Merkel za przywróceniem Sophii

Angela Merkel w końcu zareagowała na dramat uchodźców na Morzu Śródziemnych. Odkąd włoski rząd kilka miesięcy temu wykończył unijną misję ratunkową Sophia, tonący migranci nie otrzymują żadnej zorganizowanej pomocy. Szefowa niemieckiego rządu oświadczyła w piątek, że reaktywacja państwowych misji jest rozwiązaniem, które Berlin jest gotów poprzeć.

Misja Sophia, która uratowała przed śmiercią w wodnej otchłani kilkadziesiąt tysięcy osób, została zakończona wiosną tego roku ze względu na opór Włoch, które pod rządami prawicowego rządu kategorycznie odmawiają przyjmowania jakichkolwiek uchodźców na swoje terytorium.
Dlatego też pewne nadzieje można wiązać z zapowiedzią kanclerz Angeli Merkel, która opowiedziała się za reaktywowaniem państwowych misji ratunkowych na Morzu Śródziemnym. – Byłoby dobrze, gdybyśmy i dziś mieli misję Sophia i statki pod państwową banderą, które ratowałyby ludzi – powiedziała niemiecka przywódczyni. – Misje ratunkowe na morzu są tak samo potrzebne jak zwalczanie przemytu ludzi – podkreśliła Merkel.
Słowa Merkel są zapewne efektem apelu, jaki wygłosiła organizacja pomocy uchodźcom Pro Asyl, która wezwała rząd, by na gruncie europejskim angażował się na rzecz wznowienia akcji mogących uratować tysiące ludzkich istnień.
– Tego rodzaju inicjatywa niemieckiej kanclerz zasługiwałaby na wsparcie – mówił szef organizacyjny Pro Asyl Guenter Burkhardt. – Uratowanych migrantów nie wolno jednak w żadnym wypadku zawracać do Libii. Trzeba byłoby im zezwolić na dotarcie na europejski ląd – zaznaczył. Wezwał on jednocześnie Angelę Merkel do zakończenia współpracy z libijskimi watażkami.
– Kiedy uchodźcy zawracani są do krajów Afryki Północnej, lądują potem w obozach niewolników. Kraje Afryki Północnej nie są bezpieczne – bezpieczeństwo może zapewnić uchodźcom tylko Europa – podkreślał Burkhardt.
Piątkowe wydanie dziennika „Times of Malta” przyniosło natomiast relację ocalonego Etiopczyka, który jako jedyny przetrwał próbę przedostania się z Libii do Europy małą pneumatyczną łódką. Mohammed po latach oszczędzania, wyruszył w podróż przez pustynię. W Az-Zawiji, libijskim porcie ok. 45 km na zachód od Trypolisu zapłacił przemytnikom 700 dolarów, którzy umieścili go w łódce wraz z 14 innymi osobami. Była wśród nich para z Ghany, w tym ciężarna kobieta, dwóch Etiopczyków i dziesięciu Somalijczyków. „Przemytnik dał nam GPS i powiedział płyńcie na Maltę”.
Najpierw zabrakło paliwa, bo przemytnik postanowił na nim zaoszczędzić, potem żywności i na końcu wody. „Zaczęliśmy pić morską wodę. Po pięciu dniach umarły dwie osoby. Potem umierały dwie dziennie”. „Widzieliśmy wiele statków. Krzyczeliśmy ‘ratunku, ratunku’, machaliśmy, ale nie zatrzymywały się. Był nad nami śmigłowiec, ale też w końcu odleciał.”
Upał spowodował, że smród zwłok stał się nie do wytrzymania. Mohammed wraz z ostatnim z Somalijczyków, wyrzucili zwłoki do wody i zostali na łódce sami. Etiopczyk nie zauważył śmierci swego ostatniego współpasażera, stracił przytomność. Wtedy zbliżył się do nich okręt maltańskiej marynarki, po sygnale z samolotu Frontexu.

Frontex na cenzurowanym

Frontex, agencja Unii Europejskiej, która ma pilnować jej zewnętrznych granic, została oskarżona przez kilka europejskich mediów śledczych o tolerowanie traktowania migrantów jak podludzi przez lokalnych funkcjonariuszy i o systematyczne łamanie praw człowieka podczas deportacji, która sama praktykuje. Siedzibą Frontexu jest Warszawa: padła stąd odpowiedź, że do tej pory nie było skarg, ale agencja zbada te zarzuty.

