Kościół katolicki w Polsce – tysiąc lat i wystarczy

Z prof. JANEM HARTMANEM, filozofem i bioetykiem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Na kilka dni przed ogłoszeniem przez Barbarę Nowacką projektu ustawy o rozdziale Kościoła od Państwa napisał Pan na swojej stronie „Loose Blues” tekst „Rozdział Kościoła od Państwa – jakaś kpina”, krytyczny wobec tej inicjatywy. Po wystąpieniu Nowackiej 6 stycznia podtrzymuje Pan tę krytyczną opinię?
Tak, bo to jest przykład arogancji i nielojalności polityków wobec swoich kolegów, obojętnych na to co oni robią i gotowych na wszystko, aby promować swoją osobę. Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej jest jednym ze stowarzyszeń i partii politycznych, które przed rokiem, 29 stycznia 2018 roku, podpisały deklarację o świeckości państwa. Zgodnie z tą deklaracją ruszyły prace zespołu nad projektem ustawy o świeckości państwa. I gdy projekt jest już jest na ukończeniu i niebawem zaczniemy zbierać podpisy, Barbara Nowacka wcięła się ze swoją inicjatywą. To jest z jej strony nielojalność, a nawet rodzaj dywersji. W jakiej sytuacji postawiła ona te organizacje, które finalizują projekt i przymierzają się do zbierania podpisów? Przecież wychodzimy na idiotów, skoro dwie sojusznicze organizacje przygotowują dwa projekty i dwie akcje zbierania podpisów. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej, że Barbara Nowacka ma to w nosie. W ciągu kilkunastu lat mojej działalności na tej niwie nie widziałem jej na spotkaniach, manifestacjach poświęconych walce o świeckość państwa polskiego. To nie jest jej działka. Ponadto Barbara zignorowała zaproszenie na spotkanie ze środowiskami laickimi i racjonalistycznymi, jakie skierowano do niej, gdy zapowiedziała swoje wystąpienie na 6 stycznia. Niestety, polska polityka opiera się na prawie dżungli. Co prawda jest to tylko zabawa w dżunglę, ale czasami ta zabawa prowadzi do całkiem realnych szkód. Polska polityka jest infantylna, jest jak gra komputerowa, w którą grają niefrasobliwe dzieciaki. Każde trzyma wirtualny nóż za plecami i wszystkich to bawi. Niestety, dramat w Gdańsku pokazał, że gdy jakość życia publicznego jest niska, może też pojawić się nóż prawdziwy.

Powróćmy do punktu wyjścia, do kwestii „rozdziału”…
Samo deklarowanie formuły rozdziału Kościoła od państwa jest niebezpieczne, bo legitymizuje pozycję Kościoła katolickiego jako równorzędnego partnera państwa polskiego, a dla niego równorzędnym partnerem są tylko inne państwa. Nie można mówić takim językiem, bo to umacnia tylko feudalną pozycję Kościoła. Ponadto ograniczenie nielicznych, wybranych przywilejów tym bardziej utrwali i legitymizuje pozostałe, a sam rozdział siłą rzeczy będzie oznaczał rozgraniczenie kompetencji władzy administracyjnej dwóch równoważnych podmiotów. Tymczasem Kościół nominalnie nie jest segmentem władzy i nie ma prawa nią być, choć sobie to w praktyce uzurpuje. Sposób myślenia polegający na tym, że Kościół ma w państwie swój zakres władzy, oddzielony od zakresu władzy świeckiej, pochodzi z czasów feudalizmu, nawiązuje do epoki wojen okresu Reformacji i pokoju augsburskiego, będąc formą myślenia postfeudalnego. Dziś mówienie o „rozdziale Kościoła od państwa” jest niczym nieusprawiedliwionym gloryfikowaniem i legitymizowaniem Kościoła jako jednego z ośrodków władzy. Podejrzewam, że Barbara Nowacka się nad takimi problemami nie zastanawia. Ponadto problem relacji państwo-Kościół jest w Polsce stawiany w sposób infantylny i obłudny. W Europie Zachodniej już od XVII wieku kwestia tych relacji stawiana była zgodnie z ówczesnymi realiami, wynikającymi z konfliktu między interesami suwerennego państwa narodowego i Kościoła. Wtedy można było mówić o rozdziale tych dwóch realnych władz politycznych. W Polsce kwestia Kościoła nigdy nie stanęła jako kwestia niepodległościowa. Tymczasem jeśli państwo polskie jest suwerenem, a powinno, to zewnętrzne czynniki państwowe (a biskupi polscy, którzy są zobowiązani do lojalności wobec Watykanu, są urzędnikami obcego państwa) nie mogą wpływać na prawo i rządy państwa polskiego. A tak się przecież w Polsce dzieje. Lojalności biskupów wobec państwa polskiego i wobec Watykanu niejednokrotnie wchodzą ze sobą w konflikt. Obce państwo nie może mieć szczególnych praw na terenie Rzeczypospolitej. Tymczasem Kościół zasłaniając się pozorem, że jest wewnętrzną polską instytucją, korzysta z wszelkich praw obcego na terenie innego państwa, wobec czego jest de facto eksterytorialny. Każdy budynek kościelny jest w zasadzie wyłączony spod jurysdykcji polskiej, na podobieństwo obcej ambasady. Ta haniebna dla państwa polskiego sytuacja jest usankcjonowana w konstytucji, bo jest w niej wymienione z nazwy obce państwo, Stolica Apostolska, jako strona konkordatu. Polska zobowiązała się w konstytucji, że zawrze z nim nierównoważną, niesymetryczną umowę, uprzywilejowującą obce państwo, jakim jest Stolica Apostolska. Konkordat nie jest umową równych stron, lecz aktem hołdu, składając się prawie wyłącznie ze zobowiązań strony państwa polskiego i tylko z jednego zobowiązania Watykanu wobec Polski, które jest tak sprzeczne z jego interesem, że nikt nie mógł brać tego na serio – że mianowicie Kościół nie będzie wtrącać się w sprawy wewnętrzne Polski. Miesza się na każdym kroku. Pod dokumentem podpisał się Jan Paweł II, któremu, zgodnie z preambułą konkordatu, składa się go w hołdzie. To żenujące. Niestety nadal duża część polskiego społeczeństwa tę wasalność państwa wobec Watykanu traktuje jako coś oczywistego, a na ogół w ogóle tego nie zauważa. Podobnie jak w czasach zaborów tylko kilkunastoprocentowa społeczność patriotów polskich zdawała sobie w pełni sprawę z opresji. Większość chłopów pod zaborami biernie akceptowała władzę Petersburga, Berlina czy Wiednia i oburzała się na tych, którzy tę władzę próbowali podważyć. Obecne polskie społeczeństwo także nie dojrzało jeszcze do suwerenności, Polska nie jest całkiem niepodległym państwem, a ta niepodległość w stosunku do Watykanu zaczyna się rodzić, gdy ta kwestia przestaje być tabu. Najpierw zacznie się o tym mówić, a potem coś z tym robić. Nie ma jednak nadziei, że szerokie kręgi społeczeństwa włączą się w walkę o niepodległość Polski. Patriotyzm zawsze był i jest przywilejem mniejszości. O niepodległość najpierw walczy mniejszość. Pokazuje to choćby przypadek legionistów Piłsudskiego w 1918 roku, których wielu ludzi traktowało jak wichrzycieli. Upłynie sporo czasu, zanim większość uświadomi sobie, że Polska jest haniebnie niesuwerenna wobec obcego państwa zwanego Stolicą Apostolską. A poza wszystkim, wbrew szumnej deklaracji Barbary Nowackiej o „rozdziale”, jej inicjatywa nie zawiera nic więcej poza niewielkimi korektami w zakresie finansowania Kościoła.

