Bigos tygodniowy

No i cały Scicluna na nic. Wygląda na to, że ten terminator, ten pogromca pedofilii w kościele kat., ten groźny watykański rewizor – w Polsce, w konfrontacji z polskimi biskupami okazał się cienkim Bolkiem. Nie dał rady. Zachodniacy są często bezradni wobec naszego tu wschodniego krętactwa i ketmanowskiej obłudy. To nie są prostolinijni biskupi niemieccy czy amerykańscy, których zachodnia edukacja filozoficzna przyzwyczaiła do jasności i otwartości. Gądecki, Głodź, Nycz, Polak et consortes to są polscy machiaweliści, gracze wytrenowani w kłamstwie, krętactwie, obłudzie, w „mowie janusowej”. Zapewne zagadali tego biednego Sciclunę, zasypali słodkimi frazesami i pochlebstwami, utopili go w udawanej pokorze. Wyjechał chłopina z Polski oszołomiony i skołowany. Może jak ochłonie, rozczai bazę, to wróci do sprawy.

Spełzły na niczym nadzieje PiS i innych europejskich populistów typu Salviniego i Le Pen na poszerzenie wpływów w Parlamencie Europejskim. Nadal nie będą mieli tam wiele do powiedzenia.

Młody Morawiecki odnalazł genealogię u Greków spod Salaminy. Powiedzieć, że to udawanie Greka, to nic nie powiedzieć, bo to raczej „greckie wesele” i grecka zmiana warty. Jako stary czytelnik profesora Aleksandra Krawczuka interesuję się historią starożytnej Grecji, więc czekam na kolejne porównania. Sugerowałbym zajrzenie do sienkiewiczowskiego „Quo vadis”, bo tam jest taki grecki Zagłoba – Chilon Chilonides. Na Arystotelesa bym nie liczył, bo brak soli attyckiej. Najważniejsze jednak, by były finansista od Tuska nie zrobił nam Grecji w Polsce, tym bardziej że klimat grecki już prawie mamy.

Pod Jasną Górą młoda osoba z Marszu Równości wyraziła nadzieję, że PiS utraci władzę, gdy „powymierają wszystkie stare kurwy”. Młodym ludziom – to nie ich wina – z natury samej, z racji krótkiego życia, brak perspektywy historycznej, brak należytego poczucia proporcji czasu. Dlatego nie wiedzą jeszcze, że historia już od czasów panowania najstarszej dynastii Egiptu uczy, że „stare kurwy” nigdy nie wymierają.

W reakcji na zranienie księdza nożem we Wrocławiu, w internecie znalazły się wyrazy żalu młodego internauty, że „klecha niestety przeżył” i radości innego młodego internauty, że „tłusty klecha pasożyt dostał kosą” i inne tym podobne. Jestem „od zawsze” ostro krytyczny wobec kleru, ale pokolenie JP2 zdecydowanie spycha mnie na pobocze. „Czy warto było, czy warto było, czy warto było zmieniać rząd?” – jak brzmiał refren jednej z piosenek z kabaretu Olgi Lipińskiej.

PiS szykuje przejęcie terenu Westerplatte w Gdańsku i chce tam zrobić wypasioną filię muzeum II wojny światowej. Założę się, że na tej ekspozycji słynna fotografia, na której major Henryk Sucharski z szablą u boku składa 7 września 1939 roku składa rycerską kapitulację przed generałem Wehrmachtu Friedrichem Eberhardtem, będzie opatrzona podpisem: „Niemiecki generał Eberhardt składa akt kapitulacji przed dowódcą polskiej załogi wojskowej majorem Henrykiem Sucharskim na Westerplatte”. I nie będzie to bardzo dalekie od prawdy, bo przecież na Westerplatte Polacy odnieśli niezaprzeczalne zwycięstwo moralne. A część z nich od razu poszła do nieba, o czym pięknie napisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Pisowskie kierownictwo PKP najpierw odwołało pociągi na festiwal – nazwijmy to tak ogólnie – Jurka Owsiaka (Pol’and’Rock?), a potem częściowo je przywróciło. Podobnie było z wycofanym sądowym pozwem Ziobra przeciw ekspertom prawnym z „Jagiellonki”. Ruch do przodu, wycofanie, ruch do przodu, wycofanie. Trochę też przypomina to metodę coitus interruptus, a może jest zastosowaniem metody opartej na stosowaniu opozycji typu: policjant zły-policjant dobry.

Moim skromnym zdaniem RPO Adam Bodnar odrobinę przesadził z tym przeczuleniem na sposób zatrzymania podejrzewanego o zabójstwo Jakuba A. z Mrowin. Przynajmniej na ekranie nie widać nic drastycznego. Że Jakub A. pozostał w krótkich gatkach? Przecież było gorąco i właśnie nakaz założenia długich portek można by uznać za torturę. A co do argumentu, że zatrzymany nie stawiał oporu, więc nie było potrzeby kajdanowania go w sposób zespolony – a wy stawialibyście opór, gdyby nagle na wasz barłóg rzuciło się z rykiem dziesięciu uzbrojonych po zęby, zamaskowanych olbrzymów w hełmach z „Gwiezdnych wojen”?

Ale Bodnar to pikuś przy Rzeczniku Praw Dziecka Mikołaju „Muszce” Pawlaku. I nie chodzi o jakieś tam durne klapsy, ale o to, że będąc dzieckiem Mikołaj naruszył prawa innego dziecka oblewając mu nogę denaturatem i podpalając ją. Pożar mocnymi klapsami ugasił ojciec Mikołaja i dziecko długo nie mogło usiąść. Czy poszukując kandydata na RPD Jarosław Kaczyński szukał właśnie kogoś takiego?

