O niepożytkach z Johna Olivera

Oko.press przedstawia się jako „portal sprawdzający fakty i prowadzący dziennikarskie śledztwa”, aspiruje do miana „obywatelskiego narzędzia kontroli władzy”. Niedawno uznał, że takim śledztwem i aktem kontroli władzy będzie publikacja obszernego streszczenia jednego odcinka programu polityczno-satyrycznego anglosaskiego komika, dostępnego bez problemu na YouTube i Facebooku. Drobiazgowa relacja napisana jest w tonie takim, jakby streszczała wykład o autorytaryzmie i faszyzmie autorstwa co najmniej Theodora Adorno. Bo padło w nim kilka ostrych słów o polskim rządzie i Jarosławie Kaczyńskim.

 

Przy całym szacunku dla Johna Olivera i jego zasług, nie jest on Theodorem Adorno. To zaledwie liberał, lewicowy, ale liberał. Jego komentarze są tak ważne w amerykańskim kontekście, bo „lewicowy liberalizm” to dużo jak na warunki mainstreamu amerykańskich mediów. Już ustawia go blisko lewej ściany tego, co amerykańska publiczność kiedykolwiek zobaczy w dużej sieci telewizyjnej.

 

Lewicowy liberalizm i liberalna demagogia

Przy takich poglądach John Oliver dostrzega oczywiście przerażającą konsolidację sił autorytarnych i otwarcie skrajnie prawicowych, ich kolejne triumfy w różnych częściach globu, ostatnio w osobie Jaira Bolsonaro w Brazylii. Nawet przeciętny „liberalny liberał” je widzi, tylko nie wie, co z tym zrobić i nie rozumie, że sam należy do przyczyn. Żeby się w tym komfortowym niezrozumieniu utrzymać, woli wymieszać i pokazać jako przykłady „tego samego zjawiska” wszystko, co nie ma wybranej – powierzchownej, ale łatwej do pokazania palcem – cechy modelowej demokracji liberalnej. Nieważne, czy między przykładami istnieją jakiekolwiek strukturalne podobieństwa. Tylko w taki sposób Trump w Waszyngtonie i Orban w Budapeszcie mogą być dla kogokolwiek częścią „tego samego procesu”, co Maduro w Caracas czy Xi Jinping w Chinach. Takie zestawienie to liberalna demagogia.

Orban, Kaczyński, Trump i Bolsonaro są częścią tego samego procesu, podobieństwa są strukturalne, ma też miejsce wzajemna wymiana inspiracji i wzajemne przyciąganie na arenie międzynarodowej. To te podobieństwa sprawiły, że Bolsonaro jest wielbicielem urzędowego antykomunizmu rządu Prawa i Sprawiedliwości w Polsce (już zaczęły upadać pomniki Che Guevary). To za sprawą tych podobieństw już mówi się o strategicznym zbliżeniu między Białym Domem a Brasilią, gdy tylko urząd w Pałacu Planalto obejmie oficjalnie nowy prezydent. Zbliżenie to będzie połączeniem sił przeciwko Kubie i… Wenezueli Maduro. Tej, która w ujęciu liberalnych demagogów jest częścią tego samego problemu, co Trump i Bolsonaro.

Nawet jeśli prawdą jest jakaś część tego, co słyszymy o represjach i „autorytaryzmie” rządu Maduro (a większość tych głosów wytwarzana jest przez amerykański aparat propagandowy i nie da się jej oderwać od amerykańskiego zainteresowania wenezuelskimi złożami ropy naftowej), to Wenezuela jest zupełnie innym przypadkiem. To lewicowy projekt, który doszedł i utrzymał się u władzy długą serią demokratycznych wyborów, o potwierdzonej prawidłowości, ale ulega postępującej degrengoladzie. Ugina się pod presją amerykańskich sankcji, ekonomicznego sabotażu ze strony międzynarodowego kapitału i współpracującej z nim rodzimej burżuazji, pod ciężarem swoich własnych nierozwiązanych sprzeczności, a także wskutek utraty potężnego protektora w sąsiedztwie, czyli rządów Luli i Dilmy Rousseff w Brazylii. Nawet jeżeli mają tam miejsce owe mityczne represje pod adresem politycznej opozycji, to za mało na dowód, że Maduro jest twarzą „tego samego”, co Trump, Duterte i Bolsonaro.

