Bez serca dla zwierząt

Dobrej zmiany dla zwierząt nie będzie. Szumnie zapowiedziana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt została okrojona do ogryzka. Nie tylko nie spuści psów z łańcucha, nie tylko nie wyeliminuje branży futrzarskiej, ale nawet zabraknie w niej miejsca na zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W zasadzie już uczciwiej byłoby w ogóle nie kłaść jej na stół w obecnym kształcie. Udawanie, że los czworonogów nadal leży na sercu ekipie PiS jest zawracaniem głowy.

Rok temu oficjalna delegacja rządowa pojawiła się na wystawie w Parlamencie Europejskim i wystąpiła na tle klatek – taki samych, w których przetrzymywane są zwierzęta futerkowe w hodowlach. Dziś spokojnie możemy stwierdzić, że to był zwykły lans. Od początku byłam też sceptyczna co do występu Naczelnika Państwa w klipie „Vivy!”, choć koledzy-inicjatorzy starali się przekonać mnie, żeby nie zabijać tej inicjatywy nadmiernym krytycyzmem.

Wtedy wydawało się nam wszystkim, że słowo prezesa to słowo prezesa – nie będą mieli a odwagi go zlekceważyć ani członkowie rządu, ani partyjna wierchuszka. Jeżeli się je złamie, to nastąpi to wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach – a z pewnością PiS będzie musiało długo i namiętnie się z tego tłumaczyć.

Dziś Kaczyński milczy na temat tego, dlaczego jego partia ostatecznie uległa nie tylko lobby futrzarskiemu, ale nawet cyrkowemu. Prezes albo stara się ukryć fakt, że ma w swoim ugrupowaniu niewiele do powiedzenia, albo nie chce się przyznać, że cynicznie zrobił wyborców w konia. Faktem jest, że podpisał się pod nowelą w obecnym, żenującym kształcie.

Odpowiedzialny za przygotowanie ustawy Krzysztof Czabański z PiS tłumaczył wypadnięcie z ustawy ustępu o cyrkach klasycznym „nie-da-siem”: – Ta sprawa wymagałaby z pewnością notyfikacji w Unii Europejskiej i to oznacza, że w tej kadencji nie mielibyśmy szansy na przeprowadzenie tej nowelizacji. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z tego zakazu, ale w następnej kadencji zastanowimy się, czy do tej sprawy nie należy wrócić…

W czwartek 10 stycznia projekt po autopoprawce – wprowadzającej zasadnicze zmiany w projekcie – ponownie został skierowany do prac w parlamencie.

Sterylka na łańcuchu

W rozmowie z PAP Czabański ocenił, że szczególnie istotne są te zapisy projektu, które mają pomóc w walce z bezdomnością zwierząt – obowiązkowe chipowanie psów i kotów, uruchomienie centralnego rejestru zwierząt oraz powszechna sterylizacja zwierząt wyłapanych na terenie gminy.

Psy nie uwolnią się od łańcuchów. Stosowanie uwięzi nadal będzie dopuszczalne, ale będzie ona musiała mieć co najmniej 5 metrów i kończyć się obrożą niemetalową (często zwierzęta mają pseudoobrożę z łańcucha). Ponadto uwięź nie będzie mogła ważyć więcej niż 1/4 masy ciała zwierzęcia.

– Zobaczymy, czy to poprawi los zwierząt trzymanych na uwięzi i w zależności od tych wniosków po pewnym czasie zastanowimy się nad ewentualnym zakazem trzymania psów na uwięzi. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie zawsze zmiana uwięzi na kojec oznacza poprawę warunków bytowych zwierzęcia – wymiary kojca niekiedy są tak małe, że psy nie mają w nich większej swobody poruszania się niż na długim łańcuchu – powiedział Czabański Polskiej Agencji Prasowej.

Projekt ma także zakazać tzw. pseudohodowli, w których rozmnażanie zwierząt odbywa się poza jakąkolwiek kontrolą. W tym celu zaproponowano zapis, zgodnie z którym jedynie rasowe psy i koty będą mogły być rozmnażane w celach handlowych (zwierzęta te będą musiały posiadać rodowód). Prócz tego wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt przez podmioty komercyjne.

– Schroniska nie będą prowadzone przez przypadkowe organizacje, ale jedynie te, które mają status organizacji pożytku publicznego, działają kilka lat, realizują swoje cele statutowe i nie ma do nich zastrzeżeń – powiedział Czabański. – Jako podatnicy wydajemy na ten cel znaczne środki – głównie za pośrednictwem gmin, które prowadzą akcje wobec bezdomnych zwierząt. Ale niestety często nasze pieniądze służą nie poprawie losów zwierząt, ale złym ludziom, którzy zarabiają na ich cierpieniu.

W 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wstrząsający pokontrolny raport, w którym kontrolerzy pisali między innymi: „w trzech z trzynastu skontrolowanych schronisk nie utrzymywano właściwego stanu sanitarnego. W czasie prowadzonych oględzin stwierdzono, że zwierzęta przebywają w zanieczyszczonych i mokrych boksach, co świadczyło o zaległościach w sprzątaniu. Brudne i zawilgocone były także ich legowiska”. Prócz tego opisano, że w jednym z badanych schronisk „wbrew wymogowi art. 9 ust. 1 zwierzętom nie zapewniono stałego dostępu do wody pitnej”, a w dwóch innych „w dniu oględzin woda w części boksów była zamarznięta”.

Jutro będzie futro

Jak Krzysztof Czabański tłumaczy się z ulegnięcia futrzarzom? – Minister rolnictwa został zobowiązany do podniesienia wymagań wobec ferm zwierząt hodowanych na futra – tu głównie chodzi o norki – i zobaczymy, czy podniesienie tych standardów przyniesie korzystne skutki. Jeżeli nie przyniesie, wówczas do sprawy norek będziemy wracać – mówi.

Obrońcy praw zwierząt czują się oszukani. – Jesteśmy głęboko rozczarowani, że te ważne zapisy zniknęły z nowelizacji. Nie rozumiemy, dlaczego tak się stało – powiedział Oku.press prezes fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt „Viva!” Cezary Wyszyński. – Większość opinii publicznej jest przeciwna hodowli zwierząt na futra, ubojowi rytualnemu i wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. W każdym z tych przypadków jest to ponad 50 proc. Lobby futrzarskie zatriumfowało. Choć wielokrotnie pokazywaliśmy, że dochody z hodowli futerkowych nie są tak duże, jak mówią futrzarscy przedsiębiorcy. Większość ich argumentów „ekonomicznych” jest nieprawdziwa. Działanie tego przemysłu ma, oprócz oczywistego cierpienia zwierząt, także wiele innych negatywnych konsekwencji. Spadają ceny okolicznych ziem, pobliscy mieszkańcy nie mogą prowadzić np. działalności agroturystycznej czy upraw ekologicznych.

Zawiedziona jest również Rzeczniczka Praw Zwierząt powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne, mec. Karolina Kuszlewicz: – Projekt z listopada 2017 roku był przedstawiany jako spektakularny. Ale ustawa przeleżała prawie rok w sejmowej zamrażarce. Już to sprawia, że można wątpić w prawdziwość intencji projektodawcy. Dziś z tych najdalej idących zmian, mających ochronić miliony zwierząt eksploatowanych przemysłowo, nie pozostało prawie nic. Zresztą psy także nadal mają pozostać na łańcuchach. To sytuacja skandaliczna. Opinia publiczna w mojej ocenie została wprowadzona w błąd rok temu.

Kuszlewicz uważa również za skandal to, co dzieje się wokół uboju rytualnego: – W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał zakaz uboju rytualnego na terenie Polski za sprzeczny z prawem. To było szerokie orzeczenie, wymagające wprowadzenia w ustawie regulacji precyzujących zakres dozwolonego prawnie uboju na potrzeby religijne. Nowa ustawa miała nie tyle zakazywać uboju, co zdecydowanie go ograniczać do rzeczywistych potrzeb grup wyznaniowych w Polsce. Nawet z tego ograniczenia PiS się dziś wycofuje – stwierdziła w rozmowie z red. Marią Pankowską.