Po zagraniu czarnego charakteru w filmie „Smoleńsk” Jerzy Zelnik ogłosił, że kończy z aktorstwem. Dał też do zrozumienia, że ograniczy swoją aktywność polityczną. Dzięki Bogu, znów będę mógł spokojnie oglądać „Faraona”. Lecąc niedawno aeroplanem PPL „Lot” dowiedziałem się, że firma oferuje pasażerom możliwość obejrzenia kilku dzieł z kanonu polskiego kina, w których są motywy „lotnicze”, n.p. „Jak być kochaną” W. J. Hasa. Niniejszym stawiam formalne pytanie kierownictwu Firmy: dlaczego w ofercie nie ma „Smoleńska” Antoniego Krauze?

Gdyby jednak, jak uparcie mówią niektórzy, film „Polityka” Patryka Vegi groził PiS odebraniem choćby półtora procenta głosów niezbędnych do rządów samodzielnych czy uzyskania większości konstytucyjnej, to odwołam swój sceptycyzm sprzed tygodnia i przyznam, że znów „kino jest najważniejszą ze sztuk”.

Ekstowarzyszka Genowefa Grabowska znów wspierała PiS w jakieś propisowskiej telewizyjce. To samo czyniła jej dawna koleżanka z SLD Aleksandra Jakubowska, znana publicystka u braci Karnowskich. W internecie można obejrzeć filmik (chyba że już dokonali korekty), w którym wypowiedź Grabowskiej opatrzona jest wizerunkiem Jakubowskiej, a może odwrotnie. Po prostu pomylono je. Nie, podkreślam, nie są pomylone, tylko pomylono je. A dlaczego je pomylono? Bo tego rodzaju pomyłki są stare jak świat i nigdy nie wymierają.

Pochwalić muszę natomiast – choć z bólem – Jarosława Kaczyńskiego za to, że swoją trzynastą emeryturę przeznaczył na wykupienie koni z uboju. Sorry, ale Winnetou by mi nie wybaczył, gdybym postąpił inaczej.

Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.

Bigos tygodniowy

Kolegom i Koleżankom z bratniej Koalicji Obywatelskiej uprzejmie donoszę, że w majowym, numerze tygodnika „Gazeta Polska”, w artykule „Zdrada”, napisał m.in.: „Tusk zdradzał nas wielokrotnie, kiedy zgadzał się na niszczenie polskiej gospodarki na rzecz niemieckiej, kiedy rozbrajał armię, kiedy rozluźniał sojusz z USA, odsłaniając polskie granice. Zdradzał nas w sprawie Smoleńska i naszych interesów w Europie. To prawdziwy nowoczesny zdrajca”. W moim odczuciu, ale niech to ocenią prawnicy, to się kwalifikuje do sądu jako zniesławienie. Skoro Dorota Wellman zażądała od pewnego propisowskiego wyjca z gitarą jakieś pół miliona złotych za kretyński seksistowski żart, to co powiedzieć o otwartych, gołosłownych obelgach i oskarżeniach ze strony Sakiewicza. Można by go za to puścić z kijem i torbą.

„Czym jest dla człowieka wolność?” – to maturalny temat wypracowania z języka polskiego na tegorocznej naturze, nawiązujący do mickiewiczowskich „Dziadów”. Biorąc pod uwagę, że matura to egzamin państwowy, można to uznać za temat ryzykowny. Stworzył bowiem możliwość dojścia przez część uczniów do wniosku, że polska wolność pod rządami PiS zeszła na dziady, a wokół niej krążą nowe Nowosilcowy z Nowogrodzkiej. Tym bardziej, że w tym samym niemal czasie, gdy uczniowie biedzili się nad wypracowaniem i gryźli długopis, szef MSWiA Brudziński nie tylko jak się zdaje kazał kohorcie policyjnej zatrzymać i wiele godzin przetrzymywać autorkę wizerunku Matki Boskiej Tęczowej, Elżbietę Podleśną, która w bardzo łagodny sposób skorzystała z – nomen omen – wolności słowa, ale powiedział później o „bajaniu o wolności i tolerancji”. Prostoduszny i nie nazbyt lotny „Jojo” puścił farbę i szczerze wyznał, czym dla tej władzy jest wolność i tolerancja: „bajaniem”.

Trzeba było rządów PiS, by mieć pierwszą w historii maturę „pod bombami”, na szczęście tylko pozorowanymi. Jak na razie policja, która błyskawicznie namierzyła Elżbietę Podleśną, autorkę Matki Boskiej Tęczowej, nie może namierzyć sprawców fałszywych alarmów bombowych. A gdyby tak Matka Boska Tęczowa objawiła się na tym nieuchwytnym serwerze, z którego poszły fałszywe alarmy, to też by ją figę, a nie namierzyli.

Zbigniew Mikołejko odnosząc się do afery z Matką Boską Tęczową stwierdził, że „krystalizuje się i krzepnie, niemal na stary rosyjski wzór, polskiego „carskosławia”, czyli ścisłego i wielostronnego mariaż ołtarza z władzą”.

Holecka jak Hańba. Danuta Holecka już nie tylko jako prezenterka, lecz jako dyrektorka głównej propagandowej szczujni czyli „Wiadomości”, zapisze się najciemniejszymi zgłoskami w historii Telewizji Polskiej. Jako gorliwa rzeczniczka reżymu PiS oraz jako gloryfikatorka pasożytniczej i głoszącej religijną brednię organizacji, jaką jest Kościół kat. Gratulacje dla Pani Redaktor od jej niegdysiejszego rozmówcy przed kamerami TVP.

