PiS pies

Niedopuszczalne jest, aby ogon machał psem – tak w zoologiczny sposób Jarosław Kaczyński skomentował wewnątrzkoalicyjne przepychanki. Szewc Fabisiak gratuluje prezesowi PiS tak trafnego porównania swojej partii do psa.

Idąc śladem tych kynologicznych alegorii szewc Fabisiak zauważa, że gdyby Jarosław Kaczyński znalazł się w rządzie na stanowisku wicepremiera, to sam byłby tym ogonem machającym psem będącym na stanowisku premiera, co w tym przypadku byłoby już dopuszczalne. Kaczyński, choć formalnie podległy Morawieckiemu, byłby bowiem jego szefem po linii partyjnej a to w polskiej polityce bardziej się liczy. Jako wicepremier powtórzyłby wariant Waltera Ulbrichta, który w latach 50. w NRD również łączył funkcje wicepremiera i sekretarza generalnego SED. A jeżeli już koniecznie chciałby szefować Komitetowi Bezpieczeństwa Narodowego, to mógłby wzorować się na byłym prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie, który po ustąpieniu ze stanowiska stoi na czele posiadającej szerokie kompetencje Rady Bezpieczeństwa i to w dodatku dożywotnio. W tym wariancie Kaczyńskiemu nie mógłby podskoczyć żaden premier. Jednak, jak zauważa szewc Fabisiak, jest istotna różnica między kazachską radą a polskim ewentualnym komitetem. W Kazachstanie Rada Bezpieczeństwa działa zgodnie ze swoją nazwą, natomiast w Polsce byłby to raczej komitet bezpiecznego przetrwania koalicji. I dlatego Kaczyński prze do rządu aby od wewnątrz trzymać za twarz koalicjantów do czego nie jest zdolny Mateusz Morawiecki.

Jednakże dopóki nie są znane ustalenia podpisanej w sobotę umowy koalicyjnej, to spekulacje co do rządowej pozycji Jarosława Kaczyńskiego pozostają w sferze nieoficjalnych deklaracji. Koalicyjni partnerzy podpisali w świetle kamer stosowne porozumienie, ale o jego treści nie raczyli publicznie poinformować. To ewenement w skali światowej, który według prezesa Kaczyńskiego dobrze zapisze się w naszej historii. Ale chyba tylko w tej tworzonej przez PiS, w historii światowej praktyki politycznej nie za bardzo – twierdzi szewc Fabisiak. Z przecieków medialnych wynika, że Ziobro i Gowin mają w ramach koalicji uzgadniać zgłaszane przez ich ugrupowania projekty ustaw. Jest to jakby pozornie niespójne z tym, co jeszcze nie tak dawno deklarował zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel mówiąc, iż koalicje nie działają w ten sposób, że partnerzy chcą prawa do negocjacji na nowo każdego projektu ustawy. Niespójność ta jest dlatego pozorna, gdyż zdaniem szewca Fabisiaka, nie dotyczy ona PiS, która to partia ma zawsze rację i nie musi swoich pomysłów konsultować, a jedynie koalicjantów, którzy mogą sobie proponować wszystko, byle zgodnie z linią partii w koalicji dominującej.

Podczas ceremonii podpisania rzeczonego porozumienia Jarosław Gowin błyskotliwie zauważył, że na informację o tym doniosłym wydarzeniu czekały miliony Polaków. Szewc Fabisiak też należy do tych milionów, które jednak wieści o zawarciu jakiegoś nowego układu oczekiwały z czystej ciekawości a nie, jak zdaje się sugerować pan Gowin, z ulgą, iż w końcu dogadano się co do trwałości koalicji. Gowin mówił też o tym, że zgoda między koalicjantami jest niezbędna, ponieważ Polska wkracza w trudny czas wyzwań w postaci pandemii tudzież kryzysu gospodarczego. Zatem, gdyby nie wirus i kryzys, mogliby nadal żreć się między sobą – wnioskuje szewc Fabisiak. Jarosław Kaczyński przekazał radosną wiadomość, a premier Morawiecki wtórował mu powtarzając dwukrotnie, że bardzo się cieszy. Poczucie zadowolenia tych trzech panów jest całkowicie zrozumiałe. Kaczyńskiemu udało się ustawić współrządzących na właściwych miejscach, Gowin najprawdopodobniej wróci do rządu, a Morawiecki już nie musi się martwić perspektywą rozpadu koalicji i ewentualnością przyspieszonych wyborów. Szewc Fabisiak zauważa, że głos Ziobry znacznie różnił się od radosnych uniesień współpartnerów. Jest to o tyle zrozumiałe, że Zbigniew Ziobro wyszedł na zero, potwierdzając znaną diagnozę Leszka Millera. Pewnie zachowa miejsce w rządzie, nadal kultywując tę swoją sprawiedliwość, jednak jego możliwości samodzielnego politycznego działania zostały mocno nadwątlone. Podczas wspólnego koalicyjnego występu ograniczył się do wypowiedzenia zdawkowej formułki, iż pięć lat rządów Zjednoczonej Prawicy to był dobry okres dla Polski powtarzając w zasadzie to, co powiedział przed kilkoma dniami: że dzięki tym rządom udało się wprowadzić w kraju wiele istotnych zmian w związku z czym warto, by ta koalicja dalej trwała. I ma trwać, gdyż takie są osobiste interesy liderów oraz dobrze ustawionych popleczników tworzących rząd formacji – konkluduje szewc Fabisiak.

