Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Emerytowanym zbawcą narodu zostać

Prezes Kaczyński w bezgranicznym samozachwycie zwierzył się onegdaj Teresie Torańskiej z takiego oto marzenia. Chciałby zostać zbawcą narodu, emerytowanym. Zapomniał tylko, że zbawcą nie zostaje się przez nienawiść, pogardę, sprawne posługiwanie się butem i knutem. Zbawcą bywa się obwołanym, gdy wyprowadza się lud z ciemności, nienawiści i wojny w świat pokoju. Gdy daje się ludowi nadzieję.

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest w Polsce ktoś, kto przywrócić może nam nadzieję na powrót do normalności. Na świat na nogach stojący, a nie zwijający się w konwulsjach. Widzę kilka takich osób, ale tylko jedna z nich może zrobić to realnie. Przykro mi to stwierdzić, ale tylko Donald Tusk, gdyby zdecydował się na start w wyborach prezydenckich, ma szansę nie tylko pokonać bezradną marionetkę prezesa, ale także utrzymać nas jako państwo w Zjednoczonej Europie.

Naciągana prawnie decyzja PKW spowodowała, że stało się coś, co jeszcze przedwczoraj było niemożliwe: pojawiła się szansa na mniej więcej konstytucyjne wybory, mniej więcej uczciwą kampanię wyborczą. Jednak bez silnego kandydata mającego zaufanie większości Polek i Polaków ta ostania szansa na przywrócenie normalności odsunie się w dalszą raczej niż bliższą przyszłość. Wiem, że każdy z opozycyjnych kandydatów, a także kandydatka ma swój wierny elektorat i nawet w to wierzę, że razem mają nad obecnym prezydentem przewagę. Kłopot w tym „razem”. Oddzielnie niestety nikt z nich Dudzie nie zagraża, zaś w kampanii już się przekonaliśmy, że raczej ranią siebie nawzajem, niż obniżają poparcie Dudy. A jeśli do drugiej tury wszedłby ten, który już się w niej widzi – Władysław Kosiniak – Kamysz… dla wielu wyborczyń i wyborców zbyt podobny jest do Andrzeja Dudy, by mogły i mogli zmusić się do oddania na niego głosu. Wiem po sobie.

Chciałabym oczywiście widzieć narodu zbawcę w polityku albo polityczce lewicy. Kłopot w tym, że takiej kandydatki ani kandydata nie widać. Poza tym trzeba pamiętać, że populistyczna dobra zmiana ufundowała nam karykaturę „lewicowego” projektu… Ale jest gorzej: tu nawet nie chodzi o brak wybitnych lewicowych kandydatek i kandydatów, ale o to, że Polki i Polacy, marząc o realizacji lewicowego projektu równości i sprawiedliwości dla wszystkich, bardziej skłonni są głosować na tych, co tę przyszłość obiecają każdemu i każdej z osobna, indywidualnie, a nie nam wszystkim – zbiorowo. Nawet w międzywojniu, gdy lewica miała i program, i społeczne zakorzenienie w wielkoprzemysłowej klasie robotniczej, jej poparcie sięgało może 20 %. To wystarcza, by współrządzić. Ale nie wystarcza na to by pokonać pisowskiego potwora.

Trzeba nam kogoś, kto pociągnie za sobą ludzi, dla których jest jasne, że trwanie obecnej władzy to koniec polskiego marzenia o nowoczesnej, praworządnej, spokojnej Polsce w Unii Europejskiej, a nie kogoś kto chce przekonywać wyznawców i hunwejbinów Kaczyńskiego. Ich nie przekonamy. Ich musimy pokonać i wybrać prezydenta, który zatrzyma wyprowadzanie nas z europejskiej rodziny.

Właśnie dlatego na Donalda Tuska zagłosuję z entuzjazmem. Owszem, byłam zagorzałą krytyczką polityki jego rządu – ale też był to rząd współtworzony z PSL-em, a działacze tej partii nie takim jak Tusk „postępowcom” potrafili narzucić swój zaściankowy, klerykalny i dawno przebrzmiały konserwatyzm. W tych wyborach jednak nie chodzi o wyłonienie stabilnego rządu. Przypominam, że prezydent to nie jest w polskim ustroju politycznym ktoś, kto rządzi i kreuje politykę państwa. Za to, jeśli chce, może zatrzymać polityczną drogę donikąd.

