Salvini walczy z imigracją

Minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini ogłosił projekt nowego „dekretu bezpieczeństwa”, który chce pilnie wprowadzić w życie. Zanim projekt został przedstawiony Radzie Ministrów, wzbudził wiele krytycznych reakcji. „Matteo stracił zmysły” – skomentował Luigi Di Maio, drugi wicepremier rządu z Ruchu Pięciu Gwiazd.

Jednym z pierwszych posunięć ministra spraw wewnętrznym Matteo Salviniego był „Dekret bezpieczeństwa” ogłoszony w listopadzie 2018 roku. Zawierał normy, które miały ograniczyć nielegalną imigrację, walczyć z przestępczością i z nielegalnością. Jednym z głównych punktów dekretu jest usuwanie nielegalnych mieszkańców z budynków zajmowanych przez nich. We Włoszech, a zwłaszcza w Rzymie to poważny problem – chodzi o obozowiska cyganów lub nielegalnych imigrantów, a także budynki „okupowane” przez zorganizowane kolektywy (zarówno lewicowe, jak i prawicowe), w których mieszkają zarówno obcokrajowcy, jak i Włosi.
Drugim filarem dekretu była walka z nielegalną imigracją. Nowe normy Salviniego odwołały protekcję humanitarną, ograniczyły surowo przypadki, w których przyznaje się azyl, wprowadziły możliwość odebrania obywatelstwa za poważne przestępstwa, a przede wszystkim zmieniały całkowicie system przyjmowania i wydalania uchodźców z Włoch (pisaliśmy już o tym w nr. 18). Na ten ostatni cel zostało przeznaczonych 1,5 mln euro w 2019 r. Dekret bezpieczeństwa wprowadzał również nowe normy dotyczące walki z mafią i z terroryzmem.
Ustawa była wielkim sukcesem ministra spraw wewnętrznych, który triumfalnie wsiadał na spychacze, aby dać symboliczne pchnięcie „barakowiskom” lub szczycił się zrównaniem z ziemią posiadłości mafijnego klanu Casamonica. Przyniosła Salviniemu również olbrzymi wzrost popularności, a poparcie dla Ligi przekroczyło próg 40 procent.
W marcu br., minister Salvini ogłosił triumfalnie nowe dane włoskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: „Od 1 stycznia do 15 marca 2019 r., drogą morską do Włoch przybyło 335 migrantów. To w porównaniu z 5945 osób przybyłych w tym samym okresie w 2018 r. – oznacza prawie 95 proc. mniej. Szef włoskiego MSW był również dumny z sukcesów osiągniętych w repatriacji: odbyło się ich 1354, z czego 1248 przymusowych i 106 dobrowolnych.
Za sukces uznał fakt, że w pierwszym kwartale 2019 r., na Morzu Śródziemnym odnotowano śmierć tylko jednej ofiary przepraw morskich, że wyraźnie spadła ilość łodzi próbujących odpłynąć z libijskich brzegów, a przede wszystkim, że została ograniczona prawie do zera działalność statków organizacji pozarządowych, które pływały po morzu ratowały imigrantów od czasów operacji „Mare nostrum”, prowadzonej przez rząd Matteo Renziego w 2014 r.
Polityka zamkniętych portów
Polityka zamkniętych portów, którą Salvini prowadzi z dużą srogością jest we Włoszech kontrowersyjna. Większość Włochów popiera go za to. Wielu potępia. Za zatrzymanie statku „Diciotti” ministrowi groził proces sądowy (pisaliśmy już o tym w nr. 28), gdzie oskarżeniem było bezprawne przetrzymywanie osób i nadużycie władzy. Włoski Parlament nie zgodził się jednak na postawienie go przed sądem, przegłosowując linię obronną „działanie dla dobra państwa”. Salviniego uratował przede wszystkim jego koalicjant Ruch Pięciu Gwiazd, który jednak od tamtego momentu zaczął tracić poparcie wyborców – z których część nie zgadza się ze stanowiskiem szefa MSW, a część uważa, że jeżeli chodzi o procesy polityków nie może być żadnych wyjątków.
W krótkim czasie drugim problemem stały się kompetencje ministerialne. Decyzje o zamknięciu portów może podejmować minister infrastruktur i transportu Danilo Toninelli, a władzę nad marynarką wojenną ma minister obrony narodowej Elisabetta Trenta – obydwoje z Ruchu Pięciu Gwiazd. Na przestrzeni ostatnich miesięcy doszło do poważnych zatargów pomiędzy dwoma włoskimi koalicjantami, co do kwestii kto, kiedy i przed kim może zamykać włoskie porty. Salvini chce zamknąć je dla wszystkich, nawet dla okrętów włoskiej floty wojennej, które zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym uratowały na morzu rozbitków i muszą ich wysadzić w bezpiecznym porcie. Minister Trenta się na to nie zgadza. To Salviniemu związuje ręce.
Dekret bezpieczeństwa 2
Celem drugiego dekretu bezpieczeństwa ma być całkowite i bezwzględne rozprawienie się z fenomenem imigracji płynącej do Włoch przez Morze Śródziemne. Przewiduje on karę od 3500 do 5500 euro za każdego uratowanego na morzu i przywiezionego do Włoch cudzoziemca oraz zawieszenie lub cofnięcie licencji dla statków pływających pod włoską banderą. Przeniesienie kompetencji dotyczących ograniczenia lub zakazu tranzytu na włoskich wodach terytorialnych, a także możliwości zamykania portów z Ministerstwa Infrastruktur i Transportu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przydzielenie prokuratorom okręgowym zadania prowadzenia dochodzeń w zakresie faworyzowania nielegalnej imigracji – co dotyczyłoby wszystkich jednostek morskich organizacji pozarządowych, które od 2014 r., prowadziły akcje ratunkowe na Morzu Śródziemnym. W projekcie dekretu jest również mowa o przeznaczeniu 3 mln euro na finansowanie tajnej policji innych krajów mającej wspomóc walkę z nielegalną imigracją.
Ponadto projekt dekretu zawiera inne punkty dotyczące bezpieczeństwa i porządku publicznego: zaostrzenie sankcji w przypadku dewastacji, grabieży i szkód popełnionych podczas spotkań publicznych; wprowadzenie nowych rodzajów przestępstw aby karać tych, którzy sprzeciwiają się przedstawicielom policji i organów ścigania; zaostrzenie kar za stawianie oporu wobec niniejszych i zniewagę funkcjonariuszy. Gdyby dekret wszedł w życie, również kontestacje polityczne stałyby się trudniejsze.
Dla krytyków nowej propozycji ministra Salviniego jest to kolejne posunięcie propagandowe w kampanii przedwyborczej Ligi. Jest raczej mało prawdopodobne, aby na wprowadzenie dekretu w takiej formie zgodził się Ruch Pięciu Gwiazd, gdyż odbiera on kompetencje aż dwóm ministrom tej partii w rządzie koalicyjnym: ministrowi infrastruktur i transportu oraz ministrowi obrony narodowej, przyznając je Salviniemu.
Dekret wzbudził również wiele wątpliwości prawnych. Stowarzyszenia zajmujące się problem imigracji zajęły negatywnie stanowisko na temat projektu, twierdząc, że jest to kolejne zniekształcenie zasad prawa międzynarodowego, gdyż przewiduje sankcje dla tych, którzy wypełniają etyczny, prawny i społeczny obowiązek, ratując życie na morzu.

