Ci, którzy nas uczyli

W czasach Polski Ludowej na kilka pokoleń studentów i pracowników akademickich oddziaływali wielcy nauczyciele. Oddziaływali poprzez wykłady, książki i artykuły oraz wystąpienia publiczne. Poprzez swą mądrość, wiedzę oraz postawę społeczną.

Obrońcy autonomii instytucji naukowych

Szczególną rolę odegrali Tadeusz Kotarbiński i Władysław Markiewicz – uczeni i przywódcy wspólnoty akademickiej. Obydwaj byli obrońcami autonomii tej wspólnoty. Obydwaj byli atakowani i zniesławiani.
Prof. Kotarbiński w okupowanej Warszawie zajmował się niebezpieczną działalnością-tajnym nauczaniem. Po wojnie, przez kilka lat pracował równolegle w Warszawie i Łodzi. W latach 1945-49 był rektorem Uniwersytetu Łódzkiego.
W roku 1952 ukazał się artykuł Bronisława Baczki O poglądach filozoficznych i społeczno-politycznych Tadeusza Kotarbińskiego ( „Myśl Filozoficzna”, nr 1-2, 1952) stanowiący przysłowiowe poszukiwanie dziury w całym. Kotarbiński był filozofem-materialistą i ateistą. Nie był marksistą. Baczko twierdził, że głoszony przez Kotarbińskiego kierunek filozoficzny to „burżuazyjny reizm” i starał się wykazać, że Kotarbiński był przeciwnikiem przemian ustrojowych zachodzących w Polsce po roku 1945.W odpowiedzi na ten atak prof. Kotarbiński punkt po punkcie wykazywał, że „krytyk mógłby uważnego interlokutora chyba tylko nastraszyć a nie przekonać… nie jest to rzeczowa, naukowa, filozoficzna argumentacja”. Kotarbiński został odsunięty na przedwczesną emeryturę.
Po wielu latach przebywający poza Polską Bronisław Baczko – który w międzyczasie radykalnie zmienił poglądy-przepraszał za książkę, której fragmentem był powyżej wspomniany artykuł. Jest to godne odnotowania. Nie zmienia to jednak faktu, że w roku 1952 wymienione publikacje Baczki były szkodliwe i haniebne.
Po przełomie październikowym 1956 roku prof. Tadeusz Kotarbiński powrócił do aktywnej pracy naukowo-dydaktycznej a w latach 1957-62 był prezesem Polskiej Akademii Nauk. Propagowane przez niego hasło dobrej roboty zostało podjęte i realizowane przez Naczelną Organizację Techniczną i stowarzyszenia inżynierskie. Jego Traktat o dobrej robocie został przetłumaczony m. in. na język japoński. Warto przypomnieć, że w tamtym okresie Japonia była międzynarodowym promotorem wiedzy o zapewnianiu jakości produkcji.
Prof. Kotarbiński inicjował dyskusje dotyczące zarówno prakseologii jak i prób jej stosowania w praktyce. Monitorował liczne publikacje nawet jeżeli pochodziły one od nieznanych autorów. Wśród tych ostatnich był autor niniejszych rozważań, którego spotkał zaszczyt, gdyż prof. Kotarbiński zacytował jego skromny artykuł o organizacji badań naukowych w USA.
W końcowym okresie prezesury Tadeusza Kotarbińskiego w PAN zapadła decyzja KC PZPR o utworzeniu Komitetu Nauki i Techniki (KNiT). Prof. Kotarbiński oświadczył publicznie, że decyzja ta nie była z nim konsultowana. Przewodniczącym KNiT został polityk, wicepremier Eugeniusz Szyr. Komitet, którego pierwowzór pochodził z Moskwy był swoistym superministerstwem wymagającym od placówek naukowych ciągłego opracowywania planów i sprawozdań z ich realizacji. Było to bardzo pracochłonne i mocno redukowało czas potrzebny na same badania. Przy tworzeniu KNiT znakomity socjolog prof. Jan Szczepański złożył żartobliwą propozycję utworzenia Komitetu Nauki i Muzyki. Żeby wszystko grało…