Prezydent w Polsce współkształtuje politykę zagraniczną i czuwa nad politycznym oszołomstwem (by nie rozprzestrzeniało się nadmiernie). I dziś nade wszystko musimy mieć prezydenta, który zatrzyma nas w Unii Europejskiej. Z tej perspektywy widać, że błędy, które popełnił Tusk jako premier, są niczym wobec zagrożeń, które stały się teraz naszym udziałem. Wiemy, że Tusk potrafi łączyć, a nie dzielić i przeprowadzać przez sztormy i zawirowania – to udowodnił jako szef Rady Europejskiej. Od siebie dodam z kolei, że skoro Robert Biedroń nie ma raczej szans na wygranie tych wyborów, spośród wszystkich innych kandydatek i kandydatów tylko Donald Tusk rokuje, że jako prezydent podpisze ustawy wprowadzające w Polsce (wreszcie!) równość małżeńską. Tylko jeszcze my musimy wybrać parlament, który je uchwali.

Gdyby Donald Tusk zechciał wystartować jako kandydat obywatelski, z poparciem (lub bez poparcia) KO, miałby głos każdej i każdego, komu prawo, dobro ojczyzny i pomyślność obywatelek i obywateli nie jest obojętna. Pokonałby Dudę, a tym samym, de facto, odebrałby władzę Kaczyńskiemu i jego politycznej bandzie. Być może nawet zostałby obwołany „zbawcą narodu”, a to dopiero zabolałoby prezesa!
Tusku, sorry, po prostu – musisz chcieć!

PS. Zachęcam do lektury „Szczerze”. Ta książka jest znakomitym „oknem” na zaplecze i meandry politycznej kuchni. A czemu tak prawie bezgłośnie przebiegła przez salony i przedpokoje? Chyba nie jeden prezes boi się konkurencji Donalda Tuska. Na każdym polu.

Początek marzeń o końcu świata

Żył sobie na przełomie wieków kaznodzieja C.T. Russel. Był baptystycznym szołmenem, ale ostatecznie zakotwiczył przy jednym z większych graczy na religijnej scenie. Russel miał ten ujmujący dar, że z lubością przewidywał co rusz koniec świata. Kolejne niepowodzenia wcale go nie zniechęcały. Przeciwnie. Russel wciąż przewidywał, a ludzie coraz mocniej mu zawierzali. Po grób.

Najpierw, podług wyliczeń Russela, Chrystus miał przyjść na Ziemię w 1874 r., ale nie przyszedł, bo Russel źle przetłumaczył pisma. Ponoć był już obecny, ale niewidzialny. To jednak trochę za mało jak na kogoś, kto wie, kiedy skończy się świat. W 1878 r., wszyscy żywi i umarli wyznawcy teorii Russella mieli być porwani do niebios przed Pana, ale dalej nic z tego nie wyszło. W 1893 r. Russell sugerował, że koniec może nastąpić nie później niż w 1905 czy 1907 r. W międzyczasie była jeszcze data 1881, ale ciągle pudło. Dalej Russel stawiał na 1914. Fakt, dla wielu ta data mogła być początkiem końca, ale ludzkość, na złość Russelowi, przerwała. Następna data końca – 1918 r. – miała być już ponoć solidnie udokumentowana obliczeniami, niestety Russellowi nie było dane niej doczekać, bo wcześniej sam zakończył żywot w 1916 r. A ludzie wciąż go słuchali i wierzyli w jego czary-mary.

Jarosław Kaczyński, choć końca świata nie prorokuje, niezmiernie się lubuje w końca świata wzniecaniu. Dla wielu jego wrogów zetknięcie się z nim, to częstokroć prawdziwy początek dni ostatnich. Mało tego, dla wielu jego apologetów, obcowanie z prezesem jest nieuświadomioną koniecznością własnego końca.

