Koniec z inwigilowaniem Czarnych?

Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.
Niestety, wokół zastosowania tej technologii nagromadziło się sporo kontrowersji. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że oprogramowanie myli się w wielu przypadkach i błędnie rozpoznaje niektóre twarze. Co bardziej szokujące, program „Rekognition” myli się wyjątkowo często w przypadku twarzy osób czarnoskórych. Sprawę nagłośniono, gdy w lipcu 2018 roku opublikowano wyniki testu oprogramowania w którym „Rekognition” błędnie zidentyfikował twarze 28 członków amerykańskiego Kongresu, w szczególności kongresmenów czarnoskórych i kolorowych. Grupa członków Kongresu wysłała potem list do szefa Amazona, Jeffa Bezosa, domagając się zaprzestania udostępniania programu instytucjom porządkowym, w tym policji i służbom imigracyjnym.
Jak argumentowali, używanie tego oprogramowania może prowadzić do pomyłek i nadużyć. Bezos bronił wtedy współpracy ze służbami, argumentując, że skuteczność oprogramowania szacowana jest na 80% i że firma zaleca służbom policyjnym traktowanie oprogramowania jako narzędzia pomocniczego a nie ostatecznie decydującego o czyjejś winie. Jak jednak wykazali dziennikarze The Washington Post, policja wykorzystywała oprogramowanie ignorując zalecenia producenta, co prowadziło do sytuacji, gdy zatrzymywano, przesłuchiwano i dręczono niewinnych ludzi, oczywiście głównie Czarnych. Problemy w identyfikacji twarzy przy użyciu tego oprogramowania wykazali w 2019 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, zwracając dodatkowo uwagę na duży odsetek błędnych wskazań w przypadku kolorowych kobiet.
Policja i służby wykorzystują te technologie nie tylko do ścigania najgroźniejszych przestępców, ale także do profilowania aktywistów i osób uczestniczących w protestach. Technologii tych używano już na przykład przy okazji protestów w Baltimore po tym jak uniewinniono sześciu policjantów odpowiedzialnych za śmierć czarnoskórego baltimorczyka Freddiego Graya. W trakcie protestów po tych wydarzeniach, policja profilowała uczestników przy użyciu technologii rozpoznawania twarzy i wiele osób trafiło do aresztu w oparciu o dowody z oprogramowania. Przypomnijmy w tym miejscu, że Freddie Gray zmarł po tym, jak w policyjnym radiowozie złamano mu kręgosłup. Odpowiedzialni za to policjanci twierdzili, że obrażenia były skutkiem „przewrócenia się” w czasie transportu na komisariat. Świadkowie twierdzili natomiast, że policjanci używali nadmiernej siły a zatrzymany krzyczał „nie mogę oddychać” gdy funkcjonariusz klęczał mu na karku. Dzisiaj taki przebieg wydarzenia brzmi już bardzo znajomo. Pomimo tego, policjanci zostali jedynie zawieszeni, bez wstrzymania wynagrodzenia, a następnie „ukarani” w wewnętrznym śledztwie, którym kierowali inni policjanci. Można tu jeszcze wspomnieć o tym, że Freddie Gray był całkowicie niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa i został aresztowany przypadkowo.
Przy innej okazji, policja na Florydzie wykorzystywała to niepewne oprogramowanie do zatrzymywania i przetrzymywania w aresztach ludzi na podstawie przepisów antynarkotykowych, pomimo tego, że sam producent ostrzegał, że odczyty z oprogramowania mogą być błędne a ich skuteczność jest ograniczona. Ofiarą pomyłek padali oczywiście wyłącznie Czarni i inni kolorowi. Od tamtego czasu działacze na rzecz praw obywatelskich prowadzą kampanie na rzecz zaprzestania wykorzystywania tych technologii. Wszystkie te starania rozbijały się do tej pory o argumenty o „walce z przestępczością” czy „zagrożeniu terroryzmem”.
