Opozycja zyskuje wiatr w żagle

Kaczyński przestał być wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też spora grupa elektoratu z mniejszych miast i wsi, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości. Głosowali na PiS w poprzednich wyborach, teraz mogą zagłosować na Hołownię albo PSL – mówi prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kilkoro posłów porozumienia z Gowinem na czele głosowało za prof. Wiąckiem podczas sejmowego głosowania nad obsadą urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich. Czy to oznacza kryzys w rządzie?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE; Po pierwsze, gdyby pani Staroń miała odejść z Senatu, to mogłoby się okazać, że jej miejsce po wyborach uzupełniających zajmie przedstawiciel opozycji. Do tego być może odejdzie senator Borys-Damięcka, której już należy się emerytura, a która ma dość zachowawcze i konserwatywne poglądy. Na naszej politologicznej giełdzie pojawiają się tu nawet takie nazwiska jak Tusk czy Hołownia. Wówczas Senat stałby się jeszcze bardziej opozycyjny i Kaczyński musiałby mieć pewność, że może przegłosować poprawki senackie, a o to dziś bardzo trudno, zakładając, że Gowin nie będzie zawsze pewnym koalicjantem.

Co politolog może wyczytać z wydarzeń w Rzeszowie i wygranej wspólnego kandydata opozycji?

Sytuacja jest dość złożona. Zacznijmy od tego, że Rzeszów nie musi być żadnym wielkim testem czy papierkiem lakmusowym tendencji ogólnopolskich, jak czasem komentatorzy nazywają te wybory.

Po pierwsze, opozycja pokazała, że potrafi się zjednoczyć i mimo wszystko potrafi podjąć pewne ryzyko i jest w tym zborna. Do tej pory, zazwyczaj gdy opozycja kombinowała, szykowała jakieś triki i próbowała ograć w jakiś sposób Kaczyńskiego, to zazwyczaj to się nie udawało. Nie umiała tego zrobić z różnych powodów: złożoności światopoglądowej partii opozycyjnych, aspiracji liderów, także przyzwyczajeń. Tutaj okazało się, że się udało.

Po drugie, spójrzmy na tę sytuację z uwzględnieniem doświadczeń innych państw. Od zwycięstwa opozycji w większych miastach zaczęła się odbudowa nadziei w wyborach opozycji na Węgrzech. Ruszyła fala motywacji w wyborcach opozycji i fala konstruktywnych kroków po stronie partii opozycyjnych, które dzięki temu mają szanse na wygranie wyborów i stworzenie rządu. Zresztą mer Budapesztu został wystawiony jako potencjalny premier.

Kolejną kwestią jest fakt, że PiS bardzo mocno wspierał panią Leniart, a do Rzeszowa przyjeżdżali różni prominentni politycy PiS-u, łącznie z samym Kaczyńskim. Okazało się, że to dało pani Leniart zaledwie dwadzieścia parę procent, mimo tych wszystkich działań i błogosławieństwa Kaczyńskiego. To z kolei pokazuje, że prezes nie jest już tak wszechmocny, jego poparcie nie ma już takiego wielkiego znaczenia.

Co więcej, w kontekście tych wyborów pojawiło się wiele memów o pani Leniart, o Kaczyńskim, który ją wspierał. Internauci szybko złapali dziwne, nienaturalne sytuacje i pozy, i zaczęło się coś, co moim zdaniem wpłynęło na wynik wyborów prezydenckich, jeżeli chodzi o Bronisława Komorowskiego. Zaczął się śmiech w Internecie z Kaczyńskiego i Leniart, ze Zjednoczonej Prawicy. To może spowodować, że zaczną się od nich odwracać młodsi, konserwatywni wyborcy, bo PiS zacznie się stawać obciachowy.

Czyli PiS przestał być wszechwładny, ale jeszcze za wcześnie, aby składać go do politycznego grobu?

Zjednoczona Prawica przetrwa z kilku powodów: po pierwsze, bo Kaczyński dołoży teraz wszelkich starań, aby utrzymać ją w całości. Jeżeli odejdzie teraz Gowin, to Kaczyński nie ma pewności, że dzięki głosom bielanowców i kukizowców, a nawet jeżeli uda mu się kogoś z PSL przeciągnąć na swoją stronę, utrzyma większość.

Co więcej, nie ma wtedy za bardzo szansy na oddalenie weta Senatu. Dlatego Gowin jest mu potrzebny i dostanie, co chce, np. będą to rekompensaty dla średnich i małych przedsiębiorstw, które stracą na Polskim Ładzie. Gowin sprzeda to jako swój wielki sukces i wszyscy będą zadowoleni. Ziobro oczywiście też czyha tylko, aby zaszkodzić Morawieckiemu czy samemu Kaczyńskiemu, zatem prezes zrobi wszystko, aby prawica pozostała zjednoczona. Trudno powiedzieć, czy prezes zawsze będzie mógł liczyć na Konfederację, jak w przypadku wyboru pani Staroń – zapewne nieczęsto formacja ta będzie głosowała tak, jak PiS, zatem nie można na niej opierać strategii głosowań.

Zacznie się jednak teraz strojenie żartów z PiS i śmieszkowanie w Internecie, i to może doprowadzić do tego, że PiS stanie się obciachowy, a to jest tendencja, która zmienia cały krajobraz narracyjny. Oby opozycja to wykorzystała.

Czy to znaczy, że PiS przestał być sexy, pachnieć władzą, jak powiedział kiedyś Leszek Miller?

Na pewno Kaczyński przestał być demiurgiem, wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też powoli młodszy elektorat. Do tego spora grupa elektoratu z mniejszych miast, elektoratu wiejskiego, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości, którzy głosowali na PiS w poprzednich wyborach. Teraz mogą zagłosować na Hołownię albo wrócić do PSL, który zanotował spory odwrót swojego elektoratu do PiS-u. Jest tez Agrounia, która może PiS-owi parę głosów zabrać, mimo że nie przekroczą pewnie progu. Jest zatem kilka problemów, z którymi PiS musi się zmierzyć, ale największy to ten wizerunkowy.

Andrzej Duda już od jakiegoś czasu jest przedmiotem kpin i śmiechów, zatem tu ten proces już nastąpił. Przykład Rzeszowa i pani Leniart pokazuje, że Jarosław Kaczyński też potrafi postawić na niewłaściwego konia.

A co to oznacza dla opozycji?

Opozycja zyskuje wiatr w żagle i teraz musi przede wszystkim nie stracić wizerunkowo na tym, co się stało w Rzeszowie. To warunek bezwzględny. Opozycja rozdmuchała tę sprawę, zatem teraz musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie z Fijołkiem. Jeżeli będzie popełniał błędy i Rzeszowianie stwierdzą, że to nie był dobry wybór, będzie to oznaczało klapę dla opozycji. Rozumiem, że to nie jest takie proste, ale na pewno wszystkie ręce na pokład. Prezydenci wszystkich miast, którzy rządzą, a nie są ze Zjednoczonej Prawicy, muszą też najlepiej jak potrafią wywiązywać się ze swojej roli, to musi być lobbowanie na poziomie unijnym, aby środki szły do nich bezpośrednio itd. Do tego oczywiście musi iść odpowiednia narracja i przekaz, a Rzeszów musi się rzeczywiście okazać miastem otwartym, aby mieszkańcy uwierzyli, że naprawdę żyje się lepiej.

Czy widzi pani zjednoczoną opozycję w wyborach parlamentarnych?

Opozycja jest tak zróżnicowana, złożona, że o to będzie trudno, ale nie ma się co dziwić, bo siły prodemokratyczne i liberalne zawsze są bardziej złożone, niż te konserwatywne. Na pewno nie będzie łatwo zjednoczyć się opozycji. Myślę też, że ta premia działa tylko do pewnego stopnia. Spokojnie sobie wyobrażam, że wyborcy PSL mają problem z tym, że podnoszone są kwestie adopcji dzieci przez osoby LGBT+ i dlatego sądzę, że środowiska bardziej konserwatywne powinny się przyłączyć albo do Hołowni, albo PSL, tylko oczywiście nie mogą ryzykować braku przekroczenia progu. To musi być pewniak.