Wspólne śledztwo portalu śledczego Correctiv, brytyjskiego dziennika The Guardian i kanału niemieckiej telewizji ARD oparło się w znacznej części na setkach wewnętrznych dokumentów Frontexu: wszystkie doniesienia o przemocy wobec migrantów były regularnie odkładane na bok bez żadnych konsekwencji i śledztw. Dziennikarze zarzucają Frontexowi tolerowanie niegodnego postępowania szczególnie bułgarskiej, węgierskiej i greckiej straży granicznej, które ścigają osoby ubiegające się o azyl z użyciem psów, stosują gazy i brutalną przemoc przy odpychaniu ludzi od granicy.
Zdaniem oskarżycieli, Frontex mógłby wycofywać swój personel, a nie robiąc tego staje się wspólnikiem licznych przestępstw. Warszawska agencja odpowiedziała, że mogłaby się wycofywać, ale nie ma żadnej władzy nad lokalnymi strażami granicznymi ani możliwości prowadzenia śledztw. W Brukseli reakcja była nieco bardziej konkretna: rzeczniczka Komisji Europejskiej Mina Andreewa zapowiedziała, że śledztwo jednak będzie i że „zostaną wyciągnięte konsekwencje”, jeśli zarzuty mediów okażą się prawdziwe. „Nie zaakceptujemy żadnej formy przemocy, czy złego traktowania migrantów” – mówiła Andreewa.
Z dokumentów Frontexu wynika, że funkcjonariusze agencji deportowali samotnych nieletnich (co jest bezprawne), albo wstrzykiwali środki nasenne deportowanym dorosłym, których wydalano mimo, że złożyli prośby o azyl. Frontex dysponuje tysiącem agentów, razem z rezerwą to ok. 2,5 tys. ludzi. Od 2016 r. ich kompetencje są rozszerzone. Asystują głównie przy rejestracji i ustalaniu tożsamości migrantów, ale prowadzą też regionalne operacje mające na celu ograniczenie imigracji do Europy.

Polska, UE i… Afryka

Zarówno w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, jak i po wyborach prawicowi politycy i prawicowe media są zaabsorbowane tym, co powinniśmy uzyskać od Unii Europejskiej. Ciągle słyszymy i czytamy zapewnienia jak to europosłowie będą walczyć o pieniądze, które nam się po prostu należą. Tymczasem podstawowym zadaniem zarówno Parlamentu Europejskiego jak i Komisji oraz Rady Europejskiej jest rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich.

Od prezentowania naszych potrzeb, oczekiwań i argumentów jest w Brukseli polskie dyplomatyczne przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ani polscy europosłowie, ani polscy pracownicy instytucji europejskich nie są upoważnieni do biegania do poszczególnych komórek organizacyjnych w celu interweniowania w sprawach np. dotacji do poszczególnych projektów. Oczywiście w procesie prac nad budżetem i w trakcie późniejszego rozdzielania środków dochodzą do głosu interesy poszczególnych państw. Jest to naturalne.
Europosłowie mówiący ciągle o zdobywaniu pieniędzy dla Polski powinni pamiętać,że te pieniądze nie spadają z nieba. Jak wiadomo są w Unii t.zw. płatnicy netto i beneficjenci, którzy więcej otrzymują, niż wpłacają do wspólnego budżetu. Polska – jak dotychczas – należy do tej drugiej grupy. Nasz pomyślny rozwój gospodarczy, tak głośno a czasami i przesadnie reklamowany przez koła rządowe, to zapowiedź, że – być może – w niedalekiej przyszłości, jako państwo zamożne przejdziemy do grupy płatników netto. Wtedy z naszych pieniędzy będą dofinansowywane inne państwa. Postawy roszczeniowe i głośno wyrażana pazerność chyba nie przygotowują nas do tej zmiany.
W Wielkiej Brytanii zwolennicy t.zw. brexitu głośno mówią o „odzyskaniu suwerenności” i o uwolnieniu się od „dyktatu Brukseli”. Znacznie ciszej mowa jest o pozbyciu się świadczeń finansowych na rzecz Unii. Wielka Brytania jest drugim po Niemczech płatnikiem netto. Brexitowcy nie chcą płacić na innych. Ta niechęć nie jest nowa. Już dawno temu ówczesna premier Margaret Thatcher wytargowała t.zw. brytyjski rabat.
Obecnie brexitowcy nie są skłonni do przyjęcia rozwiązania norweskiego. Norwegia – jak wiadomo – nie należy do Unii, ale płaci za dostęp do jednolitego rynku europejskiego. Norwegia wraz z Islandią i Liechtensteinem należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W wymienionych państwach obowązuje około 80 proc. uregulowań prawnych przyjętych w Unii. Zacietrzewieni brexitowcy nie chcą słyszeć o przynależności do Obszaru, gdyż – ich zdaniem – niewiele by to zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Polscy prawicowi politycy i prawicowe media sympatyzują z eurosceptykami w Italii. W tym miejscu godzi się przypomnieć, że Italia, która przez wiele lat była beneficjentem, od 2001 roku jest płatnikiem netto. W roku 2011 włoska wpłata netto wyniosła około 5 miliardów euro. W ostatnich latach kwota ta jest mniejsza .W roku 2016 wyniosła ona około dwa miliardy euro, a w roku następnym – ponad dwa miliardy. Włoscy eurosceptycy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Popieranie ich przez polskich polityków przypomina ucinanie gałęzi na której siedzimy.
Rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich wymaga rzetelnej wiedzy o państwach europejskich, a także o innych państwach ważnych dla Europy. Nowo wybrani polscy europosłowie powinni tą wiedzę posiadać, albo ją w szybkim tempie zdobywać. W każdym razie powinni przede wszystkim pracować w Parlamencie Europejskim, a nie zajmować się propagandą w mediach krajowych.
Jednym z najtrudniejszych problemów, którymi zajmują się władze Unii jest żywiołowy napływ imigrantów z Afryki. Wiadomo, że konieczne jest uszczelnianie granic i kontrola antyterrorystyczna. Jednakże dla zredukowania skłonności do migracji konieczne są działania na terenie państw afrykańskich służące polepszaniu ich sytuacji gospodarczej i społecznej. Kluczowe znaczenie ma edukacja w tych państwach. Prof.Bogdan Kalwas jst zdania, że nasze uniwersytety mogą utworzyć ścieżki kształcenia specjalistów, lekarzy, pedagogów, którzy podejmą zadanie edukacyjne w swoich krajach, być może trzeba będzie opłacać jakiś czas ich etaty, drukować podręczniki, pomagać tworzyć platformy internetowe. Pamiętam program „Tysiąc szkół na tysiąclecie” – wybudowaliśmy wtedy w bardzo niezamożnej Polsce około 1300 szkół. Teraz z gospodarką znacznie bardziej rozwiniętą jesteśmy w stanie zbudować 300 szkół w Sudanie Południowym w ciągu 10 lat i wykształcić dla nich nauczycieli. Może pójdziemy tą drogą? („Zdanie” 1-2(180-181)2019 ).
Sądzę, że tą drogą nie powinniśmy iść sami. Konieczne jest energiczne, wspólne działanie państw europejskich. Należy tu wziąć pod uwagę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, nauczycielom i szkołom. W tym kontekście współpraca z rządami i miejscowymi władzami jest konieczna. Ze strony Unii ptrzebne są działania dyplomatyczne i organizatorskie. Potrzebny będzie podział zadań pomiędzy państwami członkowskimi i harmonizowanie ich realizacji.
Nie można zwlekać, sprawa jest pilna.