Potrzeba było masowych protestów początku czerwca 2020 roku i ogromnej presji społecznej, by Amazon zdecydował się na zawieszenie współpracy z amerykańską policją. Przedstawiciele Partii Demokratycznej przedstawili w Kongresie projekt ustawy o reformie policji, w której zakazuje się korzystania przez aparat ścigania z systemu rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym. Niektórzy aktywiści wskazują jednak, że projekt reformy nie idzie wystarczająco daleko. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) argumentuje, że zakazane powinno być wszelkie korzystanie z technologii rozpoznawania twarzy w urządzeniach na mundurach policyjnych. „Technologia rozpoznawania twarzy zagraża prywatności wszystkich, ale szkodliwość tej technologii nie jest doświadczana przez wszystkich jednakowo. Niedawne, wszechstronne badania rządowe przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauki i Technologii wykazały, że Afroamerykanie i Azjaci byli nawet 100 razy bardziej narażeni na błędną identyfikację niż biali, w zależności od algorytmu i rodzaju użycia go. Nawet jedna błędna identyfikacja może prowadzić do niesłusznego aresztowania, długotrwałych przesłuchań a nawet śmierci z rąk policji – wszystko to są zbyt częste przypadki rasistowskich nadużyć policyjnych, jakich kolorowi doświadczają na co dzień” – pisze ACLU.
Podobne oprogramowanie tworzą wielkie firmy, takie jak IBM czy Microsoft. IBM zakazał w ostatnich dniach wykorzystywania swojego oprogramowania do prowadzenia „masowej obserwacji i profilowania rasowego” i rozważa całkowity zakaz sprzedaży takich produktów służbom policyjnym. W liście skierowanym do amerykańskiego Kongresu, szef IBM Arvind Krishna napisał, że „walka z rasizmem jest pilna jak nigdy”. Krishna ogłosił, że dalsza współpraca z policją i innymi agendami rządowymi zależna będzie od wyników współpracy w trzech obszarach: reforma policji, odpowiedzialne korzystanie z technologii i rozszerzenie szkoleń w zakresie korzystania z produktów firmy.
Firma Microsoft zapewniała w ostatnich dniach o swoim przywiązaniu do idei zwalczania rasizmu i zwróciła się nawet do jednej z wiodących artystek nowojorskich z prośbą o ozdobienie antyrasistowskim muralem firmowego sklepu w centrum Nowego Jorku. Nie do końca jest jednak jasne na ile poważnie firma traktuje swoje deklaracje o antyrasizmie. 250 pracowników firmy wystosowało list w którym zachęcają swojego pracodawcę do zerwania kontraktów z amerykańską policją ale kierownictwo Microsoft wydaje się głuche na takie wezwania. Firma nie tylko tworzy i sprzedaje systemy do rozpoznawania twarzy i inwigilacji ale aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz stworzenia przepisów prawnych korzystnych dla producentów tego typu oprogramowania i deregulacji przepisów dla tej branży. W tym roku firma brała aktywny udział w lobbowaniu na rzecz wprowadzenia prawa ułatwiającego korzystanie z tych technologii przez policję i prywatne firmy w Kalifornii. Dzięki staraniom organizacji proobywatelskich, w Kalifornii udało się zapobiec wprowadzeniu tej ustawy ale podobna ustawa weszła ostatnio w życie w stanie Waszyngton.
Trudno oczekiwać, że Microsoft z własnej inicjatywy zrezygnuje z promowania przepisów korzystnych z punktu widzenia ich interesów. Branża technologii inwigilacyjnych jest bardzo dochodowa i ma przyszłość, o ile rządom państw na świecie uda się przekonać społeczeństwa, że elektroniczna inwigilacja jest niezbędna do tego, by poczuli się bezpiecznie. W projekcie ustawy w Kalifornii zawarto przepisy usuwające obecny, wywalczony przez działaczy na rzecz praw obywatelskich zakaz stosowania przez władze systemu rozpoznawania twarzy. Taki zakaz obowiązuje obecnie w sześciu stanach Ameryki a Microsoft chce go znieść.
Firma współpracuje ponadto z izraelskimi firmami zajmującymi się produkcją systemów rozpoznawania twarzy, które wykorzystywane są do inwigilowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu. Microsoft może twierdzić, że jest oddany idei rasowej sprawiedliwości ale działania firmy nie poszły na razie ani o krok w kierunku odcięcia się od szkodliwych praktyk związanych z wykorzystaniem ich systemów przez policję i służby bezpieczeństwa.
Należy mieć nadzieję, że dobre kroki podjęte w tej dziedzinie przez firmy Amazon i IBM będą kopiowane przez innych. Pewne jest natomiast, że nie odbędzie się to bez presji ze strony organizacji pozarządowych i ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej. Do moralnego zachowania korporacje trzeba zmusić.

