Bigos tygodniowy

Powstał nowy tzw. rząd PiS, ale tak naprawdę struktura ta na miano rządu nie zasługuje. To w najlepszym razie Administracyjna Rada Wykonawcza, która w większym jeszcze stopniu niż w poprzedniej kadencji działać będzie na rozkazy i polecenia Przewodniczącego Mało czy Zaplutego Karła Reakcji oraz jego najbliższej kamaryli. Szefem ARW został jak do tej pory Młody Morawiecki.

Na placu Piłsudskiego w Warszawie odbyła się uroczystość z okazji 9 rocznicy 7 miesięcznicy (tak to chyba trzeba liczyć – jak n.p. godzina 12 minut 30?) katastrofy smoleńskiej. Obok sekty smoleńskiej i pisowskich oficjeli na plac przybył też czołg Lotnej Brygady Opozycji pod dowództwem Arkadiusza Szczurka. Czołgiem kierował niepełnosprawny na wózku, odziany w hełmofon. Czołg, mimo, że miniaturowy i z lekkich materiałów wykonany (ale z groźnie i dumnie sterczącą lufą), nie został jednak dopuszczony do pełnej bliskości z uroczystością, choć nie dysponował ostrą amunicją. Jednak pisiorskie media z TVPiS na czele podniosły larum z oburzenia. Andruszkiewicz Adam domaga się „surowego ukarania” wykonawców owego czołgowego rajdu. Jak? Wsadzenia tego niepełnosprawnego do mamra? PiS i reszta prawolstwa wielu być może rzeczy może się nauczyć, ale jednego nigdy, ale to nigdy w życiu nie da rady sobie przyswoić – poczucia humoru, bo do tego niezbędna jest szczypta kultury, a z tym związany jest dystans do siebie i zdolność do nietraktowania wszystkiego dosłownie, wynikająca z umiejętności myślenia abstrakcyjnego. A przecież Jarosław Hasek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wykpił wojsko do spodu, a Czechy nadal jakoś istnieją. A poza wszystkim – jaka byłaby wartość wojska, które mogłyby ulec osłabienia przez checheszki? Rzeczywiście musiałoby być wojskiem z tektury i paździerza.

Nawchłaniałem się 11 listopada nacjonalistycznego smogu, jak to trafnie określono, mimo że trzymałem się z dala od tzw. „Marszu Niepodległości”, którego tegorocznym emblematem była zaciśnięta pięść owinięta różańcem jak kastetem. Prawdę mówiąc bardzo to trafny emblemat tego, o czym mówię i piszę od lat i co naprawdę istnieje: polskiego klerofaszyzmu. Uczestniczyłem w warszawskim, pogodnym nieagresywnym, pełnym muzyki marszu antyfaszystowskim, który przeszedł od placu Unii Lubelskiej do placu Trzech Krzyży. Choć jednak szliśmy daleko od tzw. Marszu Niepodległości ryki tłumu „patriotów” i odór dymów z rac stamtąd dochodziły. Wielu tych nagrzanych alkoholem, agresywnych, hałaśliwych patriotów można było napotkać na mieście, na ulicach i w komunikacji miejskiej. PiS dał żulii do ręki „patriotyzm” jako pałkę do wymachiwania i bicia. To pierwszy z historii Polski przypadek, gdy margines społeczny i żulia przejęły rolę awangardą państwowego patriotyzmu. O znacznej części fizjonomii najbardziej aktywnych w tym okropnym Marszu mawiało się kiedyś, że kogoś takiego nie chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. Przez nich od kilku lat czuję się w Warszawie jak w oblężonym mieście. Novum tegorocznym było pewne zdystansowanie się PiS od „Marszu Niepodległości”. Nie pojawił się też Duda Andrzej. No cóż, w zeszłym roku podlizywali się skrajnej prawicy, licząc na jej wyborcze głosy. Dziś, po wejściu do Sejmu Konfederacji już sobie Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji uświadomił, że wyhodował na własnej karmie Golema, który ich podgryza, a na własnej piersi węża, który ich kąsa.

Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji wysunął do Trybunału Konstytucyjnego Pawłowicz Krystynę, Piotrowicza Stanisława i Chojnę-Duch Elżbietę. Jak zachowa się Pierwszy Katolicki Maminsynek, Ministrant i Oportunista Rzeczypospolitej – klepnie wskazanych czy też zachowa się tak, jak czasem robią prymusiki-maminsynki? Tacy jak on, urodzeni ministranci, zawsze słuchają Tatusia, Mamusi, Księdza Katechety i Surowego Wujaszka, a później i Żonki-Pieczonki, a rączki zazwyczaj trzymają na kołdrze, ale czasem zdarza im się wymuszone, desperackie przyłączenie do szkolnego wybryku klasowego i od czasu doi czasu idą na wagary. To jest właśnie psychologiczny przypadek Pierwszego Katolickiego Maminsynka, Ministranta Oportunisty Rzeczypospolitej.
Ćwierćinteligent z tytułem profesorskim i w randze wicepremiera-ministra kultury, na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie mianował fanatycznego nacjonalkatola, niejakiego Piotra Bernatowicza, który ogłosił „koniec lewackiej dyktatury w sztuce”. Jednak nie ten policzek wymierzony środowiskom artystycznym godny jest zdziwienia. Godna zdziwienia ( a może już nawet nie?) jest treść i ton reakcji na to ze strony dotychczasowej dyrektorki CSW Małgorzaty Ludwisiak. Dała przykład charakterystycznej mowy nijakiej, pseudobezstronności, niezdolności do huknięcia pięścią w stół i nazwania rzeczy po imieniu. Taką to nijakością, bezbarwnością ideową i oportunizmem elity liberalne oddawały krok po kroku pole społeczne radykalnej, bezwzględnej katoprawicy i klerofaszystom. Podlizywały się jak Stomil i Wuj Eugeniusz Edkowi z mrożkowego „Tanga”, ale on i tak wziął ich za mordę.

Prawolstwo wrzeszczy pod niebiosa z powodu „wojny wytoczonej żołnierzom wyklętym”. Gruba przesada, ale niech się lepiej zastanowią, czy nie oznacza to początku końca biernego społecznego przyzwolenia na trzydziestoletnie zawłaszczanie przestrzeni publicznej tworami „symboliki” bliskiej skrajnym nacjonalistom. Czy ludzie już po prostu nie zaczynają mieć tego dość, po uszy? Podobnie z napadami na księży czy niedawną próbą podpalenia kościoła w Poznaniu. Stanowczo ni e pochwalam takich aktów, ale może ktoś zastanowi się skąd się ta fala wzięła? Czy nie z odreagowywania wieloletniego upokorzenia wynikającego z butnego panoszenia się kleru w sferze życia publicznego? Czy to nie brutalna odpowiedź na kleszą pychę i chciwość? Już fizyka uczy że siła reakcji na bodziec odpowiada sile bodźca. W telewizyjnej pisowskiej Jedynce pokazali 11 listopada film o rotmistrzu Pileckim. Wprost trudno uwierzyć, że można wyprodukować taki piramidalny, tandetny, nieudolny pod każdym względem, paździerzowy, łzawy kicz pseudopatriotyczny.

Chłodnym okiem

Czy warto mówić o polityce, nawet w czasie przeszłym?