Koniec humanitaryzmu

Jak Salvini rozprawia się z nielegalną imigracją.

– Patrząc na te dzieci, które wysiadały ze szkolnego autobusu po raz ostatni mogę powiedzieć, co przeżyłem jako ojciec: bezimienną złość, uczucie przygnębienia, przytłaczającą świadomość apokaliptycznej porażki.

Moje dzieci, kiedy wraz z żoną rozmawialiśmy w nocy o tej sprawie, żądały wyjaśnień i patrzyły na nas jak na Marsjan. „Muszę ostrzec Justina, zabierają go, a on jest moim najlepszym przyjacielem, dlaczego?” – krzyczał mój syn. „Nie, uspokój się, Justin jest w Rzymie, rodzice są legalni, nie ma ryzyka”. – tłumaczyłem. „Ale dlaczego zabierają te dzieci? Co one zrobiły?” – krzyczały moje dzieci, a potem nie chciały, żebyśmy cokolwiek więcej mówili, bo były przerażone. – tak komentował likwidację CARA w Castelnuovo di Porto, pod Rzymem włoski tata Maurizio Cassi.

Tak zwane CARA to Ośrodki dla osób ubiegających się o azyl (Centri di Accoglienza per Richiedenti Asilo). Zostały utworzone w 2002 r., pod nazwą Ośrodki Identyfikacyjne (CDI), a na mocy dekretów ustawodawczych z 2004 i 2008 roku zmieniły swoją nazwę na obecną. Przyjęły również charakter otwarty. Przebywający w nich imigranci nielegalni, oczekujący na rozpatrzenie wniosku azylowego, mogli opuszczać je w dzień udając się do pracy, a także oddalać się na krótkie okresy czasu bez zgody Prefekta. Kto uciekał z ośrodka, tracił prawo do pomocy humanitarnej.

Teoretycznie, nielegalni imigranci mieli w nich przebywać do 35 dni, a następnie otrzymywać „pozwolenie na pobyt” na 3 miesiące, odnawialne do czasu rozpatrzenia wniosku azylowego. W praktyce, ze względu na biurokrację i jej przestoje, uzyskanie dokumentów pobytowych przedłużało się i CARA stawał się domem dla nielegalnych.

Na terenie Włoch do tej pory znajdowało się 10 Ośrodków dla osób ubiegających się o azyl, posiadających 4079 miejsc. Od 2008 roku przeszło przez nie 65850 ludzi.

Ustawa o bezpieczeństwie 113/2018 – tzw. „Decreto di sicurezza”, która weszła w życie z końcem ubiegłego roku, z woli wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego, znosi „pozwolenie na pobyt w celach humanitarnych” i w związku z tym likwiduje CARA.

Zwijam interes

Ośrodki dla osób ubiegających się o azyl, zwłaszcza te na południu Włoch były wielokrotnie przedmiotem skandali. Mafia dokonywała tam infiltracji, robiła brudne interesy, szerzyła się prostytucja i współczesne niewolnictwo.

CARA w Castelnuovo di Porto pod Rzymem był jednak przykładem pozytywnej integracji. Wielu z przebywających tu imigrantów znalazło pracę, dzieci chodziły do przedszkola i szkoły, rodziny uczęszczały do kościoła. Ponadto ośrodek dawał pracę 120 mieszkańcom okolicy, zatrudnionym w spółdzielni Auxilium, która zajmowała się jego utrzymaniem.

To właśnie CARA w Castelnuovo di Porto papież Franciszek wybrał, aby w Wielki Piątek w 2016 roku, umyć imigrantom symbolicznie nogi.

Najwięcej wątpliwości wzbudziła metoda jaką Salvini wybrał by zamknąć to CARA. Informacja o likwidacji przyszła praktycznie z dnia na dzień, przeniesieniem imigrantów zajęło się wojsko. Z 535 osób znajdujących się w ośrodku, 305 zostało przeniesionych bez podania konkretnego miejsca do CAS – nowych struktur Ośrodków Pobytu Nadzwyczajnego. Kilku imigrantów uciekło a ci, którzy posiadali już pozwolenie na legalny pobyt, ale nie mięli środków do życia, z dnia na dzień znaleźli się na ulicy.