Taką argumentację jak Pana, Kościół katolicki zwykł określać jako walkę z nim…
My, zwolennicy niepodległości Polski, nie chcemy walczyć z Kościołem katolickim, chcemy go potraktować po chrześcijańsku. Nie chcemy by był dyskryminowany, za to chcemy, żeby był traktowany dokładnie tak, jak inne instytucje społeczne. Równość jest wartością, z którą Kościół walczył przez stulecia, ale udało się stworzyć świat oparty na wartościach konstytucyjnych, mających zakorzenienie także w ideach chrześcijańskich. Nie chcemy więc, by był upokarzany nadanymi mu nieuprawionymi przywilejami. Jeśli Kościół chce być mocny, niech będzie mocny wiarą swoich członków, a nie mocą państwowego przymusu prawnego, zapisanego w konstytucji i ustawach. My, to znaczy liberałowie i patrioci domagamy się suwerenności i niepodległości państwa polskiego. Jesteśmy wrogami kościelnej tradycji mordowania i eliminowania przeciwników. Jesteśmy zwolennikami prawnej ochrony Kościoła i chrześcijańskiej tradycji niedyskryminowania, od której Kościół odszedł już u swojego zarania. Wracając do wystąpienia Barbary Nowackiej – każdy kto występuje z takimi inicjatywami, a nie staje na gruncie suwerenności i niepodległości Polski w jej relacjach z monarchią watykańską, tak naprawdę świadomie działa na rzecz potęgi Kościoła. Bowiem działa on tak właśnie, że gotów jest oddać niektóre mniej ważne przywileje w zamian za zachowanie statusu postfeudalnego. Nie ma rozdziału Kościoła od państwa, tak jak nie ma rozdziału państwa od Inicjatywy Polskiej. Państwo polskie może rozdzielać się co najwyżej od innych państw. Niech się więc w ten sam sposób oddzieli od Stolicy Apostolskiej, a nie jej hołduje w traktacie międzynarodowym zwanym konkordatem, na kolanach, z całowaniem biskupich pierścieni. Tak się dzieje od tysiąca lat i to się wreszcie musi zmienić, jeśli Polska ma odzyskać, a raczej uzyskać godność.

Wspomniał Pan o problemie dojrzałości polskiego społeczeństwa do suwerenności i niepodległości także w stosunku do Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego. Chyba jest do tego niestety jeszcze daleko, bo przecież to tenże Kościół był szafarzem uroczystości pogrzebowej zamordowanego Pawła Adamowicza. Siła symbolicznego oddziaływania Kościoła na obyczaje w Polsce, niezależnie od napięć między nim a obozem opozycyjnym, liberalno-lewicowym, jest nadal wielka. Czy jest w Polsce szansa uchylenia się od rytualnej dyktatury katolickiej?
Prezydent Adamowicz był przedstawicielem chadecji, czyli umiarkowanego, demokratycznego, oświeconego nurtu chrześcijaństwa, człowiekiem nowoczesnej prawicy. Taka też jest formacja polityczna, z której się wywodził. Nic więc dziwnego, że odwołano się do katolickiego rytuału, bo takimi jak Adamowicz, Schetyna czy Tusk jest wielu Polaków. W Gdańsku dobrze zaznacza się podział w polskim Kościele, bo z kolei arcybiskup gdański jest fundamentalistą i to skompromitowanym. Jednak w takich okolicznościach trudno było nie dopuścić Głódzia czy Andrzeja Dudy do udziału w pogrzebie, choć rodzina wolała, żeby homilię wygłosił któryś z liberalnych księży. Całe szczęście, że nie było Kaczyńskiego. Ta uroczystość i mobilizacja społeczna wokół tragicznej śmierci Adamowicza pokazała jeszcze jedno. Pokazała, że Polacy bardzo potrzebują emocjonalnego uniesienia, moralnego wzmożenia, że potrzebują bohaterów, potrzebują ofiary krwi, wokół której mogliby się gromadzić…