Dla kogoś takiego jak piszący te słowa, zajmującego się polityką na co dzień, od rana do późnego wieczora, jako publicysta-obserwator-komentator, kontakt z książką poświęconą materii, którą się obserwuje na bieżąco, wcale nie jest wymarzoną gratką. Może nawet zrodzić się refleksja, że „co za dużo, to niezdrowo”. Lektura książki, odróżnieniu od lektury gazety czy obserwowania mediów elektronicznych w poszukiwaniu informacji i komentarzy politycznych ma przynieść innego rodzaju satysfakcję, estetyczną, osobistą, wytchnienie.
Czy warto więc znów sięgać po problematykę stricte polityczną, którą przepełnione są media, by dostać kolejną porcję gazetowego, medialnego niepokoju? A jednak książkę dwóch wytrawnych i bardzo doświadczonych publicystów politycznych tygodnika „Polityka”, Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki koniecznie trzeba przeczytać, jeśli się chce tę magmę polityczną otrzymywaną każdego dnia lepiej przetrawić, uporządkować, lepiej zrozumieć. Walor tej książki polega nie na odkryciu przed czytelnikiem nowych faktów – wszystko to, o czym piszą autorzy znamy – w sferze faktów – z bieżących serwisów. Jej walor polega natomiast na tym, że zamiast syntezy napisanej już po 12-leciu 2007-2019, a więc z pozycji wiedzy następczej o sensie i kierunku zdarzeń, Janicki i Władyka zaprezentowali teksty pisane w ciągu tych lat, pisane współcześnie zdarzeniom, a więc bez wiedzy o tym, co się zdarzy. To nadaje im walor dokumentów czasu rzeczywistego, a nie analiz i ocen post factum, z perspektywy zyskanej wiedzy.
Janicki i Władyka rozpoczynają swoją książkę od rozdziału „Dokąd zmierza Jarosław Kaczyński”, czyli od rozpisania mapy zagadnienia, a następnie, tekstami pisanymi latach 2007-2019, precyzyjnie, krok po kroku, analizują proces „narodzin potwora”, systemu PiS, od skromnych początków i relatywnie skromnych celów, do dzisiejszej potęgi i hegemonii. To zapis „ciągu technologicznego” produkcji partii, której początki kontrastują z dzisiejszą potęgą jak w przypadku żadnej innej partii politycznej w Polsce. „To jest najlepszy czas na lekturę tej książki. Zbliżamy się do wyborów, które na długie lata, może na pokolenie, określą warunki życia w Polsce. Ustawią nasze relacje z władzą, między nami samymi, z sąsiadami Polski, ze współczesnym światem. (…) I albo potwierdzimy, że staliśmy się częścią Zachodu ze wszystkimi jego kłopotami, wątpliwościami, autokrytycyzmem, ale też wartościami, aspiracjami, racjonalnością – albo zdecydujemy się kontynuować trwający od 4 lat eksperyment ustrojowy: budowę autorskiego państwa Jarosława Kaczyńskiego” – tak, w eleganckich słowach, we wstępie, definiuje sytuację Jerzy Baczyński.
Ja bym ten dylemat sformułował w znacznie ostrzejszych słowach. Na pewno jednak ma on rację, gdy pisze, że „to najlepszy czas na lekturę tej książki”, jeśli chce się z nią zapoznać jako z książką współczesną. Dlatego i ja rekomenduję tę lekturę tu i teraz. Jednak po 13 października jest ona już tylko – choć cennym – dokumentem z zakresu historii publicystki politycznej.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata. Dokąd prowadzi Polskę Jarosław Kaczyński”, Wydawca „Polityka”, Warszawa 2019, str. 369, ISBN 978-83-64076-91-6 22/457 60 37-38

Flaczki tygodnia

Cztery lata temu PiS sięgnął po władzę w „bogatym kraju biednych ludzi”. Gdzie ponad 1,5 miliona pracujących ledwo przekraczają pułap płacy minimalnej. A pensje w mikrofirmach wahają się w granicach 2,6 – 2,8 tysiąca brutto.
Wtedy elity PiS dały nadzieje lepszego jutra tym najbiedniejszym. Zręcznie zrywając z liberalnymi dogmatami, że najpierw akumulacja kapitału, potem transfery socjalne.
Czyniąc z programu 500+ sztandar nowej polityki społecznej.

„Wygrywając wybory PiS obiecał rozwiązać trzy główne problemy, które neoliberalna transformacja zrodziła w Polsce.
Te problemy to: teoretyczne państwo, elastyczny rynek pracy z bieda-płacami, oraz słabnąca wspólnota jako następstwo pogoni za sukcesem materialnym”, pisze profesor Tadeusz Klemensiewicz w „Dzienniku. Gazeta Prawna”.
I zauważa, że „im dłużej trwa władza prawicy tym bardziej osią systemu rządów staje się scentralizowane państwo, relacje pracodawca – pracobiorca przypominają przedwojenny korporacjonizm, zaś wspólnota narodowa jest lepiona przez tradycjonalizm kulturowy Kościoła”.
I dodaje: „Jednak król jest nagi – rządzący nie mają programu, który by wpisywał narodową strategię dalszej modernizacji kraju w procesy ewolucji EU, światowej gospodarki i ograniczanie kryzysu ekologicznego”.

Rzeczywiście, pan prezes Kaczyński proponuje nam przyszłą Polskę przypominającą XX wieczną Hiszpanię generała Franco, a jeszcze bardziej Portugalię Salazara.
Polski skansen, który okopie się w narodowo-katolickiej wspólnocie i stworzy autarkiczną gospodarkę odporną ponoć na wszelkie choroby znienawidzonej globalizacji.

Państwo polskie wedle obietnic pana prezesa Kaczyńskiego przestanie być „teoretyczne”.
Ale w rzeczywiści przestaje takim być tylko w sferze opresyjnej. W sferze rozciągającej się coraz szczelniejszej kontroli nad obywatelami. Zwłaszcza tymi wyjętymi przez elity PiS spoza wspólnoty narodowo-katolickiej.

Cnotą sprawnego państwa polskiego, wedle pana prezesa, będzie skuteczność w ściąganiu podatków. Zwłaszcza walka z wszelkimi „mafiami VAT-owskimi”. Wszelkimi nieuczciwymi biznesmenami.
Jednak w tle gromkich zapowiedzi rośnie grupa korporacji i firm całkowicie zwolnionych z podatkowych obowiązków. Wiemy już, że na rozkaz administracji USA, rząd polski zdecydował, że amerykańskie, wielkie korporacje opodatkowane nie będą.
Propagandowo pro-podatkowy rząd pana premiera Morawieckiego nie chce też przyłączyć się do europejskiego grona walczącego z „rajami podatkowymi”. A przecież to tam transferowane są pieniądze ukradzione polskiemu państwu przez mafie VAT-owskie.

I wreszcie państwo pana prezesa Kaczyńskiego, tak gromko gardłujące o potrzebie wspomagania najbiedniejszym, zupełnie nie dba o progresję podatkową. Pozwala aby w naszym kraju ci najbogatsi płacili realnie najmniejsze podatki.
Aby na wszelkie programy +, na kolejne „piątki Kaczyńskiego” i jego propagandowe „ hattricki” składały się przede wszystkim miliony najbiedniejszych obywateli naszego kraju ze ściąganych przez nich podatków.