„Pokazówka” Salviniego wzbudziła wiele krytyki wśród Włochów. W przeddzień likwidacji CARA, która nastąpiła 23 stycznia 2019 r., blisko 500 mieszkańców wraz z burmistrzem i proboszczem odbyło cichy protest w podrzymskim miasteczku. Niektórzy rodzice zareagowali jak Maurizio Cassi, pisząc rozpaczliwe i wstrząsające posty na Facebooku.

Minister Salvini, którego ulubioną formą są transmisje na żywo na Facebooku: odpowiedział, że zwija interes, bo państwo nie będzie płaciło na utrzymanie imigrantów 6 milionów rocznie, skoro te pieniądze może dać Włochom. Italiani first!

Duński Alcatraz

Centroprawicowy rząd i Duńska Partia Ludowa zawarły porozumienie: będą zsyłać uchodźców z kryminalną przeszłością do miejsca odosobnienia na bałtyckiej wyspie Lindholm, mającej mniej niż 7 hektarów. Znajdują się tam laboratoria badające zwierzęce choroby zakaźne, kursują tam nieregularnie dwa promy. Nikt nie mieszka tam na stałe.

 

Do 2021 roku na wyspie ma powstać specjalny ośrodek dla tych uchodźców, którzy w przeszłości byli skazani oraz ci, których wnioski o azyl zostały odrzucone, ale nie można odesłać ich do domu. Na Lindholm znajduje się w tej chwili ośrodek badawczy Duńskiego Uniwersytetu Technicznego, stajnie, laboratoria oraz krematorium. Jeden z dwóch promów, który krąży pomiędzy lądem i wysepką, nosi złowieszczą nazwę „Wirus”.

Ośrodek dla niechcianych azylantów ma powstać do 2021 roku. „Zesłańcy” będą musieli codziennie meldować się w centrum. W pierwszej kolejności na wyspę trafi 230 imigrantów z ośrodka położonego w liczącej dwa tysiące mieszkańców miejscowości Bording. To właśnie przestępcy, których ze względów proceduralnych nie udało się odesłać do krajów pochodzenia. Często zdarzały się tam pobicia i kradzieże.

– Musimy mieć miejsce, do którego będziemy kierować tych imigrantów, którzy stanowią zagrożenie dla mieszkańców Danii – powiedział Kristian Jensen, duński minister finansów. – Zminimalizujemy liczbę kursów promów tak, jak to tylko możliwe. Uczynimy to tak uciążliwym i drogim, jak to tylko możliwe.

„Są niechciani w Danii i to poczują” – napisała na Facebooku minister ds. imigracji Inger Støjberg.

Jak podaje „NY Times”, Przerażający projekt przystosowania odizolowanej od świata wyspy ma zająć 4 lata i pochłonąć 115 mln dolarów. Do najbliższego wybrzeża z wyspy trzeba przebyć 3 kilometry, do Polski – 190.

– Nie jest łatwo prosić rodziny, by wracały do domu, jeśli właśnie się osiedliły. Ale to moralnie słuszne. Nie powinniśmy robić z uchodźców imigrantów” – mówił w listopadzie premier Lars Rasmussen na spotkaniu z przedstawicielami swej Duńskiej Partii Liberalnej. Duński Instytut Praw Człowieka ogłosił, że będzie uważnie śledził rozwój projektu.

Protestuje ale deportuje

Władze Meksyku skierowały pod adresem USA pretensje w związku z użyciem gazu łzawiącego na ich terytorium. Sprawa dotyczy niedzielnych wydarzeń na granicy meksykańsko-amerykańskiej, w których ucierpieli członkowie słynnej “karawany uchodźców”. Jednak sam Meksyk również staje się mniej przychylny dla migrantów – rozpoczyna deportacje.

 

Meksykańskie MSZ poinformowało w poniedziałek, że wystosowało notę dyplomatyczną do ambasady Stanów Zjednoczonych z prośbą o wszczęcie dochodzenia w sprawie incydentu, do którego w niedzielę doszło w Tijuanie, na granicy obu krajów.

W mieście tym przebywa obecnie kilka tysięcy migrantów, którzy w kilku grupach składających się na “karawanę uchodźców” z Ameryki Środkowej, dotarli pod granicę USA. Cały czas liczą na możliwość przedostania się na terytorium Stanów Zjednoczonych, które są ich celem, mimo że poważnych szans na to nie mają. Prezydent Donald Trump uruchomił wielką kampanię nienawiści wobec pochodu migrantów z Południa, notorycznie strasząc swych rodaków, że w karawanie idą przeważnie bandyci i roszczeniowcy, którzy zamierzają żerować na Amerykanach. Trump tworzy atmosferę poważnego zagrożenia ze strony „obcych” i granicę meksykańską obsadził siłami wojskowymi w liczbie 7 tys żołnierzy.

W niedzielę, setki migrantów wyczerpanych oczekiwaniem i trudnymi warunkami bytowymi zorganizowały demonstrację pod samym ogrodzeniem granicznym, skandując m.in. „Nie jesteśmy przestępcami! Ciężko pracujemy!” Meksykańska straż graniczna podjęła próbę zatrzymania przemieszczającej się manifestacji, ostatecznie jednak część jej uczestników usiłowała sforsować zasieki rozdzielające dwa kraje. Amerykańscy funkcjonariusze użyli wówczas pocisków z gazem łzawiącym i gumowych kul wobec nieuzbrojonego tłumu, w którym znajdowały się rodziny z dziećmi, a który cały czas przebywał formalnie na terytorium Meksyku. Tego właśnie dotyczą pretensje meksykańskiej dyplomacji.