…bo Polacy są narodem sentymentalnym, na co już dawno zwracał uwagę choćby Stanisław Brzozowski…
To prawda. Jednak ta emocjonalna mobilizacja jest pozytywna, byle tylko poszła za nią jakaś aktywność. By z tego gniewu i troski coś dobrego wyrosło. By politycy różnych odłamów opozycji znaleźli w sobie na tyle siły, mądrości odpowiedzialności, aby zjednoczyć swoje siły w walce z reżimem, a nie wrócili do partyjnego egoizmu. Odpowiedź na to da kilka najbliższych tygodni. Bardzo wiele zależy od stanu ducha kilku konkretnych osób, w tym Grzegorza Schetyny, od tego czy będzie on w stanie wznieść się ponad animozje, także we własnym obozie, ponad chłód jaki dzieli go od Donalda Tuska, z którym nie rozmawia. To prawdziwe nieszczęście, bo czy nam się to podoba czy nie, od tych dwóch polityków w przeważającym stopniu zależy uratowanie polskiej demokracji. Mam nadzieję, że dojdzie do konsolidacji opozycji, będą wspólne listy wyborcze, Schetyna będzie temu patronował, a Donald Tusk powróci jako kandydat na prezydenta. A co do Pawła Adamowicza, to choć nie należy robić z niego świętego, to właśnie jako polityk może dobrze pełnić rolę symbolicznego patrona jednoczenia opozycji. Musimy się po tych wszystkich strasznych wydarzeniach zebrać w sobie i odpowiedzialnie stworzyć skuteczną koalicję, także oczywiście z udziałem lewicy.

W moim odczuciu mord na Adamowiczu, jako nieprzewidziany czynnik „epsilon” w biegu politycznych zdarzeń przesunął PiS z pozycji – jednak – faworyta tegorocznych wyborów parlamentarnych, na krawędź tej szansy. A co Pan o tym sądzi?
Zgadzam się, zwłaszcza, że to osłabia personalnie Kaczyńskiego, który przegrywa kolejne kampanie, po porażce z ustawą o IPN, z sądami, po rejteradzie w sprawie próby całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński przegrywa na wielu frontach, nie jest w stanie pozbyć się Ziobry, który mu ewidentnie szkodzi i ma spory zakres władzy w obozie rządzącym. Kaczyński wyraźnie słabnie, jest chory, mało aktywny, prawie nieobecny. To będzie powodowało nasilenie walki o przejęcie po nim steru PiS, co w roku wyborczym będzie dla nich szczególnie niekorzystne. PiS jest już teraz w głębokiej defensywie, rozbite, wewnętrznie zdezorientowane, jest na etapie oczekiwania na odejście przywódcy, na moment, kiedy będzie można ostatecznie się go pozbyć. Jest to utrudnione przez utrwalony w PiS mit o jego geniuszu strategicznym, wiarę w jego zdolność do przeprowadzenia partii przez wszystkie trudności, choć jednocześnie działacze widzą, że to już nie jest ten sam Kaczyński co trzy lata temu. W PiS silna jest frakcja radykalna, chętna do przejęcia przywództwa, ale fakt że na jej czele jest kilku „charyzmatycznych”, konkurujących liderów, nie ułatwia przejęcia przez nią inicjatywy.

Kogo przede wszystkim ma Pan na myśli?
Ziobrę i Macierewicza, ale też Mateusza Morawieckiego. Jednak ten ostatni, ulubieniec prezesa, choć jest uważany za naturalnego następcę, jest tak bardzo słaby intelektualnie, że oni sami by się go bali.

W PiS nie wiedzą, czy mogą już zaprowadzić Kaczyńskiego na „skałę tarpejską”…
Ale widać, że słabnie, fizycznie i psychicznie, że jest chory, choć tak naprawdę nie wiemy co mu jest. On się do tego stopnia zapada w sobie, że chyba nie będzie już w pełni kontrolować procesu ustalania list wyborczych. Żyje w świecie swoich wyobrażeń, urazów, bardzo odklejony od rzeczywistości. Minęło już nieco czasu od mordu na Adamowiczu, a Kaczyński nadal nie zabrał głosu w tej sprawie. Jeśli faktyczny przywódca państwa nie zabiera głosu w sprawie tak dramatycznej, wręcz historycznej, która jest cezurą, o której zapewne będą wzmianki w podręcznikach do historii jako o „krwawym chrzcie” polskiej polityki po roku 1989, to owo milczenie podważa jego władzę. Nic istotnego nie powiedzieli co prawda także Duda i Morawiecki, ale oni nie są poważnymi ludźmi i politykami, nie mają żadnego autorytetu. Natomiast Kaczyński stracił okazję, by powiedzieć, że zdarzyła się rzecz straszna, wskazać na mowę nienawiści jako na jej źródło i pojednawczo wezwać wszystkich do pomiarkowania się, no i oczywiście uderzyć się także we własne piersi. Takie słowa, choć konwencjonalne, w ustach Kaczyńskiego nabrałyby niezwykłego znaczenia. A jednak nie potrafił się na to zdobyć, choć ma podaną na talerzu okazję do poprawienia swojego fatalnego wizerunku w większości społeczeństwa.

