Sprawa się rypła czyli Nielegały u władzy

Sprawa się rypła, ktoś za to beknie! Stare porzekadło, którego pierwsza część została wykorzystana m.in. w tytule filmu Janusza Kidawy z 1984 r. z udziałem Franciszka Pieczki i Mariana Dziędziela, nabrało świeżości za przyczyną posła Marka Suskiego, czołowej postaci obecnej sceny politycznej w Polsce, totumfackiego samego guru Jarosława, pana na Nowogrodzkiej.

Słoń w składzie porcelany, w porównaniu z wdziękiem i gracją posła, zwanego Carycą, poruszającego się po scenie politycznej, to primabalerina moskiewskiego Teatru Bolszoj w „Jeziorze Łabędzim” .

Mnie nieodparcie poseł S., zwłaszcza swoim promiennym uśmiechem, kojarzy się ze znakomitą rolą czeskiego aktora Rudolfa Hrušinský’ego odtwarzającego postać pewnego poczciwego mieszkańca Pragi Czeskiej, dotkniętego podagrą, stałego bywalca gospody „Pod kielichem” i przede wszystkim jednego z najwybitniejszych myślicieli wszechczasów, przez niezrozumienie jego głębokich przemyśleń, uważanego powszechnie za idiotę.

Pana posła z wybitnym prażaninem łączy ów promienny uśmiech. Natomiast co do jego intelektualnej sprawności zdania w społeczeństwie są podzielone.

Niemniej to właśnie on ujawnił jedną z najbardziej strzeżonych i kamuflowanych tajemnic obecnie rządzących. Co istotne, nie zauważyłem, by to ujawnienie zostało dostrzeżone przez media, opozycję… A rzecz jest najwyższej wagi państwowej! Otóż podnóżek i guru Jarosława na Nowogrodzkiej oświadczył publicznie, że obecna władza w Polsce jest nielegalna!

Tak, tak!!! To z jego ust padło publicznie 9 września 2021 roku stwierdzenie, że Polska nielegalna walczyła z okupantem niemieckim, potem sowieckim, a teraz z brukselskim!

Sprawa się rypła: Polska nielegalna!!! walcząca z „ brukselskim okupantem”

Król stał się nagi!:

Bo przecież z „okupantem brukselskim” nie walczy cała Polska tylko jej część – ta która obecnie rządzi. Większość Polek i Polaków nie widzi tej okupacji, i chociaż wielu ma pod adresem UE sporo uwag krytycznych (sam do nich należę) to jednak nikt z tej większości nie odgrywa szopki, że jęczy pod brukselskim knutem, ale jest zadowolone z wielu profitów, które daje przynależność do Unii.

Tragifarsę odgrywa mniejszość, konserwa, o świadomości ukształtowanej na żoliborsko-toruńskim Uniwersytecie Kaczyzmu-Rydzykizmu, którego ideowe motto brzmi – NAM SIĘ NALEŻY!

Powtórzmy jeszcze raz, z brukselskim ciemiężycielem nie walczy cała Polska tylko jej mniejszość składająca się z rządzącej kamaryli i przyssanych do jej cycków doicieli, Toteż gdy odbierzemy precyzyjnie wypowiedź posła Suskiego, nie ma wątpliwości. – POLSKĄ RZĄDZĄ NIELEGAŁY!

*

Powyższa analiza to moja licentia poetica. Ale czy jest ona daleka od prawdy?

Jean Paul Sartre powiedział: Uzurpowana władza zawsze ma najlepsze świadectwa legalności.

Obecnie sprawujący u nas władzę podpierają się tym świadectwem legalności – wygranymi wyborami. Tylko na tej podstawie uznali, że mają prawo do wszystkiego. Zaczęli demolować i niszczą nadal podstawowe kanony, jakie obowiązują rządy w demokracji, czyli m.in.: kultura polityczna, stwarzanie formalnych zabezpieczeń obywateli przed nadmierną i nieuzasadnioną ingerencją władzy w ich sprawy, równość wobec prawa, wolność w wyrażaniu poglądów i związana z tym wolność organizowania się, ochrona praw mniejszości, przestrzeganie wolności słowa, mediów.

Od kilku lat, niemal codziennie, mamy do czynienia przez maskowane lub bezczelne wprost deptanie tych kanonów przez rządzących

A skoro zasad demokratycznego rządzenia nie przestrzegają, łamią Konstytucję, zaczynają działać nielegalnie, to w państwie demokratycznym stają się nielegalni.

Czyli Marek Suski powiedział prawdę.

Wielu jego współwyznawców się z nim zgodziło, w tym poseł Waldemar Andzel, który powiedział dziennikarzom, że przyłancza się do posła Suskiego. Ciekawe, jaką fuchę za to przyłanczenie dostanie?… Może dzyndzla Carycy?

Polski XIX-wieczny pisarz, publicysta, filozof, historyk Aleksander Świętochowski stwierdził: Jeśli tyran powie, że trójkąt jest kołem, natychmiast zbierze się tłum dobrowolnych niewolników, którzy zażądają zmiany w prawidłach geometrii.

Wyznawcy sekty z Nowogrodzkiej są tego dobitnym dowodem.

Tylko patrzeć, jak jeden z jej czołowych kaznodziejów i nadzorców wychowania szkolnego dzieci i młodzieży, Przemysław Czarnek, weźmie się też za reformę geometrii.

Tales z Miletu, Archimedes i inni ojcowie matematyki zostaną wskrzeszeni (cudotwórców w sekcie nie brakuje) i skierowani do zreformowanej szkoły, gdzie poznają zmienione prawa geometrii. Przy okazji otrzymają nową wykładaną tam wiedzę z innych przedmiotów, w tym najważniejszy przekaz – Kto jest jeszcze nieemerytowanym zbawcą ludzkości.

Co planuje Ziobro?

Czeka nas jesień pod znakiem nowej politycznej batalii o sądy – donoszą media, według których Zbigniew Ziobro dostał na to “zielone światło” od Jarosława Kaczyńskiego.

“Wrześniowo-październikowe posiedzenia Sejmu mogą mieć równie burzliwy przebieg, co ostatnie obrady zakończone reasumpcją jednego z głosowań. Prawo i Sprawiedliwość chce wejść bowiem w nową fazę politycznej przepychanki, która na kolejne miesiące może nakreślić oś narracyjną, upływającą pod znakiem reformy sądownictwa” – infomuje Interia.