Zabrać ludziom świadomość, czyli lot nad kukułczym gniazdem

Znakomity obraz Miloša Formana z Jackiem Nicholsonem w roli głównej nie jest filmową fikcją. To przedstawienie autentycznej rzeczywistości amerykańskich eksperymentów nad ludzką świadomością. W kontekście dramatów, jakie dotykają Juliana Assange’a i Chelsea Manning – na oczach demokratycznego i wolnego ponoć świata – warto przypomnieć, co Imperium Dobra i Krynica Wartości czyniła (i nadal czyni, choć bardziej sekretnie) w przedmiocie łamania człowieczych sumień, kontroli umysłami i totalnej manipulacji ludzką świadomością.

W dobie pandemii i mniej lub bardziej jawnie wyrażanych zakusów inwigilacyjnych powraca również temat prób kontroli ludzkich zachowań, jakie od dawna podejmowały służby specjalne. W USA już w latach 40. i 50. sądzono, na podstawie osiągnięć nauk związanych z psychiatrią, psychologią i socjologią (bezcenny okazał się tu dorobek Freuda, Bernaysa i Trottera), iż takie możliwości są tuż tuż, wystarczy podłączyć kilka przewodów albo odpowiedni farmaceutyk. Wtedy zaczęto eksperymentować z przekazami podprogowymi, a do powszechnego języka wszedł termin „pranie mózgu”.
Naukowcy wprzęgnięci w machinę państwowej służby zajęli się badaniami nad możliwością stworzenia społeczeństwa, w którym ludzie będą całkowicie kontrolowani i to nawet nie w taki sposób, jak w wizjach George’a Orwella, ale bezpośrednio za pomocą odpowiednio skonstruowanego pilota (dziś mówi się o wszczepianych chipach). Wizja pełnej kontroli nad tym, co ludzie robią, a nawet myślą pociągała polityków i służby specjalne. CIA zaangażowała się w takie badania tuż po II wojnie światowej. W 1953 z kilku rozpoczętych wcześniej małych, rozrzuconych projektów badawczych stworzono jeden. Nazwano go MK ULTRA. Ludzie, których do niego zaangażowano mieli postawionych szereg zadań: od opracowania doskonałego serum prawdy, przez zbadanie możliwości trwałej zmiany osobowości i wymazywania oraz programowania wspomnień, po przygotowanie koktajlu (to dołożono później), który pozwoli kontrolować Fidela Castro. Badania były szeroko zakrojone i hojnie finansowane. Zaangażowało się w nie ponad 80 instytucji, w tym co najmniej 40 uniwersytetów, kilka koncernów farmaceutycznych, szpitale, więzienia i instytuty badawcze.
Były to czasy zimnowojennej paranoi. Skrzydła rozwijał senator Joseph Mc Carthy, który rozpętał antykomunistyczną i antyradziecką histerię w USA. Hollywood straszył komunistami ukrytymi wszędzie, ale w tym czasie to nie oni eksperymentowali z umysłami amerykańskich żołnierzy i studentów. Prowadziło te doświadczenia CIA, a do badań zaangażowano także naukowców, wśród których znajdowali się naziści sprowadzeni do USA zaraz po wojnie w ramach tzw. Operacji Paperclip (lub Overcast).
Testowano na ludziach m.in. modną wówczas psychochirurgię. Uszkadzano w warunkach szpitalnych określone części mózgu czy przerywano określone połączenia neuronowe i obserwowano, jak daleko te eksperymenty pseudo-medyczne pozwalają sterować, kontrolować i manipulować ludźmi. Doświadczenia skupiały się też na próbach psychologicznie sterowanych sposobach łamania ludzi poprzez usuwanie ich wspomnień. Na masową skalę wykorzystywano środki psychotropowe i narkotyki, zwłaszcza LSD. Niektórym pacjentom podawano je przez 80 dni z rzędu, powodując nie tylko utratę pamięci, ale też trwałą ułomność bądź intelektualną niemoc.