Mniej na rękę jest natomiast afera „tęczowa” PiS-owi. Co prawda na potęgę wykorzystuje ją w bieżącej propagandzie, ale per capitam może ona przynieść straty. PiS bowiem wyraźnie sposobił się do przywdziania jagnięcej skóry i wyłagodzenia kampanii wyborczej, licząc na przyciągnięcie części umiarkowanego, centrowego elektoratu, bardzo potrzebnego zwłaszcza w wyborach europejskich. I ten plan legł w gruzach, m.in. podczas „suportu” Jażdżewskiego i o szóstej rano w mieszkaniu Elżbiety Podleśnej Jak mawia pewien mój znajomy: i chuj w bombki strzelił. Teraz nie ma już odwrotu i trzeba iść na konfrontację, tym bardziej, że Konfederacja dyszy za plecami.

Natomiast jeden z przybocznych Adriana, Krzysztof Szczerski ma taką koncepcję, by powstał „paszport katolicki, który miałby zawierać polskie modlitwy, by wyjeżdżający za granicę nie ulegali lewicującym modom intelektualnym”. Serio. Nie żartuję. Ciekawy jestem dalszego losu tego pomysłu.

Nastrój politycznego wzmożenia wzbogacił poseł PiS Żalek, który podczas programu Agnieszki Gozdyry „Polityka na ostro” w Polsat News puszczał głową gazy.

Wybrałem się na konferencję o polityce nienawiści zorganizowaną przez Fundację Otwarty Dialog i jej szefa Bartosza Kramka, dla PiS – „czarnego luda” i jednego z głównych wrogów publicznych, męża nie mniej znienawidzonej, demonicznej Ludmiły Kozłowskiej, którą władza PiS wyrzuciła z Polski. Ponieważ uwielbiam hejtować, a jeszcze bardzie być obiektem hejtu (czuję się dalece niezaspokojony pod tym względem), liczyłem, że po korek nasycę się na tejże konferencji antyrządowym hejtem. Nic bardziej błędnego. Atmosfera i treść konferencji była tak łagodna, humanistyczna i pełna miłości, że aż momentami mnie mdliło. I jak FOD może dokopać PiS-owi z tą swoją działalnością spod znaku białego gołąbka pokoju? Jak może nawiązać walkę z drapieżcami takimi jak Ziobro czy „Jojo” Brudziński? Następnym razem, gdy najdzie mnie apetyt na seans nienawiści, przylepię sobie brodę i wąsy, a następnie chytrze wśliznę się na jakieś zebranie pisiorów, n.p. na jakieś spotkanie Klubu
„Gazety Polskiej”.

Po emisji filmu Sekielskich o pedofilnym klerze polskim można o nim mówić tylko najgorszymi słowami. „Nienawidzę Was, kościelne potwory spod znaku omerty. Zgnijecie w pierdlu, a Wasze pomniki spadną Niech się Wam wszystkim do końca życia śni Wasze katolickie piekło. Lękajcie się. Lękajcie się, jak cholera” – napisała Marta Lempart. „Kościół to pozór ukryty za obłudą” – to z kolei Jan Hartman, a ktoś inny określił Watykan jako „zboczony burdel i siedlisko mafii”. Eurodeputowany SLD Andrzej Szejna wezwał do zatrzymania i postawienia zarzutów jednemu z księży-pedofilów, o których mowa w dokumencie Sekielskich, a Robert Biedroń i Adrian Zandberg do wejścia policji do siedzib kurii biskupich o wczesnej porze. Na razie jednak policja nie powtórzyła wyczynu z wejściem do mieszkania Elżbiety Podleśnej. Znalazła za to czas na rozpędzenie pokazu filmu na ścianie warszawskiej katedry polowej WP. Może wzięli na serio słowa Głodzia, że nie warto „oglądać byle czego”. Niestety właśnie w tym momencie dzisiejszy garnek bigosu się przepełnił i resztę muszę zachować na przyszły tydzień.

Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Flaczki tygodnia

Wszyscy mówią o „Tylko nie mów nikomu”. Czyli filmie Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim kościele kat. Film, dostępny w Internecie, stał się już tak popularny, że przerwał wyniosłe milczenie hierarchów polskiego kościoła kat. Prymas Wojciech Polak zdobył się nawet na skromne przeprosiny!.

Ochrona pedofilii przez hierarchów polskiego kościoła kat. stanie się jednym z głównych tematów tegorocznych kampanii wyborczych. Sztabowcy PiS zaplanowali wcześniej kampanijny spór o kościół katolicki. Chcieli wywołać podział społeczeństwa polskiego na patriotycznych obrońców kościoła, czyli ostoi polskości i krytykujących ten kościół wrogów Polski. Chcieli, pod hasłem obrony kościoła kat. przez podnoszoną na niego wrażą ręką, skupić i zmobilizować jak największe grono swych wyborców.

Ale w życiu tak jest, że przysłowiowy człowiek strzela, a pan bóg kule nosi. Filmu Sekielskiego sztabowcy PiS nie zaplanowali. A film raz jeszcze potwierdził, że polski kościół katolicki jest organizacją skorumpowaną i zgniłą moralnie. Korporacją, która chroni ludzi łamiących prawo, aby dalej czerpać miliardowe zyski ze swej zakłamanej działalności. A pan prezes Kaczyński, i jego PiS, wpisując się w grono obrońców tego kościoła zostaje obrońcą pedofilii. Broni ludzi krzywdzących polskie dzieci. Wpada w medialną, polityczną pułapkę, którą jego ludzie przygotowali dla opozycji z Koalicji Europejskiej.