Warto ciągle przypominać, że polski kościół katolicki płacił symboliczne podatki. W zamian zyskuje i zyskiwać będzie gigantyczne dopłaty z budżetu państwa.
Czyli kieszeni najbiedniejszych.

Państwo Kaczyńskie zebrane podatki przeznacza z wielką propagandową pompą na świadczenia pieniężne. Zwykle skierowane do ważnych dla siebie grup wyborców.
Wedle prezesowych obietnic każdy w Polsce dostanie, lub będzie miał obiecane, po te cztery tysiące.
I potem niech każdy stworzy sobie swoje państwo dobrobytu.

Państwo pan prezesa Kaczyńskiego nie będzie rozwiązywało najpoważniejszych problemów społecznych. Nie ma obietnic programów reformy służby zdrowia. Bo i po co, skoro każdy zasługujący na przynależność do narodowej wspólnoty dostanie jakiś pieniężny transfer. I wyda go wedle swych potrzeb.
I tak chorzy wykupią sobie dodatkowe pakiety w prywatnych placówkach służby zdrowia. Przestaną obciążać umierającą państwową służbę zdrowia.
Zdrowi otrzymaną gotówkę przeznaczą na wakacje, w Polsce rzecz jasna, bo patriota odpoczywa tylko u siebie.
Albo na zakupy w dyskontach. Posiadanych przez zagranicznych właścicieli – niestety.
Te obiecywane tysiące można też przeznaczyć na korepetycje dla dzieci, na zajęcia dodatkowe dla nich, i tym sposobem niwelować słabości publicznej oświaty.
Można kupić sobie samochód sprowadzony z Niemiec i uniezależnić się od nierealizowanego, choć obiecywanego programu „PKS w każdej gminie”.

Transfery pieniędzy poprzez rzeczywiste i obiecywane programy pozwalają utrzymywać niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia, socjalnych. Bo elity PiS podnoszą wynagrodzenia tylko wybranym pracownikom ze sfery budżetowej. Swoim.
O systemowych podwyżkach dla pracowników tworzących sprawne państwo polskie mowy nie ma.

„Flaczki” proponują abyśmy przestali operować w Polsce pensjami brutto, czyli przed opodatkowaniem, a stosowali pensje netto. Czyli tyle, ile pracownik dostaje „na rękę”. To pokazuje prawdziwe zarobki pracownicze. Tak też jest w cywilizowanych państwach Unii Europejskiej.

Bigos tygodniowy

Prezes wystąpił na konwencji PiS w Lublinie z tzw. „hattrickiem” kolejnych obietnic finansowych. Istny paroksyzm. W głowie mu się już miesza od tej żądzy władzy i lęku przed jej utratą. Jak Neron gotów jest podpalić „Rzym”, byle tylko rządzić dalej. Jestem człowiekiem lewicy, więc szczerze i przekonaniem doceniam znaczenie oraz potrzebę sensownego socjalu, ale są granice, jak mówił Ribbentrop do Mołotowa. Oni naprawdę poprowadzą Polskę do Aten i Caracas.

À propos klimatów totalniackich. Lubelska konwencja PiS rozpoczęła się od uroczystego hołdu i podziękowania złożonego „panu prezesowi i panu premierowi” za „pińcet plus” przez wzorcową, wielodzietną rodzinę polską. Stali na baczność jak pionierzy przed Stalinem, jak wzorowa niemiecka rodzina przed Hitlerem. Ojciec rodziny wygłaszający wiernopoddańczą mowę oświadczył, że dzięki „pińcet plus” mogli sobie kupić domek z ogródkiem. Aż tak spadły ceny nieruchomości na Lubelszczyźnie?

Nieoczekiwana zamiana miejsc między Grzegorzem Schetyną a Małgorzatą Kidawą-Błońską czyli roszada pałacowa na szczytach Platformy Obywatelskiej. Król Pik ustąpił Damie Kier. Z punktu widzenia kulturowo-estetycznego i pijarowego to dobry ruch, ale czy tej partii realnie pomoże? To jednak mocno za późny ruch, by wystarczająco oswoić lud peowski z Damą na czele. Plus dla „Króla Skorpiona” za realizm.

Michał Rachoń, Michał Adamczyk, Jacek Łęski – ci trzej pracownicy TVPiS mieniący się dziennikarzami, w najmniejszym stopniu nie zasługują na to miano. Włączając się czynnie w akcję hejterską przeciw sędziom po stronie PiS, sami skreślili się z listy dziennikarzy i potwierdzili, że nazywanie ich od prawie trzech lat funkami PiS w rządowej telewizji bynajmniej nie było na wyrost.

Nie mogę nie napisać, że z tym szambem, które wlało się do Wisły w Warszawie, to niestety skrewiła Platforma Obywatelska, i to jeszcze w poprzedniej kadencji, oddając do użytku wadliwą technicznie oczyszczalnię ścieków. I nie zmieni tego fakt, że PiS to politycznie wykorzystuje. Musiałem to napisać, bo przecież gdyby teraz Warszawą rządziła ekipa Jakiego, darłbym się przeciw niemu wniebogłosy.

Kempa Becia nakrzyczała na Fransa Timmermansa i porównała go do „sowieckiego komisarza”. Zaleciłbym tej pani zimny kompres na głowę i podwójny walused na uspokojenie.

Zastanawialiście się nad przyczynami przyspieszenia przez PiS terminu wyborów? Chęć utrudnienia rozwinięcia skrzydeł opozycji? Na pewno. Maksymalne wykorzystanie kampanijnych atutów i organizacyjnych przewag partii rządzącej? Owszem i to, ale jeszcze coś. PiS chce „zdążyć przed zmrokiem”. Chodzi o to, by wybory odbyły się zanim zapanuje szybki zmierzch. Uczniowie, nauczyciele i rodzice, którzy będą wychodzić (lub przyprowadzać swoje dzieci) do szkoły, gdy jeszcze jest ciemno i wychodzić ze szkoły, gdy już jest ciemno, to nie byłyby (generalnie) źródła prorządowych nastrojów.

À propos „zdążyć przed zmrokiem”. Rozsądnie myślący rodzice powinni być tej jesieni przygotowani (i to nie tylko psychicznie, ale organizacyjnie) na inwazję klerykałów, którzy z poduszczania szemranej organizacji Ordo Iuris noszą się z zamiarem opanowania rad szkolnych.

„Polski Fouché”, mroczny osobnik o „duszy demona i twarzy trupa”, objął władzę nad całym polskim aparatem policyjnym. Przejął ją rąk groteskowego, cepeliowskiego prostaczka od konfetti i policjantów z anielskimi skrzydłami.

W Szczecinie pisiorstwo ma pretensje, że upamiętniane są tam tradycje niemieckie a nie polskie. N.p. zrekonstruowano pomnik Fryderyka II i postawiono go… nie, nie, spokojnie, nie na placu w centrum miasta ani na wałach Chrobrego, ale w tamtejszym Muzeum Narodowym, w lapidarium pod szkłem, jako eksponat. A jakie tradycje mają być tam upamiętniane, jeśli nie niemieckie, w tym mieście niemieckim (Stettin) od początku istnienia przez tak liczne wieki? Nie przesadzajmy, że przez siedem dekad Polacy stworzyli swoją alternatywną historię tego miasta. Owszem, za kilkaset lat, jak dobrze pójdzie… Niedouków pisowskich denerwuje też pomnik XVI-wiecznego kondotiera Colleoniego. Dziwią się, skąd w Szczecinie ten Colleoni. Ano z kultu kultury włoskiej silnie w XIX wieku w Niemczech i Europie rozpowszechnionego. Do podręczników zajrzeć!

