sobie cenili. Stąd też wielu z nich gloryfikowało Lenina i akceptowało radziecką propagandę. Niektórzy z nich weszli do struktur stosujących terror bądź z nimi współpracowali. W swoim czasie sowietolodzy dziwili się zdumiewającemu połączeniu terroru i entuzjazmu w społeczeństwie radzieckim. Połączenie to miało swoje uzasadnienie.


Zdaniem Fischera gdyby Uljanow nie stał się Leninem, który wszedł do historii mógłby zostać profesorem ekonomii, wziętym adwokatem lub arcymistrzem przy szachownicy. Gdyby istotnie coś takiego się wydarzyło żylibyśmy w innym świecie.
Tylko czy byłby to świat lepszy czy gorszy?

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.

Nie wkurzaj mnie, bo zamówię u LGBT zniszczenie Twojej rodziny

20 lipca 2019 przez Białystok przeszedł marsz dewiantów. To nachalna, agresywna propaganda, która próbuje wedrzeć się do naszych domostw i zburzyć wielowiekową tradycję szacunku i godności, na której opiera się europejska cywilizacja. Ekscesy marszu nienormalnych przeszły najśmielsze oczekiwania. Po drugiej stronie szedł zaś Marsz Równości. Na starcie marszu pojawili się „kibice” skandujący agresywne i wulgarne hasła. Poleciały petardy, race, kamienie, butelki. Takie owoce przynosi kościelna nagonka na osoby LGBT.
Orientacja seksualna nie jest przedmiotem wyboru, zaś nienawiść – już tak. Nienawiść nie jest właściwie nawet poglądem – jest aktem agresji, wymierzonym w świat; jest antyspołeczna, antyhumanistyczna, antyludzka. Rzucanie petard, rac, kamieni, wyzwisk, butelek i innych przedmiotów w stronę uczestników białostockiego Marszu Równości to efekt wielu lat polityki nienawiści uprawianej przez polski kościół katolicki i prawicowe ugrupowania polityczne. Homofobiczna przemoc to też efekt zakazywania marszów przez prezydentów z Platformy Obywatelskiej. Tego, że przez 8 lat PO nie wprowadziła nawet związków partnerskich, że głaskała hierarchów kościelnych po głowach.
Nie istnieje coś takiego jak „ideologia LGBT”. O prawa LGBT upominają się ludzie należący do różnych grup społecznych i o różnych poglądach. Nie oferują całościowego, pożądanego obrazu świata, a jedynie upominają się o prawa jednostek, w ramach istniejącego porządku. Ci, którzy szczują przeciwko „ideologii LGBT” albo usprawiedliwiają szczucie – czy to z sejmowej trybuny, w mediach czy z ambony – są współwinni tym odrażającym aktom agresji z Białegostoku. Wyzwiska i groźby. Oplucia. Pobicia. Obrzucanie śmieciami, kamieniami, petardami i jajkami. Oblewanie moczem z butelek. To wszystko stało się ludziom z krwi i kości – osobom LGBT i ich sojusznikom, a nie żadnej „ideologii”. Bici byli geje, lesbijki, osoby niebinarne. Marsz był Marszem Równości. A przemoc – skutkiem homofobii, którą nie mniej niż propaganda PiS i Kościoła, zasila brak odwagi centrowych polityków do nazywania rzeczy po imieniu, którzy mówią, że z homoseksualizmem „nie należy się obnosić”.
Od kilku dni polska opinia publiczna zelektryzowana była słynnymi wlepkami Gazety Polskiej „Strefa Wolna od LGBT”. W ten sposób finansowana przez rząd, prawicowa gadzinówka nawiązała do tradycji ruchów politycznych, w roli których spadkobierców polska prawica się obsadziła już kilka lat temu – faszystów, narodowych socjalistów i innych grup ksenofobicznych i homofobicznych. Redaktor Sakiewicz widocznie uznał, że tak, jak w okresie okupacji niemieckiej istniały strefy tylko dla Niemców, oraz strefy „Judenfrei” (wolne od Żydów), tak analogiczne rozwiązania są dlań pożądane i teraz, i nie ma co specjalnie kryć się z nazistowskimi źródłami inspiracji polskiej prawicy. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż Gazeta Polska dopuściła się plagiatu naklejek wyprodukowanych wcześniej w Londynie przez fundamentalistyczne organizacje radykalnego islamu w 2011 roku. Haniebna akcja „Strefa wolna od LGBT” pokazuje, że są Polacy niemogący znieść wokół siebie czyichś odmiennych poglądów na życie i miłość – muszą usunąć te poglądy i ludzi ich głoszących ze wspólnoty. To myślenie faszystowskie w czystej postaci.