Ubij w imię boże

Co ciekawe o prawo wyznawców judaizmu oraz islamu do tego typu uboju walczyli jak lwy… polscy biskupi! „Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt” – takie stanowisko sformułowali w 2013 roku.

To oczywiście nie znaczy, że w projekcie nie ma zupełnie nic cennego. – Projekt po zmianach ma zupełnie inny charakter, niż ten zgłoszony w listopadzie 2017 roku. Pozostają przede wszystkim przepisy administracyjne, dotyczące zarządzania schroniskami, czipowania, bezdomności zwierząt. To ważne kwestie, ale dotyczą co do zasady tzw. zwierząt towarzyszących, a przecież tą wielką »dobrą zmianą dla zwierząt« miało być wreszcie uwzględnienie innych grup, jak zwierzęta wykorzystywane na futra czy w uboju rytualnym. Ich cierpienie obejmuje miliony istnień i znowu zostaje przykryte względami gospodarczymi i politycznymi – mówi Rzeczniczka Praw Zwierząt.

– Wycofanie się rządu oznacza, że będziemy musieli dalej walczyć o wprowadzenie tych zmian. Tylko tyle i aż tyle. Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu – podsumowuje prezes „Vivy!”.

Z ziemi włoskiej…

„Gospodarz” Polski spotka się z enfant terrible włoskiej polityki.

 

Nie tak dawno temu premier Morawiecki na jednym ze spotkań z mieszkańcami, wychwalając dokonania PiS w ciągu 3 lat rządów (zwłaszcza obniżenie wieku emerytalnego i program 500+) mówił m.in.tak: widzicie Państwo ile można osiągnąć „gdy kraj ma dobrego gospodarza”.
Ta fraza pozostała niezauważona, a przecież PMM-jako wciąż młody polityk-może nie pamiętać, iż tego określenia ostatni bodaj raz używano w odniesieniu do Edwarda Gierka na początku lat 70. Ówczesny I sekretarz KC PZPR.,który (za zachodnie kredyty) modernizował Polskę
i otwierał ją szerzej na świat, był bardzo popularny przez pierwsze lata swoich rządów. Później sformułowanie to zniknęło z naszego słownika politycznego,gdyż w jakimś sensie przywodziło na myśl mini-kult jednostki,a nie
byliśmy przecież ani nie jesteśmy Rumunią czy Bułgarią.
O kim myślał obecny premier-jako że tego oficjalnie nie wyjawił? Jako osoba skromna-z pewnością nie o sobie, ponieważ,poza wszystkim,zna swe miejsce w szyku Zjednoczonej Prawicy.Nie przeszłoby to mu nawet przez usta.W nietypowym obecnym systemie politycznym naszego państwa (tylko nieco podobnym do aktualnego rumuńskiego) prawdziwym Gospodarzem i Decydentem jest oczywiście prezes PiS Jarosław Kaczyński, nie pełniący żadnych znaczących funkcji (sprawuje jedynie mandat poselski). Ta sytuacja częściowo przypomina w pewnym okresie rolę Józefa Piłsudskiego.
PJK nie pasjonuje się polityką zagraniczną, rzadko wyjeżdża z Polski, choć niekiedy spotyka się nad Wisłą ze znaczącymi politykami odwiedzającymi nasz kraj.Dlatego też szczególne zainteresowanie budzi, zapowiedziana ze sporym wyprzedzeniem, rozmowa w Warszawie z liderem włoskiej Ligi (dawnej Ligi Północnej),obecnym szefem MSW i wicepremierem Matteo Salvinim (45 l.). To dziś najbardziej wyrazisty polityk Italii i symbol koalicyjnego dwupartyjnego rządu- z populistycznym Ruchem Pięciu Gwiazd.Trochę przypomina Berlusconiego, choć nie ze względu na bunga-bunga (nota bene to pojęcie pochodzi z języka malajskiego i oznacza po prostu „kwiaty”).
Salvini nie skończył studiów,ale ma już spory dorobek parlamentarny (także w Parlamencie Europejskim). Jest dobrym mówcą,zaś znaczną popularność zawdzięcza radykalnym poglądom.Chodzi zwłaszcza o jednoznaczne podejście antyimigranckie.W ostatnich latach do Włoch przybywało średnio rocznie ponad 100 tys. migrantów, głównie z Afryki Północnej i z regionu Sahelu,ale nie odnotowano tam żadnego zamachu terrorystycznego.
Mimo to Salvini zakazał przyjmowania w portach włoskich jakichkolwiek jednostek pływających mających na pokładzie migrantów czy uchodźców.Tak stało się wcześniej z „Aquariusem” i obecnie dzieje się z małym statkiem „Sea Watch”. To wprost nieludzkie podejście zważywszy,iż według najnowszych danych UNHCR (Urzędu Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców) w roku 2018 w Morzu Śródziemnym utonęło prawie 2300 takich osób. O naruszaniu Konwencji Genewskiej z 1951r. ws. uchodźców już nie wspominam.Ją narusza również rząd PiS i nie zmienia tego faktu mydlenie oczu, jakim jest (skądinąd także potrzebna), niewielka w sumie, pomoc dla uchodźców, zwłaszcza z Syrii,przebywających w Turcji, Jordanii, czy Libanie.
Obu Panów będzie więc sporo łączyć. Dodajmy do tego – eurosceptycyzm, luźne podejście do traktatów unijnych, wyraźny nacjonalizm oraz zamiar przemeblowania sceny politycznej naszego kontynentu.Trudno dziś ocenić,czy może jest to próba wypromowania ruchu alternatywnego wobec tradycyjnych ugrupowań-socjaldemokracji, chadecji,liberałów, itd.? I jakie są na to szanse?
Warto w tych okolicznościach przytoczyć stare rosyjskie przysłowie:”Rybak rybaka widzi z daleka”. Tym bardziej, że sam Salvini i jego formacja są prorosyjscy.

