Anatomia upadku i tworzenie legendy

W polskiej historii ostatnich trzydziestu lat niespełna półroczny okres rządu Jana Olszewskiego (grudzień 1991-czerwiec 1992) stanowi krótki, ale bardzo ważny epizod. Jego znaczenie podnosi to, że w narracji obecnego obozu władzy okres ten jawi się jako jedyny jasny punkt na tle źle ocenianych lat poprzedzających dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Ta narracja rodzi zrozumiałą psychologicznie tendencję do nazbyt nawet negatywnego oceniania tego epizodu przez ugrupowania wobec PiS opozycyjne. Na tym tle wydana ostatnio monografia Artura Kłusa („Bohater naszych czasów: Premier Jan Olszewski”, Warszawa 2019: Fundacja Instytut Edukacji Pro Futuro, stron 825) stanowi pozycję ważną i z kilku powodów godną uwagi.

Autor jest młodym socjologiem i politologiem z pokolenia, dla którego lata rządu Jana Olszewskiego stanowią historię odległą, nie objętą własnymi doświadczeniami. To jest zarazem zaletą i wadą. Zaletą, gdyż pozwala autorowi patrzeć na opisywany okres z dystansu, na jaki mnie na przykład byłoby trudno się zdobyć, a wadą, gdyż skazuje autora na to, że omawiane sprawy widzieć będzie głównie oczyma innych.
Książka oparta jest na bardzo solidnej pracy badawczej, którą autor podjął już w 2007 roku (gdy jeszcze był studentem) i kontynuował do śmierci bohatera tej pracy, a nawet nieco dłużej. Warsztat badawczy autora jest bardziej socjologiczny niż historyczny: chociaż wykorzystuje materiały archiwalne, jego podstawowym źródłem są wywiady.
Przeprowadził je z 71 osobami, głównie, ale nie wyłącznie, spośród osób czynnych politycznie i należących do całego wachlarza orientacji politycznych. Jako jeden z tych, z którymi autor przeprowadził wywiady, mogę potwierdzić, że czynił to z wielką wnikliwością i z uderzającym obiektywizmem. Obok rozmów ze świadkami wydarzeń autor przeprowadził kilkanaście (osobistych lub telefonicznych) rozmów z Janem Olszewskim. Rozmowy te w wielkim stopniu ukierunkowały jego sposób patrzenia na omawiany okres, co powoduje dość wyraźną fascynację osobą byłego premiera i w znacznym stopniu skłonność do patrzenia na opisywaną historię jego oczyma.
Monografia Artura Kłusa nie jest biografią Jana Olszewskiego, gdyż w zasadzie zamyka się w krótkim okresie powstawania i funkcjonowania kierowanego przez niego rządu.
Czytelnik niewiele więc dowie się z tej pracy o bardzo ważnym i ciekawym okresie, gdy Jan Olszewski był znanym obrońcą w procesach działaczy opozycji demokratycznej a także jednym z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ta ostatnia rola warta jest szczególnego odnotowania, gdyż w tym okresie (tak przed wprowadzeniem stanu wojennego, jak i później) Jan Olszewski (podobnie jak kilku innych doradców, w tym Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek) był rzecznikiem umiaru, w czym różnił się od coraz bardziej radykalnego kierunku, w jakim szedł robotniczy aktyw „Solidarności”. W kontekście późniejszych podziałów w obozie dawnej opozycji demokratycznej jest to sprawa ciekawa i godna pogłębionej analizy.
Krótkie trwanie rządu Olszewskiego było wynikiem tych właśnie podziałów i wynikającej z nich struktury Sejmu I kadencji (1991-1993).
W Sejmie tym – wskutek przyjęcia skrajnie proporcjonalnej ordynacji (bez progów minimalnych) – znaleźli się posłowie wybrani z 29 list, w tym aż jedenastu z nich to jedyni posłowie z danej listy. Najliczniejszy klub (Unii Demokratycznej) liczył zaledwie 62 posłów, a ponad trzydziestu posłanek i posłów liczyło jeszcze sześć klubów: SLD (60), Wyborcza Akcja Katolicka (49), PSL (48), KPN (47) Porozumienie Obywatelskie Centrum (45), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37). Poza tymi klubami było jeszcze 12 małych ugrupowań oraz wspomniana plejada pojedynczych posłów, nie należących do żadnego klubu lub koła. Tak bardzo rozproszony Sejm musiał mieć trudności z wyłonieniem stabilnej większości.
Nie była to jednak jedyna przyczyna trudności. Gdyby obóz dawnej opozycji demokratycznej pozostawał w miarę zjednoczony, byłby w stanie zapewnić koalicyjnemu rządowi trwałą większość.