25 listopada strona meksykańska wyraziła oburzenie z powodu postępowania amerykańskich służb granicznych. Domaga się rzetelnego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych. MSZ napisało, że zamierza „chronić prawa człowieka i bezpieczeństwo migrantów”. Również przyszła minister spraw wewnętrznych Olga Sanchez zapewniała, że dla postępowego rządu prezydenta-elekta Andresa Manuela Lopeza Obradora sprawą pryncypialną będzie „respektowanie praw człowieka chroniących migrantów i zapewnienie im odpowiedniej ilości pożywienia, usług medycznych i zakwaterowania”. Zaprzeczyła, by jej przyszły rząd godził się na jakiekolwiek porozumienie z USA w sprawie powstrzymania napływu migrantów, o którym obecnie plotkują media.

W duchu wsparcia dla uchodźców wypowiedział się też minister dyplomacji Hondurasu – kraju, z którego wyruszyła pierwsza grupa „karawany”. Wezwał Stany Zjednoczone do „uszanowania praw człowieka (…) tak jak nakazuje prawo międzynarodowe”, a postępowanie amerykańskiej straży granicznej uznał nawet za “atak na jedność mieszkańców Ameryki Środkowej”. Działania USA potępił też południowoamerykański oddział organizacji humanitarnej Oxfam, podkreślając, że użycie gazu i gumowych kul przeciwko bezbronnym przyniósł „wstyd” Stanom Zjednoczonym.
Mimo, że meksykańska dyplomacja ujęła się częściowo za migrantami, ministerstwo spraw wewnętrznych określiło grupę protestujących w niedzielę na granicy jako “agresywną”. Potępili “prowokatorów”, którzy zdaniem instytucji doprowadzili do eksplozji przemocy na granicy. Ministerstwo zapowiedziało, że zgodnie z meksykańskimi przepisami deportowane mogą zostać osoby „zagrażające porządkowi prawnemu”. Zapowiedziało również, „wykrycie źródeł” takie niebezpiecznego ich zdaniem postępowania, by móc im na przyszłość zapobiec, również przez „wzmocnienie granicy”. Instytut Imigracji rozpoczął już procedury deportacyjne wobec blisko stu osób.

Szacunki mówią o ok. 6-7 tys. ludzi, którzy w „karawanie uchodźców” przybyli z kilku krajów Ameryki Środkowej uciekając stamtąd przed biedą i szalejącą przemocą, a obecnie przebywają na terenie obozów przejściowych na obrzeżach Tijuany, która graniczy z amerykańskim hrabstwem San Diego. Liczą na azyl w USA, do którego mają prawo zgodnie z amerykańskim prawem.

3 tysiące w Tijuanie

Do miasta granicznego, Tijuany, dotarły prawie 3 tysiące ludzi. Po drugiej stronie granicy czeka na nich 6 tysięcy amerykańskich żołnierzy wysłanych przez Trumpa.

 

Amerykańska straż graniczna rozpatruje około 100 wniosków azylowych dziennie. Tymczasem władze miasta obawiają się, że w ciągu najbliższych dni ilość migrantów przybyłych do Tijuany i okupujących przejście może wzrosnąć nawet do 10 tysięcy kiedy do granicy dotrze „reszta” karawany. Mieszkańcy protestują: „Nie chcemy ich tu!” – krzyczeli podczas niedzielnego protestu.

Kilkaset osób wykrzykiwało „Precz, precz!”, kilkadziesiąt zorganizowało manifestację poparcia.

Ale mimo że Tijuana jest przyzwyczajona do fal migrantów przechodzących przez miasto w obie strony, nastoje nie są zbyt przyjazne. Mniej więcej jedna trzecia chciałaby pozbyć się przybyszów idących z Hondurasu.

Lokalny samorząd stwierdził, że jest w stanie utrzymać i wykarmić w przygotowanych na tę okoliczność obozach przejściowych około 3 tysięcy osób przez 2 miesiące. Później potrzebne będzie odgórne wsparcie rządu federalnego Meksyku (na razie obiecał dać 4 mln dolarów). Natomiast rząd Hondurasu, skąd pochodzi większość imigrantów, urządził nawet „ruchomy konsulat” – można tam uzupełnić dokumentację, aby ubiegać się o azyl w wymarzonym amerykańskim raju.

W Tijuanie mieszka na stałe około 2 milionów ludzi. W okolicznych fabrykach i montowniach na imigrantów czeka 5-6 tysięcy miejsc pracy, ale tylko nieliczni z karawany decydują się ją podjąć i osiedlić się w Meksyku. Twierdzą, że nie po to przemierzyli na piechotę 2 tysiące kilometrów, aby poddać się przed samą granicą „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Ale niektórych przekonują argumenty, że prawdopodobnie i tak nie dadzą rady osiedlić się w USA. Kilkadziesiąt osób, w większości matek lub ojców wielodzietnych rodzin, zdecydowało się przyjąć oferty pracy w okolicy, by po prostu nie umrzeć z głodu. Nawet ci, którzy już złożyli wnioski o azyl, spędzą bowiem w Meksyku wiele miesięcy, ponieważ na rozpatrzenie sprawy czeka się około pół roku. Wielu koczujących przy przejściu z San Diego nie zdaje sobie z tego sprawy.

Do Tijuany zbliża się dalsza część rozproszonego pochodu. W pobliżu przejścia na migrantów czekają metalowe bramki na drogach dojazdowych, płot graniczny zaś wzmocniono drutem kolczastym. Po drugiej stronie czekają uzbrojeni żołnierze wysłani przez Donalda Trumpa. Meksykanie odradzają migrantom drogę „na dziko” czyli próby okrążenia płotu drogą morską lub przez pustynię. Burmistrz miasta, Juan Manuel Gastelumm, jednoznacznie wyraził swoje stanowisko: – To dla mnie są nie żadni imigranci, tylko banda niepożądanych włóczęgów i ćpunów.

Twierdzi, że w najbliższym czasie ogłosi w Tijuanie referendum na temat tego, czy mieszkańcy chcą obecności migrantów. Największe obawy, jakie wyrażają Meksykanie, to fakt, że wielotysięczne obozowiska będą utrzymywane z podatków. W drodze do miasta granicznego jest kolejna wielka fala pielgrzymów, uciekających przed ubóstwem i przemocą.