Świąteczny list do Pana Prezesa

Ponieważ w święta zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, my – Twoje koty, uprzejmie zwracamy się do Ciebie z pytaniem, dlaczego już nie walczysz o nasze prawa.
Gdzie się podziały Twoje deklaracje o „sercu dla zwierząt”? Koty z całego Żoliborza przychodzą do nas pytać, jak się sprawy mają. Najedliśmy się wstydu, kiedy musieliśmy tłumaczyć się na mieście z pomysłu podwyższenia VAT na leki weterynaryjne. Jarku,czyżbyś zupełnie nie kontrolował, co wyprawiają Twoi ludzie!
Zdajemy sobie sprawę, że ten przykład niekoniecznie Ci się spodoba – ale nawet Rosja wprowadziła u siebie ustawę o ochronie zwierząt, a u nas nadal nic. Miało nie być futer, obiecywałeś! Dobrze wiesz, że ta kwestia wymaga podjęcia męskiej decyzji. Udawanie, że na fermach zwiększy się kontrolę, to zawracanie głowy. Drogi Jarku, masz szansę rozbić prawdziwy układ! Bo to właśnie wśród rodzin polityków PO jest mnóstwo futrzarskich biznesów! Zróbże coś ponad podziałami! Tupnij nogą, nie każ czekać do kolejnych wyborów! Ten cały Czabański jest w porządku, ale brakuje mu ikry. 10 milionów futrzaków czeka na Twój, Prezesie, ruch.
A łańcuchy? Wszystko rozumiemy, na wsi masz swój elektorat. Ale mamy XXI wiek! Skoro prezes najpotężniejszej partii w kraju może dobrze traktować zwierzęta, to mogą i jego wyborcy. Jako koty, niekoniecznie lubimy się z psami. Ale mimo wszystko nie powinny stać przywiązane do budy na mrozie i dostawać resztek do jedzenia.
Ubój rytualny? Na serio zamierzasz to wspierać? Katolicy przestają już kupować na Wigilię żywego karpia, żeby nie męczyć zwierząt. Inne religie też mogą sobie darować.
Specjalną delegację wysłaliśmy w tym roku do Zbyszka Ziobry, bo zaostrzył kary za znęcanie się nad zwierzętami. Swój chłop! Zrobił na święta naprawdę dobrą robotę.
Ale Ty, Prezesie, ostatnio o nas zapominasz. Zajmujesz się bzdetami, takimi jak wpisy na Twitterze pani Pawłowicz. Odpuść dziewczynie. Nawet ją rozumiemy – niektórzy, tak jak my, potrafią przemówić ludzkim głosem tylko raz, dwa razy w roku…
Twoi ludzie są w większości politycznymi koniunkturalistami. Lubią gadać o wartościach, ale jak co do czego przychodzi, liczy się władza i głosy w urnie. Na co dzień niby tak nie cierpią PO, ale są w stanie się dogadać, żeby tylko nie stracić zysków z futer. Jeśli Ty nie zarządzisz dobrej zmiany dla zwierząt, to nikt się za nami nie wstawi.
Każdy umie pogadać sobie o miłości do ojczyzny na tle biało-czerwonej flagi. Ale nie każdego stać na to, żeby pokazać, że wartości naprawdę liczą się bardziej niż kasa. Liczą na Ciebie miliardy zwierząt.
My wiemy, jak świetnym jesteś opiekunem. Pozwól innym zwierzętom też się o tym przekonać. Do zgadania za rok!

Koty Fiona i Czaruś

Fatalny rok Morawieckiego

Minął rok rządów Mateusza Morawieckiego, jednego z najgorszych premierów po 1989 roku. Jeżeli ktokolwiek miał przekonanie o socjalnej twarzy Prawa i Sprawiedliwości czy przypisywał obecnej władzy propracownicze cele, to ostatni rok powinien pozbawić go złudzeń.

 

PiS od wielu miesięcy nie wprowadził żadnego sensownego rozwiązania w polityce rodzinnej czy polityce rynku pracy. Wciąż mamy zachwycać się programem Rodzina 500+, chociaż liczba jego odbiorców lawinowo maleje. Między czasie wyszło natomiast na jaw, że program Mieszkanie+ od samego początku był propagandowym kłamstwem, gdyż w jego ramach miało powstać ponad 100 tys. mieszkań, a powstało mniej niż 500. Poza tym nie dość, że mieszkania objęte programem są drogie i często niefunkcjonalne, to na dodatek ich ceny zazwyczaj wcale nie są niższe od rynkowych. Mało kto pamięta też o programie darmowych leków dla seniorów. Już nawet rząd przestał się nim chwalić, bo skala wsparcia jest mikroskopijna. Kolejna lata nie ma waloryzacji płac w budżetówce, a rząd podnosi pensje tylko pracownikom wskazanym przez kierowników jednostek budżetowych, co w praktyce często oznacza wsparcie dla ludzi posłusznych władzy.
Płaca minimalna wciąż rośnie wolno, a w przyszłym roku wręcz zmniejszy się jej proporcja do średniej. Nie ma żadnych rozwiązań mających na celu ograniczenie umów niestandardowych, a wręcz rząd wprowadził ustawę o pracy sezonowej, która pozwala płacić pracownikom stawki poniżej ustawowego minimum. Polityka senioralna wciąż praktycznie nie istnieje, a rząd wprowadził zarządzane przez prywatne fundusze Pracownicze Plany Kapitałowe, które oznaczają radykalne wsparcie państwa dla komercyjnego filaru systemu emerytalnego.Na tak liberalne gospodarczo rozwiązanie nie zdecydowała się nawet Platforma Obywatelska.
Rząd wprowadza natomiast różne rozwiązania korzystne dla drobnego biznesu, w którym płace są najniższe, a warunki pracy najgorsze. Mamy więc zakaz handlu w niedzielę, który ma uderzyć głównie w duże sieci handlowe, obniżkę podatku CIT dla małych firm czy zwolnienia od płacenia składek dla najmniejszych przedsiębiorstw. Premier postanowił też, aby cała Polska stała się specjalną strefą ekonomiczną, choć wiele badań dowodzi, że SSE źle wpływają na warunki pracy i poziom wpływów podatkowych. Nie ma też dobrej zmiany w spółkach skarbu państwa i instytucjach publicznych. Ma tam miejsce gigantyczna skala kolesiostwa, a warunki pracy wcale nie uległy poprawie. Świetnym przykładem jest tutaj sytuacja w transporcie lotniczym, gdzie PiS-owskie zarządy Polskich Linii Lotniczych LOT i Państwowych Portów Lotniczych prowadzą skrajnie antypracowniczą politykę, a jednym z ich głównych celów jest osłabienie związków zawodowych.
Rządy Morawieckiego to nieudolny, nacjonalistyczny zamordyzm, którego głównym wyznacznikiem jest błyskawiczne zawłaszczanie kolejnych instytucji przez ludzi posłusznych władzy oraz zaściankowa i pełna kompleksów wizja Polski jako mesjasza narodów. Stąd coraz bardziej żenujące wykreślanie mrocznych kart z historii kraju, grożenie procesami wobec krytycznych badaczy, niszczenie postępowej kultury i sztuki czy zastraszanie antyrządowych dziennikarzy. PiS przestaje też nawet ukrywać, że celem zawłaszczenia wymiaru sprawiedliwości było prześladowanie opozycji i parasol ochronny nad swoimi ludźmi.
Innym elementem rozpoznawczym ekipy Morawieckiego jest porażająca wręcz ignorancja. Głupoty wygadywane przez przedstawicieli polskich władz na szczycie klimatycznym odbierają Polsce wiarygodność i ośmieszają na arenie międzynarodowej. Ale też nie jest to jedynie niechlubny wyjątek, a jedynie część irracjonalnej polityki międzynarodowej, która skłóca Polskę ze wszystkimi sąsiadami i zniechęca do prowadzenia z nami jakichkolwiek rozmów.
Jedyne sensowne działania rządu w ciągu ostatniego roku polegały na wycofywaniu się z wcześniejszych, kompromitujących działań. Tak było ze zmianą autorytarnej ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i z niekonstytucyjnego skoku na Sąd Najwyższy. Ale odejście od dwóch, fatalnych ustaw to za mało, aby rządowi przyznać choćby ocenę mierną. To był fatalny rok dla kraju i najlepiej by się stało, gdyby Mateusz Morawiecki jak najszybciej zniknął z polskiej polityki wraz z całą swoją nieudolną ekipą.

O niepożytkach z Johna Olivera

Oko.press przedstawia się jako „portal sprawdzający fakty i prowadzący dziennikarskie śledztwa”, aspiruje do miana „obywatelskiego narzędzia kontroli władzy”. Niedawno uznał, że takim śledztwem i aktem kontroli władzy będzie publikacja obszernego streszczenia jednego odcinka programu polityczno-satyrycznego anglosaskiego komika, dostępnego bez problemu na YouTube i Facebooku. Drobiazgowa relacja napisana jest w tonie takim, jakby streszczała wykład o autorytaryzmie i faszyzmie autorstwa co najmniej Theodora Adorno. Bo padło w nim kilka ostrych słów o polskim rządzie i Jarosławie Kaczyńskim.

 

Przy całym szacunku dla Johna Olivera i jego zasług, nie jest on Theodorem Adorno. To zaledwie liberał, lewicowy, ale liberał. Jego komentarze są tak ważne w amerykańskim kontekście, bo „lewicowy liberalizm” to dużo jak na warunki mainstreamu amerykańskich mediów. Już ustawia go blisko lewej ściany tego, co amerykańska publiczność kiedykolwiek zobaczy w dużej sieci telewizyjnej.