Jak napisał serwis, po opuszczeniu Zjednoczonej Prawicy przez Porozumienie Jarosława Gowina, “mocniejszą kartę” będzie chciał wykorzystać drugi z koalicjantów – Solidarna Polska. Przy aprobacie Jarosława Kaczyńskiego lider tego ugrupowania, Zbigniew Ziobro, ma w najbliższych miesiącach rozpocząć kolejny etap reformy sądownictwa.

Jak wskazuje Interia, po sezonie urlopowym sprawa reformy sądownictwa ma być dość pilnym tematem rozmów liderów Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski. “Podczas tych rozmów powinien też pojawić się pomysł zredefiniowania koncepcji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego” – czytamy. Serwis zwraca uwagę, że w piśmie przesłanym Komisji Europejskiej rządzący zobowiązali się do jej likwidacji, jednak “w obecnym kształcie”. To ma mieć znaczenie kluczowe.

Zwiastun tego ma być widoczny już w odpowiedzi udzielonej przez polski rząd Komisji Europejskie ws. Izby Dyscyplinarnej. Miała ona powstać w konsultacji z Ministerstwem Sprawiedliwości. “Jego wkład to punkt mówiący o wniosku o uchylenie środków tymczasowych w związku z orzeczeniem TK” – czytamy.

Bramkarz, który zakiwał się na śmierć

Siedzę od dwóch dni na greckiej części wyspy Evia, która jeszcze się nie spaliła. Daleko od pożaru-na szczęście, i jeszcze dalej od polskiego piekiełka, które, po dwakroć na szczęście, tak bardzo mnie nie grzeje, jak grecki skwar i miejscowe wino. I dobrze mi z tym, po trzykroć. A Gowin mnie ani ziębi, ani grzeje, bo znam człowieka. Po czterokroć.

Jarosława Gowina poznałem dawno temu, kiedy zaczynałem pracę w Sejmie, w biurze prasowym PO. Gowin zaczynał wówczas swoje posłowanie, jako pierwszoroczniak z Krakowa, wkraczający na polityczne salony, redaktor z wydawnictwa Znak. Na dzień dobry prezentował się dostojnie i nobliwie. Te wełniane marynarki z pulowerem, nawet w lato. Szanowałem chłopca za ów angielski sznyt, bo od zawsze kochałem się w tym, co brytyjskie, z wyjątkiem ich kobiet i kuchni. Gowin zaś kochał politykę i ta od razu go wciągnęła, jak dziurka nosowa koks. Był jednak przy tym miłym facetem; miłym, dla szarego człowieka. I uczynnym. Tak przynajmniej go zapamiętałem. Często się z Gowinem spotykałem, z racji moich służbowych obowiązków. Razu pewnego napisałem duży tekst; reportaż o wykluczeniu mieszkaniowym młodych ludzi, których wolny rynek skazuje na samotność pariasów i spycha w zalegalizowaną bezdomność, bo ile by uczciwie nie pracowali i nie zarabiali, nie dorobią się własnego mieszkania, nawet z kredytem na czterdzieści lat, bo kołdra ciągle będzie za krótka. Nikt wówczas nie drukował tak długich tekstów, bo to nieludzkie tyle pisać i czytać. Zagadnąłem któregoś dnia Gowina na sejmowym korytarzu, czy by nie rzucił okiem na tekst, pod kątem publikacji w “Znaku”. Gowin zgodził się bez zająknięcia. Tekst przeczytał. Spodobał mu się. Tak przynajmniej twierdził. Dał go do druku, do miesięcznika. Tekst się ukazał. Ludzie czytali. Chwalili. Autor nie zrobił jednak zawrotnej kariery, ani nie dostał pulitzera. Pracował jeszcze jakiś czas w Sejmie. Z Gowinem stykał się coraz mniej, bo ten, w przeciwieństwie do autora, dopiero rozpoczynał swój marsz ku władzy. Najpierw u boku Tuska, później Kaczyńskiego, choć z ambicjami grania na siebie. Z tym, że zawsze ciążył mu jego bramkarski kompleks. Bo Gowin z powołania i zamiłowania jest bramkarzem. Zaczynał w Czarnych Jasło, a kończy jako głęboka rezerwa polskiej prawicy. Kończy. Na dziś. Choć mam przekonanie, że jeszcze o nim usłyszymy.

Gdyby Gowin chciał jedynie spokojnie trwać i czekać dni ostatnich, mógłby w zasadzie nic nie robić; głosować tak, jak każe mu prezes, a wraz z nim jego nędzna kanapówka. Grać rolę przybocznego, jak ongiś PSL przy Platformie, i nic złego, przynajmniej do końca kadencji, by mu nie groziło. Ale Gowin ma ambicje i umie czytać politykę. Doskonale wie, że gdyby wybrał wariant pasywny, Kaczyński zjadłby go razem z całym zagonem za rok albo dwa. Co się zaś tyczy ludzi i stanowisk, nic na to Gowin poradzić by nie mógł. Ludzie muszą z czegoś żyć. Nie każdy był w przeszłości prezesem Znaku. Rozsierdzając Kaczyńskiego,. Jarosław Gowin doskonale wiedział, jaki los go spotka. Podobnie jak jego liberałów i Porozumienie. Tych ostatnich jednak nie zamierzał Gowin brać na swoją szalupę. On cały czas płynie jedynką i nikt prócz niego i kilku uwiązanych do boi za nim nie przetrwa tego sztormu. Większość cofnie swoje poparcie dla Gowina na godzinę po dymisji i wiernie i biernie będzie wspierać Kaczyńskiego, jako nieformalne koło poselskie renegatów i pogrobowców po większym (fizycznie!) Jarosławie. Sam zaś duży (fizycznie!) Jarosław uda się na chwilę do swojego krakowskiego Sulejówka, w którym będzie sondował własne szanse na powrót do…Platformy. Zan się w końcu z kolegami z PO jak mało kto i jest z nimi po jednych pieniądzach. Kto wie, może w jego ostatnim tańcu liczonym na mniejszościowy rząd i fotel marszałka, a w konsekwencji przyspieszone wybory, uda mu się w ogólnym zamieszaniu ugrać więcej niż mogłoby mu się kiedykolwiek wydawać. Bo ambicji u Gowina jest co najmniej tyle, co wzrostu. W odwodach wciąż pozostaje bliski mu nijakością i chrześcijańskim zacięciem Hołownia, z którym też można dobić targu, gdyby Tusk postawił zaporowe warunki. Gowin to bramkarz, który nie boi się ryzykownych interwencji. Te, czasami kończą się spektakularnymi golami przeciwnika ale równie często są efektownymi paradami, po których ręce same składają się do braw. Ważne jest, że ma nadal głód piłki i nie boi się ryzykować na przedpolu. Choć niestety, w piłce najczęściej zapamiętuje się bramkarzom ich kiksy albo obronione karne, ale tych największych (historycznie!) ceni się za powtarzalność, przewidywalność i serce do gry. To Jarosław Gowin też ma zapewne wielkie, podobnie jak wszystko inne, jak mniemam. Szkoda tylko, że jego ambicja cały czas wyprzedza go na rowerze o dwie długości, bo w tym tempie nigdy jej nie dogoni. Ale punkt dla niego, że przynajmniej próbuje.