W roku 1947 dwudziestosiedmioletni Władysław Markiewicz powrócił z Wielkiej Brytanii do Polski. Miał ze sobą świadectwo maturalne, które uzyskał w Italii w szkole dla żołnierzy armii gen. Andersa w której służył. Wrócił jako bardzo oczytany poliglota. Będąc synem polskiego górnika we Francji już w szkole podstawowej stał się frankofonem. Niemieckiego nauczył się w więzieniach i obozach koncentracyjnych, w których-za działalność patriotyczną- spędził prawie cztery lata. Język włoski opanował w trakcie pobytu w Italii, a angielski-oczywiście w Anglii.
W Uniwersytecie Poznańskim studiował Markiewicz socjologię. Uwagę znakomitych profesorów-Kazimierza Ajdukiewicza, Józefa Burszty, a zwłaszcza Tadeusza Szczurkiewicza zwróciły jego umiejętności językowe i erudycja. Jego opublikowane prace-doktorska i habilitacyjna -zwróciły uwagę wielu czytelników. Dotyczyły one odpowiednio przemian w świadomości narodowej reemigrantów z Francji oraz społecznych procesów uprzemysłowienia. Z czasem Markiewicz został profesorem Uniwersytetu Poznańskiego i dyrektorem uczelnianego Instytutu Socjologii. Jego wiedza niemcoznawcza sprawiła, że został również dyrektorem Instytutu Zachodniego w Poznaniu.
Władysław Markiewicz aktywnie uczestniczył w wydarzeniach, które miały miejsce w Poznaniu w okresie październikowego przełomu w 1956 roku. Pełnił ważne funkcje w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Gdy jednak nastąpił odwrót od października zrezygnował z działalności politycznej. Jako dyrektor Instytutu Zachodniego skutecznie bronił tą placówkę przed ingerencją Służby Bezpieczeństwa. Podobne działania podejmował również na stanowisku sekretarza Wydziału I Polskiej Akademii Nauk a później-wiceprezesa PAN. Przez 12 lat prof. Markiewicz był współprzewodniczącym polsko-niemieckiej komisji podręcznikowej identyfikującej fałsze, manipulacje i stereotypy, które przekazywano uczniom niemieckim i polskim. Ta działalność na rzecz polski-niemieckiego porozumienia prowadzona przez byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych budziła podziw i uznanie w wielu krajach.
Władysław Markiewicz-socjolog i obywatel -z troską i niepokojem obserwował narastanie w Polsce wielkiego kryzysu w latach 1970-tych. Jego ostrzegawcze wystąpienia były przyjmowane z niechęcią, a czasami-z wrogością. Zwolennicy” propagandy sukcesu” zarzucali mu „czarnowidztwo”, a także „uleganie wrogim podszeptom”.
Przyjaciel Markiewicza -Józef Tejchma, wicepremier i minister Kultury i Sztuki w dniu 28 stycznia 1978 roku zanotował w swym dzienniku: „Polityka” publikuje dobry wywiad z W. Markiewiczem pt. ”Dylematy władzy”. Autor postuluje daleko idącą autonomię nauki w jej stosunkach z polityką, tylko niewasalna wobec niej nauka może dobrze służyć polityce.” Później 19 marca 1979 roku napisał: „ Z RFN wrócił Markiewicz. Pilnie zwróciła się do niego organizacja partyjna UW, aby wygłosił odczyt na temat kultury politycznej. Obydwaj oceniliśmy to jako stworzenie okazji do zebrania dodatkowych materiałów przeciwko Markiewiczowi znanemu z niekonformistycznych ocen, ale bez awanturnictwa. Radziłem Władkowi, by rozważania o Polsce wyniósł na szczebel procesu historycznego, bez przyłączania się do bieżących nastrojów skrajnego krytycyzmu i bez apologetyki. (J.Tejchma, W kręgu nadziei i rozczarowań, Warszawa 2002 s.11 i 49)
Obawy Tejchmy nie były bezpodstawne. Zastrzeżenia i podejrzenia wobec Markiewicza sprawiły, że został on pozbawiony funkcji Przewodniczącego Komitetu Polska 2000 przy Prezydium PAN. Wbrew intrygom i atakom autorytet naukowy i aktywność międzynarodowa prof. Władysława Markiewicza pomagały środowiskom naukowym zajmującym się naukami społecznymi w rozwijaniu współpracy z uniwersytetami i instytucjami badawczymi w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, a także w Chinach i Japonii.

