Dezubekizacja na arenie

Każdy przywódca państwa niejako w sposób automatyczny zapisuje się na kartach jego historii. Otrzymuje przy tym do dyspozycji dwie znacznie różniące się możliwości: albo trafi do panteonu zasłużonych, albo do galerii szubrawców.

Rządzący samowładnie Polską od ponad pięciu lat prezes PiS uczynił już na tej drodze bardzo poważne kroki. To jego partia uchwaliła bez wątpienia najbardziej podły i niesprawiedliwy akt „prawny” III RP, jakim jest tzw ustawa dezubekizacyjna. Dotkliwa krzywda, którą wyrządzono w ten sposób dziesiątkom tysięcy Polaków, fałszywie oskarżonych zbiorowo o całe zło poprzedniego ustroju, jest haniebną plamą, jakiej PiS nigdy z siebie nie zmyje.

W środowisku represjonowanych wciąż pojawia się pytanie, dlaczego Prezes postanowił zadać cierpienia tak wielkiej liczbie dosyć dowolnie wskazanych funkcjonariuszy kilku dawnych służb. Odpowiedzi padają różne, ale warto wskazać na pewien szczególny aspekt tego brutalnego zabiegu. Otóż genialny strateg Zjednoczonej Prawicy doszedł do wniosku, że zmasowana propaganda, uprawiana od początku istnienia III RP, w wystarczająco czarnych kolorach odmalowywała poprzednią Polskę, aby nie wykorzystać tego politycznie. Już wcześniej próbowano postawić przed sądami poszczególnych przywódców PRL, m. in. gen Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych, ale okazywało się, że przestrzegające standardów sądy w zasadzie nie bardzo mają za co ich karać i zapadające wyroki były stanowczo zbyt mało widowiskowe. Prezes uznał, że jest mu potrzebny spektakl na dużo większą skalę.

Jako wytrawny polityk skorzystał z wzorców sprawdzonych niegdyś w starożytnym Rzymie, którego władcy doskonale wiedzieli, że aby rządzić, muszą dostarczyć plebsowi jedynie dwóch rzeczy: chleba i igrzysk. Z chlebem sprawa była prosta – wprowadzono 500+ (wypłacane ludowi z podatków, które oczywiście sam lud wcześniej państwu zapłacił) i trzeba było jeszcze wymyślić igrzyska. Tu znów przydała się znajomość historii i rozwiązanie jakie prawie dwa tysiące lat temu zastosował cesarz Neron. On także doszedł do wniosku, że za ogromny pożar Rzymu wypadałoby kogoś ukarać, i że kilka osób stanowczo tu nie wystarczy. Ku uciesze rzymskiej tłuszczy zorganizował więc ogromne igrzyska, gdzie na różne wymyślne sposoby, krzyżując, paląc żywcem i rzucając lwom na pożarcie, uśmiercono na arenach kilka tysięcy chrześcijan (których wcześniej cesarska czarna propaganda nazwała „wrogami życia” i wskazała jako podpalaczy).

Prezes ocenił, że polskie społeczeństwo w swej masie niczym nie różni się od rzymskiego plebsu i zastosował dokładnie ten sam mechanizm. Przyjął, że ok. pięćdziesiąt tysięcy niewinnych ludzi złożonych w ofierze będzie odpowiednią liczbą i tylu kazał przygotować swym gorliwym sługom. Widowisko rozpoczęto 16 grudnia 2016 r., w Sali Kolumnowej Sejmu, od jawnego zademonstrowania publiczności absolutnej pogardy dla jakichkolwiek cywilizowanych norm prawnych i parlamentarnych. Trudno było jednak urządzić spektakl aż tak krwawy jak w czasach Nerona, więc zdecydowano, iż sadystyczne zadowolenie osiągnie się dzięki długotrwałości cierpień skazańców. Pewnym niebezpieczeństwem było, że mogli oni próbować znaleźć sprawiedliwość w niezależnych sądach, więc zagrożenie takie usunięto przy pomocy pretorian z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Trybunału Konstytucyjnego, z panią prezes Przyłębską na czele. Zastosowany przez nich rozległy repertuar brudnych chwytów i kruczków prawnych spowodował, że ogromna większość z kilkudziesięciu tysięcy ofiar od prawie czterech lat wciąż bezskutecznie czeka na odbycie się rozpraw i uzyskanie jakichkolwiek wyroków. Dzięki temu organizatorzy igrzysk osiągnęli efekty, które z pewnością spełniają ich oczekiwania – zrozpaczeni, niewinnie szykanowani starzy ludzie popełniają samobójstwa (co najmniej 60 takich tragedii) i umierają w przyspieszonym tempie, zabici stresem i nędzą w jaką ich wpędzono (tak odeszło już ponad 1500 represjonowanych).

Ostatnio spektakl trochę zaczyna kuleć, bowiem nie wszystkie osoby ze środowiska polskich sędziów i prawników chcą uczestniczyć w tym haniebnym widowisku. Pojawiły się odważne orzeczenia, że odpowiedzialność zbiorowa jest w sposób oczywisty bezprawna, że karać można tylko za indywidualne czyny, że prawo nie może działać wstecz, że stosowanie zemsty politycznej jest zakazane, że istnieje domniemanie niewinności itp. Także część dziennikarzy i publicystów w końcu zorientowała się w poziomie moralnym i prawnym twórców dezubekizacji i zaczyna bardziej uczciwie pisać o skali uczynionej podłości. Nawet wśród zwykłych obywateli polskich, którzy początkowo, tak samo jak rzymski plebs, cieszyli się i radośnie oklaskiwali cierpienia bezbronnych skazańców, dzisiaj skala poparcia dla dezubekizacji zaczyna powoli opadać.

Szczególne kłopoty bezpośrednim realizatorom igrzysk, czyli pseudo prawnikom z Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA oraz pseudo historykom z IPN, sprawiło orzeczenie Sądu Najwyższego o konieczności wykazywania jakich to konkretnie przestępczych czynów dopuścili się poszczególni represjonowani w czasach swej służby w PRL. Wobec posiadania niezwykle mizernych materiałów na ten temat zdesperowani propagandziści PiS wymyślili, iż czynem takim jest fakt, że wielu z nich było członkami rządzącej tamtą Polską partii PZPR. Obecnie argument ten pojawia się nie tylko w sądach, ale nawet w decyzjach administracyjnych MSWiA. Szokujące uznanie, że dowodem przestępstwa jest przynależność partyjna, może mieć ciekawe konsekwencje polityczne. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. na PiS głosowały przede wszystkim osoby z wykształceniem podstawowym i zawodowym, mieszkańcy wsi oraz ludzie zaawansowani wiekowo. W szczytowym okresie gierkowskim (lata siedemdziesiąte XX wieku) do PZPR należało ponad 3,5 miliona dorosłych Polaków i nie należy się dziwić, że to z nich w dużej części wywodzi się dzisiejszy podstarzały elektorat Zjednoczonej Prawicy – dla wielu z nich partia PiS ze swym populizmem, otwartą wrogością do wszelkich elit, prymatem państwa i despotycznym wodzem, musi wprost kojarzyć się z komunistyczną młodością. Mogą teraz być bardzo zdziwieni, że ta partia zaliczyła ich właśnie do kategorii przestępców, którym należy zabrać emerytury i renty.

Oczywiście PiS stara się także innymi sposobami podtrzymać ochotę polskiego plebsu w kibicowaniu trwającym igrzyskom. Zatrudnieni prawicowi hejterzy na różnych stronach mediów społecznościowych stale zamieszczają stosowne komentarze, z których ostatnio wybija się zjadliwy tekst, że „emerytury i renty dezubekizowanym powinna wypłacać Moskwa”. Hejt jak hejt, zwykłe łgarstwo, ale autorom warto odpowiedzieć, że w takim razie za lata służby po 1990 r, a nadal pracowała wówczas ogromna większość represjonowanych, świadczenia powinien wypłacać Waszyngton, i to w dolarach.

Zacząłem od nawiązania do aspektów historycznych, więc chciałbym ten wątek dokończyć. Zwłaszcza, że historia lubi się powtarzać. Otóż kilka lat po zorganizowaniu przez Nerona wspaniałych igrzysk z udziałem chrześcijan okazało się, że lud rzymski nadal pragnie widowiska, lecz teraz najchętniej zobaczyłby na arenie samego cesarza. Ucieczka się nie udała i jedynym sensownym wyjściem okazało się popełnienie samobójstwa – sam Neron trochę się przed tym wzbraniał, więc ostateczny cios zadał mu z litości jeden z jego niewolników.

Afera Obajtka może być dla PiS zabójcza

Sprawa Obajtka z punktu widzenia PiS-u jest bardzo groźna. Teraz mamy pandemię, kłopoty gospodarcze, rząd nie radzi sobie w wielu kwestiach. Sądzę, że tym razem to rzeczywiście może być ten element, który zmieni masę krytyczną. Na miejscu liderów PiS-u bardzo poważnie bym się zastanawiał, jak z tego wybrnąć, bo to może okazać się dla PiS-u zabójcze – mówi Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Trzy tygodnie minęły od pierwszych publikacji nt. szefa Orlenu, media donoszą już o dziesiątkach nieruchomości, ogromnych rabatach na zakup mieszkania, przepisywaniu majątku na innych członków rodziny. Prokuratora nie widzi ciągle powodu do wszczęcia śledztwa. Nie dziwi to pana?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Kompletnie mnie to nie dziwi, bo tak długo jak pan Obajtek będzie miał nad sobą parasol prezesa Kaczyńskiego, to poza mediami nikt mu krzywdy nie zrobi. Tylko że media też mają swoją siłę i sądzę, że do prezesa Kaczyńskiego także dociera coraz bardziej świadomość, że wizerunkowo sprawa Obajtka ciągnąca się miesiącami, dotycząca spraw drażliwych, jak majątek, mieszkania, domy, działa bardzo niekorzystnie.

Polska jest krajem, gdzie ludzie są pod tym względem bardzo uczuleni na to, żeby nie powiedzieć, że momentami zazdrośni. Te straty wizerunkowe mogą doprowadzić do tego, że któregoś dnia ten parasol zostanie zamknięty. Wtedy będziemy mieli zupełnie nową sytuację. Ale tak długo, jak Kaczyński będzie chronić obajtka, tak długo prokuratura ani nikt inny nie będzie podejmował żadnych działań.