Jarosław Kaczyński rozmontował system wyborczy jak nikt w historii Polski, choć wielu się to marzyło. Podeptał kodeks wyborczy. Zasiał chaos, nad którym nikt w rządzie nie panuje. W zeszły łykend sytuacja na tyle nabrzmiała, że nawet Molibdenowy Mateusz miał mieć wszystkiego dość i na Nowogrodzkiej jął ciskać papierami krzycząc, żeby zabrać go już z tych kolonii, bo to nie na jego nerwy. Wcale się mu nie dziwię. Miała być permanentna prosperita i dostatek, a tu nie wiadomo, czy uda się wyjść z tego kabaretu z resztką godności. Poza tym, Mateusz i cała cwana ale inteligenta część rządowych ław, czują podskórnie, że tego bałaganu nie da się dłużej pudrować i że ludzie to widzą. A jak widzą, to prędzej czy później stracą cierpliwość i pogonią z Sejmu w cholerę.

Najbardziej jednak nadziwić się nie mogę, jak ten pęd Jarosława do chaosu i
niepokoju, może przetrawić w swoich trzewiach zwykły człowiek, który na co dzień popiera rządzącą partię; gdzie w jego środku, obok salcesonu, chleba z masłem i mizerii znajdzie się miejsce na katolicko-narodowy bigos, który mu Jarosław serwuje dzień w dzień, dodając doń za każdym razem kolejnych, zupełnie niestrawnych przypraw. Toż to na dłuższą metę nie do wytrzymania. Zbiera się na womitację na samą myśl. A jednak lud zbożny wytrzymuje. I wierzy Jarosławowi, że zaprowadzi go ku szczęśliwości, tak jak wierzył Russelowi, że już za chwileczkę, już za momencik, wszystko przestanie się kręcić i nastąpi upragniony koniec trosk i mąk.

Dawno już straciłem rachubę, co też znowu towarzystwo wyprawia z wyborami przez kopertę, bo odrzuciłem ich ideę na samym starcie. Cokolwiek niekonsekwentnym byłoby więc, gdybym interesował się czymś, co z gruntu rzeczy uważam za poroniony pomysł, w dodatku przepchnięty kolanem, łamiący poszanowanie dla praw, tak ludzkich jak i przyrodzonych, jak choćby to, żeby nie narażać ludzi na niepotrzebny stres, kiedy ci sobie tego nie życzą. No, ale jak mawia prezydent Andrzej, skoro można wyjść do sklepu, można też pójść do lokalu wyborczego. Teraz nawet już nie będzie trzeba donikąd chodzić, bo lokal przyjdzie do nas.

Dumam więc sobie dalej, ileż to jeszcze człowiek pisowski musi znieść razów w swoją ludzką godność i inteligencję, bo wszak każdy jakąś ma, żeby zrozumieć, jak wielką krzywdę funduje Polsce i Polakom Jarosław Kaczyński swoim zachowaniem. Czy z każdym dniem nie narasta w człowieku pisowskim frustracja, że to wszystko, to jakaś piramidalna mistyfikacja, jakiś sen wariata; że nie można przecież tak bezceremonialnie traktować ludzi i sprowadzać ich do roli białkowego interfejsu, bezrozumnej tłuszczy. I im dłużej dumam, tym bardziej czarna wizja mnie oplata. Że…nie. Nie narasta. Oni mu po prostu bezgranicznie ufają. Jak wierni Russelowi w 1914 r. Prawdziwej wiary nie zburzy żadna wątpliwość.

PiS – demokracja – opozycja

25 kwietnia Portugalia świętowała 46 rocznicę puczu wojskowego, który zakończył długie dekady dyktatury Antonio Salazara i jego następców i rozpoczął pokojową Rewolucję Czerwonych Goździków. Pucz uzyskał poparcie całej gamy sił politycznych: od komunistów, przez socjalistów, po chadeków. Ówczesny reżim Estado Novo wykazywał wiele podobieństw do polskiej partii rządzącej: konserwatyzm, klerykalizm, nacjonalizm, nepotyzm, program stagnacji kulturowej i gospodarczej – wszystko naturalnie w imię dobra wspólnego.

Ten kto uważa, że dzisiejsze czasy nie przystają do dawnych systemów, grzeszy naiwnością. Pandemia COVID-19 tworzy nowe perspektywy dla współczesnych Salazarów, a nieefektywne ruchy ugrupowań opozycyjnych tylko pomagają w tym procesie.

