Jak wójt z ministrem

Wczoraj byłem w sklepie na zakupach. Stałem przed półką z alkoholami, gdyż spodziewałem się nie byle jakich gości. Z przykrością skonstatowałem, że moje ulubione trunki bardzo podrożały, podobnie jak wszystko wokół. Zamiast tego co zawsze, wziąłem tańszy zamiennik. Ale za to więcej.

M.in. dlatego nie nadawałbym się na polityka. Bo patrzę na ceny i wiem, że jak wydam za dużo, to będę miał mniej. Bo to moje. Nie kradzione. Pod moją kuratelę powierzone. Wiem też, ile trzeba się natrudzić, żeby na chleb i oliwki zarobić. I ile każda złotówka waży. Jacek Sasin chyba tego nie wie. 70 mln puścił jak cudze. Podobnie jak Bronisław Komorowski, 5 lat temu, na referendum, które było żenującą próbą umizgu w stronę wyborców Pawła Kukiza. Na to poszło nawet jeszcze więcej. I nikomu nawet włos z głowy nie spadł, o wizycie w prokuraturze nie wspominając. A to przecież zwykły kryminał, kiedy szastasz publicznym groszem byle jak i byle gdzie. Nie tak znowu dawno temu, w Islandii, za przekręty finansowe, posadzono do więzienia ministra finansów. I nikt po nim nie zapłakał. U nas sama próba mówienia o tym, że za wałki księgowe można pójść siedzieć, kończy się nakrywaniem mówiącego czapką, bo przecież to nie po europejsku wsadzać do więźnia. To takie prostackie i demode. A ja bym wsadzał. I to z grypserką pod celę.

Niedawno znajomy mecenas opowiadał mi, jak zadzwonił do niego wójt pewnej miejscowości. Niedużej. Za to prężnej. Zadzwonił, i mówi doń w te słowy: słuchaj, dzwoniła do mnie Jadwiga Emilewicz, i powiedziała mi, że mamy spory kłopot. Minister Emilewicz i wójt są z jednej partii gowinowskiej. To taka kanapowa organizacja tych wszystkich, dla których obciachem jest wstąpienie do PiS-u, ale już z PiS-em rządzenie i klepanie PiS-u po ramieniu to odpowiedzialność za losy narodu. Tak czy inszej, pani Emilewicz powiedziała panu wójtu, że narobiło się zamieszanie, bo kiedy w pośpiechu pisali przepisy w sprawie tarczy antykryzysowej, przeszło im przed oczami małe niedopatrzenie, które dziś może wywrócić do góry nogami i tak niesztymujący się już budżet. Uchwalono w majestacie prawa, że o zwolnienie ze składek na ZUS czy na coś tam, mogą ubiegać się podmioty zatrudniające od 1 do 49 pracowników. I tyle. Nikt nie napisał, że mogą to być wyłącznie podmioty prywatne. Długo więc nie trzeba było czekać, żeby z wnioskami poczęły się zgłaszać urzędy gmin, miasta i starostwa, które łapią się w widełkach. A nie ma ich znowu aż tak mało, bo Polska powiatowa długa i szeroka. Dzięki temu rządowemu prezentowi, skarb państwa był do tyłu na dzień dobry na bardzo dużą kasę. Państwową kasę, ma się rozumieć. Znaczy się niczyją. Wójt dzwonił do mecenasa, żeby poprosić o opinię prawną, którą, jako strona samorządowa, miał przedstawić gdzie trzeba, żeby była podkładka pod to, że samorządy nie wiedzą jak nowe prawo interpretować, a że są legalistami, wolą pierwej zapytać u źródła, czy Polskę, naszą matkę, wydoić z pieniędzy bezprawnie czy prawnie się samoograniczyć. Mecenas opinię sporządził. Wziął za nią pieniądze. Państwowe ma się rozumieć. Wystawił rachunek. Co się dalej z tym kukułczym jajem działo nie wiem, bo do tego momentu opowieści i tak miałem już dość dobrej zabawy i dość w kieliszku. Wiem natomiast na pewno, że nikt za to nie beknął; nie utracił stanowiska ani nawet premii rocznej. Ot, po prostu, taki wypadek przy pracy.

Kiedy stykam się z podobnymi historiami, myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby to całe Państwo sprywatyzować w cholerę. Oddać pod nadzór firmie zewnętrznej, najlepiej nie polskiej, która wystawiałaby za usługi fakturę w euro albo w funtach. Pozwalniać wszystkich darmozjadów i niech krajem zarządzają zdalnie z Londynu czy Szanghaju ludzie, którzy potrafią liczyć pieniądze i dla których zysk i dywidenda byłyby wprost proporcjonalne do wytworzonego przezeń PKB. Wtedy by im zależało. Bo jak widzisz, że twoja praca daje ci na chleb, potem na bułki, a później na foie gras do bułek, to wiesz, że to ma sens. A jak za rażące niedbalstwo nikt ci nie może nic zrobić, to na cholerę starać się starać. Można robić najlepsze numery świata a i tak nic się nie stanie. Może jakiś dziennikarzyna coś tam napisze, ale jego pisanina będzie miała wartość papieru, i to bynajmniej nie gazetowego, ale tego z ustępu. Mniej więcej, tak jak ta.

Wyższe zasiłki? Może latem

Związki zawodowe i lewica od dawna domagają się, by w tarczach antykryzysowych wzmocnić ochronę bezrobotnych. Ale akurat to nie jest jedna ze spraw, które rząd zamierza załatwiać w trybie ekspresowym.

Nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie będzie w najbliższym czasie. A to praktycznie wyklucza możliwość wypłacania wyższych zasiłków dla bezrobotnych od czerwca, chociaż minister Jadwiga Emilewicz już kilka razy sugerowała, że rząd kwestią zasiłków się zajmuje. W takim układzie również „świadczenie solidarnościowe”, jakie obiecywał na ostatniej konwencji wyborczej Andrzej Duda, w najlepszym razie będzie mogło trafiać do beneficjentów od 1 lipca.

O jakich kwotach w ogóle mowa?

NSZZ „Solidarność”, która ze wszystkich podmiotów ma bodaj największe szanse, by przekonać prawicowy rząd do prospołecznych ruchów, sugeruje podniesienie kwoty zasiłku do 1300 zł i dodatkowe wypłacanie przez trzy miesiące świadczenia solidarnościowego – 1200 zł. To znacznie mniej, niż proponowała Lewica, wnosząc projekt ustanowienia zasiłków w wysokości równej połowie utraconej ostatniej pensji, a także świadczenia kryzysowego w wysokości 2100 zł.

Z przecieków okołorządowych wynika, że o ile projekt opozycyjnego socjaldemokratycznego klubu raczej nie zostanie przetestowany w praktyce, to już pomysł świadczenia solidarnościowego nie został przez premiera Morawieckiego kategorycznie odrzucony. Z tym, że świadczenie obowiązywałoby jedynie w okresie zagrożenia epidemicznego. Nie zostałoby z nami na stałe.

Nawet jednak tak ograniczona forma pomocy wywołuje już sprzeciw części organizacji pracodawców. Wyższe zasiłki to w ich oczach tylko zachęta, by nie przyjmować ofert pracy za niskie wynagrodzenie. Nie brakuje też obaw, że jeśli z jednej puli będzie wypłacana pomoc dla pracowników i dla biznesu, to dla tego drugiego zostanie mniej.

Co znamienne, pomysł „zawieszania stosunku pracy”, rzucony w przestrzeń publiczną przez minister rodziny, pracy i polityki społeczne, nie wywołał wśród pracodawców nawet w połowie tak gniewnych reakcji.