Recepta na przegranie wyborów

PiS najwyraźniej dąży do tego aby w wyniku najbliższych wyborów parlamentarnych utracić władzę – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak na podstawie obserwacji działań tego ugrupowania.

To, że lider PiS ma w sobie zakodowany gen konfliktowości wiadomo jest wszystkim i od dawna. Jednak do tej pory czasem umiał zdobyć się na kompromisy. Przed czterema laty wybaczył zdradę Zbigniewa Ziobry zdając sobie sprawę z tego, że bez pomocy jego samego i jego popleczników nie zdoła wygrać wyborów i przejąć władzę. Podobnie puścił w niepamięć nieprzychylne dlań opinie Jacka Kurskiego wiedząc, że taka nawrócona owieczka będzie gorliwie wypełniać zadekretowaną mu misję propagandowej ofensywy.

Obecnie jednak pan Kaczyński odnalazł samego siebie tocząc wojnę na wielu frontach w kraju i zagranicą. Na odcinku krajowym swoją skłonność do konfliktów przekazał swoim koalicjantom z tzw. Zjednoczonej Prawicy z których każdy z nich prowadzi swoją własną grę niekoniecznie współbrzmiącą z oczekiwaniami czołowego polityka, który – jak zauważa szewc Fabisiak – już przestaje być prezesem wszystkich prezesów. W stosunkach międzynarodowych jego jedynym znaczącym sojusznikiem jest węgierski premier Viktor Orbán, którego polityka wciąż stanowi dla Kaczyńskiego docelowy wzorzec do naśladowania. Pozostają jeszcze mniej istotni sprzymierzeńcy w postaci kilku skrajnie prawicowych partii europejskich oraz migracyjnej białoruskiej opozycji. która jednak ma werbalne wsparcie nie tylko ze strony PiS.

Pytanie czy można wygrać batalię wojując ze wszystkimi jest z gatunku retorycznych jako że w polityce bardziej liczy się skuteczność niż nimb nieugiętego bojownika mimo tego, że taki właśnie przekaz utrwalany jest w naszej zbiorowej świadomości. Jak twierdzi szewc Fabisiak, można oczywiście wygrać wybory mając nadszarpnięte stosunki z Unią Europejską czy Stanami Zjednoczonymi jednak gdy nadszarpnie się stosunki z własnymi wyborcami to już kicha. A do tego może doprowadzić podejmowanie nie tylko niepopularnych, kontrowersyjnych czy wręcz wkurzających ludzi decyzji. A taką decyzją było przyznanie monstrualnych podwyżek wynagrodzeń dla politycznej czołówki – czyli coś w rodzaju wielokrotności 500+. Niewątpliwie jednymi z najbardziej wkurzonych będą osoby zatrudnione w tzw. budżetówce, gdzie płace pozostają wciąż zamrożone. Być może PiS liczy na to, że kiedy tuż przed wyborami nagle podniesienie wynagrodzenia pracownikom sfery budżetowej, to zapomną oni o podwyżkach dla polityków z górnej półki. Czy jednak lud może być na tyle ciemny, że to kupi? – stawia pytanie szewc Fabisiak.

Aby nie kazać premierowi wykrzykiwać w Sejmie, że te podwyżki im się po prostu należą siła rządząca zrobiła sprytny w ich mniemaniu a w istocie dosyć prymitywny myk polegający na tym, że prezydent zadecydował o podwyżkach dla parlamentarzystów, a ci z kolei o podwyżkach dla prezydenta. Jak wynika z treści cytowanego przez „Super Express” opisującego ten proceder dokumentu, jego autorzy cieszą się z tego myku. Zupełnie jak dzieci, którym udało się przechytrzyć nauczyciela – komentuje szewc Fabisiak dodając, że cała ta procedura potwierdza słuszność znanego powiedzenia o tym, że ręka rękę myje. W dokumencie tym mówi się również o tym, że nigdy nie będzie dobrego momentu na podwyżki. Skoro tak, to podwyżek takich w ogóle nie należałoby wprowadzać – wyciąga logiczny wniosek szewc Fabisiak.

PiS, podobnie jak przeważająca większość tzw. klasy politycznej, chętnie odwołuje się do tradycji Polski sanacyjnej. Jednak w tym konkretnym przypadku rządzący nie są skłonni do adaptowania obowiązujących w okresie międzywojnia standardów. Otóż wówczas obowiązywała prosta zasada polegająca na tym, że wynagrodzenia osób pełniących najwyższe funkcje w państwie stanowiły wielokrotność poborów otrzymywanych przez zatrudnionych w sektorze państwowym obejmującym m. in. sądownictwo, policję, koleje, pocztę, żołnierzy zawodowych a także nauczycieli. Oczywiście, proporcje te układały się różnie w zależności od danej grupy zawodowej. I tak prezydent mógł zarobić relatywnie więcej od początkującego nauczyciela i mniej w porównaniu z wojskowym pułkownikiem. Był to jednak system przejrzysty który uniemożliwiał dokonywanie znaczących podwyżek tylko dla polityków. Tradycja tradycją ale pazerność przede wszystkim – zauważa szewc Fabisiak.

