Andrzej Duda – plusy ujemne

Styczeń to czas refleksji nad politycznymi wydarzeniami minionego roku, okres podsumowań i wniosków. Tylko dla wyznawców ideologii PiS nie jest jasne, że smutną musi być refleksja nad dokonaniami prezydenta Andrzeja Dudy.

Od początku swej pierwszej kadencji A. Duda z samobójczą konsekwencją rozmieniał na drobne majestat urzędu prezydenta Rzeczypospolitej, strywializował go i ośmieszał. Po tym jak w kontekście jego osoby pojawiły się słynne leśne ruchadła, było już tylko coraz śmieszniej i straszniej. Tańcowanie z gaździnami na ważnych dla życia narodu wydarzeniach jak regionalne święto kaszy, podrygiwanie pod rybą na Górze św. Anny, zaśpiewki, żarciki i dowcipy były doprawdy ciężkostrawne i nie licujące z powagą pełnionego urzędu. Głęboką troską napawa obserwatorów jego działalności wyraźnie rysująca się, radosna chłopięcość i infantylizm prezydenta. Jak dziecko wpuszczone do pokoju dorosłych, cieszył się okazjami, gdy uchodził (w swoich oczach) za prawdziwą głowę państwa. Tak było na szczycie NATO w Brukseli, gdzie koniecznie chciał być atrakcyjny, choć wyszło jak zwykle, bo pokazywaniu kciuków towarzyszyła dziecinna wręcz radość z faktu, że chociaż na wspólnej fotografii znalazł się między najważniejszymi przywódcami Europy. Smutne, lecz w rzeczywistości, w NATO-owskim towarzystwie nie jest uznawany za szczególnie ważnego i istotnego gościa. Nawet jego rzekomy przyjaciel, prezydent USA Donald Trump dobitnie dał to do zrozumienia, nie znajdując dla A. Dudy w Białym Domu więcej jak tylko kilka chwil na krótką kuluarową rozmowę przy windzie, pomiędzy naprawdę ważnymi spotkaniami. Lecz wierni, choć groteskowi akolici z jego pałacu wydali oświadczenie, że obaj prezydenci dokonali pogłębionej analizy globalnych problemów z zakresu polityki międzynarodowej, poruszyli szeroki krąg zagadnień bilateralnych, uzgodnili wspólne stanowisko wobec zagrożeń terrorystycznych i klimatycznych, dokonali koordynacji stanowisk wobec Rosji, Chin, Iranu, i co tam jeszcze. Rzadki ubaw, jednym słowem. Choć samemu prezydentowi z pewnością nie do śmiechu było kiedy z kolei stał jak słup soli, a prezydent Barack Obama karcił go za łamanie prawa i Konstytucji.

W jego prezydenturze dostrzegalne są motywy i śmieszne i straszne. Do tych śmiesznych (wszystkich nie sposób wymienić) zaliczyć należy wyćwiczone przed lustrem miny w stylu Cezara lub Il Duce, wykrzyczane z patosem przemówienia, także taką wypowiedź jak ta o niedobrej UE, bo nie chce sprzedawać starych żarówek, albo ta, że ,,jesteśmy narodem, który ukształtował ten świat”, a także ta kiedy jako gospodarz konferencji klimatycznej zapowiedział spalanie polskiego węgla przez 200 lat. Mówił wówczas antynaukowe brednie, że człowiek nie przyczynia się do zmiany klimatu, choć każde dziecko wie, że to nieprawda. A ten niedorzeczny bełkot o bitwie polskich żołnierzy pod Monte Cassino, która miała stać się przyczyną powstania UE(!). Lecz już strasznym motywem jego przemówienia w 40. rocznicę wyborów 1989 r. była refleksja nad skażeniem demokracji III RP, czego powodem miał być brak rozlewu krwi Polaków w 1989 r., a teraz za ten brak płacimy cenę (!). Co więcej wolność upatruje nie w masowym buncie robotników, a w … modlitwach kapłanów.
Nachalnie eksponując swoją rzeczywistą czy udawaną pobożność, notorycznie klęcząc przed ołtarzami, bezwarunkowo popierając kościół i jego hierarchów, narusza zasadę bezstronności i światopoglądowej neutralności urzędu prezydenta. Wprzęgając biskupów w sprawy państwa i obywateli narusz art. 25 ust. 3 Konstytucji o rozdziale państwa i kościoła kat. Nie mógł pominąć tak niedorzecznej uroczystości w Łagiewnikach jak koronowanie Chrystusa na króla Polski. A może większość Polaków sobie po prostu nie życzy takiej średniowiecznej szopki? No tak, ale znów; przecież tata Duda nie na darmo wpajał synowi przekonanie: ,, Przecież były Śluby Jasnogórskie, oddaliśmy się w opiekę Maryi. Akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien więc być w Polsce przyjęty”. A prezydent wciąż się uczy i chłonie wiedzę, w dużej mierze od chronicznie pobożnego taty, bo tacie zawdzięcza się najwięcej, co w tym przypadku podkreślały pikietujące pod PADem córy Radia Maryja: ,,Błogosławiony członek, który cię spłodził”. Dlatego pewnie, czcząc ojca swego, przemawia do żołnierzy WP w stylu, jaki spodobałby się zapewne Antoniemu Macierewiczowi: ,,Możecie się czuć bezpieczni, ponieważ zostaliście zawierzeni opiece Matki Przenajświętszej”.

Cóż, cały PiS, z którym utożsamia się prezydent, to taka specyficzna odmiana zwykłej głupoty, fałszywej pobożności, zacofania, rzewnej tęsknoty za zaściankową przeszłością, błazenady, groteski, niedorzeczności, absurdu i fałszu, a prezydent, zgodnie z wypracowaną wąską specjalizacją, pod tą odmianą podpisuje się, jak zawsze. Może dlatego zapytany w pisowskiej telewizji kogo wymieniłby z najwybitniejszych Polaków w historii Polski, stawia obok Jana Pawła II, … Lecha Kaczyńskiego. A propos groteski i pobożności. Trudno zapomnieć sytuacji kiedy prezydent z wyronioną koszulą, niczym nadgorliwy ministrant pełzał na czworaka między krzesłami na Jasnej Górze, w pościgu za unoszoną wiatrem hostią. Chyba każdy kto to widział, w smutnej zadumie pochylił się nad sponiewieranym majestatem RP, który prezydent ma obowiązek personifikować. To nie jedyna taka sytuacja gdzie w jego przypadku granica między dramatem a tragifarsą jest tak cienka, że praktycznie zanikła. Ze śmiechem, zdumieniem ale i z zażenowaniem patrzyliśmy na popłakującego, z drgającym podbródkiem gdy mamrotał o żołnierzach wyklętych lub do łez wzruszał się wspominając jak ładnie na defiladzie wygląda nasza kompania reprezentacyjna. A jak traktować potraktować jego dziwactwa, gdy w 2014 r. specjalnie wybrał się do Zembrzyc, by niejaka Myrna Nazzour pocąca się ,,Świętym Łojem”, wtarła mu w skórę swój tłuszcz organiczny. Ten istotny dla prezydentury fakt zdradził nie kto inny, jak porażony cudem Błogosławionych Wydzielin europoseł PiS Dominik Tarczyński.

Lecz gdyby problem naszego prezydenta polegał jedynie na braku powagi, na dziwactwach, groteskowych zachowaniach, emocjonalnej niedojrzałości, byłoby pół biedy. Podobno, jak zapewniał, wciąż się uczy. Gdyby tak nauczył się na pamięć zapisów Konstytucji, jak np. art. 126 mówiący: ,,Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej …”, lub też art. 132: ,,Prezydent Rzeczypospolitej nie może piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej, z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem”.

No właśnie: przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej, nie rzecznikiem i adwokatem partii, która go zgłosiła do tego urzędu. Gdyby A. Duda zechciał przyjrzeć się jak ten wysoki urząd sprawowali inni, lepsi od niego, wiele mógłby się nauczyć, skoro lubi to robić, np. od Aleksandra Kwaśniewskiego. To proste, ma być dokładnie jak mówi Konstytucja: prezydent nie może pełnić żadnego innego urzędu ani pełnić innej funkcji. Niestety, widzimy w osobie prezydenta rzecznika i propagandzistę partii PiS, odgrywającego tę rolę z chłopięcym zapałem i gorliwością radzieckiego pioniera. Potwierdza to bezwstydnie, gdy posuwa się do tak infantylnych, nieprzemyślanych stwierdzeń jak to, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków gdyż nie wszyscy na niego głosowali. I mówiąc to wydawał się niezmiernie zadowolony ze swoich słów, które najwyraźniej uznał za niezwykle odkrywcze. Niestety, A. Duda nie potrafi wyrwać się z mentalności dworskiego sługi swego pana. Którego – każdy wie. Dlatego sprzeniewierzając się zasadzie bezstronności, czynnie pozwala sobie na dyskredytowanie ludzi innych opcji politycznych, np. tzw. lewaków, choć najwyraźniej nie w pełni rozumie znaczenie tego pojęcia. Bo lewakami są u niego politycy liberalno-konserwatywnej PO, liberalnej Nowoczesnej, chadeckiego PSL-u czy social-demokratycznego SLD. To minimum wiedzy, lecz prezydent mówiący o ,,szyderstwach i napadach lewackich mediów”, powinien ją posiąść, skoro wciąż się uczy, że w czasach realnego socjalizmu lewakiem mógł stać się każdy, kto nie popierał stalinowskiej/poststalinowskiej władzy, a wyznawał jednocześnie lewicowe poglądy, łącznie z takimi ludźmi, do formatu których jest mu niezmiernie daleko, jak ś. p. Karol Modzelewski, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy Adam Michnik, walczący z komuną gdy A. Duda uczył się, lecz tabliczki mnożenia. Ale też prezydentowi nie można się dziwić, skoro z domu rodzinnego wyniósł takie mądrości o jakich mówił mu tata: ,,Lewackie i libertyńskie wstecznictwo niesie tylko rozkład, szczególnie moralny. Musimy być czujni”. A w imię ojca i syna wtóruje zespół amatorski zgromadzony w pałacu prezydenckim, jak nienadzwyczajny profesor Zybertowicz, który w studio TVP cieszy się, że ,, że nie ma tutaj wśród przedstawicieli wszystkich sił politycznych żadnego lewaka”. Co tam zresztą lewacy. ,,Dojna zmiana”, czyli cała opozycja, którą Duda stara się skompromitować, jego gadka o ,,jazgocie opozycji, który nas nie powstrzyma”, ta ,,wyimaginowana wspólnota”, to ,,bajanie o UE dla maluczkich”, to zwracanie się do opozycji, tak niestosowne w ustach prezydenta – mediatora: ,,Jesteśmy po dwóch stronach barykady”, te ekspiacje o szefie Rady Europejskiej, Donaldzie Tusku, pokazujące, że nie rozumie czym jest Unia i na czym polegają obowiązki najważniejszych unijnych urzędników, te prostackie opinie, że Tusk nic nie załatwił dla Polski, że nie reprezentuje polskich interesów i nie ma szacunku do własnego kraju, bo służy Niemcom, to wszystko odbije się czkawką, kiedy przyjdzie czas rozliczenia się z urzędu. Te wszystkie dzielące Polaków opinie, czyżby naprawdę miały być potwierdzeniem jego słów z początku pierwszej kadencji i brawurowo powtórzone w drugiej, o głównym celu jego prezydentury – łączeniu Polaków ???