Może grupa w rodzaju PSL plus konserwatyści z PO jak Raś i Zalewski plus ewentualnie jacyś gowinowcy, choć w to ostanie wątpię. Sama PO powinna skręcić trochę na lewo, bo po prawej stronie nie ma czego szukać. Tam jest już PiS, potem Hołownia, PSL więc w dzisiejszym kształcie powinni przesunąć się na lewo i oczywiście zmienić lidera na Trzaskowskiego. Lewica, byleby przekroczyła próg i aby nie była takim ugrupowaniem, które pozwala sobie na flirty z PiS-em jak ostatnio, choć trudno powiedzieć, w którym kierunku pójdzie.

Ciekawe, czy takie przetasowanie przyniosłoby nowe otwarcie. Stawiam, że tak, bo duża grupa nowych wyborców, w szczególności młodszych, którzy są otwarci, liberalni i już nie kochają Kościoła katolickiego, mogłaby zostać zagospodarowana. Przypomnę jeszcze, że w Polsce jest największa na świecie przepaść między religijnością starszych i młodszych. Kwestie religijne, bardzo tradycjonalistyczne, nie będą ich przekonywać i sądzę, że opozycja powinna to uwzględnić obmyślając strategię.

Mówi się o rekonstrukcji rządu, w którym ma się znaleźć więcej kobiet, ma też odejść z funkcji wicepremiera Jarosław Kaczyński. Co to oznacza?

Dokładnie nic, tak jak nic nie znaczyło jego wejście do rządu. Zresztą mam wrażenie, że on sam uświadamia sobie, że to nie ma już większego sensu. Wizerunkowo też nie sądzę, żeby to miało większe znaczenie. Co do liczby kobiet, to jest to znaczące, bo jeżeli PiS zrobi manewr, który będzie mocno zaskakujący – pojawi się ktoś, kto będzie ogromnym zaskoczeniem dla samej opozycji, to może być medialną sensacją. Jeżeli w rządzie pojawiłby się ktoś kojarzony z liberalną częścią sceny politycznej, bardziej progresywną, to może rzeczywiście nabić Kaczyńskiemu kilka punktów wizerunkowo. Natomiast czy to będzie istotne kryterium podczas podejmowania decyzji przy urnie wyborczej, wątpię. Nie sądzę też, aby to podniosło słupki poparcia PiS.

Motyle na szpilkach

Jak zwykle nie będę wymieniał nazwisk. Ale w ostatnich tygodniach kilkoro pań i panów widocznych w telewizorze przypominało mi mniej wrażliwych szkolnych kolegów, którzy złowione motyle nabijali na szpilki, nie zadając sobie trudu ich uśpienia. Taki biedny motyl przez chwilę wił się bezradnie zapewne z bólu i kurczowego poszukiwania możliwości ucieczki. Jeśli ma oczy (chyba nie?) to na pewno widać w nich było przerażenie.

Niewygodne pytania

Obserwowani przeze mnie politycy różnych szczebli zjednoczeni w jednoczonej prawicy wykazywali podobne odruchy wtedy, gdy dziennikarze mniej zaprzyjaźnionych telewizji zadawali im niewygodne pytania. Niewygodne, to znaczy takie, na które każda odpowiedź niezgodna z poglądem Najważniejszego Prezesa jest niebezpieczna. A Prezes jest „zarobiony”, więc w niektórych, ważnych sprawach wypowiada się z opóźnieniem, albo w ogóle je pomija.

Dwa z takich pytań były – oczywiście w różnej formie – zadawane wielokrotnie. 

Pierwsze dotyczyło tego, czy Szanowny Pan Premier zaczął organizować prezydenckie wybory korespondencyjne i powodować wydawanie na ich przygotowanie ponad stu milionów złotych z własnej inicjatywy, czy też „musiał” wykonywać polecenie szefa swojej partii, czyli Najważniejszego Prezesa? Czy Pan Premier jest zatem winien zmarnowania tych pieniędzy, czy też można jego odpowiedzialność jakoś „rozwodnić”? 

Drugie namolnie zadawane pytanie miało może mniejszy ciężar gatunkowy, ale za to było bardziej zabawne. Dotyczyło ono wypowiedzi naszego premiera i premiera Republiki Czeskiej o efektach wstępnych rozmów zmierzających do rozwiązania „problemu Turowa”. Nasz twierdził, że Czesi zgodzili się wycofać skargę do Międzynarodowego Trybunału UE, a czeski zapewniał, że jeszcze nie mają takiego zamiaru.

PIS jest partią wodzowską. To się w historii często zdarzało, ale jest wyraźnie sprzeczne z zasadami demokracji i na ogół kończyło się źle, aby nie powiedzieć – tragicznie. W tego typu partiach i tworzonych przez nie rządach zawsze występowała zasada powtarzania złotych myśli wodza i obawa przed wcześniejszym powiedzeniem czegoś, co potem okaże się niezgodne z tymi myślami. Następstwa mogą być przykre. Ograniczenie lub nawet utrata łaskawej opieki wodza, dobrych posad dla siebie lub (i) rodziny, ważnej pozycji w organizacji, dodatkowych dochodów i bezkarności. Motylek wbity na szpilkę krępujących pytań, unika więc jasnych odpowiedzi i czeka na wytyczne Wodza lub kogoś znanego, jako jego publiczna tuba informacyjna. 

Kto rządzi rządem?

W spawie pierwszego z wymienionych pytań słyszałem wiele bełkotliwych i niezrozumiałych odpowiedzi do czasu, aż sam wódz był łaskaw przyznać, że miał i „rzucił” pomysł przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów. Wysłuchałem tego zwierzenia z należytą uwagą, ale ze wstydem przyznaję, że mimo to nadal nie pojmuję, dlaczego – jak twierdzi NIK – przy próbie realizacji tego pomysłu nie przestrzegano prawa? Przypuszczam bowiem, że prezes na ogół mówi, czego oczekuje, ale nie mówi, jak to zrealizować. 

Skrobiąc ten znak zapytania dochodzę do wniosku, że z nieznanych mi przyczyn popełniono dwa podstawowe błędy, decydujące o legalności, podjętych działań. Pierwszy, – że nie obarczono tymi zadaniami PKW, czyli Państwowej Komisji Wyborczej, formalnie jedynego „ciała” upoważnionego w Polsce do przeprowadzania wyborów. I dugi, – że nie zdecydowano się na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej wywołanej przez pandemię. Rezultaty w postaci wyrzuconych pieniędzy były by prawdopodobnie zbliżone, ale nie naruszano by prawa. 

Nie jestem odkrywcą, bo już słyszałem i czytałem podobne opinie. Ale mam jednak w tej sprawie jeszcze jedną wątpliwość. Konsultacje premiera z jego zapleczem politycznym w ważnych sprawach to „normalka” stosowana na całym świecie. Ale to powinny być konsultacje, a nie decyzje. Przez kilkadziesiąt lat przyzwyczailiśmy się wprawdzie do tego, że decyzje podejmują Pierwsi Sekretarze rządzącej partii, ale przecież twierdzimy, że teraz mamy zupełnie inny ustrój. Złośliwie mogę przypuszczać, że ten poprzedni w niektórych dziedzinach bardziej opowiada upodobaniom obecnej władzy. Jest wygodny, bo zaciemnia odpowiedzialność i tworzy z rządu i premiera tylko grupę urzędników, posłusznie wykonujących życzenia Najważniejszego Prezesa, pełniącego rolę I sekretarza. Z konieczności, a może i z upodobania, jest wtedy zawsze autokratą.

Optymizm i racjonalizm

W motylich próbach odpowiedzi na drugie pytanie najbardziej zabawne było twierdzenie, że różnica zdań między premierami polega tylko na innym rozłożeniu akcentów. Obaj się przecież zgadzali, że trzeba sprawę jakoś załatwić. Inaczej jednak odczuwali rezultaty wymiany uśmiechów i poglądów. Nasz premier ma naturę sympatycznego, optymistycznego bajkopisarza, a czeski jest racjonalistą i czeka na konkretne pieniądze dla poszkodowanych gmin. 