Trauma po państwie z dykty

W ostatnią dobę na koronawirusa zmarły w Polsce 32 osoby, czyli niemal tyle osób co w całym marcu i tylko o 3 osoby mniej niż łącznie przez całą pandemię w 95 mln Wietnamie.

To wszystko dlatego, że polski rząd oszczędza.Oszczędza na zasiłkach dla rodziców, więc robi wielki eksperyment, jako jedyny w Europie otwierając wszystkie szkoły jednocześnie w pełnym wymiarze. Oszczędza na maseczkach, bo wszędzie powinny już stać maseczkomaty. Oszczędza się na publicznym zdrowiu i to od lat, więc przy rosnącym natężeniu nowych chorych długo ten system nie pociągnie i ofiar będzie jeszcze więcej.
Premier rządu, który ogłaszał koniec pandemii, politycy, którzy wcale nie noszą masek, zdolny w kolesiostwie minister zdrowia…

Ten kraj dzięki prawicy jest wyłącznie wielką parodią społecznej odpowiedzialności. A tymczasem Polska cierpi na traumę i PTSD po Leszku Balcerowiczu, po masowej prywatyzacji i bezkarnym zniszczeniu państwa. W żaden sposób tego nie przepracowano.

Dlatego tak trudno, mimo najlepszych argumentów formułowanych także przez Lewicę, jest uwierzyć w państwo i w autentyczną wspólnotę. Dlatego prawie nikt nie wierzy w związki zawodowe, które tylko przyglądały się transformacji i umożliwiły zabicie tego państwa. Dlatego króluje prywata i to wcale nie jako styl życia burżua (bo przecież prawie nikogo na to nie stać), lecz jako sposób myślenia o sobie samym. To trauma tak głęboka, że z jednej strony pragnie się powrotu państwa, ale z drugiej w ogóle już się w to państwo nie wierzy.

Lewica boi się więc zaproponować państwową własność czegokolwiek. Pracownicy czują się bliżsi drobnym właścicielom niż sobie nawzajem. Wszyscy nie chcą i brzydzą się wszelkich podatków, ale bardzo chcieliby dostać coś od państwa, tylko też błagają, żeby nie z podatków.
I tak tkwimy w dziurze po państwie. Złaknieni jakiejkolwiek wersji państwowości konformiści całują więc stopy Jarosława Kaczyńskiego za 500+ i przymykają oko na prywatyzację emerytur byle tylko choć na chwilę poczuć smak… Państwa.

Chwilowy pokój na prawicy

Nie będzie rozpadu Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Kaczyński nie zaryzykował przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Prezes ukazał koalicjantów odebraniem im po jednym ministerstwie. Mało kto wierzy, że dzisiejsza ugoda zakończy tarcia wewnątrz obozu władzy.

Przez ostatnie dni Zbigniew Ziobro odgrywał na konferencjach prasowych rolę pokonanego, zapewniając, że zależy mu na dalszym trwaniu Zjednoczonej Prawicy, czyli „koalicji najlepszej dla Polski” oraz, że wycofanie ustawy o bezkarności urzędników nie jest już sprawą, którą stawia na ostrzu noża.

Jarosław Kaczyński oczekiwał właśnie takiego zachowania, a widząc swojego koalicjanta ukorzonego, podjął decyzję o powrocie do negocjacji, które zakończyły się w sobotę 26 września zawarciem nowej umowy koalicyjnej.

– Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszy dzień dobrze zapisze się w naszej historii, bo mamy przed sobą trzy lata do kolejnych wyborów parlamentarnych. Jestem zupełnie pewien, że to będą lata dobrze wykorzystane dla Polski – mówił prezes PiS.

Jarosław Gowin próbował z kolei wytłumaczyć tło nieporozumień, które według niego jest zarazem największą zaletą koalicji. – Siłą naszego obozu zawsze był pluralizm, ale też jedność – mówi Jarosław Gowin. Zapowiedział też, że w nowej strukturze rząd będzie funkcjonować sprawniej. – Podpisanie dziś umowy koalicyjnej to informacja, na którą czekały miliony Polaków i jestem przekonany, że dobrze przysłuży się Polsce – mówi Gowin.
Dla Porozumienia i Solidarnej Polski nowe warunki koalicji będą jednak zdecydowanie gorsze. Stracą po jednym ministerstwie, co jest bolesnym ciosem zwłaszcza dla Ziobry, którego formacji odebrany zostanie resort środowiska, pod który podlega spółka Lasy Państwowe – w zasadzie nieograniczone źródło dochodów. Co więcej, do rządu, w roli supervisora ma wejść Jarosław Kaczyński, który będzie piastował funkcję ministra bez teki odpowiedzialnego za sprawy wewnętrzne, bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Czyli w zasadzie za wszystko.