Na pomoc panu prezesowi ruszyła narodowo-katolicka TVP. W zeszłą sobotę z nadawanych tam „Wiadomości” mogliśmy się dowiedzieć, że Grzegorz Schetyna „wziął na celownik Kościół katolicki” i „próbuje wpisać w kampanię wyborczą antykościelną retorykę”, by oskarżać kościół o „grzechy popełnione i przede wszystkim niepopełnione”. Dopiero na końcu w Wiadomościach pojawił się temat pedofilii. O filmie Sekielskiego rzecz jasna nie wspomniano. Pokazano za to Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 roku za czyny pedofilskie oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 roku. Nie wspomniano, że Rafał P. był katechetą prowadzącym lekcje katolickiej religii, ani że kierownictwo PO zaraz po aresztowaniu podejrzanych, wyrzuciło ich partii.

Na koniec dowiedzieliśmy się, że prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf dostała taką samą nagrodę, jaką sześć lat temu otrzymał francusko-niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit. Krytykowany kiedyś przez niemiecką dziennikarkę Bettinę Röhl za rzekome akceptowanie pedofilii, za co nigdy nie sądzony. Przyjęcie tej nagrody oznaczało, wedle kłamców z „Wiadomości”, akceptację pedofilii przez polską prezes Sądu Najwyższego.

Pan premier Morawiecki prowadził kampanię wyborczą w Mławie. Jak w każdym odwiedzanym przez siebie miejscu pochwalił napotkanych mieszkańców za patriotyzm i posiadaną „piękną historią”. Odnosząc się do przegranej bitwy pod Mławą w 1939 roku, przypomniał, że w całej Polsce były podobne miasta i wsie, gdzie „niemiecki okupant maltretował lokalnych mieszkańców”. Obiecał mieszkańcom Mławy i okolic, że nie dopuści aby znowu musieli płacić Niemcom za tamtą wojnę. Co prawda Niemcy nie wysuwają takich roszczeń, ale gdyby kiedyś je wysunęli, to pan premier na pewno Mławę przed ich agresją skutecznie obroni. Na takich to kłamstwach i niedopowiedzeniach, na strachu przed kreowanymi, fałszywymi zagrożeniami, elity PiS stworzą wspólnotę
swych wyborców.

Licznym innym, jeszcze nie powszechnie znanym, kłamstwom pana premiera Morawieckiego poświęcone są dwie nowe publikacje książkowe. Tomasza Piątka oskarżającego pana premiera o związki z rosyjską mafią i agenturą. Oraz „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego. Treści książki Piątka „Flaczki” jeszcze dobrze nie znają, zatem odniosą się do niej po wnikliwym zapoznaniu się.

W „Delfinie”, napisanej przez Piotra Gajdzińskiego, byłego rzecznika banku WBK, pojawia się inny zarzut. Pan premier Morawicki, były prezes zagranicznego banku WBK, kłamał w sprawie kredytów bankowych. Twierdził, że zarządzany przez niego bank nie udzielał takich kredytów. Były rzecznik banku dowodzi, że to właśnie prezes Morawiecki wprowadził je do bankowej oferty. Bo kredyty frankowe wciskane naiwnym klientom były korzystne dla bankowej kadry, bo wiązały się z dużymi prowizjami dla tychże „banksterów”.

W czasie kiedy pan premier obiecywał obronę Mławy przed ewentualną niemiecka agresją, przed jego siedzibą w Warszawie odbył się protest zorganizowany przez nacjonalistyczne, prawicowe Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Przeciwko podpisanej przez prezydenta USA Donalda Trumpa „Ustawie 447”, która daje amerykańskiemu Departamentowi Stanu możliwość wspierania organizacji zrzeszających ofiary Holokaustu w sprawach roszczeń majątkowych.

Treść ustawy nie jest precyzyjna, stwarza możliwości interpretacji i kłamstw, zwłaszcza przedwyborczych. Dlatego prawicowa, narodowo-katolicka Konfederacja, konkurencja polityczna PiS na prawicy, postanowiła pójść drogą pana prezesa i pana premiera. Też zbudować wspólnotę swych wyborców na strachu i kłamstwach. Konfederaci uważają, że antypolskie elity PiS chcą zapłacić prezydentowi Trumpowi za zgodę na bazę wojskową „Fort Trump” miliardowymi polskimi odszkodowaniami dla żydowskich organizacji wspieranych przez Departament Stanu i zięcia prezydenta Trumpa.

W odpowiedzi na kampanię Konfederacji zjednoczony front propagandowy PiS, czyli „Gazeta Polska” + TVP info, przystąpił do wojny z Konfederacją. Bezpardonowej, bo kilka procent poparcia zyskanych przez Konfederację może odebrać zwycięstwo PiS w wyborach. Aby ostatecznie rozwiązać kwestię Konfederacji, elity PiS oskarżyły jej liderów o agenturę i współpracę z Kremlem. Ochrzczono Konfederatów ksywką „Ruskie onuce”.

I teraz warto zadać fundamentalne pytanie: Skoro związany z liberalnym koncernem Agora Tomasz Piątek oskarża pana premiera Morawickiego o współpracę z rosyjską mafią, a w poprzedniej książce o rosyjskie powiązania pana ministra Antoniego Macierewicza i skoro ludzie Tomasza Sakiewicza, szefa prawicowego, narodowo-katolickiego koncernu medialnego „Gazeta Polska”, oskarżają liderów również prawicowej i narodowo-katolickiej Konfederacji o rosyjską agenturę, to po co głosować na PiS i Konfederację?