Ze Stanów Zjednoczonych do Polski

Wybitny fizykochemik prof. Wojciech Świętosławski okres wojny spędził w Stanach Zjednoczonych prowadząc badania i wykładając w Pittsburgu. W 1946 roku za zaoszczędzone 10 000 dolarów zakupił i przywiózł do Warszawy bibliotekę naukową z której przez wiele lat korzystali jego współpracownicy i studenci. W latach 1946-60 był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 1946-51 również Politechniki Warszawskiej. Zainicjował utworzenie Instytutu Chemii Fizycznej PAN i był jego pierwszym dyrektorem.
W oczach podejrzliwych politycznych nadgorliwców prof. Świętosławski był przede wszystkim „sanacyjnym dygnitarzem”, gdyż w latach 1935-39 sprawował funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Na szczęście wspomniani nadgorliwcy nie byli w stanie mu zaszkodzić.
Prof. Świętosławski prowadził badania w dziedzinie termochemii i przyczynił się do skonstruowania precyzyjnych przyrządów pomiarowych. Był twórcą polskiej szkoły fizykochemicznej, której osiągnięcia badawcze miały znaczenie międzynarodowe. W roku 1951 został laureatem nagrody państwowej I stopnia. Z podręczników i monografii prof. Świętosławskiego publikowanych w Polsce i USA przez wiele lat korzystali liczni studenci i pracownicy nauki.

Wielkie osiągnięcia i wielki błąd

Prof. Oskar Lange – wybitny uczony i znany socjalista- w latach 1938-45 był profesorem ekonomii politycznej prestiżowego uniwersytetu w Chicago. Zdecydował się na powrót do Polski w nadziei, że będzie uczestniczyć w urzeczywistnianiu swych socjalistycznych ideałów. Zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa. Był ambasadorem Polski w Waszyngtonie i przedstawicielem w ONZ. W trudnym okresie 1952-55 będąc rektorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecna Szkoła Główna Handlowa) zajął się teorią statystyki. Po przełomie październikowym 1956 roku powrócił do ekonomii politycznej. Zamierzał napisać czterotomową monografię tego przedmiotu. Przedwczesna śmierć sprawiła, że pozostawił tylko dwa tomy. Zajmował się też ekonometrią, cybernetyką ekonomiczną i teorią informacji. Jego książki tłumaczone były na wiele języków. Pisma i myśli Langego wywierały wpływ na poszukiwania naukowe w różnych częściach świata. I tak np. w ubiegłym stuleciu w Japonii istniało znane w skali międzynarodowej ugrupowanie neolangistów. Oskar Lange był również aktywny w życiu polityczno-dyplomatycznym.
W roku 1957 został zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa. W tym charakterze w roku 1959 witał na lotnisku Okęcie ówczesnego wiceprezydenta USA Richarda Nixona.
Prof. Lange przez całe życie ulegał złudzeniom dotyczącym możliwości eliminowania mechanizmu rynkowego. Jak pisał Andrzej Werblan „Oskar Lange jeszcze w 1965r. bronił poglądu,że mechanizm rynkowy może być zastąpiony przez maszyny liczące i rachunek ekonometryczny z rezultatami lepszymi społecznie i ekonomicznie”. (A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 2009, s.27). W dorobku Oskara Langego,podobnie jak i innych wybitnych uczonych są treści, które warto przyswoić i stosować. Są również omyłki i błędy Zasługują one na krytyczną refleksję.