Dlaczego tego nie robi?
Dlatego, że choć wie, że to by mu się politycznie opłacało, to on nie chce tego powiedzieć. On tak bardzo nienawidzi swoich wrogów, że tego z siebie nie wykrztusi. Jego własna nienawiść jest silniejsza od niego. I choć na taką jego pojednawczą deklarację czekają miliony sentymentalnych Polaków, to on nie jest w stanie się przełamać, nie jest w stanie wyjść poza swoje negatywne emocje, odblokować się. Ta sytuacja go przerosła.

Wróćmy do kwestii roli Kościoła kat. w Polsce. Po 1989 roku wiele osób, w tym ja, liczyło na szybki proces laicyzacji, sekularyzacji Polski. Pojawiło się też wiele inicjatyw laickich, pojawił się jawny antyklerykalizm, tygodnik „Nie” odniósł ogromny sukces. Mimo to laicyzacja, przebiegała bardzo powoli, a Kościół kat. zagarniał kolejne obszary wpływów politycznych, wpływał na stanowione prawo, bogacił się kosztem państwa i obywateli. W ostatnim czasie, na tle afer pedofilskich wśród kleru, po pojawieniu się filmu „Kler” nastrój się zmienił i wydaje się, że wzmocniły się przesłanki do przyspieszenia procesu laicyzacji. A co Pan o tym sądzi?
To rzeczywiście przez pierwsze trzy dekady szło wolno. Nie mogło być inaczej, dopóki żył papież Karol Wojtyła. Po 2005 roku, po jego śmierci, przyszło kilka lat jego posthumalnego, żałobnego kultu, który już w zasadzie się wypalił. To wypalanie się zostało zatrzymane przez sprawę smoleńską, która dodała paliwa także Kościołowi. Na tym paliwie Kościół dojechał do „drugiego” PiS w 2015 i dopiero teraz, gdy zaczyna zapadać się po ciężarem własnych win i niegodziwości i wewnętrznego zepsucia, które staje się wiadome i społeczeństwu i samemu klerowi. Wielu ludzi do tej pory nie zdawało sobie sprawy, jak przerażająca jest instytucja Kościoła. Na dodatek Kościół nie bardzo może dalej iść tą drogą, bo już nie bardzo może jeszcze głębiej sięgać do kasy państwa, a granica wytrzymałości społecznej została osiągnięta. Społeczeństwo jest zdegustowane i rozczarowane złodziejstwem i pychą kleru. Kościół zaczyna też mieć problemy ze strawieniem tego co połknął, bo utrzymanie tych wszystkich nieruchomości wymaga ogromnych pieniędzy. Partia, która go osłania i karmi ma bardzo poważne problemy i być może już zaczęła z wolna schodzić ze sceny politycznej. Kościół nie ma też jednolitego przywództwa, nie ma twarzy, nie ma ludzi dużego formatu, jak kiedyś Wojtyła czy Wyszyński, lecz jest konfederacją udzielnych biskupstw, a groteskowy i przerażający zarazem kierownik Rydzyk nie ma formatu duchownego, lecz format szefa patologicznego biznesu. Nie znaczy to, że Kościół odda władzę bez walki. Jego choroba będzie bardzo hałaśliwa i hałaśliwe będzie oddawanie kolejnych pól, np. wychodzenie religii ze szkół. Pewne przywileje Kościoła będą trwały jeszcze przez dziesięciolecia. Jednak ograniczenie jego władzy nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat, a poza tym zmieni się przywództwo. Sami zrozumieją, że w ich interesie jest, by z państwem i społeczeństwem kontaktowali się hierarchowie kulturalni, grzeczni, umiarkowani, jak to jest na Zachodzie. Myślę, że zbliży się do zachodnich standardów w ciągu 20-25 lat. Koniunktura przed nimi rysuje się słabo, a czyściec pedofilski Kościoła jest dopiero przed nim. Gdy ludzie dowiedzą się, że można uzyskać odszkodowania, pójdą gremialnie do sądów, a już był precedens z Towarzystwem Chrystusowym. Kościół będzie chciał przerzucić ten finansowy ciężar na państwo i jeśli by rządzili ludzie pokroju Ziobry, to dokonywaliby transferów finansowych na rzecz Kościoła, by mu to zrekompensować, ale i to do czasu. Jeśli natomiast będzie liberalna władza, to tylko patrzeć jako pojawią się jacyś prokuratorzy i sędziowie, którzy doprowadzą do głośnych, spektakularnych procesów księży, nie takich pokątnych i rzadkich jak to obecnie zdarza się na prowincji typu Tylawa. Mogą być też procesy o nadużycia w Komisji Majątkowej, na przykład w kwestiach zaniżonych wycen majątków służących za rekompensatę majątków utraconych, będących jednym z instrumentów bogacenia się Kościoła. Natomiast politycy, którzy stworzyli Komisję Majątkową, od której decyzji ustawa nie przewidywała odwołania, powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Na pewno nie wszystko, ale kilka afer da się ujawnić, a winnych ukarać. Powtórzę, jeszcze 20-25 lat i Kościół katolicki w Polsce znajdzie się na należnym sobie miejscu.