Czy nie lepiej od razu zagłosować na Jedyną Rosję i prezydenta Putina?

Szlachetne zdrowie

Jest coś perwersyjnego, a jednocześnie niesłychanie krępującego w wyznaniach medialnych polityków, którzy przyznają się dziennikarzom i wyborcom, że posiedli wiedzę na temat własnej śmiertelnej choroby – jednocześnie jednak nie rezygnują oni z kampanii wyborczej i zapowiadają niezmiennie start w eurowyborach.
Tutaj zdrowym rozsądkiem wykazali się jednak wielcy bracia zza wielkiej wody – Amerykanie, którzy restrykcyjnie pilnują wyników badań swoich wybrańców narodu i domagają się ich aktualizacji.
Niedawno Janina Ochojska poczyniła wyznanie, że choruje na raka piersi. Również Włodzimierz Cimoszewicz zdradził, że podczas majowego weekendu dowiedział się, że choruje na nowotwór. Jarosław Kaczyński nie kryje, że zwleka z operacją wszczepienia endoprotezy kolana od stycznia, bo „zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia”,
Nie jest moją intencją pouczać polityków czy wciskać się z butami w czyjeś prywatne życie. Ale zupełnie szczerze – nie podobało mi się wywieranie presji na Jurka Owsiaka, by cofnął swoją decyzję i dalej szefował WOŚP-owi, kiedy zupełnie nie miał na to ochoty. Wywarto na nim pewien rodzaj presji i przekonano, że nikt nie będzie w stanie go zastąpić.
Uważam, że podobną presję wywiera się na polityków, bądź też sami wywierają ją na siebie i swoich bliskich. Uważam, że człowiek, który walczy o swoje życie i zdrowie nie będzie w stanie na sto procent skupić się na sprawach dobra kraju, nie będzie też w stanie na sto procent skupić się na leczeniu i rehabilitacji.
Taki polityk, choćby i wybitny, choćby stanowił prawdziwą podporę swojej formacji, nie powinien być zmuszony zaniedbywać bądź poświęcać swoich prywatnych, rodzinnych czy zdrowotnych spraw.
Niezależnie od tego, na kogo będziemy w tych wyborach głosować – uważam, że politykom, którzy zmagają się z chorobami, potrzebne jest wsparcie zarówno elektoratu, jak i struktur, ale połączone z obowiązkowym zwolnieniem. Po prostu – dlatego, że wszyscy jesteśmy ludźmi. First things first.

Głos prawicy

Odwal się pan, panie ministrze!

Dziennikarz TVP Adrian Klarenbach zaliczył megawpadkę. Pisze o niej „Do Rezczy”:
W Wielki Piątek w Pruchniku na Podkarpaciu odbył się „sąd nad Judaszem”. Kukłę z pejsami, jarmułką i długim nosem włóczono po ulicach, bito kijami, a na końcu obcięto głowę, spalono i wrzucono do rzeki. W wydarzeniu uczestniczyły dzieci.
Rytuał potępił Światowy Kongres Żydów, nazywając go „antysemicką manifestacją”, a Episkopat Polski wydał oświadczenie, w którym wyraził „dezaprobatę wobec praktyk godzących w godność człowieka”.
Głos w sprawie wydarzeń w Pruchniku zabrał minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński. „Ważne oświadczenie Episkopatu. Pytanie, jacy ‚szatan’ byli w Pruchniku czynni, że po latach przerwy i wezwań miejscowego proboszcza, ktoś reaktywował idiotyczną, pseudoreligijna hucpę? Koszta wizerunkowe dla Kościoła, Polski i Polaków olbrzymie” – ocenił szef MSWiA.
Ministrowi w zaskakującym stylu odpowiedział dziennikarz TVP Info, Adrian Klarenbach. „Nie znam tradycji zachodniopomorskiej, ale Panie Brudziński odwal się Pan od podkarpackiej. Judasz był żydem, chyba że chcesz Pan zmieniać historię. Strażacy nie mają wątpliwości, a u Pana takowe skąd?” – napisał.
Potem dziennikarz przeprosił ministra. „Ja szczerze,tak od serca. Tradycja dla mnie rzecz święta. Ale widzę,że politykę ktoś mi idzie uprawiać. A na to się nie godzę, Panie Brudziński przepraszam za ‚zwrot….się Pan’, bo widzę, że mi tu tałatajstwo biznes polityczny idzie robić” – oświadczył Klarenbach na Twitterze.