Oto newsy wyłącznie z ostatnich kilku dni. Erdoganowska Turcja rozpoczęła dochodzenie wobec burmistrzów Ankary i Istambułu (obaj z opozycji). Przyczyna? Zbiórki pieniędzy na rzecz ofiar koronawirusa – nielegalne według tureckiego reżimu. Oprócz straszenia represjami karnymi, rząd zablokował konta samorządów.

Ostatni krok

Na Węgrzech trwa kolejny etap rozprawy z opozycją – tutaj również na poziomie finansowym. Wiktor Orban, korzystając ze świeżo przyznanych uprawnień do wydawania dekretów, zablokował środki finansowe dla miasteczka Göd, rządzonego przez polityka opozycji. Gmina straci 1/3 dochodów. Mimo wszystko jednak, autorytarni przywódcy niezwykle rzadko sięgają po opcję atomową – bezpośrednie fałszerstwa wyborcze. Taka droga była udziałem wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro, którego zwycięstwo w 2018 zostało podważone przez międzynarodowych obserwatorów i samych współobywateli. Kryzys polityczno-ustrojowy nałożył się na krach gospodarczy. Manipulowanie procesem wyborczym stanowi zawsze ostatni krok na drodze do dyktatury i niesie za sobą poważne konsekwencje dla państwa i społeczeństwa.

Prawo i Sprawiedliwość z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, zdaje się nie przejmować tą starą prawdą i próbuje zrealizować scenariusz węgiersko-turecki na skróty – z pominięciem procesu wyborczego. Bo właśnie w taki sposób należy określać próbę organizacji całkowicie nieprzygotowanych wyborów korespondencyjnych wbrew orzecznictwu Trybunału Konstytucyjnego które stanowi że zmiany w Kodeksie Wyborczym można wprowadzać nie później niż 6 miesięcy przed wyborami. Co więcej, po raz pierwszy w historii bezprawnych działań, PiS działa w oparciu o nieistniejące prawo. Jak inaczej można nazwać drukowanie kart wyborczych na podstawie ustawy, która nie została uchwalona? Tu już nie ma miejsca na luźne interpretacje prawne, to metody stricte dyktatorskie. Przy wszelkich zastrzeżeniach wobec reżimów w Turcji i na Węgrzech należy pamiętać, że przykręcanie śruby odbywało się tam powoli i w oparciu o minimum prawa, a ich liderzy cieszyli się zdecydowanie wyższym poparciem niż PiS. W ostatnich dniach prawica porzuciła wszelkie pozory legalności w swojej misji reelekcji potulnego Andrzeja Dudy. I nic dziwnego, wybory w sierpniu lub w październiku (jak proponują PSL i Lewica), a nawet za rok (propozycja Platformy Obywatelskiej), niosą ryzyko utraty Dużego Pałacu. Stawką tej gry są dalsze rządy PiS, ale również potencjalna odpowiedzialność karna partyjnych aparatczyków.

Perspektywiczna marginalizacja

Obserwując działania ugrupowań opozycyjnych rodzi się pytanie – czy oni nadążają? Koalicja Obywatelska postanowiła zagrać Jarosławem Gowinem, proponując wybory w maju 2021 roku. Lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka zapomniał jednak skonsultować swe działania z resztą partii opozycyjnych, co rodzi obawy że chodzi bardziej o rywalizację na opozycji niż o poważną propozycję współpracy dla ratowania kraju. Co zrobi Gowin i jego grupa? (o ile takowa w ogóle istnieje). PO tkwi w wizerunkowym i sondażowym kryzysie, zarówno sama partia, jak i tragicznie notowana Małgorzata Kidawa Błońska. Narracja o bojkocie pseudo-wyborów nie odniosła skutków politycznych, a jedynie zdemobilizowała wyborców przed dokonaniem jakichkolwiek wspólnych ustaleń zresztą opozycji. Po raz pierwszy od lat, Platforma Obywatelska staje przed perspektywą marginalizacji.