W przypadku Porozumienia ból będzie mniejszy. To człowiek z tej partii – prawdopodobnie sam Jarosław Gowin – obejmie nowy superresort rozwoju, pracy, budownictwa i turystyki. Policzone wydają się zarówno dni minister Maląg w ministerstwie pracy i polityki społecznej, jak i samego ministerstwa z dotychczasowym zakresem kompetencji. Dla pracowników i związków zawodowych działacz Porozumienia w resorcie pracy nie oznacza dobrej zmiany. Dotychczasowa polityka rządu w walce z pandemicznym kryzysem zdecydowanie koncentrowała się na obronie firm, kosztem obniżania zarobków pracowników. Wszystko wskazuje na to, że nic się w tym względzie nie zmieni, chyba że na gorsze, bo radykalnie wolnorynkowe poglądy Jarosława Gowina nie są dla nikogo tajemnicą.

Upust krwi

Trwa licytacja, kto kogo najbardziej upokorzył: niedoszły delfin Ziobro – Kaczyńskiego, czy już mniej wszechwładny Naczelnik Państwa ułaskawionego zdrajcę.

Po pięciu latach liczenia szabel Prokurator Generalny i Naczelnik z Nowogrodzkiej uznali, że czas przenieść ubój rytualny, znaczy się kto komu upuści więcej krwi, na wyższy poziom.

Swój wkład wniósł minister Ardanowski od rolnictwa. Po tym, jak wystrzelał milion dzików popadł w pustkę i przemyślenia, spłodził list do Naczelnika, ten go olał, więc postanowił stanąć na czele „buntu chłopów”. Do Leppera mu jednak trochę brakuje. Prof. Migalski postanowił jasno postawić sprawę: PiS odpuści sobie władzę, rząd mniejszości to mrzonka, odda cały ten bajzel opozycji, spokojnie sobie przeczeka trzy lata i wróci w roku 2023 do służenia narodowi przez dekady.

Nie wątpię, że na opozycję padł blady strach. Wprawdzie liderzy ogłosili, że są zwarci i gotowi podjąć wyzwanie. Ale to nie to samo, co dać sobie radę z rzeczywistością. Wyhamowanie rozwoju gospodarki jest nieuniknione. Jest kwestią, jak będzie głębokie, 4 czy może więcej procent PKB i na jaki okres. O finansach państwa niewiele wiadomo, przynajmniej w tak zwanej przestrzeni medialnej. Pewną wskazówką, że mieszek jest głęboko pusty, jest tempo zadłużania się, które od 2015 roku podwoiło się. Przedłuża się stan niewydolności górnictwa węgla kamiennego, co rzutuje na bilans energetyczny kraju i przyszłość 80 tysięcy górników. Dostępność energii to kwestia angażowania się w projekty inwestycyjne. Nie zostały podjęte żadne liczące się działania, dotyczące zaopatrzenia w wodę rolnictwa w obszarach suszy. Na granicy wydolności jest służba zdrowia. Jakby tego było mało roczne obciążenie ZUS osiągnęło 100 mld zł i stanowi główną tzw. sztywną pozycję w budżecie.

Prof. Grzegorz Kołodko, były minister finansów i wicepremier w czterech rządach jest zdania, że niefrasobliwość, z jaką zostały rozdane środki z okresu koniunktury wymaga — cytuję — „darowania sobie bzdurnych pomysłów: z Centralnym Portem Komunikacyjnym i zmniejszenie nakładów dla Ministerstwa Obrony Narodowej”. Dla potencjalnych zmienników władzy jest więc to i owo do ogarnięcia.

Taka piękna katastrofa

Jak się źle dzieje na prawicy, to nie powiem żebym jakoś szczególnie się z tego powodu smucił. Nawet w pewien sposób mnie to bawi. Może nie raduje, bo, jak śpiewał pewien kolega z Płocka, lepiej jest, „żeby ludzie się kochali a nie napierdalali”, ale wolę kiedy nasza prawica zajmuje się sobą a nie Polską. Jest wtedy dla kraju jeszcze jakaś nadzieja.