Choć jego podpisy widnieją na najważniejszych dokumentach, to w rzeczywistości wyrzekł się prezydenckiej podmiotowości i suwerenności, wykonując i firmując rozstrzygnięcia, które podejmowane są przez PiS z pogwałceniem Konstytucji. Funkcja pisowskiego notariusza nie zapewnia prezydentowi poważania ani w społeczeństwie, ani nawet w samym PiSie. Widać to gołym okiem. Przypomnijmy proszalną i pokorną postawę A. Dudy, gdy żebrał o uścisk dłoni Kaczyńskiego, po tym jak nieopatrznie wyrwało mu się odmienne od jego zdanie o potrzebie wzajemnego wybaczenia sobie na linii rząd – opozycja. To jasne, że PiS wystawiło Dudę do prezydentury tylko dlatego, że Kaczyński bał się przegrać z Bronisławem Komorowskim. Czwartorzędny wówczas funkcjonariusz partyjny niespodziewanie wygrał walkę wyborczą, ,,przez przypadek” (skąd to znamy?) i został wybrany na urząd prezydenta. To wyniesienie nieznanego nikomu polityka bynajmniej nie przysporzyło mu szacunku wśród starszych kolegów z PiS, wciąż traktujących go z zauważalnym lekceważeniem i pobłażaniem, a nawet z niechęcią. Bo wszelkie chłopięce przechwałki prezydenta, których nie szczędzi sobie i nam, muszą irytować nawet pisowców, są doprawdy ambarasujące i nie przystają do powagi pełnionego urzędu. Prezydenturę rozpoczął od nie mającego wiele z skromnością samookreślenia się jako człowiek niezłomny, a najnowsza jego ekspiacja dotycząca osobistej przyjaźni z D. Trumpem miała zaowocować niespełnionymi preferencjami Polski w dostawie amerykańskich szczepionek. Mści się na nim bezrefleksyjne, nie liczące się z realnymi możliwościami i brakiem poparcia swego zaplecza politycznego, sypanie obietnicami i zobowiązaniami jak te dotyczące przeprowadzenia referendum konstytucyjnego, wysuwanie kandydatury prezydenckiego ministra Szczerskiego na szefa NATO, propozycja zapisu w Konstytucji o przynależności Polski do UE i NATO czy zignorowana przez PiS jego zapowiedź o otwarciu stoków narciarskich. A kiedy w swej zamaszystej zuchowatości, z wyraźnym samozachwytem obiecał zmniejszyć kwotę wolną od podatku, a w razie nieprzyjęcia tego postulatu miał złożyć urząd, czy to przysporzyło mu powagi czy też ośmieszyło go ? Jego obietnica, której koszt wyniósłby 21 mld. zł. nie została przez PiS zauważona, lecz Duda został na stanowisku. A szkoda, wlelibyśmy by stało się odwrotnie. Lecz mało tego; taki sam los spotkał prezydencki projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny, nigdy nie zrealizowana nonszalancka zapowiedź pomocy dla niepełnosprawnych i frankowiczów i ostatnio jego autorstwa nowelizacja ustawy aborcyjnej, całkowicie zignorowana przez PiS. Jak na prezydenckie inicjatywy, coś za dużo tych kompromitujących falstartów.
Ale przejdźmy do najważniejszych kwestii. Ucząc się wciąż i wszędzie z pewnością zapoznał się z zapisami Konstytucji. Tylko czy przeczytał ją ze zrozumieniem? Bo senacki zespół ds. monitorowania praworządności twierdzi, że podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa, a także podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych, złamał wraz z pisowcami co najmniej 13 artykułów Konstytucji, niektóre wielokrotnie. „Ale który artykuł” – dopytywała jego małżonka w KFC, gdy dzielna dziewczyna zarzuciła prezydentowi łamanie Konstytucji. No to konkretnie i ograniczając się jedynie do artykułów Konstytucji złamanych bezpośrednio przez A. Dudę. Przede wszystkim właśnie art. 126, pkt. 2: ,,Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”. Swoim bezzwłocznym podpisaniem ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i sądach, mimo, że wszystkie zostały ocenione jako niekonstytucyjne przez służby prawne Sejmu i Senatu, pogwałcił Konstytucję, a zgodnie z nią mógł te ustawy zawetować lub odesłać do Trybunału.

Art. 139: ,,Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski”. ,,Ułaskawił” (ułaskawienie to darowanie kary winnemu) Mariusza Kamińskiego, choć wyrok w jego sprawach był nieprawomocny a sam Kamiński odwołał się do Sądu Apelacyjnego. Stwierdził absurdalnie, że ,,wyręczył sądy w ich obowiązkach”.

Art. 180 ust. 1: „Sędziowie są nieusuwalni”. Podpisał w nocy usunięcie 40% sędziów SN.

Art. 178 ust. 1: „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”, a art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Swoim podpisem uzależnił sądownictwo od polityków, w tym prokuratorowi gen. Ziobrze

Art. 183 ust. 3: ,,Kadencja I Prezesa Sądu Najwyższego trwa 6 lat”. Usunął sędzię Małgorzatę Gersdorf po 4 latach kadencji.

Art. 187 ust. 1: ,,W Krajowej Radzie Sądownictwa jest 15 miejsc dla przedstawicieli sędziów”. Przyłożył rękę do tego by wszystkie 15 miejsc obsadzili posłowie PiS.

Jeśli A. Duda podkreślał, że z D. Trumpem łączy go jednakowe spojrzenie na prowadzenie polityki, to musi uwzględniać dwie rzeczy: wyciągać wnioski z tego jak obecny prezydent USA kończy swą karierę i jak jest traktowany przez przywódców cywilizowanego świata oraz pamiętać, że choć w naszej Konstytucji brak zapisu o impeachmencie, to obowiązuje jej art. 145 Konstytucji: ,,Prezydent Rzeczypospolitej za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu”.

Beznadzieja, a nie kaznodzieja

Po kościelnej przemowie Jarosława Kaczyńskiego w starachowickim kościele można by się zastanowić czy znowu coś walnął ni z gruchy ni z pietruchy czy też jego wystąpienie było jego wnikliwych przemyśleń.

Szewc Fabisiak skłania się ku tej drugiej wersji jako że sejmowe wystąpienia dotyczące zdradzieckich mord czy tego kto będzie siedzieć, kiedy Polska będzie już państwem praworządnym były wyrazem emocjonalnego wzburzenia wywołanego potrzebą chwili. Tym razem pan Jarosław miał dużo czasu aby obmyślić sobie w jaki sposób zaistnieć medialnie. Ponieważ Pan Prezes znany jest z tego, że zawsze musi sobie znaleźć wroga w stosunku do którego może skierować swoją agresję, to tym razem zaatakował krytyków Kościoła. „Zło atakuje nasz kraj, naszą ojczyznę, nasz naród” a także Kościół katolicki – perorował w swoim stylu prezes partii trzymającej władzę. Jak widać, w jego ocenie atakującym złem nie jest bynajmniej wirusowa pandemia, lecz krytyka Kościoła. Zatem powinien on podlegać szczególnej ochronie. Jak z tego wynika dla Kaczyńskiego dobre samopoczucie Kościoła jest ważniejsze od zdrowia ludzi atakowanych przez koronawirusa – wnioskuje szewc Fabisiak. Mimo tego, że wirus codziennie kogoś uśmierca a księży jakoś nikt nie ma zamiaru zabijać. Poza tym jak tu wytrząsać się nad anonimowym wirusem, którego nikt ani nie widział ani nie słyszał a który w dodatku nie należy do totalnej opozycji.

Całe to starachowickie wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego utrzymane było w tonie katolickiego totalitaryzmu. Jak się wyraził, Kościół katolicki „ jest w centrum naszej tożsamości”. Wynikałoby zatem, że szewc Fabisiak jako osoba niewierząca tkwi co prawda w tej tożsamości ale już nie w jej centrum. Jednakże utożsamianie Kościoła z państwem i narodem automatycznie eliminuje ze wspólnoty bądź spycha na jej margines wszystkich innowierców, agnostyków i ateistów, którzy tym samym stają się wrogami narodu, wyrzutkami społecznymi tylko dlatego, że nie uczestniczą w katolickich ceremoniałach.

Dla każdego posiadającego choćby odrobinę umiejętności poznawczych jest oczywiste, że analizowanie jakiegoś zjawiska należy zacząć od znalezienia przyczyn, które powodują określone skutki. Szewc Fabisiak domniemywa, iż Pan Prezes takie umiejętności posiada, jednak je starannie ukrywa mówiąc tylko o skutkach pomijając przyczyny. Tymczasem powszechnie wiadomo, że krytyka katolickiego Kościoła nie wzięła się sama z siebie, lecz jest wynikiem jego niekonstytucyjnej dominacji w życiu publicznym, narzucania swoich dogmatów jak choćby kwestia aborcji, nachalnej indoktrynacji młodzieży szkolnej jak też coraz częściej ujawnianych przypadków pedofilii. Z tego powodu ta struktura religijna traci coraz więcej zwolenników nie tylko w Polsce. W tym momencie warto się zastanowić nad tym dlaczego tak wielu pedofilów jest akurat wśród funkcjonariuszy tego Kościoła. Szewc Fabisiak uważa, że główna przyczyna rozprzestrzeniania się księżowskiej pedofilii tkwi w poczuciu bezkarności. Przez lata się to udawało, jednak do czasu, gdy do publicznej wiadomości dotarły pierwsze sygnały o molestowaniu nieletnich. Przez lata ofiary księżej przemocy milczały przede wszystkim ze strachu przed jej ujawnieniem, z obawy, że ich relacje zostaną uznane za niewiarygodne wymysły wybujałej wyobraźni. Bowiem przez wiele lat Kościół jako instytucja wraz z jego specyficznie umundurowanymi funkcjonariuszami uznawany był przez osoby wierzące za niekwestionowany autorytet, niemal za przedłużenie ręki boskiej na ziemskim padole. Wystarczyła jednak afera z księdzem w Dominikanie aby cały świat dowiadywał się o coraz częstszych ukrywanych do tej pory pedofilskich praktykach.
Faktów tych nie chcą jednak dostrzec pełni bezkrytycznego bałwochwalstwa kościelni hierarchowie i ich poplecznicy. Należy do nich również prezes Kaczyński dając temu po raz kolejny wyraz przemawiając z kościelnej ambony. Posługiwał się przy tym charakterystyczną dla niego samego i jego politycznej formacji retoryką uznającą krytykę za atak. Zaś na atak odpowiada się nie za pomocą argumentów, zwłaszcza gdy ich brakuje, lecz kontratakiem. I na tym polega polityczna filozofia walki będąca w sprzeczności z filozofią dialogu. Szewc Fabisiak przypuszcza, że prezes PiS w obliczu postępującej rozsypki układu władzy musi poszukiwać silnego wsparcia ze strony wprawdzie słabnącej, lecz wciąż silnej i wpływowej struktury kościelnej. Jednakże swoim wystąpieniem ponownie uruchomił temat nieprawidłowości w samym Kościele jak też arogancji jego hierarchów, który zaczął jak gdyby nieco cichnąć w obliczu pandemii, szczepionek itd. Występując w kościele Jarosław Kaczyński chciał zaprezentować się w roli kaznodziei. A wyszła z tego beznadzieja – konkluduje szewc Fabisiak.

Najwyższy czas

na powołanie przez kierownictwo Orlenu Biura Prasy, Portali Internetowych i Lokalnych TV, a już ktoś inny powinien planować skład przyszłej Komisji Likwidacyjnej i zastanawiać się co zrobić z tą schedą.

Prezesa Daniela Obajtka i tuzów z Nowogrodzkiej już dużo wcześniej powinna zacząć boleć głowa. Zakup grupy Polska Press to tylko pozornie duży sukces i spełnienie nadziei na orbánowski model funkcjonowania prasy w demokratycznym państwie. Tym razem w Polsce, ale nie koniecznie. Z prasą i informacją jest jednak odmiennie niż z nalewaniem benzyny, również kadry jakieś takie inne, niż te ze stacji sprzedające także hot dogi. Aby ta cała, nowo nabyta ferajna mówiła jednym, oczekiwanym przez PiS, głosem, trzeba się będzie sporo natrudzić i ktoś musi to zrobić, a z efektami różnie być może.

Wytyczne z Pasawy

Siedziba Verlagsgruppe Passau przy Medienstraße 5 to ładny, nowoczesny budynek, acz dominował w nim tradycyjny, utarty pogląd na rolę i funkcje prasy terenowej, która miała nie wykraczać poza kwestie lokalne, a wręcz je faworyzować, unikać konfliktów politycznych i ważących problemów społecznych, a od istotnych kwestii ustrojowych trzymać się jak najdalej. Tak wypracowany przez „Passauer Neue Presse” model funkcjonowania lokalnych tytułów odpowiadał zapewne tamtym szczególnym niemieckim warunkom. Po zakupie szeregu polskich terenowych dzienników w 1991 roku i powołaniu Polskapresse, przemianowanej później na Polska Press, zaczął i w nich obowiązywać.  Pozornie wydawał się trafną dyrektywą nie tylko z uwagi na sprawdzone, niemieckie doświadczenia. Stanowił przeciwieństwo politycznie zaangażowanych, partyjnych dzienników i tygodników z okresu PRL, ale także, w świetle niestabilnych w Polsce czasach, wrogich sobie ugrupowań politycznych –  rządzących bądź wpływowych – zachowywał bezpieczne desinterresment.