 

Lewicowy liberalizm i liberalna demagogia

Przy takich poglądach John Oliver dostrzega oczywiście przerażającą konsolidację sił autorytarnych i otwarcie skrajnie prawicowych, ich kolejne triumfy w różnych częściach globu, ostatnio w osobie Jaira Bolsonaro w Brazylii. Nawet przeciętny „liberalny liberał” je widzi, tylko nie wie, co z tym zrobić i nie rozumie, że sam należy do przyczyn. Żeby się w tym komfortowym niezrozumieniu utrzymać, woli wymieszać i pokazać jako przykłady „tego samego zjawiska” wszystko, co nie ma wybranej – powierzchownej, ale łatwej do pokazania palcem – cechy modelowej demokracji liberalnej. Nieważne, czy między przykładami istnieją jakiekolwiek strukturalne podobieństwa. Tylko w taki sposób Trump w Waszyngtonie i Orban w Budapeszcie mogą być dla kogokolwiek częścią „tego samego procesu”, co Maduro w Caracas czy Xi Jinping w Chinach. Takie zestawienie to liberalna demagogia.

Orban, Kaczyński, Trump i Bolsonaro są częścią tego samego procesu, podobieństwa są strukturalne, ma też miejsce wzajemna wymiana inspiracji i wzajemne przyciąganie na arenie międzynarodowej. To te podobieństwa sprawiły, że Bolsonaro jest wielbicielem urzędowego antykomunizmu rządu Prawa i Sprawiedliwości w Polsce (już zaczęły upadać pomniki Che Guevary). To za sprawą tych podobieństw już mówi się o strategicznym zbliżeniu między Białym Domem a Brasilią, gdy tylko urząd w Pałacu Planalto obejmie oficjalnie nowy prezydent. Zbliżenie to będzie połączeniem sił przeciwko Kubie i… Wenezueli Maduro. Tej, która w ujęciu liberalnych demagogów jest częścią tego samego problemu, co Trump i Bolsonaro.

Nawet jeśli prawdą jest jakaś część tego, co słyszymy o represjach i „autorytaryzmie” rządu Maduro (a większość tych głosów wytwarzana jest przez amerykański aparat propagandowy i nie da się jej oderwać od amerykańskiego zainteresowania wenezuelskimi złożami ropy naftowej), to Wenezuela jest zupełnie innym przypadkiem. To lewicowy projekt, który doszedł i utrzymał się u władzy długą serią demokratycznych wyborów, o potwierdzonej prawidłowości, ale ulega postępującej degrengoladzie. Ugina się pod presją amerykańskich sankcji, ekonomicznego sabotażu ze strony międzynarodowego kapitału i współpracującej z nim rodzimej burżuazji, pod ciężarem swoich własnych nierozwiązanych sprzeczności, a także wskutek utraty potężnego protektora w sąsiedztwie, czyli rządów Luli i Dilmy Rousseff w Brazylii. Nawet jeżeli mają tam miejsce owe mityczne represje pod adresem politycznej opozycji, to za mało na dowód, że Maduro jest twarzą „tego samego”, co Trump, Duterte i Bolsonaro.

 

Rozum i zabobon, obecni i nieobecni

Paralele Olivera stają są najbardziej absurdalne, gdy włącza do swojego zbioru mnożących się i rosnących w siłę autorytaryzmów Chiny Xi Jinpinga. Tak jakby w sposób oczywisty nie wyrastał on raczej z liczącej kilka pokoleń kultury politycznej Komunistycznej Partii Chin, w państwie, którego procesy polityczne w niczym nie przypominają tych na Zachodzie. Podobnie zresztą z ekonomicznymi – nie bez powodu od lat globalne statystyki ekonomiczne podaje się coraz częściej w wersji ogólnej i wersji „bez uwzględnienia Chin”, tak bardzo modyfikują one obraz całości.
Donald Trump stoi na czele chyba najbardziej antynaukowej administracji w historii Białego Domu, odrzucającej między innymi konsensus wokół największego zagrożenia, przed którym jako ludzkość stoimy: katastrofy klimatycznej. Wrogość do nauki w ogóle, a do jej ustaleń ekologicznych w szczególności, łączy go tak z Bolsonaro w Brazylii, jak i z rządem PiS w Polsce. Tymczasem Chiny są dziś chyba ostatnim mocarstwem, które nie tylko deklaruje, ale i aktywnie demonstruje zaangażowanie (mierzone siłami, środkami i osiągnięciami) w naukę jako oręże, przy użyciu którego można stawić czoła największym wyzwaniom naszych czasów i naszej kondycji w ogóle. Swoje cele klimatyczne Chiny realizują z kilkuletnim wyprzedzeniem; już są liderem w dziedzinie energii słonecznej. Tylko miniony miesiąc przyniósł informacje o uruchomieniu przez Chińską Akademię Nauk reaktora fuzyjnego, tokamaka („sztucznego słońca”) i o budowie satelity iluminacyjnego do oświetlania nocą wielkich miast („sztucznego księżyca”).

Samo przywiązanie chińskich elit politycznych do Rozumu to już dość, żeby ustawianie Xi Jinpinga w jednym rzędzie z Trumpem traktować jak zabobon. Niezależnie od tego, że Chiny nie są demokracją, a Xi Jinping być może będzie rządził do śmierci – to nie ma związku z tematem. Dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat temu Chiny też nie były liberalną demokracją, a Mao rządził prawie trzy dekady.

Na liście Johna Olivera jest też oczywiście pewien bardzo znaczący nieobecny, który tak samo ujawnia ograniczenia telewizyjnego anglo-amerykańskiego liberalizmu, nawet „lewicowego liberalizmu”. Binjamin Netanjahu. Tymczasem Trump najdosłowniej się na nim w wielu sprawach wzoruje – ostatnio kazał wojsku rzucać w cywilnych uchodźców przez mur na granicy z Meksykiem puszki z gazem łzawiącym. Gdzie ostatnio widzieliśmy coś do złudzenia podobnego?

 

„Ale dowalił Kaczyńskiemu!”

Oczywiście, telewizyjny satyryk nie musi mieć doktoratu z filozofii i nauk politycznych. Dlaczego więc w ogóle piszę tę interwencję? Wyłącznie w związku z tym, z jakim przyjęciem spotkał się ten odcinek w Polsce, w szeregach szerokiego frontu anty-PiS, czego przejawem jest obszerny artykuł poświęcony mu przez Oko.press. Angielski komik w amerykańskiej telewizji ciora Kaczyńskiego po ziemi i porównuje go do Putina! Ale się prawica obrazi!

Jest to, moim skromnym zdaniem, nowe dno w datującym się od momentu restauracji w Polsce kapitalizmu dyskursie polskiej liberalnej inteligencji, liberalnych elit. Mam na myśli tradycję, w której o szeroko zakrojonych projektach politycznych ani konkretnych rozwiązaniach nie debatuje się na podstawie właściwości samych tych projektów i rozwiązań (czy są słuszne i dlaczego, komu służą, jak i dlaczego). Zamiast tego jest narracja, którą można by zatytułować „Co o nas powiedzą na Zachodzie?”.

Najpierw, żeby się przypodobać zachodnim ośrodkom uznania i wyjść na prymusów, liberalne elity zrealizowały w Polsce najbardziej agresywny plan neoliberalnej transformacji, jaki jej podsunięto (Jeffrey Sachs napisał go zresztą Balcerowiczowi tylko po to, żeby przez porównanie łatwiej było przepchnąć któryś z planów łagodniejszych). Za każdym razem, kiedy przegrani tej transformacji szukali jakiejś możliwości artykulacji własnych interesów i próbowali stawić opór wyrządzanym im krzywdom, dowiadywali się o egzaminach, które wciąż muszą jako społeczeństwo zdawać, żeby zasłużyć na uznanie Zachodu – NATO, Unii Europejskiej, jej poszczególnych instytucji. Jak nie, to będzie znaczyło, że „nie dorośli do wolności”.

