Wojsko idzie, wojsko śpiewa

W Sejmie zapewne nie będę pracował w komisji obrony narodowej, ale jako starszy kapral podchorąży i absolwent łódzkiego CSOP o wojsku swoje wiem.

Niedawno odpowiadałem na ankietę „Mam prawo wiedzieć” przeznaczoną dla kandydatów na parlamentarzystów. Opowiedziałem się tam za powołaniem w przyszłości wspólnej, europejskiej armii. I zwiększonej aktywności wojska polskiego w Eurokorpusie.
Ku zdumieniu niektórych moich pacyfistycznych przyjaciół opowiedziałem się też za przywróceniem 6 miesięcznej powszechnej służby wojskowej. Służby nieobowiązkowej, ale zalecanej i propagowanej przez państwo polskie.
Szkolenie wojskowe, dobrze zorganizowane, może być ciekawą szkołą życia dla setek tysięcy dziewcząt i chłopaków. Może nauczyć ich nie tylko zachowań pro-obronnych. Także uświadomić im, że wojna nie jest romantyczną przygodą. Ani fascynującą, przeniesioną do realu, grą komputerową.
Poza tym jako lewicowiec starej daty, uważam, że armia polska powinna mieć swój obywatelski charakter. Służba wojskowa i umiejętności obronne nie powinny być zarezerwowane być wyłącznie dla żołnierskich zawodowców.
Lud pracujący miast i wsi powinien wiedzieć jak należy posługiwać się bronią, kiedy trzeba będzie stanąć mu w obronie granic przed agresorem. Albo w obronie praw ludu przed dyktatorem i jego siepaczami.
Dlatego jestem zwolennikiem utrzymania Wojsk Obrony Terytorialnej. Ale w innej niż obecna formuła. Wojsk obywatelskich, a nie partyjnych.
Elity PiS mają umysły zafiksowane na przeszłości. Są tak zakochane w dawnych wiekach, w zmitologizowanej przez siebie „Sarmacji”, że polski system obrony tworzą wedle też wzorów z I Rzeczpospolitej.
Nie ufają obecnej armii zawodowej. Tak jak kiedyś panowie szlachta nie chcieli silnej, zawodowej armii polskiej. Obawiali się, że taka armia będzie czynnikiem modernizującym sarmacki system, wzmocni skonfliktowana ze stanem szlacheckim władzę królewską.
Dlatego panowie magnaci woleli fundować sobie prywatne armie zamiast płacić podatki na wojska rekrutujące się z innych stanów społecznych.
Dzisiaj panowie magnaci z PiS, jak choćby pan minister Blaszczyk, uważają Wojska Obrony Terytorialnej za swoją prywatna armię. To „terytorialsom” magnateria z PiS grosza nie skąpi. Im ostatnio obiecuje nowoczesne pociski przeciwpancerne na jakie nie stać polskiej, zawodowej armii.
W zamian „terytorialsi” mają głosować na prominentów PiS w czasie każdych wyborów i wspierać tą partię.
Autorament cudzoziemski
Prominenci PiS doskonale wiedzą, że same Wojska Obrony Terytorialnej i zrujnowane przez nich zawodowe wojsko polskie nie obronią naszego państwa w razie obcej agresji. Dlatego postawili na zmodyfikowaną wersję dawnego „autoramentu cudzoziemskiego”, czyli wojska amerykańskie.
Magnateria PiS-owska skłócona jest ze wszystkimi prawie państwami Unii Europejskiej. Skłócona jest też z Rosją, którą narodowo-katolickie media wykreowały na wielce zagrażającego nam agresora. Aby przede wszystkim zjednoczyć tak zastraszony lud i skłonić go by pokornie oddał się pod opiekę elit PiS.
Elity PiS wykreowały też gwarancje bezpieczeństwa wobec rosyjskiego zagrożenia. Złożyły hołd lenny administracji USA. Zaproponowały, że pokryją wszelkie koszty przybycia, zakwaterowania i utrzymania amerykańskich wojsk. Traktowanych już nie jako sojuszników z NATO, tylko wojsk najemnych.
Bo przecież każdy prawdziwy sojusznik solidarnie ponosi też koszty sojuszu. My za to dowiadujemy się od prezydenta Trumpa, że polskie władze zobowiązały się do pokrycia wszystkich kosztów stacjonowania na naszym terytorium wojsk USA. Czyli potraktowały żołnierzy amerykańskich jak najemników.
Elity PiS chcą na fali wykreowanego zagrożenia zwiększyć budżet ministerstwa obrony narodowej. Pomimo wzrostu wydatków polskie zawodowe wojsko nie jest modernizowane. Przeciwnie z roku na rok ulega technicznej dewastacji.
Symbolem takiej PiS nowoczesności są „modernizowane” właśnie stare czołgi T-72 i poradzieckie hełmy przemalowywane na narodowo – katolickie barwy. Zwiększony budżet MON przejadany jest przez prywatną armię pana ministra Błaszczyka i rozrastającą się biurokrację. Również przyszłe, zwiększone wydatki pójdą na drogie i niepotrzebne polskiej armii amerykańskie samoloty F-35. Idea zakupu ich podobna jest do budowy patriotycznych „Misiów” z popularnego filmu Barei.
Natychmiast zakazać
Największym, realnym obecnie zagrożeniem dla Polski jest wypowiedzenie przez prezydenta Trumpa traktatu INF. Czyli „Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu”.
Osiągnięte w 1988 roku porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych pocisków balistycznych i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Brak takich ograniczeń nie tylko rozpoczyna kolejny wyścig zbrojeń. Zachęca też do użycia takich pocisków w razie konfliktu. Polska, w przeciwieństwie do USA, Rosji czy Chin, jest bezbronna wobec zakazanych jeszcze niedawno pocisków.
W razie ewentualnego konfliktu nie pomogą nam zmobilizowane brygady WOT, rozbrojona zawodowa armia polska, ani pielgrzymujący po Polsce zaciężni z USA. Nie pomogą nam zamówione baterie Patriot ani ofensywne F-35.
Dlatego nowy polski parlament, nowy polski rząd i nowy prezydent powinni podjąć wszelkie działania wśród naszych europejskich i atlantyckich sojuszników w NATO, aby odnowić Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces (INF Treaty).
Inaczej czeka nas powtórka z I Rzeczpospolitej.