Tu jest (nie tylko) Polska!

Kiedy jeden z moich gości okresowo zasiadający na przyzbie wygłasza antyunijne przemowy, to słucha go kilka osób, z których większość uważa, że demencja go już dopadła. Ale kiedy druga osoba w państwie wykrzykuje publicznie, że „tu jest Polska, a nie Unia” to ma już to inny ciężar gatunkowy i może świadczyć o takim poglądzie całej aktualnej władzy, a zwłaszcza jej Jądra w postaci partii dbającej o prawo i sprawiedliwość.

Zmiany naszych upodobań

Powtarzanie, że Polska jest w Europie i Unii, czyli w wyimaginowanej także przez nas wspólnocie, że świadomie wybraliśmy taką drogę i podpisaliśmy stosowne zobowiązania, traci sens w sytuacji przedszkolnego uporu aktualnej władzy. Uporu, wzbogacanego stopniowo rozwijaną i wciskaną suwerenowi tezą, że jesteśmy najzdolniejsi, wszystko się nam udaje, a Unia tylko miesza nam w głowach opowiadaniami o jakiejś praworządności. A nasz racjonalny naród przecież nie myśli o tym, tylko o kolejnych prezentach „plus”, jakie zrobi mu rząd z wyciągniętych od obywateli i od Unii pieniędzy.

Narażam się nie tylko drugiej osobie w Państwie, ale muszę się przyznać, że mam jeszcze gorsze, wręcz niedopuszczalne przewidywania dotyczące wspólnego życia państw europejskich.

Zdradzę krępująca tajemnicę. Za zamierzchłych czasów, kiedy jeszcze w Polsce nikt nie walczył z Unią. a ja byłem młodszy i bardziej pracowity, napisałem w wolnych chwilach, i opublikowałem pod pseudonimem, kilka beletrystycznych e-bookowych powieścideł. Nie rekomenduję ich poszukiwania obecnemu ministrowi od światy i edukacji. Mógłby dostać palpitacji i zgorszyć się dogłębnie opisami zalet niewiast, całkowicie odmiennych od tych, które go fascynują.

Kiedyś może być jeszcze inaczej

Jedna z tych powieści ma ambicje jednoczesnego zaliczania do kategorii SF. Akcja dzieje się bowiem głównie na pokładzie ogromnego statku kosmicznego, który ludzkość w 2185 roku wysłała na poszukiwanie innych cywilizacji. Jego budowa trwała 30 lat i jej koszt był tak oszałamiający, że musiały go pokryć solidarnie największe, istniejące wówczas państwa. Czyli – tu ambitnie cytuje sam siebie – „m. in. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Zjednoczone Państwa Europy, Chiny, Zjednoczone Państwa Maghrebu i Egiptu”. Pisząc te „prorocze” słowa nie miałem żadnych wątpliwości, że niewielkie powierzchniowo, ale wielkie intelektualnym dorobkiem i historią państwa stłoczone na drugim (po Oceanii) najmniejszym kontynencie ziem, będą zmierzały do stworzenia związku federacyjnego. Z przerwami, przeszkodami i protestami może im to zabrać nawet kolejne 100 lat. Nie mają jednoczącej wspólnoty językowej, mają trwające od wieków wzajemne uprzedzenia i pretensje. Ale jeśli tego nie zrobią, to zostaną w tyle, nie nadążając za największymi.

Kto nami rządzi?

Wiem, że taki pogląd psuje krew naszym dzisiejszym werbalnym patriotom, zwłaszcza tym, którzy urodzili się w czasie II wojny i po wojnie. Oni suwerenność rozumieją nie tylko, jako odrębność i samodzielność decyzyjną, ale także, jako upoważnienie do kwestionowania wszystkich innych rozwiązań i lekceważenia innych krajów oraz międzynarodowych organizacji. Moi goście na przyzbie w znakomitej większości zgadzają się jednak z moją wizją, choć niektórzy twierdzą, że jest im wszystko jedno, bo ich już i tak nie będzie.

Uspakajam II osobę w państwie. Nikt nie kwestionuje, że tu jest Polska. Polska była bardzo międzynarodowo popularna za czasów tworzenia Solidarności i aktywności politycznej Wałęsy. To było zainteresowanie pozytywne, popierające, Nawet tubylec wiozący mnie łódką po Nilu zainteresowany skąd jesteśmy, wykrzykiwał „z angielska” – A – Poland – Walensa. Gwarantuję, że dzisiaj nie zna żadnego nazwiska z naszej „wierchuszki”, łącznie z prezydentem, premierem, szefem rządzącej partii. Zresztą to ostatnie nazwisko byłoby dla niego bardzo trudne do wymówienia.

Z tego, co mi donoszą, Polska ostatnio budzi zainteresowanie w krajach Europy i USA, ale w zupełnie innym charakterze. Niestety – tym razem bardziej negatywnym. Jest traktowana, jako przykład fatalnej dyplomacji i psucia międzynarodowej atmosfery z przyczyn, które dla innych nie są zrozumiałe. Ktoś powiedział w mało mi znanym języku zachodu krótkie zdanie, które przez amatorskiego tłumacza zostało mi przekazane, jako sugestia, że „chyba teraz rządzą wami niespełnieni ambicjonerzy”.
Wydaje mi się, że ten pogląd już słyszałem. Tylko nie wiem, w jakich dziedzinach są „niespełnieni?

Warszawa – Marki, 25.07.2021.

Kluczem są pieniądze

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy – mówi Mirosław Oczkoś w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie syna Mariana Banasia to początek wojny atomowej między szefem NIK a jego byłym środowiskiem politycznym?

MIROSŁAW OCZKOŚ: To zachowanie władzy można czytać na różne sposoby, ale na pewno jest to rodzaj furii, bo to są działania na wszystkich możliwych frontach. Jeżeli Jarosław Kaczyński spuścił ze smyczy Zbigniewa Ziobrę, żeby ten się jednak dobrał do Banasia, to są to wschodnie standardy, no chyba że cofniemy się do Eliota Nessa i Chicago lat 20., kiedy w wojnie gangów strzelano do siebie, ale i do synów i rodzin. Zatrzymanie syna Banasia, kiedy ten wraca z wakacji, jest dość groteskowe, zazwyczaj zatrzymuje się na ludzi na lotnisku, gdy ci chcą wyjechać i istnieje obawa, że uciekną, ale po powrocie to rzeczywiście dziwne.