Tak jednak nie było z dwóch powodów. Pierwszym był podział dawnej opozycji wynikający ze stosunku do porozumień okrągłego stołu. Jak bardzo wyraźnie ukazuje autor, koalicja, na której oparty był rząd Jana Olszewskiego, składała się z ugrupowań niechętnych tym porozumieniom i dążącym do ich przekreślenia. To niejako automatycznie oznaczało starcie z Unią Demokratyczną i jej sojusznikami z Kongresu Liberalno-Demokratycznego.
Ponieważ zaś obie strony tego konfliktu wykluczały współpracę z SLD, pojawił się układ bardzo zrównoważonych sił, gdzie o powstaniu i utrzymaniu większości decydowała postawa dwóch ugrupowań (KPN i PSL), które do koalicji nie wchodziły, ale z którymi prowadziła ona pewną grę taktyczną. Bardzo interesujące jest to, co autor pisze o powtarzających się rozbieżnościach między Janem Olszewskim i Jarosławem Kaczyńskim w sprawie stosunku do Unii Demokratycznej. Nieprzejednanemu stanowisku zajmowanemu w tej sprawie przez premiera Kaczyński przeciwstawiał racjonalną taktykę zakładającą rozszerzenie rządu o Unię Demokratyczną, co – rzecz prosta – stępiłoby ideologiczne ostrze rządu, ale zapewne uchroniłoby go przed upadkiem.
Taki układ sił sejmowych nie był jednak jedynym powodem trudności, z jakimi spotkał się rząd Jana Olszewskiego. Obok tego był jeszcze coraz ostrzejszy konflikt z prezydentem Wałęsą. Prezydent nie miał powodów do zadowolenia z wyników wyborów sejmowych.
W nowym Sejmie nie miał swojej partii politycznej, a – co najważniejsze – ugrupowania, z którymi wiązał nadzieje (Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny) były zbyt słabe, by mogły rządzić – przynajmniej do czasu, gdy kryzys rządu Olszewskiego spowodował korzystne dla prezydenta przegrupowanie sił. Ważnym elementem ówczesnej sytuacji był gorący konflikt między Lechem Wałęsą a Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi, których prezydent usunął ze swej kancelarii w 1990 roku. Sprawie tej autor nie poświęca dostatecznie wiele uwagi (choć o niej wielokrotnie wspomina), więc czytelnikowi pozostaje sięgnięcie do innych źródeł, by zrozumieć, co się wówczas zdarzyło i dlaczego. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten odziedziczony przez premiera Olszewskiego konflikt stawiał go (i jego rząd) w bardzo trudnej sytuacji.
Opisując dzieje stopniowej agonii rządu Olszewskiego autor przychyla się do opinii samego premiera i kilku jego bliskich współpracowników, że upadek ten był przesądzony już w drugiej połowie maja 1992 roku, co miało wynikać z nakładania się dwóch wielkich sporów: wokół cywilnej kontroli nad wojskiem i wokół traktatu z Rosją dotyczącego warunków wyjścia z Polski wojsk rosyjskich. Silnie akcentując te sprawy autor utrzymuje, że sprawa lustracji nie była przyczyną upadku rządu Olszewskiego, a jedynie okolicznością, która upadek ten przyśpieszyła. Nie tak to pamiętam.
Będąc wtedy posłem byłem świadom narastającego konfliktu miedzy rządem i prezydentem, ale aż do początku czerwca nie miałem poczucia, że upadek rządu jest nieuchronny. Zapewne nie był. Gdyby nie uchwała lustracyjna a zwłaszcza ujawnienie materiałów obciążających tak znanych polityków prawicy jak Wiesław Chrzanowski, Leszek Moczulski i sam Lech Wałęsa, rząd miałby wciąż szanse obronić się w Sejmie przed opozycją. Szansę tę stracił, gdy przeciw niemu stanęły także KPN i PSL – w obu wypadkach w dużej mierze pod wpływem oburzenia na zarzuty stawiane ich działaczom.

Sprawie lustracji poświęca autor wiele uwagi, ale wydaje mi się, że nie do końca rozumie, w czym tkwiła istota problemu. Przede wszystkim kilkakrotnie pisze o lustracji i „dekomunizacji”, jakby była to ta sama sprawa.
W istocie szło o dwie różne kwestie: ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi z jednej i zakaz pełnienia funkcji politycznych z powodu politycznej przeszłości z drugiej strony. Ten drugi pomysł (potocznie nazywany „dekomunizacją”) w oczywisty sposób dotyka konstytucyjnie zagwarantowanego prawa wszystkich obywateli do równego udziału w życiu politycznym, co może w państwie praworządnym być ograniczone tylko prawomocnym wyrokiem sądowym.