Dobry sondaż

Ale prawica ma też powód do radości:
Pozytywnie o prezydenturze Andrzeja Dudy wypowiada się 60 proc. badanych, przeciwnego zdania jest 30 proc.; pozytywnie pracę Sejmu ocenia 29 proc., negatywnie 53 proc.; o pracy Senatu dobre zdanie ma 30 proc., a złe 42 proc. – wynika z sondażu CBOS.
W porównaniu do marca odsetek pozytywnych opinii na temat prezydentury Andrzeja Dudy nie zmienił się znacząco. O 1 punkt procentowy spadł odsetek respondentów pozytywnie oceniających działalność prezydenta. Odsetek niezadowolonych z tego, jak Andrzej Duda pełni obowiązki głowy państw nie zmienił się w ciągu ostatniego miesiąca. Wyrobionej opinii na ten temat nie ma 10 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
W kwietniu działalność Sejmu pozytywnie oceniało 29 proc. badanych. Od marca odsetek badanych pozytywnie oceniających pracę posłów spadł o 3 punkty procentowe. Negatywnie o działalności Sejmu wypowiadało się w kwietniu 53 proc. (wzrost o 2 punkty). Zdania na ten temat nie miało 18 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
Pracę senatorów chwaliło w kwietniu 30 proc. respondentów. Od marca odsetek zadowolonych z pracy senatorów spadł o 3 punkty. Niezadowolonych z działalności drugiej izby parlamentu było w kwietniu 42 proc. (spadek o 1 punkt procentowy). Wyrobionej opinii na temat pracy senatorów nie miało 28 proc. (wzrost o 4 punkty procentowe).
CBOS przeprowadził sondaż w dniach 4–11 kwietnia 2019 roku na liczącej 1125 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
Źródło: wpolityce.pl

Żadnego euro!

– Wysłałem liderom partii projekt deklaracji, by zadeklarowali oni, że po wyborach nie dojdzie do przyjęcia euro. To ponadpartyjna deklaracja, która odnosi się do interesów finansowych naszych obywateli – powiedział Prezes Jarosław Kaczyński w swoim oświadczeniu.
Źródło:pis.org.pl

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński został sługusem amerykańskich koncernów internetowych. Społecznym zapewne, wykonującym lokajskie usługi bezpłatnie. Chociaż wcale nie tak bezinteresownie.
W zamian za służbę u jaśnie panów Amerykanów pan prezes liczy na uzyskanie popularności i poparcia w wyborach przez młodych, w zamyśle głupich, polskich internautów.
„Od dzisiaj nie będziemy mówili o „piątce PiS”, będziemy mówili o „piątce plus””, ogłosił pan prezes podczas sobotniej konwencji swej partii w Gdańsku.
Najpierw przypomniał dyrektywę o prawach autorskich przyjętą na początku zeszłego tygodnia przez Parlament Europejski.
Potem ogłosił, że godzi ona w „wolność dzisiaj tak bardzo cenioną przez wszystkie pokolenia, a w szczególności przez młodsze pokolenie, wolność w Internecie”.
I na koniec zadeklarował, że „PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana”.
Prezesowskie słowa to kolejny dowód, że polityka wyborcza PiS oparta jest na kłamstwach systematycznie wciskanych „ciemnemu ludowi”.
Oto pan prezes łaskawie obiecał swemu ludowi implementację unijnej dyrektywy. Jakież to piękne. Tylko zapomniał dodać, że taka implementacja, czyli przetworzenie zapisów unijnej dyrektywy w prawo krajowe, jest podstawowym obowiązkiem każdego rządu każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Żadnej łaski pan prezes i jego rząd obywatelom polskim nie robi. Za taką implementację parlamentarzyści i ministrowie PiS biorą pieniądze pochodzące z naszych podatków.
Podobnie nie może być łaską, ani nadzwyczajnym wydarzeniem, uroczyście ogłoszony zamiar, że rząd zwący się polskim przetworzy unijne przepisy zgodnie z polskim prawem i poszanowaniem polskich interesów. Przecież to psi obowiązek każdego polskiego rządu i każdego polskiego parlamentu. Oczekiwanie przez pana prezesa specjalnej nagrody za wykonywanie podstawowych, zawodowych obowiązków jest kuriozalne. To tak jakby za samą sprzedaż biletu w kolejowej kasie trzeba było dodatkowo nagradzać kasjera oddanym na niego głosem w plebiscycie „Miss PKP”.
Przegłosowana właśnie unijna dyrektywa o prawach autorskich wymusza na właścicieli internetowych portali zapłatę honorariów dla polskich artystów i dziennikarzy za korzystanie z ich dorobku.
Do tej pory, a ściślej do czasu przetworzenia unijnej dyrektywy w prawo krajowe, zagraniczni właściciele takich internetowych firm mogli bezkarnie okradać polskich artystów i dziennikarzy. W imię obłudnie rozumianej i lansowanej przez nich „wolności wypowiedzi w Internecie”.
Zadziwiające, że elity PiS odmieniające „polskość” przez wszystkie przypadki, codziennie publicznie deklarujące przywiązanie i dbałość o polską kulturę, apelujące o krzewienie polskości w każdym miejscu, o ochronę polskiej kultury na każdym polu, o codzienną walkę o polskość, zdecydowały się na tak antypolską postawę podczas głosowania w Parlamencie Europejskim. Głosując przeciwko dyrektywie poparły praktyki okradania twórców polskiej kultury przez zagraniczne koncerny.
Zdrada polskiej kultury przez elity polityczne PiS wynika z prostego, politycznego wyrachowania. Zagraniczne internetowe koncerny broniąc się przed koniecznością wypłaty honorariów dla twórców polskiej kultury przeprowadziły zręczną kampanię medialną. Manipulującą, oszukującą licznych internautów. Zagroziły wprowadzeniem mechanicznej cenzury w Internecie. Zagroziły, że w efekcie mechanicznej ochrony praw autorskich z Internetu znikną popularne satyryczne memy i inne formy działalności artystycznej wykorzystujące parodie cudzych dzieł.
Prawo autorskie pozwala na takie praktyki. Ale w prasie, radiu i telewizji, wszędzie poza Internetem, ewentualne sporne sprawy rozstrzygają ludzkie mózgi. Eksperci, którzy są w stanie odróżnić dozwoloną prawem satyrę i parodię od niedozwolonej kradzieży dokonywanej w innych celach.
W Internecie taką weryfikację mają przeprowadzać nieludzkie urządzenia korzystające ze sztucznej inteligencji. A ta nie jest jeszcze doskonała i nie zawsze potrafi odróżnić niuanse dozwolonej parodii od innego, już zakazanego użycia cudzej własności intelektualnej. To może grozić cenzurą w Internecie.
PiS w swojej retoryce propagandowej często sięga po antyintelektualne tony. Przeciwstawia kreowaną przez siebie na propagandowy użytek „kastę pazernych artystów” równie wykreowanej rzeszy „biednych, pragnących dostępu do bezpłatnej kultury” mas pracujących miast i wsi.
PiS zawsze budował swe kampanie wyborcze na szczuciu jednych grup społecznych przeciwko drugim. Dlatego kiedy PiS – owscy spece od propagandy wyborczej zorientowali się, że wielkie amerykańskie korporacje budujące społeczny sprzeciw wobec unijnej dyrektywy zyskują poparcie wśród młodych internautów, to postanowili przyłączyć się do tych korporacji. Zdecydowali się sprzedać długofalowe interesy polskiej kultury za chwilowe poparcie w tym roku wyborczym.
I ręka w rękę z amerykańskim i izraelskim kapitałem jęli tworzyć zjednoczony front działający na szkodę interesów polskiej kultury.
Zabawne jest to, że w swej obłudzie, kłamstwach kampanii wyborczych propagandziści PiS zwyczajnie zakiwali się. Pan prezes Kaczyński zapowiadając korzystną dla polskich internautów implementację dyrektywy unijnej, sam mimowolnie przyznał, że jednak można to prawo europejskie korzystnie zaadoptować. A zatem nie stanowiło ono aż takiego zagrożenia o jakim sam prezes wcześniej trąbił. To jednoznacznie dowodzi, że cały ten zgiełk jest jedynie zwykła propagandową rozgrywką dążącą do podgrzania emocji wyborców. Do szczucia młodych internautów na polskich twórców kultury, twórców i dziennikarzy na internautów. Do rozpalenia kolejnego pożaru społecznego. Aby potem deklarować, że będzie się go gasić.