Doprawdy, nie mogę pojąć jednego; być może jestem za głupi, nie znam się na polityce (to na pewno!), może za krótko byłem w wojsku, ale pomysł z wnioskiem KO o wotum nieufności dla Ziobry po prostu mi się podoba. Oczywiście wtedy, kiedy prawica nadal skakałaby sobie do gardeł, bo byłaby szansa obejrzeć w Sejmie naprawdę porządną komedię. A wyglądałoby to miej więcej tak…

Jakimś cudem opozycji udaje się przepchnąć wniosek o wotum nieufności dla Ziobry przez marszałkowską laskę (bo marszałek Witek akurat na zwolnieniu i ktoś nie dopilnuje). Oczywiście, bardzo możliwe że posłów Koalicji wyręczy wcześniej premier Morawiecki, który zdymisjonuje Ziobrę, zanim cokolwiek z ich wnioskiem się zadzieje, ale jeśli nie, to choćby dla sportu, można by obejrzeć dyskusję nad przyszłością ministra sprawiedliwości. Bardzo jestem ciekaw, kogo PiS wystawiłby do obrony pana ministra i dlaczego nie byłby to Mateusz Morawiecki. A może jednak by był; zacisnąłby zęby i na oczach ludzi opowiadałby, jakiż to Zbigniew Ziobro jest szlachetny, prawdomówny i pryncypialny. Dla samej obłudnej gry tych ludzi chciałbym taką sejmową dyskusję ujrzeć na własne oczy i na własne uszy usłyszeć, żeby przekonać się, jak bardzo drwią sobie z nas i naszej ludzkiej przyzwoitości politycy PiS-u, kiedy obłuda cieknie im z ust gdy je otwierają. Szans na to, że PiS dopuści do głosowania przed ustaleniem losów ostatecznych Ziobry nie ma najmniejszych, bo mogłoby się okazać, że dla pisowskiego interfejsu białkowego z kartami do głosowania, jak ongiś określił szeregowych posłów jeden nieszeregowy, Zbigniew Ziobro od dawna jest skończony, ale zagłosują i tak, jak każe im ich pan, a nie sumienie, bo żeby głosować zgodnie z sumieniem, najpierw wypadałoby je mieć.

Pogodziłem się z tym, że nie obejrzę tej komedii; kiedy PiS łajałby Ziobrę, żeby finalnie za nim zagłosować, bo jednak hołd lenny Zbigniewa okazałby się być miły sercu Wielkiego Jarosława i trzeba by wszystko odkręcić. Niedosyt jednak zostaje. Tak jak po ostatnich wyborach. Niby wszyscy wiedzieli jak to się skończy, a jednak każdy liczył, że może tym razem będzie inaczej. Dlatego właśnie daję punkt dla KO za pomysł; żeby pobudzić do wysiłku szare komórki obywateli, kiedy będą sobie wyobrażać, co by było, gdyby się jednak udało i można by popatrzeć wreszcie na sejmową debatę bez odruchu wymiotnego na starcie. Że coś by się wreszcie działo, jakiś ferment, zaniepokojenie, brak własnego zdania; że odsłoniłby wreszcie PiS swoją fasadowość i bylejakość trzymaną za pysk przez prezesa za pomocą bardzo krótkiej smyczy. Ale chyba jeszcze nie tym razem. A szkoda. Mogłaby być taka piękna katastrofa.

Wije kontra Hedora

Są tacy ludzie, znam nawet kilku. Unikam ich jak ognia. Ludzie ci lubują się w upokarzaniu innych; podnieca ich sprawianie ludziom przykrości; gnojenie ich przy najbliższych; publiczne wyciąganie brudów i pranie ich na widoku. A potem upajanie się swoją władzą nad drugim człowiekiem, który musi pokornie wypełnić wolę pana i pokajać się przed nim, jak pies przed hyclem.

Znajomy mój, który miał swego czasu dobrze wydeptane ścieżki u jednego z protegowanych Zbigniewa Ziobry, został zaproszony przez protegę na urodziny. Oprócz mojego kolegi, zupełnie zawodowo niepowiązanego ani z prawem, ani z lewem, ani z palestrą, na urodziny przyszli głównie prokuratorzy i pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Pojawił się także, jako największy z nich, rangą i posturą, pewien znany prokurator, nazwijmy go…Hedora. Znajomy opowiadał, że Hedora bawił się przednio, a wokół niego co rusz pojawiał się nowy paź, który mu nadskakiwał. Ci, którzy akurat mu nie nadskakiwali, omijali Hedorę łukiem, żeby nie wpaść mu czasem w oko, bo to samo w sobie było już niebezpieczne. Kiedy towarzystwo trochę się podpiło, wywiązała się dyskusja, na temat pewnej pani prokurator z Wybrzeża, która podpadła Hedorze swoją pryncypialnością, która to, w konkretnym, omawianym przypadku, była nie do pogodzenia z wizją polityczną Hedory i jego apologetów. Kiedy Hedora jął słać w towarzystwie gromy pod jej adresem, zaprotestował nieśmiało, jeden z prokuratorów z młodszego pokolenia, słowami, że na dobrą sprawę, pani ma jednak rację, i chyba to ciut za duży kaliber z którego Hedora do niej mierzy. Hedora po tych słowach, kiedy zapadło kłopotliwe milczenie, spojrzał tylko po dyskutantach, po czym zwrócić się miał do młodziana w żołnierskich słowach, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jeśli tak bardzo mu zależy na koleżance, to wywali z roboty jego, a nie ją. Jaki był finał tej historii nie wiem, bo mój znajomy wyszedł z pokoju w którym sytuacja miała miejsce, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji.