To przez „lewaków”

Na plaży tunezyjskiego miasta Dżardżis – niedaleko granicy libijskiej – znaleziono zwłoki ok. trzydziestoletniej kobiety. Nie były jeszcze w stanie rozkładu, więc tunezyjski oddział Międzynarodowego Czerwonego Półksiężyca jest pewien, że pochodzą z łodzi, która rozpadła się i utonęła w poniedziałek z ponad 80 ludźmi na pokładzie.

To już drugie ciało z tej samej łodzi znalezione w Tunezji. Oba zostały pogrzebane przez wolontariuszy Czerwonego Półksiężyca (MCP) na miejskim cmentarzu dla migrantów obok wysypiska śmieci. Cmentarz jest już przepełniony, więc władze miejskie budują nowy, który ma być gotów za dwa miesiące. Przewodniczący lokalnego MCP Mongi Slim, jak i mieszkańcy miasta, chciał, by był to cmentarz „szanujący ludzką godność”. „Budowa była konieczna, gdyż regularnie napływają do nas zwłoki, a polityka migracyjna państw Unii Europejskiej jest, jaka jest” – tłumaczył Slim.
O kolejnej tragedii wiadomo nie tylko z powodu zwłok, ale i rzadkiego cudu: trzy osoby, które przeżyły katastrofę trzymając się drewnianych części łodzi, zostały przypadkiem odnalezione, po 48 godzinach przebywania w wodzie. Łódź wyruszyła z Libii wypełniona migrantami z Gwinei, Wybrzeża Kości Słoniowej, Mali i Burkina Faso, mężczyznami, kobietami i dziećmi, którzy uciekali przed groźbą zamknięcia ich w libijskich więzieniach, gdzie migranci umierają z głodu, chorób lub po bombardowaniach. Śmiertelny bilans ostatniego bombardowania wzrósł zresztą do 53 zabitych i niestety może znowu wzrosnąć, ze względu na dużą liczbę ciężko rannych.
Wczoraj wieczorem żaglowiec należący do włoskiego lewicowego kolektywu Mediterranea, jeden z trzech ostatnich pozarządowych statków ratujących migrantów, uratował 55 wykończonych osób przebywających na łodzi, która kręciła się po morzu w kółko, z braku GPS. Żaglowiec popłynął w kierunku włoskiej Lampedusy eskortowany przez Hiszpanów z Open Arms. Włoski wicepremier Matteo Salvini wydał natychmiast dekret zabraniający Włochom z Mediterranea zbliżania się do włoskich wód terytorialnych (Open Arms dostał taki zakaz już wcześniej).
„Basta!” – grzmiał dziś rano w radiu Salvini – „Jeśli lewacki statek nie popłynie na Maltę, będzie jasne, że chodzi o następny akt nieposłuszeństwa, gwałtu i piractwa! Nie ustąpię!”. W końcu Malta wysłała swój okręt, by odebrać uratowanych i zabrać do siebie.
Według porozumienia maltańsko-włoskiego, Włochy będą zmuszone do zamiennego przyjęcia takiej samej liczby migrantów z Malty, by ich potem próbować przekazać innym państwom europejskim. Póki co jednak, oba statki ratownicze pozostają z migrantami w pobliżu Lampedusy.