Nie będzie paktu?

Dokument poświęcony prawom i bezpieczeństwu uchodźców i migrantów miał zostać podpisany podczas konferencji ONZ w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia. Jednak coraz więcej państw wycofuje się ze złożonych deklaracji. Ostatnio taką decyzję podjęła Bułgaria.

 

Bułgarskie władze przestraszyły się gniewu opozycji i w ubiegły piątek ogłosiły, że jednak wycofują się z układu. Miał na to wpływ atak, jaki przypuściła na rządzących opozycja – liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa stwierdziła, że podpisanie paktu nie było konsultowane ani na posiedzeniach rządu ani na sejmowych komisjach i że „pakt ten stymuluje migrację”, z tą tylko różnicą, że „próbuje przekształcić migrację nielegalną w legalną”. Szefowa MSZ Ekatarina Zachariewa broniła się, że pakt nie jest konwencją wymagającą ratyfikacji, ale ostatecznie rząd „zmiękł”.

Co z kolei wywołało ostrą reakcję Jean-Claude’a Junckera, który wczoraj na forum ekonomicznym w Berlinie oświadczył: – Jeśli jeden, dwa, lub trzy kraje odstąpią od paktu migracyjnego ONZ, to my, jako Unia Europejska, nie będziemy w stanie bronić naszych interesów.
Szef KE ma prawo być rozżalony. Bułgaria nie jest pierwszym krajem, który wycofał się z podpisania dokumentu – wcześniej zrobiły to już USA, Australia, Austria i Węgry, wahają się również Polska i Czechy.

Punktem wyjścia do podjęcia międzynarodowych rozmów na temat paktu była tzw. Deklaracja Nowojorska z września 2016 roku. Wówczas przyjęły ją 193 państwa należące do ONZ. Węgrom i Austrii nie podobały się zapisy, które Węgry i Austria stwierdziły, że podpisanie paktu uderzy w ich suwerenność. Chorwacja, Czechy, Słowacja i Polska obawiają się odgórnie narzuconych kwot bądź wpłat, waha się również Szwajcaria, która usiłuje odwlec sprawę i zapowiada, że może podpisać pakt w dowolnym momencie.

Polacy, Ku Klux Klan i ksiądz Moczygemba

W naszych czasach podobnie jak w przeszłości do Stanów Zjednoczonych zmierzają ogromne rzesze imigrantów poszukujących lepszego życia.

 

Imigranci zarówno w przeszłości jak i obecnie byli i są narażeni na nieoczekiwane niebezpieczeństwa i trudności. Adaptację do nowego środowiska społecznego często hamują odmienności religijne i kulturowe. Z drugiej strony występuje nacjonalistyczna presja nowego otoczenia na wyzbywanie się stylu życia przywiezionego ze „starego kraju” i dostosowanie się do amerykańskich realiów. Ciekawe i pouczające przykłady można znaleźć w historii polskiej emigracji do Ameryki.

 

Z chłopa – osadnik

Leopold Moczygemba (1824-1891), ksiądz-zakonnik, franciszkanin, przedstawiany jest przez prasę klerykalną jako wybitny działacz polonijny i dobroczyńca. W rzeczywistości służył on przede wszystkim władzom kościoła katolickiego i dbał o ich interesy. Organizował zbiórki pieniędzy, zakładał parafie i nadzorował budowę kościołów. Moczygemba w 1852 roku przybył do Teksasu, aby organizować parafie wśród niemieckich osadników. Wkrótce wpadł na pomysł, ażeby sprowadzać do Ameryki Polaków. Pochodził ze wsi Płużnica na Śląsku Opolskim, gdzie jego ojciec był młynarzem, a przez pewien czas – karczmarzem. Stamtąd też i z okolicznych wsi – pod wpływem entuzjastycznych listów Moczygemby do rodziny i znajomych, które zawierały zapowiedzi dobrobytu w bogatej Ameryce – grupa chłopów zdecydowała się na wyjazd. Nie byli to wiejscy biedacy. Posiadali dobrze prosperujące gospodarstwa, które sprzedali, aby uzyskać pieniądze na długą podróż i zakup ziemi w Teksasie. Jak pisze T. Lindsay Baker, emigranci, którzy przybyli do Teksasu nie pasowali do amerykańskiego stereotypu słowiańskich imigrantów – masy biedaków uganiających się za kawałkiem chleba. Pochodzili oni z klasy chłopskiej, źle rozumianej zarówno w przeszłości jak i obecnie… Byli oni posiadaczami ziemi i płatnikami podatków o znacznie wyższym statusie społecznym aniżeli bezrolni robotnicy, których zatrudniali. Jednakże chłopi mieli znacznie niższy status aniżeli szlachta, której kłaniali się z uszanowaniem odziedziczonym po przodkach.

Teksańscy emigranci, chociaż przerażeni sytuacją gospodarczą ich ojczyzny nie cierpieli zbytnio z powodu tej sytuacji. Wyjeżdżali z Europy do Teksasu ponieważ sądzili, że jest to droga do ekonomicznego awansu-zablokowana w Europie, ale otwarta dla nich w Ameryce. (The Polish Texans, San Antonio 1982, s.11)

 

Osada – fiasko

W roku 1854 około świąt Bożego Narodzenia 159 śląskich emigrantów w okolicy San Antonio założyło pierwszą polską osadę w Ameryce, której nadano nazwę Panna Maria. W ciągu następnych dwóch lat przybyło około 1200 emigrantów. Moczygemba był proboszczem – założycielem parafii i przywódcą osadników. Przed przybyciem Ślązaków Moczygemba prowadził rozmowy z irlandzkim bankierem i kapitalistą Johnem Twohigiem – właścicielem ziemi na której miała powstać osada. Kiedy przybysze przystąpili do kupna działek Twohig sprzedawał je po cenach blisko cztery razy, a czasem i siedem razy wyższych, aniżeli w sąsiednich osadach. Wywołało to oburzenie.