Kościół widząc ataki na osoby nieheteronormatywne i nie zabierając głosu, zachowuje się tak, jak ci, którzy widząc zło, odwracają się od niego plecami. Lecz biskupi właśnie to zło wzniecają. Strefy wolne od LGBT to praktyczna realizacja ich nienawistnej, katolickiej ideologii. Zatem żyjemy w państwie, w którym za założenie koszulki „Konstytucja” na pomniku Lecha Kaczyńskiego otrzymuje się zarzut znieważenia pomnika, a policja puka do Twoich drzwi o 6:00 rano, a za zrobienie grafiki, z Matką Boską z tęczową aureolą – dochodzi do zatrzymania Elżbiety
Podleśnej z podejrzeniem o profanację; jednakże czym jest pobicie uczestników Marszu Równości? Aktem patriotycznym wspartym różańcem.
Konserwatywny radykalizm jest niebezpieczny w każdej formie. Na ulicach Białegostoku zobaczyliśmy jaką Polskę proponuje nam prawica. Nie ma istotnościowej różnicy pomiędzy terrorystami z Al-Kaidy, działaczami partii nazistowskiej i SS-mannami, fundamentalistami katolickimi, odpowiedzialnymi za liczne, brutalne zamachy przedstawicielami radykalnego chrześcijaństwa czy politykami PiS, pod których polityczną kuratelą wstecznictwo podnosi łeb coraz wyżej. Polska prawica próbuje wejść w buty niespełnionego malarza z Austrii. Białystok pokazał światu, że jest europejską stolicą nazioli, hołoty i bydła. Kaczyński powinien przenieść tam swój rząd i dwór. Bandyterka poniżająca kobiety i plująca na innych jest przejawem wsparcia i osłony przez PiS i kościół. To przyzwolenie na najdziksze instynkty. To nie państwo, to szariat prymitywnego katolicyzmu w interesie PiS. Niestety, sytuacja nie wygląda znacznie lepiej po stronie Platformy Obywatelskiej, w której wciąż znajduje się miejsce dla konserwatywnych fundamentalistów, takich jak Roman Giertych, Michał Kamiński czy Antoni Mężydło.
Przed kilkoma laty rozmawiałem z moim niemal 90-letnim wtedy pradziadkiem, który walczył podczas II Wojny Światowej i był partyzantem Armii Krajowej. Nigdy nie przeszkadzały mu tęczowe flagi, nie chciał zamykać osób nieheteronormatywnych w gettach LGBT. Powiedział jednakże, że walczył za to, by w Polsce już nigdy nie było segregacji społecznej ani nazizmu. Ludzie walczący za Polskę oddawali za nią życie, by każdy w naszym kraju mógł być kim tylko chce. Polacy bronili narodowości żydowskiej, a gdyby osoba, która wtedy oddała życie za osobę tej narodowości, zobaczyła co teraz robią Polacy, byłaby zrozpaczona.
Tymczasem prawicowi publicyści pokroju Rafała Ziemkiewicza, swoim gadaniem o „prowokacji” wybielają bandziorów, którzy skopali przypadkowego nastolatka, pobili kobietę. Tylko czekać, jak komuś rozwalą czaszkę. Przecież to Abp Wojda podżegał do przemocy krzycząc „Non possumus – nie możemy się na to zgodzić!” Ponosicie pełną moralność odpowiedzialność za krzywdę osób, które bito i opluwano w czasie pokojowego marszu. Tak się kończy szczucie na drugiego człowieka. Dzisiaj Bóg patronuje instytucji globalnie chroniącej pedofilów i szerzącej nienawiść, w czasach biblijnych był patronem zabójców i krwawych mścicieli (Ez 9,5-7). Niemoralna religia tłumaczy jedno i drugie. Nieszczęściem jest to, że wielu ludzi wierzy w te wyjaśnienia.
Brawa dla społeczności LGBTQ, mieszkańców Białegostoku, sojuszników z całej Polski, obywateli, organizatorów i aktywistów, którzy głośno i jednoznacznie upominają się o swoje prawa. Wasza odwaga w obliczu niebezpiecznego fanatyzmu katolickiego jest inspirująca. Idziecie mimo kamieni, rac i wyzwisk. Zmieniacie Polskę na lepsze.

Zakazany komunizm

Tymczasem przez polski sejm przeszła właśnie nowelizacja art. 256 kk. dzięki której komunizm oficjalnie stanie się na równi nielegalny z faszyzmem.