Salvini walczy z imigracją

Minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini ogłosił projekt nowego „dekretu bezpieczeństwa”, który chce pilnie wprowadzić w życie. Zanim projekt został przedstawiony Radzie Ministrów, wzbudził wiele krytycznych reakcji. „Matteo stracił zmysły” – skomentował Luigi Di Maio, drugi wicepremier rządu z Ruchu Pięciu Gwiazd.

Jednym z pierwszych posunięć ministra spraw wewnętrznym Matteo Salviniego był „Dekret bezpieczeństwa” ogłoszony w listopadzie 2018 roku. Zawierał normy, które miały ograniczyć nielegalną imigrację, walczyć z przestępczością i z nielegalnością. Jednym z głównych punktów dekretu jest usuwanie nielegalnych mieszkańców z budynków zajmowanych przez nich. We Włoszech, a zwłaszcza w Rzymie to poważny problem – chodzi o obozowiska cyganów lub nielegalnych imigrantów, a także budynki „okupowane” przez zorganizowane kolektywy (zarówno lewicowe, jak i prawicowe), w których mieszkają zarówno obcokrajowcy, jak i Włosi.
Drugim filarem dekretu była walka z nielegalną imigracją. Nowe normy Salviniego odwołały protekcję humanitarną, ograniczyły surowo przypadki, w których przyznaje się azyl, wprowadziły możliwość odebrania obywatelstwa za poważne przestępstwa, a przede wszystkim zmieniały całkowicie system przyjmowania i wydalania uchodźców z Włoch (pisaliśmy już o tym w nr. 18). Na ten ostatni cel zostało przeznaczonych 1,5 mln euro w 2019 r. Dekret bezpieczeństwa wprowadzał również nowe normy dotyczące walki z mafią i z terroryzmem.
Ustawa była wielkim sukcesem ministra spraw wewnętrznych, który triumfalnie wsiadał na spychacze, aby dać symboliczne pchnięcie „barakowiskom” lub szczycił się zrównaniem z ziemią posiadłości mafijnego klanu Casamonica. Przyniosła Salviniemu również olbrzymi wzrost popularności, a poparcie dla Ligi przekroczyło próg 40 procent.
W marcu br., minister Salvini ogłosił triumfalnie nowe dane włoskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: „Od 1 stycznia do 15 marca 2019 r., drogą morską do Włoch przybyło 335 migrantów. To w porównaniu z 5945 osób przybyłych w tym samym okresie w 2018 r. – oznacza prawie 95 proc. mniej. Szef włoskiego MSW był również dumny z sukcesów osiągniętych w repatriacji: odbyło się ich 1354, z czego 1248 przymusowych i 106 dobrowolnych.
Za sukces uznał fakt, że w pierwszym kwartale 2019 r., na Morzu Śródziemnym odnotowano śmierć tylko jednej ofiary przepraw morskich, że wyraźnie spadła ilość łodzi próbujących odpłynąć z libijskich brzegów, a przede wszystkim, że została ograniczona prawie do zera działalność statków organizacji pozarządowych, które pływały po morzu ratowały imigrantów od czasów operacji „Mare nostrum”, prowadzonej przez rząd Matteo Renziego w 2014 r.
Polityka zamkniętych portów
Polityka zamkniętych portów, którą Salvini prowadzi z dużą srogością jest we Włoszech kontrowersyjna. Większość Włochów popiera go za to. Wielu potępia. Za zatrzymanie statku „Diciotti” ministrowi groził proces sądowy (pisaliśmy już o tym w nr. 28), gdzie oskarżeniem było bezprawne przetrzymywanie osób i nadużycie władzy. Włoski Parlament nie zgodził się jednak na postawienie go przed sądem, przegłosowując linię obronną „działanie dla dobra państwa”. Salviniego uratował przede wszystkim jego koalicjant Ruch Pięciu Gwiazd, który jednak od tamtego momentu zaczął tracić poparcie wyborców – z których część nie zgadza się ze stanowiskiem szefa MSW, a część uważa, że jeżeli chodzi o procesy polityków nie może być żadnych wyjątków.
W krótkim czasie drugim problemem stały się kompetencje ministerialne. Decyzje o zamknięciu portów może podejmować minister infrastruktur i transportu Danilo Toninelli, a władzę nad marynarką wojenną ma minister obrony narodowej Elisabetta Trenta – obydwoje z Ruchu Pięciu Gwiazd. Na przestrzeni ostatnich miesięcy doszło do poważnych zatargów pomiędzy dwoma włoskimi koalicjantami, co do kwestii kto, kiedy i przed kim może zamykać włoskie porty. Salvini chce zamknąć je dla wszystkich, nawet dla okrętów włoskiej floty wojennej, które zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym uratowały na morzu rozbitków i muszą ich wysadzić w bezpiecznym porcie. Minister Trenta się na to nie zgadza. To Salviniemu związuje ręce.
Dekret bezpieczeństwa 2
Celem drugiego dekretu bezpieczeństwa ma być całkowite i bezwzględne rozprawienie się z fenomenem imigracji płynącej do Włoch przez Morze Śródziemne. Przewiduje on karę od 3500 do 5500 euro za każdego uratowanego na morzu i przywiezionego do Włoch cudzoziemca oraz zawieszenie lub cofnięcie licencji dla statków pływających pod włoską banderą. Przeniesienie kompetencji dotyczących ograniczenia lub zakazu tranzytu na włoskich wodach terytorialnych, a także możliwości zamykania portów z Ministerstwa Infrastruktur i Transportu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przydzielenie prokuratorom okręgowym zadania prowadzenia dochodzeń w zakresie faworyzowania nielegalnej imigracji – co dotyczyłoby wszystkich jednostek morskich organizacji pozarządowych, które od 2014 r., prowadziły akcje ratunkowe na Morzu Śródziemnym. W projekcie dekretu jest również mowa o przeznaczeniu 3 mln euro na finansowanie tajnej policji innych krajów mającej wspomóc walkę z nielegalną imigracją.
Ponadto projekt dekretu zawiera inne punkty dotyczące bezpieczeństwa i porządku publicznego: zaostrzenie sankcji w przypadku dewastacji, grabieży i szkód popełnionych podczas spotkań publicznych; wprowadzenie nowych rodzajów przestępstw aby karać tych, którzy sprzeciwiają się przedstawicielom policji i organów ścigania; zaostrzenie kar za stawianie oporu wobec niniejszych i zniewagę funkcjonariuszy. Gdyby dekret wszedł w życie, również kontestacje polityczne stałyby się trudniejsze.
Dla krytyków nowej propozycji ministra Salviniego jest to kolejne posunięcie propagandowe w kampanii przedwyborczej Ligi. Jest raczej mało prawdopodobne, aby na wprowadzenie dekretu w takiej formie zgodził się Ruch Pięciu Gwiazd, gdyż odbiera on kompetencje aż dwóm ministrom tej partii w rządzie koalicyjnym: ministrowi infrastruktur i transportu oraz ministrowi obrony narodowej, przyznając je Salviniemu.
Dekret wzbudził również wiele wątpliwości prawnych. Stowarzyszenia zajmujące się problem imigracji zajęły negatywnie stanowisko na temat projektu, twierdząc, że jest to kolejne zniekształcenie zasad prawa międzynarodowego, gdyż przewiduje sankcje dla tych, którzy wypełniają etyczny, prawny i społeczny obowiązek, ratując życie na morzu.