Aby udobruchać tych, którzy nie mogli kupić ziemi, Moczygemba nabył działkę 238 akrów.

25 akrów przeznaczył na kościół, a pozostałą część rozparcelował wśród najbardziej potrzebujących. Polscy osadnicy przekonali się wkrótce, że Teksas z gorącym klimatem i suchą glebą, to nie zielony Śląsk. Lata 1856-57 okazały się okresem wyjątkowej posuchy. Rozczarowanie i gniew osadników sprawiły, że Panna Maria stała się dla Moczygemby miejscem niebezpiecznym.

 

Ucieczka

Niektórzy chcieli go powiesić, inni grozili utopieniem w San Antonio River. W październiku 1856 roku zagrożony Moczygemba – za zgodą władz kościelnych – schronił się wśród niemieckich osadników na terenie Teksasu. W dwa lata później wyjechał z tego stanu na północ. Postąpił roztropnie. Gniewne , mściwe myśli prześladowały jego rodaków przez wiele lat. W 1867 roku misjonarze informowali Rzym, że Ślązacy do tej pory nie mogą wybaczyć Moczygembie tego, że sprowadził ich do Teksasu.

Po wyjeździe z Teksasu ksiądz Moczygemba działał w stanach północnych wśród imigrantów niemieckich, włoskich i polskich. Trzykrotnie odbył podróże do Rzymu w celach sprawozdawczo-szkoleniowych. Zmarł pod Detroit w roku 1891.

Po śmierci jednak nie pozostawiono go w spokoju. Skłonność do ekshumacji występuje wśród Polaków od dawna. W 1974 roku wskutek starań organizacji polonijnych zwłoki Leopolda Moczygemby uroczyście przeniesione zostały do miejsca z którego uciekł, do osady Panna Maria.

 

Z deszczu pod rynnę

Polskich osadników w Teksasie spotykały kolejne trudności i rozczarowania. Niektórzy z nich przybyli do Ameryki, aby chronić swoich synów przed służbą wojskową. Tymczasem w okresie wojny secesyjnej (1861-1865) w Teksasie był przymusowy pobór do armii Konfederacji.

Wielu osadników żyło w biedzie. Bywało, że dzieci kilometrami szły wzdłuż torów kolejowych, aby zbierać kawałki węgla, które spadały z wagonów towarowych. Na osadników napadali gangsterzy. Czasami Indianie.

Polskie skanseny wokół kościołów nie sprzyjały adaptacji do warunków amerykańskich i hamowały proces przekształcania się osadników w „prawdziwych Amerykanów”. W miastach mówienie po polsku na ulicy narażało na wyzwiska i pobicie. Polskie dzieci obrywały w szkołach od swych amerykańskich rówieśników, których często nie rozumiały,

 

Zamerykanizowani przez Klan

Prześladowcy działali czasami odruchowo, a czasami w sposób zorganizowany. W nocy 18 maja 1921 roku specjalnym pociągiem z Houston około 500 zakapturzonych członków Ku Klux Klanu z płonącymi pochodniami przybyło do zamieszkałego przez Polaków miasta Brenham. Maszerowali głównymi ulicami z amerykańskimi flagami. Nieśli transparenty z napisami „Na ulicach Brenham mów po angielsku, albo nic nie mów”, „Amerykanin to ten, który jest za swoim krajem, a przeciwko całemu światu”.

Polscy wieśniacy przez pewien czas bali się przychodzić do miasta. Niektórzy obawiali się wychodzić z domu. Natomiast w Brenham nazajutrz po złowrogiej demonstracji odbyło się zebranie na którym miejscowi prominenci uradzili, że uroczystości pogrzebowe poległych żołnierzy powinny odbywać się po angielsku. Tak samo załatwianie transakcji biznesowych i kazania.

Tak więc amerykańscy rasiści i szowiniści na swój sposób przyśpieszyli amerykanizację Polaków zwabionych do Teksasu przez księdza Moczygembę.

Honduras na celowniku Trumpa

Prezydent USA poinformował prezydenta Hondurasu, że odetnie fundusze pomocowe dla tego kraju, jeżeli na teren Stanów Zjednoczonych wkroczy „karawana migrantów”. Wezwał władze do zawrócenia jej. Rzeczywiście w kierunku Meksyku, a potem docelowo USA, zmierza grupa około 2 tysięcy migrantów. We wtorek dotarli do Gwatemali.

 

Niestraszna im polityka „zero tolerancji”, straszniejsza jest korupcja, zastraszanie przez gangi, gwałty, przemoc domowa. 2 tysiące obywateli Hondurasu, w tym kobiety i dzieci, zmierza na północ. We wtorek dotarli do Gwatemali.

Rząd Hondurasu – zresztą sojusznika USA, które w ostatniej dekadzie pomogły w ustanowieniu tam prawicowego zamordyzmu – przestraszył się ostrzeżeń Trumpa i wezwał migrantów, aby wrócili.

„Rząd Hondurasu wzywa obywateli Hondurasu, którzy uczestniczą w tej bezprawnej mobilizacji, aby nie pozwolili, żeby byli wykorzystywani przez ruch, który ma charakter wyraźnie polityczny i stara się zakłócić rządzenie krajem, stabilność i pokój w naszych państwach” – napisano w specjalnym oświadczeniu.

Wojsko Gwatemali przygotowało nawet środki transportu dla chętnych do powrotu na granicę Hondurasu, ale ogółem liczba migrantów w karawanie zwiększa się, zamiast zmniejszać. Dołączają do niej wciąż nowi obywatele państw Ameryki Środkowej.

Wiadomo, że około 400 osób już dotarło do stolicy Gwatemali.