Do tego prezentowanie, przesyłanie, czy nawet posiadanie np. dzieł Marksa, flagi z Che Guevarą, czy książki Róży Luksemburg będzie karane na równi z rozpowszechnianiem Mein Kampf.
Polska będzie teraz ciemnogrodzkim wyjątkiem na skalę świata, gdzie za Kapitał Marksa albo książki Althussera możesz iść do więzienia jeśli ziobrowym prokuratorom tylko się zechce. Cenzura zrównująca wolnościowy projekt komunistyczny i refleksję nad nim z hitleryzmem to efekt ipnowskiej, prawicowej manii. Na skalę Europy, gdzie w parlamencie zasiadają komuniści, i całego świata jest to po prostu obciach i kompromitujący wstyd.
Cel PiSu jest zasadniczo bardzo prosty: kryminalizacja komunizmu, marksizmu i okolic oraz zastraszanie środowisk politycznych, a także naukowych, które choćby podejmują marksistowską problematykę w ramach swoich badań (patrz też: wysyłanie policji na konferencję). Obrona nacjonalizmu i brunatnego kapitalizmu tego po prostu wymaga. Jest to też oczywiście zemsta za nieudaną pisowską dekomunizację.
Wzywam jednocześnie wszystkich do udostępniania tej informacji i przygotowania się do stawienia tej zmianie jak najskuteczniejszego oporu.
Zaskarżenie do Strasburga to minimum na które trzeba się zdobyć. Działacze partii i inni też niech uaktywnią się w tej sprawie. Wszystko co na lewo od Wiosny jest w tym momencie w stanie obiektywnego zagrożenia. Jeśli myślicie, że to was nie dotyczy to wiedzcie, że za koszulkę z Che, Allende, Różą Luksemburg, Leninem, Marksem, czerwoną gwiazdę albo czerwoną flagę gdziekolwiek w domu będziecie się odtąd tłumaczyli policji albo prokuraturze, która w każdej chwili będzie miała podstawy by wparować do domu każdego lewicowca. Wystarczy, że wyślecie komuś fragment pracy Marksa meilem.
Mokre sny ludzi z redwatcha właśnie się spełniają.

Czynnik epsilon

…czyli PiS na krawędzi.

Ponad rok temu, w listopadzie 2017 roku, w tekście „Rządy PiS obali wstrząs moralny” poddałem w wątpliwość prognozy tych obserwatorów sceny politycznej, którzy w ocenie perspektyw tych rządów kierowali się niemal wyłącznie rolą płasko pojętego czynnika ekonomicznego. Ich argumentacja brzmiała z grubsza biorąc tak: „Dopóki jest dobra sytuacja gospodarcza, dopóki PiS rozdaje 500 plus i poszerza rozmaite formy świadczeń socjalnych, dopóki jest małe bezrobocie i mamy do czynienia z generalnym, choćby nawet niewygórowanym, wzrostem wynagrodzeń, słowem – dopóki rośnie konsumpcja, władza PiS nie tylko nie jest zagrożona, ale także rokowania na przyszłość są dla niej pomyślne, a łamanie konstytucji i naruszanie praw obywatelskich nie ma znaczenia dla szerokich kręgów ich wyborców”.
Nie zdarzyło mi się natomiast, by ktokolwiek z moich licznych rozmówców na tematy polityczne – zapytany przeze mnie o to, czy i gdzie upatruje potencjalnych źródeł osłabienia w przyszłości notowań PiS i rządu, a w dalszej konsekwencji utraty władzy przez reżym – postrzegał te przyczyny w czynnikach innych niż ekonomiczne. Byłem więc osamotniony w mojej intuicji, bo tylko do takiej rangi mogły aspirować moje prognozy. Intuicja ta jednak podpowiadała mi, że władzę PiS obali w przyszłości – przepraszam za nieco szumne sformułowania – wstrząs moralno-ideowy”.