 

Zmęczenie strofowanych, ośli upór belfrów

Kiedy PiS pierwszy raz doszedł do władzy w 2005, stało się to w jakimś stopniu dlatego, że wystarczająca część dotychczas tak dyscyplinowanych i strofowanych doszła do wniosku, że gotowa jest już przyjąć ten rzucany w nich „Ciemnogród” jako swoją tożsamość, jeżeli chociaż w ten sposób znajdą możliwość wyrażenia czegokolwiek ze swoich skumulowanych frustracji, w najbardziej pokracznej choćby formie. Liberalna inteligencja i liberalne elity okoliczności, że wówczas partia braci Kaczyńskich tak szybko władzę straciła, nie potraktowały jednak jako lekcji i szansy na jakąś refleksję i zmianę tonu. Odetchnęła z ulgą i wróciła do starych przyzwyczajeń. Nie jest w stanie ich z niej wytrącić także drugie wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 i poparcie, które mu uparcie nie maleje.

PiS prowadzi politykę wystarczająco szkodliwą, niebezpieczną i do tego jeszcze tak często nieudolną, żeby zasługiwała ona i dało się ją krytykować i kontrować na samej tej podstawie, merytorycznie. Liberalne elity trzymają się jednak swoich starych nawyków. Elektorat przekonują nie argumentami, a metodą zawstydzania przed światem. TVN rozpływa się nad szczegółami połajanek udzielanych temu niedojrzałemu narodowi przez amerykańskich ambasadorów, opiniami zachodnich gazet, europejskich polityków i instytucji. I ostatnią nadzieję na obronę demokracji pokładają w tych samych instancjach, o których uznanie tak im zawsze chodziło. W ostateczności Unia Europejska na pewno obroni nam demokrację i państwo prawa!

Ale obecna dynamika tego procesu nie ogranicza się tylko do tego, że to już nie działa na elektorat, a być może nawet stało się przeciwskuteczne. Coraz mniej prawdopodobne wydaje się, że Unia Europejska, sama w sobie fundamentalnie niedemokratyczna, „coś zrobi”. Orbanowi na Węgrzech do dzisiaj w żaden sposób nie zagroziła. Przyglądała się spokojnie, jak rząd Rajoya pałował na ulicach Barcelony staruszki zmierzające do głosowania w referendum katalońskim. Niemiecki kapitał wywozi z Polski zbyt wiele zysków, żeby uśmiechały mu się prawdziwe sankcje, na przykład takie, które mogłyby doprowadzić do zawieszenia członkowskich praw Polski w Unii czy siłą rozpędu do Polexitu. Nic nie wskazuje, że pochód autorytarnej, populistycznej prawicy, ksenofobicznej i rasistowskiej, się w Europie skończył. Dopóki nie zabierzemy się za prawdziwe źródło tego problemu (strukturalny kryzys kapitalizmu), kolejne wybory w kolejnych krajach europejskich przynosić będą kolejne takie wstrząsy i ani się obejrzymy, a rząd PiS nie będzie już wcale osamotniony.

Unia Europejska może się wtedy po prostu dostosować do obecności w swoich szeregach rządów autorytarnych, skrajnie prawicowych oraz państw proto – lub całkiem faszystowskich.

Autorytarna, populistyczna bądź skrajna prawica zagraża na pewno wolności mojej i twojej, ale nie procesom reprodukcji i akumulacji kapitału, które są nadrzędną troską UE.

Tak więc z jednej strony strofowanie ludu tym, „co Zachód o nas powie” już nie działa lub wywołuje jedynie opór. Z drugiej – Matka Unia nie rwie się tak naprawdę ratować w Polsce demokrację. Ale te sprzężone okoliczności nie skłaniają liberalnej inteligencji i liberalnych elit do zastanowienia się nad metodą – choćby nad tym, że sama ta metoda jest częścią problemu, gangreny demokracji, bo wpisana jest w nią pogarda dla „niedojrzałego plebsu”, do którego się mówi, któremu się udziela pouczeń i połajanek, ale którego się nigdy nie słucha. Liberałowie idą w zaparte, tylko jedno się zmienia: obniżają coraz bardziej poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę prestiżowych instancji, o których uznanie tak zabiegamy. Kiedyś chodziło o Waszyngton, Brukselę, Berlin, Paryż, Londyn. Rynki światowe, inwestorów, agencje ratingowe. Potem już zaledwie ambasadorów. Dzisiaj wystarczy już satyryk w zachodniej telewizji.

Głos prawicy

Parkingowy

PiS relacjonuje odsłonicie pomnika najwybitniejszego Polaka wszech czasów:
– Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do budowy Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Śp. Lech Kaczyński dobrze zasłużył się Ojczyźnie. Bez niego nie byłoby dobrej zmiany, nie byłoby próby uczynienia polskiego państwa sprawiedliwym i podmiotowym – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Warszawie.
Dodał, że działalność Lecha Kaczyńskiego przyczyniła się decydująco do tego, iż można było przeciwstawić się temu, co zostało nazwane postkomunizmem.
– System ten był lepszy od poprzedniego, ale wciąż obciążony ogromnymi wadami – stwierdził.
Zwrócił uwagę, iż Lech Kaczyński pełnił wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.
– Dzięki Lechowi Kaczyńskiemu powstało Porozumienie Centrum, a jako szef NIK pokazał, że potrafił być znakomitym szefem ważnej instytucji państwowej. Odbudował On jej znaczenie, odbudował jej działanie, odbudował jej prestiż. Był skutecznym politykiem, potrafił kierować się w swoim życiu dobrocią i względami moralnymi – oznajmił.
Przypomniał m.in., że jego Brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych i w tym, co przyczyniło się do powołania Solidarności.
– Odsłonięcie Pomnika Śp. Prezydenta to dowód na nasze zwycięstwo, dowód na to, że chcieć to móc – powiedział Prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Info: pis.org.pl

 

Biznes is biznes

– Kongres 590 jest bardzo ważnym wydarzeniem dla ewolucji gospodarczej Polski. Model wzrostu gospodarczego, który zaproponowaliśmy, jest modelem zrównoważonym. Gospodarka idzie w dobrym kierunku, a części społeczeństwa dotąd będące na marginesie, teraz są wśród nas – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas Kongresu 590 w Jasionce.
– Konstytucja Dla Biznesu działa, wspieramy specjalne strefy ekonomiczne, zmniejszamy obciążenia podatkowe. Chcemy, aby wynagrodzenia pracowników szybko rosły. Wierzymy, że wtedy przedsiębiorcy będą ich jeszcze bardziej doceniać. Na taki model gospodarczy stawiamy – na naszych oczach przynosi nam bardzo dobre rezultaty – oznajmił.
Info: pis.org.pl

Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Flaczki tygodnia

Kampania wyborcza skończyła się. Ściślej plebiscyt wyborczy. A ściślej jego pierwsza runda. Nietrudno przewidzieć, że druga runda rozpocznie się przed 11 listopada. Plebiscytem na największego patriotę.

***

Tylko Święto Zmarłych może jeszcze być wolne od wojny polsko-polskiej toczonej przez PiS z koalicją PO+. W Polsce nie wypada robić polityki na cmentarzach. Jeszcze nie wpada.

***

Hitler straszył użyciem Wunderwaffe, która miała zmienić wynik przegrywanej wojny. Japończycy rzucili do boju samobójczych kamikadze. Amerykanie bomby atomowe. To one ich zwycięstwo przypieczętowało. Nie wiem kogo naśladowali sztabowcy PiS rzucając w końcówce kampanii wyborczej swoją bombę. Telewizyjny spot znowu straszący Polaków uchodźcami. Robiący politykę na grobach. Tyle, że cudzych. Na razie.