Marian Banaś do tej pory dawał sygnały, że ma smoka, ale go nie użyje. Natomiast ten ostatni raport obnaża chyba te najgorsze kłamstwa władzy, to, co najbardziej nas boli, czyli pieniądze, że jest jednak dziura 24 mld, a nie zysk 25 mld. To spowodowało taką reakcję.

Jarosław Kaczyński zachowuje się w tej sprawie trochę jak ranny zwierz, który zaczyna uderzać na prawo i lewo, bo w zasadzie jesteśmy skonfliktowani ze wszystkimi i tylko jeszcze brakuje, żeby Bałtyk w złości zalał nam plażę.

Mówiąc poważnie, to w normalnym państwie byłaby to wizerunkowa katastrofa, gdy urzędnik państwowy z NIK przedstawia dowody przeciwko władzy, a ta go za to ściga. Smaczku dodaje fakt, że to jest człowiek tej władzy. Sądzę, że Jarosław Kaczyński tak bardzo chciał mianować Mariana Banasia na to stanowisko, bo coś na niego miał i sądził, że łatwiej będzie mu nim sterować. Zresztą to standardowe działanie tej władzy, widzimy to na co dzień. Teraz okazało się, że jak trafiło się naprawdę na twardego zawodnika, to mimo że nawet uderzyło się w rodzinę, to Banaś kontratakuje. Widać, że PiS jest tu bardzo nerwowy, a zazwyczaj jest tak, że jak władza się staje nerwowa, to znaczy, że się kończy.

Minęły już 3 tygodnie od powrotu Donalda Tuska do polityki polskiej i już widzimy zwiększoną polaryzację. Czy to jest klucz do wygrania wyborów?

To jest sposób na wygranie wyborów, bo zasada jest bardzo prosta – tak się gra jak przeciwnik pozwala. Jeżeli nie można narzucić własnej narracji, a widać było, że to się PO nie udaje, potrzebna była zmiana. Skoro Rafał Trzaskowski w wyborach prezydenckich osiągnął wynik 10,5 mln, Borys Budka wygrał bezapelacyjnie wybory na szefa partii, to mieli cały rok, aby przejąć całkowicie władzę. Skoro to się nie stało, to albo nie mieli predyspozycji, pomysłu, jak to zrobić itd., a diagnozy są postawione już dano.

Tu nie trzeba odkrywać Ameryki na nowo. Tusk samym swoim wejściem spowodował, że scena polityczna się spolaryzowała. Pamiętajmy, że wygraną w wyborach nie dostaje się na tacy, wyborów nie wygrywa się na loterii i nie dostaje się tego w spadku. Wygraną w wyborach trzeba wyszarpać na ulicy. Diagnoza też jest słuszna, bo Jarosław Kaczyński, jak już widzimy, nie odpuszcza, przesuwa swoje pionki na szachownicy, wysyła giermków, kamikadze, tylko że to już przestało działać.

Widać za to, że narracja, która jeszcze 2 lata temu nie działała – trzeba odsunąć PiS od władzy – teraz zaczęła działać, a straszenie PiS-em jest wręcz obowiązkiem.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy. CPK, zakup Abramsów, odbudowa pałacu Saskiego to są z kolei działania PiS-u według starej strategii. To są w tej chwili sprawy wtórne, bo jeżeli prawdą jest to, co ujawnił Banaś, a rozumiem, że tak, to dziura w budżecie jest taka, że jesteśmy w czarnej dziurze.

Aby odsunąć tę niszczącą, jak widać, władzę, to musi być polaryzacja i trzeba wyciągnąć ludzi z ciepłych pieleszy. Kiedyś przeszkadzała ciepła woda w kranie, to teraz jesteśmy na chwilę przed sytuacją, że kranu nawet nie będzie, bo ukradną.

Myślę, że Tusk doskonale to wyczuwa i pokazuje też młodszym kolegom, jak to powinno wyglądać. Bo to jest ostatni moment, a przed nimi ostatni bój i na pewno będzie krwawo. Przyznam, że boję się tego, ale władza, która obsiadła już wszystko, co mogła, tak łatwo odgonić się nie da, niczym mucha od kanapki z pasztetem, bo będzie walczyć o życie.

Co będzie główną narracją?

Kluczem są pieniądze. Tak jak wcześniej było 500 Plus, teraz do świadomości ludzi musi przebić się informacja, że jest gigantyczna dziura w budżecie, że pieniądze z Unii są mocno zagrożone, ponieważ polski rząd nie ma ochoty respektować zasad i norm, które uznaje cały cywilizowany świat i na które sam się umówił i zgodził. Jesień będzie gorąca.

Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego hasło „ruski ład”? Na razie widać już, że bije rekordy w mediach społecznościowych.
Nie dziwię się wcale, ale gdyby to samo hasło wrzucić pół roku wcześniej, to by nie zadziałało, bo wszystko musi mieć swój czas. Można napisać 10 stron o tym, jak podążamy drogą Putina, kto jest jakim agentem i kogo kto inspiruje, a można zawrzeć to w jednym stwierdzeniu.

Wszyscy wiedzą, że „ruski ład” polega na tym, że wolne media „morda w kubeł”, że sąsiedzi muszą się podporządkować, że oponenci polityczni, gdy się sprzeciwią za bardzo, to muszą być wyeliminowani. „Ruski ład” przebije także „Polskę w ruinie”, „wstawanie z kolan” itd.

W jednym z wystąpień Donald Tusk zasugerował, że warto zastanowić się nad skróceniem tygodnia pracy z 5 do 4 dni. Bez względu na słuszność, to czy ten pomysł może być czymś na kształt 500 Plus?

Zdecydowanie tak. Tusk jest ogromnie hejtowany, ale co już się miało do niego przykleić, już się przykleiło, choć trzeba przyznać, że nie jest w łatwej sytuacji.