 

Rozum i zabobon, obecni i nieobecni

Paralele Olivera stają są najbardziej absurdalne, gdy włącza do swojego zbioru mnożących się i rosnących w siłę autorytaryzmów Chiny Xi Jinpinga. Tak jakby w sposób oczywisty nie wyrastał on raczej z liczącej kilka pokoleń kultury politycznej Komunistycznej Partii Chin, w państwie, którego procesy polityczne w niczym nie przypominają tych na Zachodzie. Podobnie zresztą z ekonomicznymi – nie bez powodu od lat globalne statystyki ekonomiczne podaje się coraz częściej w wersji ogólnej i wersji „bez uwzględnienia Chin”, tak bardzo modyfikują one obraz całości.
Donald Trump stoi na czele chyba najbardziej antynaukowej administracji w historii Białego Domu, odrzucającej między innymi konsensus wokół największego zagrożenia, przed którym jako ludzkość stoimy: katastrofy klimatycznej. Wrogość do nauki w ogóle, a do jej ustaleń ekologicznych w szczególności, łączy go tak z Bolsonaro w Brazylii, jak i z rządem PiS w Polsce. Tymczasem Chiny są dziś chyba ostatnim mocarstwem, które nie tylko deklaruje, ale i aktywnie demonstruje zaangażowanie (mierzone siłami, środkami i osiągnięciami) w naukę jako oręże, przy użyciu którego można stawić czoła największym wyzwaniom naszych czasów i naszej kondycji w ogóle. Swoje cele klimatyczne Chiny realizują z kilkuletnim wyprzedzeniem; już są liderem w dziedzinie energii słonecznej. Tylko miniony miesiąc przyniósł informacje o uruchomieniu przez Chińską Akademię Nauk reaktora fuzyjnego, tokamaka („sztucznego słońca”) i o budowie satelity iluminacyjnego do oświetlania nocą wielkich miast („sztucznego księżyca”).

Samo przywiązanie chińskich elit politycznych do Rozumu to już dość, żeby ustawianie Xi Jinpinga w jednym rzędzie z Trumpem traktować jak zabobon. Niezależnie od tego, że Chiny nie są demokracją, a Xi Jinping być może będzie rządził do śmierci – to nie ma związku z tematem. Dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat temu Chiny też nie były liberalną demokracją, a Mao rządził prawie trzy dekady.

Na liście Johna Olivera jest też oczywiście pewien bardzo znaczący nieobecny, który tak samo ujawnia ograniczenia telewizyjnego anglo-amerykańskiego liberalizmu, nawet „lewicowego liberalizmu”. Binjamin Netanjahu. Tymczasem Trump najdosłowniej się na nim w wielu sprawach wzoruje – ostatnio kazał wojsku rzucać w cywilnych uchodźców przez mur na granicy z Meksykiem puszki z gazem łzawiącym. Gdzie ostatnio widzieliśmy coś do złudzenia podobnego?

 

„Ale dowalił Kaczyńskiemu!”

Oczywiście, telewizyjny satyryk nie musi mieć doktoratu z filozofii i nauk politycznych. Dlaczego więc w ogóle piszę tę interwencję? Wyłącznie w związku z tym, z jakim przyjęciem spotkał się ten odcinek w Polsce, w szeregach szerokiego frontu anty-PiS, czego przejawem jest obszerny artykuł poświęcony mu przez Oko.press. Angielski komik w amerykańskiej telewizji ciora Kaczyńskiego po ziemi i porównuje go do Putina! Ale się prawica obrazi!

Jest to, moim skromnym zdaniem, nowe dno w datującym się od momentu restauracji w Polsce kapitalizmu dyskursie polskiej liberalnej inteligencji, liberalnych elit. Mam na myśli tradycję, w której o szeroko zakrojonych projektach politycznych ani konkretnych rozwiązaniach nie debatuje się na podstawie właściwości samych tych projektów i rozwiązań (czy są słuszne i dlaczego, komu służą, jak i dlaczego). Zamiast tego jest narracja, którą można by zatytułować „Co o nas powiedzą na Zachodzie?”.

Najpierw, żeby się przypodobać zachodnim ośrodkom uznania i wyjść na prymusów, liberalne elity zrealizowały w Polsce najbardziej agresywny plan neoliberalnej transformacji, jaki jej podsunięto (Jeffrey Sachs napisał go zresztą Balcerowiczowi tylko po to, żeby przez porównanie łatwiej było przepchnąć któryś z planów łagodniejszych). Za każdym razem, kiedy przegrani tej transformacji szukali jakiejś możliwości artykulacji własnych interesów i próbowali stawić opór wyrządzanym im krzywdom, dowiadywali się o egzaminach, które wciąż muszą jako społeczeństwo zdawać, żeby zasłużyć na uznanie Zachodu – NATO, Unii Europejskiej, jej poszczególnych instytucji. Jak nie, to będzie znaczyło, że „nie dorośli do wolności”.