Ten straszny seks

W ostatnią sobotę wieczorem zadzwonił mój dobry znajomy. Lewak, obyczajowo wyzwolony, wieloletni publicysta. I rzekł coś takiego: „Wiesz, mam już trochę lat i nigdy nie byłem szczególnie pruderyjny, ale w jednym muszę zgodzić się z PiS”. Zastrzygłam uchem. Znajomy kontynuował: „Kiedy byliśmy w szkole podstawowej, nikt nam nie kazał zastanawiać się nad tym, czy jesteśmy homo, bi, pan czy co tam jeszcze w przyrodzie występuje. A teraz co, czterolatki mają o tym słuchać? To jakiś absurd”.
Kiedy zaczęłam dopytywać, skąd wziął info o mitycznych czterolatkach uczących się o typach seksualności, zaczął plątać się w zeznaniach, aż w końcu przyznał, że od prezesa Kaczyńskiego. Czego dowodzi ta anegdotka? Ano tego, że PiS w swojej retoryce obrony dzieci naszych przed seksualizacją jest tak sugestywny, że skutecznie gra na emocjach nawet tych ludzi, którzy na co dzień sprzeciwiają się konserwatyzmowi obyczajowemu na wszystkich polach.
Dlatego bardzo dobrze, że marszałek Karczewski narobił sobie wstydu z zapożyczoną od Jacka Międlara grafiką straszącą atakiem tęczowego genderyzmu, bo przynajmniej zrównoważy przemawiający do wyobraźni występ prezesa PiS. Który, trzeba przyznać, na tę okoliczność perfekcyjnie odrobił pracę domową z manipulacji.
Kaczyński znalazł wyśmienity sposób, aby rozegrać po linii partyjnej lęki społeczne ostatnich tygodni, związane z nagłośnieniem problemu pedofilii. Otóż stanął w obronie dzieci, bombardowanych seksem. Pominął jednak strategicznie fakt, że to kultura popularna je tym seksem bombarduje, nie mityczni geje, co to niby nie umieją wbić gwoździa, ale czają się za rogiem na przedszkolną dziatwę, aby w wieku lat 4 uczyć ją masturbacji i kazać wybierać pomiędzy 37453621 płciami.
Wszechobecna seksualizacja JEST problemem. Ale jej źródłem są przekazy medialne, jej źródłem są instacelebrytki, atakujące młode dziewczynki, a potem dorastające kobiety, nierealnymi wzorcami piękna. Wystarczy spojrzeć na uczennice szkół podstawowych, wystarczy z nimi porozmawiać, żeby zorientować się, jaką presję nakłada na nie internet. To kultura popularna wciąż nakłada na chłopców maczystowskie ramki. Pozostawieni na jej pastwę, mając wokół siebie rodziców unikających tematu, nauczycieli biologii pokazujących plansze z macicą i prostatą, ale już nie zdjęcie pokazujące, jak właściwie wygląda ta legendarna cipka, wreszcie kolegów zorientowanych w dostępnym porno – wybierają to ostatnie do zbudowania bazy wiedzy o seksie. To właśnie chce zagwarantować nam prezes Kaczyński. Czerpanie wiedzy z pornosów, często przesyconych przemocą – gdzie penisy mają rozmiary kijów bejsbolowych a kobiece piersi – piłek do kosza. Mądre, dostosowane do wieku podanie wiadomości o tym, że seks istnieje, nie jest seksualizacją. A łączenie targających Polakami obaw wynikających z troski o dzieci z czyjąś orientacją, jest po prostu obrzydliwym szczuciem.