Generał jezuitów Arturo Abascal oświadczył, że diabła osobowego nie ma, że to tylko konstrukt myślowy. A przecież tylko 20 procent Polaków ufa kościołowi kat., 20 procent nie ufa, raczej nie ufa – 15 procent, 20 procent raczej ufa. Czyż to nie dowód na to, że diabeł nie tylko istnieje, ale też nie śpi?

Czego Kaczyński nie powiedział

Dwie rzeczy ważne powiedział w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.

Pierwsza to ta, że roztoczył przed rozentuzjazmowanym tłumem apokaliptyczną wizję homoseksualnych i ateistycznych bojówek, które sterroryzują zwykłych, spokojnych polskich katolików. Chcą one „wedrzeć się do naszych rodzin, do naszych szkół, przedszkoli i naszego życia. Oni chcą odebrać nasze świętości i nasze prawa”.
Staram się sobie wyobrazić te bandy dyszących mordem homoseksualistów, które jak już się wedrą do rodzin (?), szkół, przedszkoli i naszego życia (?) i wtedy… No właśnie, i co wtedy? Przymuszą do aktów homoseksualnych dziatwę i dorosłych heteryków? Zadekretują niewiarę w Boga, wywołają wymioty na myśl o pójściu do kościoła? Naprawdę Kaczyński w to wierzy? Wątpię. Bardziej prawdopodobne, że wierzą w to jego wyborcy, ponieważ od tak dawna PiS i powolne mu media tworzą atmosferę oblężonej twierdzy, że ludzie i tak już dostatecznie skrzywdzeni przez 30 lat bandyckiego kapitalizmu, chętnie uwierzą, że są ofiarami zmowy ciemnych sił. Są, owszem, ale nie tych, które tak przekonująco rysował w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.
Drugą ważną rzeczą, którą wypowiedział Jarosław Kaczyński jest jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie dla arcybiskupa Jędraszewskiego. Powiedział: „Jestem ogromnie wdzięczny abp. Markowi Jędraszewskiemu za to, że w słowach zdecydowanych ujął ten problem. Powiem z tego miejsca: jesteśmy tobie ekscelencjo z całego serca wdzięczni”. Ta czołobitna deklaracja skierowana była nie do człowieka przecież, tylko dla jego jątrzących i pełnych agresji jego słów pod adresem ludzi, różniących się od zadekretowanego przez ortodoksyjnych katolików wzoru ludzkiego osobnika. Kaczyński poparł tym samym tę część polskiego Kościoła katolickiego, która ma chciwy pysk pazernego klechy, trzymającego żelazną ręką swoją trzódkę, potrafiącego jednym słowem i umiejętnym podburzaniem fanatycznego motłochu zniszczyć każdą próbę myślenia na własny rachunek.
Tak, Kaczyński pogłębił i tak już dostatecznie szkodliwy podział polskiego społeczeństwa, według mnie nie do zasypania w ciągu najbliższej dekady. Postawił siebie i swoich zwolenników na pozycjach, z których nie ma ani odwrotu, ani w gruncie rzeczy żadnego manewru. Nie jest mu to zresztą do niczego potrzebne. On już dawno poszedł na wojnę i chce ją wygrać, niezależnie od liczby ofiar. Bo to, że ofiary będą, to już jest postanowione. Kaczyński bardzo liczy na tę wojnę, bo ona załatwia mu niemal wszystko: zwycięstwo nad opozycją i święty spokój ze strony tych, którzy jako jedyni są w stanie mu naprawdę zagrozić – ze strony lewicy.
Chodzi bowiem o to, by wszyscy, którzy uważają Kaczyńskiego i jego kohortę za wroga stanęli na froncie przez niego wytyczonym. Na froncie wojny z wyimaginowanymi wrogami: LGBT i ateistami. Kiedy walczące strony zajmą się tylko i wyłącznie starciami w tych bitwach, nie będą zajmowały się sprawami społecznej własności środków produkcji, nacjonalizacją, nowym kształtem relacji społecznych, prawdziwym równouprawnieniem, kryzysem klimatycznym i zapewnieniem światowego pokoju. I Kaczyńskiego, i jego neoliberalnych „przeciwników” taka wojna urządza. Jeśli lewica da się na nią zapędzić, to przegra podwójnie. To jest ta trzecia rzecz, której nie powiedział.

Flaczki tygodnia

Roma locuta, causa finta.
Pan prezes Kaczyński orzekł, że pan marszałek Kuchciński litery prawa i zasad moralności nie złamał. Ale skoro Polacy uważają, że pan marszałek to złodziej, a wybory tuż, tuż, no to pan prezes kazał panu marszałkowi ustąpić. I pan marszałek ustąpił, choć ponoć prawa, ani niczego innego nie złamał.
Poza swym kręgosłupem moralnym.
Prezes locutus, causa finta?

Pan marszałek Kuchciński nie tylko okradał budżet naszego państwa, i tak już deficytowy. Dodatkowo on wielokrotnie kłamał próbując zatuszować swoje złodziejstwo.
Kłamali też pracownicy jego Kancelarii Sejmu.
Nie mówili prawdy jego polityczni przyjaciele, jak pan choćby poseł Stanisław Piotrowicz też przyłapany na lotach rządowym samolotem wraz ze swą małżonką.
Nie mówił prawdy też pan marszałek Senatu RP Karczewski, też przyłapany na bezprawnych lotach rządowymi samolotami.
Prawdą jedynie jest, że państwo PiS na kłamstwach zbudowano.

Nie polata sobie rządowymi środkami komunikacji pani poseł Elżbieta Witek. Ta, która zasłynęła wyznaniem, że prawdę o zbrodni w Katyniu i pakcie Ribbentrop-Mołotow poznała z „przedwojennych gazet i książek historycznych”.
Właśnie pan prezes Kaczyński wybrał ją na marszałka Sejmu RP. Wybrał na krótko, bo na dwa miesiące przed parlamentarnymi wyborami, czyli na dwa-trzy posiedzenia Sejmu RP. Zatem wiele sobie pani marszałek nie pomarszałkuje.
Ale dzięki woli pana prezesa zyskała prawo do używania rządowych samolotów i bezpłatnego, państwowego pogrzebu w wojskowej asyście.

Odwołanie pana marszałka Kuchcińskiego przez pana prezesa Kaczyńskiego nie kończy obciążeń naszego, deficytowego budżetu państwowego.
Ponieważ pan marszałek odszedł w glorii i chwale, to należy mu się stosowna, suta odprawa finansowa. Pozostanie też w apartamencie wynajętym mu na koszt podatnika, choć będzie już tylko szeregowym posłem. „Ci, to se żyją”, niejeden obywatel westchnie sobie.