 

Zmęczenie strofowanych, ośli upór belfrów

Kiedy PiS pierwszy raz doszedł do władzy w 2005, stało się to w jakimś stopniu dlatego, że wystarczająca część dotychczas tak dyscyplinowanych i strofowanych doszła do wniosku, że gotowa jest już przyjąć ten rzucany w nich „Ciemnogród” jako swoją tożsamość, jeżeli chociaż w ten sposób znajdą możliwość wyrażenia czegokolwiek ze swoich skumulowanych frustracji, w najbardziej pokracznej choćby formie. Liberalna inteligencja i liberalne elity okoliczności, że wówczas partia braci Kaczyńskich tak szybko władzę straciła, nie potraktowały jednak jako lekcji i szansy na jakąś refleksję i zmianę tonu. Odetchnęła z ulgą i wróciła do starych przyzwyczajeń. Nie jest w stanie ich z niej wytrącić także drugie wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 i poparcie, które mu uparcie nie maleje.

PiS prowadzi politykę wystarczająco szkodliwą, niebezpieczną i do tego jeszcze tak często nieudolną, żeby zasługiwała ona i dało się ją krytykować i kontrować na samej tej podstawie, merytorycznie. Liberalne elity trzymają się jednak swoich starych nawyków. Elektorat przekonują nie argumentami, a metodą zawstydzania przed światem. TVN rozpływa się nad szczegółami połajanek udzielanych temu niedojrzałemu narodowi przez amerykańskich ambasadorów, opiniami zachodnich gazet, europejskich polityków i instytucji. I ostatnią nadzieję na obronę demokracji pokładają w tych samych instancjach, o których uznanie tak im zawsze chodziło. W ostateczności Unia Europejska na pewno obroni nam demokrację i państwo prawa!

Ale obecna dynamika tego procesu nie ogranicza się tylko do tego, że to już nie działa na elektorat, a być może nawet stało się przeciwskuteczne. Coraz mniej prawdopodobne wydaje się, że Unia Europejska, sama w sobie fundamentalnie niedemokratyczna, „coś zrobi”. Orbanowi na Węgrzech do dzisiaj w żaden sposób nie zagroziła. Przyglądała się spokojnie, jak rząd Rajoya pałował na ulicach Barcelony staruszki zmierzające do głosowania w referendum katalońskim. Niemiecki kapitał wywozi z Polski zbyt wiele zysków, żeby uśmiechały mu się prawdziwe sankcje, na przykład takie, które mogłyby doprowadzić do zawieszenia członkowskich praw Polski w Unii czy siłą rozpędu do Polexitu. Nic nie wskazuje, że pochód autorytarnej, populistycznej prawicy, ksenofobicznej i rasistowskiej, się w Europie skończył. Dopóki nie zabierzemy się za prawdziwe źródło tego problemu (strukturalny kryzys kapitalizmu), kolejne wybory w kolejnych krajach europejskich przynosić będą kolejne takie wstrząsy i ani się obejrzymy, a rząd PiS nie będzie już wcale osamotniony.

Unia Europejska może się wtedy po prostu dostosować do obecności w swoich szeregach rządów autorytarnych, skrajnie prawicowych oraz państw proto – lub całkiem faszystowskich.

Autorytarna, populistyczna bądź skrajna prawica zagraża na pewno wolności mojej i twojej, ale nie procesom reprodukcji i akumulacji kapitału, które są nadrzędną troską UE.

Tak więc z jednej strony strofowanie ludu tym, „co Zachód o nas powie” już nie działa lub wywołuje jedynie opór. Z drugiej – Matka Unia nie rwie się tak naprawdę ratować w Polsce demokrację. Ale te sprzężone okoliczności nie skłaniają liberalnej inteligencji i liberalnych elit do zastanowienia się nad metodą – choćby nad tym, że sama ta metoda jest częścią problemu, gangreny demokracji, bo wpisana jest w nią pogarda dla „niedojrzałego plebsu”, do którego się mówi, któremu się udziela pouczeń i połajanek, ale którego się nigdy nie słucha. Liberałowie idą w zaparte, tylko jedno się zmienia: obniżają coraz bardziej poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę prestiżowych instancji, o których uznanie tak zabiegamy. Kiedyś chodziło o Waszyngton, Brukselę, Berlin, Paryż, Londyn. Rynki światowe, inwestorów, agencje ratingowe. Potem już zaledwie ambasadorów. Dzisiaj wystarczy już satyryk w zachodniej telewizji.

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.

O Brazylii po wyborach

18 listopada w warszawskim Cafe Kryzys odbyło się spotkanie z brazylijskim dziennikarzem Michaelem Susin, który przedstawił sytuację społeczną i polityczną w Brazylii z odniesieniem do październikowych wyborów prezydenckich, wygranych przez skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro.

 

Prelegent rozpoczął od opisania systemu politycznego Brazylii, w którym dotychczas dominowały trzy partie – lewicowa Partia Pracujących (PT), centrowy Ruch Demokratyczny oraz prawicowi socjaldemokraci. Po przejęciu władzy w 2002 r. Partia Pracujących wprowadziła wiele prospołecznych reform, na przykład otwierając dostęp do uniwersytetów młodzieży z biedniejszych rodzin. Na uczelniach po raz pierwszy zastosowano system kwotowy, pozwalający studiować przedstawicielom mniejszości narodowych i ludności indiańskiej. Wprowadzono także projekty budownictwa komunalnego dla mieszkańców fawel, czyli slumsów.