Jarosław Kaczyński wywrócił parę dni temu stolik, przy którym łaskawie pozwolił przycupnąć Zbigniewowi Ziobrze i Jarosławowi Gowinowi. Za pretekst posłużyła nowelizacja ustawy o prawach zwierząt. Kto patrzy na naszą scenę polityczną od jakiegoś czasu, ten zdaje sobie sprawę, że gra idzie jednak o coś zupełnie innego; o wpływy w partii po odejściu prezesa, o spółki skarbu państwa i miejsca na listach, czyli de facto, o spółki skarbu państwa, które, jeśli dostanie się miejsce biorące, obsadzi się później swoimi ludźmi. Ziobro i Gowin doskonale wiedzą, ile tak naprawdę wynosił ciężar win i kar, który leżał na przewróconym przez Kaczyńskiego stoliku. Mylili się więc także i ci, którzy twierdzili, że Kaczyński nigdy w życiu nie ruszy Ziobry, bo ten ma szafy pełne haków na prezesa, po które sięgnie, kiedy ten zechce go zepchnąć w przepaść. Prawdopodobnie Ziobro ma co nie bądź na Kaczyńskiego, ale Kaczyński zna również sporo grzeszków Zbigniewa Z. Zna jednak, przede wszystkim, numery oraz stany kont ludzi Ziobry i Gowina, pouczepianych u cyców przy państwowych, dojnych krowach. Wie dobrze, że gdy Ziobro nie okupi się w dołach, nikt nie obroni go na górze. A nie okupi się, kiedy prezes powie, że albo PiS i spokojny żywot na państwowym, albo lojalność wobec Zbigniewa, który da wam tyle, co sam on, czyli zero. Ludzie, zwłaszcza dziś, kiedy każdy etat jest na wagę złota, potrafią liczyć. A z rachunku wyjdzie im jedno. Jaki prezes jest taki jest, ale dbający o swoich, to on jest.

Kaczyński robi więc to co robi, bo uwielbia patrzeć, jak inni wiją się przed nim jak padalce, bo wiedzą, że karty z przewróconego stolika są w jego rękach. Wszystkie. Całą talia. Wije mogą, co najwyżej, nieudolnie blefować, ale wynik rozgrywki jest z góry przesądzony. Wrócą, przeproszą, ucałują pierścień, przemyślą sprawę. Ustawa przeszła i tak, bez ich pomocy, a dopóki prezes nie wybiera się na tamten świat, lub przynajmniej na emeryturę, każdy kto chce coś na prawicy znaczyć, musi pamiętać, gdzie są klucze do kabiny i kto je trzyma w biurku na Nowogrodzkiej. Można oczywiście honorowo wyjść i wrócić do powiatu na inspektora w domu kultury, ale honorem nikt dziatwy i pięciu kochanek jeszcze nie nakarmił.

Olbrzym o gołębim sercu

Zrozumieć plątaninę myśli Jarosława Kaczyńskiego, to zrozumieć Polskę. Kto nie chciałby choć na chwilę wślizgnąć się pod szyszynkę prezesa i sprawdzić, jak pracują jego zwoje. Toż to marzenie niejednego i niejednej. Odkryć klucz do głowy Jarosław Kaczyńskiego i zajrzeć tam na sekundę, to jak zajrzeć w trzewia tego kraju. Powietrze tam nieświeże i nieświeży tlen.

Polska odrodzona działa od paru lata tak, jak działa Jarosław Kaczyński, a konkretnie, jak działa wolna wola Jarosława Kaczyńskiego. Każdy kaprys prezesa PiS jest natychmiast spełniany, niczym fanaberia zapłakanego infanta na dworze, nad którym pazie skaczą jak nad jajkiem. Taki też obraz prezesa można sobie odmalować z jego historii; przerośniętego dziecka, którym można sterować, jeśli tylko na chwilę wkradnie się w jego łaski, ozłoci dobrym słowem i przyklaśnie idiotyzmom, które sam wymyśli. A kiedy się już tak posiedzi w jego małym cieniu, można także posiąść tajemnice, skrywane w pamiętniczku na dnie cherlawego serduszka.
Prezes bardzo lubi zwierzęta. Ma słabość do futerkowych. Ale nie tylko. W jednej z prezesowskich, nieautoryzowanych biografii odnaleźć można historię, jak to Jarosław Kaczyński kazał sekretarce odciągać ze swojej pensji parę groszy na rzecz prywatnej osoby, która dokarmiała w stolicy bezpańskie psy i koty. Nie każdego stać na taki gest. Zwłaszcza majętnego. Wczoraj, na leśnym parkingu pod Truskawiem, młody człowiek zbierał po ludziach na benzynę. Wokoło same dobre fury. Z fur wysiadają brzuchaci, odkarmieni panowie i utyte panie. Powodzi się. Oprócz mnie, nikt nie dał chłopaczynie złotówki. Nie mam, mam kartę, albo udaję, że nie słyszę i odwracam się na pięcie. A prezes na skowyt maluczkich jest wyczulony. I ludzie to wykorzystują. I bardzo dobrze. Dla zwierząt.