Realizacja wytycznych 

Ta koncepcja, a więc i linia programowa wywołała określone reakcje. Kierownictwa tytułów preferowały materiały niekonfliktowe, przynoszące niejako „święty spokój”, a zdarzające się krytyczne i kontrowersyjne teksty dotyczyły w sumie mniej istotnych spraw miejscowych. Znalazło to również na ogół akceptację w zespołach redakcyjnych mających w pamięci niedawną czystkę dokonaną przez solidarnościowe władze po likwidacji RSW. Pozbawione w jej wyniku bardzo wielu dobrych, nie raz niepokornych w stosunku do partyjnych dyrektyw, dziennikarzy, nadto nie mając innego zawodowego wyboru, pogodziły się z tą oportunistyczno-konformistyczną sytuacją. Zresztą bez jakichś szczególnych wymogów, po prostu łatwiejszą w tej profesji, zapewniającą mniej wysiłku i odwagi, zaangażowania i również talentu. Do nielicznych, odważnych zaliczała się np. redakcja „Dziennika Zachodniego” z Katowic.

Natomiast czytelnicy wielokrotnie wzmagający się w tamtych czasach nie tylko ze swoimi materialnymi problemami, ale również ze zrozumieniem dokonujących się przemian i przewartościowań, nie mogli w swoich dotychczasowych tytułach odnaleźć ani prawdy o społecznych skutkach dokonywujących się zmian, ani też jakiegokolwiek odpowiedzi na dręczące ich pytania. A odnajdywana na łamach powszechna akceptacja, wręcz zachwyt, aktualnymi rządami i ich dokonaniami, o paradoks, były zdecydowanie większe niż na podobny temat w ostatnich, minionych słusznie latach.

W PRL prasa, przy jej wszystkich mankamentach, będących skutkiem monopolu jednej partii, wielokrotnie i na różnych poziomach, szczególnie w okresach przełomowych, odgrywała znaczącą, a niekiedy i kreatywna rolę, tym samym będąc oczekiwanym głosem i wyrazem opinii publicznej. Krytyczny artykuł czy też interwencja redakcji w obronie pokrzywdzonego czytelnika (a takich wielu zgłaszało się o pomoc, także do redakcyjnego prawnika) miały realny wpływ, liczono się, a nawet obawiano takich działań, co za tym i prasa, i dziennikarze cieszyli się w tamtym ustroju, w odróżnieniu od współczesnych czasów,  sporym szacunkiem i prestiżem. Tego wszystkiego także zabrakło, nie tylko w omawianej grupie tytułów.

Skutki wytycznych 

Zapewne celem właściwej realizacji zamysłu nowego właściciela powstała, przypominająca byłe terenowe wydawnictwa RSW, piętrowa struktura zarządzająca tytułami już nie tylko z Warszawy, ale i tam wszędzie gdzie się ukazywały.  Obrosły, jak to w takich sytuacjach bywa, w liczne ważne, dobrze płatne stanowiska; wynagrodzenia szefostwa redakcji też od nich daleko nie odbiegały, w zasadniczym odróżnieniu od pensji szeregowych dziennikarzy. Niewyobrażalna była sytuacja z czasów PRL, gdy dobry dziennikarz mógł zarobić więcej, wliczając pensję i honorarium, niż jego redaktor naczelny.

Nadto okazała się słabość tak kierownictw redakcji, jak też kadr zarządzających. Pierwsze nie zrozumiały, a zapewne także nie mogły, że komputeryzacja redakcji, wprowadzenie koloru i druku offsetowego to stanowczo za mało, bo liczy się przede wszystkim treść i określone czytelnicze oczekiwania. Uwolnienie się od partyjnej czy cenzorskiej kurateli w rzeczywistości zastąpione zostało oczekiwaniami nowego właściciela. Drugie prezentowały swoją bezradność: w walce z konkurencją doprowadziły np. w Krakowie do likwidacji popularnej popołudniówki „Echo Krakowa” przejmując ją przez swoją „Gazetę Krakowską”, a następnie kupując miejscowy „Dziennik Polski” i tworząc wewnętrzną konkurencję dla „Gazety Krakowskiej”. Ale żeby było jeszcze taniej, śmieszniej i głupio, to ten sam tekst ukazywał się najpierw w „Gazecie”, a dzień później w „Dzienniku”. Albo na odwrót. W 2014 roku Polska Press kupiła „Express Bydgoski” i „Nowości Dziennik Toruński”, a w 2016 roku nastąpiło ich połączenie. Taka to walka z konkurencją w najgorszym i mało skutecznym stylu. Na szczeblu ogólnopolskim było jeszcze gorzej: posiadając olbrzymi potencjał 20 dzienników i około 120 tygodników lokalnych, nie wspominając już o powstałych później portalach internetowych, nie wykorzystano ich jako największego w kraju (może nawet porównywalnego z telewizją) nośnika reklam docierających w milionowych nakładach do potencjalnych nabywców. Wszystko to robiło wrażenie, a może i tak było, jakby ten rozliczny manadżment tylko  dobrze się woził za pieniądze firmy. Symbolem, który mnie wprowadził w spore osłupienie, a w konsekwencji odgrodził redakcje i zarządy od czytelników, były powszechnie wprowadzone karty otwierające kolejne drzwi i dodatkowa ochrona. W zniewolonych PRL-owskich mediach nie obawiano jednak ludzi z ulicy.

Skutkiem tych, i innych, postronnych przyczyn, do których zaliczyć należy także ogólny spadek zainteresowania prasą i książką, był powszechny odpływ rzesz czytelników, co w liczbach wyrażało się spadkiem nakładów o połowę, a na ogół dużo więcej, w porównaniu do 1989-1990 roku. Ten proces, jak się okazało w kolejnych latach, miał charakter trwały. doprowadzając niektóre tytuły z poziomu np. 200-300 tys. nakładu w PRL do kilkunastu tysięcy aktualnie. I dodać koniecznie należy, że nie z powodu konkurencji, bo nowopowstałe tytuły dzienników czy pism regionalnych miały na ogół bardzo krótki żywot. Kolejny czytelniczy odpływ nastąpił dużo później i wpływ miał tu rozwój Internetu i społecznościowych portali. Ratunku nie przyniosły internetowe wydania dzienników, bo w swej istotnej zawartości zawierały to samo co papierowe.

Portret świnek

W ten jesienny dzień 1997 roku wspólnie z Joachimem Koczym, biznesmenem od lat odnoszących sukcesy w niemieckich sferach kultury, spotkaliśmy się z menadżerami Verlagsgruppe Passau. Przedłożony projekt, oceniając krytycznie aktualny stan rzeczy, przedstawiał kierunki działań zmieniających i rozszerzających dotychczas obowiązujące wytyczne właściciela, a w dalszej konsekwencji gwarantujące wzrost nakładów, a więc i zysku. Po kilku pytaniach do materiału wyrazili opinię, że nie są potrzebne żadne zasadnicze zmiany, a tylko drobna korekta. W miłej, wzajemnie odmiennej argumentacji i rozumieniu spraw upłynęło to nieowocne spotkanie.

Po pewnym czasie na podwale pierwszej kolumny jednego z polsko-niemieckich dzienników zobaczyłem barwne zdjęcie maciory z gromadką prosiaczków. Trochę jeszcze to wszystko potrwało, dysząc coraz bardziej, aż znalazł się kupiec i menadżerowie z Pasawy zrobili ten „wielki” biznes. Pogratulować !

Wszyscy już chyba wiedzą, 

że wolne, niezależne media, a wiec i prasa, nie istnieją. Stąd użalenie się nad transakcją Orlenu ma tylko ten sens, że dokonano zakupu za nasze – podatników pieniądze – bo paliwowa spółka jest własnością Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich. Nadto, że jej celem ma być propagandowa działalność na rzecz jednej partii. Argumenty, że dotąd były one niezależne są nie tylko śmieszne, ale przede wszystkim nieprawdziwe. W skutkach swoich działań realizowały, być może w jakiejś części nawet bezwiednie, pełną afirmację postsolidarnościowej władzy, również z jej wyjątkowym hasłem o ciepłej wodzie w kranach, co także dziennikarskim trudem walnie przyczyniło się do tego, że dziś mamy właśnie taką Polskę, a oni nowego właściciela i politycznego szefa.

Bojowe wypowiedzi niektórych żurnalistów, że nie damy się, nie pozwolimy sobie odebrać niezależności należy przyjmować co najmniej z dystansem. Może jest takich kilku, zapewne należy do nich redaktor naczelny „Tygodnika Podhalańskiego”, ale następnych szukać raczej wypada ze świecą.

Przebieg wydarzeń 

będzie taki, jak zawsze: dla przykładu i ku nowemu porządkowi rzeczy obsadzi się swoimi kierownicze stanowiska, zwolni się ewentualnych opornych, później mało gorliwych, także wszystkich innych, niepewnych. Nowe kadry, które już z niecierpliwością przestępują z nogi na nogę, zaczną wprowadzać na różnych szczeblach nowe porządki i utrwalać pożądane opinie i idee. Dodać jeszcze należy, że na dobrze płatnych stanowiskach, co zapewnia najlepiej dyscyplinę i lojalność wobec dysponenta. Fachowość, jak to często w PiS-ie bywa, nie będzie najważniejsza. Zawsze w takich sytuacjach znajdzie się grupa zachwycona nadchodzącą zmianą; ostatnio wyraziła radość tymi słowy: „Szanownemu Panu Danielowi Obajtkowi, Prezesowi Polskiego Koncernu Naftowego ORLEN, dziękujemy za obronę polskiego języka, obronę polskiej kultury i powrót do Macierzy dwudziestu naszych polskich dzienników” i jeszcze „Wreszcie znowu jesteśmy u siebie”. Daruję sobie podawania nazwisk.

Ile to będzie rzeczywiście kosztować?

Biznesmeni z Pasawy przez te kilkanaście lat jakieś pieniądze na tej polskiej transakcji wycisnęli, a później wystawili na straganie towar za marną cenę. Widocznie wart był niewiele, należało pozbyć się go jak najszybciej, a mimo to trochę się przeleżał na ladzie.

„Newsweek” pisał „Orlen nie udławi się prasą, nawet jeśli wszystkie jego tytuły stracą czytelników i przychody. Z kapitalizacją na poziomie 31 mld zł kolos nie dostanie choćby czkawki, nawet gdyby całość tej inwestycji musiał spisać na straty” (14 -20.12.2020}. Z finansowego punktu widzenia zgoda, ale przecież nie o pieniądze w tej grze chodziło, a o pewną monopolizację informacji i rozszerzenie propagandowych działań PiS. A co to będzie za pożytek „jeśli wszystkie jego tytuły stracą czytelników i przychody.” Pal licho przychody, które już dziś są na ogół na debecie, ale co z potencjalnymi odbiorcami idei Zjednoczonej Prawicy ? Może być rzeczywiście źle, gdy od tytułów odwrócą się liczni krytycy PiS –  jak się ostatnio przekonał – nie tylko w wielkich aglomeracjach, ale także w małych miastach i na wsi.

Orlen wcześniej dokonał także zakupu deficytowego „Ruchu”, co w zamyśle z Nowogrodzkiej wcale nie miało na celu – jak pisze wspomniany tytuł – „Likwidacja firmy, która dystrybuuje trzecią część polskiej prasy, oznaczałby dla wszystkich wydawców prawdziwą katastrofę, a dla PiS spory problem wizerunkowy.” Szło raczej o dystrybucję swoich tytułów i zapewnienie ewentualnego wpływu na sprzedaż pozostałych. Nota bene ograniczonego, bo są inni, a znaleźli by się kolejni.

Poza dwoma kiepskimi finansowo interesami, nadto w zamierzonych celach bardzo niepewnymi, trzeci – wspólnie z PZU, dotyczący agencji Sigma Bis, która ma zarządzać budżetami reklamowymi wszystkich spółek Skarbu Państwa – wydaje się najbardziej trafiony, a co za tym niebezpieczny dla niezależnych od PiS tytułów.

Paradoks całej sytuacji 

polega na tym, że nie był to wcale najlepszy interes także dla aktualnie rządzących, i nie mam na myśli kwoty 120 milionów, a oczekiwanie na spodziewane efekty i skutki. Pozyskany, pozornie wielki propagandowy potencjał, dotychczas nie odgrywał liczącej się roli w kształtowaniu postaw i zachowań wyborców.  Zupełnie inne czynniki, rozbieżne media, odmienne wpływy i wydarzenia miały charakter decydujący. Aby go przebudować w sprawną maszynę propagandową PiS potrzeba będzie wielu starań, wśród których nowe Biuro Prasy etc-ra z „Przekazami dnia dla mediów” stanowczo nie wystarczy. Nadto w aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju, przy poważne nadwyrężenie pozycji Zjednoczonej Prawicy, okazać się może tylko ułudnym wyobrażeniem o ratunkowej skuteczności propagandy.

Najwyższy czas 

przyjąć do wiadomości, że co prawda działania piarowskie i propagandowe mają spore znaczenie, to jednak nie one w ostateczności zmieniają otaczający świat.