W ostatnich latach sytuacja pogorszyła się ze względu na kryzys gospodarczy, a zwłaszcza spadek cen ropy, istotnego towaru eksportowego Brazylii. Drugi czynnik stanowiła afera korupcyjna, w którą zamieszani byli politycy niemal wszystkich partii obecnych w parlamencie. Została ona wykorzystana przez prawicę do obalenia prezydent Dilmy Rouseff. W 2016 r. koalicjanci z partii centrowych zagłosowali za impeachmentem oraz przyczynili się do zniszczenia PT.

Po obaleniu Rouseff prawica doprowadziła do uwięzienia oraz wyeliminowania z tegorocznych wyborów najbardziej popularnego polityka – poprzedniego prezydenta Inácio Luli da Silvy. Jednocześnie trwała kampania przecieków informacji z prokuratury publikowanych przez media. W tej sytuacji przed wyborami popularność zaczął zyskiwać Jair Bolsonaro, wcześniej szerzej nieznany parlamentarzysta prawicy. Przedstawiał się on jako człowiek spoza polityki mający uzdrowić sytuację. Umiejętnie wykorzystywał media społecznościowe. Internet zalała fala fałszywych newsów, atakujących jego głównego kontrkandydata Fernando Haddada z PT. Poparcia Bolsonaro udzielili także protestanccy misjonarze, którzy w ostatnich latach nasilili działalność propagandową wśród najuboższych grup ludności. Zdaniem prelegenta brazylijska lewica nie umiała odpowiedzieć na te wyzwania, dotrzeć do najbiedniejszych, posługiwała się niezrozumiałym dla nich językiem.

Szczególną uwagę Michael Susin zwrócił na skutki wyboru Bolsonaro na prezydenta i represyjny charakter jego rządów. Jednym z pierwszych jego działań było wywołanie konfliktu z Kubą, dotyczącego tysięcy kubańskich lekarzy pracujących w Brazylii. W związku z tym Kubańczycy wycofali personel medyczny pracujący w Brazylii od 2013 r. w ramach programu „Więcej lekarzy”. Oznacza to, że miliony biednych Brazylijczyków zostaną pozbawione opieki medycznej. A to dopiero początek kadencji Bolsonaro.

Puszcza do wycinki

Jair Bolsonaro nie kryje, że zamierza ekspoloatować „płuca świata” najbardziej jak się da – czyli przeznaczyć pod wycinkę i uprawy bądź hodowle oraz wydobycie węgla. Do tej pory otwarcie sprzyjał lobby rolniczemu i występował przeciwko indiańskim rezerwatom na terenie puszczy. Teraz zastosował inną argumentację: już nie chce siłą zamykać rezerwatów. Stwierdził natomiast, że Indianie też zasługują na to, aby być przesiębiorcami. A więc karczowanie lasów odbywa się dla ich dobra.

 

Prawdopodobnie Bolsonaro pozostawi na stanowisku ministra rolnictwa największego magnata sojowego na świecie Blairo Maggiego, który produkuje 20 proc. brazylijskiej soi. Ów polityk i przedsiębiorca otrzymał swego czasu tytuł „Pan Złota Piła Mechaniczna” od Greenpeace za „zasługi” w wycince Puszczy Amazońskiej.

Bolsonaro uważa, że gospodarka brazylijska padła ofiarą międzynarodowego spisku – aby ją zatrzymać, inne państwa straszą ociepleniem klimatu, które nie istnieje. Dlatego też, jak donosi biznesalert.pl. Prezydent elekt chce m.in wycofać przepis wymuszający uzyskanie zgód środowiskowych na projekty infrastrukturalne, realizowane w Amazonii. Jeżeli mu się to uda, według analizy brazylijskiego Instytutu Globiom, w ciągu najbliższych 10 lat poziom wylesienia Amazonii może się potroić. To z kolei doprowadzi do wielkiej suszy.

Wycofanie się z paryskiego porozumienia klimatycznego, zdelegalizowanie na terenie Brazylii WWF oraz Greenpeace’u, a także likwidację ministerstwa środowiska i otwarcie rezerwatów rdzennej ludności na górnictwo – zapowiadał otwarcie już w kampanii wyborczej. Stosunkowo nowym jego pomysłem jest „uwolnienie od ziemi” potomków czarnych niewolników (quilombolas) zbiegłych niegdyś z plantacji kolonialnych, których ziemie nie mają statusu chronionych rezerwatów. Bolsonaro swoje zabójcze reformy wprowadzi z łatwością – brazylijski system prawny przewiduje swobodne manipulowanie konstytucją za pomocą poprawek. Pod presją partnerów gospodarczych Brazylii wycofał się wprawdzie z deklaracji o zerwaniu porozumienia klimatycznego (przestraszył się, że brazylijskie produkty rolnicze zaczną być bojkotowane), na razie również nie chce likwidować resortu środowiska, ale na stanowisko jego szefa szuka kogoś, kto „nie będzie ekologicznym szyitą” – czytaj: pozwoli mu wyciąć Puszczę Amazońską bez przeszkód.