Po filmie dziennikarza Onetu Schwertnera, Jarosław Kaczyński, jak wieść gminna niesie, miał być bardzo poruszony losem fretek i norek, które każdego dnia są u nas zarzynane na futra dla burżujstwa. Polska branża futrzarska chwali się, że jesteśmy największym w Europie producentem futer i skór. Jakbyśmy żyli w średniowieczu, a futra i skóry były dziś podstawowym okryciem wierzchnim człowiek przedsizalowego. Absurd absurdów. Ale w Polsce działa. Branża futrzarska ma się bardzo dobrze. Gorzej ze zwierzętami, bo te mają się źle. Zarówno przed ubojem, trzymane w klatkach, jak i po nim, oprawione ze skóry i wyrzucone do dołu z wapnem. Film Schwertnera o tym właśnie traktuje. Po jego obejrzeniu, Jarosław Kaczyński miał ponoć wydać dyspozycję, żeby zająć się pracą nad ustawą, która ukróciłaby to barbarzyństwo za pieniądze, czym narazić się miał ojcu Tadeuszu, bo ten jest za skórami i futrami. Toć to nasza wielkowiekowa, piastowska tradycja, bić zwierzynę i wyściełać sobie sobolami kołnierz. Poza tym sztuczna tapicerka w maybachu wygląda strasznie tandetnie. Nie to samo, co skórka z młodej łani albo gronostaje. Bronić branży futrzarskiej począł też Krzysztof Bosak, i cała reszta hałastry mieniącej się prawicą, która zwierzęta lubi tylko na talerzu. Jarosław Kaczyński obstaje jednak przy swoim. Los zwierząt ma na sercu i nie chce przydawać im cierpienia, przynajmniej tak deklaruje.

Przypadek ten, dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z klasycznym zapłakanym olbrzymem, którego wzrusza do łez ślepy kotek bez nóżki znaleziony na klatce schodowej, w przeciwieństwie do społeczeństwa, zawodzącego z bólu nad swoim marnym losem, gotowanym mu przez olbrzyma i jego ludzi. Społeczeństwo to dla olbrzyma bezkształtny motłoch, który można i należy ugniatać i formować jak ciasto. Skrawki i boki niemieszczące się do formy odcina się i wyrzuca. Olbrzym nie uroni łzy nad losem byle skrawków, tak jak rozłożysty dąb nie pyta malutkich roślinek, czy cierpią, kiedy zabiera im słońce i tlen. On po prostu rośnie. Ucieszy go kwiląca ptaszyna na gałązce i wzruszy jej trel w jego koronie, ale pastewna trawa u pnia i jej los dębu nie obchodzą.

Po drugie, przykład futrzaków i ich losu oraz reakcji nań prezesa pokazuje, jak łatwo można sobie w Polsce ułożyć prawo, jeśli tylko jeden człowiek wyda odpowiednią dyspozycję. Słowo na raz staje się ciałem. Szybciej niż w Kościele, gdzie msza wlecze się całą godzinę. Na Nowogrodzkiej załatwia się to w pięć minut. W tym konkretnym wypadku, jestem rad, że tak szybko to poszło, bo popieram zamknięcie ferm z ubojem każdej zwierzyny. Gorzej jednak będzie, kiedy ktoś na tyle skutecznie omota prezesa i jego ucho, i pokaże mu, że tak naprawdę, te futrzaki, bezpańskie koty i psy, męczą w Polsce aktywiści LGBT albo lewactwo spod znaku syndykalistów i PPS-u. A prezes na to pójdzie. Nim się obejrzymy, będzie po nas. Olbrzym jest bowiem ciężki a jego gniew srogi, ale jest też bardzo łatwo sterowalny i mało elastyczny, przez swój gatunkowy ciężar właśnie; trudno mu zawracać z drogi i zatrzymywać się na czas przed przeszkodami. Chyba że znajdzie się klucz do serca. Jeden już jest.

Na indeksie

Zaszczepiłem się wczoraj na grypę. Bo tak. Potem obejrzałem mecz Polaków z Holendrami. Po meczu przeczytałem gdzieś, że Jarosław Kaczyński nie jest zadowolony z decyzji sędziego Rafała Wagnera, który zakazał dziennikarzowi Gazety Polskiej pisania o Zbigniewie Bońku. Ma prawo być niezadowolony. Ja też nie jestem.