Uczestników rekrutowano przede wszystkim z nieświadomych niczego pacjentów szpitali psychiatrycznych, więźniów czy studentów. Wśród takich właśnie przypadkowych „królików doświadczalnych” znalazł się Teodor Kaczyński, bardziej znany pod pseudonimem „Unabomber” (stał się seryjnym mordercą właśnie w efekcie prania mózgu w ramach tego projektu). Podczas tzw. operacji „Orgazm o północy” – będącej częścią programu MK ULTRA – stworzono na terenie San Francisco szereg domów publicznych, gdzie zwerbowane prostytutki ściągały niczego nieświadomych klientów w pułapkę tych eksperymentów. Po nafaszerowaniu ich LSD stawali się „materiałem” do dalszych doświadczeń. Na zakupy środków psychoaktywnych wydawano setki tysięcy dolarów i dostarczano je do współpracujących z programem klinik oraz lekarzy. Jednocześnie do kooperacji wprzęgnięto amerykańskie koncerny farmaceutyczne, dostarczając leki i medykamenty (także syntetyczne narkotyki) do testowania na nieświadomych „obiektach” badawczych. Myślano także o iście szatańskim projekcie dodania takich preparatów do ujęcia wody pitnej w jednym z miasteczek amerykańskich. Wszystko po to, by osiągnąć taki poziom masowego otępienia, w którym mieszkańcy nie będą w stanie myśleć o jakiejkolwiek obronie.
Testowano różne środki psychotropowe wzmacniane różnymi technikami przesłuchiwania. Jedna z metod polegała np. na tym, że najpierw wstrzykiwano „obiektowi” barbiturany, a gdy zaczynał odpływać, rozbudzano go amfetaminą. Efektem była głęboka dezorientacja i łatwość prowadzenia przesłuchania. Gdzie indziej (to właśnie zastosowano wobec wspomnianego „Unabombera”) sprawdzano, jak bardzo trzeba zniszczyć u kogoś poczucie własnej wartości, by zmienić go w bezwolnego wykonawcę rozkazów. Próbowano też tych środków i metod, aby wymazać wspomnienia z mózgu i w ich miejsce wpisać nowe, potrzebne dla manipulowania tak zaprogramowanym człowiekiem. Najsmutniejsze było to, iż w całym programie – hojnie opłacanym z budżetu USA – uczestniczyło setki naukowców, szacowne uczelnie i instytuty badawcze.
Szefem całego projektu był oryginał, niejaki Sidney Gottlieb, postać wyjęta żywcem z magazynów i książek New Age. Kilka lat przebywał on w Indiach szukając spokoju w medytacjach i kontemplacji nad wewnętrznym „ja”. Po powrocie do Ameryki zamieszkał pod Waszyngtonem hodując kozy. Przetworzonej żywności nie spożywał, był protoplastą współczesnych ekologów i wegetarian. Pił jedynie kozie mleko, a jadł przede wszystkim własnoręcznie zrobione sery. Miał dużą słabość do psychodelików. To on zadbał o pozycję narkotyków – i przede wszystkim LSD – w projekcie MK ULTRA.
W 1973 roku w obawie przed odpowiedzialnością zniszczono większość dokumentów będących w posiadaniu CIA, lecz to, co zostało – a przy takiej skali nie dało się pozbyć wszystkiego – wystarczy, by wyrobić sobie apokaliptyczny obraz wydarzeń tego do czego mogą się posunąć służby specjalne w demokratycznym przecież kraju. Po ujawnieniu sprawy program został rozwiązany. Przynajmniej oficjalnie, ponieważ nie brak głosów twierdzących, że zmienił jedynie nazwę… Współczesne podręczniki prowadzenia przesłuchań używane przez amerykańskie specsłużby są – jak twierdzi kanadyjska dziennikarka Naomi Klein – w znacznym stopniu oparte o wyniki badań prowadzonych w ramach projektu MK ULTRA.
Dlaczego dziś o tym przypominam? Bo pokusa kontrolowania umysłów i manipulowania ludzkim myśleniem nie zginęła, a dzisiejsze możliwości technologiczne i osiągnięcia nauki dają bez porównania większe możliwości. Nie trzeba nawet sięgać po narkotyki czy skompromitowane pseudoeksperymenty naukowe (chociaż czy ktokolwiek jest w stanie z pełną odpowiedzialnością zapewnić, że i takie odeszły całkowicie do historii?). Dziś na topie są próby wpływania na rząd dusz i zdobywania wpływu na zachowania ludzi poprzez manipulowanie informacją i gry z mediami społecznościowymi i ich algorytmami. A wszystko to – niby w najszlachetniejszym celu. W czasie zimnej wojny wróg „wolnego świata” był znany, dziś zastępują go narracje o zagrożeniach (wiadomo z czyjej strony).
Tylko nasza wolność jest okrajana, nasze swobodne myślenie ograniczane, a my o wszystkim dowiadujemy się po fakcie.