Koniec humanitaryzmu

Jak Salvini rozprawia się z nielegalną imigracją.

– Patrząc na te dzieci, które wysiadały ze szkolnego autobusu po raz ostatni mogę powiedzieć, co przeżyłem jako ojciec: bezimienną złość, uczucie przygnębienia, przytłaczającą świadomość apokaliptycznej porażki.

Moje dzieci, kiedy wraz z żoną rozmawialiśmy w nocy o tej sprawie, żądały wyjaśnień i patrzyły na nas jak na Marsjan. „Muszę ostrzec Justina, zabierają go, a on jest moim najlepszym przyjacielem, dlaczego?” – krzyczał mój syn. „Nie, uspokój się, Justin jest w Rzymie, rodzice są legalni, nie ma ryzyka”. – tłumaczyłem. „Ale dlaczego zabierają te dzieci? Co one zrobiły?” – krzyczały moje dzieci, a potem nie chciały, żebyśmy cokolwiek więcej mówili, bo były przerażone. – tak komentował likwidację CARA w Castelnuovo di Porto, pod Rzymem włoski tata Maurizio Cassi.

Tak zwane CARA to Ośrodki dla osób ubiegających się o azyl (Centri di Accoglienza per Richiedenti Asilo). Zostały utworzone w 2002 r., pod nazwą Ośrodki Identyfikacyjne (CDI), a na mocy dekretów ustawodawczych z 2004 i 2008 roku zmieniły swoją nazwę na obecną. Przyjęły również charakter otwarty. Przebywający w nich imigranci nielegalni, oczekujący na rozpatrzenie wniosku azylowego, mogli opuszczać je w dzień udając się do pracy, a także oddalać się na krótkie okresy czasu bez zgody Prefekta. Kto uciekał z ośrodka, tracił prawo do pomocy humanitarnej.

Teoretycznie, nielegalni imigranci mieli w nich przebywać do 35 dni, a następnie otrzymywać „pozwolenie na pobyt” na 3 miesiące, odnawialne do czasu rozpatrzenia wniosku azylowego. W praktyce, ze względu na biurokrację i jej przestoje, uzyskanie dokumentów pobytowych przedłużało się i CARA stawał się domem dla nielegalnych.

Na terenie Włoch do tej pory znajdowało się 10 Ośrodków dla osób ubiegających się o azyl, posiadających 4079 miejsc. Od 2008 roku przeszło przez nie 65850 ludzi.

Ustawa o bezpieczeństwie 113/2018 – tzw. „Decreto di sicurezza”, która weszła w życie z końcem ubiegłego roku, z woli wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego, znosi „pozwolenie na pobyt w celach humanitarnych” i w związku z tym likwiduje CARA.

Zwijam interes

Ośrodki dla osób ubiegających się o azyl, zwłaszcza te na południu Włoch były wielokrotnie przedmiotem skandali. Mafia dokonywała tam infiltracji, robiła brudne interesy, szerzyła się prostytucja i współczesne niewolnictwo.