Tusk powiedział to podczas wystąpienia w Gdańsku, w mojej ocenie chyba jego najlepszym wystąpieniu. Młodzi ludzie, którzy nie znają Tuska z lat jego rządzenia, dają mu spory kredyt zaufania i on im pokazał, że słusznie. Nie możemy uprawiać ziemi i wracać do podziałów rodem z XIX wieku, niezależnie od tego, jak bardzo by chciał pan Czarnek, kobiety do kuchni, a mężczyźni do pracy.

Dlatego Tusk pokazuje perspektywę młodym, oczywiście starszym też, że będzie cyfryzacja, automatyzacja, informatyzacja, więc skrócenie tygodnia pracy to dobry pomysł. Jednocześnie ten pomysł to także taki lewarek w drugą stronę do pomysłu wydłużenia wieku emerytalnego, co było politycznym błędem, choć z punktu widzenia ekonomii oczywiście miało sens.

Do ludzkiej świadomości przebijają się właśnie takie hasła jak „ruski ład”, skrócony tydzień pracy czy słowa o obronie 500 Plus przed PiS-em.

To było genialne PR-owskie posunięcie. To, co robił PiS do tej pory, umownie nazywając retorsją argumentów, czyli odwracanie kota gonem, świetnie robi Donald Tusk, który tak zakręcił tym kotem, że ten nie wie, gdzie co ma.

Suweren kontra sutener

PiS z lubością powołuje się na to, że sprawuje rządy z woli suwerena, który zadecydował o tym, że to pan Kaczyński wraz z jego ekipą wygrał wybory. Jednakże – jak zauważa szewc Fabisiak –jest to suweren mocno kulawy, jako że tylko jego mniejsza cześć uprawniona do głosowania poparła tych co teraz rządzą.

Przedstawiciele władzy niejednokrotnie podkreślali, że ów głosujący na nich suweren dał spółce Kaczyński&company niejako pośrednio przyzwolenie na poczynania obozu rządzącego. A obóz ten, będący emanacją swarliwej mentalności jego przywódcy, uwielbia konflikty, które sam częstokroć wywołuje bądź prowokuje. Ostatnio taki konflikt ma miejsce pomiędzy ośrodkiem władzy a prezesem NIK, który z tegoż ośrodka został wyprowadzony.

Szewc Fabisiak widzi tu nie tylko, jak to postrzegają niektórzy komentatorzy, walkę gangów, lecz także konfrontację suwerena z jakby nie było sutenerem. Szewc Fabisiak nie twierdzi bynajmniej, że nazwanie kogoś sutenerem ma wydźwięk obraźliwy czy nawet krytyczny a jeżeli kogoś to ubodło, to może go profilaktycznie przeprosić. Sutenerstwo bowiem to profesja jak każdy inny zawód wykonywany w sferze usług. Sutener jest takim samym pośrednikiem jak choćby firma kurierska będąca pośrednikiem pomiędzy nadawcą przesyłki a jej odbiorcą. I pobiera za to stosowne opłaty. Jeszcze bardziej do sutenerstwa zbliżona jest branża hotelowa, która podobnie jak Banaś użycza swoich pomieszczeń również dla uprawiania rozrywek w celach raczej nieprorekreacyjnych, a ewentualna prokreacja może być tu jedynie efektem ubocznym. Różnica jest taka, że hotel wynajmuje pokoje na dobę a Banaś tylko na godziny i przez to jest tańszy. I nie musi, wzorem tanich linii lotniczych, oferować posiłków.

Należy też nadmienić, iż cała działalność burdelowa jest w Polsce w zasadzie legalna tyle, że pod pruderyjnym płaszczykiem ukryta jest nazwa agencji towarzyskiej zamiast nazwania tego po imieniu: po prostu zwykły burdel. Warto też zauważyć, że cały ten proceder odbywa się na zasadzie dobrowolności. Faceci sami chcą się bzykać z kobietami a te na ogół nie są do tego przymuszane. Bo i po co, skoro można na tym zarobić. A że przy okazji komuś wpadnie kasa za pośrednictwo to jest to normalna procedura akceptowana przez obydwie strony. Jest też w tym pewien aspekt humanitarny. Zamiast gzić się w krzakach ryzykując ulewę czy gromy z ciemnego nieba czy też na klatce schodowej narażając się na nieoczekiwane spotkanie z plotkarską sąsiadką lub nie daj boże z żoną czy mężem lepiej i bezpieczniej jest uprawiać seks w kulturalnych warunkach o czym powinno się wykładać w szkołach w ramach edukacji seksualnej.

Szewc Fabisiak oczywiście dostrzega, że pewne panie decydują się na uprawianie prostytucji z chęci wyrwania się ze stanu ubóstwa a niektóre nawet w tym celu wojażują zagranicę. Jednak mimo wszystko jest to ich świadomy wybór. Wyjątek stanowi stosowanie przez gangi przymusu wobec kobiet a także zmuszanie do prostytucji nieletnich. Są to jednak przestępstwa kryminalne stanowiące pewien procent całości, podobnie jak tylko niewielki odsetek sędziów kradnie drukarki.

Biorąc powyższe po uwagę, szewc Fabisiak jest zdania, że pan Banaś zamiast opowiadać mało wiarygodne dyrdymały o wynajmowaniu pokojów dla utrudzonych podróżnych pragnących sobie odsapnąć przed wsiąściem do pociągu powinien był otwarcie powiedzieć o swoim sutenerstwie, które w końcu nie jest żadną przywarą tylko zwyczajną komercją będącą nieodłączną cechą gospodarki rynkowej. Oświadczając to Banaś wprawdzie nie zyskałby sobie przez to aplauzu zarówno wśród świętoszkowatej rządzącej prawicy, o kościelnej hierarchii nie wspominając, ani pruderyjnej opozycji, co praktycznie i tak nie miałoby żadnego znaczenia, bowiem i tu i tam ma już przechlapane.