Pandemia szpiegowania

Epidemia covid-19 inspiruje władze wielu krajów do wykorzystywania aplikacji na smartfony, by śledzić osoby zarażone i ich kontakty lub by ostrzegać zdrowych przed zarażonymi, gdyby się do nich zbliżali. Jedynymi dobrze sprawdzonymi i skutecznymi aplikacjami tego typu są produkcje izraelskie, gdyż Izraelczycy dysponują zniewolonym narodem – palestyńskim, który nieustannie śledzą na różne sposoby. Jest on idealnym, zbiorowym królikiem doświadczalnym, co zapewnia izraelskiej marce NSO zainteresowanie wielu dyktatorskich rządów i tajnych służb, w tym komercyjnych. Problem: zainteresowanie produktami NSO wyraża Unia Europejska.

Na Zachodzie padają najróżniejsze pomysły „wzmocnienia bezpieczeństwa epidemiologicznego”, np. łączenia smartfonowych aplikacji z obowiązkiem noszenia przez zarażonych elektronicznej opaski GPS, jakie niektórzy skazani muszą nosić nad kostką (np. rządy indyjski i francuski), a same aplikacje mogą służyć do przesyłania najróżniejszych danych, nie tylko tych, które mają być jawne dla użytkowników. Naturalnie stosowanie GPS w aplikacjach śledzących zwykłych ludzi budzi kontrowersje, choć stosują to na razie tylko niektóre kraje azjatyckie, ale i aplikacje oparte na Bluetooth, teoretycznie bardziej anonimowe, mogą być dwóch rodzajów: działać w sieciach zdecentralizowanych lub centralizowanych. W tym drugim przypadku nie ma przeszkód, by efektywnie kontrolować ruchy tłumów lub jednostek oraz ich kontakty.
Np. armia szwajcarska wspólnie z firmą Ubique rozwija aplikację wykorzystującą Bluetooth pod roboczą nazwą „DP3D”, która ma być (od połowy maja) całkowicie anonimowa i zdecentralizowana. Telefony użytkowników mają ostrzegać, gdyby doszło do jakiegoś bliższego spotkania z kimś zarażonym i informować, co robić. Inną drogę wybrali Niemcy i Francuzi: pracują nad aplikacją „StopCovid”, która miałaby działać już na początku czerwca i jednak centralizować dane. Oczywiście mówi się ciągle o anonimowości, lecz będzie ona powiedzmy dość względna, bo w każdej chwili centralny operator będzie mógł dojść o czyj telefon chodzi, nawet jeśli oficjalnie przed tym się broni. Minister cyfryzacji w rządzie Macrona zapewnia, że „nie ma co filozofować, bo chodzi o ludzkie życie”, co ma zamknąć usta opozycji.
Kariera „Fleminga”
Weźmy np. wielkie kraje, jak Indie i Brazylia. 1 maja, w dzień Święta Solidarności Ludzi Pracy, indyjski minister spraw wewnętrznych ogłosił dekret rządowy, według którego wszyscy pracownicy, bez względu na to, czy pracują dla przedsiębiorstw państwowych czy prywatnych, są zobowiązani do instalacji aplikacji, która ma notować wszelkie kontakty z osobami zarażonymi. Jeśli brać pod uwagę oficjalne dane, rozmiar epidemii covid-19 w Indiach jest mniej niż anegdotyczny (mniej niż promilowy), a jednak setki milionów pracujących zostaną poddane kontroli aplikacji łączącej wykorzystanie Bluetooth z GPS. Dyrekcje przedsiębiorstw i właściciele są z tego obowiązku zwolnieni, muszą tylko dopilnować, by „100 proc.” ich podwładnych załadowało „Aarogya Setu” („droga do zdrowia”), jak nazywa się ów programik.
Już 1 maja pobrały go 83 miliony ludzi, żeby nie stracić pracy. Dziś ta liczba zbliża się do 200 milionów, czyli „minimalnego celu” rządu, od którego aplikacja miałaby być „naprawdę” skuteczna. Z tymi „100 proc.” to chyba rodzaj metafory, bo tylko ok. 40 proc. ludzi w Indiach ma przenośne telefony. Tu wyjściem mają być „tanie” nadajniki GPS na nogę lub rękę, ale do objęcia ogółu pracowników jeszcze daleko. Tak się składa, że ultranacjonalistyczny rząd indyjski ma doskonałe stosunki z ultranacjonalistycznym Izraelem (łączy je silnie pogarda dla muzułmanów), a „Aarogya Setu” bardzo przypomina „Fleming” – ostatnie informatyczne dziecko NSO Group. Tak się też składa, że izraelskie ministerstwo obrony, dowodzone teraz przez Naftalego Bennetta z neofaszystowskiej Nowej Prawicy, które zajmuje się sprzedażą produktów NSO, nie ujawnia wszystkich swoich transakcji międzynarodowych. „Fleming”ma tę przewagę nad rozwijanymi aplikacjami zachodnimi, że jest gotowy.
Gdy pod wpływem strachu wywołanego wiadomościami o epidemii w Indiach doszło do serii pogromów antymuzułmańskich, wieści o „Flemingu” zaczęły nadchodzić też z Brazylii, gdzie prezydent Jair Bolsonaro, który długo opierał się rygorom kwarantanny, musiał jednak wystąpić w maseczce, pod naciskiem stanowych gubernatorów. Dla niego taka aplikacja (Brazylia dysponuje już „Pegazem”) mogłaby załatwić sprawę epidemii i jednocześnie jeszcze bardziej zacieśnić stosunki z Izraelem. W polskich mediach trudno znaleźć informację, że na każdej, dosłownie każdej manifestacji zwolenników prezydenta-rasisty z jego udziałem, królują trzy flagi: oprócz narodowej, izraelska i amerykańska. Ma to ilustrować „brazylijskie marzenie” zwolenników Bolsonaro tęskniących za przywróceniem junty wojskowej oraz ich ambicje ustrojowe: połączenie izraelskiego reżimu apartheidu z amerykańską plutokracją, pod okiem generałów.