CARA w Castelnuovo di Porto pod Rzymem był jednak przykładem pozytywnej integracji. Wielu z przebywających tu imigrantów znalazło pracę, dzieci chodziły do przedszkola i szkoły, rodziny uczęszczały do kościoła. Ponadto ośrodek dawał pracę 120 mieszkańcom okolicy, zatrudnionym w spółdzielni Auxilium, która zajmowała się jego utrzymaniem.

To właśnie CARA w Castelnuovo di Porto papież Franciszek wybrał, aby w Wielki Piątek w 2016 roku, umyć imigrantom symbolicznie nogi.

Najwięcej wątpliwości wzbudziła metoda jaką Salvini wybrał by zamknąć to CARA. Informacja o likwidacji przyszła praktycznie z dnia na dzień, przeniesieniem imigrantów zajęło się wojsko. Z 535 osób znajdujących się w ośrodku, 305 zostało przeniesionych bez podania konkretnego miejsca do CAS – nowych struktur Ośrodków Pobytu Nadzwyczajnego. Kilku imigrantów uciekło a ci, którzy posiadali już pozwolenie na legalny pobyt, ale nie mięli środków do życia, z dnia na dzień znaleźli się na ulicy.

„Pokazówka” Salviniego wzbudziła wiele krytyki wśród Włochów. W przeddzień likwidacji CARA, która nastąpiła 23 stycznia 2019 r., blisko 500 mieszkańców wraz z burmistrzem i proboszczem odbyło cichy protest w podrzymskim miasteczku. Niektórzy rodzice zareagowali jak Maurizio Cassi, pisząc rozpaczliwe i wstrząsające posty na Facebooku.

Minister Salvini, którego ulubioną formą są transmisje na żywo na Facebooku: odpowiedział, że zwija interes, bo państwo nie będzie płaciło na utrzymanie imigrantów 6 milionów rocznie, skoro te pieniądze może dać Włochom. Italiani first!

Duński Alcatraz

Centroprawicowy rząd i Duńska Partia Ludowa zawarły porozumienie: będą zsyłać uchodźców z kryminalną przeszłością do miejsca odosobnienia na bałtyckiej wyspie Lindholm, mającej mniej niż 7 hektarów. Znajdują się tam laboratoria badające zwierzęce choroby zakaźne, kursują tam nieregularnie dwa promy. Nikt nie mieszka tam na stałe.

 

Do 2021 roku na wyspie ma powstać specjalny ośrodek dla tych uchodźców, którzy w przeszłości byli skazani oraz ci, których wnioski o azyl zostały odrzucone, ale nie można odesłać ich do domu. Na Lindholm znajduje się w tej chwili ośrodek badawczy Duńskiego Uniwersytetu Technicznego, stajnie, laboratoria oraz krematorium. Jeden z dwóch promów, który krąży pomiędzy lądem i wysepką, nosi złowieszczą nazwę „Wirus”.

Ośrodek dla niechcianych azylantów ma powstać do 2021 roku. „Zesłańcy” będą musieli codziennie meldować się w centrum. W pierwszej kolejności na wyspę trafi 230 imigrantów z ośrodka położonego w liczącej dwa tysiące mieszkańców miejscowości Bording. To właśnie przestępcy, których ze względów proceduralnych nie udało się odesłać do krajów pochodzenia. Często zdarzały się tam pobicia i kradzieże.

– Musimy mieć miejsce, do którego będziemy kierować tych imigrantów, którzy stanowią zagrożenie dla mieszkańców Danii – powiedział Kristian Jensen, duński minister finansów. – Zminimalizujemy liczbę kursów promów tak, jak to tylko możliwe. Uczynimy to tak uciążliwym i drogim, jak to tylko możliwe.

„Są niechciani w Danii i to poczują” – napisała na Facebooku minister ds. imigracji Inger Støjberg.

Jak podaje „NY Times”, Przerażający projekt przystosowania odizolowanej od świata wyspy ma zająć 4 lata i pochłonąć 115 mln dolarów. Do najbliższego wybrzeża z wyspy trzeba przebyć 3 kilometry, do Polski – 190.

– Nie jest łatwo prosić rodziny, by wracały do domu, jeśli właśnie się osiedliły. Ale to moralnie słuszne. Nie powinniśmy robić z uchodźców imigrantów” – mówił w listopadzie premier Lars Rasmussen na spotkaniu z przedstawicielami swej Duńskiej Partii Liberalnej. Duński Instytut Praw Człowieka ogłosił, że będzie uważnie śledził rozwój projektu.

Protestuje ale deportuje

Władze Meksyku skierowały pod adresem USA pretensje w związku z użyciem gazu łzawiącego na ich terytorium. Sprawa dotyczy niedzielnych wydarzeń na granicy meksykańsko-amerykańskiej, w których ucierpieli członkowie słynnej “karawany uchodźców”. Jednak sam Meksyk również staje się mniej przychylny dla migrantów – rozpoczyna deportacje.