U Jarosława Kaczyńskiego, a co za tym w PiS, panuje przekonanie o wszechmocy mediów, co przyznaję bez entuzjazmu, jest podobne do całego prawie okresu rządów PZPR. Doświadczyłem na własnej skórze wyobrażenia, że propaganda jest w stanie nie tylko pozorować, ale wręcz zastępować rzeczywistość. Z pustych tubek po bezbarwnej farbie nie można było jednak malować atrakcyjnych i barwnych obrazów. Propaganda nie zastąpi faktów, może im natomiast nadawać korzystną interpretację, zwiększyć ich społeczną nośność, ale wobec ich braku, a jeszcze bardziej w sprzeczności z nimi, staje się nieskutecznym i niewiarygodnym instrumentem, mogącym obrócić się przeciw własnemu dysponentowi. Te doświadczenia z czasów PRL są tym razem na wagę złota.

Wychodząc z takich właśnie założeń 

nie podzielam opinii, że „PiS ma pierwszy duży sukces na rynku prasowym” („Polityka” 16.12-20.12.2020). Aktualnie to tylko zakup towaru, a jak on będzie funkcjonował i czy spełni oczekiwania nabywcy to dopiero okaże się po pewnym czasie. A karty gwarancyjnej nikt nie dał.

Podobnie w swej wymowie brzmią wyliczenia zakupionych mediów: dostęp do 17,4 mln użytkowników portali wydawnictwa, czytelnicy 20 dzienników regionalnych i 120 lokalnych tygodników, również 500 portali internetowych nie wspominając już o drukarniach. To prawda, ale dziwnym trafem przez liczne lata nikt nie tylko nie dostrzegał tej rozbudowującej się grupy, ale i nie traktował jej jako liczącego się gracza na medialnym rynku. Oczywiście z wyjątkiem PiS, wmawiającego nam niemieckie zagrożenie – prawie jak gadzinówek w czasie hitlerowskiej okupacji. I tu nagle, po dokonanej przez Orlen transakcji, wszystkim bielmo zeszło z oczu, dostrzegli ogromne niebezpieczeństwo, docenili wielkość i wpływy. Ukazało się wiele alarmujących artykułów, a „Gazeta Wyborcza”, jakby tego było mało, posłużyła się jeszcze przedrukiem ze szwedzkiej prasy.

Co prawda nikt przez wiele minionych lat nie słyszał i nie czytał w ogólnopolskich mediach cytatów bądź przedruków z tych tytułów, jakoś dziwnie umykali ci różni wydawcy, także internetowi, aż tu takie objawienie. Ostrzeżenie i strach, bo jakby za czasów rządów Platformy Obywatelskiej zakupu dokonał ten sam Orlen, nie byłoby zapewne takiego larum, no może poza lewicą i wtedy bardzo dbającym o przestrzeganie prawa PiS-em.

Nie lekceważę 

niebezpieczeństwa, ale staram się widzieć świat jakim jest, bez czarnych bądź różowych okularów, fundowanych przez wolne, ale tylko od aktualnie rządzących, media. Stąd daleki jestem od obaw Miłosza Wiatrowskiego: „Toporna propaganda może i nas obraża, ale wyrafinowana ostatecznie nas zniewoli” („GW”, 9.12.2020). To tak samo, jakby po PiS spodziewać się przestrzegania prawa i sprawiedliwości. Liczne także utyskiwania, że znajomymi obsadzają, bądź obsadzą wakujące stanowiska też budzą politowanie, bo jak powszechnie wiadomo solidarnościowe ekipy wyjątkowo polubownie i zgodnie współpracowały z ludźmi z czasów Polski Ludowej. Solidarność ze zwalnianymi dziennikarzami będzie za to tak skuteczna jak kadzidło zmarłemu.

Natomiast w opinii, że Ruch, Polska Press i Sigma Bis będą dyscyplinować media widzę zasadnicze luki. Głównie dotyczy to pisowskich, nowo nabytych, ale nie wszystkich, bowiem co niektóre, przede wszystkim te mniejsze, bądź brykną na bok, bądź upadną, niektóre także po to aby odrodzić się w innym wymiarze. Ponadto wywołana zostanie kolejna, trwała awantura – tym razem na linii – przejęte media i Orlen, bo jak powszechnie wiadomo kaganiec to nie jest ulubiony gadżet dziennikarzy. Media niepodległe PiS-owi znajdą nowych odbiorców, mogą narodzić się nowe, niezależne, a wpływy Sigmy skutecznie ograniczać będzie wolny jednak rynek.

Furę nowych kłopotów – co specjalnością jest tej partii –  wziął sobie na głowę pan prezes. Ale nie współczuję.

Prawą flanką utrzymujemy…

… i jesteśmy na niej mocni. Nie pójdziemy na lewo. Platforma Obywatelska poszła bardzo ostro w lewo, w stronę lewackiego ekstremizmu, co nas trochę zaskakuje” – powiedział Jarosław Kaczyński w rozmowie z “Rzeczpospolitą.”

Rozmowa z Kaczyńskim, która w całości ma ukazać się w niedzielę o 21 na stronie internetowej rp.pl, a następnie w poniedziałkowym wydaniu gazety dotyczyła układu sił politycznych w Polsce i tego, czy nie tworzy się nowy pomysł opozycji na zwyciężenie w wyborach.

“Pytanie, czy jest prawdą, że to układ z Hołownią, że oni mają wypchnąć lewicę, a Hołownia ma zająć miejsce na centrum”

– spekulował na temat rzekomego skrętu w lewo Platformy Obywatelskiej wicepremier.

“Prawą flankę utrzymujemy i jesteśmy na niej mocni. Nie pójdziemy na lewo – to jest oczywiste. Platforma poszła bardzo ostro w lewo, w stronę lewackiego ekstremizmu, co nas trochę zaskakuje.”

– obserwował prezes PiS.

“Rzeczpospolita” przywołuje na końcu zapowiedzi wywiadu z prezesem PiS, fakt, że w ostatnim czasie wielu ważnych polityków Platformy, w tym Rafał Trzaskowski przyznaje, że wspiera liberalizację prawa antyaborcyjnego, ale pozostali, w tym były szef PO Grzegorz Schetyna, się z tym nie zgadzają.

Gnicie i butwienie systemu Kaczyńskiego

– Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Posłanka PiS, kiedyś dziennikarka Joanna Lichocka stwierdziła, że „dołek jest, ale mniejszy, niż wielu się spodziewało”, oceniając spadek poparcia dla PiS-u. Czy te niespełna 30 proc., które dzisiaj ma PiS, to powód do zadowolenia, czy do zmartwień?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: To zależy, kto miałby się martwić albo cieszyć. Przyznać jednak trzeba, że to jest pewne osiągnięcie, że ciągle 30 proc. elektoratu chce głosować na PiS. To mniej więcej 15-18 proc. dorosłej populacji, czyli jakieś 5, może nawet 6 milionów polskich obywateli, którzy mimo wyraźnie gorszej passy Prawa i Sprawiedliwości dalej przy tej partii trwają.

Wydaje mi się, że dość charakterystyczne jest też to, że badania pokazują spadek frekwencji.

Prawdopodobnie gdyby nie było pandemii i konfliktu z Komisją Europejską czy szerzej z Unią Europejską, gdyby nie było gorąco na ulicach, to może popieraliby nadal tę partię i trzeba na to patrzeć jako pewien zasób, który PiS ciągle ma. To, że spada frekwencja, oznacza, że wyborcy posługują się dobrze znanym skryptem – jeśli nie PiS, to oni w ogóle nie będą głosowali. To nie bezpośrednio, ale w sposób wyraźny mówi nam również sporo o opozycji.

Nie wiem, kto miałby się spodziewać, że ten spadek będzie większy, bo skończyły się czasy, kiedy można było, jak AWS czy Unia Wolności, wygrać wybory, stworzyć rząd, a w następnych nie wejść do parlamentu. Dowodzi tego także historia Platformy Obywatelskiej, która mimo 8 lat rządów nie zniknęła ze sceny politycznej. To dowód pewnej instytucjonalizacji.
Oczywiście niektórzy źle oceniają to, że nie pojawiają się nowe podmioty na scenie politycznej, że jest ona zabetonowana i być może dlatego co poniektórzy próbują ten bardziej ustabilizowany niż w latach 90. system partyjny zmienić.

To nie jest tylko domena polska, bo wiele demokracji liberalnych przechodzi właśnie przez takie turbulencje, francuska scena polityczna wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze 10 lat temu, podobnie włoska, na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych też się sporo zmienia, choć dwie główne partie polityczne ciągle trwają.

Biorąc to wszystko pod uwagę i patrząc na kontekst, ten wynik PiS jest naprawdę przyzwoity.

Trzeba przyznać, że PiS jak wcześniej trafiło na idealne warunki, to teraz ma tych frontów wojennych pootwieranych sporo, po części z własnej winy. Oczywiście trzeba być sprawiedliwym i przyznać, że pandemia nie jest wymysłem PiS.

Ale brak przygotowania na II falę, przespane wakacje, opowieści, jak to pokonaliśmy wirusa, już tak.

Przyznać trzeba, że przygotowanie do drugiej fali pandemii można oceniać w kategoriach miernych lub jeszcze gorzej, ale prawdą też jest, że przez 30 lat zbudowaliśmy takie państwo, które trudno potem w ciągu paru miesięcy zmienić. Ma tu rację Ludwik Dorn, że to państwo ma pewne cechy charakterystyczne, które są długotrwałe, i nawet długoletnia praktyka takich rządów, jak rządy Prawa i Sprawiedliwości, nie zmieni tego od razu.
Oczywiście to podmiotowe sprawstwo aktorów politycznych ma także wpływ, bo jeśli mniej liczą się kompetencje, a bardziej partyjna wierność, która zawsze była istotna w PiS, to musi się to przełożyć na działanie państwa.

PiS na przełomie 2015 i 2016 roku wykonał spektakularny ruch – odrzucił w ogóle merytoryczne podstawy służby cywilnej i uznał, że wystarczy być wiernym idei partii politycznej. To w dłuższej perspektywie ma bardzo duży wpływ na państwo.

Wiosną poszło nam całkiem nieźle, ale rację ma też pani, że późną wiosną i latem, kiedy można było na przykład budować szpitale polowe, przespano. Zmarnowano też wiele środków, dokonano złych zakupów. Wkradło się też bardzo dużo chaosu, chyba najlepiej pokazują to dwa wydarzenia związane z prezydentem. Pierwsze to fakt, że głowa państwa niezbyt nachalnie narzuca się ze swoją opinią do czasu, aż pojawia się kwestia stoków narciarskich; drugie to kwestia zachowania prezydenta i jego obozu politycznego dotyczące ustawy, która daje dodatkowe środki medykom. To znamienne, że prezydent podpisuje obie ustawy w odstępie dosłownie kilku tygodni, większość sejmowa raz głosuje nad poprawkami, raz nie głosuje… To wszystko dowodzi chaosu i raczej nie wygląda na to, że ta łódź, która płynie po wzburzonym morzu, ma opanowanego kapitana na mostku, który robi wszystko tak jak trzeba. Raczej wiele wskazuje na to, że na mostku kapitańskim trwa ukryta walka i różni rwą się do koła sterowego.

Skoro jesteśmy przy mostku kapitańskim, to czy pana zdaniem Jarosław Kaczyński kontroluje jeszcze sytuację i zarządza poprzez konflikt, czy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli?

To pytanie empiryczne, na które trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam odpowiednich danych. Natomiast jeżeli porówna się tryb działania i aktywności polskiego rządu w 2016/17 roku i dziś, to widać jak na dłoni, że sytuacja jest inna. Oczywiście wtedy okoliczności były dużo bardziej sprzyjające, ale i w niesprzyjających warunkach można sobie pozwolić na lepsze zarządzanie.

Mówiąc obrazowo i trzymając się marynistycznego języka, to będzie to sprawnie płynąca łódź po nawet bardzo wzburzonym morzu, gdzie ekipa działa wspólnie, w zgodzie, zaangażowana w osiągnięcie wspólnego celu.
Dziś w PiS jest na odwrót, a nie wiemy jeszcze, jaka jest rola Gowina, na ile urósł Ziobro, na ile ma wpływ Kaczyński, a na co Morawiecki, jaka jest rola Błaszczaka.

To jest ta część polityki, która jest przed opinią publiczną głęboko skrywana. Wiemy też, że pewne kompromitujące materiały krążą i są politycznie rozgrywane, a przypadek ostatniego wydarzenia w Brukseli ze znajomym pana premiera Orbána, który brał udział w dość dziwnej imprezie, pokazują, że przypadków nie ma. Nie mam wątpliwości, że ten przypadek stał się elementem rozgrywki z Węgrami. Jestem też przekonany, że podobne rzeczy dzieją się w naszej polskiej polityce i gra się pewnymi kompromitującymi faktami. Powszechność nagrywania spotkań jest tego najlepszym dowodem.