Nowe porządki

Zaczynają się spełniać najgorsze prognozy związane z nadchodzącym objęciem urzędu prezydenta Brazylii przez Jaira Bolsonaro. Paulo Guedes, który będzie jego ministrem finansów, mówi wprost: będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago.

 

– Chłopcy z Chicago ocalili Chile, posprzątali bałagan – mówił w tym roku Guedes w obszernym wywiadzie dla „Financial Times”. Odnosił się do neoliberalnej terapii szokowej, jaką amerykańscy doradcy Augusto Pinocheta wdrożyli po tym, gdy drogą krwawego zamachu stanu odebrał on władzę demokratycznie wybranemu prezydentowi Chile, socjaldemokracie Salvadorowi Allende. Efektem „terapii” był m.in. wzrost społecznych nierówności i doprowadzenie do sytuacji, w której 45 proc. społeczeństwa znalazło się poniżej progu ubóstwa.

W dużo bardziej ludnej Brazylii wdrażanie wolnorynkowych „prawd objawionych” może skończyć się jeszcze gorzej. U Guedesa nie widać jednak żadnej refleksji. – Liberałowie wiedzą, co robić – powtarza ekonomista, który posiada wprawdzie dyplom w swojej dyscyplinie, ale nigdy nie cieszył się specjalnym szacunkiem kolegów, którzy widzieli w nim raczej rynkowego spekulanta niż racjonalnego analityka. W swojej karierze Guedes wykładał w Chile, potem w 1983 r. współtworzył w Brazylii Banco Pactual, a następnie fundusz inwestycyjny Bozano Investimentos.

Guedes zamierza „na dobry początek” sprzedać 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich i zaznacza, że „nie ma świętych krów”. To oznacza, że pod młotek mogłyby pójść słynny koncern naftowy Petrobras, największy wytwórca energii elektrycznej Eletrobras oraz Bank Brazylijski (Banco do Brasil). Docelowo zresztą Guedes nie ukrywa, że sprywatyzowałby wszystkie przedsiębiorstwa, które obecnie należą do państwa brazylijskiego. Kolejne pomysły? Uproszczenie systemu podatkowego, rzecz jasna z korzyścią dla firm i dla zamożnych, oraz reforma emerytalna.

Ci Brazylijczycy, którzy szczerze wierzą, że Bolsonaro zerwie z neoliberalną polityką narzucaną przez prawicę od czasu impeachmentu Dilmy Rousseff, wkrótce boleśnie się rozczarują.

Dobrzy i źli według Boltona

John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego opiewa Jaira Bolsonaro, uznając go za promotora wolności w regionie, nie zważając na to, że prezydent elekt wychwala brazylijską dyktaturę. Jednocześnie Bolton zapowiada akty agresji wobec Kuby i Wenezueli.

 

Nowy prezydent Brazylii, który zapowiada w swoim kraju rozprawę z lewicą nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami” i bezpardonowo atakuje wszelkie mniejszości cieszy się poparciem dwóch kluczowych sił światowego kapitalizmu: międzynarodowej finansjery i rządu Stanów Zjednoczonych, co oczywiscie podoba się Waszyngtonowi. Podczas niedawnego wystąpienia w Miami John Bolton wychwalał Bolsonaro. Ustawił go w jednym szeregu z prawicowym prezydentem Kolumbii Ivanem Duque, wspieranym w kraju przez kartel narkotykowy Czarne Orły, uznając ich za gwarant wolności i pomyślności Ameryki Łacińskiej oraz najważniejszych sojuszników USA w regionie.

– Przywódcy o bliskim nam sposobie myślenia, którzy wygrali ostatnio wolne wybory w kluczowych krajach, m.in. Ivan Duque w Kolumbii i Jair Bolsonaro w Brazylii, są wielką nadzieją przyszłości całego regionu. Dają świadectwo pełnego oddania wardościom wolnego rynku i przejrzystych, odpowiedzialnych rządów – oświadczył Bolton.

Zapowiedział jednocześnie obranie „ostrego kursu” przeciwko Wenezueli, Kubie i Nikaragui, uznając te postępowe kraje, symbole antyimperialistycznego oporu, za „krwawe dyktatury”.

– Za kadencji prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone podejmą bezpośrednie działania przeciwko wszystkim tym trzem reżimom, by bronić w ten sposób rządów prawa, wolności i ludzkiej godności w regionie – grzmiał John Bolton.