 

Meksykańskie MSZ poinformowało w poniedziałek, że wystosowało notę dyplomatyczną do ambasady Stanów Zjednoczonych z prośbą o wszczęcie dochodzenia w sprawie incydentu, do którego w niedzielę doszło w Tijuanie, na granicy obu krajów.

W mieście tym przebywa obecnie kilka tysięcy migrantów, którzy w kilku grupach składających się na “karawanę uchodźców” z Ameryki Środkowej, dotarli pod granicę USA. Cały czas liczą na możliwość przedostania się na terytorium Stanów Zjednoczonych, które są ich celem, mimo że poważnych szans na to nie mają. Prezydent Donald Trump uruchomił wielką kampanię nienawiści wobec pochodu migrantów z Południa, notorycznie strasząc swych rodaków, że w karawanie idą przeważnie bandyci i roszczeniowcy, którzy zamierzają żerować na Amerykanach. Trump tworzy atmosferę poważnego zagrożenia ze strony „obcych” i granicę meksykańską obsadził siłami wojskowymi w liczbie 7 tys żołnierzy.

W niedzielę, setki migrantów wyczerpanych oczekiwaniem i trudnymi warunkami bytowymi zorganizowały demonstrację pod samym ogrodzeniem granicznym, skandując m.in. „Nie jesteśmy przestępcami! Ciężko pracujemy!” Meksykańska straż graniczna podjęła próbę zatrzymania przemieszczającej się manifestacji, ostatecznie jednak część jej uczestników usiłowała sforsować zasieki rozdzielające dwa kraje. Amerykańscy funkcjonariusze użyli wówczas pocisków z gazem łzawiącym i gumowych kul wobec nieuzbrojonego tłumu, w którym znajdowały się rodziny z dziećmi, a który cały czas przebywał formalnie na terytorium Meksyku. Tego właśnie dotyczą pretensje meksykańskiej dyplomacji.

25 listopada strona meksykańska wyraziła oburzenie z powodu postępowania amerykańskich służb granicznych. Domaga się rzetelnego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych. MSZ napisało, że zamierza „chronić prawa człowieka i bezpieczeństwo migrantów”. Również przyszła minister spraw wewnętrznych Olga Sanchez zapewniała, że dla postępowego rządu prezydenta-elekta Andresa Manuela Lopeza Obradora sprawą pryncypialną będzie „respektowanie praw człowieka chroniących migrantów i zapewnienie im odpowiedniej ilości pożywienia, usług medycznych i zakwaterowania”. Zaprzeczyła, by jej przyszły rząd godził się na jakiekolwiek porozumienie z USA w sprawie powstrzymania napływu migrantów, o którym obecnie plotkują media.

W duchu wsparcia dla uchodźców wypowiedział się też minister dyplomacji Hondurasu – kraju, z którego wyruszyła pierwsza grupa „karawany”. Wezwał Stany Zjednoczone do „uszanowania praw człowieka (…) tak jak nakazuje prawo międzynarodowe”, a postępowanie amerykańskiej straży granicznej uznał nawet za “atak na jedność mieszkańców Ameryki Środkowej”. Działania USA potępił też południowoamerykański oddział organizacji humanitarnej Oxfam, podkreślając, że użycie gazu i gumowych kul przeciwko bezbronnym przyniósł „wstyd” Stanom Zjednoczonym.
Mimo, że meksykańska dyplomacja ujęła się częściowo za migrantami, ministerstwo spraw wewnętrznych określiło grupę protestujących w niedzielę na granicy jako “agresywną”. Potępili “prowokatorów”, którzy zdaniem instytucji doprowadzili do eksplozji przemocy na granicy. Ministerstwo zapowiedziało, że zgodnie z meksykańskimi przepisami deportowane mogą zostać osoby „zagrażające porządkowi prawnemu”. Zapowiedziało również, „wykrycie źródeł” takie niebezpiecznego ich zdaniem postępowania, by móc im na przyszłość zapobiec, również przez „wzmocnienie granicy”. Instytut Imigracji rozpoczął już procedury deportacyjne wobec blisko stu osób.

Szacunki mówią o ok. 6-7 tys. ludzi, którzy w „karawanie uchodźców” przybyli z kilku krajów Ameryki Środkowej uciekając stamtąd przed biedą i szalejącą przemocą, a obecnie przebywają na terenie obozów przejściowych na obrzeżach Tijuany, która graniczy z amerykańskim hrabstwem San Diego. Liczą na azyl w USA, do którego mają prawo zgodnie z amerykańskim prawem.

3 tysiące w Tijuanie

Do miasta granicznego, Tijuany, dotarły prawie 3 tysiące ludzi. Po drugiej stronie granicy czeka na nich 6 tysięcy amerykańskich żołnierzy wysłanych przez Trumpa.

 

Amerykańska straż graniczna rozpatruje około 100 wniosków azylowych dziennie. Tymczasem władze miasta obawiają się, że w ciągu najbliższych dni ilość migrantów przybyłych do Tijuany i okupujących przejście może wzrosnąć nawet do 10 tysięcy kiedy do granicy dotrze „reszta” karawany. Mieszkańcy protestują: „Nie chcemy ich tu!” – krzyczeli podczas niedzielnego protestu.