Skoro już jesteśmy przy temacie sutenerstwa, to warto zwrócić uwagę na to jak ta sprawa wygląda za wschodnią granicą. Kiedy w czasach ZSRR nocowało się w hotelach, to na każdym piętrze urzędowała czujna etażnaja, której zadaniem było niewpuszczanie prostytutek do hotelowych pokoi. Oczywiście do momentu, kiedy nie dostała w łapę. Co poniektórym udawało się brać podwójnie – i od klientów i od panienek. Kiedy szewc Fabisiak znalazł się w hotelu już w niepodległej a jakże Ukrainie, to zauważył zjawisko odwrotne. Teraz to etażnyje dostawały kasę od prostytutek nie tyle za możliwość wejścia do hotelu co za obcowanie z klientem, którego im etażnaja naraiła. Tym samym etażnyje z przekupnych strażniczek moralności stały się normalnymi sutenerkami biorąc kasę już nie za moralność, lecz za komercję. Czy w jednak tym celu trzeba było rozwalać Związek Radziecki? – pyta szewc Fabisiak.

PRL jako sztuczka erystyczna nr 32

Liberalni krytycy PiS-u często ujawniają swoją bezradność w bezskutecznej krytyce. Trochę to zrozumiałe, ponieważ jak ujawnił Kaczyński, posiada on rację całkowitą a ta, co oczywiste nie podaje się krytyce.

Po drugie krytyka trafiać może jedynie do ludzi, jak Kartezjusz, przynajmniej trochę wątpiących.

Skoro liberalna krytyka PiS- jest bezskuteczna, zarówno ta racjonalna jak i ta, próbująca odwoływać się do emocji, pozostają jedynie chwyty erystyczne. One mogą odnieść jakiś skutek o ile będę się odnosić do podmiotu ocenianego skrajnie negatywnie a związek pomiędzy przedmiotem krytyki a negatywnym porównaniem uda się uzasadnić audytorium.

Jak widać liberalnym krytykom pozostaje już tylko odwołanie się do PRL. Jest to na tyle częste, że można wysnuć wniosek, że stało się powszechną praktyką. Każde niemal działanie Rządu PiS jest przyrównywane do PRL. Nieliczni, goszczących na łamach mediów eksperci, socjolodzy, politolodzy wskazuje inne inspiracje i inne możliwości porównywania Państwa PiS.

Nie pewno są one bliższe ideologom PiS. Nieprzypadkowo porównuje się dobrą zmianę do Salazarowskiej Portugali. Nieprzypadkowo wątki nacjonalistyczne sięgają drugiej Rzeczypospolitej, która nawet jeśli nie była po roku 1935 brunatna, to na pewno nie była różowa. Jednak większości publicystów albo to nie przekonuje, albo nie wydaje się użyteczne. Wolą odwoływać się do porównań z PRL

Tymczasem dzień codzienny PRL – szczególnie po roku 1956 – nie był wcale zły.

Dla niektórych zjadaczy zwykłego chleba, który dla nich przestał być czarny, to były czasy dobrobytu i spokoju i to nie w porównaniu do czasów wojny ale właśnie w porównaniu do II RP. W porównaniu z II RP to był czas dobrobytu, wolności, spokoju i rozwoju. Emancypacji społecznej nieporównywalnej z żadnym okresem.

W III RP dominuje brak poczucia bezpieczeństwa, społeczne nierówności oraz intelektualna degrengolada. Wskazują na to badania społeczne nawet, krytykowana często za propagandę sukcesu „Diagnoza Społeczna”

PRL dla PiS była zbyt porządna i praworządna, zbyt wyrównana i równościowa. Władze liczyły się z opinią publiczna, a nawet z tą opozycją, której istnienia nie uznawały.

Słusznie, tym razem, piszą PiS-meni że taki Trybunał Konstytucyjny, rzecznik praw obywatelski to PRL-owskie wynalazki. PRL chciała się podobać społeczeństwu. Nawet jeśli trochę udawała. I nawet jeśli te wynalazki pochodzą z okresu, którzy dziś uznajemy za schyłkowy. Bo wprowadzając te instytucje rządzący PRL-em wcale nie myśleli o tym, że będą one funkcjonować w zupełnie innych realiach politycznych.

PiS nie musi udawać i nie chce. Polityki PiS z PRL-em nic nie łączy. Co najwyżej niektórych polityków. PRL dawała im wykształcenie ale oni wzięli tylko dyplomy. Nie bez powodu ideolodzy PiS wzdychają za Pinochetem, Margaret Thatcher, Reaganem i żołnierzami wyklętymi.

W tym kontekście bardzo dziwnie wygląda, gdy politycy utożsamiani z III RP oraz rządzące dziś PiS, wyrywają sobie nawzajem tradycje Solidarności. W warstwie postulatów i oczekiwań nie mając nic wspólnego z nadziejami robotników z 1980 roku. Tamci domagali się bardziej demokratycznego socjalizmu.

Zaś III RP przyniosła neokolonialny turbo kapitalizm. A nadchodząca IV marzy o bliżej nieokreślonym narodowym gospodarczym mocarstwie, oczywiście też kapitalistycznym.

Zakładam się, że gdyby robotnicy Szczecina i Gdańska wiedzieli co będzie skutkiem ich strajków, nigdy by ich nie zrobili. Nie mówiąc już o górnikach z Jastrzębia.

Nie mamy wiec recydywy PRL-u Mamy próbę sanacji Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Prezesa. Ani to ludowe, Ani socjalistyczne. Nie pachnie dyktaturą Proletariatu, prędzej przypomina rządy Admirała Horthego, Salazara. Taka mała dyktatura, małego człowieka.

I wzrost nie ma tu nic do rzeczy.

Tusk, TVN, lewica

Muszę przyznać, że podziwiam próbę PiS-u żeby choć troszeczkę zerwać się z amerykańskiej smyczy i uwalić amerykański TVN. Zabawne jeszcze bardziej, że robi to partia, która zainstalowała w Polsce amerykańskie wojska i bazy…

No i jeszcze śmieszniejsze, że to oznacza albo zbliżenie do Rosji, albo dalsze osuwanie się w zapyziały nacjonalizm i tępy konserwatyzm.
Kaczyński, jak widać wyczaił, że USA niespecjalne zależy na skrajnej, homofobicznej prawicy i jej wspieraniu. No to spróbuje teraz być sam przeciw wszystkim, zrobić tu full erdoganizm na odciętej, oblężonej wyspie-twierdzy. Ale nic z tego na szczęście nie będzie.