Czy czas się bać?

Rozmontowanie traktatu o zakazie rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) może słusznie budzić obawy. Zwłaszcza w Europie, a jeszcze bardziej w naszej jej części. Bo to przecież ta klasa pocisków – o zasięgach od 500 do 1000 km i od 1000 do 5500 km – od w przypadku ewentualnego konfliktu między supermocarstwami nam zagraża najbardziej. Choć wybuch takiego konfliktu to sprawa teorii – nie nastąpił w najbardziej „mroźnych” dniach zimnej wojny – to jednak powrót do fazy wyścigu zbrojeń z tamtej epoki wydaje się wszak całkiem realną konsekwencją. Wszak podpisany w 1987 r. przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana wyznaczał właśnie punkt zwrotny procesu, który ostatecznie doprowadził do zakończenia politycznej epoki lodowcowej i dwubiegunowości świata. Teraz by miała ona powrócić. Nawet jeśli można mieć przynajmniej ograniczone zaufanie do nawet uważanych za potencjalnie nieobliczalnych przywódców, że nie dadzą się sprowokować do decyzji nieodwracalnych – nawet nie wymieniajmy jakich – to powrót do nuklearnej rywalizacji sam w sobie nie budzi pozytywnych skojarzeń ani otuchą nie napawa. Wręcz odwrotnie – ponura to perspektywa. Czy jednak tak być musi?
Obustronne wyjście z traktatu wskazywałoby, że takie będą konsekwencje. I także po obu stronach dawnych sygnatariuszy układu o INF pojawiają się wypowiedzi zdające się świadczyć, że tak teraz będzie. Wprawdzie są one póki co warunkowe – jak ostatnia wypowiedź prezydenta Władimira Putina – że jeśli, Amerykanie rozmieszczą swoje Rakiety, Rosja odpowie tym samym. Ale rozmieszczenie jakich rakiet przez Rosjan Waszyngton uzna za wystarczający warunek, aby rozmieścić swoje i przerzucić za to odpowiedzialność na Moskwę?
To pytanie bez oczywistej odpowiedzi. Ale też wskazujące na istotę problemu, jak również podsuwające nieco bardziej optymistyczny punkt wyjścia dla futurologicznych rozważań. Chodzi mianowicie o to, że rakiety, których dotyczył traktat – przede wszystkim SS-20 i „Pershingi” przy obecnym stanie technologii byłyby co najwyżej muzealnymi eksponatami. Przemysły zbrojeniowe i USA i Rosji dawno popracowały systemy dużo bardziej zaawansowane. Co więcej – takie, których parametry istotnie mogą budzić wątpliwości, czy podpadają pod traktatowe ograniczenia, czy też nie. A tego właśnie dotyczy spór. I choćby z tego powodu traktat należałoby w tym zakresie doprecyzować. Druga sprawa – trzeba zdać sobie sprawę, że świat dzisiejszy, przy wszystkich paralelach, jakie możemy przywołać, nie jest światem z 1987 r. Sytuacja, także geopolityczna i strategiczna, wbrew pozornym podobieństwom nie jest powtórzeniem tej sprzed ponad 30 lat. Na scenie są również i inni aktorzy – i tu wypada się zgodzić z Donaldem Trumpem – że chodzi m.in. o Chiny. Czysto dwustronna umowa rozbrojeniowa nie jest więc w takiej sytuacji rozwiązaniem adekwatnym.
Traktaty międzypaństwowe nie są rozwiązaniami „na wieczność”. Wcześniej czy później muszą być redefiniowane, aby mogły spełniać swoją funkcję. Raz może odbyć się to w sposób aksamitny, innym razem oznacza to rozpoczęcie kolejnej rozgrywki. Oczywiście, mniej nerwów by kosztowało resztę świata, gdyby i tym razem tak było, żeby dokonało się to w mniej napiętej atmosferze, ale zważywszy obecny klimat w stosunkach amerykańsko-rosyjskich i amerykańsko-chińskich, trudno by było realistycznie założyć, że droga mniej „pokerowa” byłaby możliwa. Pozostaje zatem czekać, co ona przyniesie, apelować o porozumienie. I – contra spem spero – być dobrej myśli.