Na ile notowaniom rządu szkodzą wewnętrzne walki frakcyjne, a na ile czynniki zewnętrzne, jak pandemia, Strajk Kobiet, spór z Unią Europejską?

Myślę, że to trudno rozgraniczyć, bo one są ze sobą w pewnym sprzężeniu zwrotnym. Wyzwania, przed którymi stoimy, choć mają naturę obiektywną, są niezwykle trudne. Kiedy one się spotykają z reakcją spójną, to możliwość działania państwa i jego administracji jest nieporównywalnie lepsza. Gdy każdy ruch jest skonstruowany tak, aby zaszkodzić innym, to musi to skutkować ogólną gorszą kondycją państwa i odbijać się na jego sprawności.

To może być nazwanie premiera miękiszonem, to mogą być różne inne uszczypliwości, ale to może być także poinformowanie opinii publicznej o telefonie prezydenta, który pytał o stoki. Jestem przekonany, że to nie jest przypadek, że ta informacja wypłynęła i właśnie ten telefon został upubliczniony.

Założę się, że pan premier Gowin nie opowiada o każdym telefonie, który odbiera od prezydenta, premiera czy innych ważnych polityków.

Takie kwestie nie służą czy wręcz szkodzą, i to nie tylko partii rządzącej, ale także sprawności całego państwa, a to odbija się na nas wszystkich. Nie mówię tu tylko kwestii służby zdrowia, ale także o edukacji, czego negatywne skutki zobaczymy dopiero za parę lat.

Podsumowując, obie grupy czynników są ważne. A to, że są ze sobą w sprzężeniu zwrotnym, dodatkowo eskaluje problemy.

Czy będą wcześniejsze wybory?

We wcześniejsze wybory, póki co, nie wierzę, bo byłoby to bardzo ryzykowne, choć jest to oczywiście jedna z opcji, która leży na stole. Warto sobie zdawać sprawę, że jako wspólnota stoimy przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Na pewno wielu polityków analizuje, czy warto przez najbliższy rok, dwa, trzy mierzyć się z tymi wyzwaniami, które wyglądają jak dwanaście prac Heraklesa. To nie jest rok 2016 czy 2017, kiedy była i kasa, i spokój, i koniunktura.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński może zastanawiać się nad tym, czy warto dalej trwać w rządzie i tracić poparcie, bo przy tej nieudolności, którą wymusi nie tylko słaba jakość jego kadr, co rzeczywistość, być może lepiej się teraz wycofać do opozycji, skonsolidować obóz, a wiem, że w tym Kaczyński jest bardzo dobry, i być może kiedy zacznie się bardzo sypać, Jarosław Kaczyński oddał władzę, ale zapewni sobie taką pozycję, jaką dziś ma Platforma Obywatelska. Analogicznie można powiedzieć, że PO idzie drogą PiS-u z lat 2007-2015.

Czy PiS wróci na szczyty poparcia?

To zależy od tego, jak wielki będzie kryzys, a ten nie będzie zależał wyłącznie od tego, jak będzie się zachowywała partia rządząca. Zobaczymy, co będzie się działo na świecie z pandemią. Istotny jest również wątek europejski, bo jeśli zostaniemy wypchnięci, oczywiście na własne życzenie, z tego porozumienia dotyczącego pieniędzy, za które ma się odbudować Unię Europejską po kryzysie epidemicznym, to będzie jeszcze gorzej. Także dlatego, że pieniądze, które miały być dla nas, trafią do innych, nie tylko zatem nam będzie gorzej, ale i innym jeszcze lepiej, bo dostaną naszą pulę pieniędzy.

Oczywiście można sobie teoretycznie wyobrazić sytuację, kiedy PiS będzie zyskiwać na przykład w sytuacji jakiegoś bardzo poważnego zagrożenia, które z reguły nawet zaciekłych przeciwników rządzących konsolidują przy władzy. W 1913 czy 1938 nikt nie spodziewał się tego, co się potem wydarzyło.

Można też sobie wyobrazić, że któraś ze stron decyduje się na siłowe rozwiązanie i spokój na ulicach zostanie osiągnięty za pomocą twardej ręki władzy. Doświadczenia pokazują, że w Polsce mamy zwolenników porządku nawet za wysoką cenę. Jak by było dzisiaj, nie wiem, ale nie można tego wykluczyć.

Zwróćmy dodatkowo uwagę na fakt, jak wiele mają dziś do powiedzenia media, które oddziałują na emocje, a te, jeśli będą odpowiednio rozhuśtane, to wyobrażam sobie, że może pojawić się skłonność do grupowania się wokół silnego ośrodka władzy. Być może drastycznym, ale dobrym przykładem jest to, co stało się w Polsce w 1939 roku, kiedy odwieszono na kołek wszelkie niesnaski. Władysław Broniewski pisał wiosną 39 roku: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt”.

A ten najbardziej możliwy?

Stawiam na gnicie i butwienie tego systemu stworzonego przez Jarosława Kaczyńskiego. Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą, i politycy z 3, 6 i 7 rzędów w parlamencie nie będą chcieli ponownie wystawiać się na ryzyko wyborów, szczególnie kiedy ktoś wsadził żonę, brata czy innych pociotków na intratne posady. No i pytanie, kiedy mniejsi koalicjanci uznają, że przyszedł czas, aby wyrwać więcej lub odwrotnie, ich notowania ustawią ich poza parlamentem.

Ziobro ma już doświadczenia, że trwanie na marginesie polskiej polityki nie jest łatwe, a lepiej siedzieć w mainstreamie. Dziś Ziobro tam jest i jednocześnie stara się rozpychać się łokciami i poszerzać swoje władztwo.

Przyszedł czas na wyrwanie od PiS-u więcej?

Gdyby dzisiaj Ziobro wystąpił ze Zjednoczonej Prawicy i zabrał swoich posłów i spróbował z kimś się dogadywać, to kto wie…

Nie bardzo ma z kim?

Z Konfederacją, co więcej, można sobie wyobrazić „pakt o nieagresji” między Konfederacją i nawet z Ziobrą, aby pozbyć się Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że wielu uważa, że Kaczyński wciąż jest istotnym elementem polskiej polityki i jeszcze przez parę lat będzie, więc w wyjęciu tego elementu wielu może upatrywać swoją szansę i nowe otwarcie.

To, co się dzieje w Zjednoczonej Prawicy, jest też pewnego rodzaju walką pokoleniową i to ciśnienie polityków młodego pokolenia będzie rosło w tym garnku i w końcu pokrywka wystrzeli.

Zresztą podobne przeciąganie liny widzę po stronie opozycji, gdzie jest pewien rodzaj rywalizacji, który może być suboptymalny z punktu widzenia opozycji. Te niesnaski między Hołownią, Trzaskowskim, PSL, Lewicą, Czarzastym itd. mogą doprowadzić do tego, że podobnie jak w 2019, mimo niezłego wyniku opozycji, która razem zdobyła blisko milion głosów więcej, w parlamencie nie miała większej liczby mandatów.

To są oczywiście konsekwencje D’Hondta, ale wszyscy to wiedzą i trzeba się z nimi liczyć.

Skoro rząd powołuje partia, która nie ma poparcia większości, a potem łamie konstytucję, to może warto zmienić ordynację wyborczą?

Nie jestem pewien, bo jednak pewna stabilność, którą osiągamy przez ostatnie lata, i fakt, że udawało się domykać cykle wyborcze, jest jednak pewnym osiągnięciem. Po drugie pytanie, jaka miałaby być ta inna ordynacja i co miałaby robić, bo można wylać dziecko z kąpielą. Łatwo doprowadzić do sytuacji, kiedy wrócimy do mniej stabilnych rządów, co obserwowaliśmy w latach 90.

Zwracam też uwagę, że nikt nie broni zawiązania koalicji tylko na czas wyborów. To nie jest nielegalne. Oczywiście wola wyborcy jest zawsze najważniejsza, ale wyrażona jest tylko w dniu wyborów. W Polsce mamy mandat otwarty, a nie zamknięty, posłowie nie są związani żadnymi instrukcjami. Spokojnie sobie wyobrażam, że wszyscy niezwiązani z PiS tworzą koalicję, a po wygraniu wyborów wracają do swoich partii. Podobnie postąpiła zresztą Zjednoczona Prawica.

Czyja policja?

Joseph Fouché, książę Otranto, minister policji za panowania Napoleona Bonaparte mawiał, że każde społeczeństwo ma taką policję, na jaką zasługuje. Jest w tym ziarno prawdy. Niemcy, którzy wybrali w legalnych wyborach Hitlera i NSDAP zafundowali sobie Gestapo.

Działania policji, wobec spontanicznych protestów społeczeństwa, wywołały powszechne oburzenie a także dyskurs o tym co policji wolno a co jest przekroczeniem prawa. Uprawnienia naszych stróżów porządku opisuje Ustawa z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji oraz nowelizacje i powiązane z nią akty prawne. Pierwszy punkt tej ustawy określa cel powołania służby, a brzmi:

Tworzy się Policję jako umundurowaną i uzbrojoną formację służącą społeczeństwu i przeznaczoną do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Siły policyjne od wieków są powoływane do życia przez różne formacje polityczne i systemy sprawowania władzy. Niewątpliwie są potrzebne tak długo jak spełniają treść zawartą w cytowanym punkcie ustawy.

Niestety kolejne partie władzy powołując się na swój demokratycznie zdobyty mandat wykorzystują policję i inne służby, przeznaczone do walki z określonymi patologiami, do realizacji swoich politycznych celów.

Jak temu przeciwdziałać i kto ma to robić? Nie sądzę, aby odwoływanie się do organów odpowiedzialnych za nadzór nad policją było skuteczne. Przecież pan premier Kaczyński, odpowiedzialny za bezpieczeństwo, pan minister Ziobro, który upolitycznił prokuraturę i niszczy niezawisłość sądownictwa, czy też pan Kamiński zamieszany w afery służb związanych z agentem Tomkiem tego nie zrobią. Właściwym organem państwa, który może naprawić prawo powinien być Sejm RP gdyż ma on mandat suwerena. Tego suwerena, który jest pałowany, gazowany, legitymowany i karany mandatami na ulicach polskich miast za to do czego ma prawo, do wyrażania swojej opinii.

Widzę potrzebę zdecydowanego działania parlamentarnych partii, które w swoich programach i deklaracjach ideowych wyrażają zasady praworządności, przestrzegania praw człowieka i wolności obywatelskich do zainicjowania działań mających na celu uzdrowienie funkcjonowania policji.

Przykładowo:
Uniemożliwienie wykorzystywania jednostek specjalnych (antyterrorystycznych paramilitarnych itp.) w sposób niezgodny z celem ich powołania;

Zakaz dokonywania czynności policyjnych wobec obywateli, przez nieumundurowanych, nieposiadających właściwych oznaczeń funkcjonariuszy, z wyjątkiem przypadków, gdy dochodzi do zbiorowych aktów o charakterze przestępczym takich jak niszczenie mienia i akty przemocy.

Precyzyjne zdefiniowanie i określenie pojęcia „naruszenie nietykalności funkcjonariusza” oraz „znieważenie funkcjonariusza”. Obywatel naruszenie swojej nietykalności musi udowadniać przed sądem na podstawie obdukcji. Policja wykorzystuje ten zarzut nadmiernie, często jako formę represji a udowodnienie przestępstwa jest oparte o arbitralne twierdzenie policjanta, bez dowodów i oceny niezawisłego sądu, co w mojej opinii jest niedopuszczalne;

Ograniczenie stosowania broni gładko lufowej jedynie do interwencji przeciw zamieszkom o charakterze przestępczym skierowanym przeciwko mieniu i zdrowiu obywateli oraz wprowadzenie nakazów jej stosowania w sposób zabezpieczający osoby postronne.

Władza, rządowe media i organa policji odpowiedzialne za wizerunek robią co mogą, aby ten wizerunek poprawić. Mamy policjantów przeprowadzających kaczuszki przez jezdnię, odbierających porody na pustkowiu i liczne produkcje telewizyjne o dzielnych kryminologach, funkcjonariuszach drogówki i prewencji, którzy walczą z podstępnym wrogiem społecznym, a tu spod dywanu wyłazi bezprawie.

Kilka przykładów ujawnionych przez niezależne media:
W Lubuskim (współpraca z kierowanym przez gangstera gangiem „laweciarzy”). Seksafera w rzeszowskim. Sprawa Beaty Cygan, która ewidentnie nosi ślady manipulacji lokalnej policji. Stosowanie niedopuszczalnych metod przymusu, które we Wrocławiu zakończyły się śmiercią Igora Stachowiaka czy też opowieść niesłusznie skazanego Tomasza Komendy o wymuszaniu zeznań biciem. Jak wyjaśnić matactwa policji w sprawie rodziny Olewników?