Przyczyną kłopotów z Turowem jest też ciągły brak konsekwencji i stanowczości naszego rządu w sprawie przyszłości energetyki opartej na spalaniu węgla, zarówno kamiennego jak i brunatnego. Bez drastycznego zmniejszenia udziału elektrowni węglowych w bilansie energetycznym, nigdy nie osiągniemy zaplanowanych zadań przywracania czystości powietrza.  Wiem, że rozmowy z górnikami są trudne. Ale jeśli wiele lat temu potrafiła je prowadzić Margaret Thatcher to tym bardziej powinni to potrafić nasi, znani z męskości politycy prawicy. 

Nie wiem, jak się skończą polsko – czeskie pertraktacje, czy i kiedy Republika Czeska wycofa skargę złożona do Trybunału Sprawiedliwości. Uzyskane porozumienie będzie nas kosztować znacznie więcej niż mogło kosztować wcześniej, gdyby nasze władze reagowały odpowiednio na wnioski Czechów. To kolejne straty finansowe powodowane przez prawicowy rząd, wynikające ze swoistego „tumiwisizmu”, opartego na wierze we własna nieomylność i bezkarność. 

A ceny rosną

Sądzę, że te dwa pytania powodująco ostatnio najbardziej widoczne tańce rządowych motyli na informacyjnych szpilkach nie będą wyjątkami, Spodziewam się, że w najbliższym czasie zacznie być częściej i bardziej agresywnie zadawane pytanie, czy rząd zamierza coś zrobić, aby zatrzymać rosnącą inflację. Może się ono łączyć z pytaniem o to, jak długo będzie trwała zabawa w zniechęcanie ludności do oszczędzania. Płaczę ze śmiechu, jak widzę „rewelacyjne” oferty niektórych banków proponujące lokowanie u nich nowych środków na „wyjątkowo wysoki” 1% w skali roku – ale tylko na miesiąc. Klient, który skorzysta z tej oferty i zmobilizuje 10 tys. złotych swoich oszczędności „zarobi” więc po miesiącu 1/12 procenta, czyli (100:12) – 8,3 groszy. I to w czasie, gdy inflacja przekracza 4% a banki zwiększają stawki opłat za prowadzone operacje.

Teoria, że ograniczanie oszczędności lokowanych w bankach powoduje „automatycznie” wzrost zakupów i tym samym pomaga w „napędzaniu” gospodarki, nie zawsze się potwierdza. Pieniądz wycofywany z bankowych oszczędności szuka bardziej opłacalnej lokaty – zakupu mieszkań, działek, udziałów w „pewnych” firmach, ostatecznie złota i obcych walut. Ale rzadko jest wydawany na dosłowną konsumpcję – luksusowe wyżywienie, nowe samochody, atrakcyjne urlopy. Nie w tych celach był, bowiem, czasem z wielkim wysiłkiem, odkładany.

Wydaje mi się, że nasz zapracowany rząd, wspierany przez NBP, nie doczeka się w tych sprawach wytycznych Najważniejszego Prezesa. Musi się rozejrzeć, zobaczyć, co robią inni, wybrać instrumenty działania i samodzielnie podjąć decyzje. To przykre, ale chyba będzie konieczne.

Borelioza polityczna

– Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą. Są najprawdopodobniej spisani na straty – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert w zakresie marketingu politycznego, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Porozumienie Gowina zgłasza kandydata na RPO, ten nie dostaje poparcia od rządzącej większości, więc się wycofuje. PiS zgłasza senator niezależną Lidię Staroń, chwilę później cała opozycja proponuje na RPO profesora UW Marcina Wiącka, pod którego kandydaturą podpisuje się Jarosław Gowin, kilku posłów Porozumienia i poseł PiS Girzyński. O co tu chodzi?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Trwa rozgrywka w tzw. Zjednoczonej Prawicy. Na pewno główne ugrupowanie, czyli PiS, gra na to, aby nie wybrać RPO, ponieważ po 15 lipca będzie wówczas mogło wprowadzić komisarza. Wówczas ostatni niezależny urząd stanie się podległy, „na rozkaz”. Łatwiej steruje się kimś, kto pełni obowiązki, bo w razie czego następnego dnia już może nie pełnić obowiązków. Tak jak pan Kaczyński zapowiedział premierowi Morawieckiemu, że ten jest premierem, bo on tak chce.
Zresztą to ciekawe, bo wicepremier Kaczyński ostatnimi czasy albo stracił czujność, albo gra jakąś grę, bo ujawnia wprost mnóstwo rzeczy.

Jakich?

Chociażby to, że to on nakazał wybory kopertowe, mimo że akurat wtedy nie miał żadnych kompetencji prawnych jako szef partii. Ujawnianie takich informacji wizerunkowo jest bez sensu, bo i tak wszyscy wiemy, że rządzi w kraju prezes z Nowogrodzkiej. Zatem widocznie ta informacja była skierowana do kogoś innego. Może do koalicjantów?

Co do RPO, to dziwię się pani senator Staroń, że ta pozwala się tak traktować. To, że pan marszałek Terlecki potrafi rozmawiać z dziennikarzami plecami, już wiemy, ale to opowiadanie, że pani Staroń „bardzo chce” i dlatego jest kandydatem na RPO, jest niegrzeczne.
Jest realna szansa, że pan prof. Marcin Wiącek zostanie RPO głosami całej opozycji i Gowina. Wiele zależeć będzie od posłów Konfederacji. I co wtedy?
Owszem, bo tam jest jeszcze pudełko w pudełku. To dość pokrętna zagrywka PSL, który najprawdopodobniej w zamyśle chce uwiarygodnić przejście pana Gowina na wybory. Kancelaria pana prof. Wiącka czynnie brała udział czynnościach cywilno-prawnych pana Gowina, jak głosi plotka dziennikarska, zatem trudno, żeby go w tej sytuacji nie poparł. Być może pani Lidia Staroń dlatego została zgłoszona przez PiS jako kandydatka na RPO, żeby łatwo było ja utrącić, bo pani senator nie jest prawnikiem.
Pan Bodnar pokazał, że prawnicze wykształcenie jest niezbędne na tym stanowisku. Wówczas kandydat PSL byłby dodatkowym pstryczkiem w nos.
Konstytucja wymaga, aby wyróżniał się wiedzą prawniczą.

Ale kto się dziś przejmuje z kręgów władzy wymogami konstytucyjnymi? To myślenie wsteczne, archaiczne. To, co zrobiło PiS z prawem, konstytucją w Polsce, to ewenement w demokratycznych krajach.

Nie o to chodzi, jaki jest zapis w konstytucji, tylko jak można to prawo lekceważyć. Podam przykłady i to niezwiązane bezpośrednio z PiS: sędzia Nawacki, który podarł uchwałę kilka miesięcy temu, teraz przewodniczący związku „Solidarność” pan Duda drze postanowienie TSUE. To świadczy o bagnie moralnym, w jakim się znaleźliśmy.

Wracając do RPO, oczywiście jest szansa, że zostanie wybrany na ten urząd pan prof. Wiącek, ale opozycja musiałaby się wznieść naprawdę na wyżyny dyplomacji. Już po przegranym w Senacie głosowaniu pani Żukowska nie powstrzymała się i wbiła szpilkę, zatem ten obrazek, który dziś widzieliśmy, że wszyscy z opozycji razem przed dziennikarzami może nie być tak trwały w tej kwestii.

Nie będzie to może determinanta, ale to jest ważne. Gdybyśmy wyobrazili sobie, że opozycja próbuje cały czas wjechać na autostradę, to wybór kandydata opozycji na RPO byłby niczym szerokie otworzenie bramek na autostradzie.

Jednocześnie Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą i są najprawdopodobniej spisani na straty i mogą zapomnieć o listach wyborczych.

Prezes NIK kieruje do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez premiera. Czy to powód do dymisji?

W każdym normalnym demokratycznym kraju nastąpiłaby minimum dymisja premiera i ministrów wymienionych przez NIK. Niestety to, co się dzieje, świadczy o głębokiej patologii naszego systemu i sprowadzeniu nas na kurs dryfujący.

