Pan Ruiny czyli przyszłość zapisana w kartach

Polska należy do krajów, w których wywołany przez sojusz nauki z neoliberalizmem kryzys zaufania wobec niej, zaowocował wzrostem popularności wszelkiego rodzaju irracjonalizmów.

Trudno nie zauważyć, że na ten „sukces” polskiej nauki pracowali zgodnie nie tylko duet Gowin – Szumowski łączący w sposób wyjątkowo piękny neoliberalną teorię z praktyką życia naukowego ale i wielu, wielu innych. W końcu neoliberalizm jest jak katolicyzm, wyznaniem łączącym różne orientacje polityczne. Niesławnej pamięci Barbara Kudrycka razem z Kościejem Nieśmiertelnym polskiej ekonomii – Leszkiem Balcerowiczem, czy nasz ukochany „normals” prof. Belka skutecznie obrzydzili naukę większości polskiego społeczeństwa i wywołali wobec niej trwałą i głęboką wrogość.

Tematem niniejszej drobnej refleksji nie są bynajmniej wspominki po podeszłej w niesławie śp. nauce polskiej. Biedaczce nic już nie pomoże i nic już jej nie wskrzesi a niedługo już odejdą ostatni którzy jeszcze pamiętają o co jej chodziło w dawnych czasach kiedy jeszcze żyła i usiłowała coś powiedzieć. „Trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe”.

Miejsce naukowców zajęli jasnowidze, wróżbiarze i tzw. „tarociści”, którzy przewidują przyszłość tak indywidualną jak i wspólnotową. Żeby wykonywać te szlachetne profesje trzeba wedle powszechnego przekonania mieć pewien charyzmat a więc indywidualną specyficzną, zdolność niedostępną ogółowi jak to można zobaczyć u jasnowidza Jackowskiego czy „tarocisty” Macieja.

Tak się jednak składa, że poza zdolnościami wypada mieć również pewne informacje powszechnie dostępne i dające się zobiektywizować źródłowo i do takich działań ograniczam się w swoim przewidywaniu. Nie chodzi o odkrywczość ale o pewną znamienną wstrzemięźliwość kręgów zawodowych ezoteryków w pewnej zasadniczej kwestii.

Istnieje wiele sposobów stawiania horoskopów w oparciu o datę urodzin i liczne świadectwa znaczenia takich przewidywań.

Jednym z klasycznych jest ten oparty na talii kart tarota. Polega on generalnie na tym, że w chwili urodzin otrzymujemy od losu swoją kartę. Paradoks tarota polega na tym, że o ile każdy otrzymuje swój kartę od losu nie każda karta otrzymuje swoich ludzi. W liczącej 78 kart talii tarota istnieją dwadzieścia dwie określane jako „Wielkie Arkana”, które w wyznaczaniu losu nie uczestniczą. Funkcję tę dzieli między siebie pięćdziesiąt sześć kart określanych jako „Mniejsze Arkana”. Dzielą się one na cztery, nazywając to potocznie, „kolory” – kielichy, miecze, denary i kije (pałki, buławy) co jest zastrzeżeniem o tyle istotnym, że w symbolice podziału społecznego kielichy to symbol duchowieństwa (ludzi wiary), miecze to symbol rycerstwa, denary mieszczaństwa, a kije to symbol chłopstwa czy też ludu używających mało wyrafinowanych broni i narzędzi. (Oczywiście symbolika tarota odwołuje się do różnych kontekstów i każdy kolor ma bardzo złożony system znaczeń i symboli. Omawiamy tylko kontekst niezbędny dla rzeczy istotnych.) W ramach koloru każda karta zajmuje pozycję od jednego do czternastu zgodnie z logiką tradycyjnych kart do brydża i skata. Dziesięć kart numerowanych i cztery figury.

Z siedemdziesięciu ośmiu kart proponuję zainteresować się jedną. Dziesiątką mieczy. Tak się składa, że z całej talii uznawana jest ona za najgorszą i najbardziej beznadziejną. Najpopularniejszą jej nazwą są „Pan Ruiny”, „Ruina”, „Katastrofa”. Najczęściej przedstawia się na niej lezącego na brzuchu rycerza-wojownika z dziesięcioma mieczami wbitymi w plecy. Czasem są to same miecze a czasem po prostu ruina. Niezależnie od wyobrażeń jest to karta wielkiej i definitywnej przegranej. Co prawda w systemie tarota każda karta ma sens pozytywny i negatywny i zawsze można pocieszać się maksymą, że „W ruinie leży ukryty skarb” skądinąd jednak wiadomo, że ruin bez skarbów jest niestety nieskończenie więcej niż tych ze skarbami.

Gdy spojrzymy na Tarotowy Kalendarz to okazuje się, że dziesiątkę mieczy wyciągnęli z talii urodzeni między 10 a 20 czerwca. Dziesięć dni to dużo czasu. Pośród nich są z pewnością dni lepsze i gorsze. Jest jednak wśród nich wyjątkowy i zasadnie godny uznania za najgorszy. Jest to 18 skrywająca pod niewinną pozornie postacią efekt dodawania trzech szóstek a więc liczbę Bestii (Szatana, Antychrysta).

Trudno więc o dzień gorszy w całym kalendarzu. Co gorsza zdają się potwierdzać to fakty. 18 czerwca 1815 miała miejsce Bitwa Pod Waterloo. Co prawda dla niektórych była ona zwycięstwem ale dla tego który ja wydał stała katastrofą kończącą epokę.

Politycy którzy urodzili się 18 czerwca generalnie nie mieli szczęścia. Np. Georgi Dymitrow oskarżony o podpalenie Reichstagu i ostatni „przywódca” Kominternu.

Nie mniej spektakularny jest koniec kariery też urodzonego 18 czerwca dyktatora Węgier w latach 1919-1944 Miklosa Horthy’ego, którego nieudolna próba wyplątania się z sojuszu z Hitlerem latem 1944 okazał się wstępem do katastrofy Węgier w ostatniej fazie wojny, wymordowania większości Żydów węgierskich i zniszczenia dużej części Budapesztu.
Nie można też zapomnieć o Eduardzie Daladierze premierze Francji od 12maja 1938 roku do 20 marca 1940, pod którego rządami Francja wzięła udział w konferencji Monachijskiej akceptującej rozbiór Czechosłowacji a następnie prowadziła „dziwną wojnę”.

W Polsce nie sposób pominąć osławionego „premiera z Krakowa” Jana Marii Rokity występującego pod przydomkiem „Chodząca Katastrofa”.
Chociaż wykracza to poza kontekst ściśle rozumianej polityki nie sposób pominąć tutaj Lecha Grobelnego urodzonego w tego samego 18 czerwca co inny polityk którego postać trwale zrosła się z katastrofą –Lecha Kaczyńskiego.

Gdy idzie o Lecha Kaczyńskiego to warto pamiętać że jego wyjątkowość polegała na tym, iż ani nie odszedł z tego świata ani nie przyszedł nań samotnie.

To właśnie brat Lecha Kaczyńskiego – Jarosław jest problemem. Jego katastrofa jest co prawda zapisana w gwiazdach ale fundamentalny charakter ma pytanie gdzie i kiedy nastąpi i ilu ludzi za sobą pociągnie. Bardzo wątła jest nadzieja, że kaczym upadnie w wyniku erozji władzy po miejmy nadzieję przegranych wyborach prezydenckich latem bieżącego roku a konsekwencje poniosą tracący władzę hunwejbini „dobrej zmiany”.
Jest to zbyt piękne aby było prawdziwe. Problem polega na tym, że Jarosław Polskęzbaw narzucił przytłaczającej większości społeczeństwa konserwatywną perspektywę walki z całym światem i negowania wszystkiego co wiąże się z cywilizacyjnym rozwojem naszego stulecia. Negacja wszystkiego co reorientuje współczesny świat – od przemian obyczajowych do realności katastrofy klimatycznej i konieczności prowadzi polskie społeczeństwo do katastrofy znacznie większej niż wszystkie dotychczasowe.

Nie idzie tutaj o groteskowe inwestycje takie jak przekop Mierzej Wiślanej którego sensem jest powstanie kanału któremu będzie można nadać imię Lecha i Marii Kaczyńskich czy budowę w Baranowie Portu Lotniczego, który nosząc imię swojego inicjatora Jarosława Kaczyńskiego zmarginalizuje Gdański Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy. Problem tkwi znaczne głębiej. Jeżeli na powstać, nowy energooszczędny świat ratujący ludzkość przed katastrofą wymaga on całkowicie nowej, elastycznej i dynamicznej mentalności. Żeby przeżyć trzeba wykroczyć poza to co jest.