Czy to nie jest samobójcza akcja Kaczyńskiego? Sporo tych niedomówień wokół Obajtka się zrobiło, a nie wiadomo, co jeszcze czeka w zanadrzu.

Tego już jest sporo, to prawda, i sądzę, że nawet w kręgach PiS-u zaczyna się niepokój i zniecierpliwienie, że coś z tym należałoby zrobić, natomiast PiS to partia silnie scentralizowana i tak długo, jak nie przekonają o tym prezesa, tak długo będziemy mieć sytuację taką, jak teraz. Co chwila nowa informacja nt. Obajtka, która okazuje się sensacją, i zero reakcji. Obajtek jest prezesem Orlenu, nie ma żadnych działań przeciwko niemu.

Już drugi raz giną dowody z prokuratury krakowskiej, wcześniej to była płyta dotycząca przejazdu premier Szydło przez Oświęcim, kiedy kolumna rządowa miała wypadek. Teraz także przy sprawie Obajtka. Niesamowity zbieg okoliczności czy celowe działanie?

Oczywiście, że celowe działanie, ale tylko potwierdzające to, o czym już wiemy, że prokuratura jest upolityczniona, że dysponentem prokuratury jest lider partii i członek koalicji rządowej Zbigniew Ziobro. Przyznajmy, że ginące dowody to dość prymitywne metody, ale tak długo, jak będzie można tak chronić swoich, to będzie się działo.

Jak długo wyborcy będą przymykać na to oko?

Mam nadzieje, że nie długo, bo trzeba przyznać, że sprawa Obajtka z punktu widzenia PiS-u jest bardzo groźna. Sprawa pani Szydło była zdecydowanie mniej. Teraz mamy pandemię, kłopoty gospodarcze, rząd nie radzi sobie w wielu kwestiach. Sądzę, że tym razem to rzeczywiście może być ten element, który zmieni masę krytyczną. Na miejscu liderów PiS-u bardzo poważnie bym się zastanawiał, jak z tego wybrnąć, bo to może okazać się dla PiS-u zabójcze.

To koniec spektakularnej kariery Daniela Obajtka od wójta Pcimia do fotela prezesa jednej z największych firm europejskich w zaledwie kilka lat?

W demokratycznym kraju ani taka kariera nie byłaby możliwa, a to, co się dzieje teraz, na pewno by tę karierę zakończyło. Jednocześnie uważam, że nawet w kraju niedemokratycznym czy w kraju pisowskim to zaszło za daleko. Sądzę, że to koniec kariery pana Obajtka.

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski mówi „pan Obajtek dobrze kieruje Orlenem i cieszy się zaufaniem właścicieli”. Jak pan to skomentuje?

Rozumiem, że także dla Pałacu Prezydenckiego i dla prezydenta osoba Obajtka prawdopodobnie jest bliska ze względu na wsparcia, których na pewno udzielał w kampanii, czy na różnego rodzaju akcje. Czym innym są działania korporacji, czym innym zarzuty wobec prezesa Obajtka. To też dwie różne sprawy, bo oczywiście korporacja działa, byłoby nieźle, gdybyśmy jeszcze mieli niższe ceny benzyny, bo pamiętajmy, że zyski Orlenu wynikają z cen benzyny czy w ogóle paliw. W każdym demokratycznym kraju jego nadzwyczajna kariera polityczna czy biznesowa by się skończyła.

20 marca PiS ma hucznie przedstawić długo zapowiadany tzw. nowy ład, czyli program PiS-u na wyjście z kryzysu gospodarczego po pandemii. Czy to przykryje kłopoty szefa Orlenu i kłopoty PiS-u z pandemią, wysoką liczbą zgonów? Do tej pory taki manewr dobrze rządzącym wychodził…

Nie sądzę. Oczywiście media publiczne nadadzą temu odpowiedni wymiar i kilka dni będą o tym trąbić, ale pamiętajmy, że okoliczności są wyjątkowo trudne.

Mamy i pandemię, i prawdopodobnie recesję gospodarczą, a tu słowa mało pomogą. Po drugie przez te 5 lat pis przyzwyczaił nas do tego, że wiele rzeczy obiecuje, ale różnie z realizacją tych obietnic bywa.
Być może w stosunku do tego żelaznego elektoratu to będzie dodatkowa argumentacja, ale wahających się to niekoniecznie przekona. Nie wierzę w jakąś wielką moc ogłoszenia tego programu.

Opozycja zapowiada, że nie pomoże PiS-owi w ratyfikowaniu Funduszu Odbudowy, jeżeli będzie on w obecnym kształcie, bez konkretów, lakoniczny, przygotowywany bez konsultacji, z ominięciem samorządów. Co powinna zrobić opozycja? Czy realny jest pana zdaniem scenariusz, że opozycja nie poprze Funduszu Odbudowy?

Na pewno nie można głosować przeciwko temu planowi, bo to jest bardzo potrzebne polskiej gospodarce, ale i całej Europie. Siły proeuropejskie nie mogą najpierw cieszyć się, że Polska nie zawetowała tego planu na szczycie UE, a teraz być przeciwko. Natomiast póki jeszcze jest możliwość domagania się warunków wydawania tych pieniędzy, to warto to robić. Ważne jest, aby te fundusze były transparentnie i sprawiedliwie wydawane, a ten klimat, który jest wokół Obajtka, jeszcze bardziej opinię publiczną będzie przekonywał, że tych pieniędzy nie można zostawić PIS-owi.

Pewne czytelne elementy kontroli są tu potrzebne. Trzeba rozmawiać, jeżeli nic z tych rozmów nie wyjdzie, to trzeba korzystać ze wszystkich możliwości kontrolowania, ale jednak plan należy poprzeć.

Czy Rzeszów, gdzie opozycja wystawiła wspólnie jednego kandydata, to dobry prognostyk na wybory parlamentarne?

Czy to prognostyk, to byłbym ostrożny, na pewno to jest dobra wiadomość. Pokazanie umiejętności wspólnego działania, stawianie na wspólnych kandydatów, budowanie wspólnego programu uwiarygadnia opozycję. To jest potrzebne i mam nadzieję, że się uda. Rzeszów to nie jest łatwy teren, a głos ustępującego prezydenta, którego bardzo zresztą cenię, też ma pewne znaczenie, i to na pewno opozycji nie pomoże. Kandydat opozycji jest od wielu lat związany z Rzeszowem i jego strukturami, zna sprawy miasta, jest też odpowiednio młody, zatem ma energię, jest dynamiczny; to wszystko dobrze wróży, ale zobaczymy.

Nowy nie-Ład

Premier z naczelnikiem, zwanym przez maluczkich wicepremierem, zainaugurowali w sobotę start Nowego Ładu, wielkiego rządowo-partyjnego programu obliczonego co najmniej na dekadę, który ma pomóc Polsce i Polakom wydźwignąć się z kryzysu. Na razie obydwaj panowie jedynie powiedzieli, że mają coś takiego w planach, a co jest w środku, pokażą za tydzień, 20 marca. Konstanty Radziwiłł poleruje tymczasem swoje rodowe srebra i odlicza dni, kiedy znowu będzie mógł smagać chłopa batem. Kto wie, może jego zbolała, szlachecka dusza uraduje się szybciej, niż mu się wydaje.

Brat Konstantego, Maciej, wdał się niedawno w polemikę z tekstem Szczepana Twardocha. Łaskaw się był jaśniepan nie zgodzić z tezą, że pańszczyzna była dla chłopa czymś z gruntu złym, bo trzeba patrzeć na wszystko przez pryzmat czasu i miejsca. Innymi słowy, nic lepszego chłop pańszczyźniany nie mógł wtedy od pana dostać, prócz pańszczyzny, bo tak Bóg i historia urządziły świat i postawiły ludzi w tych, a nie innych miejscach. Tyle, z grubsza, odnośnie rozumowania Macieja Radziwiłła. Ten sam Maciej Radziwiłł mieszka dziś nie w pałacu, a na przeciwko mojego kolegi, w Warszawie. Kiedy podtopiło mu piwnicę jesienią, jął wypompowywać wodę wprost do garaży wspólnoty mieszkaniowej, okupującej pobliskie czworaki, znaczy się blok mieszkalny. Gdy ktoś z sąsiadów kolegi zwrócił mu uwagę, że to co robi jest ciut nie na miejscu, pan hrabia odparł: „A co? Ja mam mieć zalane?”. Dopiero gdy chłopstwo zagroziło policją, jaśniepan zaniechał procederu. To tak apropos tych rycerskich cnót, o których się Radziwiłł rozpisuje. Być może rozsierdziło Macieja Radziwiłła to traumatyczne dzieciństwo, w którym, jak wspomina, rodzice nie pozwalali mu okazywać, że jest lepszy od innych. To rzeczywiście, może być piętno, z którym kroczyć przez życie jest ciężko, ale co ja, prosty kmieć, podobnie jak Twardoch, możemy o tym wiedzieć…
O Nowy Ładzie PiS-u podobno już coś wiadomo. Ma on się składać z dziesięciu punktów programowych, od zielonej energii po pomoc staruszkom. Prócz tego, można gdzieniegdzie doczytać, że pieniądze na swoją politykę, PiS chce wyciągnąć od tych, od których wyciąga je od lat, znaczy się od klasy średniej, która dziś jest już cieniem samej siebie. Od tych wszystkich, którzy mają więcej niż 4 tysiące na miesiąc. Pauperyzacja społeczeństwa postępuje z roku na rok, bo tylko tak Kaczyński może utrzymać władzę, która jest dla niego celem samym w sobie; poprzez karmieniem biednych pieniędzmi ciut bogatszych. Finałem tej degustacji będzie, moim zdaniem, ale nie tylko moim, klasyczna, gomułkowska urawniłowka, gdzie wszyscy będą mieli po troszku, znaczy się niewiele.