Rozumiem, że według jednej z teorii jak jest chaos, to się lepiej zarządza, bo nie wiadomo za co kto odpowiada. Obrazowo można by powiedzieć, że zostaliśmy napadnięci przez wikingów, którzy łupią, gwałcą i grabią i zamierzają odpłynąć na statkach dalej. To, co się dzieje, jest naprawdę niespotykane, tym bardziej, że prezes NIK został wybrany głosami i oklaskami przez układ tzw. Zjednoczonej Prawicy.

Nie mam złudzeń zresztą, że prokuratura zajmie się tą sprawą, chyba że będzie taka potrzeba na górze. Na razie Zbigniew Ziobro może usiąść z popcornem i patrzeć, kto kogo jeszcze czym zażyje, bo sam nie podlega żadnym uderzeniom, a haki wyciąga minister Kamiński, broni się Marian Banaś, a to wszystko trafia na łaskę i niełaskę ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro zaczyna dzięki temu wyrastać na lidera prawicy, tylko że to polityk z gorąca głową, pytanie, czy ma kogoś przy sobie, kto mu tę gorączkę ostudzi, choć nie łudźmy się, bo jesteśmy w głębokiej chorobie struktur państwa, demokracji.

Czy Polski Ład pozwoli wrócić PiS do 40 proc. poparcia?

Wydaje mi się, że już tyle się wydarzyło, że za bardzo nikt się na tym nie koncentruje.

Najważniejszą kwestią jest w nim oczywiście rozdawnictwo pieniędzy, czyli czternastki, kolejne warianty 500 plus itd. To będzie potrzebne na wybory i być może PiS będzie musiał je przyspieszyć, aby niewdzięcznicy nie zdążyli zapomnieć. Jednak do tego trzeba dołożyć Brukselę, która ma obiekcje co do polskiego planu, zatem może się okazać, że to będzie dużo mniejsza karta przetargowa niż wydawało się prawicy na początku.

Wchodzą też w grę inne nowe czynniki, jak ostatnio kopalnia Turów, gdzie elektorat PiS-u, który dostaje bardzo mocno propagandowy komunikat, że to wszystko przez Brukselę i Czechów, dostrzeże, że to jednak wina niekompetencji rządu. W końcu ta bańka musi pęknąć, bo nie da się rządzić tylko i wyłącznie propagandą. Nawet ci, co mówią, że komunizm trwał 45 lat na propagandzie właśnie, muszą mieć świadomość, że stały też wojska Armii Czerwonej w pobliżu.

Z drugiej strony muszę dodać, że może ten pogląd cechuje pewna naiwność, bo pamiętam, że wielu uważało, że Trybunału Konstytucyjnego nie da się przejąć, a się dało, SN będzie ostoją, a okazało się inaczej, KRS przejąć też się dało, zorganizować wybory prezydenckie wolne, ale nie równe, również.

Obym się jednak mylił, choć wydaje się, że Polacy są jednak w jakimś otępieniu. Ten rząd sobie nie razi na każdym polu, a my jesteśmy w jakiejś chorobie, coś jak borelioza polityczna.

Kibic muzykantowi nierówny

Oni, tzn. Kaczyński i jego banda, muszą nas, muzykantów, naprawdę bardzo nie lubić. Wczoraj skończył się ponury żart w postaci zakazu pracy dla zespołów młodzieżowych. Formalnie niby się wszystko wyjaśniło, ale tylko z pozoru. Państwo polskie dołożyło nam bowiem taki domiar, że aby wyjść na swoje, bilety na nasze koncerty winny być droższe niż na Papieża.

Kiedyś, za komuny, krążył po demoludach dowcip, że ze Związku Radzieckiego można swobodnie wyjechać. Trzeba mieć jedynie ukończone 85 lat i pisemną zgodę obojga rodziców. Podobnie jest z powrotem koncertów na polskie ziemie; media dostały sygnał, że rząd ugiął się pod presją artystów, ale sprawa pozostaje dalej nierozwiązana. Cieszyć należy się, że cokolwiek drgnęło w temacie. Jednak do pełni szczęścia jest bardzo daleko, a to z prostej przyczyny. Rozporządzenie rządowe jest bowiem napisane tak, żeby koncerty oficjalnie otworzyć, ale jednocześnie, żeby jak najmniej dało się tych koncertów, jak na razie, skutecznie zorganizować.

Kwit pojawił się we wtorek ok. 21, zupełnie niespodzianie. Wcześniej trwała zmasowana, fejsbukowa ruchawka braci artystycznej wszelkiej maści i ludzi nam życzliwych, żeby traktować nas jak wszystkich innych, a nie jak tych od macochy. Jednakowoż, polskie państwo zadekretowało w rozporządzeniu, że dopuszcza się od 4 czerwca organizowanie koncertów plenerowych, ale, maksymalnie na 250 osób, plus zaszczepieni. Kto i jak ma sprawdzać oszczepieńców, jak dystrybuować bilety, co z danymi osobowymi-to wie chyba tylko długopis Pana Prezydenta. Sensu w organizowaniu pleneru i wpuszczaniu nań 250 osób nie ma i nie będzie. Chyba, żeby zrobić bilety po 1000 złotych. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany. Ale rząd zawsze będzie mógł powiedzieć, że dlatego tak drogo, bo to celebryci chcą napchać sobie kabzę forsą prostych ludzi.

Lepsza wiadomość niż plenery na 250 osób, to możliwość organizowania koncertów pod dachem na 50% zajętości miejsc. Obowiązuje ona w zasadzie od dzisiaj. Niemniej, jeśli sala nie ma krzesełek, wyznaczonych miejsc (żeby można było udostępnić co drugie), wówczas musi być liczone 15m2 na osobę. Tym samym, sala, która normalnie mieści około tysiąca osób, wpuści ich…40. Nic, tylko robić sztuki, ale jest mała szansa, że ktoś zapłaci setki złotych za wejściówkę, za możliwość ekskluzywnego obcowania ze swoim ulubionym artystą w elitarnym gronie.

Kiedy się to wszystko czyta i o tym wszystkim myśli, ciężko oprzeć się wrażeniu, że rząd postanowił wyhodować sobie doświadczalnego króliczka, i liczy na to, że na grupie muzyków dokona badań przesiewowych na temat tego, jak ludzie reagują na nakaz szczepień pod rygorem niewpuszczenia na wydarzenie. Głupio eksperymentować na kibicach, bo to wszak zbrojne ramię władzy. Kabarety dają dużo zarobić, poza tym lżą także opozycję, a muzycy, zwłaszcza inni niż disco polo i ten od Eurowizji, co to go z nazwiska nie pamiętam, tylko plują na władzę i godło, więc, zgodnie z „doktryną Kaczyńskiego”, nie będzie ich nikomu szkoda. Inna rzecz, że podobne praktyki są na bakier z prawami człowieka i pachną ostrą dyskryminacją, bo jak na razie szczepienia na covid nie są obowiązkowe, ale na Białorusi Łukaszenka robi nie takie numery i świat musiał prawie stracić samolot, żeby sobie o nim przypomnieć.

Po raz kolejny widać jak na dłoni, że przepisy są pisane u nas…na kolanie. Jakby tego było mało, odtrąbiono wczoraj, że na najbliższe mecze reprezentacji Polski w piłce nożnej, wejdzie bez najmniejszych problemów 50% pojemności stadionu, czyli ponad 20 000 ludzi. Niby ludzie w Polsce, podług Konstytucji, są równi, ale jak widać, są także równiejsi.

Nie wierzę w magiczne myślenie. W mało co zresztą wierzę. W to, że odblokują nam koncerty, a tym samym nie dadzą nam zdechnąć z głodu, wierzę akurat najmniej. Chciałbym jednak wierzyć, że kiedyś minister Niedzielski, do spółki z Morawieckim, będą się czuć, choć przez moment, tak jak my, muzycy, teraz. Że będą truchleć o swój los, o los swoich dzieci, że nie będą mogli zapłacić rachunków, a powiadomień o długach nawet nie będą wyjmować ze skrzynki. Że będą za każdym razem z przerażeniem patrzeć w wizjer, czy to aby nie monter z gazowni, który przyszedł odciąć przyłącze za długi. Żeby nie mogli spać, nie mogli jeść, nie mogli zaznać spokoju o swój los. Żeby musieli chodzić do psychiatry, albo musieli ze wstrętem patrzeć z rana w swoje skacowane od wódki oblicze, bo tylko tak dało się zapomnieć. Oby w końcu to wszystko dopadło ich i wykończyło. Bo my właśnie się wykańczamy. Albo to raczej oni są na idealnej drodze, żeby wykończyć nas.