Lewica zareagowała sceptycznie na pomysły PO, zamiast tego proponując wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, wskutek czego wybory zostałyby przesunięte z automatu. Tylko, kto taką decyzję podejmie? Rada Ministrów zdaje się nie być zainteresowana tematem. Na marginesie walki o wybory, Lewica proponuje sporo konstruktywnych propozycji na walkę z kryzysem i pandemią. Niestety, większość z nich ginie w szumie informacyjnym. Przy okazji jednak politycy lewicy stawiają bezkompromisową tezę o braku możliwości rozmowy z Jarosławem Gowinem. Taka linia jest politycznie sensowna w razie implozji projektu „Gowin”.

To nie Lewica będzie odpowiedzialna za zawiedzione nadzieje, a PO. Jeżeli jednak okaże się, że stanowisko Gowina jest na serio i pojawi się szansa na przegłosowanie PiS, nie pozostanie inna droga niż taktyczny sojusz w imię polskiej racji stanu. Każda inna decyzja stanowiłaby polityczne samobójstwo.

Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje, że jest gotów rozmawiać o zmianie konstytucji i o przedłużeniu kadencji obecnego prezydenta o rok. Jednocześnie jednak poparł propozycje Lewicy. W ostatnich dniach odbyła się wspólna konferencja szefa SLD Włodzimierza Czarzastego i lidera PSL z zapowiedzią współpracy i koordynacji działań. To chyba pierwsza jaskółka zmiany i szansa na przejęcie inicjatywy przez te dwa ugrupowania.
Szymon Hołownia, pomimo braku obecności w polskim Sejmie, zyskuje poparcie dzięki emocjonalnym deklaracjom w mediach społecznościowych. Nie odegra żadnej roli w nadchodzącej rozgrywce sejmowej, ale już w walce o prezydenturę – może. Później również, jeżeli zdecyduje się na budowę własnego ruchu.

Same złe wyjścia

Konfederacja stanowi problem dla całej reszty. Ich notowania rosną i choć nie mają żadnego interesu w głosowaniu ramię w ramię z PiS, nikt nie może tego wykluczyć.

Chyba wszyscy są dość mocno podzieleni w kwestii terminu 10 maja. Startować w pseudo-wyborach i legitymować przewrót czy bojkotować, tym samym wzmacniając wynik Dudy? Każda strategia jest zła.
Niezależnie od dość losowej perspektywy odrzucenia lub zmiany poprawionej przez Senat ustawy o głosowaniu korespondencyjnym w Sejmie, opozycja jako całość musi stworzyć nową dynamikę wydarzeń. W tym celu powinna zacząć politykę: rozmawiać z każdym, w tym z Gowinem, a nawet z co bardziej bojaźliwymi posłami PiS. Władza zdaje się być gotowa na wszystko, mówi się o zastraszaniu i przekupywaniu posłów
Porozumienia Gowina. Jednocześnie tłumi się wszelkie przejawy niezależnego myślenia w instytucjach państwowych, o czym przekonała się prokurator Ewa Wrzosek – czeka ją postępowanie dyscyplinarne za wszczęcie postępowania w sprawie nielegalnych działań ministra Sasina.

Ramy pozakonstytucyjne

Tym samym, opozycja musi porzucić naiwne peany na temat potrzeby przestrzegania konstytucji i zdać sobie sprawę którym miejscu jesteśmy. Przecież już od kilku lat Polska funkcjonuje w ramach poza-konstytucyjnych, od kilku tygodni również poza-prawnych. Zamiast powoływać się na konstytucję, liderzy opozycji powinni studiować prace Carla Schmitta (ideologa faszyzmu, analityka upadku demokracji liberalnej).

Niemiecki konstytucjonalista opisał w szczegółach proces odchodzenia od demokracji liberalnej, w stronę jej nieliberalnej wersji, a następnie wprost w objęcia faszyzmu. Należy sobie uświadomić, że w Polsce trwa rozgrywka o władzę, w której wszystkie ruchy są dozwolone. Wygra opcja bardziej elastyczna i bezwzględna – ci którzy znajdą większość w Sejmie lub wykreują taką narrację, która przekona opinię publiczną (zmęczoną pandemią i skołataną sprzecznymi sygnałami różnych ugrupowań) i spowoduje bunt społeczny. Jeżeli okaże się, że wybory odbędą się w terminie letnio-jesiennym, zyskają również ci, którzy będą skłoni rozmawiać bez warunków wstępnych, porzucając przy tym wąskie interesiki partyjne. Ich realizacja i tak nie będzie możliwa w państwie pozbawionym wszelkich demokratycznych bezpieczników.