Czy we wszystkich przypadkach właściwie zadziałała prokuratura i sądy?
Drodzy czytelnicy, nie musimy pałać do policji szczególną empatią, ale powinna przynajmniej wzbudzać chłodny szacunek z odrobiną wdzięczności za wykonywanie bardzo trudnej i jednak potrzebnej służby społecznej, a tego mi brak.

Widok z boku

Kiedy partia o sprzecznej wewnętrznie nazwie – Prawo i Sprawiedliwość – wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku, uzyskując przewagę głosów w sejmie i w senacie, pełniłem wśród moich przyjaciół i znajomych rolę środka uspakajającego.

Źle się stało, ale nie traktujmy tego, jak narodowej tragedii. Wśród tych wygranych jest przecież wielu ludzi rozsądnych. Ster ich okrętu dzierży człowiek uchodzący wśród nich za tytana inteligencji, niewątpliwy patriota, chociaż podobno trudny w międzyludzkich relacjach. Przylepiła się do niego opina, że bywa nadmiernie przywiązany do nie zawsze słusznych własnych poglądów, ulega często spiskowej teorii dziejów, identyfikuje patriotyzm z uległością wobec hierarchów katolickiego kościoła i ma skłonności do wywoływania politycznych awantur. Ale nie przesadzajmy. Był juź premierem, powinien dobrze rozumieć ciężar odpowiedzialności i rozważnie korzystać ze zdobytej władzy.

Mea culpa

Biję się w wątłe piersi. Myliłem się. Pierwsze wątpliwości, co do słuszności mojej oceny sytuacji zaczęły mnie dopadać już po roku. Złożyły się na to trzy przyczyny. Widoczne dla każdego względnie douczonego obywatela, rażące błędy kadrowe, opieranie propagandy na twierdzeniu, że „przez ostatnie osiem lat” wszystko było źle organizowane i prowadzone, oraz widoczne przekształcanie państwowej telewizji, w tubę propagandową partii.

Te początkowe przyczyny powstania mojej nieufności do wzmocnionego przybudówkami PISu, nazywającego siebie „zjednoczoną prawicą” utrzymywały się do końca pierwszej kadencji. Ulegały stopniowemu zaostrzeniu w miarę, jak deklarująca miłość do sprawiedliwości władza, zajęła się twórczo psuciem sądownictwa, a zwłaszcza Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Zrozumienie celu tych działań, ukrywanych pod enigmatycznym hasłem „dobrej zmiany”, utrudniało obywatelom personalne atakowanie sędziów, prowadzone w stylu drugorzędnego kabaretu. I ma to obecnie dalszy ciąg w walce z niewygodnymi sędziami, prowadzonej z pomocą nowej Izby Sądu Najwyższego. Dziwnej izby, która pracuje, mimo, że jej powołanie i istnienie jest kwestionowane.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu moich uczuć było też rozwijające się w „obozie władzy” naśladownictwo, nazywane przez malkontentów „małpowaniem zwierzchników”. Panie i panowie dzierżący władzę na niskich szczeblach, niemal dosłownie powtarzali to, co mówili siedzący na wyższych szczeblach partyjnej drabiny. A wypowiedzi z najwyższego szczebla powtarzane były (i są!) niemal dosłownie. Nie byłem tym zachwycony, bo to dowodzi nie tylko braku inwencji, ale najczęściej także braku własnych poglądów. I nieustannej troski o to, aby wyższa władza serdecznie pogłaskała i nie pozwalała zrobić krzywdy, jeśli nóżka o coś się potknie.

W drugiej połowie pierwszej kadencji utrzymywania władzy przez zjednoczoną prawicę, patrzących z boku zaczęły też denerwować, a czasem rozśmieszać, próby poprawiania, a nawet zmieniania historii, albo oceny faktów historycznych. Intencje były jasne. Trzeba ukształtować na nowo historyczną wiedzę młodzieży, wytworzyć u niej przekonanie, że zawsze słusznie i dobrze postępowała w Polsce tylko prawica. Reszta, a zwłaszcza „lewactwo”, działała źle, tchórzliwie i często zbliżając się do „narodowej zdrady”. W czasie hitlerowskiej okupacji tylko prawicowa partyzantka NSZ, uwieńczona bohaterskim przemarszem Brygady Świętokrzyskiej na spotkanie amerykańskich jednostek generała Pattona, zasługiwała na prawdziwe uznanie. Inne konspiracyjne oddziały, jak AK słuchająca się ślepo rządu w Londynie, albo AL, czy Bataliony Chłopskie zarażone komunistycznymi poglądami, nie robiły nic istotnego. Siedziały w głębokich lasach, albo nieudolnie organizowały akcje w rodzaju Warszawskiego Powstania, w których ginęli cywilni mieszkańcy. A po wojnie słusznie postępowali tylko „żołnierze wyklęci”. Reszta obywateli splamiła się pomocą w odbudowie kraju, zaliczanego wówczas do, jakże wstrętnego, obozu socjalistycznego.

Wszystko jest sukcesem

Zdeklarowani zwolennicy PISu zapewne tego nie zauważają, ale dla większości społeczeństwa, stawało się też denerwujące nieustanne chwalenie się rzekomymi osiągnięciami. Właściwie wszystko, co robiła i robi „partia i rząd”, jest sukcesem. Sukcesem było wirtualne rozpoczęcie produkcji samochodów elektrycznych, promów morskich i helikopterów wojskowych, lepszych od francuskich Caracali. Sukcesem było przegranie ważnych głosowań w UE. Z sukcesem walczymy z pandemią, mimo, że mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźnik udziału zachorowań w stosunku do liczby ludności. Sukcesem jest propagandowa oprawa uruchamiania szpitali tymczasowych, w których prawie nie ma pacjentów.
Widok z boku na polską scenę polityczną zaczął mnie jeszcze bardziej denerwować, po rozpoczęciu drugiej kadencji pisowskiej władzy. Świadczące o braku wyobraźni manewry angażujące Trybunał Konstytucyjny w niszczenie z trudem utrzymującego się kompromisu w zakresie dopuszczalności aborcji, będą historycznym wzorem bezmyślnego zarządzania państwem. Doprowadził on do masowych demonstracji w okresie pandemii.

Jednocześnie polski rząd i jego polityczni mocodawcy wpadli w dziecinną pułapkę logiczną. Nie zgadzamy się na powiązanie budżetowych decyzji UE z oceną praworządności. Jesteśmy wprawdzie państwem wzorcowo praworządnym, więc nie boimy się żadnej kontroli w tym zakresie i żadnych związanych z tym sankcji.. Ale nie zgadzamy się na takie kontrolowanie, bo to narusza nasz honor i suwerenność. A jak Unia Europejska będzie się przy tym upierać, to zawetujemy jej cały budżet. I zrobimy przykrość, bo nie weźmiemy części pieniędzy! Honor jest ważniejszy.

Inne czasy, inna sytuacja i inne ryzyko. Ale o honorze państwa kiedyś już mówiliśmy. Pięknie, choć trochę bez politycznego sensu. Józef Beck w słynnym przemówieniu w Sejmie w dniu 5 maja 1939 roku powiedział: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest cenna. Tą rzeczą jest honor”.
Partia i rząd – to sformułowanie brzmi dumnie od czasów PRL – wydają się zapominać, że w naszych relacjach z krajami Unii Europejskiej liczą się nie tylko pieniądze. Liczy się też, a może nawet bardziej, opinia i szacunek. Powoli, ale konsekwentnie, utrwalamy o Polsce opinię malkontenta, ambicjonera hołdującego zacofanym poglądom. Zarabiamy też na opinię państwa wyznaniowego, w którym kościół katolicki odgrywa coraz większą rolę polityczną. A także państwa, które nie potrafi być solidarne z Europą mimo, że „solidarność” była niedawno jednym z fundamentów jego demokratycznych przekształceń.

Wizje przyszłości

Błędem „partii i rządu” jest też brak przejrzystego sformułowania celu, do jakiego zmierzają, a zarazem – jak można przypuszczać – celu życia ich czołowego przywódcy i stratega.

Patrzący z boku, zwłaszcza walczący ze sklerozą obywatel, nie może się tego celu doszukać w istniejącym bałaganie politycznym.. Przychodzą mu do głowy różne warianty przyszłości, które może nam zafundować kontrolujący rząd wicepremier, nieukrywający, że czuje się już prezesem całego narodu.

Zastanawiam się więc, czy Polska ma być europejskim rezerwatem, zamieszkałym przez w 100% religijny naród, poddający się bez dyskusji poleceniom władz, które zawsze wiedzą lepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia? Czyli – w uproszczeniu – ma to być rodzaj współczesnej, względnie łagodnej, dyktatury, zachowującej pozory demokracji?
A może – wręcz przeciwnie – ma to być kraj, w którym de jure istnieje prawnie usankcjonowana demokracja, a w rzeczywistości stosuje się „zamordystyczne” metody zarządzania, utrzymujące posłuszeństwo społeczeństwa i zmuszające je do epatowania zewnętrznego świata, widocznymi objawami zadowolenia. Konieczne jest wówczas utrwalanie wiary w nieomylność przywódcy, któremu zapewnia się powszechne uwielbienie i monarchistyczną pozycję.

Czy też w końcu ma to być kraj, w którym wierna władcy partia, dysponująca wszystkimi atrybutami władzy i stopniowo upaństwawianym aparatem propagandy, powoduje u większości społeczeństwa epidemię bałwochwalstwa i zaniku krytycyzmu, przechodzącą w znieczulicę. To społeczeństwo nie wierzy już w kartezjańskie „myślę, więc jestem”, i zmienia je na bardziej realistyczne – „nieźle żyję, bo słucham się wodza”..
Zmieniający się sposób i forma traktowania otoczenia przez przywódcę partii i sternika rządu, może wskazywać, że jest mu najbliższe stworzenie państwa bliskiego trzeciemu z wymienionych rozwiązań, wzbogaconemu o pewne elementy drugiego wariantu. Zachowania, przemowy i oświadczenia przywódcy świadczą o tym, że dobrze się czuje z monarchistyczną pozycją. Zabieranie głosu w Sejmie bez trybu, po formalnym zamknięciu obrad, bez maseczki ochronnej, z formułowaniem wyraźnych gróźb wobec politycznych przeciwników, jest godne średniowiecznego monarchy. Rodzącą się czołobitność poddanych potwierdza też rozdmuchanie jego gwardii ochronnej do niespotykanych rozmiarów. Strach człowieka ogarnia jak pomyśli, że w czasach, w których gniliśmy pod butem komunizmu, taki Gomułka albo Cyrankiewicz mieli tylko kilka osób ochrony. I nawet jej czasem uciekali, bo nie lubili, jak ich podglądają.

Nie mam wyjścia. Patrząc z boku będę nada obserwował rozwój, albo zanik polskiej demokracji. Jeśli partia i rząd nie zdążą doprowadzić nas o wymarzonego przez nich modelu państwa w okresie trzech lat, to po następnych wyborach może im być trudniej. Ale nie mogę też wykluczyć, że ich starania zostaną wcześniej przerwane przez niezadowoloną, lub wręcz wkurw….ą część społeczeństwa. Bo tak już jest, że wszystkim się nie dogodzi.