Kaczyński na zawsze będzie moim wrogiem!

Nadal nie wiem, czy mogę wrócić do roboty. Rząd bowiem milczy. Tak jak nasze instrumenty. Jednak i tak grać będziemy, na rympał, na pohybel czarnym i czerwonym.

Dzwonię i pytam. Pytam i chodzę. Nikt niczego nie wie. Jakiś czas temu, w dyrektywach Ministerstwa Kultury i czegoś tam, zapisano, że obostrzenia pandemiczne względem imprez masowych będą sukcesywnie usuwane. Ale nie dla wszystkich. Poza nawiasem zostawiono trupy cyrkowe i zespoły muzyczne. Dlaczego? Nikt tego nie wie. Nie minął dzień, żeby grupy związkowe, zrzeszające menadżerów kultury, zapytały Ministerstwo, czy to nie przypadkiem pomyłka edytorska. Rząd, ustami Ministerstwa orzekł, że owszem, coś jest na rzeczy i wykreślił z rozporządzenia cyrkowców, muzyków pozostawiając na indeksie. I tak, owa plotka, która nie wiadomo czy jest prawdą, trwa do dzisiaj, i odbija się całej branży czkawką, jak zjełczały smalec.

Siedzimy więc dalej w domach. Żyjemy nadzieją, że może wrócimy do pracy. Ba, umawiamy się nawet na próby, bo cały czas trzeba być w gotowości. Po to, żeby za pięć dwunasta okazało się, że rząd jednak nam nie pozwoli. Piłkarze mogą grać przy udziale publiczności. Aktorzy też. Nawet trupy cyrkowe. Ale nie muzycy. Przynajmniej oficjalnie.

Historia z wykreśleniem cyrkowców i muzyków przypomina mi, jako żywo, opowiastkę, którą w filmie „Nienawistna ósemka” Quentina Tarantino, Samuel L. Jackson sprzedał wąsatemu Meksykaninowi. Samuel L. Jackson, który grał łowcę nagród, byłego kapitana wojsk Północy z czasów wojny secesyjnej, nie dowierzał, że właścicielka zajazdu w którym przyszło im się chronić przed śnieżycą, czarnoskóra Minie, zatrudniła do pomocy przy prowadzeniu interesu Latynosa. – Minie, powiadał Jackson, miała w życiu dwie zasady: nie wpuszczała do knajpy psów i Meksykanów. Potem, po wojnie, ciągnął dalej Jackson, spuściła nieco z tonu. Zaczęła wpuszczać psy.
Rząd polski zachował się identycznie. Potraktował nas, muzyków, jako obywateli drugiej kategorii, za co będzie miał ode mnie przejebane aż po grób. Jeszcze nigdy żaden polityk, tak wyraźnie, jak Kaczyński z Morawieckim, nie pokazali nam środkowego palca. Nawet, gdy Kaczyński krzyczał o łże-elitach, o gorszym sorcie, brałem to za brednie nawiedzonego starca, które szczególnie mnie nie dotykają. Po pierwsze dlatego, że mnie bardzo trudno obrazić, a po drugie, dlatego, że Jarosław Kaczyński, jest, w moim mniemaniu, przypadkiem bardziej medycznym niż politycznym, a jak wiemy, niepoczytalność wyłączana umyślność. Nie miałem jednak racji. Swoim podeptaniem kultury i jej ludzi Kaczyński udowodnił, że pozbawienie dlań ludzi chleba, jest jak splunięcie. Tak jak wtedy, kiedy Tusk, w trakcie debaty wyborczej przypomniał, że kiedyś, w sejmowej windzie, Kaczyński pokazywał mu damski pistolecik który nosił ze sobą, dodając, że dla niego zabić go, to jak cisnąć flegmą pod buty. Kaczyński, rzecz jasna, stanowczo wtedy zaprzeczył. Zastanawiałem się, czy Tusk kłamał, koloryzował, czy może Kaczyński rzeczywiście ganiał po Sejmie z giwerą. Tego nie wiem do dziś. Wiem natomiast, że w jednym Tusk miał rację. Zatruć życie ludziom, to dla Kaczyńskiego jak splunąć.

Dwa grzybki w barszczu

Przez środowiska polityczne wszelkich maści i przez media przetoczyła się ostatnio nerwowa dyskusja o tym, czy Lewica postąpiła mądrze głosując w Sejmie za przyjęciem ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji decyzji UE o pocovidowych zastrzykach finansowych dla wszystkich członków, czy też zdradziła opozycję, uniemożliwiając udowodnienie, że rząd już nie ma większości parlamentarnej.

Dyskusja na ten temat ex ante była niemrawa, dyskusja ex post zbyt napastliwa. Wszyscy politycy wypowiadający się na ten temat w telewizorze bardzo się podniecali. Wysłuchałem wielu przekonywujących argumentów za i przeciw decyzji Lewicy. Jednak relatywnie najrzadziej używano argumentu, który osobiście uważam za decydujący.

Grzybek smaczny, ale ciężkostrawny

Człowiek nie jest istotą doskonałą. Jeśli przeciętnemu mieszkańcowi tego świata stwarza się możliwość uzyskania poważnej pomocy finansowej, to reguły z zadowoleniem ją przyjmuje. Mogę się założyć, że wszystkie kraje Unii ratyfikują to porozumienie. Gdybyśmy tego nie zrobili, odkładając sprawę „na później” i hamując jego realizację w skali UE, to przeciętny Europejczyk nie zrozumiałby tej decyzji i uznał, że „ta Polska” rzeczywiście nie jest normalna. Tenże Europejczyk nie zna i nie chce znać naszych zakulisowych manewrów politycznych i nie pojmuje, że odmową przyjmowania pomocy można przewrócić nielubiany rząd i podtrzymującą go partię. Tak samo jak przeciętny Polak nie rozumie, dlaczego zmieniają premierów w Czechach i na Słowacji, dlaczego Katalonia chce „wyjść” z Hiszpanii, a urocza pani Merkel rządzi tak długo na stołku kanclerza ii ma niezłe stosunki z Rosją.

To powszechne niezrozumienie naszych wewnętrznych motywacji spowoduje zapewne, że po kolejnych manewrach w Senacie kolektywnie upoważnimy Prezydenta do ratyfikowania tego drugiego planu Marshalla. I przez parę miesięcy będziemy się kłócić o podział tych środków. I można mieć nadzieję, że dyskusje na ten temat będą bardziej konstruktywne.
Sprawa ratyfikacji tego unijnego porozumienia, postawiła naszych polityków w przysłowiowej sytuacji dwóch grzybków w barszczu. Drugim grzybkiem był i pozostaje problem „trzymania władzy” przez PIS, jego koalicjantów i emanującego władczą osobowością Najważniejszego Prezesa. Koalicjanci PIS zaczęli ostatnio „brykać”, usiłując udowodnić swoją niezależność. W pewnym stopniu to im się udaje i stwarza nową sytuację permanentnego zagrożenia jedności „zjednoczonej prawicy”.
Mylę się często, więc mogę mylić się i tym razem. Ale sądzę, że obecna władza nie utrzyma się jednak do końca kadencji. W jej rozpędzie do pozbawionego sensu psucia państwa mogą ją bowiem boleśnie powstrzymać, co najmniej trzy zdarzenia.