Należy grać tak, jak przeciwnik pozwala. Tym samym, już nie można przejmować się zaklęciami liberalnej demokracji, trzeba tworzyć fakty polityczne.

Ostatecznie nie wiadomo czy opozycja w ogóle będzie miała wpływ na bieg wydarzeń. Stworzenie nowej większości sejmowej stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Być może jak zwykle o wszystkim zdecyduje Jarosław Kaczyński. Jaki kierunek wskaże i czy uniknie buntu swoich własnych żołnierzy? Nie da się wykluczyć, że to wszystko blef prezesa i od początku nie chciał wyborów w maju.

Farsa pocztowa

Zwyczajnie licytuje wysoko, testując reakcje społeczne i międzynarodowe. Te ostatnie wydają się przychylne – Unia Europejska pozostaje bezwolna, jak zawsze, gdy chodzi o bronienie deklarowanych wartości. Może być też tak, że Kaczyński chce podzielić się odpowiedzialnością i zepchnąć winę za brak możliwości przeprowadzenia wyborów na opozycję. Dotychczasowa historia prezesa pokazuje, że jego najsilniejszy motywator to czysta władza, a ta może szybko wyparować w przypadku całościowej zapaści instytucji państwa.

Wiemy również z poprzednich prób przeciągania struny, że Kaczyński potrafi się cofnąć – zazwyczaj przed oporem i siłą. Paradoksalnie, sam zapędził się w sytuację podbramkową. Jeżeli dojdzie do majowej farsy wyborczej, karty zostaną przedwcześnie odsłonięte.

Rozpocznie się czas quasi dyktatury, kwestionowanej przez inne demokratyczne państwa prawa, dryfującej bez celu w najgorszym możliwym czasie – początku kryzysu gospodarczego i rozkręcającej się epidemii. Jeżeli wybory zostaną przesunięte, oddali się perspektywa gładkiego przejęcia władzy, a kandydaci opozycji zyskają oddech i szansę na zwarcie szeregów. To będzie czas na pozbycie się złudzeń co do sytuacji i rozmowy o współpracy i potencjalnej konsolidacji wokół najlepszej kandydatury. Niezależnie od wyniku, jesteśmy dziś bliżej dyktatury Salazara niż klasycznej demokracji parlamentarnej.

Bezwstydny

Siedzieliśmy wczoraj wieczorem z moją umiłowaną matką, piliśmy wino domowe i gadaliśmy o tych, których los już zabrał z tego padołu i tych wszystkich, których ścieżki kiedyś przecięły się z moimi, a którzy szczęśliwie wciąż pozostają przy życiu. Zeszło się nam do północy. Matkę dziś bolała głowa.

Przypomniało mi się, kiedy słuchałem opowieści o tem i owem, jak to w szkole podstawowej, bodaj w ósmej albo siódmej klasie, nasza wychowawczyni chciała urządzić modelowy przykład wyborów do samorządu klasowego. Zaprosiła nań dyrektorkę, żeby się pochwalić, jakie to ma mądre dzieci. No i jak to w demokracji, sprawy przyjęły dość nieoczekiwany obrót. A może to była szósta klasa…

Było tak, że pani wychowawczyni miała faworytów, albo raczej faworytki, w osobie dwóch dziewcząt, które siedziały ze sobą w ławce i się przyjaźniły. Ja z kolei miałem kolegę, który choć nie był chuliganem, uwielbiał knuć przeróżne intrygi. Wymyślił więc, że to on zostanie przewodniczącym; w ostatniej chwili zgłosimy jego kandydaturę, wcześniej jednak przekonamy chłopaków, żeby głosowali na niego. Wybory miały być tajne. Ja pełniłem rolę tego od przekonywania, a w zamian miałem zostać zastępcą przewodniczącego, na co się zgodziłem, bo w tym tamdemie, to ja byłem tym głupszym na ongiś.