Pod koniec sierpnia stołeczny Sąd Okręgowy w ramach zabezpieczenia procesowego zdecydował, że dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor, ma roczny zakaz pisania o Zbigniewie Bońku. Nisztor w swoich artykułach sugerował związki prezesa PZPN z SB oraz dopatrywał się nieprawidłowości finansowych w kierowanym przez Bońka związku. Zbigniew Boniek złożył w tej sprawie pozew. Jarosław Kaczyński łaskaw był skomentować wyrok. Podług jego opinii, ten w pewnych aspektach przebija komunistyczną cenzurę. Ta decyzja jest wręcz niebywała, sprzeczna z konstytucją i ze zdrowym rozsądkiem ocenił Jarosław Kaczyński. Wyrok na Nisztora wydał sędzia Rafał Wagner. Ten sam sędzia, który uznał za zasadny pozew Jarosława Kaczyńskiego przeciwko „Super Expressowi” w 2011 r. Gazeta sugerowała wówczas psychiczną chorobę prezesa. Było to pokłosie głośnej sprawy Janusza Kaczmarka, którą ten wytoczył prezesowi za nazwanie go „agentem-śpiochem”. 10 lat temu sędzia Wagner był dobry. Dzisiaj jest zły, bo uderzył po łapach jednego z naszych. Moralność Kalego w stopniu najwyższym. To jednak aż tak bardzo mnie nie dziwi, bo zdążyłem już po wielekroć napatrzeć się na podwójne standardy, zwłaszcza na polskiej prawicy. Na hipokryzję świętoszków; podwójne i potrójne kościelne śluby poprzedzone rozwodami. Jednakowoż wyrok sędziego na Nisztora podobać mi się nie podoba, podobnie jak prezesowi. Z trochę innych powodów, ale zawsze.

Zakazywanie dziennikarzowi pisania o kimś lub o czymś w XXI wieku traktuję jako ponury żart duraczowskiej szkoły prawnej, który ktoś przeoczył i dlatego znalazł się on we współczesnych kodeksach. To, że nadal tam jest i ma się dobrze, traktuję już nie jako żart, ale zwykły skandal. Bo niedopatrzeniem nazwać tego nie sposób. Przez 30 lat wolnej Polski było dość czasu, żeby powyrywać te i podobne chwasty z polskiego prawa. Oczywiście, zawsze było coś pilniejszego do załatwienia; aborcja, konkordat, in vitro. Został więc sobie chwast, rozlazł się i od czasu do czasu daje o sobie znać. Szkoda, że polscy sędziowie miast omijać to zachwaszczone poletko szerokim łukiem, coraz częściej włażą w szkodę, ku swojej zgubie.

Pamiętam, jak w zeszłym roku sąd w Zamościu zakazał lokalnemu tygodnikowi pisania na temat miejskiej spółki, w której redakcja doszukiwała się nieprawidłowości. Ostatecznie wyrok skasowano w drugiej instancji, ale tylko dzięki temu, że środowisko dziennikarskie podniosło raban, że się knebluje wolne media wpisując je na indeks. Dzisiaj, sędzia który dekadę temu słusznie uznał, że nie wolno nikogo stygmatyzować szpitalem psychiatrycznym, staje na stanowisku, że wolno dziennikarzowi zabronić interesowania się człowiekiem i tematem, a co za tym idzie, wykonywania swojej pracy. To trochę tak, jakby murarzowi zabronić stawiania ściany z pustaków na budowie, bo zleceniodawcy nie podoba się, że ten trzyma kielnię w lewej zamiast w prawej dłoni.

Jeśli Zbigniew Boniek wie, że to co pisze Piotr Nisztor to nieprawda, niech go pozywa do sądu z prywatnego aktu oskarżenia, co też, z tego co się orientuję, uczynił. Gdy sąd dopatrzy się przewiny dziennikarza, wyda wyrok. Ten uprawomocni się lub nie. I tyle. Nie do pomyślenia jest prewencyjne cenzurowanie prasy zakazem pisania bądź mówienia o tych albo tamtych, bo prowadzi to mnożenia się w przestrzeni publicznej świętych krów oraz brania pod but wolnej prasy. Niezależnie, czy prawicowej czy lewicowej, ale wolnej. I w obronie tego właśnie staję. Bez względu na to, czy pisze o sprawie Nisztor czy Urban. Żadnemu zabraniać pisania nie wolno. Już nie.

Państwo zawłaszczone

Zagęszcza się sytuacja polityczna w Polsce. Do obiektywnych czynników — takich, jak światowa pandemia i nieuchronny kryzys gospodarczy wywołany już pierwszą falą zachorowań (strach pomyśleć co zrobi druga) dochodzą zawirowania w obozie władzy i nieporadność całej opozycji w budowaniu nowej, atrakcyjnej narracji, którą mogliby „kupić” wyborcy.

Każdego dnia media – jeszcze niezawłaszczone przez rządzących – przynoszą sygnały świadczące, że realizowany przez PiS model partii klientowskiej, nie masowej, daje określony efekt – obsadzanie przez członków rodzin polityków rządzącej partii różnych stanowisk, zawsze bardzo dobrze płatnych, w spółkach skarbu państwa i innych państwowych instytucjach.