Skrzydła „Pegaza”
NSO Group wyleciała ponad palestyński horyzont w roku 2012, na skrzydłach „Pegaza”, swego flagowego produktu do dzisiaj. Przeszedł on znaczną ewolucję od kiedy trafił się pierwszy klient, prawicowy rząd Meksyku, który kupił ów program (zakwalifikowany przez władze izraelskie jako „broń”) za ok. 20 milionów dolarów. Oficjalnie Izrael sprzedawał tę broń różnym państwom „do walki z terroryzmem i przestępczością”, lecz służyła ona raczej do walki z opozycją polityczną, dziennikarzami, działaczami społecznymi i aktywistami organizacji pozarządowych.
„Pegaz” daje całkowite panowanie nad czyimś telefonem i nie sposób go wykryć programami antywirusowymi – wykrycie jego obecności to skomplikowana praca dla specjalistów. Przyjmuje się, że kupiło go od 30 do 45 państw, lecz w sumie są to dane niezbyt pewne. Niektóre reżimy same się do tego przyznają, przy innych wychodzi to przypadkiem. Wiadomo np., że kupiła go Arabia Saudyjska, bo miał go w telefonie Dżamal Chaszodżdżi, dziennikarz pokrojony na kawałki na zlecenie tamtejszego tyrana Mohammeda ben Salmana.
Co do Europy, obecność „Pegaza” wykryto dotąd tylko w kilku krajach: we Francji, w Grecji, na Łotwie, w Polsce, w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. To nie musi znaczyć, że rządy tych krajów kupiły „Pegaz”. Np. Indie śmiało to przyznały, ale w Europie nikt się tym specjalnie nie chwali, tym bardziej, że NSO Group ma na plecach już sporo procesów. Oczywiście wyjdzie z nich obronną ręką, ale jednak. Ostatnio najgłośniejszą sprawą jest hackowanie za pomocą „Pegaza” telefonów użytkowników WhatsApp, wykryte przez specjalistów tej firmy. Ktoś trzymał na krótkiej smyczy co najmniej 1400 osób: wysokich funkcjonariuszy rządowych, dziennikarzy i obrońców praw człowieka, a wszystko przechodziło przez serwery NSO usytuowane w Los Angeles.
Jednostka 8200
NSO Group powstała 10 lat temu z inicjatywy byłych oficerów Cahalu, tzw. Jednostki 8200, która zajmuje się wojnami elektronicznymi i szpiegowaniem sieciowym (produkcją wirusów itd.). Jej weterani ogłosili triumfalnie w Ha’aretz w 2014 r., że „populacja palestyńska pod władzą naszej armii jest całkowicie wystawiona na szpiegowanie i nadzór wywiadu”. Wszystko wskazuje, że „antycovidowy Fleming” jest dzieckiem tej samej jednostki, ściśle powiązanej z NSO. Jego kontrolą i rozpowszechnianiem zajmuje się Szin Bet – tajna, izraelska służba bezpieczeństwa wewnętrznego.
„Fleming” nie jest tak „ciężki” ani tak skomplikowany jak „Pegaz”, ale daje dokładną geolokalizację, sprawdza pobierane i wysyłane pliki, może uruchamiać kamerę. Taka wersja tego programu była testowana od początku roku na tych Palestyńczykach, którzy z z terytoriów okupowanych przyjeżdżają do Izraela do pracy. Każdy kto chciał mieć zezwolenie na pracę musiał to zainstalować, inaczej wojsko nie przepuszcza przez punkty kontrolne. Powstała z tej aplikacji wersja eksportowa, jeszcze lżejsza, lecz jej zastosowanie w Izraelu budzi duże kontrowersje.
Walka naukowa
„Sprawy ochrony zdrowia i życia” przekonały rząd państwa żydowskiego do masowej inwigilacji obywateli izraelskich, co spotkało się z kontrą dwóch środowisk. Z jednej strony organizacje ochrony praw człowieka podały rząd do sądu z powodu „zagrożenia totalitarnego” i pogwałcenia praw obywatelskich, z drugiej nacjonaliści są oburzeni, że aplikację przeznaczoną pierwotnie do śledzenia gojów, stosuje się wśród Żydów. Sąd Najwyższy gra z Knesetem w rodzaj ping-ponga w tej sprawie, parlament musi przegłosowywać przedłużanie stosowania aplikacji. Oprócz ostrzegania, ma ona ciekawą funkcję: wyświetla zarażonym stopień ich zakażenia koronawirusem w skali od 1 do 10, dzięki współpracy z ministerstwem zdrowia.
W listopadzie ub. roku NSO Group, by przeciwdziałać swej wątpliwej sławie, zatrudniła b. dyplomatę Gérarda Arauda, b. ambasadora Francji w Tel-Awiwie i Waszyngtonie. Przekonuje on teraz w Europie, że NSO szanuje prawa człowieka i życie prywatne i że „Fleming” działa wyłącznie na rzecz ogólnego zdrowia. Raczej mu się udało, bo ambasador Unii Europejskiej w Izraelu Emanuele Giaufret ogłosił w kwietniu, że 27 państw Unii „wykorzystuje badania naukowe i technologiczne do walki z covid-10”, co zawiera „projekty współpracy z Izraelem”. Izraelczycy dostali już zresztą część ze 150 milionów dolarów, które Unia przeznaczyła na „walkę naukową” z covid-19.
„To, co dzieje się Palestynie, nie zostaje w Palestynie” – głosi grupa badawcza Who Profits, zajmująca się zjawiskiem rozwoju inwigilacji elektronicznej przy okazji kryzysu epidemicznego, w kontekście zbrodniczej, izraelskiej okupacji Palestyny. Wydawało się, że państwom Unii izraelskie programy szpiegowskie nie będą tak imponować jak Bahrajnowi, Kazachstanowi, czy Stanom Zjednoczonym, lecz dzieje się inaczej. Według Johna Scotta-Railtona, naukowca z Uniwersytet Toronto kierującego pracami Citizen Lab, „Chodzi o ekstremalnie cyniczną próbę ze strony NSO wejścia na rynek masowej inwigilacji”.