Biedny dostanie z górki tego, który jest ciut bogatszy, dzięki temu każdy będzie byle jaki. Ma to oczywiście dla PiS-u głębszy sens. Bogaty, tzn. ten co ma więcej niż 4 tysiące na miesiąc, ale mniej niż 40, i tak nie jest PiS-em zainteresowany, ani PiS nie chce przekonywać jego do swojej polityki, ponieważ obie strony doskonale wiedzą, że ich potrzeby i wizje świata są zupełnie rozbieżne; to co dla PiS-u jest sufitem, dla klasy średniej jest podłogą. Jak się zatem zabierze średniakom do granicy przeżywalności, ci nadal będę PiS je..ć, podobnie jak robią to dziś, tylko że trochę mocniej. Jak ich nie kijem, to pałką, PiS jest w tym klinczu ciągle w pozycji win-win. Biedota za to PiS bardzo ceni, bo ten nie ciągnie jej za uszy do góry; nie daje jej zachęt do podjęcia pracy, czy zwiększania swoich kompetencji, tylko najnormalniej w świecie, ładuje w kieszenie kasę za darmo, tak jak drzewiej bywało. Ma więc za co biedniejsza część Polski, znaczy się większość, PiS kochać, bo dobry jest pan i łaskawy, kiedy nie sieje, nie orze, a kosi. Gdy więc Pan sypnie groszem jeszcze bardziej, kochać się go będzie jeszcze mocniej. To wszystko dziecinnie proste, wystarczy tylko opakować towar w jakieś mądre słówka, i sprzedać jako Nowy Ład, a potem zakasać rękawy i patrzeć, jak zboże i słupki wyborcze same PiS-owi rosną a diabeł kołysze mu dzieci poczęte; małe, duże, z wodogłowiem i bez. Będziemy mieli wtedy system bliźniaczo zbliżony do putinowskiej Rosji. Bogaci będą ci, którzy są już dziś bardzo bogaci, bo oni zawsze znajdą sposób, jak swój majątek przed PiS-em uchronić. Wytransferują go np. na Barbados i tyle ich widzieli. Drugą grupę będą stanowić nuworysze; koncesjonowani biznesmeni, napasieni na państwowych kontraktach i rządowych spółkach, coś a’la Obajtek dzisiaj, tylko na mniejszą skalę. Trzecią wreszcie stworzą sami politycy rządzącej partii, którzy już bez krępacji, będą na potęgę uprawiać nepotyzm i blatować się z biznesem. W środku tego obrazka będzie miszmasz biedoty z dawną klasa średnią, którzy będą mieć mniej więcej tyle samo. Poza ramy przebić się będzie bardzo ciężko. Łatwo za to będzie szybko trafić do środka, jeśli się podpadnie nie tym co trzeba. Majątek się znacjonalizuje, delikwenta wsadzi do karnej kolonii. Wypisz wymaluj Rosja tu i teraz. Żeby dobrze takim latyfundium zarządzać, trzeba też władzę na czymś zasadzić. Dobrze do tego nadaje się religia, która, jak za Salazara w Portugalii, w sekundę odnajdzie się idealnie w Nowym Ładzie, oraz pożeniona z nią niebieską krwią, dawna szlachta, dziś poupychana w Radach Fundacji Czartoryskich, Rotary Clubach itd. I wszystko zaczyna się pięknie zazębiać i na nowo układać, aby trwały ze sobą przez wieki, te trzy wielkie dary: złoto, mirra i dolary!

Daniel „totalna klęska”

– Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie – mówi dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy Daniel „Napoleon” Obajtek dotarł właśnie do swojego Waterloo, czy jak zwykle sprawa taśm PiS-owskich działaczy rozejdzie się po kościach?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Tu sprawa wygląda na bardziej skomplikowaną. Trzeba powiedzieć, że pan Obajtek był znaczącym delfinem na PiS-owskim morzu i lada chwila miał wypłynąć na morza i oceany świata. Może się okazać, że jednak delfiny nie są w stanie pływać w ropie, bo jest to dla nich szkodliwe.

Mówiąc serio, to byłbym zdziwiony, gdyby sprawa taśm pana Obajtka rozeszła się po kościach. Skala tego jest tak duża, nawet jak na PiS, a jesteśmy uwarunkowani na śledzenie różnych nagrań, przecieków, obecna koalicja wygrała na tym przecież wybory. Jednak to, co było na taśmach Sowy, to mały pikuś w stosunku do tego, co tu słychać. Te taśmy są słusznie porównywane do propozycji korupcyjnych pana z SLD z Łodzi, który zamawiał firanki do mercedesa.

Tutaj przyszły premier Obajtek pokazuje, że po pierwsze jego moralność jest pod sporym znakiem zapytania, przejrzystość jego działań jest mocno wątpliwa, też przymioty osobiste tytułują pana Obajtka raczej daleko od ludzi kulturalnych.

Co może zrobić największe wrażenie na wyborcach PiS-u? To, że tak siarczyście przeklinał, że skłamał w sądzie, czy to, że chciał wykończyć firmę wuja?

To jest pytanie za 10 punktów, podobnie jak to, czy PiS-owscy wyborcy w ogóle się o tym dowiedzą.

Na pewno klienci Orlenu nie, bo na stacjach nie można kupić „Gazety Wyborczej”.

Nie oszukujmy się, żyjemy w kraju półcenzuralnym, gdzie jeden ciąg informacyjny kompletnie nie dopuszcza do pewnego typu wiadomości i gdzie grupa ludzi jest kompletnie wyłączona z prawdziwych informacji. Okazało się, że te delikatne przekleństwa u Sowy nie były jakoś strasznie nie do przyjęcia dla ludzi, chociaż pan Marek Belka, prezes NBP, nie powinien nawet prywatnie tak mówić.

Zatem kim jest prezes największej spółki, która przejmuje właśnie media i miał być następcą Mateusza Morawieckiego, a być może nawet prezesa Kaczyńskiego?

Jeżeli to dotrze do wyborców, to może sprawić pewien myślowy kłopot. Być może wiele osób z ludu PiS-owskiego, kiedy się dowie czy dosłucha tego, co mówił pan prezes Obajtek, może być oburzonych tym, jak postępuje z własnym wujem. Nie dość, że go mocno miesza z błotem, przyznam, że dawno nie słyszałem tak obelżywych określeń – to też dużo mówi o relacjach rodzinnych pana Obajtka – to jeszcze chciał wykończyć własnego wuja i to w sposób nieczysty. Niestety na samym końcu jest to, że skłamał, że nie był powiązany ze spółką, kiedy był samorządowcem.

Jak widać, w Polsce odporność na łamanie prawa jest dość duża i PiS przyzwyczaił już nie tylko lub PiS-owski, ale i „żabę polską”, że jest ugotowana.

Jak ocenia pan strategię obrony?

Na razie obrona jest bardzo kiepska. To przedziwne, że nagrania pochodzą z 2009 roku, podobno trafiły do prokuratury w 2016…

…a w 2017 prokuratura Ziobry umorzyła postępowanie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo to, o czym rozmawiamy i wszyscy od rana tłuką, to są emocje. A w tle jest gra na zimno, stawiam, że Zbigniewa Ziobry, który doszedł do wniosku, że dość już lansowania pana Obajtka i trzeba to ukrócić; dlatego pojawiły się taśmy.

Pana zdaniem to z obozu Zjednoczonej Prawicy wyszły taśmy?

Absolutnie tak. Jeżeli coś wpada do prokuratury i pan Święczkowski albo Ziobro tego nie chcą, to przepada na wieki. Oczywiście można opowiadać bajki, że nie wiadomo, co, kto i gdzie, ale gdyby miały nie wyciec, to tak by się stało.

Przypomnijmy, że Zjednoczona Prawica akurat ma doskonale opanowany ten element marketingu, oczywiście mówię to ironiczne – czyli zabijanie przeciwników taśmą. Podejrzewam, że jutro wszystkie prawicowe tygodniki, gazety i portale będą krytykować pana Obajtka, jak można tak postępować i posługiwać się takim językiem. Niestety, to tragiczne dla nas wszystkich, bo menedżer namaszczony przez króla Polski Jarosława okazał się dyskusyjny pod względem moralnym i wizerunkowym. Skoro ten jest tym najlepszym, tym najbardziej skutecznym, to jaki jest ten średni? Daniel „wszystko mogę” Obajtek przeistoczył się w Daniel „totalna klęska” Obajtek.
Moim zdaniem to jest nie do obrony, choć nie takie obrony już się widywało. Pytanie, co jest jeszcze, bo na razie ten atak był bezpardonowy.
Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu PAP, w którym dyskredytuje „GW”, a to oznacza, że wiedział, że czeka go bomba. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest zdziecinniały; musiał wiedzieć, że ta sprawa nie rozejdzie się po kościach. Oczywiście możliwy jest też scenariusz, że ktoś niezależny, kto ostał się w prokuraturze, zabrał do domu taśmy Obajtka i z własnej „szafy Lesiaka” wyciągnął właśnie teraz taśmy. Ciekawe będzie teraz, na kogo postawi reszta prawicowych mediów: czy na Ziobrę, czy na Kaczyńskiego.

Co powinno się teraz stać z prezesem Orlenu?

W takiej sytuacji pan prezes Obajtek powinien być natychmiast zdymisjonowany z zarządzania koncernem Orlen, a po drugie powinna się temu przyjrzeć prokuratura i CBA.

Na pewno taka osoba nie powinna zarządzać największym koncernem tej części Europy.

Zobaczymy, na co zdecyduje się prezes Kaczyński. Pamiętajmy, że podziały w Zjednoczonej Prawicy idą dwutorowo.

Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie. Tego nie da się już rozbroić, można tylko zdetonować na poligonie w kordonie sanitarnym albo on wybuchnie w kuchni i pourywa wszystkim w pobliżu nogi i ręce.

Ale trzeba przyznać, że do tej pory Daniel Obajek miał bardzo dobrą strategię i świetny PR.

Kariera Obajtka przypomina na swój sposób karierę Nikodema Dyzmy. Tylko to kolejny Dyzma już w następnym pokoleniu…

Wróćmy do wywiadu prezesa dla PAP. Co można z niego wyczytać?

Ten wywiad ma wszelkie znamiona uderzenia wyprzedzającego – jest skierowany ewidentnie do członków Zjednoczonej Prawicy wszelkiej maści i jasno wynika z niego, że prezes boi się i jest trochę pod ścianą, bo wszystko zaczyna mu się walić.