Musi powstać alternatywa radykalnie zmieniająca relacje człowieka i środowiska. Polska Jarosława Kaczyńskiego to Polska odporna na wszelkie zmiany, to Polska w ruinie pozostałości tego co oprze się zmianom klimatycznym i katastrofie ekologicznej. W tym sensie gwiazdy mają rację. Jarosław jest „Panem Ruin” a ci Polacy którzy przeżyją katastrofę staną się ich mieszkańcami.

Trzech tenorów

Od najmłodszych lat wykazywałem podejrzane zainteresowania męskimi zespołami artystycznymi. Za bardzo dawnych czasów pasjonowałem się chórem Dana a potem, już w latach 50-tych ubiegłego wieku – chórem Czejanda. Ze już nie wspomnę o trwającej nadal fascynacji włoskimi tenorami.

Teraz przyszedł czas, że znowu zaczynam być pod wpływem trzech panów rządzących Polską, a zatem wywierających przemożny wpływ także na moje życie i poglądy. Ci trzej panowie opanowali sztukę wspólnego lub odrębnego rapowania na te same tematy, choć ich głosy nie brzmią najlepiej i formy przekazu często się różnią.

Dyrygent

Szefem zespołu jest najstarszy i najmniejszy wzrostem, ale chyba największy duchem i natchnieniem tenor, lubiący rzucać podnieconemu tłumowi widzów twarde, „męskie” teksty. To on nadaje ton występom tego zespołu rewelersów i tworzy ich atmosferę, zależną od aktualnego nastroju. A ten, po dobrym obiedzie zaprawionym dyskusją o meandrach konstytucji, może być łagodny, a po nerwowych obradach parlamentarnych może powodować chęć nie tylko werbalnego odwetu.

Ten założyciel i dyrygent zespołu specjalizuje się ponadto w solowych wstawkach, w których daje do zrozumienia, że cierpi wewnętrznie, bo jego wysoki poziom intelektu musi się zniżać o wiele szczebli, aby być zrozumiałym przez współpracowników a tym bardziej przez „masy”. Chyba w ogóle nie lubi publiczności, a zwłaszcza parlamentarzystów. Przeszkadzają mu w marzeniach o kraju rodzinnym Wielkim, Niezwyciężonym, Niezależnym i pełnym pomników jego i bliźniaczo podobnego brata. Świadectwem tego „nielubienia” są nazwy, jakie nadaje tej części publiczności, która nie zgadza się z jego poglądami. Zaczął względnie łagodnie, nazywając ich „drugim sortem” składającym się z komunistów i złodziei, potem przyszedł czas na zdradzieckie mordy i kanalie, wreszcie z bólem serca uznał, że ma do czynienia z chamską hołotą.

Część słuchaczy się obraża, ale są i tacy, którzy z zachwytu przebierają nóżkami, bo zawsze tęsknili za czyjąś twardą ręką, która wskaże im kierunek marszu do zwycięstwa. I ostatnio się doczekali. Kierownik zespołu w czerwcu tego roku wykazuje bowiem objawy nadzwyczajnego zdenerwowania. Badania opinii wykazują, że członek chóru piastujący funkcje prezydenta, może przegrać wybory na drugą kadencję. Dyrygent pisze więc list do swojej stałej publiczności, aby ją zdyscyplinować i pobudzić do działania. Niby łagodnie, ale między wierszami przebija znane powiedzenie w pięknym języku sąsiadów – „ruki pa szwam” i do roboty!

Zalew obietnic

Pozostali dwaj tenorzy są zdecydowane młodsi, ale piastują najwyższe stanowiska państwowe i opanowali do perfekcji sztukę obiecywania coraz to nowych prezentów dla narodu, a zwłaszcza dla swoich wielbicieli. Wprawdzie zawsze powtarzają opinie dyrygenta, ale starają się śpiewać bardziej łagodnie.

Obietnice w ich wykonaniu oznaczają najczęściej selektywne rozdawanie pieniędzy, albo wsparcie w podejmowaniu działań, które mają być kanwą wiecznej szczęśliwości. Ostatnio namawiano naród do tworzenia przy domach oczek wodnych, zapewne pozwalających nie tylko na lepszy wypoczynek, ale także – w przewidywaniu możliwego kryzysu żywnościowego – na hodowlę konsumpcyjnych rybek. Nie popieram tego humorystycznego pomysłu. Znowu jest kierowany tylko do „mniejszej połowy” obywateli, bo większa mieszka w blokach i oczek na balkonach nie zrobi. Poza tym przypomniał mi się Napoleon, który przejeżdżając przez niewielkie miasto powiedział burmistrzowi, że jest zdziwiony, dlaczego nie oddano na jego cześć salw honorowych. „Sire – odrzekł burmistrz – jest co najmniej dwadzieścia powodów tego uchybienia. Po pierwsze – nie mamy armat, po drugie ….”. ”Dziękuję – przerwał Napoleon – to pierwsze mi wystarczy”.

Otóż my – po pierwsze – nie mamy wody. Ściślej – mamy jeden z najgorszych i stale się pogarszających bilansów wodnych w Europie. A oczko z samej deszczówki nie wyżyje. Trzeba napełnić a potem okresowo dolewać „z sieci”, płacąc za wodę coraz wyższą cenę. To wolny kraj – jak mawiają Amerykanie. Kto chce niech robi oczka. Ale nawoływanie do masowej budowy wylęgarni komarów jest wyraźną przesadą.

Drugim przedwyborczym prezentem tych dwóch zależnych od szefa tenorów, mają być bony turystyczne. Zachwycony obywatel za stare 500 plus nakarmi dziecko. A za nowe 500 plus zorganizuje jakąś krajową wycieczkę, wspomagając upadającą przez koronawirusa branżę turystyczną. Prezent ma być przekazany elektronicznie firmie, do której pojedzie. To teoretycznie ma zapewnić, że pojedzie dziecko, albo rodzic z dzieckiem, a nie – o zgrozo – z jakimś bezwstydnym obywatelem płci przeciwnej. Chytrze. Ale przyniesiono mi już kilka sugestii, jak to można ominąć.

Wielkie jest piękne

Okres prezydenckiej kampanii wyborczej byłby dla rewelersów stracony, gdyby nie obiecywano czegoś naprawdę wielkiego, nie wskazano wroga, z którym bogobojny naród musi walczyć i gdyby nie szkalowano przeciwników.

Wielkie mają być inwestycje. Przekop Mierzei Wiślanej, superlotnisko i mosty, to tylko powtarzające się przykłady. Takie inwestycje zwiększą zatrudnienie, dadzą radość tworzenia, a potem powiększą dochód narodowy. Dokładnie tak, jak w „epoce” Gierka – tylko wtedy nie ukrywano, że dla osiągnięcia tego celu kraj się zadłuża. A obecna władza nic nie mówi o finansowaniu tych wielkich planów, dając do zrozumienia, że może uda się odpowiednio „wydoić” hipotetyczną wspólnotę, czyli UE.

Na czoło wrogów ludu wysunęło się w czasie kampanii, coś, czego nie ma. To odgrzewana „ideologia LGBT” zagrażająca także moralności dzieci. Wskazywanie tego wroga ma docierać przede wszystkim do tych środowisk, które nie rozumieją nawet tego skrótu i są bardziej religijne. Żadnych małżeństw jednopłciowych! Żadnej adopcji dzieci przez takie pary! Żadnego uświadamiania seksualnego! Dzieci mają nadal wierzyć, że przyniósł je bocian, albo znaleziono je w kapuście! I – oczywiście – zero aborcji!

Atakowanie konkurencji skoncentrowało się ostatnio na kandydacie pełniącym aktualnie funkcję prezydenta Warszawy. Jego w swoim liście do wiernych poddanych wskazał główny tenor jako uniwersalną przyczynę wszelkiego zła. Jego wybór na prezydenta ma oznaczać upadek moralny kraju i wieczny kryzys polityczny i ekonomiczny. Jemu telewizja państwowa poświęca ostatnio połowę czasu dzienników, usiłując przekonać abonentów, że to zły człowiek, wróg tradycyjnej polskiej rodziny, mało religijny i sprzyjający odmieńcom. To straszne – ale toleruje nawet jednego ze swych zastępców, który otwarcie przyznaje, że jest gejem! To hańba w głęboko katolickim kraju.