Powrót współpracownika Einsteina

W 1950 roku powrócił do Warszawy wybitny fizyk-teoretyk Leopold Infeld, profesor uniwersytetu w Toronto. Przed przyjazdem do Kanady przez kilka lat przebywał on w Instytucie Zaawansowanych Badań w Princeton, gdzie współpracował z Albertem Einsteinem. W 1938 roku ukazała się książka Einsteina i Infelda Ewolucja fizyki,która stała się bestsellerem na światowym rynku literatury popularnonaukowej. Książka ta w sposób przystępny przedstawia świat w kategoriach mechaniki klasycznej, a następnie ukazuje zmiany, które spowodowały – teoria pola, teoria względności oraz pojęcie kwantów.
Leopold Infeld- profesor Uniwersytetu Warszawskiego był również aktywny jako publicysta i pisarz. Był autorem znakomitej powieści Wybrańcy bogów.
Kiedy w przetłumaczonym na polski rosyjskim słowniku filozoficznym podano, że autorem równania E=mc2 był Sergiusz Wawiłow prof. Infeld uznał tą publikację za haniebną. Miał rację.
Leopold Infeld był wysoko ceniony przez Bertranda Russella. Stał się jednym z wczesnych uczestników zainicjowanego przez Russella elitarnego ruchu Pugwash skupiającego uczonych wypowiadających się za zakazem prób z bronią jądrową. Troskę i niepokój Infelda budziła nietolerancja. W autobiograficznym eseju Religia i ja pisał:”Pragnę,aby w okresie kiedy nietolerancja religijna się zwiększa moje stanowisko ateistyczne było tolerowane. Wiem, że nietolerancja jest sprawą milionów ciemnych ludzi. Wiem,że moje słowa dotrą zaledwie do kilku tysięcy. Z tych potrafię przekonać tylko kilku. Dla tych kilku napisałem te słowa”.(T. Kotarbiński, L. Infeld ,B. Russell, Religia i ja, Warszawa 1962, s.44-45).

x x x

Tadeusz Kotarbiński-gdyby chciał-mógłby wykładać w jednym z renomowanych uniwersytetów francuskich. Władysław Markiewicz mógłby studiować w Wielkiej Brytanii i tam pracować naukowo.
Wojciech Świętosławski, Oskar Lange i Leopold Infeld zrezygnowali z prestiżowych stanowisk oraz wygodnego życia i powrócili do Polski, aby nas uczyć. Wszyscy wiedzieli doskonale o warunkach panujących w powojennej Polsce i ograniczeniach wynikających z przynależności naszego kraju do tzw. bloku wschodniego.
Sądzę, że jesteśmy im winni wdzięczną pamięć. A także- w wielu przypadkach – powrót do ich myśli i książek.

Inteligencja przegrywa

„W naszym kraju zawsze decyduje drobnomieszczanin. Chłop o mentalności drobnomieszczańskiej czy mieszkaniec małego miasta. To on dokonuje zasadniczych wyborów, a jemu nie podobają się łysogłowi, bo się ich boi, nawet jeśli hasła, które wykrzykują, są mu bliskie – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

JUSTYNA KOĆ: Umówiliśmy się na rozmowę o wydarzeniach w Białymstoku, czyli…
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Białystok – biała siła. Mam jednak wrażenie, że to nie początek, a koniec.

Koniec czego?
Flirtu rządzącego nam PiS-u z faszyzującymi skrajnościami.

Jest pan optymistą?
Jestem realistą i uważam, że dokonało się odesłanie służącego tam, gdzie jego miejsce, czyli na dalekie peryferie. Na zasadzie: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Stało się tak z różnych względów. Po pierwsze, PiS mówi tym sposobem, że to on rozdaje karty na całej prawicy, także te związane z autorytaryzmem. To coś podobnego do sytuacji, kiedy przedwojenna policja biła bojówki ONR-owskie, manifestacje ONR-Falanga – w imię autorytarnego, coraz bardziej nacjonalizującego się systemu. Drugą rzeczą, wcale z powyższym niesprzeczną, jest sprawa maski, którą przywdziewa PiS zwyczajowo przed wyborami, czyli doraźnego przejścia na język skierowany do umiarkowanego prawicowego elektoratu. Elektoratu, najoględniej mówiąc, niechętnego wprawdzie LGBT, ale też takiego, dla którego przemoc fizyczna i brutalne ekscesy są czymś odrażającym, nie do przyjęcia.
Jasne też oczywiście, że PiS nie zajmuje dziś jeszcze jednolitej postawy w tym względzie, bo niektórzy jeszcze się „nie załapali” na nowy trend, a inni są jeszcze emocjonalnie uwikłani, jak niejaka Joanna Lichocka czy minister edukacji Piontkowski, w stary i wytarty porządek ocen. Jednak dominanta opowieści PiS-owskiej zaczyna być już inna: koniec flirtu z ekstremą, kres bzdurzenia, że kibole to romantyczni patrioci.