Czyżby nasze generacje miały to szczęście, by być tego świadkami, tak jak nie mieli takiej szansy tacy ludzie jak Kazimierz Łyszczyński, ścięty tylko za deklarację ateizmu w 1689 roku na Rynku w Warszawie?
Takim ludziom jak Łyszczyński też coś zawdzięczamy, bo dziś bycie antyklerykałem nie stwarza – na ogół – fizycznego zagrożenia, a dla nich było śmiertelne. Nawiasem mówiąc, najwięksi antyklerykałowie z jakimi się spotkałem, to eks-księża albo księża na wylocie. Podejrzewam, że popularny ksiądz Kaczkowski też by odszedł z firmy, gdyby przedwcześnie nie zmarł na raka. Mnie by przez usta nie przeszło to, co on mówił o swoim Kościele. Największymi antyklerykałami są ci, którzy znają tę instytucję od wewnątrz, n.p. XVIII-wieczny francuski ksiądz Jean Meslier, którego „Testament” jest sugestywnym i po kilku wiekach przerażająco aktualnym obrazem Kościoła katolickiego…

…czy choćby premier Francji Emil Combes, który przeforsował rozdział Kościoła od Państwa w 1905 roku, ekszakonnik. Co do Łyszczyńskiego, to w 1989 roku pojawił się pomysł uhonorowania jego pamięci tablicą w miejscu stracenia, w 300-rocznicę tego zdarzenia, ale to się rozmyło. Nie sądzi Pan, że warto by do tego pomysłu powrócić, a nawet tym razem pomyśleć o pomniku Łyszczyńskiego?
Tak uważam, ale trzeba poczekać na odpowiedni moment. Trzeba by przekonać do tego prezydenta Rafała Trzaskowskiego, a Platforma Obywatelska jest do tego jeszcze nieprzygotowana. W Rzymie, kilka kilometrów od Watykanu, na Campo di Fiori, stoi pomnik Giordano Bruno, a my mamy Kazimierza Łyszczyńskiego, który – paradoksalnie – jest ceniony na Białorusi, ale nie w swojej ojczyźnie. Jego postać także mnie jest bliska, choćby dlatego, że zagrałem go w ulicznym widowisku rekonstrukcyjnym jego egzekucji. Jednak jestem przekonany, że już niedługo możemy spodziewać się wiatru historii, który umożliwi godne uczczenie tej postaci.

Dziękuję za rozmowę.

Biedroń i retoryka populistów Wywiad

„Robert Biedroń wchodzi w taką retorykę, że wszystkich się brzydzi i będzie komunikował się z narodem bezpośrednio, a do klasy politycznej odwraca się tyłem. To jest niska, niegodna retoryka” – twierdzi prof. Jan Hartman, filozof i bioetyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, publicysta i polityk, w rozmowie z Justyną koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: W swoich ostatnich tekstach nie oszczędza pan Roberta Biedronia, chociaż wcześniej był pan jego zwolennikiem. Dlaczego?

JAN HARTMAN: Jestem rozczarowany, bo kibicowałem Robertowi Biedroniowi i krytykując go jakiś czas temu, że spóźnia się ze swoją inicjatywą, nie biorąc udziału w wyborach samorządowych jako podmiot polityczny, miałem nadzieję, że będzie słuchał dobrych doradców i uniknie dalszych błędów. Najwyraźniej jednak Biedroń słucha złych doradców, bo popełnia błąd za błędem. Po pierwsze, wchodzi w taką retorykę, że wszystkich się brzydzi i będzie komunikował się z narodem bezpośrednio, a do klasy politycznej odwraca się tyłem. To jest niska, niegodna retoryka populistów i zarazem psucie standardów życia społeczno-politycznego. Tak nie wolno robić, zresztą tak samo zapowiadanie, że z nikim nie wejdzie się w koalicję jest aroganckim sobkostwem i rozbijactwem. Bardzo mi się nie podoba zapowiedź tworzenia struktur w oparciu o zasoby SLD, bo tak trzeba rozumieć ten abordaż Krzysztofa Gawkowskiego. Przejmowanie uciekinierów z innych partii czy wręcz wyciąganie ich jest bardzo nieeleganckie. Dodatkowo twierdzenie, że w ciągu trzech miesięcy stworzy się struktury w każdym powiecie jest po prostu gołosłowne i niepoważne. Wreszcie to, co stało się ostatnio, czyli porzucenie Rady Miasta Słupsk, jest zwykłym oszustwem.
Można nawet podejrzewać, że Robert Biedroń od początku startował w złej wierze, a teraz porzucając mandat okazał wzgardę wyborcom. Wygląda na to, że Robertowi Biedroniowi woda sodowa do głowy uderzyła, a cały jego projekt jest egoistyczny i polega na tym, że będzie łowił w innych środowiskach, podbierając wyborców również lewicy.

 

Biedroń będzie walczył o ten sam elektorat co Koalicja Obywatelska?

Tego niestety się najbardziej boję, że uzbiera kilka procent elektoratu, a potem nie przyłączy się do koalicji, przez co osłabi opozycję. Skoro on w tej chwili postępuje tak nieodpowiedzialnie, to jeżeli się nie opamięta i dalej będzie tak egoistycznie działał w myśl hasła „żadna lewica ani prawica, tylko biedronica”, to może zrobić wiele złego. Uważam, że robi też dużą szkodę lewicy, odżegnując się od niej, co w jego ustach brzmi zresztą nieszczerze i koniunkturalnie.

 

Mówi się o tym, że Biedroń liczył na porażkę Koalicji Obywatelskiej, która zgarnęła wszystkie duże miasta, część już w I turze, przejęła też mniejsze miejscowości, nawet bastiony PiS-u; to popsuło plan Biedronia?

Robert Biedroń ma na pewno wielki żal do PO, zresztą jak wszyscy, którzy zaczynają flirtować z wielkimi partiami, które często traktują ludzi instrumentalnie. Wystawienie kandydata przez PO w Słupsku i okazanie lekceważącego stosunku do Biedronia musiało być dla niego bolesne. Jednak cóż z tego? Wiadomo, że PO jest partią władzy i trzeba z nią współpracować z powodów ogólnych. Musimy ratować demokrację, w związku z czym duża koalicja jest konieczna. Oczywiście generalnie dla ludzi lewicy PO jako partia chadecka jest przeciwnikiem politycznym.
W polityce trzeba mieć swoje przekonania, swoje poglądy i być konsekwentnym, nawet kosztem wielokrotnej przegranej, a w końcu się wygra. To będzie niejako nagroda od wyborców za konsekwencję.
Uważam, że Biedroń jest teraz na granicy politycznej supernowej. Coś osiągnie, będzie wielkie bum – to może być przekroczenie progu, wejście do PE – rozbłyśnie, ale potem zgaśnie. To jest człowiek, który niewiele pokazuje poza osobistym wdziękiem, który niewątpliwie ma. Nie pokazuje jednak powagi politycznej, która w dłuższej perspektywie wygrywa.