Tak samo, jak nic nie będzie z planów Tuska. On z kolei chcecywilizować polski konserwatyzm i katolicyzm, zrobić z siebie PiS+. Realnie cały program Tuska nie różni się praktycznie niczym od PiS-owskiego poza różnicą na poziomie kultury politycznej. Należy spokojnie na to patrzeć i przede wszystkim zająć się sobą.

Ani wyzysk, ani katastrofa klimatyczna, ani konieczność doinwestowania usług publicznych, ani odcięcie kleru od finansowania ze strony państwa nie znajdą przez liberalizm rozwiązania. Tto też jednak istotna lekcja dla uciekającej od socjalizmu lewicy marzącej o byciu centrum na tym polu zawsze pojawi się jakiś Tusk i was pokona. Lewica tylko mocno czerwona.

Czemu cieniu powracasz?

Powroty bywają męczące. Coś o tym wiem. Ostatnio wracałem do domu z Rzeszowa i do tej pory dochodzę do siebie. Kiedyś jedna z grup młodzieżowych wracała z Łowicza do Warszawy przez 18 godzin. A całkiem niedawno premier Tusk wrócił na łono partii. Dumam sobie od dni paru, czy coś z tego będzie.

Żeby Donald Tusk nie miał za łatwo na nowej-starej drodze życia, PiS odpowiednio się o to zatroszczył na początku tygodnia. Sławomir Nowak dostał nowe-stare zarzuty łapówkarskie. Na konferencji prasowej, prokurator, punkt po punkcie odnosił się do każdego, wykazując dowody w postaci pochowanych po szafach pieniędzy. Nazbierało się tego 4 mln złotych. Inna rzecz, że zarzuty ukraińskiej strony mówią o dużo większych defraudacjach. Sprawa z Nowakiem jest rozwojowa. Zakończy się zapewne skazaniem, chyba że Nowak da PiS-owi na tacy głowę samego Tuska, w co raczej nie wierzę. Chociaż, z drugiej strony, Nowaka sypnęli ponoć jego współpracownicy, dociśnięci w śledztwie, więc kto wie. Napisałem nawet w tej sprawie wiadomość do jednego z byłych, wpływowych polityków PO, że wobec tego co się zadziało i czego dowiedziała się opinia publiczna, skazanie Sławomira N. jest bardziej niż pewne. Nic nie odpisał.
Sondaże po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki dalekie są od hurraoptymizmu. Mimo że całkiem dobre, to nie rewelacyjne. Stara gwardia przybocznych w PO wierzy w charyzmę szefa, ale nowi, młodsi, zdążyli już się oswoić z Trzaskowskim jako liderem. Borysa Budki, oprócz najbliższych partyjnych współpracowników i najbliższej rodziny nikt specjalnie nie uważał, a może i szkoda, bo to postać w polskiej polityce nietuzinowa. Tak czy inaczej, dostało mu się od Tuska i Trzaskowskiego, po informacji, że Budka kluczył w sprawie wspólnego spotkania w sześcioro oczu, które miał zaproponować Tusk, nie chcąc dopraszać nań prezydenta Warszawy. Po tej akcji nikt przez dłuższy czas nie spojrzy nań przychylnie, choć, oczywiście, mozolną pracą może się znowu wspiąć wyżej niż jest, tak jak ongiś Nowak.

Czy wobec takiego obrotu spraw i zwrotnej informacji, że sama osoba Donalda Tuska i jej powrót wcale nie gwarantują Platformie i opozycji sukcesu w walce z PiS-em, może coś z tego być? Odpowiedź tkwi w samym Donaldzie Tusku, który przez lata brukselskiej banicji wewnętrznie się przepoczwarzył, lub przynajmniej, sprawiał takie wrażenie. Znacznie bardziej energiczny, jeszcze bardziej pewny siebie, umocniony i obyty światowiec. W porównaniu do prezesa Kaczyńskiego to niebo i ziemia. Ale cały czas gotów do intryg i szczucia jednych na drugich, jak to polityk. W książkach na temat samego Tuska i jego kariery można wyczytać, że do perfekcji opanował on przez lata umiejętność podkupywania sobie atencji i wdzięczności jednych kosztem drugich. Potrafił np. spotykać się z osobą A. której nadawał na osobę B. żeby za chwilę spotkać się z B. i odwrócić sytuację. A kiedy pragnął wyeliminować kogoś ze swoich politycznych ścieżek, najczęściej sięgał po zauszników i przeprowadzał swoje dintojry w białych rękawiczkach. Pytanie, które wyborcy, przyszli i niedoszli, Donalda Tuska winni sobie dziś zadawać, winno brzmieć: czy szef PO nadal to potrafi, czy może już się tego wyzbył i potrafi grać czysto? Jeśli pobyt brukselski zmienił go na tyle, że pozbył się balastu „wilczych oczu” to już dobrze, bo jakżeż tu ufać komuś, kto potrafi drugiego utopić w łyżce wody za krzywy uśmiech czy damski członek. Po prostu nie godzi się. Ze zwykłej przyzwoitości.

Z drugiej jednak strony, jeśli Tusk postradał swój przyrodzony zmysł łowcy, bo ktoś spiłował mu kły na obczyźnie, może to niezbyt dobrze wróżyć na przyszłość w zbliżającej się walce z Kaczyńskim o kolejną kadencję w Sejmie. Ważną składową wpływu Tuska na Platformę i polską politykę jako taką będzie również dobór najbliższego, politycznego otoczenia. Jeśli bowiem zostanie przekonany do tego, żeby postawić na nowe twarze, poprzyklejane od Petru czy Nowackiej, charaktery mogą nie zagrać i niewiele się uda. Nie wiadomo też, czy wewnętrzna opozycja pozwoli mu na sięgnięcie po starych znajomych z pola boju, bo ten ruch pewnikiem odbije się n paskach TVP. Bo na pewno nie TVN-u, którego niebawem może nie być, choć osobiście nie wierzę w taki scenariusz. Kaczyński po raz kolejny wypuszcza próbny balon, żeby ten rozgonił czarne chmury. Choćby tą, wartą ponad 250 mln. Za respiratory od handlarza bronią z Lublina. Ale przecież cóż to niby za afera? Nie było respiratorów, nie było kasy to i równie dobrze może nie być śledztwa.