Prowokatorzy

Cała Polska trzęsie się ze śmiechu lub oburzenia nad naczelniczką Urzędu Skarbowego w Bartoszycach.

 

Otóż jej dwie urzędniczki urządziły sobie prowokację, by złapać i ukarać mechanika jakiegoś nieznaczącego warsztaciku po godzinach pracy. Prowokatorki przygotowały swoją prowokację profesjonalnie: najpierw podjechały samochodem pod nie pracujący już warsztat. Udawały z powodzeniem dwie biedne, wymagające pomocy, bo nieznające się na mechanice, kobiety. Właściciel warsztatu, zamiast trzasnąć drzwiami im przed nosem, okazał serce, poprosił lub polecił mechanikowi zmianę żarówki (bo o taki drobiazg szło), który wkręcił własną, bo w magazynie podobnej nie było. A kiedy te dwie nadgorliwe urzędniczki zapytały, ile są winne rzucił przez ramię, że 10 złotych, tyle otrzymał i w tej samej chwili panie przeistoczyły się z obiektów pomocy w aparat represji państwa i wypisały mandat w wysokości 500 złotych. Mechanik go nie przyjął, sprawa trafiła do sądu, sąd uznał winę, ale nie ukarał, naczelniczka US się odwołała i dopiero wtedy ktoś uświadomił jej, że kompromituje siebie i urząd, który reprezentuje, więc odstąpiła od dalszej procedury. Sprawa zakończona? Bynajmniej.

W mediach i sieciach społecznościowych wydziwia się nad nadgorliwością funkcjonariuszek US, które łapią na nieznaczących sumach zwykłych, nie nazbyt zasobnych obywateli wykorzystując na dodatek ludzkie odruchy, których niewiele nam po 30 latach panowania tego ustroju zostało. Drwią lub okładają brzydkimi słowami naczelniczkę Urzędu Skarbowego w Bartoszycach. Wyliczają, ile to wszystko kosztowało Skarb Państwa, przerzucają się opłacalnością, niepotrzebnymi wydatkami i marnotrawstwem publicznego grosza. Mnie niepokoi coś innego.

Słownik Języka Polskiego prowokację definiuje na potrzeby opisywanego wydarzenia następująco: „podstępne działanie mające na celu nakłonienie kogoś do określonego postępowania, zwykle szkodliwego dla niego i osób z nim związanych” oraz: „nakłanianie jakiejś osoby do popełnienia przestępstwa w celu doprowadzenia do wszczęcia przeciwko niej postępowania karnego”. Wikipedia dodaje jeszcze: „W Kanadzie prowokację w policji definiuje się jako podjęcie działań poprzez jednostkę policji, które dają szansę przypadkowej jednostce społeczeństwa na popełnienie przestępstwa. Jest to forma testu nazywana Random virtue testing (ang. dosłownie losowe testowanie cnoty)”.

Otóż chcę powiedzieć, co następuje: w dupie mam takie państwo, które działa wobec swoich obywateli w sposób podstępny i w celu nakłonienia go do działania na swoją szkodę. Coś się naszym politykom pozajączkowało w ich, przepraszam za nadużycie, mózgach. Państwo, które losowo testuje moją cnotę, lepiej niech się zajmie macaniem kur, a nie rządzeniem pokaźną grupą ludzi. Nie mam i nie będę miał za grosz zaufania do struktury, której istotą jest karanie i organizowanie prowokacji. W czasach, kiedy wartości miały jeszcze znaczenie, słowo „prowokator” było jedną z bardziej dotkliwych obelg. I jeżeli Polska czyni z tego cnotę już na poziomie małego przygranicznego miasteczka, to można bez ryzyka popełnienia dużego błędu przypuszczać, że takie myślenie jest powszechne wśród urzędników każdego szczebla i każdego urzędu. Jak się zdaje obecna władza jest przekonana, że sformułowaniu, iż państwo polskie to „chuj, dupa i kamieni kupa” powinna przeciwstawić państwo z mordą szpicla, takimż myśleniem i obowiązkowym węszeniem spisków w każdej grupie obywateli. Oczywiście w towarzystwie frazesów o konieczności dumy z takiego tworu.