 

Partia Razem ze swoim liderem jest wierna swoim ideałom już od dłuższego czasu i nawet nie przekracza progu wyborczego. Inaczej postąpiła Barbara Nowacka, która weszła do KO, dzięki czemu ma szanse przebić się z lewicowymi hasłami.

Moim zdaniem niestety niewielkie – tu raczej chodzi o głosy i miejsca na liście. Pytanie, co dostanie w wyborach do Parlamentu Europejskiego i krajowego, bo od tego zależeć będzie, czy pozostanie w Koalicji, czy z niej wyjdzie. Nie sądzę, aby po obaleniu rządu PiS, udało się wprowadzić jakieś lewicowe hasła do rządu postpisowskiego, ponieważ Barbara Nowacka nie będzie mieć silnej pozycji w PO, która nadaje główny ton tej Koalicji. Chyba że do tego rządu wejdzie, czego też nie można wykluczyć.
Zdarzają się takie przejścia, jak np. Bartosz Arłukowicz, który został ministrem w rządzie PO-PSL.
Tego nie można wykluczyć. Barbara Nowacka jest niezwykle hardą, świadomą kobietą, feministką, ale niestety nie zmienia to faktu, że będzie poniekąd na łasce Grzegorza Schetyny. Nie wiem, czy mamy się z czego cieszyć.

 

Włodzimierz Cimoszewicz uważa, że wszystkie środowiska opozycyjne powinny utworzyć wspólny blok „Europa” w wyborach do PE. To dobry pomysł?

Tu dotykamy ciągle stawianego pytania, czy powinien być jeden blok, czy dwa bloki opozycyjne. Sądzę, że jeżeli chodzi o wybory do PE, gdzie mamy inną ordynacje wyborczą, zacieranie sztandarów partyjnych nie jest dobrym rozwiązaniem. Takie pospolite ruszenie anty-PiS nie bardzo byłoby zrozumiałe, dlatego że Polacy nie traktują tych wyborów tak emocjonalnie. Każda organizacja, która jest w stanie myśleć o przekroczeniu progu 5 proc., powinna myśleć o wypróbowaniu się w tych wyborach. Optymalnie by było, gdyby były tu dwa bloki – lewica osobno, bo ma przecież swoją partię w Europie, a prawica osobno. Dokąd dołączyć by mieli europosłowie z takiego dużego, szerokiego bloku? Nie wszyscy odnaleźliby się w EPP. Skoro ludzie lewicy i tak pójdą do partii demokratów i socjalistów w PE, to nie jest w porządku, aby byli na tej samej liście z tymi, którzy dołączą do konkurencji.
Natomiast w przypadku wyborów do parlamentu krajowego, to prawdopodobnie z powodu arytmetyki wyborczej, czyli systemu D’Hondta, jest to zalecane, chociaż skrajnie trudne do przeprowadzenia.
Wracając do wyborów do PE, dobrze by było, gdyby SLD poszło z Razem. SLD z PO – raczej wątpię.

 

Włodzimierz Czarzasty zastanawia się nad przystąpieniem do KO w wyborach, ale w SLD rośnie mu opozycja, pojawiają się głosy, że powinien przestać być przewodniczącym.

Ale kto miałby zastąpić Czarzastego? SLD jest w tej chwili małą partią, gdzie czasami jest więcej biur niż ludzi. Nie widzę nikogo, kto mógłby zająć fotel przewodniczącego, tym bardziej, że Czarzasty zapewnia przekroczenie 5 proc., co działaczom wystarcza na tym etapie. To jest też pytanie o to, czy sprzedać tożsamość, bo wiadomo, że jak się wystąpi w koalicji, to ta tożsamość się rozmywa i to jest też trochę przyjmowanie warunków większego. Oczywiście jest też łatwiej, bo wsiada się na wózek, który już jest pchany.
Jeżeli chodzi o wybory do PE, to dla SLD najważniejsze jest, aby ta świetna ekipa, którą SLD w PE ma, nadal została; mam tu na myśli Krystynę Łybacką czy Janusza Zemke. To jest duża wartość, którą wydaje mi się, docenia też Platforma.

 

Na kilka dni przed szczytem klimatycznym w Katowicach rząd PiS ogłasza, że chce budować elektrociepłownię w Ostrołęce, jednocześnie Unia zapowiada zaostrzenie walki ze spalinami. To otwarcie kolejnego frontu z Brukselą?