Pani Marszałek Witek uczyła się nie tylko z „przedwojennych gazet”. Kiedy dwa miesiące temu została powołana przez pana prezesa na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji, to obiecała wszem i wobec, że będzie się „tego resortu uczyć”.
No i masz babo placek! Ledwo przystąpiła do nauki, to pan prezes przerzucił ją na nowe stanowisko. Na osłodę pozostanie jej stosowna odprawa jaką otrzyma po opuszczeniu ministerialnej posady. Rzeczpospolita, czyli podatnicy, znowu zapłaci.

Na zwolnione przez panią marszałek Witek stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji pan prezes Kaczyński powołał pana koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Pan Mariusz zwany jest „Biczem Prezesa” w bogobojnych kręgach PiS. Uchodzi za najwierniejszego sługę pana prezesa. Taki Maluta Skuratow i Mikołaj Jeżow w jedynym. Nowy pan minister nadal będzie koordynował pracę służb specjalnych.

Taki wybór pana prezesa świadczy, że nie będzie w czasie kampanii wyborczej ani odrobiny litości dla opozycji, zwłaszcza tej z PO i PSL. Wiewiórki z TVP donoszą, że telewizja Kurskiego i wszystkie inne media należące do imperium medialnego PiS dostały już wytyczne na kampanię wyborczą. Teraz PiS-media będą bezlitośnie demaskowały, obnażały i potępiały wszelkie przejawy złodziejstwa za czasów rządów PO-PSL. Przekaz będzie prosty, taki dla „ciemnego ludu”. Ma zabrzmieć tak:
1/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli? Przypomnijmy sobie rządy PO-PSL! Tamci to byli prawdziwi, wielcy złodzieje!!!”.
2/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli, ale za to każdemu jakieś 500+ dali. Bo nawet kiedy nasi kradną, to pamiętają o zwykłych ludziach. Dzielą się z nimi. Zawsze coś ludziom ze stołu pańskiego spadnie. A złodzieje z PO-PSL wszystko grabili do siebie. Nawet pół ośmiorniczki ludziom nie dali.”
Ilustracje, czyli przeróżne kwity obciążające poprzednio rządzących mają PiS mediom dostarczyć służby dbające o moralność w państwie. Służby panów ministrów Kamińskiego i Ziobry.

Propagandziści PiS chętnie zastosowaliby taki sam zabieg wobec rządów SLD. Ale mają problem. SLD przestało rządzić w końcu 2004 roku, czyli piętnaście lat temu.
Jedyna minister z rządów SLD, którą po wieloletnim procesie skazano prawomocnie w 2016 roku za łapownictwo na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na trzy lata, to obecnie nowa gwiazda PiS mediów. Bardziej teraz Kaczyńska jest od pana prezesa Jarosława. Pamiętacie może jej nazwisko?

PiS kłamstwa w Polsce uchodzą. Za granicą już nie. Przekonała się o tym euro deputowana PiS pani Beata Mazurek. Zaćwierkała tak na Twitterze: „Zamachy, wzrost przestępczości, gwałty, strach i strefy szariatu. Takie są konsekwencje multikulturalizmu i otwartych drzwi dla imigrantów. Szwedzi uciekają ze swojego kraju, aby w Polsce znaleźć spokój i normalność. A jeszcze nie tak dawno PO chciała ich przyjąć każdą ilość – zgroza”.
Dołączyła do tego link do tekstu z prorządowego serwisu wPolityce.pl braci Karnowskich pod tytułem „Szwedzi chcą azylu w Polsce: Trudno żyć w miastach, w których nie można bezpiecznie wyjść z domu po zmroku”. Tekst był jedynie omówieniem artykułu z „Naszego Dziennika”, w którym przytaczane są dane Urzędu do spraw Cudzoziemców o 2,5 tysiąca obywateli Szwecji, którzy zarejestrowali w Polsce swój pobyt. Bo Szwedzi ”nasz kraj uważają za jedno z ostatnich bezpiecznych państw w Europie”. Okazało się, że katolicki „Nasz Dziennik” kłamał jak PiS parlamentarzyści. Kłamstwa powtarzali panowie bracia Karnowscy i pani eurodeputowana Mazurek.

Szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson zdementował te kłamstwa: „Prąd migracyjny idzie w przeciwnym kierunku. W latach 2017-18 do Szwecji wyemigrowało ponad 8 tysięcy Polaków. To ponad trzy razy więcej niż całkowita liczba Szwedów, którzy mieszkają w Polsce. Pani poseł powinna raczej zapytać, dlaczego tak wielu Polaków ucieka z Polski?”
Czy mają już dość zakłamanego państwa Kaczyńskiego?

Takie rzeczy to tylko w Dygowie

PiS ma krótką pamięć.