Możliwości końca zabawy

Pierwsze – to bardziej agresywne zachowania Europy, znudzonej już totalnym lekceważeniem wyroków jej sądów i tym samym zawartych traktatów. Oczywiste naruszanie praworządności może spowodować wstrzymanie finansowania niektórych projektów, albo zmniejszenie poprzednio uzgodnionych kwot. Oczywiście – nasi, zasiadający w organach państwa, nieomylni prawnicy zakwestionują te decyzje. Rozpocznie się proces zmierzający do opuszczenia przez Polskę UE i to spowoduje gwałtowne objawy niezadowolenia społeczeństwa, wycofanie poparcia przez koalicjantów PISu i konieczność przyspieszenia wyborów.
Wariant drugi – wiosenne przebudzenie opozycji a zwłaszcza organizacji kobiecych, domagających się liberalizacji przepisów antyaborcyjnych. Obecny rząd nie reaguje na manifestacje gromadzące nawet 100 tysięcy obywateli. Ale zmuszony będzie reagować na zgromadzenia z udziałem np. 500 tysięcy, które muszą być już traktowane, jako słyszalny w kraju i zagranicą „głos suwerena”. Bezpośrednim następstwem będzie także utrata większości w parlamencie i konieczność przedterminowych wyborów.
No i nadal jest trzeci wariant. Głosowanie w parlamencie całej opozycji i co najmniej jednej „przystawki” Pisu, inaczej, niż głosuje PIS. Tym samym udowodnienie, że rządzące ugrupowanie straciło poparcie większości. Ale – moim zdaniem – takie głosowanie nie powinno dotyczyć korzyści finansowych dla kraju. Głosowanie przeciw jest takim przypadku, jak ostatnio, niezrozumiałe dla znacznej części „suwerena”. Powinno dotyczyć problemów światopoglądowych, bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, szkolnictwa itd.

Taki moment na pewno niedługo nadejdzie. Problem w tym, aby opozycja nie siliła się wówczas na indywidualizm, nie budowała barier między sobą, potrafiła wystąpić, jako „zjednoczona demokracja” przeciwna narastającej autokracji.

Czytelnik może się zdenerwować. O wspólnym działaniu opozycji mówi się bowiem od dawna, przywódcy wszystkich partii entuzjastycznie deklarują swój udział – a potem nic z tego nie wychodzi. Moim zdaniem rację mają ci, którzy twierdzą, że główną przyczyną jest brak spoiwa, w postaci osoby, o niepodważalnym autorytecie. Obóz władzy ma Kaczyńskiego – obóz opozycji ma kilku kandydatów, ale wobec siebie konkurencyjnych. Nie chcę ich wymieniać. Ale osobiście uważam, że najlepszym jest ten, który ma ogromną praktykę w zarządzaniu krajem i najszersze, poprawne a nawet serdeczne, kontakty zagraniczne – zwłaszcza w krajach UE. I czasem jeździ bez ochrony środkami komunikacji miejskiej. A nawet, jeśli wtedy jest ochrona, to tak dyskretna, że jej nie widać. Tym pozamerytorycznym szczegółem różni się zasadniczo od Kaczyńskiego.

Jak tu nie wierzyć „marszałkowi”

Ostatnio, jak na to wszystko patrzę, to coraz częściej sobie myślę, że oni specjalnie robią nam na złość. Za tę kasę, której od nich nie chcieliśmy. I za te wolne sądy, które tak szybko mielą.

Jarosław Kaczyński, jak głosi stugębna plotka, obarczony jest paranoją spisku. Istnienie „układu” przewidział lata temu; w jego świecie nie ma przypadków. W moim zresztą też nie. Nie wierzę, podobnie jak on, że sprawy dziejowe nie mają swojej przyczyny i skutku. Coś nas jednak różni. Czasami tam, gdzie Jarosław Kaczyński widzi działanie wrażych sił, których do końca nie potrafi zdefiniować, Jarosław Ważny dostrzega przyczynowo skutkowe następstwa, efektem których jest zastana sytuacja. Weźmy na ten przykład Smoleńsk 2010. Jarosław Kaczyński szuka przyczyn katastrofy w spisku Rosjan ze zdrajcami od Tuska; wiadomym jest powszechnie, że właśnie tego ostatniego obwinia za śmierć brata. Czy wierzy w zamach, tego nie wiem. Wiem natomiast, że pozwala wierzyć weń swoim wyznawcom, bo się mu to opłaca. Tam gdzie on dostrzega matnię układu, ja widzę beznadzieję tektury polskiego państwa; braki w sprzęcie, w szkoleniu, w regulaminie. Braki tolerowane latami, a w efekcie-dramat wielu ludzi. Braki i zaniedbania, które są powielane przez najbliższych Kaczyńskiego pretorianów, patrz: wylot prezydenta z Zielonej Góry po zamknięciu lotniska.

W miniony wtorek, Sąd Najwyższy miał pochylać się nad wiszącą od miesięcy sprawą kredytów indeksowanych do waluty obcej, tj. tzw. sprawą frankowiczów. Już raz, w tym roku, SN odwołał posiedzenie w tej sprawie, ponieważ czekał na rozstrzygnięcie TSUE. Doczekał się co prawda, ale z orzeczenia Sądu Europejskiego niewiele dla nas, tj. dla polskich farnkowiczów wyniknęło. TSUE orzekł, że do umów konsumentów z bankami wtrącać się nie zamierza, a wymierzanie sprawiedliwości pozostawia sądom krajowym w granicach obowiązującego weń prawa. Tyle więc musiało się zmienić, żeby się nic nie zmieniło. Dość powiedzieć, że po decyzji z Luksemburga, najbardziej ucieszyły się banki, których indeksy poszły od razu do góry a bankowe okienka giełdowe na dłużej zamrugały do akcjonariatu zielonym oczkiem. Nie było więc wyjścia i nasz rodzimy, upolityczniony i zziobroryzowany Sąd Najwyższy musiał sam wziąć się w końcu za bary z tym galimatiasem. I tu, drodzy czytelnicy, zaczyna się to, co Jarosław Kaczyński i Jarosław Ważny lubią najbardziej: dziwne sekwencje niby to przypadkowych wydarzeń, podszytych wielką polityką.

Na dwie godziny przed posiedzeniem Izby, część głównych urzędów w Polsce oraz ich wojewódzkich delegatur, w tym SN w Warszawie, otrzymują informację o podłożonych bombach. Zaczyna się ogólnopolska ewakuacja. W efekcie sędziowie zaczynają pracę trzy godziny później niż mogliby. Dokładnie w tym czasie, kiedy saperzy sprawdzają budynek, opinię publiczną obiega informacja, że prezes największego polskiego banku, PKO BP, Zbigniew Jagiełło, podał się do dymisji. Coś za dużo tych dziwnych wypadków, jak na móh gust, do tego w jeden dzień i to dzień, w którym ma rozstrzygnąć się jedna z kluczowych dla sektora bankowego decyzji. Sąd Najwyższy tymczasem, po przedłużonych obradach informuje, że…nic nie ustalił. W sprawie kredytów farnkowcyh musi zasięgnąć opinii m.in. RPO i…Rzecznika Praw Dziecka. To dopiero kuriozum. Co ma Rzecznik Praw Dziecka do kredytu we frankach? A no okazuje się że ma, jako urząd, a bez tej wiedzy, SN nie może pochopnie orzekać. Irytuje się środowisko frankowiczów, bo o podobne stanowisko mógł Sąd zapytać RPO i inne podmioty już wcześniej, choć szef NBP Glapiński, który sprawę pilotował od dawna, twierdził, że w trakcie debaty publicznej ani RPO ani tym bardziej Rzecznik Praw Dziecka nie zgłaszali swoich uwag i pomysłów, jakoby mieli coś do powiedzenia w temacie kredytów indeksowanych, a te uwagi mogłyby poważnie zaważyć na wyroku. Tak czy inaczej, zapytane urzędy mają 30 dni na odpowiedź, później nastąpi dyskusja, i może, w przyszłym roku, SN znowu pochyli się nad problemem. Tymczasem ci, którzy spłacają swoje kredyty we CHF nadal będą to czynić, ku uciesze banków, dla których, en masse, nic się nie zmieni. Rata jak wysoka byłą, taką pozostanie. Tylko po co ten Jagiełło podawał się do dymisji…