Kilkaset osób wykrzykiwało „Precz, precz!”, kilkadziesiąt zorganizowało manifestację poparcia.

Ale mimo że Tijuana jest przyzwyczajona do fal migrantów przechodzących przez miasto w obie strony, nastoje nie są zbyt przyjazne. Mniej więcej jedna trzecia chciałaby pozbyć się przybyszów idących z Hondurasu.

Lokalny samorząd stwierdził, że jest w stanie utrzymać i wykarmić w przygotowanych na tę okoliczność obozach przejściowych około 3 tysięcy osób przez 2 miesiące. Później potrzebne będzie odgórne wsparcie rządu federalnego Meksyku (na razie obiecał dać 4 mln dolarów). Natomiast rząd Hondurasu, skąd pochodzi większość imigrantów, urządził nawet „ruchomy konsulat” – można tam uzupełnić dokumentację, aby ubiegać się o azyl w wymarzonym amerykańskim raju.

W Tijuanie mieszka na stałe około 2 milionów ludzi. W okolicznych fabrykach i montowniach na imigrantów czeka 5-6 tysięcy miejsc pracy, ale tylko nieliczni z karawany decydują się ją podjąć i osiedlić się w Meksyku. Twierdzą, że nie po to przemierzyli na piechotę 2 tysiące kilometrów, aby poddać się przed samą granicą „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Ale niektórych przekonują argumenty, że prawdopodobnie i tak nie dadzą rady osiedlić się w USA. Kilkadziesiąt osób, w większości matek lub ojców wielodzietnych rodzin, zdecydowało się przyjąć oferty pracy w okolicy, by po prostu nie umrzeć z głodu. Nawet ci, którzy już złożyli wnioski o azyl, spędzą bowiem w Meksyku wiele miesięcy, ponieważ na rozpatrzenie sprawy czeka się około pół roku. Wielu koczujących przy przejściu z San Diego nie zdaje sobie z tego sprawy.

Do Tijuany zbliża się dalsza część rozproszonego pochodu. W pobliżu przejścia na migrantów czekają metalowe bramki na drogach dojazdowych, płot graniczny zaś wzmocniono drutem kolczastym. Po drugiej stronie czekają uzbrojeni żołnierze wysłani przez Donalda Trumpa. Meksykanie odradzają migrantom drogę „na dziko” czyli próby okrążenia płotu drogą morską lub przez pustynię. Burmistrz miasta, Juan Manuel Gastelumm, jednoznacznie wyraził swoje stanowisko: – To dla mnie są nie żadni imigranci, tylko banda niepożądanych włóczęgów i ćpunów.

Twierdzi, że w najbliższym czasie ogłosi w Tijuanie referendum na temat tego, czy mieszkańcy chcą obecności migrantów. Największe obawy, jakie wyrażają Meksykanie, to fakt, że wielotysięczne obozowiska będą utrzymywane z podatków. W drodze do miasta granicznego jest kolejna wielka fala pielgrzymów, uciekających przed ubóstwem i przemocą.

Nie będzie paktu?

Dokument poświęcony prawom i bezpieczeństwu uchodźców i migrantów miał zostać podpisany podczas konferencji ONZ w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia. Jednak coraz więcej państw wycofuje się ze złożonych deklaracji. Ostatnio taką decyzję podjęła Bułgaria.

 

Bułgarskie władze przestraszyły się gniewu opozycji i w ubiegły piątek ogłosiły, że jednak wycofują się z układu. Miał na to wpływ atak, jaki przypuściła na rządzących opozycja – liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa stwierdziła, że podpisanie paktu nie było konsultowane ani na posiedzeniach rządu ani na sejmowych komisjach i że „pakt ten stymuluje migrację”, z tą tylko różnicą, że „próbuje przekształcić migrację nielegalną w legalną”. Szefowa MSZ Ekatarina Zachariewa broniła się, że pakt nie jest konwencją wymagającą ratyfikacji, ale ostatecznie rząd „zmiękł”.

Co z kolei wywołało ostrą reakcję Jean-Claude’a Junckera, który wczoraj na forum ekonomicznym w Berlinie oświadczył: – Jeśli jeden, dwa, lub trzy kraje odstąpią od paktu migracyjnego ONZ, to my, jako Unia Europejska, nie będziemy w stanie bronić naszych interesów.
Szef KE ma prawo być rozżalony. Bułgaria nie jest pierwszym krajem, który wycofał się z podpisania dokumentu – wcześniej zrobiły to już USA, Australia, Austria i Węgry, wahają się również Polska i Czechy.

Punktem wyjścia do podjęcia międzynarodowych rozmów na temat paktu była tzw. Deklaracja Nowojorska z września 2016 roku. Wówczas przyjęły ją 193 państwa należące do ONZ. Węgrom i Austrii nie podobały się zapisy, które Węgry i Austria stwierdziły, że podpisanie paktu uderzy w ich suwerenność. Chorwacja, Czechy, Słowacja i Polska obawiają się odgórnie narzuconych kwot bądź wpłat, waha się również Szwajcaria, która usiłuje odwlec sprawę i zapowiada, że może podpisać pakt w dowolnym momencie.