Atakowany konkurent w odpowiedzi też napisał list, łagodnie nawołujący do spokoju i jedności. W ten sposób osiągnęliśmy nowy, korespondencyjny poziom dyskusji politycznej. Chyba warto go rozwijać, bo mało kosztuje.
Dwaj młodsi tenorzy mają charakterystyczne cechy, które denerwują część obywateli. Jeden nieustannie na wszystkich krzyczy i domaga się, aby Polska była wolna. Widocznie uważa, że nie jest.. Drugi zanudza słuchaczy doświadczeniami ze swego bogatego życiorysu i ma skłonność koloryzowania rzeczywistości. Według niego wszystko, co robi aktualna władza, kończy się sukcesem. Sukcesem jest nawet wzrost zakażeń koronawirusem. Przecież zgodnie z teoriami Lejzorka Rojtszwanca – jak coś rośnie, to potem musi opadać. I odwrotnie.

Ukryty cel

Ten trzyosobowy chórek rewelersów jednomyślnie twierdzi, że żyje i pracuje tylko dla dobra narodu. Nie mówią tego, ale wyraźnie dążą do osiągnięcia propagandowego celu teoretycznego komunizmu, zapewniającego każdemu dobrobyt „według potrzeb”. Wprawdzie nigdy nikt nie wyjaśnił, jak to osiągnąć, jeśli dla jednego potrzebą są tanio kupione wielohektarowe grunty, dla drugiego jacht na Morzu Śródziemnym parkowany w Monte Carlo, a dla wielu – tylko „małe mieszkanko n Mariensztacie”, albo gdzie indziej i zsiadłe mleko z kartofelkami na letni obiad. Ale starać się można, wspierając starania ukierunkowaną propagandą. W tej propagandzie brakuje mi jednak takich plakatów, jakie były w niespełnionym socjalizmie. Stykające się twarze Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. U nas byłyby tylko trzy, uśmiechnięte i podejrzliwie wpatrzone w poddanych i radosną przyszłość.

Zwykła ludzka złość

– Jedni mają dość tego, że Morawiecki ciągle nie powiedział, ile pieniędzy ma u żony na koncie, drudzy mogą mieć dość Banasia. Miejsca by nie starczyło, lista idzie w setki afer- mówi prof. Radosław Markowski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Od początku pandemii w Polsce pana zespół prowadzi badania, m.in. o kondycji polskiego społeczeństwa i preferencjach wyborczych. Co możemy powiedzieć na kilkanaście dni przed I turą?

Zmieniła się konfiguracja, zatem zmieniliśmy czy spowolniliśmy badania. Wcześniej w kwietniu i maju pytaliśmy o sytuację, gdzie głównym politycznym wątkiem były wybory 10 maja i upór rządzących, aby do nich doprowadzić. Wówczas wyraźną niechęć do ich przeprowadzenia wyrażało 70-80 proc. społeczeństwa. Oczywiście nie doszło do wyborów, bo był to taki absurd, że nawet część Zjednoczonej Prawicy nie wytrzymała – Gowin powiedział weto. Ta porażka świty Kaczyńskiego, która miała zapewnić kandydatowi obozu władzy łatwe zwycięstwo, się skończyła i zaczął się okres niepewności, co dalej.

Od początku czerwca pytamy już o wybory, które mają się odbyć 28 czerwca, bo główne siły polityczne zgodziły się na to. Pojawił się nowy ważny kandydat. Oczywiście wokół nich także jest wiele niepewności, chociażby czy pan minister zdrowia nie będzie wykluczał niewygodnych regionów z wyborów bezpośrednich, czy też kwestia dostarczania kart wyborczych chcącym głosować korespondencyjnie…

Co chwila w mediach pojawiają się nowe sondaże dotyczące wyborów prezydenckich. Zapowiada się rekordowa frekwencja. Zatem kto pana zdaniem wygra?

Ktokolwiek będzie dziś opowiadał, jaka będzie frekwencja albo wynik wyborów – moim zdaniem – dopuszcza się grzechu pychy. Zazwyczaj badając wybory na świecie i tu, w Polsce, opieramy się na predykcjach wynikających tak z tego, co ludzie deklarują, jak i wieloletniej wiedzy, jak te ich deklaracje należy metodologicznie obrabiać, by trafnie przewidzieć. Oczywiście są ośrodki, które uważają, że „badają” opinię publiczną, ale de facto tego nie robią. Ot, po prostu pokazują surowe wyniki, a efekt jest taki, że mylą się sromotnie w szacowaniu poparcia kandydatów czy partii.
Moim zdaniem całe 30-lecie naszych badań nad wyborami nie będzie pomocne w przewidywaniu tego, co się stanie. 28 czerwca będziemy mieli do czynienia z wyborami nietypowymi z wielu względów. Lista jest długa, wymieńmy tylko te najważniejsze: epidemia nadal jest wokół nas, a nawet się nasila, nie wiemy, kto zechce skorzystać z głosowania korespondencyjnego i czy nie wykluczy to wielu chcących oddać głos z efektywnego wpływu na wybory, nie wiemy, czy uwzględniona będzie zagranica, nie wiemy, jak silne wsparcie dostanie PiS od Kościoła katolickiego, a zazwyczaj instytucja ta znacząco, jednostronnie opowiadała się za tą partią, nie mamy pewności, ilu z nas ciągle jest jeszcze zniesmaczonych polityką i tym, co się działo w kwietniu, i jakie będzie miało to konsekwencje na frekwencję.

Proszę pamiętać, że Kościół katolicki był do tej pory wręcz fundamentalnym zasobem i robił nie tylko z ambony propagandę, ale też logistycznie pomagał. Nie wiadomo, czy tym razem Kościołowi uda się ta polityczna hucpa. Część ludzi starszych – i słusznie – boi się zakażenia. Tym bardziej, że wielu na ulicach w już zapomniało, że koronawirus jest i zdjęło maseczki, prawdopodobnie za dwa tygodnie będziemy mieli pik zakażeń. Nie wiemy, jak rozwinie się epidemia i jak zachowają się ludzie. Nie wiemy, kto pójdzie, a kto nie. Dlatego ta predykcja jest bardzo skomplikowana.

W zeszłym tygodniu badania pokazywały, że w II turze zarówno Trzaskowski, jak i Hołownia mają szanse pokonać Andrzeja Dudę. Wierzyć w te sondaże czy nie?

Jedne badania, także nasze, tak pokazały, a inne, że wygrywa Andrzej Duda. Te badania są dzisiaj obarczone ogromnym ryzykiem błędu, zwłaszcza gdy pokazuje się surowe dane. Poza tym nasze dane pokazywały ludzkie preferencje w pewnej konwencji, takiej w której głównym tematem nadal była kwestia bojkotu i braku decyzji co do terminu wyborów. A przypominam: w naszym sondażu aż 60 proc. badanych opowiadało się za terminem jesiennym lub wiosny 2021.

Czy jest coś, czego możemy być pewni?

Tak, na początku czerwca wszystkie badania pokazywały – i co do tego nie ma wątpliwości – że jest jeden kandydat, który uzyska najlepszy wynik w I turze, i jest to Andrzej Duda, po drugie dwóch ścigających go, którzy mają szanse na II turę, to Rafał Trzaskowski i Szymon Hołownia, w takiej właśnie kolejności. Po trzecie wiemy na pewno, że trójka pozostałych kandydatów może oczywiście nadal brać udział w kampanii jako formie spędzania czasu wolnego, jednak szanse na wejście do II tury są bliskie zeru. Możemy jeszcze powiedzieć, że w II turze z Andrzejem Dudą zmierzy się prawdopodobnie Rafał Trzaskowski. Dalej zaczynają się schody, ośrodki pokazują różne wyniki, w większości minimalne zwycięstwo Dudy nad Trzaskowskim, ale jak mówię, byłbym bardzo ostrożny w przewidywaniach co do II tury, gdyż wiele może się wydarzyć między kandydatami walczącymi o tę drugą turę.

Z naszych badań wynika np., że zdecydowana większość zwolenników Trzaskowskiego (93 proc.) deklaruje chęć poparcia Hołowni, natomiast około 3/4 zwolenników tego ostatniego gotowych jest poprzeć Trzaskowskiego. Konsekwencją tej konfiguracji jest paradoks polegający na tym, że – wskazują na to niemal wszystkie badania – Hołownia ma większe szanse pokonać Dudę, dzięki właśnie zwolennikom Trzaskowskiego, ale w tej drugiej turze pewnie się nie znajdzie także dzięki zwolennikom Trzaskowskiego. Kogo zwolennicy odpadających kandydatów wesprą w II turze, to wielka niewiadoma i o to już teraz powinna toczyć się gra. Proszę też pamiętać, że do tej pory pytaliśmy o Rafała Trzaskowskiego hipotetycznie, bo nie był on „prawdziwym” zarejestrowanym kandydatem. Teraz to się zmieniło. Sądzę, że nawet wszystko to, co było badane do początku czerwca, można schować ad acta i zacząć od nowa.

