Duńska dominacja w piłce ręcznej

W finale mistrzostw świata Dania rozbiła Norwegię 31:22 i po raz pierwszy w historii zdobyła tytuł. Duńczycy to także aktualni mistrzowie olimpijscy z Rio de Janeiro. Wygrywając światowy czempionat zapewnili sobie awans do IO 2020 w Tokio.

Duńczycy na spółkę z Niemcami byli gospodarzami 26. mistrzostw świata w piłce ręcznej mężczyzn. W drodze do finału ich reprezentacja nie doznała porażki. Zespół prowadzony przez trenera Nikolaja Jacobsena zdominował turniej. W półfinale pokonał broniących tytułu Francuzów 38:30, zaś w meczu finałowym rozgromił Norwegię 31:22. Dla pokonanych Norwegów był to drugi z rzędu przegrany mecz w finale światowego czempionatu, bo dwa lata wcześniej ulegli w spotkaniu o złoto Francji. Duńczycy są aktualnymi mistrzami olimpijskimi, ale mistrzostwo świata wywalczyli po raz pierwszy. W spotkaniu o trzecie miejsce Francja pokonała Niemcy 26:25. Przypomnijmy, że Polacy po raz pierwszy od lat nie zakwalifikowali się do mistrzostw świata.

Świeżo upieczeni duńscy czempioni zapewnili sobie, jako drudzy po gospodarzach igrzysk Japończykach, awans do turnieju olimpijskiego. W zmaganiach szczypiornistów w tokijskich igrzyskach weźmie udział 12 zespołów, zatem do obsadzenia pozostało jeszcze dziesięć miejsc. Szanse na zajęcie jednego z nich, chociaż tylko teoretyczne, mają także nasi piłkarze ręczni. Ale droga przed nimi daleka i najeżona trudnościami. Po MŚ 2019 ustalono obsadę turniejów kwalifikacyjnych do igrzysk. Zespoły z miejsc od drugiego do siódmego, czyli Norwegowie, Francuzi, Niemcy, Szwedzi, Chorwaci i Hiszpanie, zostały rozstawione w trzech turniejach. W pierwszym zagrają Hiszpania, Norwegia, wicemistrz strefy panamerykańskiej i wicemistrz Azji, w drugim Francja, Chorwacja, wicemistrz Afryki i druga najlepsza europejska reprezentacja z ME 2020, a w trzecim Niemcy, Szwecja, brązowy medalista mistrzostw Afryki oraz najlepsza europejska reprezentacja z ME 2020.

Zanim zostaną rozegrane te trzy turnieje, pozostaje jeszcze jedna ścieżka kwalifikacyjna do Tokio, będąca zarazem ostatnią szansą dla Polaków. By pozostać w grze o olimpijskie paszporty, biało-czerwoni muszą awansować do ME 2020. Po porażce z Izraelem nasz zespół znalazł się jednak w trudnej sytuacji, ale ewentualna wygrana w rewanżu może im zapewnić udział w europejskim czempionacie. Mistrz Europy 2020 pojedzie do Japonii, a dwa najlepsze zespoły, nie licząc tych z miejsc 2-7 z MŚ, dołączą do kwalifikacji. Jeśli Polacy awansują do ME 2020, będą musieli na tej imprezie zając miejsce wyższe od Węgrów, Słoweńców, Białorusinów, Macedończyków, Rosjan, Czechów, Islandczyków, Portugalczyków i Serbów. Biorąc pod uwagę ostatnie występy naszych szczypiornistów, trudno mieć na to nadzieje.

 

IAAF nadal nie chce Rosjan

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) podtrzymało decyzję o zawieszeniu rosyjskiej federacji, podjętą w listopadzie 2015 roku po ujawnieniu zorganizowanego systemu dopingowego w tym kraju. Lekkoatleci z Rosji w mistrzostwach Europy w Berlinie wystąpią pod neutralną flagą.

 

Dla przypomnienia – po zimowych igrzyskach w Soczi wyszło na jaw, że władze państwowe sponsorowały system dopingowy na masową skalę. Międzynarodowy Komitet Olimpijski decyzje w sprawie dopuszczenia rosyjskich sportowców do rywalizacji scedował na światowe federacje. Wśród nich nadzwyczajną gorliwością wykazała się IAAF, która w listopadzie 2015 roku zawiesiła rosyjską federację lekkoatletyczną i konsekwentnie odmawiała odwołania tej decyzji. Przez to z rosyjskich lekkoatletów na igrzyskach w Rio de Janeiro wystąpiła pod neutralną flagą jedynie skoczkini w dal Daria Kliszyna, ponieważ udowodniła, że w ostatnich latach mieszkała w USA i przechodziła tam regularnie testy dopingowe. Po serii odwołań do CAS w zeszłorocznych mistrzostwach świata w Londynie wystartowało już 19 sportowców z Rosji, którzy udowodnili, że nie brali udziału w państwowym systemie dopingowym. Oni jednak także musieli startować pod neutralną flagą.

Rosjanie liczyli, że przed mistrzostwami Europy w Berlinie IAAF w końcu złagodzi swoje stanowisko. Mieli podstawy tak sądzić, bo oficjele z Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej zaczęli publicznie przyznawać, że dostrzegają duże postępy w działaniach rosyjskiej federacji. Mniej lub bardziej oficjalnie wskazywali jednak, że Rosjanie muszą spełnić trzy warunki, żeby ich lekkoatleci znów mogli startować pod narodową flagą. Po pierwsze, rosyjska federacja musi pokryć koszty poniesione przez IAAF w następstwie dopingowego skandalu. Po drugie, RUSADA (Rosyjska Agencja Antydopingowa) musi odzyskać akredytację Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). I po trzecie – władze lekkoatletyczne w Rosji muszą udostępnić wyniki badań antydopingowych z lat 2011-15. Rosjanie nie są jednak skłonni płacić IAAF, bo nie mają żadnej gwarancji, że światowa federacja cofnie zawieszenie. Zwłaszcza że uzależnia to od dobrej woli WADA w procesie przywracania akredytacji RUSADA, a ta wola zależy od politycznych zawirowań. Do porozumienia droga zatem daleka.

IAAF zapowiedziała, że w berlińskim czempionacie będą mogli wystartować tylko ci, których specjalną komórka antydopingowa uzna za wolnych od dopingowych podejrzeń. Obecnie na tej liście znajduje się 72 zawodniczek i zawodników z Rosji, ale w Berlinie zobaczymy tylko połowę z nich. IAAF podtrzymując podjętą w listopadzie 2015 roku decyzję o zawieszeniu rosyjskiej federacji lekkoatletycznej mocno wkurzyła Rosjan. Niewykluczone, że na berlińskim Stadionie Olimpijskim będziemy świadkami czegoś w rodzaju festiwalu rosyjskiej flagi. Wiadomo, że każda akcja powoduje reakcję, a nadgorliwość IAAF wręcz prosi się o ciętą ripostę.