***

Straszenie hordami uchodźców na zdrowy chłopski rozum jest w Polsce nieproduktywne. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza kiedy zewsząd słyszymy coraz głośniejsze postulaty, gniewne pomruki nawet, polskich przedsiębiorców żądających kontyngentów złożonych z migrantów. Bo polscy przedsiębiorcy odczuwają strach przed brakiem rąk do pracy.

***

Słyszymy zewsząd, nawet w mediach narodowo-katolickich, że bez importu siły roboczej, najlepiej z Azji, polska gospodarka nie utrzyma zaplanowanego, ambitnego tempa wzrostu gospodarczego. Bez azjatyckich rąk do pracy nie wybuduje się obiecanych przez pana premiera-milionera Mateusza Morawieckiego setek tysięcy mieszkań z programu Mieszkanie +.
Bez ludów z Azji jutro nie wybuduje się dziesiątków tysięcy mostów obiecanych przez pana premiera-milionera w czasie wczorajszej kampanii wyborczej. Nie wybuduje się też Centralnego Portu Komunikacyjnego imienia Lecha Kaczyńskiego, ani żadnej z Wielkich Budów Kaczyzmu obiecywanych przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
No może Mierzeję Wiślaną uda się bez emigrantów przekopać. Jeśli tylko PiS wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne i zagoni do kopania przegraną opozycję.

***

Jeśli wierzyć elitom intelektualnym PiS, prawdziwi Polacy nie akceptują uchodźców, ale gotowi są zaakceptować ekonomicznych migrantów. Czyli nie chcą przyjąć, pomoc, podzielić się chlebem z osobami pokrzywdzonymi przez los. Ofiarami wojny. Nie chcą podzielić się z nimi swoim dostatkiem.
Zaakceptują zaś pobyt w Polsce osób, które zgodzą się pracować dla dalszego pomnożenia dostatku Polaków. Zaakceptują ludzi, którzy zgodzą się być ofiarami polskiego wyzysku ekonomicznego. Gotowych pracować za przysłowiową „miskę ryżu”. Za minimalną płace ustanowioną im przez pana premiera-milionera.

***

Przy okazji. Określenie „za miskę ryżu” to echo chińskiego „tie fan wan”, czyli „żelaznej miski ryżu”.
Tak w maoistowskich Chinach nazywano niskie robotnicze płace w państwowych przedsiębiorstwach. Ale gwarantujące też dożywotnie zatrudnianie oraz bezpłatne mieszkanie, opiekę zdrowotną, edukację, czasem posiłki w zakładowych stołówkach. Zapoczątkowany w 1978 rok przez Deng Xiaopinga marsz ku gospodarce wolnorynkowej łączył się z likwidacją systemu „żelaznych misek ryżu” i masowymi zwolnieniami robotników z pracy w państwowych przedsiębiorstwach. Po to aby rozbić ich solidarność klasową i zatrudniać w skomercjalizowanych przedsiębiorstwach państwowo-prywatnych. Za ryż bez gwarancji dożywotniego zatrudnienia i bez świadczeń socjalnych.
Teraz pan premier-milioner proponuje polskie wizy w zamian za pobyt w polskim obozie pracy.

***

W czasie kiedy elit PiS straszyły obywateli IV RP hordami uchodźców, te same elity PiS celebrowały rocznicę pontyfikatu papieża-Polaka. Celebrowano na kolanach, bo dla ludzi związanych z polskim kościołem katolickim Karol Wojtyła jest nie tylko papieżem, ale też świętym ich kościoła. W Polsce zasług świętego nie można kwestionować. Czynów jego, nawet tych dokonanych w stanie nie-świętości, też krytykować nie wolno.

***

Dlatego trudna jest w Polsce dyskusja o pedofilii w kościele katolickim, zwłaszcza w polskim kościele. Bo choć wiele faktów wskazuje, że papież z Polski nie zwalczał pedofilskiej plagi w swym kościele, to polskie media wspominać o tym nie chcą. W Polsce mamy kosztowne, utrzymywane przez wszystkich podatników instytucje kreujące się na instytuty naukowe. Zajmujące się badaniem, propagowaniem myśli Jana Pawła II-go. Redukujące nauczanie papieskie do kilku formułek w rodzaju „Prawda nas wyzwoli” i konserwatywnej, obskuranckiej wizji ludzkiego życia seksualnego.

***

Nie spotkałem żadnej publikacji dotyczącej problemów uchodźców i emigracji w myśli papieża Jana Pawła II-go. Choć był to papież często podróżujący po świecie i z uchodźcami, emigrantami często obcujący. Nie liczę, że taka publikacja zostanie w IV Rzeczpospolitej upubliczniona, bo tamten papież miał zupełnie inny pogląd na przyjmowanie uchodźców niż pan prezes Kaczyński.

***

Papież Jan Paweł II jest w Polsce martwy jako humanista. I zapomniany w mediach. Istnieje w zbiorowej przestrzeni jako popularny model. Wyrzeźbiony i odlany w setkach pomników. Zwykle niezwykle kiczowatych i zwyczajnie brzydkich. Służy też jako patron wspomnianych już instytucji. Dających zatrudnienie licznym osobom pragnących bezpiecznej pracy w dobrych warunkach. Za więcej niż „miska ryżu”.

 

PS. Piotr Gadzinowski dziękuje wszystkim, którzy oddali na niego głos w wyborach do Rady Miasta Warszawy.

Głos prawicy

W trasie

– Zaczynamy dziś wielką drogę po Polsce, by kontynuować rozmowę z Polakami. Trzeba nieustannie pracować, bo „Dobra Zmiana” wymaga ciągłego działania – powiedział Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas kongresu PiS w Warszawie.
Dodał, że dobra władza dba o obywateli.
– Chcemy nie tylko mówić, ale słuchać i dyskutować. Nie działamy dla siebie, ale dla Polaków – stwierdził.
Podkreślił, że Prawo i Sprawiedliwość musi być „partią czystych rąk i nie ma w niej miejsca dla tych, którzy będą sobie te ręce brudzić”.
Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć propozycji dla Polski: Dobry Start, Obniżka CIT do 9 proc., Program Dostępność+, Mała firma – mały ZUS, Drogi lokalne. Oznajmił, że podczas podróży po Polsce i spotkań z mieszkańcami, jest wysłuchanie i odpowiedzenie na potrzeby Polaków.
– Nasi poprzednicy mają tylko jeden program: anty-PiS, a nasz program nazywa się Polska, i to Polska równych szans. Pokazaliśmy, że można zupełnie inaczej prowadzić politykę społeczną i gospodarczą. Nasz obóz jest po to, aby dawać społeczeństwu bezpieczeństwo – powiedział.
Wicepremier Beata Szydło przypomniała, że program Prawa i Sprawiedliwości powstał po wysłuchaniu trosk, uwag i potrzeb Polaków.
– Godne życie dla polskich rodzin to coś, co wspólnie osiągnęliśmy. Dzieci i rodzina są fundamentem Polski i naszą przyszłością – stwierdziła – Dlatego chcemy wprowadzić udogodnienia dla młodych mam. Wprowadzamy program darmowych leków dla kobiet w ciąży oraz emeryturę dla kobiet, które nie pracowały zawodowo, a wychowały minimum 4 dzieci – powiedziała Wicepremier Beata Szydło.
Info z pis.org.pl

 