W Sejmie pierwszej kadencji złożono (już po upadku rządu Olszewskiego) w sumie sześć projektów ustaw, z których cztery zakładały nie tylko lustrację (czyli ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi w okresie PRL), ale także „dekomunizację”, czyli mniej lub dalej idący zakaz pełnienia funkcji publicznych przez ludzi dawnego systemu. Były to projekty ustaw zgłoszone przez Senat, ZChN, Solidarność i Porozumienie Centrum.
Sondaże opinii publicznej jednoznacznie wskazywały, że o ile lustracja miała poparcie społeczne, to „dekomunizacja” poparcia takiego nie miała. Niejasność w sprawie rozróżnienia tych dwóch kwestii nie jest winą samego tylko autora.
To w retoryce rządu Olszewskiego (w tym w jego głośnym ostatnim przemówieniu w roli premiera) wybijało się pytanie „czyja ma być Polska”, przez co rozumiało się nie tylko lustrację, lecz właśnie „dekomunizację”. Późniejsze wydarzenia, w tym imponujące zwycięstwa wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i w 2000 roku, pokazują, że większości obywateli polityczna przeszłość działaczy lewicy nie przeszkadzała w udzielaniu im poparcia.
Nawiasem mówić również sprawa lustracji nie wygląda tak prosto, jak to się wydaje jej zwolennikom. Wadą podstawową lustracji jest to, że jednakowo traktuje wszelkie formy współpracy ze służbami specjalnymi: tak samo donoszenie, jak udzielanie pomocy polskiemu wywiadowi. Późniejsze wydarzenia polityczne pokazały, że w ocenach społecznych jest tu wyraźna różnica . W wyborach prezydenckich 2000 roku drugie (po Aleksandrze Kwaśniewskim) miejsce zajął Andrzej Olechowski, który ujawnił swą dawną współpracę z wywiadem gospodarczym PRL. Nie przeszkodziło mu to w uzyskaniu dobrego wyniku i pokonaniu między innymi szefa „Solidarności” Mariana Krzaklewskiego.
Autor powołując się na rozmowy z Janem Olszewskim i Antonim Macierewiczem dowodzi, że rząd przygotowywał ustawę lustracyjną i był niemile zaskoczony uchwaleniem przez Sejm (na wniosek posła Janusza Korwin-Mikke) uchwały zobowiązującej ministra spraw wewnętrznych do ujawnienia nazwisk byłych „agentów”. Sugeruje nawet, że za tą uchwałą mogły stać siły rządowi nieżyczliwe.
To nie wydaje mi się przekonujące, gdyż gdyby tak było, trudno byłoby zrozumieć, dlaczego w Sejmie uchwała ta przeszła głosami posłów koalicji rządowej i dlaczego, o czym autor pisze, politycy tego obozu tak spieszyli do Sejmu na głosowanie w tej sprawie. Myślę, że jest to dorabianie wytłumaczenia do oczywistego błędu, jakim z punktu widzenia ówczesnego rządu było pospieszne i niestaranne wprowadzenie tej sprawy na forum publiczne.
Sprawa lustracji była przysłowiowym „gwoździem do trumny” rządu Olszewskiego. Nie tylko zmobilizowała przeciw niemu prezydenta i całą opozycję sejmową, ale także pozbawiła go poparcia KPN, bez czego rząd nie mógł się utrzymać. W tym sensie dopiero sprawa lustracji uczyniła upadek rządu nieuchronnym.
Upadek ten stał się, co autor bardzo dobrze pokazuje, punktem wyjścia dla budowania jego legendy, jako pierwszego rządu prawdziwie „niepodległościowego”.
Dla socjologa jest to bardzo ciekawy przykład tworzenia legendy na podstawie tego, co w istocie było polityczną przegraną. Rząd Olszewskiego nie miał specjalnie wyróżniających się sukcesów, co nie dziwi gdy bierze się pod uwagę krótki okres jego trwania. Zaznaczył swoją rolę nieprzejednanie wrogim stanowiskiem wobec okresu PRL i ludzi z tym okresem związanym, a także zdecydowanym odrzucaniem współpracy ze zwolennikami kompromisu okrągłego stołu.
To czyni go ”bohaterem naszych czasów” w oczach obecnego obozu władzy i do pewnego stopnia równoważy fakt, że to dzisiejsza opozycja ma prawo za swych bohaterów uważać ludzi, którzy odegrali znacznie większą rolę przed i w 1989 roku. Legenda Jana Olszewskiego jest więc swego rodzaju mitem zastępczym mającym równoważyć pamięć o Jacku Kuroniu, Bronisławie Geremku, Tadeuszu Mazowieckim i innych – żyjących lub zmarłych – ludziach dawnej „Solidarności”.
Właśnie jako studium narodzin legendy książka Artura Kłusa jest szczególnie interesująca. Nie trzeba być zwolennikiem tej legendy, by doceniać jej wielką rolę w politycznej narracji obecnego obozu władzy.

Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.