Żeby tego było mało, rząd począł luzować obostrzenia, szybciej niż zapowiadał. Premier z ministrem Niedzielskim uznali nawet, że kina i teatry oraz inne artystyczne, nikomu niepotrzebne wykwity, będą mogły zacząć działać wcześniej niż później. Opublikowano nawet specjalną listę, na której ujęto szereg podmiotów oraz zawodów z szeroko pojętej „branży”. Dla dwóch z nich uczyniono jednak wyjątek i nakazano im czekać z rozpoczęciem pracy do 6 czerwca. Mowa o trupach cyrkowych i zespołach muzycznych. Podniósł się rwetes w półświatku: czemu zespoły muzyczne mają być gorsze, od macochy są, czy jak. Wystosowano do ministerstwa nawet zapytanie: czy interpretacja skazująca cyrkowców i muzyków na dłuższy termin karencji to czasem nie zwykła, urzędowa pomyłka. Ministerstwo, piórem Instytutu Muzyki i Tańca, który listę odmrożeniową przygotowywał, odparło po paru dniach, że nie, to nie żadna pomyłka. Wykreśliło więc cyrkowców, zostawiając na indeksie muzyczne grupy młodzieżowe. I jak tu nie wierzyć w spisek i dintojrę Glińskiego. Przecież on nam to robi specjalnie, żeby dołożyć nam ile się da, za tę akcję z „bólem” i odrzuconą kasą od złodziei. Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, to bym dokładnie w ten sposób pomyślał. A tak, że jestem Jarosławem Ważnym, sądzę, że ci tam ,z tego Instytutu są po prostu…z Polski.

Stary prezes wysiaduje

To mógłby być tekst o politycznym jazgocie, który rozpętał się wokół ratyfikacji ustawy o systemie zasobów własnych Unii Europejskiej i na jej tle o Krajowym Planie Odbudowy. Ale czy warto pisać o Borysie Budce, który trzęsie się z oburzenia z powodu Lewicy paktującej z PiS-em?

Ciekawe czy już uzgodnił to z własną małżonką, która jako radna miasta Gliwice z ramienia Koalicji Obywatelskiej wspólnie z radnymi PiS-u zwalcza prezydenta tego miasta? A może warto pisać o Włodzimierzu Czarzastym, dla którego dyskusja o planie odbudowy to okazja do obrzucania partnerów z opozycji wulgarnymi słowy. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby dr Freud? W obu przypadkach pisać nie warto.

Awantura na opozycji w sprawie europejskich funduszy na odbudowę jest zaskakująca. Zwłaszcza szokująca jest temperatura sporu. Niektórzy politycy opozycji znajdują wielką satysfakcję we wzajemnym obrzucaniu się błotem. To zaskoczenie jest dla mnie tym większe, że od pewnego czasu już wiadomo, że obalenie rządu Mateusza Morawieckiego przy okazji ratyfikacji jest mrzonką, a posłom Lewicy, Koalicji Obywatelskiej czy PSL-u w ostatecznym rozrachunku trudno byłoby zagłosować przeciw ratyfikacji.

Nie będę wiec krytykował Lewicy za sam pomysł negocjacji z rządem w sprawie Krajowego Planu Odbudowy. Tyle, że jak mawiali na warszawskiej Pradze o siedzibie Milicji Obywatelskiej przy ulicy Cyryla i Metodego – Cyryl jak Cyryl, ale te Metody. Jeśli zasiada się do negocjacji to trzeba być przygotowanym lepiej od partnera po drugiej stronie stołu negocjacyjnego. Nie wystarczy wrzucić do kotła trochę różnych pomysłów, parę spraw już wynegocjowanych przez samorządowców, odbyć kilka przypadkowych spotkań z prezydentami miast i ogłosić sukces. Bo jak na razie jedynym, który może odtrąbić sukces jest premier Morawiecki.

Od ponad miesiąca w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego trwają żmudne negocjacje ekspertów samorządowych z rządem na temat kształtu Krajowego Planu Odbudowy. Nie są to negocjacje polityczne a merytoryczna rozmowa o zapisach zawartych w KPO, która przyniosła pewne pozytywne zmiany. Negocjacje jeszcze trwają (piszę te słowa w niedzielę 2 maja) i ruch Lewicy temu nie pomógł.

Ale powtarzam – rozumiem moich partyjnych kolegów z Lewicy – chcieli zaznaczyć swoją odrębność i możliwości. Tyle, że trzeba było odrobić lekcje jak należy. Na samej górze kupki dokumentów negocjacyjnych położyć projekt ustawy wdrażającej fundusze europejskie, a ściślej regulujące ich rozdział. Bo kluczem do problemu nie jest powołanie Komitetu Monitorującego, ale jego kompetencje. W obecnej sytuacji najważniejsze nie jest monitorowanie realizacji projektów. Najważniejsze są kryteria ich rozdziału. Faktem jest, że taki warunek mógł i pewnie stanąłby PiS-owi w gardle i negocjacje Lewicy mogły nie zakończyć się triumfalną konferencją prasową. Cóż, Cyryl jak Cyryl, ale te Metody.

Póki, co twardą konsekwencją działań Lewicy jest tylko wymiana złośliwości pomiędzy politykami opozycji. A tymczasem gdzieś tam na dalekim Żoliborzu Stary Prezes wysiaduje i ma wielką satysfakcję z awantury.

Warszawski luksus posiadania

Warszawa da się lubić, śpiewał ongiś artysta. Pewnie się da. Tak jak Toruń, Kluczbork i Mława. Może się też nie dać, jak ją się ludziom skutecznie obrzydzi. PiS, za pomocą telewizji rządowej co i rusz mówi Polakom, że ni jak się nie da, bo rządzący nią Trzaskowski, gotuje warszawiakom finansowe piekło. Jak to jest z tym stołecznym piekłem? Rzeczywiście aż tak parzy, czy już może dawno zamarzło?

Jeśli jakieś miasto ma nadawać ton całej reszcie, to zawsze musi to czynić stolica. Tak było, jest i będzie. To z niej mają wychodzić do reszty kraju sygnały, świadczące o tym, że państwo nie gnuśnieje, tylko śledzi nowości i zważa na to, co dzieje się w świecie; ona ma wytyczać ożywcze ścieżki w architekturze, sztuce, ale i w myśleniu o współczesnych metropoliach, które przez ostatnie 20 lat zmieniły się nie do poznania. Żeby jednak to wszystko mogło się wydarzyć, trzeba mieć otwarte oczy, które pozwolą nadążać za światem, a, co tu kryć, tempo przemian jest w dzisiejszych czasach szaleńcze.

Jarosław Kaczyński pamięta Warszawę powojenną, pamięta Warszawę komunistyczną, doskonale też pamięta Warszawę dekady lat 90., i na tym jego pamięć się kończy. A jak kończy się jego, tożsamym jest, że wszyscy jego ludzie, nawet z pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, którzy w PiS-ie moszczą się jak księżniczki bez posagu, nie mogą myśleć o mieście stołecznym inaczej niż prezes. Więcej, nie mogą myśleć o tkance miejskiej, o urbanizacji, inaczej, niźli myślało się w latach 70. Bo prezes tego nie zrozumie, a jak nie zrozumie to nie zaakceptuje. Nawet, jeśliby bardzo chcieli, szczytem ich marzeń o nowoczesnym smart city są parkometry na ulicach. I o te parkometry właśnie dziś w Warszawie idzie bój.