Czynnik „epsylon”…

Wspomniany tekst konkludowałem taką prognozą: „I wtedy zdarzy się coś, co dziś poruszyłoby niewielu, ale co w nowych warunkach psychologicznych, w zestawieniu z innymi czynnikami, będzie niczym „wystrzał armatni pośród ciemnej nocy”, że użyję słów XIX-wiecznego, antycarskiego dysydenta rosyjskiego Piotra Czaadajewa. Co będzie tym strzałem i kiedy nastąpi, nie wiem. Ale on nastąpi. I nie będzie to ponowne pojawienie się Cugier-Kotki”. Nie dodałem tylko, że ów potencjalny wstrząs moralny można określić jako czynnik „epsylon”, grecką literę, którą zwykło się oznaczać niespodziewany, nieprzewidywany, zaskakujący czynnik losowy, przekreślający zaplanowany, zwyczajowy i przewidywany bieg zdarzeń i kierujące nim zazwyczaj prawidłowości. Mord na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu sprawił, że powróciłem do tamtego tekstu. Prognozowanie polityczne jest zajęciem obciążonym dużym ryzykiem błędu. Nie jest to może aż wróżenie z fusów, kart czy wróżbiarstwo w ogóle, ale po prawdzie aż tak bardzo nie jest od tej specjalności odległe. I to pomimo istnienia instrumentu, jakim są wyniki sondażowych badań opinii publicznej. Oto bowiem wyniki badania poparcia dla sił politycznych przeprowadzone już po zabójstwie Adamowicza, przeprowadzone przez pracownię Kantar Milward Brown, a ogłoszone 17.01.2019, pokazały następujący wynik: PiS – 30 proc., KO – 25 proc., Biedroń – 8 proc., a ogólny wynik anty-PiS (KO, Biedroń, PSL, SLD, Razem) kontra PiS ukształtował się w relacji 43 proc. do 30 proc.. Rządowe CBOS natychmiast zareagowało wynikiem „przykrywkowym”, wedle którego PiS ma poparcie na poziomie 39 proc., KO – 22 proc., a Kukiz ‘15 – 7 proc., a Biedronia nie ma w tym badaniu ogóle, tak jak w badaniu KMB nie ma na trzecim miejscu Kukiza. Co prawda już sama ta „zamiana miejsc” nakazuje nieufność w stosunku do wartości diagnostycznej obu wyników, ale mimo wszystko na więcej zaufania zasługuje niezależna pracownia KMB niż wprost podporządkowane rządowi CBOS. Zważywszy zatem, że wynik KMB zdaje się wskazywać na znaczący spadek notowań PiS (Zjednoczonej Prawicy) oraz powiększenie i utwierdzenie przewagi nad nią ze strony formacji opozycyjnych, należy się uważnie przyglądać tendencji w kolejnych wynikach badań ogłaszanych przez tę pracownię. Mimo tego sondażowego zamętu i nikłej na ogół – spowodowanej głównie błędami metodologicznym, co stale podkreśla prof. Radosław Markowski – wartości wyników sondażowych badań, powinnością publicysty politycznego nie jest rozkładanie rąk w geście bezradności, lecz robienie swego i nie ustawanie w próbach rozszyfrowywania znaków czasu dotyczących nie tylko dnia bieżącego, lecz najbliższej choćby przyszłości. Idąc za tym, samemu sobie podsuniętym wskazaniem, spróbuję taką prognozę sformułować, choćby w trybie ćwiczenia umysłowego.
Wydaje się, że przywołany wcześniej hipotetyczny „wstrząs moralny” właśnie zaczął się dokonywać i jest on rezultatem tragedii gdańskiej z niedzieli 13 stycznia 2019 roku. Prognozę tę wysnuwam z następujących przesłanek. Po pierwsze, ogromne znaczenie ma fakt, że mord na Pawle Adamowiczu został dokonany w momencie euforycznej kulminacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ukochanej przez miliony Polaków, z najrozmaitszych warstw społecznych i z wszystkich generacji, od dzieci po osoby w wieku podeszłym. Gdyby prezydent Gdańska został zabity w inny dowolny, powszedni dzień, w swoim gabinecie czy na ulicy, wydźwięk tego tragicznego zdarzenia byłby, jakkolwiek drastycznie to zabrzmi, znacząco słabszy. Morderca ugodził jednak jednocześnie, symbolicznie, w idola milionów Polaków, Jurka Owsiaka i w ich ukochaną Orkiestrę. Jeśli ten fakt dotrze w pełni do ich świadomości, a to się jeszcze do końca nie stało, od PiS może odwrócić się co najmniej tylu dawnych zwolenników, ilu będzie im brakowało do znaczącej wygranej, a być może nawet tylu, ilu będzie potrzebnych, by utrzymać pierwsze miejsce na podium. A jednocześnie gdański wstrząs przysporzy PiS wrogów pośród tych, którzy dotąd nie chodzili na wybory, ale którzy z całego serca, gorącym sentymentem przywiązani są do Orkiestry, tego wehikułu polskiej dobroczynności. Wielu ludzi być może po raz pierwszy uświadomi sobie niszczycielską siłę PiS, to, że tam, gdzie PiS się pojawia, zaraz pojawia się też nieszczęście. W ich umysłach może pojawić się, niekoniecznie świadomie, a raczej na ogół podświadomie, imperatyw, by zerwać ten fatalny pas transmisyjny zła i cierpienia. Podobna intuicja już się w kręgach bliskich PiS pojawiła. Publicysta radykalnie propisowskiego tygodnika braci Karnowskich „Sieci” i portalu w polityce.pl Marcin Fijołek stwierdził, że „narasta przekonanie iż tragedia w Gdańsku rozstrzygnęła wynik cyklu wyborczego, a przede wszystkim wyborów parlamentarnych”. Jacek Karnowski, który tę uwagę Fijołka przywołał, konstatuje to tak: „Jeśli PiS zaakceptuje ten postulat, choćby milcząco, choćby w nadziei, że to tylko na jakiś czas, przegra. Nie da się bowiem utrzymać władzy nie prezentując własnej opowieści o Polsce, zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości czy przyszłości”.