Trump grozi na Twitterze: „Stany Zjednoczone zdecydowanie poinformowały prezydenta Hondurasu, że jeśli wielka karawana ludzi zmierzających do Stanów Zjednoczonych nie zostanie zatrzymana i zawrócona do Hondurasu, Hondurasowi nie zostaną przekazane żadne pieniądze ani żadna pomoc – ze skutkiem natychmiastowym!”.

Mike Pence tymczasem rozmawiał przez telefon z prezydentem Gwatemali Jimmym Moralesem i prosił o współpracę z Waszyngtonem w celu zatrzymania zdesperowanego pochodu. Uzyskał obietnicę wpuszczania wyłącznie osób posiadających ważne dokumenty.

Później przeprowadził rozmowę z prezydentem Hondurasu przebywającym w Kolumbii. „Rozmawiałem z prezydentem Hernandezem z Hondurasu o karawanie migrantów zmierzających do Stanów Zjednoczonych. Dostarczyłem ważne przesłanie prezydenta: żadnej więcej pomocy, jeśli karawana nie zostanie zatrzymana. Powiedziałem, że USA nie będzie tolerować tego rażącego lekceważenia naszej granicy i suwerenności” – streścił ją na Twitterze.

Meksyk, który ma być bezpośrednim buforem przed wkroczeniem na terytorium USA, twardo zapowiedział, że nie wpuści żadnego nielegalnego migranta.
Tymczasem Trump już gromadzi finanse na następną kampanię wyborczą. Ponoć w kieszeni ma już na ten cel rekordowe 106 milionów dolarów, więcej niż którykolwiek prezydent USA ubiegający się o reelekcję zebrał w ciągu 2 lat.

Przerażający raport

11 października najnowszy raport Amnesty International obnażył nieujawniane dotąd grzechy administracji Donalda Trumpa: tylko od 19 kwietnia do 15 sierpnia 2018 przymusowo rozdzielono ponad 6000 rodzin. To o wiele więcej, niż oficjalnie przyznają władze. „Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna”.

 

Raport „Nie masz tutaj żadnych praw: Nielegalne zawracanie, arbitralna detencja oraz złe traktowanie osób poszukujących ochrony w Stanach Zjednoczonych” pokazuje olbrzymią skalę nielegalnego, masowego zawracania migrantów lub wpychania ich do miejsc detencji na nieokreślony czas, bez rozważenia zastosowania jakichkolwiek alternatywnych działań.

Według działaczy Amnesty International, jest to celowe łamanie praw człowieka, obliczone na zniechęcenie migrantów do poszukiwania schronienia na terenie Stanów Zjednoczonych.
– Administracja prezydenta Trumpa prowadzi zaplanowane działania naruszające prawa człowieka, w celu ukarania i zniechęcenia osób poszukujących ochrony na granicy USA z Meksykiem. Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna. Kongres USA oraz organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa muszą przeprowadzić odpowiednie, niezależne i szybkie śledztwo, by pociągnąć rząd do odpowiedzialności i zapewnić, że nic podobnego nie wydarzy się w przyszłości – powiedziała wczoraj na konferencji prasowej dotyczącej raportu Erika Guevara Rosas, Dyrektorka ds. Ameryk w Amnesty International.

Po pierwsze okazuje się, że administracja nie ujawniała dotychczas liczby wszystkich rozdzielonych rodzin (od 2017 było to około 8 tysięcy – ale bez wliczania w to np. rozdzielania z dziadkami czy dalszymi krewnymi), w ubiegłym roku wdrożono też politykę, która spowodowała zawrócenie tysięcy ludzi poszukujących azylu na oficjalnych przejściach granicznych wzdłuż całej granicy z Meksykiem. Na koniec wreszcie politykę obowiązkowej i nieokreślonej w czasie detencji osób poszukujących ochrony, na czas rozpatrywania ich wniosków o ochronę, często bez możliwości zastosowania innych środków, co jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Organizacja udokumentowała szczegółowo po kilkanaście przypadków z każdej powyższej kategorii naruszeń, ponadto odnotowano przypadki 15 osób transpłciowych i gejów. Osoby te ubiegały się o ochronę i zostały umieszczone w detencji na okres od kilku miesięcy do prawie 3 lat bez możliwości zwolnienia. Zwolnienie nie wchodziło w grę nawet w przypadkach, gdy migranci zgłaszali, że w miejscach detencji dochodzi do wykorzystywania seksualnego.

– Każdy człowiek na świecie ma prawo do poszukiwania azylu od prześladowań i innych poważnych krzywd oraz żądać ochrony w innym kraju – powiedziała Guevara Rosas. – Kongres musi pilnie działać, by podjęto śledztwo i stworzono kompleksowy system zbierania danych o rodzinach rozdzielonych przez rząd USA oraz wprowadzić rozwiązania prawne, które zakazują separacji oraz umieszczania w detencji na nieokreślony czas dzieci i rodzin.

Australia zamknięta dla uchodźców

Niedawne posunięcia administracji Donalda Trumpa, zmierzające do uszczelnienia granic USA, m.in. poprzez rozdzielanie rodzin tzw. nielegalnych imigrantów i uchodźców, skupiły na sobie uwagę światowych mediów. Tymczasem w cieniu coraz bardziej restrykcyjnej amerykańskiej polityki imigracyjnej, rozgrywa się dramat tysięcy uchodźców, którzy ratunku szukają w Australii.

 

Australia zazwyczaj wywołuje pozytywne emocje. Stabilny, bogaty kraj, ze świetną infrastrukturą i przyjaznymi mieszkańcami – tak najczęściej wyobrażamy sobie to państwo-kontynent. Faktycznie, jeśli spojrzeć na dane makroekonomiczne, Australia jawi się jako jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie. Z rocznym dochodem na mieszkańca przekraczającym 52 tys. dolarów, pozostawia daleko w tyle Francję, Wielką Brytanię czy Finlandię, zrównując się z największą europejską gospodarką, czyli Niemcami. Czy zatem napływ półtora tysiąca uchodźców może stanowić dla takiej potęgi jakiekolwiek zagrożenie?