Powiedział pan: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Co ma zatem zrobić?
Ów przysłowiowy „Murzyn” ma siedzieć cicho i szanować państwo, zwłaszcza że to coraz bardziej państwo „nasze”, PiS-owskie. Proszę zwrócić uwagę, że w wydarzeniach w Białymstoku brały udział trzy podmioty: państwo, Marsz Równości i pachołkowie białej siły. I także państwo, czyli policja i reprezentowany przez nią ład, zostało zaatakowane. Teraz więc musi okazać siłę i konsekwencję, jeżeli nie chce stać się obszarem zawirowania i chaosu. Białystok jest przy tym wyjątkowym miejscem na mapie Polski, poniekąd symbolicznym, bo kluczowym dla obrazu prawicowego ekstremizmu. Cała ta historia rozegrała się zarazem w istotnym miejscu miasta, na koronnym jego szlaku, na prospekcie, którego część jest zamknięta dla samochodowego ruchu. To zresztą przepiękny układ architektoniczny, z kościołami katolickimi i „białym” oraz „czerwonym” prawosławnym soborem.
Tam też toczy się życie rekreacyjno-radosne, zwłaszcza wieczorne, kiedy przepełniają się restauracje i puby. Sam byłem kiedyś świadkiem, jak wokół siedzących przy restauracyjnych stolikach pośrodku owego prospektu ludzi z piskiem opon krążyły bardzo szybko czarne samochody, w których nierzadko panoszyły się i popisywały łysogłowe wyrostki. Oczywiście dopóki nie przyjechała policja – bo toczyła się tym sposobem, stała najwyraźniej, taka „zabawa w chowanego”, taka gra sił. I oto nagle na terenie tej gry, do której łysogłowi żywią jakieś pretensje i gdzie szpanują wieczorną porą, gdzie starają się rozwinąć swe pawie pióra, zjawił się Marsz Równości. I zawłaszczał ich symboliczny teren.
Wrzenie szeregów łysogłowców musiało być więc ogromne.
Cały zresztą konglomerat pracował na moc tego białostockiego incydentu, zespół skrytych i półjawnych powiązań znakomicie opisany m.in. w książce Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”.

Do tej pory wobec kilkudziesięciu osób są prowadzone czynności związane z popełnieniem przestępstwa.
To jak na dotychczasowe poczynania PiS-u bardzo dużo.

PiS-owi zależało na tym, aby osią sporu w kampanii był światopogląd i spór o LGBT?
Zgadza się. I to drugi ważny aspekt tej sprawy. Spór, jaki się w Polsce toczy, PiS stara się jednak utrzymać w granicach mniej więcej wolnych od fizycznej przemocy, w granicach ideologicznej pyskówki, w głowach, a nie rozstrzygać go w ulicznych burdach, zawsze ryzykownych, zawsze grożących jakimś rykoszetem albo wymknięciem się spod kontroli. PiS chce się więc pokazywać, zwłaszcza teraz, jako normalna partia, która jest tolerancyjna, która z pewnym grymasem akceptuje – skoro już są – mniejszości i LGBT i która wreszcie, gdy pojawia się przemoc, potrafi należycie zareagować. Mówiąc w skrócie, wszystko niby ma działać jak w normalnym liberalnym państwie, nie będąc nim w istocie. PiS ma tu jednak kłopot, rozsadzający ten projekt.
W 2015 to byli imigranci, w ostatnich wyborach do PE to właśnie LGBT.
Tylko w wyborach samorządowych nie dało się tego zastosować, bo nie ma w nich siłą rzeczy jednego wyrazistego przeciwnika i działa tu nazbyt wiele rozproszonych sił, często o lokalnym charakterze. Ale i tu jednak on wyłonił się paradoksalnie dopiero po wyborach, kiedy okazało się, że w miastach, zwłaszcza dużych, wygrała opozycja, a przynajmniej ludzie nie-PiS-u. Wtedy to zaczęła się rysować w propagandzie władzy groźna wizja Polski epoki rozbiorów czy nawet rozbicia dzielnicowego.