To jest arogancja i ignorancja tego egoistycznego, krótkowzrocznego rządu, który ma wszystko w nosie. Liczy się tylko ekonomiczny interes utrzymania władzy, żadne globalne ocieplenie ich nie interesuje, bo traktują to jako bajki liberałów i libertynów. Oczywiście będą opowiadać, że to będzie czysty węgiel, co jest mrzonką. Elektrownie emitują CO2 i nie ma na to siły. Trzeba ograniczać palenie węglem gdzie się da. Niestety, Polska już jest na marginesie UE. Formalnie jest w Unii, która cały czas realizuje płatnicze zobowiązania wobec Polski, ale jako partner współtworzący merytorycznie, towarzysko, politycznie tę wspólnotę, ten projekt, to my już tam nie istniejemy.
Przez jakiś czas byliśmy chorym człowiekiem wspólnoty, ale teraz Unia ma ważniejsze problemy niż niańczenie Polski i czekanie, aż wyzdrowieje. Już wiadomo, że przyjęcie Polski do Unii było błędem, a demokracja u nas się nie utrzymuje. To nie jest poważny, demokratyczny, praworządny kraj, na który można liczyć. Polska jest egoistyczna i autorytarno-nacjonalistyczna. Rozczarowaliśmy Zachód i siebie samych.
Nawet jak teraz wróci Tusk czy powstanie normalny demokratyczny rząd, przestrzegający konstytucji i zasad demokracji liberalnej, to zawsze już będzie obawa na Zachodzie, że wrócą w Polsce wariaci, którzy przejmą władzę i będzie to samo. Jesteśmy na oucie.
UE w niedalekiej przyszłości będzie wspólnotą krajów euro – to jest ta podstawa, to spoiwo. To będzie rzeczywista wspólnota ekonomiczna, zatem i dająca bezpieczeństwo. My tak naprawdę nigdy nie należeliśmy do Zachodu. W ocenie zachodniej Europy jesteśmy Wschodem. Należymy do tego samego kręgu co Rumunia, Bułgaria, Węgry, a nawet Ukraina.
Mentalna żelazna kurtyna, mimo że na chwilę się podniosła, znowu opadła i to na nasze własne życzenie. W oczach Zachodu jesteśmy krajem, gdzie panuje klerykalizm, nacjonalizm i rządy autorytarne, a UE jest tylko dla Polski dojną krową do dawania pieniędzy.

 

Może to się jednak odwróci, w przyszłym roku mamy wybory parlamentarne.

Ja wierzę w to, że PiS upadnie, ale co z tego. Nikt nie zapomni tego, co Polska wyrabiała w tych latach. W tej chwili Polskę w Unii kotwiczy tylko osoba Tuska, bo to jedyne skojarzenie z Polską, które jest, powiedzmy, w sferze symboli i wartości zachodnioeuropejskich.
Teraz mamy wręcz błazenadę, polski prezydent i polski premier są traktowani na świecie, powiedzmy delikatnie, jako bohaterowie memów. To dramat. Gdyby jeszcze coś za nami stało, jakaś siła, ale jedyne, co mieliśmy, to siła moralna.
Mieliśmy poważnych przedstawicieli, ministrów spraw zagranicznych, jak Skubiszewski, Geremek, kompetentne osoby, które reprezentowały Polskę – wówczas byliśmy szanowanym krajem w unijnych instytucjach. Teraz jeżdżą tam różni mali karierowicze, różne partyjne „Cześki-Wieśki”, które się tam panoszą – ludzie aroganccy, niewykształceni, nieznający języków. To jest straszny wstyd.
Niestety, nie ma się co oszukiwać, że sami wybraliśmy takich przedstawicieli, tacy jesteśmy i tak zadziałała nasza demokracja. Oczywiście pamiętam, że tylko niecałe 19 proc. uprawnionych głosowało na PiS, ale tak zadziałała ordynacja i niestety mamy, co mamy.

 

Panie profesorze, na koniec chciałabym zapytać o KNF. Czy ta afera zatopi rząd?

To zależy od tego, czy media, a przede wszystkim Agora, która tę sprawę pilotuje, będą na tyle silne, aby przebić się z tym komunikatem do mas. Czy może on wyjść poza nisze prasowe, internetowe, gdzie są stali czytelnicy. Tu ważne jest, aby tabloidy również pilotowały tę sprawę. Polsat jest stracony, o TVP nie wspominając.
Na razie nie widzę wielkiego podniecenia u ludzi z powodu zamknięcia szefa KNF, bo domagał się pieniędzy. Trzeba ludziom pomóc zrozumieć, że to jest gang, a nie zwykła sprawa korupcyjna. To gangsterzy wymuszający haracze i grożący przejmowaniem banków. Z upowszechnieniem tych informacji będzie trudno, ale to jest tu kluczowe.
Pytanie też, czy dorwą pana Glapińskiego, czy nie. W tych układach polityczno-mafijnych każdy ma na każdego kwity. Wielu nie można ruszyć, bo nie wiadomo, co mają w sejfie czy komputerze. Dlatego Kaczyński tak długo trzymał Macierewicza, bo nie wiedział, co na niego ma. Moim zdaniem Kaczyński z chęcią by się Glapińskiego dziś pozbył, mimo że go zna od dziesiątek lat, tylko nie wie, co on trzyma za plecami.
Kaczyński zdaje sobie też sprawę, że może zostać zdmuchnięty, gdy nadepnie oligarchom na odcisk.
Tacy ludzie jak Glapiński, Bierecki, Rydzyk, Szyszko czy inni specjaliści od wielkich „skoków” i SKOK-ów tak jak w każdym niemalże kraju tworzą oligarchę. Władza polityczna, która nie ma milionów, ale ma władzę, jest od nich ostatecznie zależna. My tak naprawdę nie orientujemy się, jak to wygląda w szczegółach. Dlatego trudno powiedzieć, co będzie dalej z KNF. Równie możliwe jest to, że ta afera będzie truć i zablokuje PiS w twardym elektoracie, którego to w ogóle nie obchodzi, jak i to, że skutecznie zostanie rozmydlona i zapomniana.

 

Dwunastu wspaniałych

Gdyby w wyborach samorządowych głosowano też na najlepsze kandydujące drużyny, to stołeczna reprezentacja komitetu wyborczego SLD – Lewica Razem wygrałaby zdecydowanie.