Mocny człowiek nie idzie do mediów i nie skarży się. Prezes nawet wraca do czasów opozycji, która „nic nie robiła”. To trochę żenujące, bo PiS rządzi od 6 lat i wyciąganie tego kotleta z bułki jest bez sensu, bo to już inny kotlet, inna bułka i inna restauracja.

Prezes najprawdopodobniej traci kontrolę nad tym, co się dzieje, i próbuje teraz groźbą zapanować nad swoimi wyznawcami na zasadzie „ten, kto głosuje przeciwko nam, głosuje przeciwko Polsce”.

„Każdy, kto rozbija Zjednoczoną Prawicę, działa przeciwko Polsce” – mówi prezes. To groźba kierowana do koalicjantów?

To wielkie słowa, natomiast szef partii czy całego ugrupowania prawicy Kaczyński nie musi udzielać takich wywiadów, aby uratować Daniela „wszystko mogę” Obajtka. Zaczyna się zatem coś dziać i być może okaże się, że Jarosław „niewiele już mogę” Kaczyński nie uratuje pana Obajtka.

A niech się zagryzą

Okazuje się, że nie tylko Prawo i Sprawiedliwość ma nazwę przeciwstawną wobec samej siebie. Za przykładem tej partii ostatnio poszło także Porozumienie.

Podobno ten twór nadal nosi nazwę Porozumienie Jarosława Gowina choć do porozumiewania się z nim w ramach własnego ugrupowania jest coraz mniej chętnych. Zaczęło się od Adama Bielana, który domagał się ustąpienia Gowina po upływie statutowej kadencji. I został za to usunięty z partii. Szewc Fabisiak zwraca w uwagę na to, że prekursorem tej procedury był niejaki Alieksiej Nawalnyj, który przed laty również wnioskował o usunięcie szefa partii Jabłoko, do której wówczas należał, i też został z partii wysiudany. I na tym kończą się rosyjsko-polskie analogie. Bielan ani nie będzie w stanie zwoływać masowych demonstracji ani też nikt nie będzie go truł ani wsadzał do więzienia. Co najwyżej załapie się na jakieś państwowe stanowisko gdyby PiS znowu wygrało wybory.

W tym momencie pojawia się pytanie dlaczego akurat teraz wywołano w Porozumieniu tę wewnętrzną wojenkę choć o tym, że Gowin nie zwołuje partyjnego kongresu wiadomo było od ponad dwóch lat. I w tym wypadku nie chodzi o spóźniony refleks będący odzwierciedleniem umysłowej ociężałości niektórych polityków, lecz o podskórne rozgrywki w ramach walki o władzę czy też jej utrzymanie. Niemal wszyscy komentatorzy są zgodni co do tego, że kryzys wewnątrz Porozumienia wywołał Jarosław Kaczyński rękami Adama Bielana i spółki. Jaki miał w tym cel? Szewc Fabisiak domniemywa, iż chce ujaić Gowina i przez to wzmocnić kontrolę nad Porozumieniem. A że przy okazji ośmieszył tę partię? W końcu lepszy ośmieszony sojusznik niż żaden. I nawet taki sprzymierzeniec jest cenny tylko po to by zachować sejmową większość. Natomiast sam Gowin staje się coraz bardziej samodzielny idąc w tej konkurencji na wyścigi ze Zbigniewem Ziobrą. I przez to staje się niewygodny dla przywódcy prawicy, która nominalne wciąż jest zjednoczona.

Aby choćby w niewielkim stopniu zrozumieć to co się dzieje wewnątrz partyjki Po Rozumie Nie należałoby się cofnąć do genezy jej powstania – proponuje szewc Fabisiak. Jarosław Gowin po opuszczeniu rządu Platformy musiał sobie znaleźć takie miejsce na scenie politycznej, które zapewniłoby mu nie tylko wybór na posła, lecz także lukratywne stanowisko rządowe. Samo ubieganie się o przyzwoite miejsce na liście wyborczej PiS mogłoby być mało skuteczne. Dlatego też musiał utworzyć nową strukturę, która też byłaby na rękę Kaczyńskiemu dążącego o zdobycia takiej liczby głosów, która dawałaby szansę uzyskania większości mandatów. Dlatego przeprosił się z Ziobrą, który tak jak Gowin również stworzył swoje własne ugrupowanie, a także przygarnął pod swoje skrzydła Gowina przy okazji triumfalnie ogłaszając wiekopomne zjednoczenie prawicy pod jego, Kaczyńskiego sztandarem. Gowin poszedł na ten układ nawet za cenę instrumentalnego wykorzystania jego osoby jako rzekomego przyszłego ministra obrony. Do jego struktury chyżo przymknęli ci dla których start w wyborach z ramienia niby samodzielnego podmiotu stwarzał szansę na załapanie się do Sejmu tudzież na rządowe synekury. Tymczasem misja Bielana wykazała całą miałkość tego ugrupowania. Przy okazji można też było się dowiedzieć ile osób liczy sobie partyjny aktyw. Ujawnił to usunięty z partii jeszcze minister Michał Cieślak mówiąc w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że Gowin w furii usiłował wyciąć z partii ponad 15 osób, co ma stanowić połowę jej politycznego aktywu. Wynikałoby stąd, że ów polityczny aktyw liczy sobie niewiele ponad trzydziestkę, co raczej nie plasuje tej partii w krajowej czołówce politycznej. Tym nie mniej rozgryweczki w ramach tej struktury stały się tematem poważnych debat publicznych. Szewc Fabisiak obserwuje cały ten cyrk z lewicową satysfakcją. A niech się gryzą aż się w końcu zagryzą. Dla dobra Polski.

Stanowisko Prezydium Rady Naczelnej PPS w sprawie wyboru Rzecznika Praw Obywatelskich

PPS z zaniepokojeniem obserwuje proces wyłaniania kandydata na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich.

W pierwszej fazie obóz rządzący nie był w stanie wyłonić swojego, niezależnego od partyjnych układów, kandydata a jedynie skupiał się na zablokowaniu bardzo dobrej kandydatury pani Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz popieranej przez organizacje pozarządowe. Obecnie proponuje kandydaturę dr hab. Piotra Wawrzyka, wiceministra spraw zagranicznych, posła na Sejm z nominacji PiS. Kandydatura tato zaprzeczenie roli jaką pełni RPO. Rzecznik musi służyć wszystkim obywatelom i wykazywać się doświadczeniem w obronie praw obywatelskich. To on ma być dla nas, obywateli, instancją, która będzie bronić naszych praw przed zakusami różnych władz, i tych rządowych i tych lokalnych tak, aby ich działanie nie mogło nas skrzywdzić.

Apelujemy poparcia takiej kandydatury przez większość Senatu oraz Sejmu, do parlamentarzystów, do posłów i senatorów o odrzucenie kandydatury która spowoduje, że RPO stanie się „rzecznikiem rządu”. Nie zgadzamy się na to, aby stanowisko RPO zawisło w charakterze kolejnego trofeum w gabinecie pana prezesa Kaczyńskiego.

Głęboko wierzymy w to, że lewica w konsensusie z innymi partiami wykreuje kandydaturę apolityczną, która będzie reprezentować bezstronność oraz poszanowanie naszych praw człowieka i obywatela, opartych o humanizm. Taką osobę, która w naszym imieniu będzie bronić naszego prawa.

Idą ciężkie dekady

– Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, socjolog i politolog, dyrektor Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Ludwik Dorn uważa, że teraz jest „najmniej zły” czas na opublikowanie tzw. wyroku, bo wiosną rząd będzie się tłumaczył z kryzysu i pandemii, opozycja przekonuje, że publikacja miała przykryć klapę narodowego programu szczepień, rząd przekonuje, że TK jest niezależny. A pan gdzie widzi przyczynę publikacji orzeczenia TK Przyłębskiej w sprawie aborcji?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: Od procedury całkowicie abstrahować nie można, choć ci, którzy twierdzą, że wszystko szło swoim trybem, zdają się nie zauważać, że wniosek wpłynął w 2017 roku, rozpatrzony został pod koniec 2020, a opublikowany dopiero w 2021.

Rozumiem, że takie sprawy nie mogą dziać się z dnia na dzień, ale trudno jednak obronić tezę, że duża polityka nie miała wpływu na czas, tym bardziej, że to orzeczenie ma bardzo polityczny wymiar i liczni aktorzy próbują go wykorzystywać do swojej gry.

Jarosław Kaczyński decydował?

Stawiałbym, że tak. Biorąc pod uwagę wcześniejsze instrumentalne wykorzystywanie agend państwowych i instytucji państwa, trudno mi uwierzyć, że akurat w tym nie maczał palców. Byłoby to zresztą niezgodne z jego modus operandi. Nie wiem natomiast, co próbował osiągnąć; niektórzy twierdzą, że to wielopiętrowa intryga, aby powrócić do status quo.
Reklama

Na pewno jest to temat bardzo polaryzujący, który podgrzał atmosferę. W tej sprawie trudno o kompromis, bo mamy do czynienia z dobrem niepodzielnym. Przykłady z innych krajów pokazują, że w tej kwestii kompromis jest ciężko wypracować.

Eskalacja tego konfliktu obciąża bezdyskusyjnie ekipę rządzącą, bo większość prawników była przekonana, że wobec brzmienia naszej konstytucji, a także linii orzeczniczej od lat 90. przepisy były w tej kwestii jednoznaczne.

Jednym ze skutków orzeczenia jest skłócenie opozycji, bo każda z partii ma inny pomysł, jak rozwiązać kwestię aborcji. To nie wróży dobrze opozycji.
Tu nie sposób pominąć opinii Polek i Polaków, bo tu także mamy do czynienia ze sporą polaryzacją. Wiele zależy od tego, jakiej metodologii się używa i jakie pytania się zadaje, ale wiadomo, że grupy przeciwników, jak i zwolenników aborcji są wielomilionowe. Część chce mocnej liberalizacji, część cieszy się z orzeczenia, inni chcą powrotu do kompromisu. Orzeczenie ma wyraz bardziej symboliczny, bo wiadomo, że w krajach, gdzie jest zakaz aborcji, istnieje podziemie. Zachowania samych polityków rządzącej większości wskazują, że orzeczenie jest bardziej symboliczne, a jego skutki mają być łagodzone ustawą. Dostrzegam też komunikaty rozmiękczające, w tym samo uzasadnienie TK, w którym wprost czytamy, że kobieta nie może być pociągnięta do odpowiedzialności karnej.