Krańcowo bezczelnym posunięciem było nominowanie żony jednego z młodszych polityków rządzącej partii, osoby bez żadnego doświadczenia w biznesie, osoby, której wykształcenie nie miało nic wspólnego z ekonomią na stanowisku prezesa Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu. To ta agencja miała być siłą sprawczą w reaktywowaniu Stoczni Gdańskiej,

Skala tego przekrętu była tak wielka, że nawet PiS doszedł do wniosku, że to za dużo, za daleko posunięta korupcja polityczna i decyzję po kilku dniach wycofano. Ale trudno, tego nie da się zatrzeć w pamięci, to zostaje. Zwłaszcza że to tylko wierzchołek góry lodowej – cała reszta podobnych decyzji zostaje i wielu innych, równie wybitnych fachowców zajmuje różne ważne stanowiska decyzyjne w gospodarce.

Nie będę zajmował się poszczególnymi sprawami, może lepiej spojrzeć na całość, popatrzeć na państwo jako system, jako na taką całość, której każda część winna przyczyniać się do realizacji celu, stojącego przed tym systemem.

Padło wyżej słowo korupcja – samo słowo pochodzi od łacińskiego słowa corruptio. To oznacza psucie. Korupcja polityczna to psucie państwa. Korupcja polityczna opiera się takich zachowaniach urzędników państwowych, w których kierują się oni korzyścią własną, a nie interesem państwa.

Można prześledzić, jak kształtowały się poglądy na korupcję, poczynając od starożytności, przez oświecenie do współczesności. Wszystkich zainteresowanych zachęcam do przeczytania krótkiego tekstu Antoniego Z. Kamińskiego w tomie „Socjologia ekonomiczna – przewodnik” pod redakcją Witolda Morawskiego wydanym w 2018 roku przez PWN.

To, z czym mamy do czynienia w Polsce, ta skala nepotyzmu i korupcji uzasadnia, by nazwać ten stan zawładnięciem państwa (state capture). To coś więcej niż zwykła korupcja administracyjna; ta występuje wszędzie, różni się tylko skalą i głębią. Zawładnięcie państwa to pojęcie tłumaczące używane już wcześniej w publicystyce pojęcie „państwa mafijnego”.

Skala i głębia powiązań pomiędzy aparatem władzy a prywatnym interesem jego urzędników jest taka, że możemy mówić o państwie mafijnym. Stworzony został precyzyjny system umożliwiający rządzącym załatwianie swoich interesów w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, w przekonaniu, że „ich” system wymiaru sprawiedliwości, rządzony przez ich przedstawiciela nie zrobi im krzywdy.

I nie robi! Przykładów aż nadto — z ostatnio podjętą próbą wpisania do przepisów prawa normy, gwarantującej bezkarność urzędników państwowych za działania sprzeczne z obowiązującym prawem.

Przegrane wybory prezydenckie oznaczają, że po uregulowaniu swoich wewnętrznych spraw Jarosław Kaczyński domknie system. Państwo zostanie zawłaszczone do końca w takich procedurach, że nikt, nawet UE nie będzie miała możliwości do skutecznego przeciwstawiania się. No może poza „wyrzuceniem” Polski ze struktur unijnych. Ale to byłoby spełnienie marzeń rządzącego Polską prezesa.

I na koniec nie spekulacje, nie odsyłanie do wielkich myślicieli i teoretyków — a konkret. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dysfunkcjonalnego dla systemu, jakim jest każde państwo, nawet nasze, niż różnica w wielkości nakładów, po prostu ilości pieniędzy, jakie państwo przeznacza na Główny Inspektorat Sanitarny i — dajmy na to — Instytut Pamięci Narodowej.

Wydawało mi się, że mnie już nic nie zdziwi, ale myliłem się. Instytut Pamięci Narodowej – instytucja ważna, ale nie najważniejsza, ma budżet sześciokrotnie większy niż GIS: na IPN państwo daje ponad 460 milionów złotych a na PiS 60 i trochę…

Tego nie da się wytłumaczyć, to więcej niż głupota. Słów brakuje…

Zderzenia

Obrazek pierwszy

Prezes Kurski i jego druga czyli kolejna żona biorą ślub kościelny. Kościół poprzednie śluby kościelne długoletnich małżonków unieważnił. To chyba rzecz niespotykana w całej historii katolicyzmu w Polsce. Tym samym kościół zakpił z wiernych i pokazał maluczkim gdzie ich miejsce. Dla możnych i usłużnej władzy dogmaty wiary są inne. Na ślubie brylował uśmiechnięty prezes Kaczyński. Potem państwo młodzi zostali dopuszczani do grobu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czyż prezes może bardziej wywyższyć Kurskich i szydzić zarazem z reszty katolickiej Polski?

Obrazek drugi.
Prezydent Duda uroczyście odbiera zaświadczenie z PKW o wyborze na prezydenta. Przemawia. Cała elita władzy i PiS zasiada na Zamku Królewskim. Prezesa nie ma. Wchodzi spóźniony i szybko wychodzi. Tym samym kpi z protokołu, poniża prezydenta i całą PiS-owską elitę.
Kto jest ważniejszy? Rozwodnik Kurski biorący ponownie ślub kościelny czy prezydent Duda. No kto?