Ostrzeżenia te zgodne są z coraz powszechniejszymi odczuciami społeczności międzynarodowej, że w którymś z tych krajów USA może dopuścić się interwencji zbrojnej w ich „starym stylu”, znanym z lat 70. i 80., kiedy aktywnie wspierali latynoamerykańskie dyktatury – oczywiście pod „sztandarem wolności”. Od ponad roku ludzie związani z rządem Donalda Trumpa sugerują, że poważnie rozważają atak na Wenezuelę „w obronie demokracji”. Nastąpiło również zupełne odwrócenie kierunku politycznego w stosunku do Kuby, jaki został obrany przez USA pod koniec kadencji Baracka Obamy. Zarówno wobec Kuby, jak i Wenezueli, Bolton zapowiedział wprowadzenie nowych sankcji.

Bolton, jedna z głównych postaci administracji Trumpa, nie pozostawia wątpliwości, że USA zamierzają realnie zagrozić postępowym rządom: – Nie czas na cofanie się. To czas na zwiększenie nacisków, nie na łagodzenie ich.

Lewica tańczy, faszyzm zwycięża

Zwycięstwo Bolsonaro w brazylijskich wyborach jest rzeczą straszną, szkoda tylko, że ludzie lewicy robią wiele, żeby ten dramat tylko pogłębić i rozciągnąć na resztę świata.

 

Triumf przemocowego pajaca głoszącego, że „Pinochet zabił za mało ludzi”, a jak zostanie prezydentem, to „da policji carte blanche na zabijanie”, jest poważnym sygnałem, że świat zmierza w złym kierunku, a skala wyzwania jest ogromna. Tym bardziej martwi fakt, że reakcja szeroko pojętej lewicy sprowadza się jak zawsze do rytualnych okrzyków, frazesów i diagnoz pochodzących chyba z dzienniczka Adama Michnika.

Pierwsza sprawa: do znudzenia powtarzane analogie z latami 30. XX wieku. Tylko faszyzm i faszyzm, jakby to słowo miało wszystko wyjaśnić. Tymczasem nie wyjaśnia nic – dowód? Wraz z nieustannym straszeniem, wielkimi mobilizacjami antyfaszystowskimi i niekończącą się mantrą nawiązań do lat 30. zjawisko, które chcemy powstrzymać, ciągle narasta. Trump, Bolsonaro, Salvini, Orban i wszelkie tego rodzaju indywidua śmieją nam się w twarz. O polskiej wersji autorytaryzmu nie wspominam, to pikusie z zupełnie innej ligi niż bydlaki wymienione powyżej. Niekończący się ostrzał prowadzony z najcięższych wydawałoby się dział – rykami: „faszyzm!” – okazuje się serią z kapiszonów, przynoszącą efekty tyleż żałosne, co niebezpieczne, bo demoralizujące.

Ale dalej lewico, proszę bardzo. Urządzaj w nieskończoność tańczące protesty pod ambasadami. Z Gruzją wyszło? Nie? Dobrze, to teraz z Brazylią. Hej, tańczymy! Jest opór, jest lewicowo. Nawet oko.press transmitowało – najlepszy „lewicowy” portal. Super, pokonamy faszyzm! Ej, ale czemu faszyzm nie znika? No nie! Dalej tańczymy, jeszcze trochę! To jest nasza rewolucja. Zło zniknie.

Nie jest to faszyzm w sensie ścisłym, chociaż autorytarny spektakl medialny zdecydowanie ośmiela prawdziwych faszystów. Trump i Bolsonaro z jednej strony, Liga we Włoszech, AfD w Niemczech z drugiej to zjawiska mające inne korzenie. PiS to jeszcze coś innego, orbanizm – jeszcze inna sprawa. Tak, formacje te przenika podobny duch, podobne klisze wypełniające przekaz medialny, ale nie ma tu miejsca na żaden heglizm – polityką nie rządzi żaden duch, żadne abstrakcyjnie pojęte wartości, tylko konkretne siły społeczne. Analogia z latami 30., owszem, zachodzi, tylko nie polega na tym, co się wszystkim z tymi czasami kojarzy. Dlatego straszenie Hitlerem nie działa. Ówczesną Europą trzęsły inne procesy społeczno-polityczne. Głównym straszakiem był komunizm. Instytucje, które wówczas dopiero się kształtowały, dzisiaj idą w rozsypkę. Kryzys kapitalizmu inaczej odciskał się w świadomości społeczeństw. Wyobraźnię lewicy zajmowały wtedy głównie wielkie ruchy mas ludzkich – nie prawa mniejszości ani swobody osobiste, jak dziś. A właśnie trzeba w tym kontekście mówić o lewicy, bo podobieństwo w zbyt dużym stopniu dotyczy jej samej.