Dzisiejsze władze nic nie zrozumiały z ostatnich 100 lat, o których tak ładnie i całkowicie bezrefleksyjnie opowiadały z oficjalnych trybun jeszcze parę dni temu.

Wsparcie z Tel-Awiwu

Węgierski premier w ostatniej kampanii wyborczej korzystał z nagrań wykonanych przez firmę wywodzącą się z izraelskich służb. Użył ich do oczerniania organizacji pozarządowych i pozbycia się ich z kraju.

 

Wiosenne wybory parlamentarne na Węgrzech, wygrane ponownie przez partię Fidesz, rozegrały się w dużej mierze w atmosferze medialnej nagonki na organizacje pozarządowe broniące praw człowieka. Zdaniem Viktora Orbána miały one rzekomo zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu Węgier. W kampanii wyborczej wykorzystano m.in. nagrania, na podstawie których oczerniano grupy powiązane z Georgem Sorosem. Dzisiaj, dzięki śledztwu przeprowadzonemu przez reporterkę magazynu Politico, wiadomo, że nagrania zostały wykonane przez działających po przykrywką agentów, pracowników izraelskiej firmy zajmującej się działalnością wywiadowczą.

Dziennikarka Lili Bayer, kontaktując się z byłym pracownikiem firmy Black Cube z siedzibą w Tel-Avivie, ustaliła, że od grudnia 2017 r. do marca 2018 r. agenci korzystający z fikcyjnych tożsamości europejskich i arabskich spotykali się z ludźmi Sorosa w prestiżowych hotelach Budapesztu, Amsterdamu, Londynu, Wiednia i Nowego Jorku, wypytując ich o politykę ich organizacji na terenie Węgier. Wykonane ukrytym sposobem nagrania z tych spotkań zostały upublicznione po raz pierwszy na trzy tygodnie przed węgierskimi wyborami w mediach kontrolowanych przez rząd Orbána oraz w „Jerusalem Post”. Przemontowany materiał był interpretowany przez polityków partii Fidesz w sposób sugerujący, że fundacja Open Society Foundations George’a Sorosa posiada na Węgrzech „2 tysiące ludzi mających trzy cele: obalenie rządu Orbána, rozebranie ogrodzenia na granicy i sprzyjanie imigracji”.

Organizacja wydała w tej sprawie oświadczenie, że jedna z kobiet, była dyrektor finansowa Soros Fund Management, której wypowiedź wykorzystano w nagraniach, nie twierdziła tak w rzeczywistości, jej słowa poddano manipulacji i jest to nadinterpretacja motywowana politycznie.

Zamieszana w tę sprawę firma Black Cube była już uwikłana w skandale polityczne. M.in. zbierała informacje o byłych urzędnikach administracji Baracka Obamy, zaangażowanych w negocjacje w sprawie umowy nuklearnej z Iranem. Z usług Black Cube korzystał też Harvey Weinstein, wpływowy producent filmowy z Hollywood, by inwigilować kobiety oskarżające go o molestowanie seksualne. We wszystkich tych przypadkach, tak jak i w sprawie węgierskiej agenci firmy posługiwali się fikcyjnymi tożsamościami i przedstawiali się jako przedstawiciele nieistniejących spółek mieszczących się rzekomo pod adresem Warwick Street 46 w Londynie.

Źródło Lily Bayer poinformowało ją, że Black Cube składa się z byłych pracowników izraelskiego wywiadu wojskowego i wykonując nagrania wykorzystane przez węgierski rząd po raz pierwszy posłużyła w grze wyborczej. Rzecznik rządu Viktora Orbána odmówił komentarza na ten temat. Przedstawiciel Black Cube odmawia podawania tożsamości klientów firmy powołując się na przyjętą przez nią politykę.

Publikacja nagrań wykonanych po kryjomu przez agentów izraelskiej firmy były częścią ataku na węgierskie organizacje pozarządowe. W jej wyniku fundacja Sorosa wycofała się z Węgier, a rząd zgodnie z obietnicami wyborczymi zaostrzył politykę antyimigracyjną wprowadzając drakońskie prawo zgodnie z którym za jakąkolwiek pomoc nielegalnym imigrantom na Węgrzech grozi kara pozbawienia wolności.