Skoro nie możemy posługiwać się twardymi danymi, to może zawierzyć odczuciom, a te mówią, że coś się zmieniło, przełamało, nastąpiło nowe otwarcie i że Trzaskowski wywrócił scenę wyborów politycznych.

Moim zdaniem nie, tylko po prostu wszystko wróciło do normy, gdyby przypomnieć, jakie wyniki miała Zjednoczona Prawica i KO w styczniu i w lutym. Wówczas Małgorzata Kidawa-Błońska miała ok. 25 proc., a kandydat Duda ponad 40. Dziś wszystko wróciło do normy. To nam się tylko wydaje, że Rafał Trzaskowski niesłychanie wszystkich zmobilizował, ponieważ w ostatniej chwili Kidawa-Błońska miała 2-3 proc. poparcia. Tylko że to nie było prawdziwe poparcie, po prostu jej elektorat posłuchał kandydatki i powiedział, że nie będzie uczestniczyć w wyborczym szambie przygotowywanym na 10 maja. Po drugie to, że Warszawa entuzjastycznie ustawiała się w kolejki, aby podpisać się pod kandydaturą Trzaskowskiego, nic jeszcze nie znaczy, bo całe Podlasie nadal jest pełne plakatów Kidawy-Błońskiej obok plakatów innych kandydatów. Tam nie ma śladów obecności Rafała Trzaskowskiego…

Jeżeli Rafał Trzaskowski i jego sztab pójdzie błędną drogą Kosiniaka-Kamysza, czyli będzie przeuprzejmym gościem, wygłaszającym taktowne uwagi i okrągłe frazesy, chcącym zagłaskać cały naród i jednoczyć za wszelka cenę, to zrobi błąd. On nie powinien prowadzić walki o 31 milionów uprawnionych, ani też nie skupiać się na wyrywaniu elektoratu Dudzie. Powinien starać się zmobilizować owe 9 milionów ludzi wkurzonych na to, jak rozkradają kraj, demolują jego międzynarodowy prestiż i łamią konstytucję.

Te wybory nie są po to, aby jednoczyć, te wybory można wygrać na emocji, jaką jest słuszna złość. Zwykła normalna ludzka złość, że z naszego państwa uczyniono folwark, pośmiewisko międzynarodowe, że wyprowadza się nas z UE i pozbawi za chwilę środków, że ekipa wokół władzy robi interesy na pandemii. Ludzie nie chcą słuchać o jednoczeniu, tylko o tym, że jak się dojdzie do władzy, to się tych, co teraz rządzą, z tego rozliczy.

Drugim błędem byłoby rozdrabnianie się na dyskusje od polityki rodzinnej po spływ drewna na Dunajcu itd. Oczywiście wizytując jakiś rejon Polski koniecznie trzeba mówić o szczegółach, ale generalnie przekaz powinien być krótki. Tego kandydata nie powinno być za dużo, powinien potrafić się dawkować, bo w polityce jest też popyt i podaż. Jak jest za dużo kogoś, to przestaje być tak atrakcyjny. I jak w dobrej muzyce – ważna pauza, zwłaszcza po intermezzo… Kandydat wchodzący do gry późno to z jednej strony może być obciążenie, ale mądrze pomyślana dawkowana obecność może stać się zaletą. Te 2-3 tygodnie można wykorzystać, aby mówić krótko, celnie i trafić w to, co ludzi boli. Rozumiem, że jak ktoś patrzy z Warszawy, Krakowa czy Poznania, to widzi oczyma wyobraźni zwycięstwo kandydata PO, ale to nie jest cała Polska.

Rafał Trzaskowski ogłosił hasło: „Silny prezydent, wspólna Polska”. Podoba się panu?

Moim zdaniem genialne było hasło „Mamy dość” i nie rozumiem, dlaczego je zmienił. Hasło „Silny prezydent, wspólna Polska” jest z konkursu na najnudniejsze hasło. Co to w ogóle znaczy? Prezydent nie ma być silny, tylko taki, jak przewiduje konstytucja, a więc niezależny od innych ośrodków władzy, a społeczeństwa nie trzeba jednoczyć, bo nic zewnętrznego nam nie zagraża, zagraża nam wewnętrzny sabotaż kraju. W ogóle polityka nie jest od jednoczenia, tylko od cywilizowanego ukazywania różnic, konfliktów i sporów oraz pilnowania tego, by owe spory odbywały się z ramach instytucjonalnych rozwiązań, norm i procedur demokracji i państwa prawa, i tego brakowało. Tego wiele milionów „ma dość”.

Hasło „mamy dość” z innego względu było znakomite, bo działa jak test niedokończonych zdań – każdy może dopowiedzieć sobie, czego ma dość. Jedni tego, że Morawiecki ciągle nie powiedział, ile pieniędzy ma u żony na koncie, drudzy mogą mieć dość Banasia, jeszcze inni różnych obrzydliwych rzeczy, które działy się wokół rozdawania pieniędzy w NCBiR przez rodzinę Szumowskich, niechęci prokuratury, by zbadać los 50000 w kopercie dla Kaczyńskiego. Miejsca by nie starczyło, lista idzie w setki afer.

Pozostali kandydaci mówią, że od 15 lat żyjemy w PO-PiS-ie i że trzeba odpartyjnić politykę. Czy to w ogóle poważny postulat?

To bezsensowne gadulstwo. Po pierwsze, bo polityka jest „partyjna” wszędzie, nawet w monopartyjnych systemach, a w cywilizowanych demokracjach partie działają dobrze. U nas problem nie tyle w koncepcji partii, lecz zaściankowej kulturze politycznej. Po drugie, uwagi takie – zwłaszcza w wykonaniu Kosiniaka-Kamysza – są co najmniej niestosowne; kandydat udaje, że cierpi na amnezję. Przypominam, że partia PSL była we wszystkich rządach Polski w ostatnim 25-leciu, była i z postkomunistami i z konserwatywno-liberalną PO. Tylko teraz nie rządzi z PiS-em. Mówienie o strasznym duopolu jest bzdurą, bo co mają powiedzieć Amerykanie czy Brytyjczycy, którzy żyją od 200 lat w duopolu i nic złego się nie działo z tego powodu. Są na świecie systemy dwupartyjne, albo dwublokowe, ale nie jest prawdą, że u nas jest taki system. W ostatnich wyborach w ogóle nie startowała żadna partia polityczna, bo wszystkie 5 bytów, które są w parlamencie, to koalicje. Wybory odbywały się tylko pod szyldem partii ze względów organizacyjno-finansowych. Czym bowiem było zachowanie Gowina, jak nie pęknięciem w koalicji? Można go lubić albo nie, ale to on zablokował te karykaturalne majowe wybory.

„Chamska hołota” Kaczyńskiego ma znaczenie w kampanii wyborczej?

Nie sądzę, elektorat PiS, w zdecydowanej większości ślepo zapatrzony w wodza, podziela tę salonową ocenę. Zaś sam bohater polskiego parlamentaryzmu… No cóż, niektórzy po prostu tak mają, że jak coś idzie nie po ich myśli, to tupią przykrótkimi nóżkami, wylewają pianę, by dać upust swym emocjom. To nie pierwsza utrata intelektualnej kontroli nad własnym językiem w wykonaniu tego posła. Jest też hipoteza, że Kaczyński robi to celowo, aby odwrócić uwagę od największych skandali wokół rodziny Szumowskiego i uwłaszczaniu się nomenklatury PiS na pandemii.
Największy problem jest taki, że my zapomnieliśmy już o palcu Lichockiej, nie rozmawiamy o złodziejstwie, przekrętach, nie pytamy o zasadność budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego i ludzi tam „zatrudnionych” itd., Bo kolejny przejaw warcholstwa jednego człowieka ma przykryć te mega afery.

W naszym badaniu pod koniec maja pytaliśmy też o konflikty. Ciekawe jest to, że Polacy uważają, iż w trakcie pandemii zdecydowanie wzrosły konflikty między pracodawcami a pracobiorcami, między patriotami a tymi, co „nie cenią Polski”, między sektorem publicznym i prywatnym. Jednocześnie są to te konflikty, które tak w ogóle najczęściej wymieniają Polacy jako najbardziej zaognione. Najmniejszy konflikt Polacy dostrzegają miedzy kobietami a mężczyznami, a pandemia nie przyczyniła się do wzrostu tegoż.

