Czy czas się bać?

Rozmontowanie traktatu o zakazie rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) może słusznie budzić obawy. Zwłaszcza w Europie, a jeszcze bardziej w naszej jej części. Bo to przecież ta klasa pocisków – o zasięgach od 500 do 1000 km i od 1000 do 5500 km – od w przypadku ewentualnego konfliktu między supermocarstwami nam zagraża najbardziej. Choć wybuch takiego konfliktu to sprawa teorii – nie nastąpił w najbardziej „mroźnych” dniach zimnej wojny – to jednak powrót do fazy wyścigu zbrojeń z tamtej epoki wydaje się wszak całkiem realną konsekwencją. Wszak podpisany w 1987 r. przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana wyznaczał właśnie punkt zwrotny procesu, który ostatecznie doprowadził do zakończenia politycznej epoki lodowcowej i dwubiegunowości świata. Teraz by miała ona powrócić. Nawet jeśli można mieć przynajmniej ograniczone zaufanie do nawet uważanych za potencjalnie nieobliczalnych przywódców, że nie dadzą się sprowokować do decyzji nieodwracalnych – nawet nie wymieniajmy jakich – to powrót do nuklearnej rywalizacji sam w sobie nie budzi pozytywnych skojarzeń ani otuchą nie napawa. Wręcz odwrotnie – ponura to perspektywa. Czy jednak tak być musi?
Obustronne wyjście z traktatu wskazywałoby, że takie będą konsekwencje. I także po obu stronach dawnych sygnatariuszy układu o INF pojawiają się wypowiedzi zdające się świadczyć, że tak teraz będzie. Wprawdzie są one póki co warunkowe – jak ostatnia wypowiedź prezydenta Władimira Putina – że jeśli, Amerykanie rozmieszczą swoje Rakiety, Rosja odpowie tym samym. Ale rozmieszczenie jakich rakiet przez Rosjan Waszyngton uzna za wystarczający warunek, aby rozmieścić swoje i przerzucić za to odpowiedzialność na Moskwę?
To pytanie bez oczywistej odpowiedzi. Ale też wskazujące na istotę problemu, jak również podsuwające nieco bardziej optymistyczny punkt wyjścia dla futurologicznych rozważań. Chodzi mianowicie o to, że rakiety, których dotyczył traktat – przede wszystkim SS-20 i „Pershingi” przy obecnym stanie technologii byłyby co najwyżej muzealnymi eksponatami. Przemysły zbrojeniowe i USA i Rosji dawno popracowały systemy dużo bardziej zaawansowane. Co więcej – takie, których parametry istotnie mogą budzić wątpliwości, czy podpadają pod traktatowe ograniczenia, czy też nie. A tego właśnie dotyczy spór. I choćby z tego powodu traktat należałoby w tym zakresie doprecyzować. Druga sprawa – trzeba zdać sobie sprawę, że świat dzisiejszy, przy wszystkich paralelach, jakie możemy przywołać, nie jest światem z 1987 r. Sytuacja, także geopolityczna i strategiczna, wbrew pozornym podobieństwom nie jest powtórzeniem tej sprzed ponad 30 lat. Na scenie są również i inni aktorzy – i tu wypada się zgodzić z Donaldem Trumpem – że chodzi m.in. o Chiny. Czysto dwustronna umowa rozbrojeniowa nie jest więc w takiej sytuacji rozwiązaniem adekwatnym.
Traktaty międzypaństwowe nie są rozwiązaniami „na wieczność”. Wcześniej czy później muszą być redefiniowane, aby mogły spełniać swoją funkcję. Raz może odbyć się to w sposób aksamitny, innym razem oznacza to rozpoczęcie kolejnej rozgrywki. Oczywiście, mniej nerwów by kosztowało resztę świata, gdyby i tym razem tak było, żeby dokonało się to w mniej napiętej atmosferze, ale zważywszy obecny klimat w stosunkach amerykańsko-rosyjskich i amerykańsko-chińskich, trudno by było realistycznie założyć, że droga mniej „pokerowa” byłaby możliwa. Pozostaje zatem czekać, co ona przyniesie, apelować o porozumienie. I – contra spem spero – być dobrej myśli.