… i inne czynniki

Po drugie, sam wspomniany czynnik „epyslon” nie byłby wystarczający, gdyby nie inne: a) znaczące słabnięcie oddziaływania 500 plus, głównego zwornika wyborczego poparcia dla PiS, b) bardzo powolne, ale stałe słabnięcie tej partii od zeszłej jesieni, c) narastające wewnętrzne konflikty grupowe i personalne oraz sprzeczności natury ideologiczno-światopoglądowej, w tym w szczególności rozczarowanie oportunistyczną i defensywną, a nawet tchórzliwą, w oczach antyaborcyjnych fanatyków spod znaku Radia Maryja czy Kai Godek, polityką PiS, ale także niezadowolenie radykalnych nacjonalistów z defensywnego charakteru tej polityki ( m.in. wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN, zahamowanie „reformy” sądownictwa i przegranie bitwy o Sąd Najwyższy, z której PiS powróciło z „podkulonym ogonem”, d) oddziaływanie psychologiczne filmu „Kler”, który obejrzało ponad 5 milionów widzów i który nadwerężył w oczach milionów widzów autorytet Kościoła kat. głównego sojusznika PiS i całej Zjednoczonej Prawicy, e) bolesna porażka programu „mieszkanie plus” f) blamaż z blokadą podwyżki cen prądu, które rosną mimo grudniowej ustawy rządowej. To tylko część czynników, które nie sprzyjają PiS i jego rządowi. I jeśli jeszcze przed tragedią z 13 stycznia prawdopodobieństwo rozpisania przez PiS przedterminowych wyborów było spore, po tragedii w Gdańsku spadło ono niemal do zera. Organizowanie wyborów w atmosferze poruszenia emocjonalno-moralnego stawiającego PiS co najmniej na cenzurowanym, stworzyłoby dla obozu Kaczyńskiego śmiertelne zagrożenie. Podtrzymując konstytucyjny termin jesienny PiS stwarza sobie przynajmniej nieco większą szansę na to, że obecna gorączka emocjonalna osłabnie, a nastroje się wyciszą, choć opozycja może, i powinna – jakkolwiek by to cynicznie zabrzmiało – je podtrzymywać.

„Epsylon” w rękach opozycji

Nie zamierzam w ten sposób spisywać PiS na straty. Prawdopodobieństwo jego wygranej ciągle jest bardzo duże. Nie mniej jednak, pojawienie się wspomnianego czynnika „epsylon” w postaci tragedii gdańskiej z 13 stycznia 2019, wzmocnionego przez dodatkowe, wymienione wyżej czynniki, przesunęło prawdopodobieństwo wygranej PiS ze względnie bezpiecznej pozycji ze sporym „zapasem” – na krawędź, za którą tylko o milimetry czai się widmo przegranej lub wygranej tylko nominalnej, polegającej na uzyskaniu pierwszego wyniku, jednakże bez możliwości sformowania rządu, nawet w koalicji. I jeśli mimo czynnika „epsylon” i czynników dodatkowych, PiS nadal nie jest na z góry straconej pozycji, to z powodu chronicznej słabości i liberalnej, i ludowej i lewicowej opozycji. Jeśli jej liderzy nie wzniosą się ponad osobiste animozje i ambicje, jeśli nie pójdą do wyborów jednym blokiem przeciw PiS (ZP), to diabli wezmą, zarówno zrządzenie Opatrzności w postaci zesłania przez nią w ręce opozycji czynnika „epsylon”, jak i te czynniki, na które w pocie czoła zapracowali sami obecnie rządzący.