Prowokatorzy

Cała Polska trzęsie się ze śmiechu lub oburzenia nad naczelniczką Urzędu Skarbowego w Bartoszycach.

 

Otóż jej dwie urzędniczki urządziły sobie prowokację, by złapać i ukarać mechanika jakiegoś nieznaczącego warsztaciku po godzinach pracy. Prowokatorki przygotowały swoją prowokację profesjonalnie: najpierw podjechały samochodem pod nie pracujący już warsztat. Udawały z powodzeniem dwie biedne, wymagające pomocy, bo nieznające się na mechanice, kobiety. Właściciel warsztatu, zamiast trzasnąć drzwiami im przed nosem, okazał serce, poprosił lub polecił mechanikowi zmianę żarówki (bo o taki drobiazg szło), który wkręcił własną, bo w magazynie podobnej nie było. A kiedy te dwie nadgorliwe urzędniczki zapytały, ile są winne rzucił przez ramię, że 10 złotych, tyle otrzymał i w tej samej chwili panie przeistoczyły się z obiektów pomocy w aparat represji państwa i wypisały mandat w wysokości 500 złotych. Mechanik go nie przyjął, sprawa trafiła do sądu, sąd uznał winę, ale nie ukarał, naczelniczka US się odwołała i dopiero wtedy ktoś uświadomił jej, że kompromituje siebie i urząd, który reprezentuje, więc odstąpiła od dalszej procedury. Sprawa zakończona? Bynajmniej.

W mediach i sieciach społecznościowych wydziwia się nad nadgorliwością funkcjonariuszek US, które łapią na nieznaczących sumach zwykłych, nie nazbyt zasobnych obywateli wykorzystując na dodatek ludzkie odruchy, których niewiele nam po 30 latach panowania tego ustroju zostało. Drwią lub okładają brzydkimi słowami naczelniczkę Urzędu Skarbowego w Bartoszycach. Wyliczają, ile to wszystko kosztowało Skarb Państwa, przerzucają się opłacalnością, niepotrzebnymi wydatkami i marnotrawstwem publicznego grosza. Mnie niepokoi coś innego.

Słownik Języka Polskiego prowokację definiuje na potrzeby opisywanego wydarzenia następująco: „podstępne działanie mające na celu nakłonienie kogoś do określonego postępowania, zwykle szkodliwego dla niego i osób z nim związanych” oraz: „nakłanianie jakiejś osoby do popełnienia przestępstwa w celu doprowadzenia do wszczęcia przeciwko niej postępowania karnego”. Wikipedia dodaje jeszcze: „W Kanadzie prowokację w policji definiuje się jako podjęcie działań poprzez jednostkę policji, które dają szansę przypadkowej jednostce społeczeństwa na popełnienie przestępstwa. Jest to forma testu nazywana Random virtue testing (ang. dosłownie losowe testowanie cnoty)”.

Otóż chcę powiedzieć, co następuje: w dupie mam takie państwo, które działa wobec swoich obywateli w sposób podstępny i w celu nakłonienia go do działania na swoją szkodę. Coś się naszym politykom pozajączkowało w ich, przepraszam za nadużycie, mózgach. Państwo, które losowo testuje moją cnotę, lepiej niech się zajmie macaniem kur, a nie rządzeniem pokaźną grupą ludzi. Nie mam i nie będę miał za grosz zaufania do struktury, której istotą jest karanie i organizowanie prowokacji. W czasach, kiedy wartości miały jeszcze znaczenie, słowo „prowokator” było jedną z bardziej dotkliwych obelg. I jeżeli Polska czyni z tego cnotę już na poziomie małego przygranicznego miasteczka, to można bez ryzyka popełnienia dużego błędu przypuszczać, że takie myślenie jest powszechne wśród urzędników każdego szczebla i każdego urzędu. Jak się zdaje obecna władza jest przekonana, że sformułowaniu, iż państwo polskie to „chuj, dupa i kamieni kupa” powinna przeciwstawić państwo z mordą szpicla, takimż myśleniem i obowiązkowym węszeniem spisków w każdej grupie obywateli. Oczywiście w towarzystwie frazesów o konieczności dumy z takiego tworu.