Przegniłe igrzyska

Mój znajomy się rozwodzi. Zdarza się. Nie on pierwszy, nie ostatni. Rozwodzi się Paweł Kukiz z Peeselem, co było do przewidzenia. Ze zdrowym rozsądkiem i pomyślunkiem, rozwiodła się już dawno, mam wrażenie, jedna posłanka z Platformy, która na mównicy sejmowej podarła Konstytucję. Niczym Nergal Biblię, albo Irena Ochódzka paszport misia-rysia. Te kobity to jednak są. Żeby tak wziąć i podrzeć…

Po tym, marnym skądinąd, happeningu posłanki Jachiry, głos zabrał poseł Kowalski z prawicy, który jął domagać się od prowadzącej obrady Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, ukarania pani poseł, za czyn godzący w narodowe symbole. Zapomniał chyba młody poseł, że ongiś prezes, na antenie rządowej telewizji, powiedział, że Konstytucja, to…taka książeczka. A z książeczką można zrobić różne rzeczy; przeczytać, olać i nie czytać, odłożyć, spalić albo użyć do celów higienicznych. Jeśli więc już poseł chciał wystąpić w obronie czegoś, co posłanka Jachira zbrukała, winien krzyczeć o tym, że marnotrawi ona papier, na który wycięto harwesterami dęby i buki z polskich lasów. Na to jednak poseł musiałby mieć wewnętrzny imperatyw, aby w obronie roślinności stawać, a jak wiadomo, roślinność u posłów prawicy i wszystko co wokół żeruje, bytuje i lata w koronach drzew, najlepiej wygląda na talerzu. Ewentualnie na ścianie, pięknie oprawione albo wypchane. Posłuży też do kominka, żeby przy wigilijnym stole pięknie rozeszła się woń żywicznych polan. Swoją drogą, to jest dość surrealistyczne, kiedy w obronie Konstytucji staje człowiek z ugrupowania, dla którego jest ona li tylko książeczką, a zapisy w książeczce można sobie wygumkować, jeśli się nie podobają. Albo nie doczytać do końca, jak matka krnąbrnemu dziecku na dobranoc. Jak o tym teraz myślę, to cała ta sytuacja jest jak wyjęta z opowiadań Ioneski. Pani poseł na mównicy drze kartki, jak w „Misiu”. W obronie podartych kartek, trochę jak w obronie znikniętych parówek, występuje poseł rządzącego obozu, który poucza panią marszałek, że tak się nie godzi. Myślałem długo, jakie emocje wzbudza we mnie ta scena. Jak w teatrze, kiedy jakaś scena do głębi mnie poruszy, długo później ją analizuję, żeby wyciągnąć maksimum emocji które towarzyszyły mi, kiedy ją po raz pierwszy oglądałem i tych, z którymi stykałem się, gdy sobie odtwarzałem scenę ową z pamięci. Przykro powiedzieć, ale po kilkukrotnym odtworzeniu sobie tego żenującego widowiska, emocji w sobie nie miałem żadnych. Najmniejszego wstydu za kraj i jego wybrańców; ani grama wyrzutów sumienia. Nic. Jakbym zjadł chrupek bez żadnych wartości odżywczych, po którym nic nie zostało. To jednak byłaby też nie do końca prawda. Coś jednak zostało. Zwykły, fizyczny niesmak, na to, co widziały me oczęta. Jak się kłócą, dziad z babą, jak kelner z kierowniczką sali, kto bardziej nabrudził w szalecie. Kierowniczka wymachuje księgą skarg, drze zeń nienawistne wpisy. Kelner rzuca się w obronie. Ubliża inspektorowi z konsumów, który na wszystko patrzy i bezradnie rozkłada ręce. Albo jak cinkciarze na postoju taksówek. Jeden mówi, że drugi mu ukradł samochód. Trzeci twierdzi, że to nieprawda, a czwarty szuka stronników dla pierwszego. I tak drą się między sobą, plują sobie pod buty, obrażają grubym słowem, a pasażerowie, zdezorientowani, patrzą na to widowisko. Co weselsi rozdziawią gęby i śmieją się, kiedy widzą, jak koguty biorą się za łby. Pomiędzy widownią a aktorami stoi dwóch postronnych gapiów w średnim wieku. Jeden nie wytrzymuje i zagaduje do drugiego w te słowy: „To jak to jest, panie kolego, on naprawdę ukradł mu ten samochód ?”. Na co tamten, po chwili namysłu, odpowiada: „Może rzeczywiście i ukradł, ale niech Pan spojrzy, jak on go pięknie prowadzi!”.

Kryzys przywództwa: analogie historyczne

Obecna sytuacja polityczna w Polsce w coraz większym stopniu nasuwa analogie historyczne. Jak pięćdziesiąt lat temu partia sprawująca władzę przeżywa podwójny kryzys, gdyż na silne napięcia społeczne nakłada się raptownie pogarszający się stan ośrodka kierowniczego.

Wtedy, w grudniu 1970 roku, kryzys doprowadził do burzliwych wystąpień ulicznych, przeciw którym skierowano milicję i wojsko, a rozwiązanie kryzysu odbyło się w drodze wymuszonej rezygnacji ze stanowiska szefa PZPR Władysława Gomułki – człowieka o niewątpliwych zasługach dla Polski, ale już tak dalece oderwanego od realiów politycznych, że swymi decyzjami najpierw kryzys sprowokował, a następnie pogłębił.
Historia nigdy nie powtarza się dosłownie, ale z historii poprzednich kryzysów można i trzeba wyciągać wnioski dla dnia dzisiejszego – a jeszcze bardziej dla bardzo nieodległego jutra.

Jesień 2020 roku przejdzie do historii jako okres, gdy dotychczas bardzo silna pozycja obozu władzy uległa raptownej erozji. Przejawem tej erozji są wyniki najnowszych sondaży – najgorszych z punktu widzenia obozu władzy od 2015 roku, gdy obóz ten wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne rozpoczynając szumnie ogłaszaną „dobrą zmianę”. Można pocieszać się, że sondaże bywają omylne, ale faktem jest, że deklarowane poparcie dla PiS (zaledwie 27 procent w sondażu ośrodka Kantar) oznacza, iż ugrupowanie to stoi przed bardzo realną perspektywą stracenia władzy w najbliższych wyborach. Jeszcze gorzej dla rządzących wypada odpowiedź na pytanie o polityczne losy jego przywódcy: 69 procent badanych chce dymisji Jarosława Kaczyńskiego.

Kryzys to nie tylko złe sondaże. To także utrzymujący się masowy protest uliczny, którego nie udaje się złamać brutalnym używaniem policji i nieumundurowanych antyterrorystów. To także ferment w obozie władzy wyrażający się między innymi tym, że już zaczął się proces odchodzenia posłów, a zwłaszcza ich publicznego dystansowania się od polityki partii rządzącej. To wreszcie publiczne już utarczki na szczytach władzy, w szczególności ataki potężnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro kontestującego z prawej strony politykę jego nominalnego szefa premiera Mateusza Morawieckiego. Wreszcie o stanie ośrodka kierowniczego świadczą powtarzające się w Sejmie wybuchy niepohamowanej wściekłości Jarosława Kaczyńskiego, niewiele znaczące politycznie ale ukazujące jego fatalny stan psychiczny.

Ten kryzys przyszedł po dość dobrym dla rządzących lecie. Udało się wówczas opanować na pewien czas rozwój pandemii – i to na poziomie znacząco niższym niż w wielu innych krajach. Udało się wygrać wybory prezydenckie – wprawdzie minimalną większością i w dużej mierze dzięki fatalnym błędom tej części opozycji, która nie zdecydowała się na jednoznaczne i pełne zaangażowanie po stronie opozycyjnego kandydata w drugiej turze, gdy do zwycięstwa zabrakło mu zaledwie czterysta tysięcy głosów. Pod koniec lata można było sądzić, że rok 2020 umocnił władzę Prawa i Sprawiedliwości na lata.

Jesień przekreśliła te oczekiwania. Nastąpiła kumulacja zjawisk wysoce niekorzystnych dla obozu rządzącego. W dużej mierze (choć nie wyłącznie) są one skutkiem własnych błędów i zaniedbań tego obozu.

W grę wchodzą cztery problemy, które skumulowały się w rozległy kryzys.
Po pierwsze – nastąpił nawrót pandemii i to na znacznie wyższym poziomie niż wiosną tego roku. Nie bez podstaw twierdzi się, że rząd zaniedbał przygotowanie służby zdrowia na to, co ją obecnie spotyka. Łudzono się optymistyczną wizją przezwyciężonego już kryzysu epidemiologicznego, w czym pierwsze skrzypce grał sam premier, zwłaszcza pod koniec kampanii wyborczej. Na oczywiste zaniedbania nałożyły się podejrzane operacje zakupowe w Ministerstwie Zdrowia, z czym zapewne wiążą się kolejne dymisje w kierownictwie tego resortu. Nie wierzę w oficjalne zapewnienia, ze były one spowodowane stanem zdrowia odchodzących dygnitarzy – raczej stanem kierowanej przez nich służby zdrowia.

Po drugie – orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego prowadzące do jeszcze większego ograniczenia możliwości legalnego przerwania ciąży było iskrą rzuconą na prochy i spowodowało największy i najbardziej trwały protest społeczny w dziejach Trzeciej Rzeczypospolitej. Nikt rozsądny nie uwierzy, że trybunał ten, którego skład został uformowany decyzjami Prawa i Sprawiedliwości, działał tu całkowicie samodzielnie. Decyzję o daniu mu zielonego światła musiał podjąć sam prezes – zapewne dlatego, że chciał pokazać się własnym radykałom jako niezłomny obrońca konserwatywnych wartości. Czy sądził, że radykalne zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych – i tak najsurowszych w Europie – przejdzie bez społecznego sprzeciwu?

Po trzecie – bez jakiejkolwiek wyraźnej racji i bez przygotowania zaserwowano Sejmowi projekt ustawy „o ochronie zwierząt” uderzającej bardzo silnie w rolnictwo i branżę hodowlaną. Spora część posłów PiS głosowała przeciw tej ustawie (lekkomyślnie popartej przez kluby Koalicji Obywatelskiej i Lewicy) a prezydent Duda – niezbyt znany z samodzielności w stosunku do prezesa – zapowiedział zawetowanie tej ustawy. Ostatecznie – po sensownych poprawkach uchwalonych przez Senat – projekt ugrzązł w Sejmie – na jak długo?

Czwarta sprawa ma charakter wręcz kuriozalny. Premier Morawiecki – poganiany publicznie przez Zbigniewa Ziobrę – zapowiedział zawetowanie ( bardzo dla Polski korzystnego) budżetu Unii Europejskiej w odwecie za przyjęcie przez nią zasady, że korzystanie ze środków unijnych może być uzależnione od przestrzegania praworządności. Premier Morawiecki popełnił w tej sprawie błąd podwójny. Po pierwsze: naraził się opinii publicznej, która w ogromnej większości obawia się, że jest to krok w stronę „polexitu”. Po drugie: przyznał pośrednio, że w Polsce łamie się zasady rządów prawa, bo jak inaczej tłumaczyć nerwową reakcję na ustalenia unijne w tej sprawie?

Te cztery sprawy łączy jedno: we wszystkich dzisiejsze kłopoty obecnej władzy pojawiły się w wyniku jej własnych błędów, których można było bez trudu uniknąć.

Bardzo to przypomina sytuację sprzed pięćdziesięciu lat. Znaczna podwyżka cen żywności – i to na dziesięć dni przed Bożym Narodzeniem – nie spadła z nieba, lecz była wynikiem poważnego błędu politycznego. Użycie siły przeciw protestującym robotnikom było spowodowane rozkazami wydanymi przez Władysława Gomułkę. Jego decyzje nie były wymuszone przez sytuację, lecz wynikały z postępującej izolacji od realiów życia i z rosnącego autokratyzmu.

Autokratyzm paraliżuje otoczenie wodza. Z otoczenia tego odchodzą lub zostają usunięci ludzie mądrzejsi i odważniejsi, którzy gotowi byliby powiedzieć wodzowi, że się myli. To dwór wodza – a nie tylko on sam – ponosi odpowiedzialność za staczanie się ku przepaści.

Niekiedy ktoś w tym dworze zaczyna grać własną grę – może nie tyle przeciw wodzowi, co z myślą o sukcesji po nim. Taka rolę odegrał u boku Gomułki wpływowy minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar – zwłaszcza w haniebnej kampanii antysemickiej w 1968 roku. Podobną rolę odgrywa obecnie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zdaniem nieźle poinformowanej Anny Dąbrowskiej „chce stanąć na czele całej polskiej prawicy i zastąpić Kaczyńskiego” („Polityka”, nr. 48/3289, 2020 r.). Moczarowi ta gra się nie udała, a czy uda się Ziobrze?

Analogie historyczne wymagają jednak uwzględnienia kontekstu. Ten zaś wyraźnie różni Polskę z jesieni 1970 roku i z jesieni 2020. Wtedy było to państwo wciśnięte w ramy powojennego podziału Europy na strefy mocarstwowej hegemonii i rządzone na zasadach autorytarnej władzy jednej partii. Dziś jest to państwo oparte na demokratycznej konstytucji, z silnym społeczeństwem obywatelskim i legalną, mająca silną reprezentację parlamentarną , opozycją. Państwo to jest częścią wspólnoty demokratycznych państw – Unii Europejskiej – a nie radzieckiego bloku „państw socjalistycznych”. Rządzący nim politycy do niedawna mogli liczyć na to, że przed izolacją międzynarodową chronić ich będzie autorytarny populista w Białym Domu. Z ich punktu widzenia wynik wyborów prezydenckich w USA to prawdziwa tragedia.

Z tych wszystkich względów obecny kryzys polityczny nie musi przebiegać tak dramatycznie jak tamten sprzed półwiecza. Jest jednak pewna istotna analogia. W obu kryzysach zapalnikiem były całkowicie błędne, wręcz nieracjonalne, decyzje jednego człowieka. Jego odejście stawało się warunkiem koniecznym wyjścia z kryzysu.