Politycy powinni zrozumieć, że zapominanie o tym, co się dzieje na poziomie społecznym, nie jest rozsądne.

Tym bardziej, że głównie zmobilizowana jest grupa pro-choice, która jest dość liczna. Jeżeli te emocje będą podsycane przez polityków, to nie wróży nam to jako wspólnocie dobrze. O porozumienie, rozejm czy kompromis będzie teraz bardzo trudno przy tak rozbudzonych emocjach. To, co się dzieje na ulicach od października, zostanie z nami na dłużej.

70 proc. negatywnie ocenia orzeczenie TK Przyłębskiej. Jednocześnie znaczna większość z nas uważa się za katolików i wyznawców konserwatywnych wartości. To jacy jesteśmy naprawdę?

Przede wszystkim trudno zestawiać ze sobą takie wyniki, bo badani inaczej odpowiadają na pytanie o aborcję ogólnie, a inaczej, gdy np. aborcja dotyczyłaby bliskiej osoby. Co do zasady, na poziomie deklaratywnym jesteśmy pewnie bardziej konserwatywni, niż na poziomie behawioralnym. Wiemy, że Polki wykonują dużo więcej aborcji, niż mówią oficjalne dane. A to, że w przygranicznych klinikach, np. w Czechach, jest personel mówiący po polsku, o czymś świadczy. Możemy oczywiście się oszukiwać, ale szacowane dane mówią nawet o 150, a może nawet 200 tys. aborcji poza systemem kontroli państwa.

Wracając do badań opinii publicznej, to generalnie zawsze mamy rozdźwięk między deklaracją a zachowaniem i nie ma się co dziwić, bo łatwiej jest zadeklarować coś niż zrobić; wiadomo to chociażby z badań nad dobroczynnością czy nad zachowaniami wyborczymi. Zawsze więcej ludzi deklaruje, że weźmie udział w wyborach, niż naprawdę bierze. Stąd można powiedzieć, że ten paradoks z pani pytania jest… paradoksalny.

Można jednocześnie być w 90 proc. społeczeństwem konserwatywnym i w 70 proc. takim, któremu orzeczenie się nie podoba. Także dlatego, że np. niektórzy chcieliby całkowitego zakazu aborcji.

Pani Kaja Godek kilka dni po orzeczeniu TK mówiła, że kolejnym etapem powinno być wyeliminowanie przesłanki przestępstwa.

Pani Kai Godek trzeba przyznać pewną konsekwencję myślenia, bo skoro można było zakazać terminacji ciąży z powodu trwałego uszkodzenia płodu, to dlaczego zdrowy płód może zostać usunięty tylko dlatego, że pochodzi z przestępstwa, np. gwałtu czy czynu pedofilskiego.

Premier Morawiecki zapowiedział „Nowy polski ład”, który ma być lekarstwem na czas po pandemii. Premier chce być jak Roosevelt, który wprowadził New Deal po wielkim kryzysie na początku XX wieku?
Nie mam wątpliwości, że premier Morawiecki nawiązuje do New Deal z lat 30., natomiast warto pamiętać, że tamten nowy ład oznaczał fundamentalną zmianę paradygmatu – zmienił właściwie całe życie społeczne. Czy tego chce premier Morawiecki?

Można zadać sobie pytanie, dlaczego po 5 latach realizacji „dobrej zmiany” potrzebny jest nowy ład.

Warto dodać, że dobra zmiana nie oznaczała nowego porządku, bo jeśli chodzi o podstawowe procesy, zjawiska i trendy w polskim społeczeństwie, to niedużo się wydarzyło. Wiele wydarzyło się za to w sferze „nadbudowy”, mówiąc po marksistowsku.

W kwestii gospodarczej przejedliśmy owoce sukcesu ekonomicznego i tyle. Nie zbudowano np. lepszej służby zdrowia, zresztą dawanie ludziom pieniędzy do ręki nie buduje lepszych usług publicznych, co najwyżej rozwija te prywatne. Polska wydaje się krajem, który przy relatywnie niskiej śmiertelności z powodu COVID ma bardzo dużą śmiertelność na skutek innych chorób, ponieważ całość pary w systemie ochrony zdrowia poszła na walkę z wirusem. Mówiąc w dużym skrócie, największymi ofiarami są chorzy na inne choroby, którzy w normalnych warunkach przeżyliby rok 2020. Liczba 70 tys. dodatkowych zgonów robi ogromne wrażenie.

Podobne robi liczba urodzeń – jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy kilka lat temu.

500 plus, które miało być programem natalistycznym, okazało się czymś zupełnie innym. Dziś wiemy, że to przede wszystkim był element klientelizmu politycznego.

Podsumowując, nie wiem, na czym ten nowy ład miałby polegać, bo jeżeli coś ma być nowe, to w stosunku do czego. Ostatnich 5 lat czy okresu wcześniejszego? Poza ogólnikami, że ma być sprawiedliwiej, lepiej, a Podkarpacie ma się stać naszą Bawarią, to niewiele wiadomo.

Niestety ostatnio politykę robi się głównie na konferencjach prasowych. To tak decyzje polityczne, które powinny mieć ontologiczny charakter, są komunikowane, potem się okazuje, że ktoś się pomylił, ktoś powiedział za dużo, ktoś czegoś nie dopowiedział itd.

Wierzy pan w to, że prezes Orlenu Daniel Obajtek może zostać premierem?

Jestem w stanie w to uwierzyć, tym bardziej, że jest on całkowicie zależny od prezesa Kaczyńskiego.

Pewne plusy ma fakt, że był wójtem Pcimia, bo paradoksalnie to idealnie wpisuje się w idée fixe Kaczyńskiego o przebudowie polskiego społeczeństwa.

Myślę, że wobec powyższego Obajtek, człowiek z ludu, lepiej niż Morawiecki – bankster, syn prof. fizyki, wpisuje się w wizje Kaczyńskiego. Jednocześnie Obajtek jest sprawnym menedżerem, choć mając za sobą tak bezwzględny rząd, to nie jest takie trudne.

Pamiętajmy także, że w Zjednoczonej Prawicy tarcia są dziś bardzo mocne, trwa walka o konfitury, a niektórzy walczą nawet o realną władzę, szczególnie dotyczy to Solidarnej Polski i Zbigniewa Ziobry.

A być może te pogłoski o Obajtku są tylko plotkami mającymi przestraszyć Morawieckiego. To także byłoby w stylu prezesa.

Smutny to kraj, gdzie o wszystkim decyduje jeden człowiek… W naszej rozmowie Jarosław Kaczyński przewinął się w niemalże każdym pytaniu.
Wygląda na to, że to akurat mu się udało, bo na wielu frontach bez jego decyzji czy przynajmniej opinii nic się nie wydarzy. Niestety przede wszystkim ma ogromną siłę destrukcyjną. Mimo że do konstytucji z 1997 roku wpisano pewne bezpieczniki, to okazały się one niewystarczające. Na pocieszenie mogę dodać, że jesteśmy w lepszej sytuacji, niż Węgrzy, bo tam poszło to szybciej i dalej. Wiele wskazuje na to, że w Polsce nie będzie to satrapia, która będzie trwała dziesiątki lat.

Kolejne wybory PiS przegra?

W obecnej sytuacji wyzwań, przed którymi stoimy, nietrudno to sobie wyobrazić, ale to wcale nie musi być dobra informacja, bo być może następny parlament będzie tak rozdrobniony i skłócony, że nie będzie w stanie wyłonić stabilnej większości lub część obywateli odwróci się z od demokratycznych procedur. Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą.

Zdrętwiała mi skóra…

Ale musimy się przygotować także i na taki scenariusz, bo idą naprawdę ciężkie dekady, a przynajmniej lata.

Kryzys pandemiczny nie przejdzie szybko, a co dopiero kryzys gospodarczy, który po nim będzie. W takich czasach kryzysu różne dziwne rzeczy się dzieją, często bardzo niefajne.

Jestem sobie w stanie wyobrazić po odejściu Kaczyńskiego, starszego dziś pana, roczne rządy słabego skłóconego rządu, który w końcu upada. To jest prawdopodobne, ale oczywiście nie musi się zdarzyć. Może też być tak, jak w 1989 roku, kiedy elity tego kraju były w stanie wzbić się na wyżyny i postawić dobro Rzeczpospolitej nad własne małe interesiki. Scenariusze mogą być różne, pewne jest, że czekają nas bardzo ciężkie czasy, a ten rząd nie umie działać sprawnie w czasach kryzysu, ponieważ nie był specjalnie sprawny, jak wszystko szło gładko, gospodarka rosła itd. Teraz będziemy mieć do czynienia z bardzo poważnym kryzysem i trzeba się liczyć z tym, że będzie ciężko.

Kariera Nikodema Dyzmy

Do znakomitego tekstu Jacka Jaworskiego o Dudzie („Andrzej Duda – plusy ujemne” („Dziennik Trybuna” Nr 15/2021) właściwie nic dodać, ani nic ująć.

Wszechstronnie, precyzyjnie, plastycznie i kompletnie opisał tę figurę z jej infantylizmem, kabotynizmem, kopalnym reakcjonizmem, ostentacyjną dewocją i innymi licznymi żenującymi, żałosnymi śmiesznościami. Z jej radykalną niepowagą, groteskowością, umysłową, retoryczną tandetą i niesamodzielnością. Z jej uwielbieniem dla zaściankowości i zacofania. Z jej bezgranicznym serwilizmem i nadgorliwością wobec politycznego patrona. Z jej pustymi bajaniami i niepohamowaną logoreą. Z jej prezydenturą-ministranturą. Podpisuję się w stu procentach, bez reszty pod wszystkimi spostrzeżeniami, obserwacjami, diagnozami autora. Przypuszczam, że jego tekst pozostanie po zawstydzającej „prezydenturze” Dudy jako jej najbardziej pełny i najtrafniejszy obraz publicystyczny. Pozwolę sobie jedynie postawić obok jego tekstu metaforę.