Prof. Jadwiga Staniszkis w ostatniej rozmowie powiedziała mi, że to obraz zdemoralizowania społeczeństwa przez władzę, które kupione, przymyka oko na zło.
Tak, oczywiście: znaczna cześć społeczeństwa daje przyzwolenie na ekscesy tej władzy, jaką mamy. Są nawet „twarde dane” z badań socjologicznych, które mówią, że 20-30 proc. elektoratu PiS-u daje to przyzwolenie w sposób cyniczny. Że jest ona świadoma, iż różne poczynania władzy, choćby w sprawach sądów, gospodarki, polityki zagranicznej, kultury czy ekologii, są złe, są fatalne – ale mimo wszystko głosuje na PiS, bo to jest korzystne dla nich osobiście. To myślenie człowieka o szarych oczach i szarej, niestety, duszy.
Ta demoralizacja, o której mówi pani prof. Staniszkis, jest zresztą rezultatem procesu „długiego trwania”: bo i komunizm demoralizował, i wojna, wcześniej reżim autorytarny i anarchia I Rzeczpospolitej w jej agonalnej fazie. Tak, ta tradycja społeczeństwa nieuporządkowanego, zdemoralizowanego przez różne okazje jest długa, bardzo długa i krzepka. A teraz przyszła znowu kolejna fala demoralizacji. Nic zresztą w historii nie ginie, najwyżej zaczyna pracować w sposób niewysłowiony i podświadomy.
Notabene, tak przy okazji – nie mogę sobie tej skromnej przyjemności odmówić jako wnuk dwóch żołnierzy przelewających wówczas, i to dosłownie, krew za ojczyznę – w pierwszych miesiącach wojny „z bolszewikiem” w latach 1919-1920 w polskiej armii, siłą rzeczy, wśród żołnierzy znękanych już I wojną światową panowała wysoka dezercja, zdławiona z trudem różnymi środkami – i prawnokarnymi, i moralnymi – a także przez uświadomienie sobie przez ludzi brutalności najazdu. Jednak na początku dezercja ta wynosiła od 30 do 40 proc., a w krośnieńskim, na Podkarpaciu – 60 proc. Tam właśnie, wśród pradziadów i dziadów dzisiejszych szczególnie gorliwych zwolenników PiS, w tym jakoby „najbardziej patriotycznym” bastionie. Takie doświadczenie dziejowe nie paruje w powietrze, zostaje w głowinach.

Dlaczego w krajach zachodnich partie konserwatywne wprowadzają związki partnerskie, a u nas minister edukacji rozważa zakazanie Parad Równości? Skąd taki ogromny mentalny rozstrzał? To efekt lat komunizmu, a może przyczyn trzeba szukać dalej, w czasach reformacji, która de facto Polskę ominęła?
Tak, w klęsce reformacji, w słabości i powierzchowności polskiego oświecenia, które pojawiło się u nas późno i funkcjonowało bardzo „naskórkowo”. Nie mając poważnego Oświecenia, nie mieliśmy poważnej tradycji racjonalistycznej. Mieliśmy za to klęskę reformacji, o której pani mówi. W to zaś wkroczył ponadto porządek dość szczególnego wojowniczego, twardego katolicyzmu, takiego, który skądinąd we Francji wiódł do budowania silnego państwa absolutystycznego. U nas jednak ów katolicyzm zbratał się z władzą magnackich „królewiąt”, anarchią, rokoszem i prywatą, z drastycznym i nieustannym osłabianiem – dla skrajnych, egoistycznych interesów – państwa i prawa, czego wyrazem było liberum veto. Ten proces trwał długo i doprowadził do agonii. Wyrazem oświecenia byłaby też emancypacja szerokich grup społecznych, a tego dokonali dopiero zaborcy, znosząc poddaństwo i pańszczyznę. No i mamy teraz to, co mamy.
W większości jesteśmy bowiem potomkami pańszczyźnianych chłopów albo tych drobnych, zapyziałych szlachciców, którzy żyli w pańszczyźnianym systemie, w kulturze agrarnej, związanej z wsią, z ziemią, niezmiennością tradycji. Oświecenie wymaga natomiast kultury miejskiej, wymaga uniwersytetów, kawiarni, wymaga ruchu ludzi i idei, wymaga dynamicznej i racjonalnej gospodarki. A skutek jego braku? Ot, przypomnę, że kiedy w Polsce trwało powstanie styczniowe, w Londynie otwierano pierwszą linię metra – to bardzo symboliczne i znamienne. (…)
Potem komuna, ale też “Solidarność”. Przy całej bezdyskusyjnej represyjności komunizmu pamiętać trzeba jednak, że stworzył on nową inteligencję. Tę inteligencję, która zresztą teraz przegrywa w konfrontacji z cieniami swych pańszczyźnianych przodków. I z grupami społecznymi, które – jeśli dostąpiły już jakiejś emancypacji – to tylko ekonomicznej i technicznej, nie kulturowej czy mentalnej. Jesteśmy więc dziś świadkami załamania pozycji nowych warstw oświeconych, inteligenckich, które w zderzeniu z przemożną siłą populizmu o agrarnych korzeniach przegrywają. Chociaż – co dobre i co może okazać się kiedyś płodne – przegrywają nie bez walki.
Inteligencja nie jest zresztą taka samotna, jak zdawać się może. Sekunduje jej część nowej klasy średniej, część niewielkich nawet przedsiębiorców czy „korpoludków”, która osiągnęła swe sukcesy dzięki pracy i przemyślności. Zresztą te inteligenckie klęski też są często urojone, nadmiernie poddane histerycznej reakcji. Gdyby na przykład zsumować wyniki wyborów do europarlamentu, to Koalicja i Wiosna otrzymały w nich tylko nieco ponad jeden procent mniej niż tzw. zjednoczona prawica.