Lewica zawiodła wtedy ludzi, sama pchając ich w ramiona Hitlera. Po Wielkiej Wojnie europejscy socjaliści – wówczas już siła głęboko zinstytucjonalizowana – woleli trzymać się swoich stołków w parlamentach, lekceważąc, a nawet tłamsząc rewolucyjny zryw mas robotniczych i żołnierskich, co najjaskrawiej wystąpiło w Republice Weimarskiej. Sami skazali się na klęskę w konfrontacji z faszyzmem. Komintern z kolei, sparaliżowany doktryną „trzeciego okresu”, lekceważył Hitlera, woląc za wszelką cenę dokopać socjaldemokratom, nie myśląc też już nawet o rewolucji. O dzisiejszej lewicy trudno nawet powiedzieć, że zdradza ludzi. Stanowi integralną część neoliberalnej kliki, oczekiwanie od niej klasowej polityki to zaklinanie rzeczywistości. A w krajach, gdzie ledwo istnieje, zajmuje się przekształcaniem polityki w lifestyle (choćby przez wspomniane tańce pod ambasadami) i/lub papugowaniem zachodniej lewicy, która właśnie się kończy, bo nikt jej już nie wierzy. Tak się oddaje ludzi na pastwę akwizytorów mokrych snów o krwawej zemście na reszcie świata.

Przykro mi, polska lewico. Nie uwierzę, że jesteście gotowi walczyć z faszyzmem – ani nawet z „faszyzmem” – jeżeli nie będziecie chcieli się zmieniać i uczyć się na błędach, jeżeli nie dacie cienia świadectwa, że chcecie służyć ludziom. Rytualne pokrzykiwania we własnym gronie, spijanie sobie z dzióbków i duszenie się we własnym sosie, życie własnymi fantazjami i rozliczanie z nich ludzi, rodzi faszyzm. Słyszycie? Jeżeli nie przestaniecie żyć dla samych siebie, dla poczucia własnej moralnej wyższości i czystości, będę zmuszony uznać was za współtwórców XXI-wiecznego faszyzmu.

A przecież, gdybyście zamiast tracić czas na odprawianie waszych rytuałów, zamiast udawać, że startujecie w wyborach, w których i tak nie mogliście nic ugrać, bo nie mieścicie się w formule – gdybyście zamiast tego kilka lat temu zaczęli chodzić od domu do domu, od jednego zakładu pracy do drugiego, pytając ludzi, jak im pomóc w życiu zatrutym kapitalizmem, żadnego „faszyzmu” w ogóle by nie było. Musicie się zmienić. Na razie wasze oburzenie na Bolsonaro jest śmieszne.

Będą strzelać

Przyszły minister obrony gen. Augusto Heleno, wyznaczony na to stanowisko przez zwycięzcę brazylijskich wyborów prezydenckich Jaira Bolsonaro ze skrajnej prawicy, ma zamiar dać zezwolenie policji na automatyczne zabijanie każdej osoby, która „mogłaby być uzbrojona”.

 

Ponadto jego projekt polityczny przewiduje rozmieszczenie w miastach ukrytych snajperów, którzy mają „zabijać przestępców”, nawet jeśli nie stanowią zagrożenia. Dozwolone ma też być strzelanie w plecy.

W zasadzie wszystkie te pomysły pochodzą od wybranego właśnie gubernatora Rio de Janeiro, 50-letniego neofaszysty Wilsona Witzela, wypromowanego przez Bolsonaro. Prezydent-elekt zapowiadał w swej kampanii wyborczej liberalizację dostępu do broni, by „dobrzy ludzie” mogli sami się bronić, a jednocześnie wprowadzenie „ochrony prawnej” policjantów, którzy użyją swej służbowej broni.

„Jeśli jest pięciu przestępców, którzy strzelają w kierunku policji , wszyscy powinni zostać zabici” – mówił wczoraj Witzel w rozmowie z kanałem Globonews. Kiedy go zapytano, czy policja będzie mogła strzelać podejrzanym w plecy, odpowiedział, że „oczywiście”, gdyż jego zdaniem „przestępca nie przestanie być groźny”. Gen. Heleno, pierwszy wojskowy przewidziany na stanowisko ministra obrony od czasów dyktatury obalonej w 1985 r., w pełni poparł te opinie.

Przemoc jest plagą Brazylii: w zeszłym roku spowodowała śmierć ponad 60 tys. osób, a w ciągu siedmiu ostatnich lat liczba zabitych przekroczyła liczbę ofiar syryjskiej wojny. Po Igrzyskach Olimpijskich w 2016 r. i dojściu prawicy do władzy, Rio de Janeiro jest skonfrontowane ze spiralą przemocy pogłębianej przez wielkie trudności budżetowe miasta i korupcję. W zeszłym roku policja zabiła ponad 5 tys. osób, co oznacza wzrost o 20 proc.