Inne warte przytoczenia ogólne wyniki wskazuję, ze nadal ponad 60 proc. uważa, że to źle, że organizujemy teraz wybory. W oficjalne dane rządowe nt. koronawirusa nie wierzy 53 proc, a jedynie co czwarty uważa je za rzetelne. Większość badanych, bo 72 proc., chciałoby obciążyć kosztami za wybory, które się nie w maju, partię rządzącą, co oznacza, że także część elektoratu PiS tak uważa. Wiele innych – omawianych szeroko w prasie – opinii naszych badanych wskazuje wyraźnie, że większość Polaków ma dzisiaj opinie na temat ważnych kwestii publicznych, w tym epidemii, postępowania rządzących, sprzeczne z działaniami tych ostatnich. Ciekawe czy przełoży się to na wynik wyborów prezydenckich.

Rozważania o hołocie

Jesteśmy dumnym narodem, wstajemy z kolan, ale nie wszyscy. Chamska hołota to nowe określenie pewnej grupy społeczeństwa. Zaczęło się, wiele lat temu, od słynnego „spieprzaj dziadu” i nie powiedział tego prezes. Po drodze był gorszy sort, złodzieje, kwik odrywanych od koryta, itp.

Na to, kto jest hołotą, a kto patriotą czy dumnym narodem nie ma zgody w społeczeństwie.. To oceny na użytek polityczny, bardzo subiektywne i dzielące społeczeństwo.

W PRL była klasa robotniczo-chłopska i inteligencja. Ponieważ zarobki robotników i inteligencji były porównywalne, sojusz funkcjonował bez większych problemów. Po 1990 roku rozpadła się klasa robotnicza, a inteligencja zmarniała i stała się w neoliberalnym kraju niepotrzebna. Pieniądz zaczął wyznaczać status społeczny. Choć wszyscy go pożądali nie wszyscy go mieli pod dostatkiem. Zaczął tworzyć się podział na biednych i bogatych, choć to też jest dość względne.

Po 2015 roku wprowadzono podział na biedny, dumny naród i bogatą, chamską hołotę. Ile jest których, nie wiadomo. I którzy są dumnym narodem, a którzy hołotą, to też ocena bardzo indywidualna. Wiadomo natomiast kto te podziały wprowadza. Wiadomo także, że tak skłóconego społeczeństwa od wielu, wielu lat nie było.

I na koniec. Już sam nie wiem. Czy jestem dumnym narodem czy hołotą, a może jednym i drugim po trosze. Prezes na pewno siebie do hołoty nie zalicza, uznaje sie za creme de la creme dumnego narodu, ale to tylko jego subiektywna ocena.

Aresztują cię przez internet, ale siedzieć pójdziesz naprawdę

Rzeczpospolita Kaczyńskiego zaczyna niepokojąco coraz bardziej przypominać antyutopie Orwella czy Huxleya. Obywatel ma coraz mniej praw, a w tle słychać gromkie zapewnienia władz, że to w celu obrony tych praw.

W projekcie Tarczy 4.0 proponuje się zmiany dotyczące tymczasowego aresztowania. To poważna, bo najbardziej dotkliwa forma środków zabezpieczenia wobec podejrzanego lub oskarżonego w toku procesu sądowego.

Przypomnieć należy, że w świetle polskiego – i nie tylko! – prawa człowiek jest niewinny do momentu, kiedy zapadnie prawomocny skazujący wyrok sądu. Zatem areszt, stosowany wobec człowieka formalnie niewinnego jest sprawą, do której należy podchodzić bardzo poważnie, bo dotyczy wolności jednostki.

Wspomniana „antykryzysowa” zmiana polegać ma na tym, że o tymczasowym aresztowaniu decydować miałby sędzia podczas posiedzenia sądu przeprowadzonego on-line.

W praktyce miałoby to wyglądać tak: sędzia połączy się przez internet z podejrzanym, któremu towarzyszyć będzie asystent prokuratora lub przedstawiciel służby więziennej. Obrońca, owszem, jest ciągle jeszcze przewidziany, ale również zdalnie. Sędzia może jednak uznać za stosowne wezwać go na salę rozpraw. Wtedy będą rozmawiać z podejrzanym wspólnie, z jednego łącza.

Obrońca, który chciałby porozmawiać ze swoim klientem na osobności, będzie mógł do niego zadzwonić i rozmawiać podczas przerwy, orzeczonej przez sędziego. Projekt nie mówi nic, co będzie, jeżeli sędzia tej zgody na kontakt nie udzieli, lub jeśli rozmowa adwokata z podejrzanym nie będzie miała gwarancji dyskrecji.

Co będzie, jeżeli łącze internetowe po którejś ze stron będzie słabe lub nastąpi uszkodzenie?

Można by zrozumieć tę formę, gdyby miała charakter tymczasowy i dotyczyła np. wyłącznie podejrzanego przebywającego na kwarantannie lub z potwierdzoną chorobą COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że projekt tych zmian miałby być wprowadzony na stałe i zostać z nami także w tych szczęśliwych czasach, gdy nie będziemy już egzystować w cieniu koronawirusa.

– Ten sposób, jeżeli miałby zostać na stałe, jest głupi, krzywdzący i nieodpowiedzialny – powiedział mi znany warszawski adwokat. – To się może obrócić przeciwko każdemu obywatelowi. Jeżeli sędzia mając do wyboru podjąć nieco wysiłku albo nie podjąć go wcale tylko biernie przyklepać to, co znajduje się we wniosku o areszt, to proszę zgadnąć, co sędzia wybierze? Oprócz tego, co to znaczy, że obrońca będzie dzwonił do podejrzanego? Co z prawem do prywatności? To jest rozwiązanie, które się nie mieści w standardach jakiegokolwiek demokratycznego państwa i jakiegokolwiek rzetelnego procesu karnego.

Wolnych sądów tysiące obywateli broniły z dużym zaangażowaniem. W czasie pandemii protesty uliczne zostały poważnie ograniczone. Chyba jednak warto podnieść głowę w sprawie takich zmian, które mogą obrócić się przeciw każdemu z nas.

Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Emerytowanym zbawcą narodu zostać

Prezes Kaczyński w bezgranicznym samozachwycie zwierzył się onegdaj Teresie Torańskiej z takiego oto marzenia. Chciałby zostać zbawcą narodu, emerytowanym. Zapomniał tylko, że zbawcą nie zostaje się przez nienawiść, pogardę, sprawne posługiwanie się butem i knutem. Zbawcą bywa się obwołanym, gdy wyprowadza się lud z ciemności, nienawiści i wojny w świat pokoju. Gdy daje się ludowi nadzieję.

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest w Polsce ktoś, kto przywrócić może nam nadzieję na powrót do normalności. Na świat na nogach stojący, a nie zwijający się w konwulsjach. Widzę kilka takich osób, ale tylko jedna z nich może zrobić to realnie. Przykro mi to stwierdzić, ale tylko Donald Tusk, gdyby zdecydował się na start w wyborach prezydenckich, ma szansę nie tylko pokonać bezradną marionetkę prezesa, ale także utrzymać nas jako państwo w Zjednoczonej Europie.

Naciągana prawnie decyzja PKW spowodowała, że stało się coś, co jeszcze przedwczoraj było niemożliwe: pojawiła się szansa na mniej więcej konstytucyjne wybory, mniej więcej uczciwą kampanię wyborczą. Jednak bez silnego kandydata mającego zaufanie większości Polek i Polaków ta ostania szansa na przywrócenie normalności odsunie się w dalszą raczej niż bliższą przyszłość. Wiem, że każdy z opozycyjnych kandydatów, a także kandydatka ma swój wierny elektorat i nawet w to wierzę, że razem mają nad obecnym prezydentem przewagę. Kłopot w tym „razem”. Oddzielnie niestety nikt z nich Dudzie nie zagraża, zaś w kampanii już się przekonaliśmy, że raczej ranią siebie nawzajem, niż obniżają poparcie Dudy. A jeśli do drugiej tury wszedłby ten, który już się w niej widzi – Władysław Kosiniak – Kamysz… dla wielu wyborczyń i wyborców zbyt podobny jest do Andrzeja Dudy, by mogły i mogli zmusić się do oddania na niego głosu. Wiem po sobie.

Chciałabym oczywiście widzieć narodu zbawcę w polityku albo polityczce lewicy. Kłopot w tym, że takiej kandydatki ani kandydata nie widać. Poza tym trzeba pamiętać, że populistyczna dobra zmiana ufundowała nam karykaturę „lewicowego” projektu… Ale jest gorzej: tu nawet nie chodzi o brak wybitnych lewicowych kandydatek i kandydatów, ale o to, że Polki i Polacy, marząc o realizacji lewicowego projektu równości i sprawiedliwości dla wszystkich, bardziej skłonni są głosować na tych, co tę przyszłość obiecają każdemu i każdej z osobna, indywidualnie, a nie nam wszystkim – zbiorowo. Nawet w międzywojniu, gdy lewica miała i program, i społeczne zakorzenienie w wielkoprzemysłowej klasie robotniczej, jej poparcie sięgało może 20 %. To wystarcza, by współrządzić. Ale nie wystarcza na to by pokonać pisowskiego potwora.