Pamiętacie „Karierę Nikodema Dyzmy”, przedwojenną powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, której tytułowy bohater z pozycji bezrobotnego, ograniczonego człowieka z ulicy wszedł na salony towarzyskie przedwojennej Warszawy, a następnie na salony władzy? Sprawił to przypadek, jakim było znalezienie, na chodniku, przez rzeczonego Dyzmę, zgubionego przez pewnego „vipa” zaproszenia na jeden ze stołecznych rautów. Dzięki temu Dyzma mógł znaleźć się na owym raucie, zachwycić towarzystwo brutalnością i krzepką dezynwolturą polegającą na zbesztaniu sprawcy (nielubianego Terkowskiego) wytrącenia mu z ręki talerza z sałatką, zdobyć „mir” wynikający z podziwu dla jego „męskiej energii”, objąć na dobry początek posadę plenipotenta pewnego prowincjonalnego aferzysty, zostać dyrektorem Banku Zbożowego, a na niefortunny finał „kariery” na wyciągnięcie ręki zbliżyć się objęcia stanowiska premiera.

Psim swędem

Dla Dudy Andrzeja odpowiednikiem momentu znalezienia przez Dyzmę zaproszenia był ten, gdy przed wyborami prezydenckimi 2015 roku kierownictwo PiS, rozglądając się za jakimś kandydatem, rywalem dla urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego wydobyło działacza z trzeciego, a może nawet czwartego szeregu partii, mało znanego, figurę z dalszych szeregów, trzeciorzędną, także intelektualnie, charakterologicznie i osobowościowo. Jednak tak, jak istniało duże prawdopodobieństwo, że tak jak Dyzma ryzykował, że nie zostanie na raut wpuszczony, zdemaskowany jako osoba nieuprawniona, podszywająca się pod kogoś innego, tak wszystko wskazywało na to, że Duda nie będzie miał szans na pokonanie Komorowskiego, na którego miażdżącą przewagę wskazywały sondaże. Stało się jednak tak, że Dyzma psim swędem dostał się na raut, a Duda wygrał wybory.

„Do czego to człowiek doszedł”

Jedną z najzabawniejszych i najpyszniejszych scen z telewizyjnego serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z lat siedemdziesiątych jest ta, w której Dyzma, doskonale zagrany przez Romana Wilhelmiego, stoi, już jako plenipotent, w swoim pokoju, w majątku chlebodawcy Kunickiego, „galowo” ubrany i z pełną samozachwytu i satysfakcji (ze sporą jednak dozą zdziwienia takim przebiegiem zdarzeń) miną, patrząc w lustro mówi do siebie: „Do czego to człowiek doszedł!”. Odpowiednikiem tej szczęśliwej dyzmowej chwili był u Dudy ten moment jego przemówienia po zaprzysiężeniu, gdy z kabotyńskim samozachwytem nazwał samego siebie „człowiekiem niezłomnym”, a także rytualne powtarzanie przez niego przez kolejne lata kadencji słów: „Ja jako prezydent Rzeczypospolitej” wskazujące, że Duda infantylnie upaja się swoją funkcją.

Duda dudni czerstwe „mądrości”

Jedną z cech Dyzmy było wygłaszanie czerstwych „mądrości ludowych”, banałów, które wprowadzone w błąd towarzystwo brało za wyraz przewrotnego wyrafinowania człowieka „mocnego” i inteligentnego. Duda podobnie – wygłasza durne banały, które jego chwalcy przyjmują za głęboką mowę państwową. Reżyser Jan Rybkowski, dobierając wykonawcę głównej roli zdecydował się na Romana Wilhelmiego, aktora o silnym profilu „męskim” (typ „maczo”), o sposobie bycia, fizjonomii i głosie predestynujących go do ról osób charakteryzujących się siłą, zdecydowaniem, pewnością siebie, nawet pewną brutalność. Tym sposobem Rybkowski niejako „wzmocnił” ekspresję postaci, której wizerunek powieściowy nie jest aż tak wyrazisty. Wydaje się, że podobnie było w przypadku wybrania Dudy na kandydata przez jego pryncypalstwo.

Duda, typ tzw. maminsynka najwyraźniej zniewolonego psychicznie przez ultrakatolickich rodziców i uformowany przez na katolickiego dewota, typ zdecydowanie zewnątrzsterowny, wychowany w bogoojczyźnianym klimacie i posłuszeństwie, człowiek o mentalności ministranta, postanowił zaprezentować się jako „mocny człowiek” korzystając z tubalnego głosu i łatwości mówienia. Podobnie więc jak serialowy Dyzma, Duda dudni w każdym swoim przemówieniu, podnosi głos, robi, „straśne”, marsowe, „imperialne” miny w stylu Cezara i Duce (co zauważył Jacek Jaworski). To nadrabianie miną i głosem bardzo silnie kontrastuje z jego postawą subordynacji i posłuszeństwa, wobec wszystkiego, co mu wpojono i czego oczekuje od niego polityczny pryncypał. I tak dudniąc, (podniesionym głosem – co jest rzadkim połączeniem akustycznym) Duda, podobnie jak Dyzma, ani razu nie powiedział nic mądrego. Różni ich jednak to, że o ile Dyzma był świadom swoich ograniczeń i starał się je skrywać za „małomównością”, o tyle Duda nie odznacza się aż takim samokrytycyzmem i chętnie zabiera głos przy każdej nadarzającej się okazji, plotąc przy tym potoczyście i z łatwością prawdziwe „duby smalone”, mnoży pompatyczne inwokacje do zebranych, leje bogoojczyźniane frazesy, wylewa hektolitry pustosłowia i tak dudni, dudni, dudni jak pusty bęben. To, co się dodatkowo daje w jego mowach zauważyć, to bardzo słaby, zbliżony do zera background, podglebie intelektualne, w którym nie da się zauważyć śladów jakiejkolwiek, śladów jakichś głębszych przemyśleń, lektur, a choćby tylko samodzielnego myślenia. W jego tandetnej frazeologii wybijają na wierzch jedynie narodowo-katolickie szablony. I choć nie wszyscy jego prezydenccy poprzednicy imponowali intelektualnym backgroundem, to jednak tylko on zdobył prezydenturę w trybie, który jego pierwowzorem literackim czyni Nikodema Dyzmę. We wszystkich pozostałych przypadkach kandydaci prezydenci, a wcześniej kandydaci byli znaczącymi postaciami, a niekiedy liderami swojego obozu politycznego.

Człowiek bez właściwości

I jeszcze jedno (nie ostatnie) podobieństwo łączy te dwie postacie, fikcyjną i realną – ograniczenie intelektualne. Kokieteryjnie indagowany o „wyznanie” przez towarzyszące mu panie z towarzystwa (chodziło o jego stosunek do modnej wtedy wśród wyższych sfer „ezoteryki”) Dyzma odpowiada prostodusznie, nie rozumiejąc intencji pytających, że: „Rzymski katolik”, nie podejrzewając jednocześnie, że odpowiedź ta odebrana jest przez rozmówczynie za rodzaj przewrotnego, finezyjnego poczucia humoru. W przypadku Dudy odpowiednikiem tego jest choćby jego „złota myśl” z niedawno udzielonego wywiadu, gdy przekonywał, że „policja działa wzorcowo, bo nikt nie zginął”. Brak wyczucia, brak finezji, zwyczajna bezmyślność, brak odpowiedzialności za słowo, to jeszcze jedna cecha łącząca obu tych ludzi „bez właściwości”, tamtego Dyzmę z przedwojennej powieści i polskiego Nikodema Dyzmę naszych czasów. Ta pseudoprezydentura przejdzie do historii jako kolejny, zawstydzający aneks do dziejów głupoty w Polsce, historii, która nie ma końca.

Stosunek człowieka do człowieka

W jednym z powiatów na Śląsku doszło do przykrego incydentu. Człowiek miał odbyć stosunek z psem, ale nie doczekał i wcześniej umarł niezaspokojony. Zwierzę przeżyło. W centralnej Polsce, tymczasem, polityką krajową wstrząsnął wywiad w którym inny człowiek wspomniał o tym, że premierem kraju może zostać były wójt Pcimia. Czym Pcim zawinił Polsce?

W zasadzie nawet nie powiedział wprost, co bardziej jął wychwalać przymioty byłego wójta, dziś posadowionego na intratnym, państwowym stolcu. Jakiż on mądry, elokwentny, zaradny, palcem bożym dotknięty, a przy tym skromny i stateczny. Że takich ludzi Polska potrzebuje i właśnie takich ludzi PiS w swoich hufcach ma. Zrazu zachwyty prezesa nad prezesem spółki podchwycili publicyści, dopatrując się weń półjawnego wotum separatum wobec Mateusza Morawieckiego, który miał był się, w oczach prezesa Polek i Polaków, doszczętnie zużyć; niczym zbyt często eksploatowany zderzak w opancerzonym aucie, przyjął za dużo uderzeń i dziś nawet najlepszy blacharz już go nie wyklepie.

Niedoszły stosunek człowieka z psem, zakończony tragicznym finałem, poprzedzony był przestępstwem animalnego stręczycielstwa. Właściciel czworonoga umieścił na portalu internetowym ogłoszenie, w którym wprost zaoferował usługi pupila, dając rękojmię samym sobą. Jak się bowiem miało, post factum, okazać, sam odbywał ze swoim psem wielokrotnie stosunki zoofilne, nie doznając uszczerbku na zdrowiu. Trzeba bowiem dodać, że pies którym stręczył, to amstaf, rasa zaliczana do niebezpiecznych. Każdy, kto potrafi antycypować na 15 sekund wprzód, po przeczytaniu zajawki artykułu o tym, że człowiek zamierzał spółkować z amstafem, mógł wyobrazić sobie finał tego stosunku i niewiele się pomylić co do faktów. Człowiek kontra amstaf równa się śmierć w męczarniach. Człowiek versus amstaf to brak prącia i gonad po jednym ugryzieniu. A tu proszę, taka niespodzianka.