Krysia donosi

Krystyna Pawłowicz, poseł PiS i członek Krajowej Rady Sądownictwa ostro komentuje działanie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który postanowił o wstrzymaniu wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów do Izby Karnej SN. Zdaniem Krystyny Pawłowicz działania te są nadużyciem sędziów, którzy z poparciem NSA, próbują sabotować procedurę wyboru przez prezydenta kandydatów do Sądu Najwyższego. Poseł Pawłowicz podkreśla, że NSA nie miał prawa wydać postanowienia w sprawie odwołujących się sędziów, gdyż działają oni z naruszeniem ustawowej procedury. Jak informuje Krystyna Pawłowicz, ustawowa procedura przewiduje złożenie odwołań do NSA za pośrednictwem KRS, która przesyła je do NSA wraz ze swoim odniesieniem się do skargi. Przesyła je wraz z aktami personalnymi kandydatów. Skarżący sędziowie Gąciarek i Skrzecz, jak wszystko na to wskazuje, złożyli odwołania równocześnie bezpośrednio też do NSA. Z kolei NSA złamał procedurę ustawową, gdyż nie czekając na skargę sędziów złożoną w KRS i na odpowiedź Rady na zarzuty, ani tez na akta personale, samodzielnie podjął działania. Działania te nie są przewidziane w ustawie, która żadnych „wstrzymań” i „zawieszeń” uchwał KRS nie przewiduje. Krystyna Pawłowicz przypomniała, że KRS miała zaopiniować dla prezydenta kandydatury na sędziów czterech izb SN: Dyscyplinarnej, Cywilnej, Karnej i Kontroli Nadzwyczajnej i spraw publicznych. Wszystkie kandydatury zostały zaopiniowane i przygotowywane są obecnie sukcesywnie indywidualne uzasadnienia każdej z nich.
– W pierwszej kolejności przygotowaliśmy uzasadnienia uchwał dla kandydatów do Izby Dyscyplinarnej i wysłaliśmy je do prezydenta. Te kandydatury zostały już przyjęte, a sędziowie wyznaczeni. Teraz kończymy opiniowanie uchwał dotyczących kandydatów do pozostałych izb. Do każdej z izb, kilku kandydatów, zgłosiło zastrzeżenia i złożyło odwołania. Procedura jest taka, że odwołania kandydatów od uchwał KRS powinny być składane do NSA tylko i wyłącznie za pośrednictwem Przewodniczącego KRS. Dwóch sędziów, stosując prawo dowolnie, najwyraźniej ścigając się z czasem, z pominięciem procedury ustawowej, przekazało swoje odwołania równolegle, bezpośrednio NSA, a nie tylko do KRS. Tak stało się właśnie w przypadku sędziów kandydujących do Izby Karnej, sędziego Piotra Gąciarka i Rafała Skrzecza – mówi Krystyna Pawłowicz w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

Polska staje się pionkiem

Z Aleksandrem Kwaśniewskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: „Zwracam się zaniepokojony słowami wypowiedzianymi przez Pana Prezydenta w Leżajsku o Unii Europejskiej jako »wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika«. To stwierdzenia nieprawdziwe i niebezpieczne” – napisał pan w liście otwartym do Andrzeja Dudy. Co pana najbardziej niepokoi?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Po pierwsze, lista korzyści, które odnieśliśmy z członkostwa w Unii Europejskiej, jest długa i trzeba być naprawdę w złej formie – mówiąc najdelikatniej – aby twierdzić, że jest inaczej. Dlaczego to jest niebezpieczne? Wpisuje się w nurt już nie eurosceptyczny, ale przeciwny UE i dezintegracyjny, który może zmienić sytuację geopolityczną na świecie.
Unii nie chce Putin, pretensje ma Trump, jedyną naszą szansą, żeby w zmieniającym się świecie XXI wieku grać jakąś rolę, to być razem i tworzyć zintegrowany kontynent. Poza tym taka nieuczciwa krytyka wobec UE, płynąca z ust najwyższego przedstawiciela kraju, przypomina mi to, co robili brytyjscy konserwatyści, a co zakończyło się Brexitem. Chodzi o odbieranie obywatelom satysfakcji z tego, że są w UE, i przekonywanie, że gdybyśmy byli poza nią, to nic wielkiego i złego się nie stanie. Przestrzegam przed takim procesem. W Polsce może nie jest tak niebezpieczny jak w Wielkiej Brytanii, bo cały czas poparcie dla UE jest duże i sięga 70 proc., ale takiego nastroju antyunijnego nie powinien budować prezydent.

 

Politycy opozycji uważają, że po tych słowach jesteśmy coraz bliżej Polexitu. Rzeczywiście to realny scenariusz?

PiS jest dość pragmatyczną partią i wie, że zdecydowana część Polaków popiera członkostwo Polski w UE, więc nie sądzę, żeby poważnie rozpatrywał Polexit. Ale gdy spojrzymy na konkretne działania, to widać, że proces osłabiania pozycji Polski w Unii już trwa. Byliśmy kiedyś blisko głównego nurtu w UE, konsultowano z nami najważniejsze projekty reform, a dzisiaj już nikt tego nie robi; wszczęta została procedura art. 7, która oznacza poważne wątpliwości dotyczące stanu naszej praworządności; czekamy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego ustawy o Sądzie Najwyższym – opinia o Polsce w kręgach politycznych i europejskich stolicach jest zdecydowanie gorsza niż była parę lat temu.

Być może nie chodzi jeszcze o Polexit, ale efektem polityki PiS-u jest istotne osłabienie pozycji Polski. Po prostu sami pakujemy się na margines, o tym piszę także w liście do prezydenta. Polska powinna być unijnym partnerem na Wschodzie, ale za PiS-u takim partnerem nie będzie. Stajemy się mało znaczącym pionkiem.

 

Rząd PiS-u zdecyduje się na zignorowanie orzeczenia TSUE?

Za wcześnie jeszcze o tym mówić, bo nie wiemy, jaki będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości. Można domyślać się, że jeżeli będzie niekorzystny, to rząd będzie szukał różnych form jego obejścia. To nie zbuduje pozycji Polski i będzie dalszym ciągiem marginalizowania naszego kraju, z bardzo przykrymi konsekwencjami. Jakimi?

Może odbić się nie tylko na wysokości środków finansowych kierowanych z Unii, ale przede wszystkim zdecydowanie ograniczy wpływ na to, co dzieje się w Europie.

 

Ministrowie z Kancelarii Prezydenta tłumaczyli, że w tej wypowiedzi Andrzej Duda chciał zwrócić uwagę na problemy wewnątrz UE.

Nawet jeżeli chciał, to tego nie zrobił… Gdyby zaproponował plan reform, to chętnie bym przeczytał i podyskutował. Takiego planu nie ma. Polska nie proponuje zmian, tylko stanie na marginesie wydarzeń europejskich. To fatalna polityka.

 

Dlaczego prezydent w ogóle wypowiedział takie słowa? Emocje czy przemyślana strategia?

Gołym okiem widać, że Andrzej Duda bardzo się swoimi wystąpieniami podnieca, więc na pewno emocje odegrały pewną rolę. Mam wrażenie, że to jest też element wewnątrzpisowskiej batalii. Ostatnio swój język zaostrzył premier Mateusz Morawiecki, ale i prezydent, może to jest wyścig w stronę twardego elektoratu. Od prezydenta należy jednak oczekiwać czegoś innego.
Wypowiedzi głowy państwa powinny być stonowane, a szczególnie jeżeli dotyczą tak strategicznej sprawy jak sojusz, w którym jesteśmy. Słowa prezydenta o „wyimaginowanej wspólnocie” odbiły się szerokim echem w prasie europejskiej, z bardzo negatywnymi komentarzami.

 

Myśli pan, że Andrzej Duda w ogóle przeczytał pana list i wziął go sobie do serca?

Pracowałem 10 lat w Pałacu Prezydenckim i wiem, że wszystkie takie głosy, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, były głowie państwa przedstawiane. Nie chodzi oczywiście tylko o mój list, ale także na przykład o komentarz w „Financial Times” i innych gazetach. Wydaje mi się, że ja dostawałem informacje o wszystkim, co ukazywało się w świecie na temat Polski i mojej działalności. Wierzę, że taką sprawność zawodową w Pałacu utrzymano.