Czy PiS odczuje teraz na własnej skórze, czym może być spór z bojówkami kibolsko-nacjonalistycznymi?
Obawiam się, że nie. Koniec sojuszu wbrew pozorom nie skończy się boleśnie dla PiS-u. Te grupy są krzykliwe i groźne, ale jednak marginalne. Ja nie widzę tu, jak mówi prof. Paweł Śpiewak, początku faszyzmu. Te faszystowskie bojówki były, są i prawdopodobnie będą. Teraz tylko pokazano im ich miejsce. W naszym kraju zawsze decyduje bowiem drobnomieszczanin. Chłop o mentalności drobnomieszczańskiej czy mieszkaniec małego miasta. To on dokonuje zasadniczych wyborów, a jemu nie podobają się łysogłowi, bo się ich boi, nawet jeśli hasła, które wykrzykują, są mu bliskie.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Prosta historia prostaka

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.

 

Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.

Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.

Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali.

Przegrali na własne życzenie i z samymi sobą. PRL – w ich mniemaniu najbardziej gorszące wcielenie egalitaryzmu – umożliwił im wszak awans, miejsce w przedsionku elity intelektualnej. Kiedy jednak się wśród niej znaleźli, woleli uczepić się fetysza „wolności” zamiast elementarnego etosu. Gdyby się go trzymali, dziś mieliby elementarne prawo żywić pretensje do świata. Sto lat temu intelektualiści poczuwali się do misji kształtowania historii – po 1989 r. wystarczył im tylko dryf z jej nurtem. Część z nich na wyzwolonym przez siebie „boomie edukacyjnym” wyrosła niby pączki na maśle, choć w ten sposób sami przyczynili się do społecznej i moralnej degradacji warstwy inteligenckiej i sami sformowali forpocztę „wtórnej prymitywizacji”.

A niech mnie, przecież to autentycznie prostaki! Zasiali wiatr, współuczestniczyli we wznoszeniu fali najszybszych pieniędzy, najwyższych zysków, najniższych płac, najgorszych gustów, najpłytszych pozorów – a teraz zbierają burzę, teraz ta fala stacza się topiąc ich w pianie, którą PiS bije od co najmniej trzech lat… I oni naprawdę tego nie widzą! Idioci? Ten „atak plebsu”, przed którym tak się muszą bronić jest chyba ich własnym wstydem – przedmiotem rozpaczliwego wyparcia.

Wbrew bredniom wypisywanym przez prof. Hartmana, egalitaryzm nie polega na tym, że wszyscy rozkoszują się jego pismami, sami uzyskują profesurę, a potem pewnie zasuwają w kółko recytując Goethego lub tocząc spór o uniwersalia. Ale z pewnością polega m.in. na tym, że „wysublimowani” czują się współodpowiedzialni za rzeczywistość, którą dzielą z „prostym człowiekiem”. Coś, czego Hartman wręcz chwali się, że nie rozumie! Bardzo chciałbym – bardzo proszę! – by zrozumienie tego rozważyli ci, którzy mają się za inteligentów, którzy palą się do świętej wojny o „wolne sądy” – swoją własną ostoję – ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego ludzie chętnie posłaliby ich do diabła. Idealiści to z pewnością nie ci, którzy mają się za idealnych.