Pan Kaczyński dał szoł. Tym razem w Dygowie w woj. zachodniopomorskim, na tle miejscowych włościan przebranych w stroje ludowe. Trudno dosyć je opisać, bo ziemie to odzyskane po wojnie. Ludność polska pojawiała się tu w wyniku ich repolonizacji, co było wspólnym dziełem niejakiego Władysława Gomółki – wicepremiera i ministra Ziem Odzyskanych i Augusta Hlonda – Prymasa Polski, który poprzez nakazanie polskim księżom przejmowanie tutejszych probostw ewangelickich, także walnie przyczynił się do tego zbożnego dzieła. O kultywowaniu tradycji polskiej pieśni ludowej z tych okolic trudno mówić, albowiem z przyczyn historycznych korzenie tutejszej ludności są mocno poplątane i w zasadzie z importu. Siłą rzeczy stroje włościan dygowskich stanowiące tło występu pana Kaczyńskiego, sprawiały wrażenie etnograficznego pomieszania z poplątaniem.
Ale przecież nie chodzi o to, żeby było jak było, tylko, żeby było, jak ma być. A ma być dobrze! Pan Kaczyński obiecuje każdemu wedle potrzeb i pragnień. Dygowianom obiecał na przykład nową konstytucję – sprawiedliwą, która nie będzie łamana i w zasadzie dla Polaków, bo „przecież wszyscy jesteśmy Polakami”…
Włościanki i włościanie dygowscy buzie mieli dumne i uśmiechnięte od ucha do ucha. Nie często przecież trafia się taki gość. Pan prezes też był uśmiechnięty, bo i on nieczęsto widzi prawdziwych włościan. Właściwie, bardzo rzadko ich widzi, a przez większość swojego życia nie widział w ogóle, gdyż z Żoliborza na najbliższą wieś jest tak daleko, że żaden tramwaj nie dojeżdża ani autobus. Chłopa więc pan Kaczyński oglądał co najwyżej na obrazku. Nie przeszkadza mu to jednak orientować się w chłopskim losie – niełatwym, pełnym udręki i niesprawiedliwości, a to przez Balcerowicza, który to skurczybyk całe wsie – PGR-owskie zwłaszcza – skazał na poniewierkę, głód i ciemnotę przechodzącą z pokolenia na pokolenie, co także w Dygowie zauważyć się dało.
Pan prezes współczuł i gromił. Nic jednak nie mówił o sobie i o swojej autorskiej formacji politycznej. A przecież nie żyła ona bynajmniej na księżycu, gdy prywatyzowano w Polsce co się dało, czego spółka „Srebrna” jest kwitnącym do dziś przykładem. Włościanie zauroczeni samą jego obecnością o świecie bożym zapomnieli i łykali wszystko jak młody pelikan.
„Tak proszę państwa, ja na tych ziemiach często słyszałem, że państwo o nas zapomniało”… Brawooo…
„Jeśli spojrzeć wstecz na ostatnie 30 lat, to rzeczywiście najpierw był plan Balcerowicza, w ramach którego z jednej strony robiono rzeczy, które były nie do uniknięcia (…) ale z drugiej strony ten plan zupełnie nie brał pod uwagę interesów milionów ludzi, a szczególnie właśnie z tych ziem. To było ogromnie bolesne. To była rzeczywiście sytuacja, w której bardzo wielu mieszkańców tej ziemi znalazło się w sytuacji bez pracy, bez nadziei, często bez szans także dla dzieci, bez dostępu do kultury, ze słabym dostępem do oświaty”… Brawooo…
Szanowne Panie i Szanowni Panowie z Dygowa, Gościna, Karlina, Wrzosowa, Łobza i setek innych popegeerowskich wiosek Pomorza Zachodniego. Czy naprawdę można Wam wcisnąć każdą ciemnotę? Czy łykniecie każde kłamstwo? Czy rzeczywiście prawda jest dla was za trudna? Nic już nie pamiętacie? Wysilcie się, zmarszczcie czoła – musicie pamiętać! To wasze życie przecież…
Państwowe Gospodarstwa Rolne likwidował Leszek Balcerowicz i rząd Tadeusza Mazowieckiego. To tamten rząd zapoczątkował pegeerowskie nieszczęście. Owszem były gospodarstwa, których nie było sensu utrzymywać, ale PGR-y, to były także gospodarstwa kwitnące, nowoczesne, prowadzone przez wykształconą na polskich i zagranicznych uczelniach rolnych kadrę. Tymczasem likwidowano jak leci. Była to likwidacja ideologiczna, a nie ekonomiczna.
Jednak Leszek Balcerowicz nie mógłby dokonać swojego dzieła sam. Musiał mieć silne wsparcie rządowe, a rząd musiał mieć szczelny parasol polityczny, chroniący go przed gniewem społecznym – choćby ze strony pracowników PGR z dnia na dzień pozbawianych pracy i środków do życia.
Połowa członków rządu Mazowieckiego (łącznie z nim samym) reprezentowała Komitety Obywatelskie „Solidarność”, wśród nich najważniejsi konstruktorzy transformacji ustrojowej.
„Plan Balcerowicza” mógł być przeprowadzony nie tylko dlatego, że społeczeństwo oczekiwało na radykalną zmianę, ale też dlatego, że NSZZ „Solidarność”, który był wówczas potężną siłą polityczną, zasłonił ten rząd swoim puklerzem, autoryzował i bronił najtrudniejszych dla pracowników decyzji.
Początki nieszczęścia takich miejscowości jak te z waszych okolic paradoksalnie tkwią więc w sukcesie rządu Mazowieckiego i „Solidarności”. Nie przerwał go żaden następny rząd, żaden nie przeciwstawił się systemowemu wpychaniu pracowników PGR-ów i ich rodzin w sferę strukturalnej nędzy.
Cały czas, w gronie najbardziej czynnych polityków tamtego okresu byli obaj panowie Kaczyńscy. Kłócili się z całym światem o Wałęsę, albo z Wałęsą, doprowadzili do rozłamu w „Solidarności”, wojowali „teczkami”, ale nigdy nie wojowali z likwidacją PGR-ów!
Mieli po temu możliwości, pełnili niezwykle ważne stanowiska, które upoważniały ich do zabierania głosu we wszystkich sprawach. Gdy żyli w zgodzie z prezydentem Wałęsą, Jarosław Kaczyński był szefem Kancelarii Prezydenta, a Lech szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Potem Jarosław umacniał swoją partię – Porozumienie Centrum, przekształcił ją w PiS i nieustannie był w czołówce najważniejszych politycznych graczy w kraju.
Gdy powstał rząd AWS, obie jego partie miały w nim swoich reprezentantów. Najpierw istniejące wtedy jeszcze PC – Jana Szyszkę, jako Ministra Środowiska, a potem nowopowstałe PiS – Lecha Kaczyńskiego, jako Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego. Lech Kaczyński wcześniej był też szefem NIK. Nigdy jednak Kaczyńscy nie sprzeciwili się temu, co działo się z PGR-ami i nigdy nie interesowali się losem ich pracowników. Prawo i Sprawiedliwość miało w tym nieszczęściu znaczący udział, przyłożyło rękę do wiejskiej nędzy – jak nie bezpośrednio, poprzez udział w rządzeniu, to poprzez wspieranie prawicowych rządów.
Nie jest więc prawdą – mówiąc najdelikatniej – że to PIS jako pierwsze i jak dotąd jedyne wyrywa zapomniane, opuszczone, popegeerowskie tereny z wykluczenia społecznego. Ono je tam wespół z innymi siłami politycznymi prawicy wepchnęło i wcale nie jest pierwsze, które dostrzega problem.
Rząd SLD-PSL-UP odziedziczył po rządzie AWS 90 mln. dziurę budżetową, zerowy wzrost gospodarczy i niemiłosiernie zamulone negocjacje akcesyjne z UE.
Działania rządu SLD w sferze socjalnej, społecznej, polegały nie tylko na obietnicach, ale głównie na umiejętności takiego prowadzenia spraw, żeby na nie zarobić. To, w borykającym się z ogromnymi trudnościami gospodarczymi kraju, było wówczas najważniejsze. Do rangi symbolu wyrósł gorący posiłek w szkole dla każdego dziecka – to rząd Millera wprowadził tę zasadę jako pierwszy.
Do rangi autorytetu w sferze gospodarki i finansów publicznych wyrósł profesor Grzegorz Kołodko, autor „Strategia dla Polski” z roku 1994, jedynego planu dla Polski ratującego z pogorzeliska transformacji ustrojowej, co było do uratowania i dającego podstawy wzrostu gospodarczego. „Strategia dla Polski” zaowocowała wzrostem PKB na mieszkańca w latach 1994–1997 realnie o 28 proc., spadkiem bezrobocia o jedną trzecią i inflacji o dwie trzecie. To wtedy Polska została przyjęta do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD. Także obecne miliardy, które złotym deszczem spływają z Brukseli na polską wieś, to efekt tego, że rząd SLD potrafił wprowadzić Polskę do Unii Europejskiej – tej samej, z której teraz pan Kaczyński, krok po kroku nas wypycha.
Wmówili wam, że wszystkiemu winna „komuna” i tak powtarzacie to bez sensu, bezmyślnie. Gdyby nie „komuna”, nigdy by was w tych okolicach nie było. A czy to, że Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Dygowie (dawniej im. Przyjaźnie Polsko-Czechosłowackiej) – ekonomiczny rdzeń waszego życia – jest od 2017 roku w likwidacji (w szczycie PiS-owskiego powodzenie i gospodarczej koniunktury), to też wina „komuny”? Puknijcie się wreszcie w głowę!
Prawo i Sprawiedliwość w żadnym razie nie ma czystego sumienia, jeśli chodzi o biedę i społeczne upośledzenie obywateli z małych miejscowości, ze wsi, szczególnie z terenów, popegeerowskich. Do zła, które się i tam i gdzie indziej działo przyłożyli rękę. Nie bądźcie naiwni – oni tylko modlą się pod figurą, ale diabła mają za skórą…

Flaczki tygodnia

Patronat nad byłymi agentami gestapo, zdeklarowanymi antysemitami, antykomunistami i kolaborantami niemieckich nazistów uroczyście objął pan prezydent Andrzej Duda. Za dni parę będzie czcił i modlił się w inwencji Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych.