A czy wziął sobie moje ostrzeżenia do serca? To będzie zależało od tego, czy niedługo zrobi jakiś gest w stronę UE. Jeżeli będzie nadal brnął w tę samą stronę, to będzie miało bardzo złe konsekwencje dla Europy, dla Polski i dla niego.

 

Prezydent będzie się angażował w pełni w kampanię wyborczą Prawa i Sprawiedliwości?

Co do tego nie mam wątpliwości. A to kolejne niebezpieczeństwo. Polska odniosła wielki sukces w ostatnich 30 latach przede wszystkim dlatego, że zdecydowaliśmy się na decentralizację państwa. Pierwsze w pełni wolne wybory samorządowe odbyły się w maju 1990 roku, czyli 11 miesięcy po wyborach parlamentarnych. Dokonaliśmy tego bardzo szybko i dzięki temu uruchomiliśmy ogromną energię lokalną, która zmieniła małe ojczyzny. Udało nam się osiągnąć pewną równowagę, która dobrze służy i powoduje, że każdy ma udział we władzy. Jedną z idei decentralizacji jest to, żeby ludzie na dole wybierali tak jak im w sercu gra i żeby nie było dyktatu ze strony Warszawy.

PiS chce wrócić do koncepcji wpływu władzy centralnej na wszystko. To jest zaprzeczenie idei samorządności i ogromny błąd. Gdybym był członkiem partii rządzącej, to cieszyłbym się, że są różne silne samorządy. To jest nasza moc.

 

A gdyby pan był dzisiaj prezydentem?

Apelowałbym, żeby być aktywnym i brać udział w wyborach. Przekonywałbym także, że wszyscy, którzy będą działali na rzecz swoich małych ojczyzn, powinni mieć wsparcie w centrali. Dlaczego władza ma nie chcieć tych, którzy „będą warczeć”? Przecież to jest prawo obywateli w demokratycznym państwie, a z drugiej strony każdy samorząd potrzebuje pieniędzy i nie będzie odwracał się plecami do Warszawy. Gdybym był prezydentem, to cieszyłbym się, że mapa polski samorządowej jest tak zróżnicowana i nie marzyłbym o tym, aby wszystko było w rękach PiS-u. To byłaby paranoja.

 

Tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS w wyborach parlamentarnych?

PiS ma bardzo skonsolidowany elektorat na poziomie 35 proc., to jest poparcie na dzisiaj, jutro i może na pojutrze. I to jest duża siła. Gdy podliczyć poparcie dla partii opozycyjnych, to jest ono porównywalne, ale pytanie, czy nie zostaną popełnione błędy takie jak w 2015 roku. Jeżeli do Sejmu wejdą dwie listy: liberalno-centrowa Koalicji Obywatelskiej i centro-lewicowa złożona z innych ugrupowań, na co niestety się na razie nie zanosi, to wygrana jest możliwa. Wiele zależy od wyniku partii, które do wyborów zapewne pójdą samodzielnie i mogą zdecydować o kształcie polskiej demokracji. Taką partią, wszystko na to wskazuje, będzie SLD, ale też PSL i Partia Razem. Jest o co walczyć.

 

Tyle że na razie lewica nawet nie próbuje się łączyć. „Nie” mówi na przykład szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Tak mówi, bo z drugiej strony padają takie same sygnały. Myślę, że do poważnej dyskusji może dojść po wyborach samorządowych, bo to będzie prawdziwy sprawdzian. Dla niektórych to będzie zimny prysznic i powód do tego, aby racjonalnie spojrzeć na politykę.

 

Co się stało z polską lewicą?

I tak jest lepiej niż było… Wydaje mi się, że SLD jest bardziej skonsolidowaną partią. Najważniejsze pytanie brzmi: czy zostanie postawiona kropka nad i? Na razie nie chcę niczego prorokować. Czekam na wybory samorządowe i być może większą gotowość do budowania wspólnoty koalicyjnej na wybory parlamentarne. Ale już tyle razy sparzyłem się na nadziejach na wspólną lewicową koalicję, że zamilknę…

 

Myśli pan, że prezydent będzie do końca robił wszystko, czego oczekuje do niego prezes PiS-u? Będzie uczestniczył w „przejęciu” Sądu Najwyższego?

Cała sprawa „reformy sądownictwa” jest nieporozumieniem od początku do końca. Nie chodzi o żadną reformę, tylko wymianę kadrową i w tej sprawie rząd poszedł na skróty, łamiąc konstytucję. Konsekwencje tego będą bardzo poważne i będzie trzeba bardzo długo wychodzić z chaosu prawnego. Było już wiele możliwości, aby zatrzymać ten proces, ale nigdy nic takiego się nie stało, dlatego nie wierzę, że się stanie. Władza ma prosty scenariusz – szybko załatwić, powołać nowych sędziów i I Prezesa SN. Nikt nie chce czekać, bo chodzi o rewolucję kadrową.

 

Jaki plan ma w związku z tym Jarosław Kaczyński?

Prezes uważa, że państwo powinno być scentralizowane i decydować o większości sfer naszego życia. Opanował już media publiczne, mówi się o „repolonizacji” jeszcze niezależnych mediów, ma spółki Skarbu Państwa, chce mieć sądownictwo… To wszystko na dodatek jest robione w PRL-owskim stylu. Przecież na czele tego scentralizowanego państwa nie stoi ani prezydent, ani premier, tylko szef partii, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

W Polsce to już było. Pamiętam Gierka, Gomułkę, zresztą Jarosław Kaczyński pamięta jeszcze więcej, bo jest starszy ode mnie. Nie wiem tylko, dlaczego ten model chce powtarzać.

 

Co pan poradzi prezydentowi przed spotkaniem z Donaldem Trumpem?

Mam długą praktykę spotkań z prezydentami amerykańskimi, nam zawsze o coś chodziło i to były trudne sprawy. Zachęcałbym Andrzeja Dudę, żeby treść spotkania i komunikat nie ograniczyły się do tego, że jesteśmy strategicznymi partnerami i się kochamy, bo to jest o wiele za mało. Nie powinien się także koncentrować na temacie wiz, bo one i tak zapewne niedługo zostaną zniesione.

Strategiczna jest kwestia stosunku Donalda Trumpa do Rosji. Po szczycie w Helsinkach cały czas niewiele o tym wiadomo. Powinien też w tej sprawie przedstawić nasze argumenty. To jest bardzo ważny temat, o którym warto rozmawiać na poważnie.

To powinien być dialog polityczny na poziomie strategicznych partnerów. Bez tego to będzie banalne spotkanie.

 

Lobbował pan na rzecz Ukrainy w USA za pieniądze? Takie pojawiły się informacje w mediach.

Nie jestem zawodowym lobbystą, jestem politykiem, który na rzecz Ukrainy lobbuje 25 lat, ale nie biorąc za to żadnych pieniędzy. Zresztą zawsze będę lobbował za Ukrainą. Spotykałem się z Paulem Manafortem w latach 2012-2013, ale przecież nie wiedziałem, że miałem do czynienia z człowiekiem, który w 2018 roku zostanie posadzony na ławie oskarżonych. Pełniąc misję ze strony PE miałem za zadanie doprowadzić do podpisania porozumienia stowarzyszeniowego Ukrainy z UE i uwolnić więźniów politycznych. Manafort był wtedy oficjalnym doradcą Wiktora Janukowycza, który – przypominam – był za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej, chodziło tylko o usunięcie ostatniej przeszkody i wypuszczenie więźniów. W takim duchu rozmawialiśmy, w takim duchu też występowałem na różnych konferencjach międzynarodowych jako spiker, za co otrzymywałem honoraria, ale to jest podstawowa aktywność byłych prezydentów. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie słyszałem o żadnej grupie, do której miałem należeć. Proszę pamiętać, że to jest też linia obrony samego Paula Manaforta.