Według Amnesty International, „zezwolenie na zabijanie każdej osoby, która mogłaby być uzbrojona, nawet jeśli bark bezpośredniego zagrożenia z jej strony, będzie pogwałceniem brazylijskiego prawa i praw międzynarodowych. (…) To się może skończyć jedynie eskalacją przemocy i wystawieniem na niebezpieczeństwo setek tysięcy osób, w tym samych policjantów”.

Czerwone śmieci

Jair Bolsonaro, neofaszystowski kandydat na prezydenta Brazylii, pewny zwycięstwa w drugiej turze wyborów prezydenckich w najbliższą niedzielę, zapowiedział rozgromienie wszelkich sił lewicowych w swoim kraju poprzez krwawe represje, więzienia lub wygnanie. „To będzie największa czystka w historii Brazylii” – mówił popierany przez Stany Zjednoczone Bolsonaro na wiecu wyborczym w Sao Paulo.

 

„Jesteśmy większością, prawdziwą Brazylią. Razem zbudujemy nowy naród. Lewacy [PT – Partia Pracujących b. prezydenta Luli] przegrali i przegrają, ale czyszczenie będzie dużo szersze: będą musieli się podporządkować, albo opuścić kraj, bo inaczej więzienie. Czerwone śmiecie będą zakazane w Brazylii!” – krzyczał Bolsonaro, oklaskiwany przez tłumy swoich zwolenników.

„Nasz kraj nie będzie należał do gangu z czerwoną flagą i pustym mózgiem. Nikt nie będzie śmiał się z Brazylii. Ej, ty Lula da Silva, jeśli myślisz, że Haddad [kandydat PT na prezydenta] stanie się prezydentem i cię ułaskawi, mówię ci: zgnijesz w więzieniu, jak i Haddad!”. Bolsonaro zapowiedział delegalizację innych ugrupowań lewicowych – Ruchu Robotników Rolnych bez Ziemi (MST) i Ruchu Pracowników bez Dachu (MTST): „Wasze działania zostaną uznane za terroryzm!”.

Według niego, wielką rolę w kraju powinna grać armia: „Zobaczycie wspaniałe siły zbrojne, które będą współpracować przy budowie przyszłości. Zobaczycie siły cywilnej i wojskowej policji i arsenał prawny, dzięki którym złamiemy czerwonym karki! Wygramy tę wojnę! W imię Brazylii i Boga!” – mówił Bolsonaro wśród owacji.

Były kapitan brazylijskiego wojska, choć jest rasistą, mizoginem i homofobem, jest popierany przez część czarnoskórych i przez prawicowych gejów. Na wiec przyszła 78-letnia kobieta z napisem „Jestem czarną kobietą, a będę głosować na Bolsonaro”. Wielu z nich ma nadzieję, że neofaszysta zmniejszy przemoc, „wprowadzi porządek”, dzięki działaniom armii i powszechnemu dostępowi do broni. Środowiska religijne, głównie protestanckie, popierają go za zapowiedź zakazu przerywania ciąży. Sondaże przewidują zwycięstwo Bolsonaro nad Haddadem 59:41 proc.

Pewny zwycięstwa

Na tydzień przed decydującą drugą turą wyborów prezydenckich Jair Bolsonaro, „antysystemowy” kandydat, który przez 27 lat był deputowanym, jest pewny swego.

 

Wszystkie sondaże przewidują jego wygraną: dają mu 59 proc. intencji wyborczych. Kandydat lewicowej Partii Pracujących Fernando Haddad jest daleko za nim: 41 proc. Wygląda na to, że prezydentem Brazylii zostanie militarysta, rasista, mizogin i homofob i neoliberał, który biedę chce zlikwidować poprzez sterylizację ubogich. Nazywają go już „tropikalnym Trumpem”.

63-letni Jair Bolsonaro nie ukrywa swego uwielbienia dla amerykańskiego prezydenta – uznaje przywództwo USA i podobnie jak Trump ma zamiar przenieść ambasadę swego kraju do Jerozolimy. Według niego Palestyńczycy nie mają żadnych praw. Bolsonaro głosi swobodny dostęp do broni, by każdy mógł „wymierzyć sprawiedliwość” w objętej przemocą Brazylii. Jest za zakazem aborcji i przeciw prawom pracowniczym, czym zdołał sobie zapewnić poparcie lobby zbrojeniowego, kościołów ewangelickich, głównie zielonoświątkowych, i wielkich latyfundystów.

Oligarchiczna prasa forsuje jego wizję „oczyszczenia kraju” z przestępczości i korupcji, przy jednoczesnym zapewnieniu skrajnie neoliberalnego porządku gospodarczego. Partia Pracujących, która miała pewnego kandydata na prezydenta, b. prezydenta Lulę, uwięzionego jednak przez prawicowe władze, jest nieustannie atakowana jako przyczyna wszystkich bolączek Brazylii. Kraj jest mocno podzielony. Połowa mieszkańców obawia się, że wróci dyktatura obalona w 1985 r.