Pójdźmy wszyscy do jałmużny

Znów w naszym kraju historia się powtarza. I znów, to co kiedyś miało poważny charakter, teraz staje się farsą.

W I Rzeczpospolitej wybierany przez stan szlachecki monarcha musiał wpierw podpisać ze swym elektoratem „Pacta conventa”. Przysiąc spełnienie danych im obietnic wyborczych.
Pierwsze takie umowy ukształtowały nowoczesny i demokratyczny wtedy system polityczny I Rzeczpospolitej. Określiły prawa obywatelskie stanu szlacheckiego.
Następne ewoluowały już ku coraz większej korupcji politycznej. Hamowały też reformy państwa, bo stan szlachecki wolał przedkładać swój krótkotrwały stanowy egoizm ponad wymagające wyrzeczeń reformy państwa. I tak nowoczesna ustrojowo XVI-wieczna Rzeczpospolita stała się wiek później państwem anachronicznym. Aby w XVIII wieku zamienić się w skansen politycznej ciemnoty i jako „chory człowiek Europy” bezradnie patrzeć na swój upadek.
Dziś czas biegnie szybciej. Trzydzieści lat temu polska klasa polityczna dowiodła, że potrafi ograniczyć swe bieżące fobie i interesy aby kompromisowo pogodzić się ze zmianami ustrojowymi. Bezkrwawymi, bo ówcześni rządzący pogodzili się z utratą władzy. Ale jednocześnie też nowe grupy przejmujące władzę nie dążyły do krwawej zemsty, rewanżu, ostatecznego pognębienia niedawnych wrogów.
Trzydzieści lat temu związki zawodowe, zwłaszcza NSZZ „Solidarność”, prześcigały się w deklaracjach broniących praw pracowniczych ludu pracującego miast i wsi. Dzisiaj NZSS „Solidarność” zachowuje się jak polityczna przybudówka i bojówka ideologiczna rządzącego PiS. Częściej hamuje płacowe protesty pracowników niż je wspiera. Swą aktywność skupią na walce z liberalizmem obyczajowym. Co sprawia, że staje się obrońcą księży-pedofilów.
Rządzące Polską elity PiS odwołują się do tradycji antyrządowych, robotniczych strajków z czasów Polski Ludowej. Do wolnościowego etosu dawnej NSZZ „Solidarności”. Ale w swojej IV PR nie widzą już miejsca dla aktywnych, niezależnych i samorządnych związków zawodowych. Rada Dialogu Społecznego, niedawne miejsce negocjacji reprezentantów mas pracujących, właścicieli firm i polskiego rządu, stała się ciałem martwym. Nieliczne, aktywne jeszcze związki zawodowe prezentowane są i w narodowo-katolickich, rządowych media i w tych liberalnych, komercyjnych jako lewaccy awanturnicy.
Nic dziwnego, że zachęceni tym egoistyczni prezesi państwowych firm, jak teraz w PPL, walczą wszelkimi środkami ze strajkującymi pracownikami i nawet ze wspierającymi strajkujących mediami. A bierna postawa innych mediów zachęca panów prezesów do eskalacji przeróżnych anty pracowniczych działań.
W IV Rzeczpospolitej elity PiS powróciły do tradycji wolnych elekcji i oferowanych stanowi szlacheckiemu przedwyborczych obietnic. Przekaz ponownie kandydującego na króla pan prezesa Kaczyńskiego jest jasny. Jeśli mnie i mój dwór wybierzecie, to dam wam obiecane korzyści. Z dóbr państwowych, bo sam przecież nic nie ma, bo „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”.
Takie nowe „pacta conventa” są dzisiejszą wielką farsą i przyszłą tragedią jednocześnie.
Farsą, bo każdy rozsądny wie, że król Kaczyński kupuje nasze głosy za nasze pieniądze. Że obiecuje nam po pięćset miesięcznie, aby jego dworki i dworacy wypłacali sobie przez następne cztery lata po pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie.
Farsę, bo taką polityka zamienia dumny naród Polski w ludzi żebraczej mentalności. Sprzedających swe głosy za chwile lepszego losu.
Chwile jedynie, bo przecież te czterdzieści rozdanych na potrzeby kampanii wyborczej miliardów złotych nie pójdzie na wydatki o długoterminowych skutkach. Na podwyżki płac dla nauczycieli. Na reformy służby zdrowia. Na naprawę Rzeczypospolitej.
Przeciwnie, przy tak słabych związkach zawodowych, przy kreujących jedynie indywidualistyczne postawy mediach, tworzy się w Polsce nowy system redystrybucji usług i pomocy socjalnej.
System kontraktów społecznych, umów zwieranych w czasie kampanii wyborczych przez liderów konkurujących partii politycznych z głosującym na nich ludem. Liderzy, niczym dawni elekcyjni królowie, prześcigają się w obietnicach kolejnych „Niderlandów”. Zaś lud już wie, że przedwyborcza eskalacja żądań jest najskuteczniejszym sposobem socjalnego transferu.
Bo jeśli związki zawodowe są słabe, jeśli milczą przeróżne rady dialogów, jeśli szkoły i media uczą jedynie indywidualnych karier i awansów społecznych, to te okresowe kampanie wyborcze są ostatnią, czasem już jedyną, szansą wyrównywania różnic społecznych.
Bierzcie, bierzcie póki dają!