Przeciwko gloryfikowani polskich, pronazistowskich kolaborantów zaprotestowały dzieci polskich oficerów Armii Krajowej. Przypomniały, że w czasie niemieckiej okupacji bandyci z Narodowych Sił Zbrojnych mordowali nie tylko lewicowych partyzantów, co dzisiaj elity PiS uznają za powód do chwały, ale też oficerów podziemnej Armii Krajowej.
Biedne dzieci nie zauważyły, że wynoszenie na patriotyczne ołtarze narodowo – katolickich faszystów jest konsekwentną i świadomą polityką historyczną elit PiS.
Dla ideologii PiS rząd londyński i Armia Krajowa to zbyt demokratyczne, antysanacyjne instytucje. Zarażone liberalną ideologią, a nawet lewactwem.
Wielu oficerom Armii Krajowej ideolodzy PiS zarzucają kolaborację z „komunistyczną” władzą w czasie powojennej odbudowie Polski. Zarzucają im, że nie dotrzymali złożonym przysięgom i zaprzestali walki o niepodległą Rzeczpospolitą ze Związkiem Radzieckim. Dlatego prawdziwymi bohaterami pisanej teraz historii Polski będą jedynie tak zwani „żołnierze wyklęci” i kolaborująca z nazistami, ale radykalnie antykomunistyczna Brygada Świętokrzyska.

Pan prezes Jarosław Kaczyński zapomniał o nakazanej mu czujności w czasie kampanii wyborczej. Odruchowo zdradził, że po wyborach zamierza zmienić polską Konstytucję. W nowej zamiast trójpodziału władz będzie Trójca rządząca. Pan Prezes, Partia pana Prezesa i kościół katolicki. Uznający pana Prezesa za swego Prymasa, a nawet Papieża.

Caritas Polska, kościelna organizacja „charytatywna”, otrzymała ponad 20 milionów złotych dotacji od ministerstw rządu PiS. Tak wynika z jej raportów finansowych, do których dotarła Wirtualna Polska. To rekordowe wsparcie. Do tej pory żaden rząd nie był tak hojnym sponsorem tej kościelnej fundacji. W 2014 roku, czyli w czasach poprzedniego rządu PO-PSL, podobne dotacje wyniosły tylko 3 miliony złotych.

Oczywiście rząd PiS nie dał tych pieniędzy z własnej kieszeni, tylko z pieniędzy polskich podatników. Czyli nas wszystkich. W tym samym czasie Caritas Polska jako organizacja pożytku publicznego odnotowała duży spadek wpływów przekazywanych od obywateli naszego kraju w ramach odpisu 1 procenta podatku PIT. Z niecałych 3 milionów w 2014 roku do 1,5 miliona w roku ubiegłym. I pewnie dlatego rząd PiS postanowił te straty swemu faworyzowanemu Caritasowi uzupełnić.

Warto przypomnieć, że wpłatą 10 tysięcy zł właśnie na Caritas Polska postanowił odkupić swoje grzechy marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Bohater afery dotyczącej prywatnych lotów rządowych samolotem. Zadeklarował, ale jeszcze nie wpłacił.
W ubiegłym roku głośno było o Caritas Polska za sprawą wielomilionowych nagród przyznanych sobie przez rząd pani Beaty Szydło. Kiedy wybuchł skandal, pan prezes Kaczyński nakazał swym ministrom oddać te nagrody na rzecz Caritas. Pula nagród w rządzie wynosiła wtedy 6 milionów złotych.
Ale w sprawozdaniu Caritas Polska nie ma śladu takich darowizn. Dziennikarze kontaktowali się z biurem prasowym Caritas Polska, jednak nikt nie potrafił im tego braku wyjaśnić.

Na razie pan marszałek Kuchciński przestał się pokazywać publicznie. W przyszły piątek powinna odbyć się w Sejmie debata o pozbawieniu go funkcji Marszałka Sejmu RP. Może jednak nie dojść do niej, bo w elitach PiS mówi się o wcześniejszym, przykładnym zdymisjonowaniu go przez pana prezesa Kaczyńskiego.

Okradanie polskich podatników przez pana marszałka to jedna sprawa. Przy okazji afery lotniczej okazało się też, że pracownicy Kancelarii Sejmu RP regularnie okłamywali dziennikarzy i opozycyjnych parlamentarzystów. Zatajali ilość lotów, pasażerów zabieranych na pokład przez pana marszałka Kuchcińskiego. Twierdzili, że pan marszałek latał w „misji oficjalnej”, choć naprawdę latał do swego domku wypoczynkowego.
Pan marszałek docenił ich pracę swej Kancelarii i właśnie teraz przyznał im coroczne, wysokie, dodatkowe nagrody pieniężne.

Pan prezes Jarosław Kaczyński oświadczył w lipcu tego roku, że kanclerz Niemiec Angela Merkel uroczyście, telefonicznie przeprosiła pana premiera Morawieckiego za powtórne niewybranie pani euro deputowanej Beaty Szydło na szefową komisji w Parlamencie Europejskim.
Sceptyczni dziennikarze chcieli poznać szczegóły tych przeprosin. Nie mogą, bo poinformowano ich, że z rozmowy dwóch głów państw nie sporządzono w kancelarii pana premiera żadnej notatki. Choć zawsze się taką się robi. To oznacza, że taka notatka może jest, ale nie ma w niej ani słowa o przeprosinach. Bo zgodnie z ideologią PiS nie ważne jest jak było, ważne aby „ciemny lud” kupił wersję, że harda Niemka musiała przepraszać dumnego Polaka. Że głosowanie było przegrane, ale „moralne zwycięstwo” było dla PiS.

Sędzia Maciej Nawacki z nowej Krajowej Rady Sądowniczej wystąpił do prezesa Urzędu Ochrony Dokumentów Osobowych o wstrzymanie nakazanego prawem ujawnienia list poparcia kandydatów do Rady. Dziś wiadomo, że na utrzymanych w tajemnicy listach jest podpis sędziego Nawackiego, który sam poparł swoją kandydaturę do KRS.

„Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły (…). Nie czerwona, ale tęczowa”. To przesłanie „miłości bliźniego” autorstwa abp Marka Jędraszewskiego. Dlaczego porządni ludzie w Polsce chodzą jeszcze do tak niemoralnego, zakłamanego kościoła?, dziwią się „Flaczki”.

Wszystkich inteligentnych lewicowców informujemy, że były poseł SLD, redaktor naczelny „Trybuny” Piotr Gadzinowski zamierza kandydować do Sejmu RP w okręgu warszawskim z listy lewicowej. Jest KPD. Kompetentny, Pracowity, Dowcipny. Nie jest też rozwodnikiem politycznym.