W jednej z książek na temat braci Kaczyński wyczytałem, że Lech Kaczyński bardzo nie lubił premiera Marcinkiewicza. Jarosław Kaczyński kompletnie go marginalizował i traktował przedmiotowo, podsuwając do podpisu swoje własne projekty ustaw. Kiedy rozmowy z Platformą, po wygranych w 2005 r. wyborach nie szły, i wobec braku możliwości utworzenia stabilnej większości parlamentarnej, zawisło nad PiS-em widmo przyspieszonych wyborów, obydwaj bracia, w ostatniej chwili, zdecydowali się zawiązać koalicję z Lepperem i Giertychem. Nie dlatego, że obawiali się wyborów. Przeciwnie, sondaże dawały im samodzielną większość. Obawiali się najbardziej…Marcinkiewicza. Jego rosnącej popularności, nad którą nie umieli zapanować, a którą on doskonale dyskontował.

Dziś Jarosław Kaczyński posyła sygnał do wyborców własnej partii, że nie masz, pisowcze, na świecie żadnej pewnej rzeczy. Nawet premier, światowiec i wizjoner ongiś, może być wymieniony, jeśli tylko zechce zbyt wysoko rosnąć. Wysyła jednocześnie sygnał do ziobrowej frakcji: chłopcy, powolutku, na wszystko przyjdzie pora. Widzę wasze ambicje i znam wasze apetyty, ale na razie nie rzucę wam Morawieckiego na pożarcie. Jeśli umiecie czekać, to czekajcie. Niczego nie obiecuję, ale jak tak dalej pójdzie i lud będzie się domagał ofiar, a będzie, bo nikt długo nie wytrzyma przymusowego, covidowego więzienia, dostaniecie, co wasze. Dostaje się też Gowinowi, okruszek, ale zawsze. Jest Obajtek, wasz człowiek, młody, przedsiębiorczy. Widzę, przyglądam się. Doceniam takie postawy, więc pracujcie dalej na swoje, a wasz pan was nagrodzi.

Po niedoszłym stosunku człowieka z amstafem, policja zabrała zwierzę właścicielowi i oddała pod pieczę ludziom z zasadami. Pan, który spółkował z psem dostał zarzuty użyczania psa do celów niezgodnych z psa przeznaczeniem oraz znęcania się nad zwierzęciem. Teraz czeka na rozprawę. Co się dzieje z psem, nie wiadomo.

Po wywiadzie prezesa PiS głos zabrał kolega Obajtek, który stwierdził, że o żadnym premierostwie nic nie wie i się doń nie przymierza, a w obozie Zjednoczonej Prawicy panuje ład i ogólne poszanowanie dla każdego z jego członków. Milczy jak grób premier Morawiecki, no bo co tu znowu komentować. Że prezes ma go za część samochodową, którą może wymienić, jak mu się znudzi. Trochę słaba perspektywa, dla kogoś z ambicjami wyższymi niż wójt Pcimia. Prezes, tymczasem, siedzi i się cieszy, bo niczego tak nie lubi, jak zarządzania poprzez kryzys i ferment. Psy czekają wiernie przy nodze, a on nęci je kawałkiem habaniny zza krat. Ślina im cieknie z pysków, kiedy widzą w prezesowych rękach połać słoniny, na który chcą się rzucić, bo do tego są szkolone. Ale nigdy, przenigdy, nie pokąsają prezesowskiej ręki. Wiedzą dobrze, że ta robi się coraz starsza. Niebawem spadnie z niej pierścień i dopiero wtedy zacznie się prawdziwa zabawa.

Andrzej Duda – plusy ujemne

Styczeń to czas refleksji nad politycznymi wydarzeniami minionego roku, okres podsumowań i wniosków. Tylko dla wyznawców ideologii PiS nie jest jasne, że smutną musi być refleksja nad dokonaniami prezydenta Andrzeja Dudy.

Od początku swej pierwszej kadencji A. Duda z samobójczą konsekwencją rozmieniał na drobne majestat urzędu prezydenta Rzeczypospolitej, strywializował go i ośmieszał. Po tym jak w kontekście jego osoby pojawiły się słynne leśne ruchadła, było już tylko coraz śmieszniej i straszniej. Tańcowanie z gaździnami na ważnych dla życia narodu wydarzeniach jak regionalne święto kaszy, podrygiwanie pod rybą na Górze św. Anny, zaśpiewki, żarciki i dowcipy były doprawdy ciężkostrawne i nie licujące z powagą pełnionego urzędu. Głęboką troską napawa obserwatorów jego działalności wyraźnie rysująca się, radosna chłopięcość i infantylizm prezydenta. Jak dziecko wpuszczone do pokoju dorosłych, cieszył się okazjami, gdy uchodził (w swoich oczach) za prawdziwą głowę państwa. Tak było na szczycie NATO w Brukseli, gdzie koniecznie chciał być atrakcyjny, choć wyszło jak zwykle, bo pokazywaniu kciuków towarzyszyła dziecinna wręcz radość z faktu, że chociaż na wspólnej fotografii znalazł się między najważniejszymi przywódcami Europy. Smutne, lecz w rzeczywistości, w NATO-owskim towarzystwie nie jest uznawany za szczególnie ważnego i istotnego gościa. Nawet jego rzekomy przyjaciel, prezydent USA Donald Trump dobitnie dał to do zrozumienia, nie znajdując dla A. Dudy w Białym Domu więcej jak tylko kilka chwil na krótką kuluarową rozmowę przy windzie, pomiędzy naprawdę ważnymi spotkaniami. Lecz wierni, choć groteskowi akolici z jego pałacu wydali oświadczenie, że obaj prezydenci dokonali pogłębionej analizy globalnych problemów z zakresu polityki międzynarodowej, poruszyli szeroki krąg zagadnień bilateralnych, uzgodnili wspólne stanowisko wobec zagrożeń terrorystycznych i klimatycznych, dokonali koordynacji stanowisk wobec Rosji, Chin, Iranu, i co tam jeszcze. Rzadki ubaw, jednym słowem. Choć samemu prezydentowi z pewnością nie do śmiechu było kiedy z kolei stał jak słup soli, a prezydent Barack Obama karcił go za łamanie prawa i Konstytucji.

W jego prezydenturze dostrzegalne są motywy i śmieszne i straszne. Do tych śmiesznych (wszystkich nie sposób wymienić) zaliczyć należy wyćwiczone przed lustrem miny w stylu Cezara lub Il Duce, wykrzyczane z patosem przemówienia, także taką wypowiedź jak ta o niedobrej UE, bo nie chce sprzedawać starych żarówek, albo ta, że ,,jesteśmy narodem, który ukształtował ten świat”, a także ta kiedy jako gospodarz konferencji klimatycznej zapowiedział spalanie polskiego węgla przez 200 lat. Mówił wówczas antynaukowe brednie, że człowiek nie przyczynia się do zmiany klimatu, choć każde dziecko wie, że to nieprawda. A ten niedorzeczny bełkot o bitwie polskich żołnierzy pod Monte Cassino, która miała stać się przyczyną powstania UE(!). Lecz już strasznym motywem jego przemówienia w 40. rocznicę wyborów 1989 r. była refleksja nad skażeniem demokracji III RP, czego powodem miał być brak rozlewu krwi Polaków w 1989 r., a teraz za ten brak płacimy cenę (!). Co więcej wolność upatruje nie w masowym buncie robotników, a w … modlitwach kapłanów.
Nachalnie eksponując swoją rzeczywistą czy udawaną pobożność, notorycznie klęcząc przed ołtarzami, bezwarunkowo popierając kościół i jego hierarchów, narusza zasadę bezstronności i światopoglądowej neutralności urzędu prezydenta. Wprzęgając biskupów w sprawy państwa i obywateli narusz art. 25 ust. 3 Konstytucji o rozdziale państwa i kościoła kat. Nie mógł pominąć tak niedorzecznej uroczystości w Łagiewnikach jak koronowanie Chrystusa na króla Polski. A może większość Polaków sobie po prostu nie życzy takiej średniowiecznej szopki? No tak, ale znów; przecież tata Duda nie na darmo wpajał synowi przekonanie: ,, Przecież były Śluby Jasnogórskie, oddaliśmy się w opiekę Maryi. Akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien więc być w Polsce przyjęty”. A prezydent wciąż się uczy i chłonie wiedzę, w dużej mierze od chronicznie pobożnego taty, bo tacie zawdzięcza się najwięcej, co w tym przypadku podkreślały pikietujące pod PADem córy Radia Maryja: ,,Błogosławiony członek, który cię spłodził”. Dlatego pewnie, czcząc ojca swego, przemawia do żołnierzy WP w stylu, jaki spodobałby się zapewne Antoniemu Macierewiczowi: ,,Możecie się czuć bezpieczni, ponieważ zostaliście zawierzeni opiece Matki Przenajświętszej”.

Cóż, cały PiS, z którym utożsamia się prezydent, to taka specyficzna odmiana zwykłej głupoty, fałszywej pobożności, zacofania, rzewnej tęsknoty za zaściankową przeszłością, błazenady, groteski, niedorzeczności, absurdu i fałszu, a prezydent, zgodnie z wypracowaną wąską specjalizacją, pod tą odmianą podpisuje się, jak zawsze. Może dlatego zapytany w pisowskiej telewizji kogo wymieniłby z najwybitniejszych Polaków w historii Polski, stawia obok Jana Pawła II, … Lecha Kaczyńskiego. A propos groteski i pobożności. Trudno zapomnieć sytuacji kiedy prezydent z wyronioną koszulą, niczym nadgorliwy ministrant pełzał na czworaka między krzesłami na Jasnej Górze, w pościgu za unoszoną wiatrem hostią. Chyba każdy kto to widział, w smutnej zadumie pochylił się nad sponiewieranym majestatem RP, który prezydent ma obowiązek personifikować. To nie jedyna taka sytuacja gdzie w jego przypadku granica między dramatem a tragifarsą jest tak cienka, że praktycznie zanikła. Ze śmiechem, zdumieniem ale i z zażenowaniem patrzyliśmy na popłakującego, z drgającym podbródkiem gdy mamrotał o żołnierzach wyklętych lub do łez wzruszał się wspominając jak ładnie na defiladzie wygląda nasza kompania reprezentacyjna. A jak traktować potraktować jego dziwactwa, gdy w 2014 r. specjalnie wybrał się do Zembrzyc, by niejaka Myrna Nazzour pocąca się ,,Świętym Łojem”, wtarła mu w skórę swój tłuszcz organiczny. Ten istotny dla prezydentury fakt zdradził nie kto inny, jak porażony cudem Błogosławionych Wydzielin europoseł PiS Dominik Tarczyński.