Trzeba nam kogoś, kto pociągnie za sobą ludzi, dla których jest jasne, że trwanie obecnej władzy to koniec polskiego marzenia o nowoczesnej, praworządnej, spokojnej Polsce w Unii Europejskiej, a nie kogoś kto chce przekonywać wyznawców i hunwejbinów Kaczyńskiego. Ich nie przekonamy. Ich musimy pokonać i wybrać prezydenta, który zatrzyma wyprowadzanie nas z europejskiej rodziny.

Właśnie dlatego na Donalda Tuska zagłosuję z entuzjazmem. Owszem, byłam zagorzałą krytyczką polityki jego rządu – ale też był to rząd współtworzony z PSL-em, a działacze tej partii nie takim jak Tusk „postępowcom” potrafili narzucić swój zaściankowy, klerykalny i dawno przebrzmiały konserwatyzm. W tych wyborach jednak nie chodzi o wyłonienie stabilnego rządu. Przypominam, że prezydent to nie jest w polskim ustroju politycznym ktoś, kto rządzi i kreuje politykę państwa. Za to, jeśli chce, może zatrzymać polityczną drogę donikąd.

Prezydent w Polsce współkształtuje politykę zagraniczną i czuwa nad politycznym oszołomstwem (by nie rozprzestrzeniało się nadmiernie). I dziś nade wszystko musimy mieć prezydenta, który zatrzyma nas w Unii Europejskiej. Z tej perspektywy widać, że błędy, które popełnił Tusk jako premier, są niczym wobec zagrożeń, które stały się teraz naszym udziałem. Wiemy, że Tusk potrafi łączyć, a nie dzielić i przeprowadzać przez sztormy i zawirowania – to udowodnił jako szef Rady Europejskiej. Od siebie dodam z kolei, że skoro Robert Biedroń nie ma raczej szans na wygranie tych wyborów, spośród wszystkich innych kandydatek i kandydatów tylko Donald Tusk rokuje, że jako prezydent podpisze ustawy wprowadzające w Polsce (wreszcie!) równość małżeńską. Tylko jeszcze my musimy wybrać parlament, który je uchwali.

Gdyby Donald Tusk zechciał wystartować jako kandydat obywatelski, z poparciem (lub bez poparcia) KO, miałby głos każdej i każdego, komu prawo, dobro ojczyzny i pomyślność obywatelek i obywateli nie jest obojętna. Pokonałby Dudę, a tym samym, de facto, odebrałby władzę Kaczyńskiemu i jego politycznej bandzie. Być może nawet zostałby obwołany „zbawcą narodu”, a to dopiero zabolałoby prezesa!
Tusku, sorry, po prostu – musisz chcieć!

PS. Zachęcam do lektury „Szczerze”. Ta książka jest znakomitym „oknem” na zaplecze i meandry politycznej kuchni. A czemu tak prawie bezgłośnie przebiegła przez salony i przedpokoje? Chyba nie jeden prezes boi się konkurencji Donalda Tuska. Na każdym polu.

Początek marzeń o końcu świata

Żył sobie na przełomie wieków kaznodzieja C.T. Russel. Był baptystycznym szołmenem, ale ostatecznie zakotwiczył przy jednym z większych graczy na religijnej scenie. Russel miał ten ujmujący dar, że z lubością przewidywał co rusz koniec świata. Kolejne niepowodzenia wcale go nie zniechęcały. Przeciwnie. Russel wciąż przewidywał, a ludzie coraz mocniej mu zawierzali. Po grób.

Najpierw, podług wyliczeń Russela, Chrystus miał przyjść na Ziemię w 1874 r., ale nie przyszedł, bo Russel źle przetłumaczył pisma. Ponoć był już obecny, ale niewidzialny. To jednak trochę za mało jak na kogoś, kto wie, kiedy skończy się świat. W 1878 r., wszyscy żywi i umarli wyznawcy teorii Russella mieli być porwani do niebios przed Pana, ale dalej nic z tego nie wyszło. W 1893 r. Russell sugerował, że koniec może nastąpić nie później niż w 1905 czy 1907 r. W międzyczasie była jeszcze data 1881, ale ciągle pudło. Dalej Russel stawiał na 1914. Fakt, dla wielu ta data mogła być początkiem końca, ale ludzkość, na złość Russelowi, przerwała. Następna data końca – 1918 r. – miała być już ponoć solidnie udokumentowana obliczeniami, niestety Russellowi nie było dane niej doczekać, bo wcześniej sam zakończył żywot w 1916 r. A ludzie wciąż go słuchali i wierzyli w jego czary-mary.

Jarosław Kaczyński, choć końca świata nie prorokuje, niezmiernie się lubuje w końca świata wzniecaniu. Dla wielu jego wrogów zetknięcie się z nim, to częstokroć prawdziwy początek dni ostatnich. Mało tego, dla wielu jego apologetów, obcowanie z prezesem jest nieuświadomioną koniecznością własnego końca.

Jarosław Kaczyński rozmontował system wyborczy jak nikt w historii Polski, choć wielu się to marzyło. Podeptał kodeks wyborczy. Zasiał chaos, nad którym nikt w rządzie nie panuje. W zeszły łykend sytuacja na tyle nabrzmiała, że nawet Molibdenowy Mateusz miał mieć wszystkiego dość i na Nowogrodzkiej jął ciskać papierami krzycząc, żeby zabrać go już z tych kolonii, bo to nie na jego nerwy. Wcale się mu nie dziwię. Miała być permanentna prosperita i dostatek, a tu nie wiadomo, czy uda się wyjść z tego kabaretu z resztką godności. Poza tym, Mateusz i cała cwana ale inteligenta część rządowych ław, czują podskórnie, że tego bałaganu nie da się dłużej pudrować i że ludzie to widzą. A jak widzą, to prędzej czy później stracą cierpliwość i pogonią z Sejmu w cholerę.

Najbardziej jednak nadziwić się nie mogę, jak ten pęd Jarosława do chaosu i
niepokoju, może przetrawić w swoich trzewiach zwykły człowiek, który na co dzień popiera rządzącą partię; gdzie w jego środku, obok salcesonu, chleba z masłem i mizerii znajdzie się miejsce na katolicko-narodowy bigos, który mu Jarosław serwuje dzień w dzień, dodając doń za każdym razem kolejnych, zupełnie niestrawnych przypraw. Toż to na dłuższą metę nie do wytrzymania. Zbiera się na womitację na samą myśl. A jednak lud zbożny wytrzymuje. I wierzy Jarosławowi, że zaprowadzi go ku szczęśliwości, tak jak wierzył Russelowi, że już za chwileczkę, już za momencik, wszystko przestanie się kręcić i nastąpi upragniony koniec trosk i mąk.

Dawno już straciłem rachubę, co też znowu towarzystwo wyprawia z wyborami przez kopertę, bo odrzuciłem ich ideę na samym starcie. Cokolwiek niekonsekwentnym byłoby więc, gdybym interesował się czymś, co z gruntu rzeczy uważam za poroniony pomysł, w dodatku przepchnięty kolanem, łamiący poszanowanie dla praw, tak ludzkich jak i przyrodzonych, jak choćby to, żeby nie narażać ludzi na niepotrzebny stres, kiedy ci sobie tego nie życzą. No, ale jak mawia prezydent Andrzej, skoro można wyjść do sklepu, można też pójść do lokalu wyborczego. Teraz nawet już nie będzie trzeba donikąd chodzić, bo lokal przyjdzie do nas.

Dumam więc sobie dalej, ileż to jeszcze człowiek pisowski musi znieść razów w swoją ludzką godność i inteligencję, bo wszak każdy jakąś ma, żeby zrozumieć, jak wielką krzywdę funduje Polsce i Polakom Jarosław Kaczyński swoim zachowaniem. Czy z każdym dniem nie narasta w człowieku pisowskim frustracja, że to wszystko, to jakaś piramidalna mistyfikacja, jakiś sen wariata; że nie można przecież tak bezceremonialnie traktować ludzi i sprowadzać ich do roli białkowego interfejsu, bezrozumnej tłuszczy. I im dłużej dumam, tym bardziej czarna wizja mnie oplata. Że…nie. Nie narasta. Oni mu po prostu bezgranicznie ufają. Jak wierni Russelowi w 1914 r. Prawdziwej wiary nie zburzy żadna wątpliwość.

