Obłąkańcze, euforyczne, nacjonalistyczne misterium

Gdy w sobotę, 1 sierpnia, słuchałem w warmińsko-mazurskiej Iławie (d. Deutsch Eylau) przenikliwego dźwięku syreny upamiętniającej o „godzinę W”, a na fasadach niektórych tutejszych budynków widziałem flagi narodowe, choć 1 sierpnia nie jest ustawowo wolnym od pracy świętem narodowym tak jak święta 3 Maja czy 11 Listopada, czułem się jakbym znalazł się w oku cyklonu-absurdu. Pomyślałem, że polski obłęd nacjonalistyczny rozprzestrzenia się jak koronawirus. Tego tu nigdy dotąd nie było.

Po pierwsze, owszem, także w wielu miejscach z dala od Warszawy, od lat dyskontowano rocznicę 1 Sierpnia 1944, ale jako wyraz słusznej, ale i smutnej pamięci o ofiarach, a nie jako podszyte dziwną euforią triumfalistyczne misterium. Po drugie dlatego, że przez lata rocznica 1 Sierpnia 1944 była jednak, mim oczywistych konotacji ogólnonarodowych, rocznicą lokalną, warszawską. Po trzecie, z tej przyczyny, że w poniemieckiej Iławie, na terenie dawnych Prus Wschodnich, tak hałaśliwy wydźwięk tych obchodów mocno „nie pasuje do obrazka”, jest swoistym historycznym dysonansem. Niby z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza, bo od 1945 roku i Warszawa i Iława są na terytorium tego samego państwa polskiego, ale mimo wszystko jest trochę tak, jakby w polskim dziś Gdańsku obchodzono zwycięstwo Prus nad Francją pod Sedanem w 1870 roku tylko dlatego, że w tamtej epoce Gdańsk należał do Prus właśnie. Porównanie nie jest co prawda symetryczne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pomieszanymi kompletami puzzli. Poza tym, owszem, 1 Sierpnia 1944 to rocznicowa data historyczna, ale jednak nie jest to stricte i formalnie tzw. oficjalne, ustawowo wolne od pracy święto narodowe!!! Tymczasem obchodzi się je tak, jakby takim było!!! Rocznica powstania lekkomyślnie zainicjowanego przez dowództwo AK, zakończonego krwawą klęską, upustem krwi grubo ponad dwustu tysięcy poległych (w tym ludności cywilnej i powstańców), a także zniszczeniem znaczącej i najistotniejszej historycznie substancji miasta, już od lat nie jest obchodzona jako po prostu forma uhonorowania ofiar. Trochę niepostrzeżenie (i właśnie bez wspomnianej wyżej oficjalnej sankcji ustawowej), rocznica ta została „przerobiona” ze święta „drugiego rzędu” w pierwszoplanowe święto narodowe obchodzone w klimacie euforycznego misterium, ustępujące rangą być może tylko Świętu Niepodległości 11 Listopada, a i tego nie można być pewnym. Drugie z wielkich, oficjalnych świąt narodowych, obchody rocznicy Uchwalenia Konstytucji 3 Maja już dawno zeszło na plan dalszy i stało się właściwie tylko trochę teatralną, martwą „oficjałką”, nie wywołującą większego rezonansu, upamiętniającą odległy w czasie o przeszło dwieście lat, czyli zaprzeszły czyn historyczny jakichś przystrojonych w pudrowane peruki panów ze starych portretów.
Obserwując ten dziwny, iławski obchód 1 Sierpnia 1944 nie po raz pierwszy, ale jednak chyba ze szczególną intensywnością uświadomiłem sobie, że jestem żywym dowodem na to, iż można w końcu doznać mdłości z obrzydzenia w reakcji na coś, co kiedyś przynależało poniekąd do dziecięco-młodzieńczego sentymentu. Mój ojciec był warszawskim powstańcem, a ja, choć w mojej naturze nigdy nie leżał sentymentalny patriotyzm polski, całą tę powstańczą tradycję traktowałem ze swoistą sympatią (szczególnie wzruszające powstańcze piosenki). Pomimo tego, że w dorosłych już, kanonicznych niemal dyskusjach nad sensem/bezsensem wzniecenia Powstania Warszawskiego przez dowództwo Armii Krajowej, czyli w dyskusjach między „romantykami” a „racjonalistami”, zawsze byłem po stronie racji tych drugich.