Czy jednak znajdzie się w Prawie i Sprawiedliwości ktoś, kto – jak Józef Tejchma w grudniu 1970 roku – będzie miał odwagę i rozum, by pójść do wodza z przesłaniem, że jego czas się skończył? Okaże się to w najbliższym czasie.

W 1970 roku dymisja Gomułki otworzyła drogę do poważnych zmian politycznych, które na niemal dziesięć lat ustabilizowały sytuację polityczną. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby tego rozwiązania wtedy zabrakło. Teraz jest łatwiej. Jeśli Kaczyński pozostanie u władzy, obóz rządzący będzie pogrążał się w coraz głębszym kryzysie, z którego wyjściem będzie jego klęska w najbliższych – być może przyśpieszonych – wyborach.

Najgorsze jeszcze przed nami

– Rozmawiamy o złamanej poselskiej legitymacji i o tym, co powiedział Kaczyński, a znika nam poważny problem, jakim jest liczba zgonów – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Policja użyła gazu i pałek przeciwko protestującym, a także posłom. Posłanka Biejat dostała gazem w twarz, posłance Wielichowskiej złamano legitymację, wicemarszałka Czarzastego popychano, wśród protestujących tajniacy z pałkami. To obrazki bardziej z Białorusi, niż demokratycznego kraju, członka UE.

MAREK MIGALSKI: A jednocześnie to obrazki, do których coraz bardziej się przyzwyczajamy, i to jest chyba najbardziej przerażające. Oglądając wczorajsze obrazki mam dwojakiego rodzaju uczucia.

To, co pani opisuje, co działo się na ulicach, jest nieakceptowalne, a to, że zaczynamy to akceptować, bardzo źle świadczy o kondycji naszego państwa. Jestem jednak w stanie uznać, że to są wypadki przy pracy, które zdarzają się także czasem w krajach zachodnich, potrafię również zrozumieć, że policjant używając gazu nie wiedział, że używa go przeciwko posłance. Oczywiście pałki teleskopowe nie wyglądają najlepiej, ale policja ma prawo od 20 lat do używania tego typu narzędzi do przymusu bezpośredniego, jeśli uznaje, że taka jest konieczność. Mimo tego, co powiedziałem, uważam, że powinniśmy być bardzo uważni, bo tego typu obrazki są niedopuszczalne i trzeba uważać, aby to wszystko nie wymknęło się spod kontroli. Do oceny tego, co stało się w samym Sejmie, już tak dramatycznie bym nie podchodził.

O czym konkretnie pan mówi, bo w Sejmie też się dużo działo? Wicepremier Kaczyński znowu nie wytrzymał, puściły mu nerwy i pokrzykiwał na opozycję, że mają krew na rękach i powinni siedzieć. Dużo groźniejsze było jednak wystąpienie premiera Morawieckiego, które ja odczytałam jako exposé dotyczące polexitu. Przesada?

Dołożę do tego jeszcze trzecią rzecz, która niby jest nieistotna, a mnie najbardziej oburzyła, bo pokazuje, w jakim stanie znalazła się polska demokracja i państwo polskie. To moment, kiedy marszałek Witek ogłasza przerwę i w tym momencie prezes Kaczyński wchodzi na mównicę Sejmu, bez żadnego trybu, ściąga maskę, za którą to poseł Braun był wykluczony kilka godzin wcześniej z obrad, i mówi, co mu ślina na język przyniesie. Rozumiem, że to był tylko epizod, nieistotny obrazek, ale pokazuje, jak w soczewce, czym stało się polskie państwo. Druga osoba w państwie, czyli marszałek Sejmu, ogłasza przerwę, a prezes Kaczyński, prawdziwy przywódca państwa, wchodzi na mównicę, ściąga maseczkę i łamie wszelkie zasady.

Samo przemówienie Kaczyńskiego było kolejnym, kiedy on się po prostu „odpalił”. Mówił, że posłowie opozycji powinni znaleźć się w więzieniach i mają krew na rękach, ale to nic nowego. To, że opozycja według Kaczyńskiego ma krew na rękach, wiemy od dawna, bo była przecież oskarżana o katastrofę smoleńską, że uczestniczyła w zamachu z Rosjanami. To są słowa, obelgi, które już słyszeliśmy po wielokroć. Oczywiście słowa Kaczyńskiego były reakcją na to, co krzyczała opozycja: „będziesz siedzieć”. Choć trzeba też przyznać, że inną wagę mają słowa naczelnika i naszego Breżniewa, a inną opozycji, która jest de facto bezsilna.

Przemówienie Morawieckiego to są znowu słowa, za którymi nie muszą iść czyny, bo rozumiem, że ocena rzeczywistości w sprawie negocjacji to jest osobna kwestia. Zwróciłbym uwagę na to, że rozmawiamy o wydarzeniach z dnia, w którym Polska z 603 zgonami znalazła się na czwartym miejscu na świecie w liczbie dziennych zgonów. To pokazuje dramat, w jakim się znaleźliśmy. Rozmawiamy o złamanej poselskiej legitymacji i o tym, co powiedział Kaczyński, a znika nam poważny problem, jakim jest liczba zgonów. W Polsce umiera dziennie mniej więcej tyle samo osób, co podczas II wojny światowej.

Proszę to wytłumaczyć.

Dla Polaków II wojna światowa trwała ok 2000 dni (od 1 września 1939 do maja 1945 r.), w tym czasie zginęło ok. 2,5 mln Polaków. Mówię Polaków, a nie obywateli polskich, bo połowa z nich to byli Żydzi i mniejszości narodowe. To daje trochę ponad 1000 osób dziennie. Statystyki, które nie są Ministerstwa Zdrowia, ale do których dotarli internauci porównując zgony tydzień do tygodnia z poprzednich lat, pokazują, że w ostatnich tygodniach tych zgonów jest o 1000 więcej, niż w roku ubiegłym i latach poprzednich. Oznacza to, że de facto w Polsce w wyniku COVID bądź chorób, które są nieleczone z powodu koronawirusa, umiera około 1000 Polaków dziennie.
To pokazuje skalę problemów, z którymi państwo polskie powinno się teraz mierzyć, a tego nie robi, ponieważ zajmujemy się tematami, które narzucił nam pan Kaczyński.

Minister Niedzielski mówił z lekkim uśmiechem, że epidemia jest opanowana.

Tego nie potrafię zrozumieć, bo albo on coś wie na temat innego liczenia statystyk, które ma nas uspokoić, albo powiedział coś, co go wysadzi w powietrze w ciągu najbliższych kilku tygodni, bo wszyscy wiemy, że najgorsze jeszcze przed nami. Wchodzimy w grudzień i styczeń, kiedy to jest najwięcej powikłań grypowych i ja kompletnie nie wierzę ministrowi, że widzi światełko w tunelu, i uważam wręcz, że to jest światło nadjeżdżającego pociągu, z którego pan minister nie zdaje sobie sprawy. Inaczej niż samooszukiwaniem się nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, chyba że przygotowują całkowity lockdown, bo zamknięcie nas w domach łącznie z zakazem chodzenia do lasu przyniesie krótkotrwałe przyhamowanie epidemii. Z tego, co rząd mówi, nie będzie lockdownu, bo nas na to po prostu nie stać.

Chciałbym zatem wiedzieć, co powoduje ten uśmiech u ministra zdrowia, bo oficjalnie zmarły 603 osoby i byliśmy czwartym krajem na świecie w liczbie zgonów, a nieoficjalnie zmarło pewnie dwa razy więcej.

Wróćmy do wystąpienia premiera. Czy to twarde weto to pozycja negocjacyjna z Unią, czy może pokazuje nam walki wewnątrz obozu rządzącego? Warto pamiętać, że kiedy David Cameron mówił pierwszy raz o referendum brexitowym, to nikt nie traktował tego poważnie, a powodem były rozgrywki wewnątrz Partii Konserwatywnej.

Niestety było dokładnie tak jak pani mówi; rozpisanie referendum brexitowego było częścią rozwiązywania problemów wewnątrzpartyjnych przez Camerona i kompletnie wymknęło się spod kontroli. Tu widzę analogię, bo duża część „polityki europejskiej”, jaką prowadzi PiS, jest częścią wewnętrznych walk czy konieczności obsłużenia pewnych frakcji wewnątrz Zjednoczonej Prawicy.

Kolejna rzecz, która mi się nasuwa, to fakt, że brexit to nie jest tylko wynik decyzji Camerona, a kilkunastu- czy nawet kilkudziesięcioletniej propagandy antyunijnej obecnej zarówno w mediach brytyjskich, jak i oczywiście w Partii Konserwatywnej i w ugrupowaniu Nigela Farage’a. To oznacza, że prawdziwy brexit zaczął się na wiele lat przed referendum głupimi, durnowatymi, zakłamanymi artykułami w prasie brukowej i marudzeniem na Unię Partii Konserwatywnej. Moim zdaniem polexit jest nieświadomie przygotowywany zarówno przez media PiS-owskie, jak i przez dużą część polityków takim właśnie ośmieszaniem Unii, pokazywaniem jej jako naszych wrogów, którzy nastają na naszą suwerenność, chcą handlować naszymi dziećmi na bazarach itd. To bardzo brzemienne w skutkach działania, a polexit może nie przyjdzie jutro czy pojutrze, ale jest coraz bardziej możliwy.

Morawiecki użyje weta?

W dalszym ciągu uważam, że to może być część strategii negocjacyjnej, czyli że mówi się bardzo mocne rzeczy, grozi się wetem, a w efekcie finalnie będą się chcieli dogadać. To jest pierwsza interpretacja, ale jest i druga – oni już zdecydowali, że będzie weto, uznając, że to weto jest dla nich lepsze. Gdyby zaakceptowali mechanizm powiązania praworządności z pieniędzmi, to do końca swojego rządzenia byliby uzależnieni od decyzji innych państw UE. Wolą więc wziąć to, co jest na stole w wypadku weta, bo to nie oznacza, że pieniądze się skończą, choć będą mniejsze, nie będzie nowych programów i inwestycji. Co więcej, niektórzy twierdzą, że przy takim rozwiązaniu dostaniemy nawet więcej pieniędzy, niż byśmy dostali, gdyby nowy budżet był powiązany z praworządnością. Być może oni po prostu chcą wziąć pieniądze, które są pewne i nie będzie trzeba się o nie starać i ryzykować, że nowe projekty będą związane regułą praworządności. Z punktu widzenia PiS-u weto byłoby zrozumiałe, a z punktu widzenia Polski to nie byłoby dobre, ale to też nie będzie straszna katastrofa. To bardzo ryzykowana gra, a jej skutki są niejednoznaczne w ocenie.

Jak ocenia pan stan większości rządzącej? Ostatnio widzieliśmy bunt „zwykłego” posła Kołakowskiego. Czy Kaczyński panuje jeszcze nad Zjednoczoną Prawicą?

Poseł Kołakowski chyba został spacyfikowany, podobnie jak poseł Ardanowski. Przyznam, że posła Kołakowskiego po raz pierwszy zobaczyłem dwa dni temu i to, że on potrafił hasać przez cały dzień i grozić większości sejmowej, jest jednak unikalne i wprawia w dyskomfort prezesa Kaczyńskiego i utrudnia mu rządzenie. Prezes był przyzwyczajony, że wszyscy się go boją i wypełniają rozkazy bez szemrania, a od wyborów parlamentarnych już wiemy, że tak nie jest i nie chodzi tylko o swawolność Ziobry czy Gowina, ale to są również swawole trzeciorzędnych posłów, co zaczyna być ośmielające. Okazało się, że pan Kołakowski wymusił na prezesie spotkanie i to takie, z którego był zadowolony. To może spowodować w umysłach pozostałych posłów ZP herezje, że może i oni byliby w stanie coś wymusić na prezesie. Oczywiście to byłoby niszczące dla prezesa, bo on całą swoją pozycję budował na strachu i gwałceniu godności ludzi, z którymi współpracował.

Tu nagle okazało się, że wstał Ardanowski, który jak równy z równym dyskutuje przez media, negocjuje i ostatecznie, jak widać, dostaje, czego chce, bo przecież sztandarowy projekt Kaczyńskiego, tzw. piątka dla zwierząt, został wycofany. To na pewno jest czynnik rozwibrowujący od wewnątrz rządy Zjednoczonej (podobno) Prawicy.

A zjednoczonej?

To jest na pewno jakiś przełom w tym, jak postrzegaliśmy ZP, bo na pewno jest tam wiele pęknięć i widzą to zarówno ci, którzy stanowią tę rzekomo Zjednoczoną Prawicę, jak i ci, którzy to obserwują. Zjednoczona Prawica jest coraz bardziej prawicowa, a mniej zjednoczona.