Władza leje krokodyle łzy na antenie tefałpe, nad podłym losem prostego mieszkańca Warszawy, w związku z planowanym prze administrację Rafała Trzaskowskiego, poszerzeniem strefy płatnego parkowania. Ta bowiem, od wrześnie ma objąć, m.in. Żoliborz. Bezpośrednio dotyka to mnie, bo właśnie tu mieszkam. Ale nie narzekam. Uważam, że to dziejowa konieczność. Można w mieście radzić sobie bez samochodu, a dziś, nawet trzeba. Najbardziej znany lokator z Żoliborza też powinien mieć na to wy..walone, bo auta ani prawa jazdy nie posiada, więc ani to go grzeje, ani ziębi. Tak się bowiem dzieje w dużym mieście, że z każdym dniem przybywa w nim aut. Odpowiedzialna władza musi więc sprostać wyzwaniu. Zakazywać, jak na razie, ludziom jeżdżenia samochodami po stolicy nie zamierza, choć są na świecie takie stolice, gdzie większe lub mniejsze zakazy przemieszczania się obowiązują; w mieście A, w określone dni, na ulice mogę wyjeżdżać auta posiadające rejestrację z numerem parzystym bądź nieparzystym; w mieście B, wjazd do centrum jest dodatkowo płatny; w mieście C do miasta mogą wjechać auta nie starsze niż pięcioletnie. Jeszcze w innym, nie tak daleko od nas, włodarze miejscy zabierają co kwartał parę miejsc, oczywiście płatnych, z puli parkingów municypalnych, nie informując o tym rządowych mediów; ot, po prostu, miejsc ubywa, a wraz z nimi, samochodów, dymiących po ulicach i trujących ludzi. Nad wszystkimi tymi ruchami władz stolic światowych unosi się oczywiście smog, a w smogowej chmurze ukryta myśl, której naród nasz nadal nie rozumie, bo jest wciąż za bardzo na wschodzie niż zachodzie swojego myślenia. Ta myśl grzmi podzwonnym, że, auto jest dziś luksusem. Przynajmniej w metropolii.
Jak rozumie to Jarosław Kaczyński? Ano dosyć prosto i pokracznie; tak, jak musi rozumować człowiek z poprzedniej epoki. Samochód był bowiem dobrem luksusowym. Byle chama, do niedawna, nie było stać na swoje auto. Człowiek oszczędzał, ciułał, a maluch, z roku na rok, i tak ciągle droższy. Dziś, kiedy mamy dobrodziejstwo 500 plus, auto nie jest więc towarem luksusowym, ale dobrem powszechnym, na które niejedna rodzina, w tym wielkomiejska, wreszcie może sobie pozwolić. Może w końcu przestać tłuc się autobusami, z państwowego cyca wyssać parę groszy, i kupić używkę na szrocie. Zapakować rodzinę i jeździć w odwiedziny do babci, z Młocin na Gocław i z powrotem. A kiedy się zepsuje, kupić drugie. I dalej jeździć. Wozić dziatwę na obiadki do kumostwa. I móc parkować pod blokiem, żeby seniorka nie czekała na wnuczki z wystygniętymi kartoflami. Aż tu nagle, w ten piękny, familijny paradygmat, swoją tęczową łapę wsadza Trzaskowski i liberalno-lewackie lobby, które mówi warszawiakom: owszem, auto jest luksusem, a za luksus trzeba płacić. W tej Warszawie, w której przyszło nam żyć, samochodów jest dużo za dużo. Jeśli więc ktoś chce koniecznie posiadać wóz, musie się liczyć z niedogodnościami i opłatami, bo za każdy luksus się becaluje. W tym wypadku, za luksus posiadania. Chcesz jeździć swoim i wozić swoją odbytnicę w cieple i spokoju własnego wehikułu, to płać więcej. Za parkowanie, za ubezpieczanie, za wszystko. Bo auto dziś, to nie spuścizna po komunie, na którą czekałeś Polaku-Cebulaku, ale luksus. Świat, przez ostatnie 20 lat, a zwłaszcza duże miasta, zmieniły się, a Ty, człowieku prosty, przeleżałeś ten czas pod lodem; myślałeś, że będzie zawsze jak dawniej; że te same warzywniaki, szkoły i przychodnie, a tu nagle okazało się, że do miasta zjechało się za chlebem słoików od metra i teraz nie masz gdzie zaparkować swojego Golfa za pięć trzysta, bo stoi tam już auto z Parczewa albo Konina. A przecież prezes mówił, że się wam należy. I telewizja mówi, że się tak należy, bośmy stąd od czasów Gierka, kiedy rodzice przyjechali z Grójca. Albo i sprzed powstania. I z Kongresówki. I teraz nasze córy i syny nie mają gdzie parkować. Skandal. Ano właśnie tak. Nie zaparkują, bo po pierwsze nie ma miejsca, a po drugie matka ziemia nie wydoli już tak dłużej, i następne pokolenia mogą w ogóle się nie urodzić. Ale żeby to zrozumieć, trzeba być ponad to, co Marek Suski nazywa myśleniem. Nie jest to znowu aż takie trudne, choć efekty używania mózgu przez jego i jemu podobnych czasami mogą przerażać. Lepiej w takich wypadkach słuchać tefałpe, Danuta Holecka powie każdemu chętnemu, jak myśleć, bo w końcu jej za to płacą.

Rozterki i dylematy Nowej Lewicy

Zainspirowała mnie do napisania tego tekstu posłanka tejże Lewicy Anna-Maria Żukowska Słucham i oglądam Panią Posłankę w telewizji i szczęka opada mi coraz niżej.

Jej zdaniem Fundusz Odbudowy dla Europy, a zwłaszcza dla Polski jest zagrożony, jeśli lewica nie poprze ratyfikacji w polskim Sejmie i to koniecznie – w kwietniu. Chce ratować Europę i Polskę, popierając przedłożenie rządowe.

Jarosław Kaczyński co prawda nazwał opozycję rakiem, ale także uważa, że opozycja powinna głosować z rządem.

Droga Pani Poseł, Szanowny Panie Naczelniku Państwa!

Utrzymanie większości w parlamencie dla kluczowych projektów i przedłożeń rządowych jest zadaniem koalicji rządowej. Jeżeli tego nie potrafi, bądź nie chce, w normalnym kraju rząd podaje się do dymisji, dając szansę realizacji skutecznej polityki innym.

Zadaniem opozycji jest recenzować, krytykować i ewentualnie zgłaszać własne projekty lub poprawki i być gotową do przejęcia władzy w państwie.
Oczywiście można sobie wyobrazić głosowanie opozycji za dobrymi projektami rządowymi, ale niemal nigdy opozycja nie wyciąga pomocnej dłoni do rządu, kiedy od powodzenia projektu zależy przetrwanie obozu władzy, krytykowanego i zwalczanego skądinąd w Polsce za łamanie demokracji, obchodzenie Konstytucji, naruszanie autonomii sądownictwa i wolności mediów, a także nieudolnego w walce z pandemią.

W tym konkretnym przypadku chodzi również o wykorzystanie miliardów euro z dotacji i pożyczek na konkretne cele przez państwo, samorządy i przedsiębiorców dla odzyskania możliwości rozwojowych.
Krajowy Plan Odbudowy, który każde państwo członkowskie musi przedłożyć, jest w polskim przypadku planem wysoce scentralizowanym; 58,1 mld euro ma być rozdzielone przez ministerstwa i nowe podmioty, specjalnie powołane w tym celu na poziomie centralnym.

Większość opozycji słusznie się w związku z tym obawia „powtórki z rozrywki” czyli wydawania pieniędzy po uważaniu, wyłącznie dla swoich Obajtków.

Minimalnym warunkiem poparcia Funduszu Odbudowy przez opozycje w parlamencie wydają się być głębokie zmiany w Krajowym Planie, uwzględniające w zarządzaniu i podziale środków istotną rolę samorządów, a także opinie reprezentacji polskich przedsiębiorców. Dotychczasowe zapisy nie uwzględniają np. wsparcia dla najbardziej poszkodowanych przez pandemię branż.

Chciałbym również uspokoić Panią Posłankę Żukowską.

Polską rządzi skrajny, populistyczny obóz polityczny, ale nie wariaci.

Jeżeli nie znajdą wystarczającego poparcia dla ratyfikacji Funduszu Odbudowy i dla Krajowego Planu Odbudowy we własnym obozie politycznym, przyjdą do opozycji na poważne negocjacje, a nie udawane konsultacje. Oni wiedzą, że obligacji i innych papierów dłużnych nie można drukować w nieskończoność; wiedzą gdzie są prawdziwe pieniądze, bez których już długo ze swoją polityką rozdawnictwa – nie pociągną. A władzę chcą utrzymać za wszelką cenę…

Oczywiście, jeżeli się znajdą pożyteczni idioci, żadne negocjacje nie będą potrzebne…