Bigos tygodniowy

No i cały Scicluna na nic. Wygląda na to, że ten terminator, ten pogromca pedofilii w kościele kat., ten groźny watykański rewizor – w Polsce, w konfrontacji z polskimi biskupami okazał się cienkim Bolkiem. Nie dał rady. Zachodniacy są często bezradni wobec naszego tu wschodniego krętactwa i ketmanowskiej obłudy. To nie są prostolinijni biskupi niemieccy czy amerykańscy, których zachodnia edukacja filozoficzna przyzwyczaiła do jasności i otwartości. Gądecki, Głodź, Nycz, Polak et consortes to są polscy machiaweliści, gracze wytrenowani w kłamstwie, krętactwie, obłudzie, w „mowie janusowej”. Zapewne zagadali tego biednego Sciclunę, zasypali słodkimi frazesami i pochlebstwami, utopili go w udawanej pokorze. Wyjechał chłopina z Polski oszołomiony i skołowany. Może jak ochłonie, rozczai bazę, to wróci do sprawy.

Spełzły na niczym nadzieje PiS i innych europejskich populistów typu Salviniego i Le Pen na poszerzenie wpływów w Parlamencie Europejskim. Nadal nie będą mieli tam wiele do powiedzenia.

Młody Morawiecki odnalazł genealogię u Greków spod Salaminy. Powiedzieć, że to udawanie Greka, to nic nie powiedzieć, bo to raczej „greckie wesele” i grecka zmiana warty. Jako stary czytelnik profesora Aleksandra Krawczuka interesuję się historią starożytnej Grecji, więc czekam na kolejne porównania. Sugerowałbym zajrzenie do sienkiewiczowskiego „Quo vadis”, bo tam jest taki grecki Zagłoba – Chilon Chilonides. Na Arystotelesa bym nie liczył, bo brak soli attyckiej. Najważniejsze jednak, by były finansista od Tuska nie zrobił nam Grecji w Polsce, tym bardziej że klimat grecki już prawie mamy.

Pod Jasną Górą młoda osoba z Marszu Równości wyraziła nadzieję, że PiS utraci władzę, gdy „powymierają wszystkie stare kurwy”. Młodym ludziom – to nie ich wina – z natury samej, z racji krótkiego życia, brak perspektywy historycznej, brak należytego poczucia proporcji czasu. Dlatego nie wiedzą jeszcze, że historia już od czasów panowania najstarszej dynastii Egiptu uczy, że „stare kurwy” nigdy nie wymierają.

W reakcji na zranienie księdza nożem we Wrocławiu, w internecie znalazły się wyrazy żalu młodego internauty, że „klecha niestety przeżył” i radości innego młodego internauty, że „tłusty klecha pasożyt dostał kosą” i inne tym podobne. Jestem „od zawsze” ostro krytyczny wobec kleru, ale pokolenie JP2 zdecydowanie spycha mnie na pobocze. „Czy warto było, czy warto było, czy warto było zmieniać rząd?” – jak brzmiał refren jednej z piosenek z kabaretu Olgi Lipińskiej.

PiS szykuje przejęcie terenu Westerplatte w Gdańsku i chce tam zrobić wypasioną filię muzeum II wojny światowej. Założę się, że na tej ekspozycji słynna fotografia, na której major Henryk Sucharski z szablą u boku składa 7 września 1939 roku składa rycerską kapitulację przed generałem Wehrmachtu Friedrichem Eberhardtem, będzie opatrzona podpisem: „Niemiecki generał Eberhardt składa akt kapitulacji przed dowódcą polskiej załogi wojskowej majorem Henrykiem Sucharskim na Westerplatte”. I nie będzie to bardzo dalekie od prawdy, bo przecież na Westerplatte Polacy odnieśli niezaprzeczalne zwycięstwo moralne. A część z nich od razu poszła do nieba, o czym pięknie napisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Pisowskie kierownictwo PKP najpierw odwołało pociągi na festiwal – nazwijmy to tak ogólnie – Jurka Owsiaka (Pol’and’Rock?), a potem częściowo je przywróciło. Podobnie było z wycofanym sądowym pozwem Ziobra przeciw ekspertom prawnym z „Jagiellonki”. Ruch do przodu, wycofanie, ruch do przodu, wycofanie. Trochę też przypomina to metodę coitus interruptus, a może jest zastosowaniem metody opartej na stosowaniu opozycji typu: policjant zły-policjant dobry.

Moim skromnym zdaniem RPO Adam Bodnar odrobinę przesadził z tym przeczuleniem na sposób zatrzymania podejrzewanego o zabójstwo Jakuba A. z Mrowin. Przynajmniej na ekranie nie widać nic drastycznego. Że Jakub A. pozostał w krótkich gatkach? Przecież było gorąco i właśnie nakaz założenia długich portek można by uznać za torturę. A co do argumentu, że zatrzymany nie stawiał oporu, więc nie było potrzeby kajdanowania go w sposób zespolony – a wy stawialibyście opór, gdyby nagle na wasz barłóg rzuciło się z rykiem dziesięciu uzbrojonych po zęby, zamaskowanych olbrzymów w hełmach z „Gwiezdnych wojen”?

Ale Bodnar to pikuś przy Rzeczniku Praw Dziecka Mikołaju „Muszce” Pawlaku. I nie chodzi o jakieś tam durne klapsy, ale o to, że będąc dzieckiem Mikołaj naruszył prawa innego dziecka oblewając mu nogę denaturatem i podpalając ją. Pożar mocnymi klapsami ugasił ojciec Mikołaja i dziecko długo nie mogło usiąść. Czy poszukując kandydata na RPD Jarosław Kaczyński szukał właśnie kogoś takiego?

Po zagraniu czarnego charakteru w filmie „Smoleńsk” Jerzy Zelnik ogłosił, że kończy z aktorstwem. Dał też do zrozumienia, że ograniczy swoją aktywność polityczną. Dzięki Bogu, znów będę mógł spokojnie oglądać „Faraona”. Lecąc niedawno aeroplanem PPL „Lot” dowiedziałem się, że firma oferuje pasażerom możliwość obejrzenia kilku dzieł z kanonu polskiego kina, w których są motywy „lotnicze”, n.p. „Jak być kochaną” W. J. Hasa. Niniejszym stawiam formalne pytanie kierownictwu Firmy: dlaczego w ofercie nie ma „Smoleńska” Antoniego Krauze?

Gdyby jednak, jak uparcie mówią niektórzy, film „Polityka” Patryka Vegi groził PiS odebraniem choćby półtora procenta głosów niezbędnych do rządów samodzielnych czy uzyskania większości konstytucyjnej, to odwołam swój sceptycyzm sprzed tygodnia i przyznam, że znów „kino jest najważniejszą ze sztuk”.

Ekstowarzyszka Genowefa Grabowska znów wspierała PiS w jakieś propisowskiej telewizyjce. To samo czyniła jej dawna koleżanka z SLD Aleksandra Jakubowska, znana publicystka u braci Karnowskich. W internecie można obejrzeć filmik (chyba że już dokonali korekty), w którym wypowiedź Grabowskiej opatrzona jest wizerunkiem Jakubowskiej, a może odwrotnie. Po prostu pomylono je. Nie, podkreślam, nie są pomylone, tylko pomylono je. A dlaczego je pomylono? Bo tego rodzaju pomyłki są stare jak świat i nigdy nie wymierają.

Pochwalić muszę natomiast – choć z bólem – Jarosława Kaczyńskiego za to, że swoją trzynastą emeryturę przeznaczył na wykupienie koni z uboju. Sorry, ale Winnetou by mi nie wybaczył, gdybym postąpił inaczej.

Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.