Co sprawiło, że rocznica krwawej klęski doznała takiego wyniesienia ponad rocznice upamiętniające, w przypadku 3 Maja konstruktywny czyn państwowej elity inspirowanej ideami Oświecenia, a w przypadku 11 Listopada pozytywny fakt odzyskania niepodległości?
Pierwszym czynnikiem było utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. To muzeum jest tworem zadziwiającym, w negatywnym sensie unikalnym. Oto wielkim nakładem środków, także nowoczesnych środków technicznych wzniesiono imponujące jako spektakl muzeum klęski, którą pokazano jako … moralne zwycięstwo. Nie sądzę, a nawet jestem pewien, że w świecie nie zaistniał analogiczny absurd. Jednak ten spektakularny absurd podziałał na wyobraźnię setek tysięcy zwiedzających z całego kraju, dzieci, młodzieży i dorosłych. I oto właśnie chodziło inicjatorom – przenieść pamięć lokalnego zrywu na pole wyobraźni ogólnokrajowej. Tym sposobem lokalne powstanie w środkowo-wschodniej Europie, wydarzenie o znikomym znaczeniu taktycznym i strategicznym, mimo zaangażowania licznych rzesz uczestników, wydarzenie o marginalnym znaczeniu historycznym w historii Europy, urosło w przestrzeni polskiej do rangi wydarzenia monumentalnego. By sobie lepiej uświadomić nonsens projektu „apologia Powstania Warszawskiego” i uczynienia go ogólnonarodowym świętem o nastroju triumfalistycznym, warto zestawić go z przykładem Francji. Mimo upływu przeszło dwóch wieków od wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie wzniesiono w tym kraju muzeum (są tylko skromne namiastki) upamiętniającego wydarzenie o pierwszorzędnym znaczeniu w dziejach ludzkości i w sensie cywilizacyjnym zwycięskiego. W Polsce stworzono triumfalistyczne muzeum wydarzenia marginalnego w dziejach nie tylko świata, ale nawet Europy, a do tego zakończonego straszliwą klęską.

Po drugie, wydarzenia spektakularne, patetyczne i krwawe przemawiają do wyobraźni wielu tysięcy ludzi w Polsce. Głośna swego czasu opowieść historyczna „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza jest irracjonalistyczną apologią krwawej ofiary narodowej, pochwałą wyniesienia bezrozumnego, instynktownego „samopalenia” ponad sens ocalenia życia. I nic to, że większość ludzi uczestniczących, czynnie czy biernie, we frenetycznych obchodach rocznicy wybuchu powstania nie zna tej książki. Jej duch krąży po Polsce. Ten nastrój gdzieś w polskiej przestrzeni istnieje, odnawia się, jakoś odpowiada emocjonalności wielu Polaków.

Po trzecie, to ponure zwycięstwo, bo tak to dziś trzeba określić, absurdalnego, nacjonalistycznego mitu wyrosłego z klęski powstania, źle wróży nadziejom na budowanie w Polsce świadomości racjonalistycznej. Utrudnia też, a nawet uniemożliwia budowanie rozumnej pedagogii obywatelskiej. Wskazuje bowiem, że Polak, który daje się zabić w nierównej, z góry skazanej na klęskę walce, którą podejmuje, wbrew rozsądkowi i elementarnej logice, jest kimś lepszym, godnym większego szacunku niż Polak rozsądny i rozumny. Ten przekaz idzie w przestrzeń społeczną, w świadomość i podświadomość młodych i starych.
Rozhuśtanie samodurnych, bliskich paroksyzmowi emocji nacjonalistycznych osadzonych w obłędnym kulcie przegranego powstania jako naczelnych emocji narodowych jest ciężkim przestępstwem przeciw budowaniu nowoczesnej świadomości społecznej. Unieruchamia Polskę jako europejski skansen. Kultywując takie święta nigdy nie staniemy się nowoczesnym, europejskim społeczeństwem. To, że w bieżącym momencie historycznym służy ono obłąkańczo nacjonalistycznej polityce PiS jest akurat powodem do najmniejszego zmartwienia, bo tę narrację „kupiła” także niepisowska część sił politycznych. Z wyjątkiem Lewicy, mam nadzieję.