Dzisiejsze władze nic nie zrozumiały z ostatnich 100 lat, o których tak ładnie i całkowicie bezrefleksyjnie opowiadały z oficjalnych trybun jeszcze parę dni temu.

Wsparcie z Tel-Awiwu

Węgierski premier w ostatniej kampanii wyborczej korzystał z nagrań wykonanych przez firmę wywodzącą się z izraelskich służb. Użył ich do oczerniania organizacji pozarządowych i pozbycia się ich z kraju.

 

Wiosenne wybory parlamentarne na Węgrzech, wygrane ponownie przez partię Fidesz, rozegrały się w dużej mierze w atmosferze medialnej nagonki na organizacje pozarządowe broniące praw człowieka. Zdaniem Viktora Orbána miały one rzekomo zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu Węgier. W kampanii wyborczej wykorzystano m.in. nagrania, na podstawie których oczerniano grupy powiązane z Georgem Sorosem. Dzisiaj, dzięki śledztwu przeprowadzonemu przez reporterkę magazynu Politico, wiadomo, że nagrania zostały wykonane przez działających po przykrywką agentów, pracowników izraelskiej firmy zajmującej się działalnością wywiadowczą.

Dziennikarka Lili Bayer, kontaktując się z byłym pracownikiem firmy Black Cube z siedzibą w Tel-Avivie, ustaliła, że od grudnia 2017 r. do marca 2018 r. agenci korzystający z fikcyjnych tożsamości europejskich i arabskich spotykali się z ludźmi Sorosa w prestiżowych hotelach Budapesztu, Amsterdamu, Londynu, Wiednia i Nowego Jorku, wypytując ich o politykę ich organizacji na terenie Węgier. Wykonane ukrytym sposobem nagrania z tych spotkań zostały upublicznione po raz pierwszy na trzy tygodnie przed węgierskimi wyborami w mediach kontrolowanych przez rząd Orbána oraz w „Jerusalem Post”. Przemontowany materiał był interpretowany przez polityków partii Fidesz w sposób sugerujący, że fundacja Open Society Foundations George’a Sorosa posiada na Węgrzech „2 tysiące ludzi mających trzy cele: obalenie rządu Orbána, rozebranie ogrodzenia na granicy i sprzyjanie imigracji”.

Organizacja wydała w tej sprawie oświadczenie, że jedna z kobiet, była dyrektor finansowa Soros Fund Management, której wypowiedź wykorzystano w nagraniach, nie twierdziła tak w rzeczywistości, jej słowa poddano manipulacji i jest to nadinterpretacja motywowana politycznie.

Zamieszana w tę sprawę firma Black Cube była już uwikłana w skandale polityczne. M.in. zbierała informacje o byłych urzędnikach administracji Baracka Obamy, zaangażowanych w negocjacje w sprawie umowy nuklearnej z Iranem. Z usług Black Cube korzystał też Harvey Weinstein, wpływowy producent filmowy z Hollywood, by inwigilować kobiety oskarżające go o molestowanie seksualne. We wszystkich tych przypadkach, tak jak i w sprawie węgierskiej agenci firmy posługiwali się fikcyjnymi tożsamościami i przedstawiali się jako przedstawiciele nieistniejących spółek mieszczących się rzekomo pod adresem Warwick Street 46 w Londynie.

Źródło Lily Bayer poinformowało ją, że Black Cube składa się z byłych pracowników izraelskiego wywiadu wojskowego i wykonując nagrania wykorzystane przez węgierski rząd po raz pierwszy posłużyła w grze wyborczej. Rzecznik rządu Viktora Orbána odmówił komentarza na ten temat. Przedstawiciel Black Cube odmawia podawania tożsamości klientów firmy powołując się na przyjętą przez nią politykę.

Publikacja nagrań wykonanych po kryjomu przez agentów izraelskiej firmy były częścią ataku na węgierskie organizacje pozarządowe. W jej wyniku fundacja Sorosa wycofała się z Węgier, a rząd zgodnie z obietnicami wyborczymi zaostrzył politykę antyimigracyjną wprowadzając drakońskie prawo zgodnie z którym za jakąkolwiek pomoc nielegalnym imigrantom na Węgrzech grozi kara pozbawienia wolności.