Jak tu nie wierzyć „marszałkowi”

Ostatnio, jak na to wszystko patrzę, to coraz częściej sobie myślę, że oni specjalnie robią nam na złość. Za tę kasę, której od nich nie chcieliśmy. I za te wolne sądy, które tak szybko mielą.

Jarosław Kaczyński, jak głosi stugębna plotka, obarczony jest paranoją spisku. Istnienie „układu” przewidział lata temu; w jego świecie nie ma przypadków. W moim zresztą też nie. Nie wierzę, podobnie jak on, że sprawy dziejowe nie mają swojej przyczyny i skutku. Coś nas jednak różni. Czasami tam, gdzie Jarosław Kaczyński widzi działanie wrażych sił, których do końca nie potrafi zdefiniować, Jarosław Ważny dostrzega przyczynowo skutkowe następstwa, efektem których jest zastana sytuacja. Weźmy na ten przykład Smoleńsk 2010. Jarosław Kaczyński szuka przyczyn katastrofy w spisku Rosjan ze zdrajcami od Tuska; wiadomym jest powszechnie, że właśnie tego ostatniego obwinia za śmierć brata. Czy wierzy w zamach, tego nie wiem. Wiem natomiast, że pozwala wierzyć weń swoim wyznawcom, bo się mu to opłaca. Tam gdzie on dostrzega matnię układu, ja widzę beznadzieję tektury polskiego państwa; braki w sprzęcie, w szkoleniu, w regulaminie. Braki tolerowane latami, a w efekcie-dramat wielu ludzi. Braki i zaniedbania, które są powielane przez najbliższych Kaczyńskiego pretorianów, patrz: wylot prezydenta z Zielonej Góry po zamknięciu lotniska.

W miniony wtorek, Sąd Najwyższy miał pochylać się nad wiszącą od miesięcy sprawą kredytów indeksowanych do waluty obcej, tj. tzw. sprawą frankowiczów. Już raz, w tym roku, SN odwołał posiedzenie w tej sprawie, ponieważ czekał na rozstrzygnięcie TSUE. Doczekał się co prawda, ale z orzeczenia Sądu Europejskiego niewiele dla nas, tj. dla polskich farnkowiczów wyniknęło. TSUE orzekł, że do umów konsumentów z bankami wtrącać się nie zamierza, a wymierzanie sprawiedliwości pozostawia sądom krajowym w granicach obowiązującego weń prawa. Tyle więc musiało się zmienić, żeby się nic nie zmieniło. Dość powiedzieć, że po decyzji z Luksemburga, najbardziej ucieszyły się banki, których indeksy poszły od razu do góry a bankowe okienka giełdowe na dłużej zamrugały do akcjonariatu zielonym oczkiem. Nie było więc wyjścia i nasz rodzimy, upolityczniony i zziobroryzowany Sąd Najwyższy musiał sam wziąć się w końcu za bary z tym galimatiasem. I tu, drodzy czytelnicy, zaczyna się to, co Jarosław Kaczyński i Jarosław Ważny lubią najbardziej: dziwne sekwencje niby to przypadkowych wydarzeń, podszytych wielką polityką.

Na dwie godziny przed posiedzeniem Izby, część głównych urzędów w Polsce oraz ich wojewódzkich delegatur, w tym SN w Warszawie, otrzymują informację o podłożonych bombach. Zaczyna się ogólnopolska ewakuacja. W efekcie sędziowie zaczynają pracę trzy godziny później niż mogliby. Dokładnie w tym czasie, kiedy saperzy sprawdzają budynek, opinię publiczną obiega informacja, że prezes największego polskiego banku, PKO BP, Zbigniew Jagiełło, podał się do dymisji. Coś za dużo tych dziwnych wypadków, jak na móh gust, do tego w jeden dzień i to dzień, w którym ma rozstrzygnąć się jedna z kluczowych dla sektora bankowego decyzji. Sąd Najwyższy tymczasem, po przedłużonych obradach informuje, że…nic nie ustalił. W sprawie kredytów farnkowcyh musi zasięgnąć opinii m.in. RPO i…Rzecznika Praw Dziecka. To dopiero kuriozum. Co ma Rzecznik Praw Dziecka do kredytu we frankach? A no okazuje się że ma, jako urząd, a bez tej wiedzy, SN nie może pochopnie orzekać. Irytuje się środowisko frankowiczów, bo o podobne stanowisko mógł Sąd zapytać RPO i inne podmioty już wcześniej, choć szef NBP Glapiński, który sprawę pilotował od dawna, twierdził, że w trakcie debaty publicznej ani RPO ani tym bardziej Rzecznik Praw Dziecka nie zgłaszali swoich uwag i pomysłów, jakoby mieli coś do powiedzenia w temacie kredytów indeksowanych, a te uwagi mogłyby poważnie zaważyć na wyroku. Tak czy inaczej, zapytane urzędy mają 30 dni na odpowiedź, później nastąpi dyskusja, i może, w przyszłym roku, SN znowu pochyli się nad problemem. Tymczasem ci, którzy spłacają swoje kredyty we CHF nadal będą to czynić, ku uciesze banków, dla których, en masse, nic się nie zmieni. Rata jak wysoka byłą, taką pozostanie. Tylko po co ten Jagiełło podawał się do dymisji…

Żeby tego było mało, rząd począł luzować obostrzenia, szybciej niż zapowiadał. Premier z ministrem Niedzielskim uznali nawet, że kina i teatry oraz inne artystyczne, nikomu niepotrzebne wykwity, będą mogły zacząć działać wcześniej niż później. Opublikowano nawet specjalną listę, na której ujęto szereg podmiotów oraz zawodów z szeroko pojętej „branży”. Dla dwóch z nich uczyniono jednak wyjątek i nakazano im czekać z rozpoczęciem pracy do 6 czerwca. Mowa o trupach cyrkowych i zespołach muzycznych. Podniósł się rwetes w półświatku: czemu zespoły muzyczne mają być gorsze, od macochy są, czy jak. Wystosowano do ministerstwa nawet zapytanie: czy interpretacja skazująca cyrkowców i muzyków na dłuższy termin karencji to czasem nie zwykła, urzędowa pomyłka. Ministerstwo, piórem Instytutu Muzyki i Tańca, który listę odmrożeniową przygotowywał, odparło po paru dniach, że nie, to nie żadna pomyłka. Wykreśliło więc cyrkowców, zostawiając na indeksie muzyczne grupy młodzieżowe. I jak tu nie wierzyć w spisek i dintojrę Glińskiego. Przecież on nam to robi specjalnie, żeby dołożyć nam ile się da, za tę akcję z „bólem” i odrzuconą kasą od złodziei. Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, to bym dokładnie w ten sposób pomyślał. A tak, że jestem Jarosławem Ważnym, sądzę, że ci tam ,z tego Instytutu są po prostu…z Polski.