Po zaostrzeniu amerykańskiej polityki imigracyjnej czy histerycznej reakcji polskiego rządu na każdą prośbę w sprawie przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu, żadna odpowiedź już nie dziwi. I rzeczywiście. Australia stara się nie dopuścić na swoje terytorium chociażby jednego uchodźcy. Wszyscy, których straż wybrzeża złapie na australijskich wodach terytorialnych trafiają na jedną z dwóch wysp na Pacyfiku – Nauru lub Papuę Nową Gwineę – które zostały zamienione w odcięte od świata więzienia. Od ponad pięciu lat przebywa tam ponad 1,4 tys. uchodźców – mężczyzn, kobiet i dzieci – którzy w 2013 r. próbowali przedostać się do Australii.

W ubiegłym tygodniu Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę na pogarszającą się sytuację osób przetrzymywanych przez australijskie władze. Obserwatorzy i lekarze, którzy dotarli do uchodźców podkreślają, że z każdym tygodniem rośnie liczba osób z depresją. W konsekwencji odnotowuje się coraz więcej prób samobójczych, nie tylko u dorosłych, ale i u dzieci.

„Współpracujący z nami lekarze, którzy odwiedzili obozy w 2016 r. odkryli, że ponad 80 proc. osób przetrzymywanych na Nauru i Papui Nowej Gwinei cierpi na różne lęki, depresję oraz zespół stresu pourazowego. Sytuacja od tego czasu jeszcze się pogorszyła. Należy spełnić wiele potrzeb. Australijskie władze nie mają już czasu, aby szukać innych rozwiązań niż ewakuacja uchodźców [do Australii]” – alarmowała w miniony piątek rzeczniczka UNHCR.

O warunkach, w jakich przetrzymywani są uchodźcy w Nauru i Papui Nowej Gwinei zrobiło się głośno w zeszłym roku, po próbie samobójczej czternastolatki. „Raporty medyczne wskazują, że najpierw oblała siebie benzyną, a następnie próbowała siebie podpalić, jednocześnie wyrywając garściami włosy z głowy” – stwierdza UNHCR. Mimo próśb lekarzy i wysłanników ONZ, władze w Canberrze nie zgodziły się, aby nastolatka została przewieziona na kurację do jednego z australijskich szpitali. Dopiero po zdecydowanej presji ze strony mediów i organizacji międzynarodowych, dziewczyna wraz z rodziną znalazła się w Australii.

Okazało się, że podobnych przypadków było więcej. Dwa lata wcześniej skuteczną próbę samobójczą podjął irański uchodźca. Nie udało się go uratować, gdyż władze naciskały, aby był leczony w obozie. Innym razem nie zgodzono się na przetransportowanie do Australii dwulatki, która zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mimo nalegań lekarzy, początkowo trafiła ona z Nauru do Papui Nowej Gwinei, gdzie jej stan tylko się pogorszył. Dopiero wówczas zezwolono na jej leczenie w australijskim szpitalu.

O tym, że od tego czasu niewiele się zmieniło, świadczą dane, do których dotarł UNHCR. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy, w obozie dla uchodźców w Nauru odnotowano co najmniej 78 prób lub myśli samobójczych. Łącznie, przez cały okres działalności centrów odosobnienia na obu wyspach zmarło 12 osób. Jeden z przedstawicieli UNHCR uznał, że „australijska polityka poniosła porażkę pod wieloma względami. Nie udało jej się ochronić uchodźców, przez ponad pięć lat nie udało jej się sprostać nawet podstawowym potrzebom. W końcu też nie udało jej się stworzyć rozwiązań dla kolejnych grup uchodźców, którzy nie mogą sobie pozwolić na czekanie w nieskończoność”.

W ciągu ostatnich pięciu lat, drogą morską do Australii próbowało przedostać się niemal 52 tys. osób. Szacuje się, że ponad 860 z nich zginęło. Obie główne partie – laburzyści i liberałowie – opowiedziały się za rozwijaniem obozów dla uchodźców poza granicami państwa. Zmniejszono także liczbę wiz dla uchodźców, głównie z Syrii i Iraku, która obecnie wynosi 12 tys. Ostatnie zapowiedzi australijskich władz dają nadzieję na zwiększenie tego limitu do 18,750, który jednak uważany jest za „ostateczny”, bez możliwości jego przekroczenia w przyszłości.

Próba odpychania od siebie problemu uchodźców przez australijskie władze zakończyła się porażką. Podobnie zresztą, jak coraz bardziej restrykcyjna polityka imigracyjna administracji Donalda Trumpa, która zamiast uszczelnić granice, powoduje jedynie problemy wizerunkowe dla USA. Co z tej nauki płynie dla Polski?

W okresie wzmożonych migracji – dobrowolnych i przymusowych – nie da się udawać, że problem nie istnieje. Skoro wyspiarska Australia nie potrafi skutecznie odizolować się od napływu uchodźców, to jak może zrobić to Polska, która znajduje się niemalże w samym centrum szlaków współczesnej wędrówki ludów? Odwracanie wzroku i histeryczne reakcje nie zastąpią mądrej polityki imigracyjnej i integracyjnej, skierowanej do rosnącej liczby obcokrajowców już u nas przebywających. Niestety, takiej polityki wciąż brakuje i nic nie zapowiada, aby miała ona wkrótce powstać. Tymczasem, warto się spieszyć. Jak bowiem pokazuje to przykład Australii, każda polityka – zwłaszcza dotycząca tak newralgicznej kwestii, jak imigracja – prowadzona wyłącznie pod presją bieżących wydarzeń, nie rozwiązuje problemów, lecz jedynie tworzy nowe.