PiS – demokracja – opozycja

25 kwietnia Portugalia świętowała 46 rocznicę puczu wojskowego, który zakończył długie dekady dyktatury Antonio Salazara i jego następców i rozpoczął pokojową Rewolucję Czerwonych Goździków. Pucz uzyskał poparcie całej gamy sił politycznych: od komunistów, przez socjalistów, po chadeków. Ówczesny reżim Estado Novo wykazywał wiele podobieństw do polskiej partii rządzącej: konserwatyzm, klerykalizm, nacjonalizm, nepotyzm, program stagnacji kulturowej i gospodarczej – wszystko naturalnie w imię dobra wspólnego.

Ten kto uważa, że dzisiejsze czasy nie przystają do dawnych systemów, grzeszy naiwnością. Pandemia COVID-19 tworzy nowe perspektywy dla współczesnych Salazarów, a nieefektywne ruchy ugrupowań opozycyjnych tylko pomagają w tym procesie.

Oto newsy wyłącznie z ostatnich kilku dni. Erdoganowska Turcja rozpoczęła dochodzenie wobec burmistrzów Ankary i Istambułu (obaj z opozycji). Przyczyna? Zbiórki pieniędzy na rzecz ofiar koronawirusa – nielegalne według tureckiego reżimu. Oprócz straszenia represjami karnymi, rząd zablokował konta samorządów.

Ostatni krok

Na Węgrzech trwa kolejny etap rozprawy z opozycją – tutaj również na poziomie finansowym. Wiktor Orban, korzystając ze świeżo przyznanych uprawnień do wydawania dekretów, zablokował środki finansowe dla miasteczka Göd, rządzonego przez polityka opozycji. Gmina straci 1/3 dochodów. Mimo wszystko jednak, autorytarni przywódcy niezwykle rzadko sięgają po opcję atomową – bezpośrednie fałszerstwa wyborcze. Taka droga była udziałem wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro, którego zwycięstwo w 2018 zostało podważone przez międzynarodowych obserwatorów i samych współobywateli. Kryzys polityczno-ustrojowy nałożył się na krach gospodarczy. Manipulowanie procesem wyborczym stanowi zawsze ostatni krok na drodze do dyktatury i niesie za sobą poważne konsekwencje dla państwa i społeczeństwa.

Prawo i Sprawiedliwość z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, zdaje się nie przejmować tą starą prawdą i próbuje zrealizować scenariusz węgiersko-turecki na skróty – z pominięciem procesu wyborczego. Bo właśnie w taki sposób należy określać próbę organizacji całkowicie nieprzygotowanych wyborów korespondencyjnych wbrew orzecznictwu Trybunału Konstytucyjnego które stanowi że zmiany w Kodeksie Wyborczym można wprowadzać nie później niż 6 miesięcy przed wyborami. Co więcej, po raz pierwszy w historii bezprawnych działań, PiS działa w oparciu o nieistniejące prawo. Jak inaczej można nazwać drukowanie kart wyborczych na podstawie ustawy, która nie została uchwalona? Tu już nie ma miejsca na luźne interpretacje prawne, to metody stricte dyktatorskie. Przy wszelkich zastrzeżeniach wobec reżimów w Turcji i na Węgrzech należy pamiętać, że przykręcanie śruby odbywało się tam powoli i w oparciu o minimum prawa, a ich liderzy cieszyli się zdecydowanie wyższym poparciem niż PiS. W ostatnich dniach prawica porzuciła wszelkie pozory legalności w swojej misji reelekcji potulnego Andrzeja Dudy. I nic dziwnego, wybory w sierpniu lub w październiku (jak proponują PSL i Lewica), a nawet za rok (propozycja Platformy Obywatelskiej), niosą ryzyko utraty Dużego Pałacu. Stawką tej gry są dalsze rządy PiS, ale również potencjalna odpowiedzialność karna partyjnych aparatczyków.

Perspektywiczna marginalizacja

Obserwując działania ugrupowań opozycyjnych rodzi się pytanie – czy oni nadążają? Koalicja Obywatelska postanowiła zagrać Jarosławem Gowinem, proponując wybory w maju 2021 roku. Lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka zapomniał jednak skonsultować swe działania z resztą partii opozycyjnych, co rodzi obawy że chodzi bardziej o rywalizację na opozycji niż o poważną propozycję współpracy dla ratowania kraju. Co zrobi Gowin i jego grupa? (o ile takowa w ogóle istnieje). PO tkwi w wizerunkowym i sondażowym kryzysie, zarówno sama partia, jak i tragicznie notowana Małgorzata Kidawa Błońska. Narracja o bojkocie pseudo-wyborów nie odniosła skutków politycznych, a jedynie zdemobilizowała wyborców przed dokonaniem jakichkolwiek wspólnych ustaleń zresztą opozycji. Po raz pierwszy od lat, Platforma Obywatelska staje przed perspektywą marginalizacji.

Lewica zareagowała sceptycznie na pomysły PO, zamiast tego proponując wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, wskutek czego wybory zostałyby przesunięte z automatu. Tylko, kto taką decyzję podejmie? Rada Ministrów zdaje się nie być zainteresowana tematem. Na marginesie walki o wybory, Lewica proponuje sporo konstruktywnych propozycji na walkę z kryzysem i pandemią. Niestety, większość z nich ginie w szumie informacyjnym. Przy okazji jednak politycy lewicy stawiają bezkompromisową tezę o braku możliwości rozmowy z Jarosławem Gowinem. Taka linia jest politycznie sensowna w razie implozji projektu „Gowin”.

To nie Lewica będzie odpowiedzialna za zawiedzione nadzieje, a PO. Jeżeli jednak okaże się, że stanowisko Gowina jest na serio i pojawi się szansa na przegłosowanie PiS, nie pozostanie inna droga niż taktyczny sojusz w imię polskiej racji stanu. Każda inna decyzja stanowiłaby polityczne samobójstwo.

Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje, że jest gotów rozmawiać o zmianie konstytucji i o przedłużeniu kadencji obecnego prezydenta o rok. Jednocześnie jednak poparł propozycje Lewicy. W ostatnich dniach odbyła się wspólna konferencja szefa SLD Włodzimierza Czarzastego i lidera PSL z zapowiedzią współpracy i koordynacji działań. To chyba pierwsza jaskółka zmiany i szansa na przejęcie inicjatywy przez te dwa ugrupowania.
Szymon Hołownia, pomimo braku obecności w polskim Sejmie, zyskuje poparcie dzięki emocjonalnym deklaracjom w mediach społecznościowych. Nie odegra żadnej roli w nadchodzącej rozgrywce sejmowej, ale już w walce o prezydenturę – może. Później również, jeżeli zdecyduje się na budowę własnego ruchu.

Same złe wyjścia

Konfederacja stanowi problem dla całej reszty. Ich notowania rosną i choć nie mają żadnego interesu w głosowaniu ramię w ramię z PiS, nikt nie może tego wykluczyć.

Chyba wszyscy są dość mocno podzieleni w kwestii terminu 10 maja. Startować w pseudo-wyborach i legitymować przewrót czy bojkotować, tym samym wzmacniając wynik Dudy? Każda strategia jest zła.
Niezależnie od dość losowej perspektywy odrzucenia lub zmiany poprawionej przez Senat ustawy o głosowaniu korespondencyjnym w Sejmie, opozycja jako całość musi stworzyć nową dynamikę wydarzeń. W tym celu powinna zacząć politykę: rozmawiać z każdym, w tym z Gowinem, a nawet z co bardziej bojaźliwymi posłami PiS. Władza zdaje się być gotowa na wszystko, mówi się o zastraszaniu i przekupywaniu posłów
Porozumienia Gowina. Jednocześnie tłumi się wszelkie przejawy niezależnego myślenia w instytucjach państwowych, o czym przekonała się prokurator Ewa Wrzosek – czeka ją postępowanie dyscyplinarne za wszczęcie postępowania w sprawie nielegalnych działań ministra Sasina.

Ramy pozakonstytucyjne

Tym samym, opozycja musi porzucić naiwne peany na temat potrzeby przestrzegania konstytucji i zdać sobie sprawę którym miejscu jesteśmy. Przecież już od kilku lat Polska funkcjonuje w ramach poza-konstytucyjnych, od kilku tygodni również poza-prawnych. Zamiast powoływać się na konstytucję, liderzy opozycji powinni studiować prace Carla Schmitta (ideologa faszyzmu, analityka upadku demokracji liberalnej).