Lecz gdyby problem naszego prezydenta polegał jedynie na braku powagi, na dziwactwach, groteskowych zachowaniach, emocjonalnej niedojrzałości, byłoby pół biedy. Podobno, jak zapewniał, wciąż się uczy. Gdyby tak nauczył się na pamięć zapisów Konstytucji, jak np. art. 126 mówiący: ,,Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej …”, lub też art. 132: ,,Prezydent Rzeczypospolitej nie może piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej, z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem”.

No właśnie: przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej, nie rzecznikiem i adwokatem partii, która go zgłosiła do tego urzędu. Gdyby A. Duda zechciał przyjrzeć się jak ten wysoki urząd sprawowali inni, lepsi od niego, wiele mógłby się nauczyć, skoro lubi to robić, np. od Aleksandra Kwaśniewskiego. To proste, ma być dokładnie jak mówi Konstytucja: prezydent nie może pełnić żadnego innego urzędu ani pełnić innej funkcji. Niestety, widzimy w osobie prezydenta rzecznika i propagandzistę partii PiS, odgrywającego tę rolę z chłopięcym zapałem i gorliwością radzieckiego pioniera. Potwierdza to bezwstydnie, gdy posuwa się do tak infantylnych, nieprzemyślanych stwierdzeń jak to, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków gdyż nie wszyscy na niego głosowali. I mówiąc to wydawał się niezmiernie zadowolony ze swoich słów, które najwyraźniej uznał za niezwykle odkrywcze. Niestety, A. Duda nie potrafi wyrwać się z mentalności dworskiego sługi swego pana. Którego – każdy wie. Dlatego sprzeniewierzając się zasadzie bezstronności, czynnie pozwala sobie na dyskredytowanie ludzi innych opcji politycznych, np. tzw. lewaków, choć najwyraźniej nie w pełni rozumie znaczenie tego pojęcia. Bo lewakami są u niego politycy liberalno-konserwatywnej PO, liberalnej Nowoczesnej, chadeckiego PSL-u czy social-demokratycznego SLD. To minimum wiedzy, lecz prezydent mówiący o ,,szyderstwach i napadach lewackich mediów”, powinien ją posiąść, skoro wciąż się uczy, że w czasach realnego socjalizmu lewakiem mógł stać się każdy, kto nie popierał stalinowskiej/poststalinowskiej władzy, a wyznawał jednocześnie lewicowe poglądy, łącznie z takimi ludźmi, do formatu których jest mu niezmiernie daleko, jak ś. p. Karol Modzelewski, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy Adam Michnik, walczący z komuną gdy A. Duda uczył się, lecz tabliczki mnożenia. Ale też prezydentowi nie można się dziwić, skoro z domu rodzinnego wyniósł takie mądrości o jakich mówił mu tata: ,,Lewackie i libertyńskie wstecznictwo niesie tylko rozkład, szczególnie moralny. Musimy być czujni”. A w imię ojca i syna wtóruje zespół amatorski zgromadzony w pałacu prezydenckim, jak nienadzwyczajny profesor Zybertowicz, który w studio TVP cieszy się, że ,, że nie ma tutaj wśród przedstawicieli wszystkich sił politycznych żadnego lewaka”. Co tam zresztą lewacy. ,,Dojna zmiana”, czyli cała opozycja, którą Duda stara się skompromitować, jego gadka o ,,jazgocie opozycji, który nas nie powstrzyma”, ta ,,wyimaginowana wspólnota”, to ,,bajanie o UE dla maluczkich”, to zwracanie się do opozycji, tak niestosowne w ustach prezydenta – mediatora: ,,Jesteśmy po dwóch stronach barykady”, te ekspiacje o szefie Rady Europejskiej, Donaldzie Tusku, pokazujące, że nie rozumie czym jest Unia i na czym polegają obowiązki najważniejszych unijnych urzędników, te prostackie opinie, że Tusk nic nie załatwił dla Polski, że nie reprezentuje polskich interesów i nie ma szacunku do własnego kraju, bo służy Niemcom, to wszystko odbije się czkawką, kiedy przyjdzie czas rozliczenia się z urzędu. Te wszystkie dzielące Polaków opinie, czyżby naprawdę miały być potwierdzeniem jego słów z początku pierwszej kadencji i brawurowo powtórzone w drugiej, o głównym celu jego prezydentury – łączeniu Polaków ???

Choć jego podpisy widnieją na najważniejszych dokumentach, to w rzeczywistości wyrzekł się prezydenckiej podmiotowości i suwerenności, wykonując i firmując rozstrzygnięcia, które podejmowane są przez PiS z pogwałceniem Konstytucji. Funkcja pisowskiego notariusza nie zapewnia prezydentowi poważania ani w społeczeństwie, ani nawet w samym PiSie. Widać to gołym okiem. Przypomnijmy proszalną i pokorną postawę A. Dudy, gdy żebrał o uścisk dłoni Kaczyńskiego, po tym jak nieopatrznie wyrwało mu się odmienne od jego zdanie o potrzebie wzajemnego wybaczenia sobie na linii rząd – opozycja. To jasne, że PiS wystawiło Dudę do prezydentury tylko dlatego, że Kaczyński bał się przegrać z Bronisławem Komorowskim. Czwartorzędny wówczas funkcjonariusz partyjny niespodziewanie wygrał walkę wyborczą, ,,przez przypadek” (skąd to znamy?) i został wybrany na urząd prezydenta. To wyniesienie nieznanego nikomu polityka bynajmniej nie przysporzyło mu szacunku wśród starszych kolegów z PiS, wciąż traktujących go z zauważalnym lekceważeniem i pobłażaniem, a nawet z niechęcią. Bo wszelkie chłopięce przechwałki prezydenta, których nie szczędzi sobie i nam, muszą irytować nawet pisowców, są doprawdy ambarasujące i nie przystają do powagi pełnionego urzędu. Prezydenturę rozpoczął od nie mającego wiele z skromnością samookreślenia się jako człowiek niezłomny, a najnowsza jego ekspiacja dotycząca osobistej przyjaźni z D. Trumpem miała zaowocować niespełnionymi preferencjami Polski w dostawie amerykańskich szczepionek. Mści się na nim bezrefleksyjne, nie liczące się z realnymi możliwościami i brakiem poparcia swego zaplecza politycznego, sypanie obietnicami i zobowiązaniami jak te dotyczące przeprowadzenia referendum konstytucyjnego, wysuwanie kandydatury prezydenckiego ministra Szczerskiego na szefa NATO, propozycja zapisu w Konstytucji o przynależności Polski do UE i NATO czy zignorowana przez PiS jego zapowiedź o otwarciu stoków narciarskich. A kiedy w swej zamaszystej zuchowatości, z wyraźnym samozachwytem obiecał zmniejszyć kwotę wolną od podatku, a w razie nieprzyjęcia tego postulatu miał złożyć urząd, czy to przysporzyło mu powagi czy też ośmieszyło go ? Jego obietnica, której koszt wyniósłby 21 mld. zł. nie została przez PiS zauważona, lecz Duda został na stanowisku. A szkoda, wlelibyśmy by stało się odwrotnie. Lecz mało tego; taki sam los spotkał prezydencki projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny, nigdy nie zrealizowana nonszalancka zapowiedź pomocy dla niepełnosprawnych i frankowiczów i ostatnio jego autorstwa nowelizacja ustawy aborcyjnej, całkowicie zignorowana przez PiS. Jak na prezydenckie inicjatywy, coś za dużo tych kompromitujących falstartów.
Ale przejdźmy do najważniejszych kwestii. Ucząc się wciąż i wszędzie z pewnością zapoznał się z zapisami Konstytucji. Tylko czy przeczytał ją ze zrozumieniem? Bo senacki zespół ds. monitorowania praworządności twierdzi, że podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa, a także podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych, złamał wraz z pisowcami co najmniej 13 artykułów Konstytucji, niektóre wielokrotnie. „Ale który artykuł” – dopytywała jego małżonka w KFC, gdy dzielna dziewczyna zarzuciła prezydentowi łamanie Konstytucji. No to konkretnie i ograniczając się jedynie do artykułów Konstytucji złamanych bezpośrednio przez A. Dudę. Przede wszystkim właśnie art. 126, pkt. 2: ,,Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”. Swoim bezzwłocznym podpisaniem ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i sądach, mimo, że wszystkie zostały ocenione jako niekonstytucyjne przez służby prawne Sejmu i Senatu, pogwałcił Konstytucję, a zgodnie z nią mógł te ustawy zawetować lub odesłać do Trybunału.

Art. 139: ,,Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski”. ,,Ułaskawił” (ułaskawienie to darowanie kary winnemu) Mariusza Kamińskiego, choć wyrok w jego sprawach był nieprawomocny a sam Kamiński odwołał się do Sądu Apelacyjnego. Stwierdził absurdalnie, że ,,wyręczył sądy w ich obowiązkach”.

Art. 180 ust. 1: „Sędziowie są nieusuwalni”. Podpisał w nocy usunięcie 40% sędziów SN.

Art. 178 ust. 1: „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”, a art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Swoim podpisem uzależnił sądownictwo od polityków, w tym prokuratorowi gen. Ziobrze

Art. 183 ust. 3: ,,Kadencja I Prezesa Sądu Najwyższego trwa 6 lat”. Usunął sędzię Małgorzatę Gersdorf po 4 latach kadencji.

Art. 187 ust. 1: ,,W Krajowej Radzie Sądownictwa jest 15 miejsc dla przedstawicieli sędziów”. Przyłożył rękę do tego by wszystkie 15 miejsc obsadzili posłowie PiS.

Jeśli A. Duda podkreślał, że z D. Trumpem łączy go jednakowe spojrzenie na prowadzenie polityki, to musi uwzględniać dwie rzeczy: wyciągać wnioski z tego jak obecny prezydent USA kończy swą karierę i jak jest traktowany przez przywódców cywilizowanego świata oraz pamiętać, że choć w naszej Konstytucji brak zapisu o impeachmencie, to obowiązuje jej art. 145 Konstytucji: ,,Prezydent Rzeczypospolitej za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu”.