 

Taka silna drużyna ludzi kompetentnych, doświadczonych zawodowo i pracowitych dowodzi, że wyborcy nie są skazani jedynie na plebiscyt pomiędzy kandydatami prawicowego Prawa i Sprawiedliwości i prawicowej koalicji wokół Platformy Obywatelskiej.
Na wybór między większym prawicowym złem i prawicowym mniejszym złem.
Polscy wyborcy mają dobra, lewicową alternatywę.

 

Kandydatki lewicy do Sejmiku Województwa Mazowieckiego

Katarzyna Maria Piekarska
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznej Ochoty, Śródmieścia, Mokotowa, Wilanowa i Ursynowa.
Jest prawnikiem i radną Sejmiku Wojewódzkiego Mazowieckiego. Była posłanką, wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera.

 


Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza, Bielan, Bemowa, Woli, Włoch i Ursusa.
Jest prawnikiem. Była radną miasta Warszawy i posłanką, wielokrotnie nagradzaną przez tygodnik „Polityka” w plebiscycie na najlepszego parlamentarzystę.

 


Danuta Waniek
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa, Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest politologiem, wykładowcą akademickim. Autorką licznych publikacji na łamach „Trybuny”. Była posłanką, szefową Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

Kandydatki i kandydaci do Rady Warszawy

Andrzej Rozenek
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Śródmieścia i Ochoty.
Jest dziennikarzem i politologiem, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Nie”. Był posłem i działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich.
Andrzej Rozenek kandyduje też na prezydenta Warszawy.

 


Monika Jaruzelska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa i Pragi Południe.
Jest znana publicystką, uznaną pisarką, działaczką społeczna i wykładowcą akademickim.

 


Sebastian Wierzbicki
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Mokotowa.
Jest szanowanym znawcą problematyki samorządowej, wieloletnim radnym warszawskim, wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej i przewodniczącym SLD w Warszawie.

 


Jan Hartman
kandyduje z okręgu nr 4.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Woli.
Jest profesorem nauk humanistycznych, autorem licznych publikacji naukowych w kraju i zagranica, od tego roku wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim.

 


Krystyna Barbara Kozłowska
kandyduje z okręgu nr 5.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza i Bielan.
Jest specjalistką w dziedzinie systemów ochrony zdrowia społecznego, była Rzeczniczką Praw Pacjenta.

 


Jan Artymowski
kandyduje z okręgu nr 6.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Pragi Północ i Białołęki.
Jest sekretarzem generalnym Stronnictwa Demokratycznego wchodzącego w skład koalicji SLD – Lewica Razem.

 


Anna Maria Żukowska
kandyduje z okręgu nr 7.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest prawniczka, anglistką, rzeczniczką prasową SLD i wiceprzewodniczącą mazowieckiego SLD.

 


Piotr Gadzinowski
kandyduje z okręgu nr 8.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Ursynowa i Wilanowa.
Był posłem trzech kadencji, nagradzanym za pracowitość przez stołeczne media. Jest publicystą, autorem popularnych książek, publikacji krajowych i zagranicznych, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”, promotorem polskiej kinematografii.

 


Andrzej Golimont
kandyduje z okręgu nr 9.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Bemowa, Ursusa i Włoch.
Jest publicysta, autorem książek, popularnym radnym, z rekordowym, bo dwudziestoletnim stażem, a także prezesem Szpitala Praskiego.

 

Wielce szanowni Warszawiacy!

Zapamiętajcie te kandydatury.

Głosujcie jak Wam rozum, a nie prawicowe media, wskaże.

Prosta historia prostaka

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.

 

Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.

Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.

Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali.

Przegrali na własne życzenie i z samymi sobą. PRL – w ich mniemaniu najbardziej gorszące wcielenie egalitaryzmu – umożliwił im wszak awans, miejsce w przedsionku elity intelektualnej. Kiedy jednak się wśród niej znaleźli, woleli uczepić się fetysza „wolności” zamiast elementarnego etosu. Gdyby się go trzymali, dziś mieliby elementarne prawo żywić pretensje do świata. Sto lat temu intelektualiści poczuwali się do misji kształtowania historii – po 1989 r. wystarczył im tylko dryf z jej nurtem. Część z nich na wyzwolonym przez siebie „boomie edukacyjnym” wyrosła niby pączki na maśle, choć w ten sposób sami przyczynili się do społecznej i moralnej degradacji warstwy inteligenckiej i sami sformowali forpocztę „wtórnej prymitywizacji”.

A niech mnie, przecież to autentycznie prostaki! Zasiali wiatr, współuczestniczyli we wznoszeniu fali najszybszych pieniędzy, najwyższych zysków, najniższych płac, najgorszych gustów, najpłytszych pozorów – a teraz zbierają burzę, teraz ta fala stacza się topiąc ich w pianie, którą PiS bije od co najmniej trzech lat… I oni naprawdę tego nie widzą! Idioci? Ten „atak plebsu”, przed którym tak się muszą bronić jest chyba ich własnym wstydem – przedmiotem rozpaczliwego wyparcia.

Wbrew bredniom wypisywanym przez prof. Hartmana, egalitaryzm nie polega na tym, że wszyscy rozkoszują się jego pismami, sami uzyskują profesurę, a potem pewnie zasuwają w kółko recytując Goethego lub tocząc spór o uniwersalia. Ale z pewnością polega m.in. na tym, że „wysublimowani” czują się współodpowiedzialni za rzeczywistość, którą dzielą z „prostym człowiekiem”. Coś, czego Hartman wręcz chwali się, że nie rozumie! Bardzo chciałbym – bardzo proszę! – by zrozumienie tego rozważyli ci, którzy mają się za inteligentów, którzy palą się do świętej wojny o „wolne sądy” – swoją własną ostoję – ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego ludzie chętnie posłaliby ich do diabła. Idealiści to z pewnością nie ci, którzy mają się za idealnych.

Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.