Niemiecki konstytucjonalista opisał w szczegółach proces odchodzenia od demokracji liberalnej, w stronę jej nieliberalnej wersji, a następnie wprost w objęcia faszyzmu. Należy sobie uświadomić, że w Polsce trwa rozgrywka o władzę, w której wszystkie ruchy są dozwolone. Wygra opcja bardziej elastyczna i bezwzględna – ci którzy znajdą większość w Sejmie lub wykreują taką narrację, która przekona opinię publiczną (zmęczoną pandemią i skołataną sprzecznymi sygnałami różnych ugrupowań) i spowoduje bunt społeczny. Jeżeli okaże się, że wybory odbędą się w terminie letnio-jesiennym, zyskają również ci, którzy będą skłoni rozmawiać bez warunków wstępnych, porzucając przy tym wąskie interesiki partyjne. Ich realizacja i tak nie będzie możliwa w państwie pozbawionym wszelkich demokratycznych bezpieczników.

Należy grać tak, jak przeciwnik pozwala. Tym samym, już nie można przejmować się zaklęciami liberalnej demokracji, trzeba tworzyć fakty polityczne.

Ostatecznie nie wiadomo czy opozycja w ogóle będzie miała wpływ na bieg wydarzeń. Stworzenie nowej większości sejmowej stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Być może jak zwykle o wszystkim zdecyduje Jarosław Kaczyński. Jaki kierunek wskaże i czy uniknie buntu swoich własnych żołnierzy? Nie da się wykluczyć, że to wszystko blef prezesa i od początku nie chciał wyborów w maju.

Farsa pocztowa

Zwyczajnie licytuje wysoko, testując reakcje społeczne i międzynarodowe. Te ostatnie wydają się przychylne – Unia Europejska pozostaje bezwolna, jak zawsze, gdy chodzi o bronienie deklarowanych wartości. Może być też tak, że Kaczyński chce podzielić się odpowiedzialnością i zepchnąć winę za brak możliwości przeprowadzenia wyborów na opozycję. Dotychczasowa historia prezesa pokazuje, że jego najsilniejszy motywator to czysta władza, a ta może szybko wyparować w przypadku całościowej zapaści instytucji państwa.

Wiemy również z poprzednich prób przeciągania struny, że Kaczyński potrafi się cofnąć – zazwyczaj przed oporem i siłą. Paradoksalnie, sam zapędził się w sytuację podbramkową. Jeżeli dojdzie do majowej farsy wyborczej, karty zostaną przedwcześnie odsłonięte.

Rozpocznie się czas quasi dyktatury, kwestionowanej przez inne demokratyczne państwa prawa, dryfującej bez celu w najgorszym możliwym czasie – początku kryzysu gospodarczego i rozkręcającej się epidemii. Jeżeli wybory zostaną przesunięte, oddali się perspektywa gładkiego przejęcia władzy, a kandydaci opozycji zyskają oddech i szansę na zwarcie szeregów. To będzie czas na pozbycie się złudzeń co do sytuacji i rozmowy o współpracy i potencjalnej konsolidacji wokół najlepszej kandydatury. Niezależnie od wyniku, jesteśmy dziś bliżej dyktatury Salazara niż klasycznej demokracji parlamentarnej.

Bezwstydny

Siedzieliśmy wczoraj wieczorem z moją umiłowaną matką, piliśmy wino domowe i gadaliśmy o tych, których los już zabrał z tego padołu i tych wszystkich, których ścieżki kiedyś przecięły się z moimi, a którzy szczęśliwie wciąż pozostają przy życiu. Zeszło się nam do północy. Matkę dziś bolała głowa.

Przypomniało mi się, kiedy słuchałem opowieści o tem i owem, jak to w szkole podstawowej, bodaj w ósmej albo siódmej klasie, nasza wychowawczyni chciała urządzić modelowy przykład wyborów do samorządu klasowego. Zaprosiła nań dyrektorkę, żeby się pochwalić, jakie to ma mądre dzieci. No i jak to w demokracji, sprawy przyjęły dość nieoczekiwany obrót. A może to była szósta klasa…

Było tak, że pani wychowawczyni miała faworytów, albo raczej faworytki, w osobie dwóch dziewcząt, które siedziały ze sobą w ławce i się przyjaźniły. Ja z kolei miałem kolegę, który choć nie był chuliganem, uwielbiał knuć przeróżne intrygi. Wymyślił więc, że to on zostanie przewodniczącym; w ostatniej chwili zgłosimy jego kandydaturę, wcześniej jednak przekonamy chłopaków, żeby głosowali na niego. Wybory miały być tajne. Ja pełniłem rolę tego od przekonywania, a w zamian miałem zostać zastępcą przewodniczącego, na co się zgodziłem, bo w tym tamdemie, to ja byłem tym głupszym na ongiś.

Odrobiliśmy więc szybko lekcje i zgodnie z sugestią Donalda Tuska sprzed kilku lat wstecz, przeliczyliśmy głosy. Była szansa na powodzenie, bo proporcje chłopaków do dziewczyn były w klasie mniej więcej pół na pół z lekką przewagą dziewcząt, a trzeba Państwu/Wam wiedzieć, że klasy były wówczas bardzo liczne; 30-35 dzieciaków. Założyliśmy prosty model wyborczy: dziewuchy głosują na dziewuchy a chłopaki na chłopaków; wiedzieliśmy jednak, że są w klasie dziewczyny, które po cichu sprzyjają nam i w nich cała nadzieja. Co do chłopaków mieliśmy w zasadzie pewność. Tych których nie sposób było wyczuć, można było zwyczajnie zastraszyć, ale to chyba nie było nawet konieczne.

Nastał dzień wyborów. Do klasy przyszła pani dyrektor. Rozparła się w fotelu przy biurku i obserwowała. Zgłoszono kandydatury z sali. Jedna z koleżanek zgłosiła jedną, drugą drugą. Ja zgłosiłem kolegę intryganta, a kolega mnie. Poza tym dorzuciliśmy jeszcze kogoś, żeby mieć u steru swojego człowieka na skarbnika. Nastąpiło zwolnienie maszyny losującej, konie poszły i nie było już odwrotu. Wychowawczyni, która ma się rozumieć, mnie nie lubiła, oraz jej protegowane, były pewne sukcesu. Głosy wrzucono do specjalnej urny. Wybrano wcześniej komisję skrutacyjną. Tego dnia w klasie obecni byli prawie wszyscy, więc i frekwencja zapowiadała się bardzo wysoka. Jakież było zdziwienie wychowawczyni, dziewcząt i mojego kumpla, który już zbierał pod ławkami gratulacje, kiedy okazało się, że najwięcej głosów wytrzaskałem w głosowaniu…ja. Nikt nie dowierzał, nawet ja sam. Trochę głupio mi było przed kumplem, bo to on miał być gospodarzem klasy, a wyszło ciut inaczej. Nie mogłem ustąpić, bo wyraźnie poirytowana wychowawczyni kazała mi przy wszystkich się zdeklarować, że przyjmuję mandat, co rzecz jasna uczyniłem, bo jakbym nie przyjął, to by wygrała ta flądra z przedostatniej ławki. Mój kumpel od intryg miał dopiero trzeci wynik. Długo się nie nacieszyłem tym gospodarzowaniem. Wychowawczyni zmontowała spisek, i wywalili mnie jeszcze w tym samym semestrze, za rażące lekceważenie statusu szkoły i czegoś tam jeszcze. Inna sprawa, że było w tym trochę racji, bo mój stosunek do urzędu był, co tu kryć, dość olewczy, z czego do dziś jestem dumny.

Przy trzecim kieliszku wina domowej roboty, moja matka zapytała mnie, ot tak, dla „poddierżenia razgawora”, czy ten Duda, to ma jakieś poczucie wewnętrznego wstydu, że wygra te wybory przy minimalnym wsparciu społeczeństwa. Przecież siła takiego mandatu będzie żadna, a realne poparcie żenujące. Co to za prezydent, którego wybierze głucha babka ze ślepym dziadkiem? Zasromałem się, upiłem łyk, i opowiedziałem matce historię z wyborów z podstawówki, jak to jedna pani chciała koniecznie wybrać swoją protegę na stolec i pokazać, kto tu rozdaje karty. A jak wynik był niepomyślny, zarządziła drugie wybory, żeby postawić na swoim. Jarosław Kaczyński rozgrywa Polskę, tak jak moja wychowawczyni dzieci w klasie. A jego pupilek ma gdzieś poczucie wstydu. Więcej nawet, on nie wie, co to jest wstyd, bo żeby wiedzieć, trzeba go po prostu mieć. A Andrzej Duda ma tylko słowo prezesa. Więc trzyma je w garści, jak wróbla z przysłowia, bo wszystko co jeszcze do niedawna miał, musiał zostawić w pancernym sejfie na Żoliborzu. Zastaw bezzwrotny. Kasa nie zwraca za bilety.