Odrobiliśmy więc szybko lekcje i zgodnie z sugestią Donalda Tuska sprzed kilku lat wstecz, przeliczyliśmy głosy. Była szansa na powodzenie, bo proporcje chłopaków do dziewczyn były w klasie mniej więcej pół na pół z lekką przewagą dziewcząt, a trzeba Państwu/Wam wiedzieć, że klasy były wówczas bardzo liczne; 30-35 dzieciaków. Założyliśmy prosty model wyborczy: dziewuchy głosują na dziewuchy a chłopaki na chłopaków; wiedzieliśmy jednak, że są w klasie dziewczyny, które po cichu sprzyjają nam i w nich cała nadzieja. Co do chłopaków mieliśmy w zasadzie pewność. Tych których nie sposób było wyczuć, można było zwyczajnie zastraszyć, ale to chyba nie było nawet konieczne.

Nastał dzień wyborów. Do klasy przyszła pani dyrektor. Rozparła się w fotelu przy biurku i obserwowała. Zgłoszono kandydatury z sali. Jedna z koleżanek zgłosiła jedną, drugą drugą. Ja zgłosiłem kolegę intryganta, a kolega mnie. Poza tym dorzuciliśmy jeszcze kogoś, żeby mieć u steru swojego człowieka na skarbnika. Nastąpiło zwolnienie maszyny losującej, konie poszły i nie było już odwrotu. Wychowawczyni, która ma się rozumieć, mnie nie lubiła, oraz jej protegowane, były pewne sukcesu. Głosy wrzucono do specjalnej urny. Wybrano wcześniej komisję skrutacyjną. Tego dnia w klasie obecni byli prawie wszyscy, więc i frekwencja zapowiadała się bardzo wysoka. Jakież było zdziwienie wychowawczyni, dziewcząt i mojego kumpla, który już zbierał pod ławkami gratulacje, kiedy okazało się, że najwięcej głosów wytrzaskałem w głosowaniu…ja. Nikt nie dowierzał, nawet ja sam. Trochę głupio mi było przed kumplem, bo to on miał być gospodarzem klasy, a wyszło ciut inaczej. Nie mogłem ustąpić, bo wyraźnie poirytowana wychowawczyni kazała mi przy wszystkich się zdeklarować, że przyjmuję mandat, co rzecz jasna uczyniłem, bo jakbym nie przyjął, to by wygrała ta flądra z przedostatniej ławki. Mój kumpel od intryg miał dopiero trzeci wynik. Długo się nie nacieszyłem tym gospodarzowaniem. Wychowawczyni zmontowała spisek, i wywalili mnie jeszcze w tym samym semestrze, za rażące lekceważenie statusu szkoły i czegoś tam jeszcze. Inna sprawa, że było w tym trochę racji, bo mój stosunek do urzędu był, co tu kryć, dość olewczy, z czego do dziś jestem dumny.

Przy trzecim kieliszku wina domowej roboty, moja matka zapytała mnie, ot tak, dla „poddierżenia razgawora”, czy ten Duda, to ma jakieś poczucie wewnętrznego wstydu, że wygra te wybory przy minimalnym wsparciu społeczeństwa. Przecież siła takiego mandatu będzie żadna, a realne poparcie żenujące. Co to za prezydent, którego wybierze głucha babka ze ślepym dziadkiem? Zasromałem się, upiłem łyk, i opowiedziałem matce historię z wyborów z podstawówki, jak to jedna pani chciała koniecznie wybrać swoją protegę na stolec i pokazać, kto tu rozdaje karty. A jak wynik był niepomyślny, zarządziła drugie wybory, żeby postawić na swoim. Jarosław Kaczyński rozgrywa Polskę, tak jak moja wychowawczyni dzieci w klasie. A jego pupilek ma gdzieś poczucie wstydu. Więcej nawet, on nie wie, co to jest wstyd, bo żeby wiedzieć, trzeba go po prostu mieć. A Andrzej Duda ma tylko słowo prezesa. Więc trzyma je w garści, jak wróbla z przysłowia, bo wszystko co jeszcze do niedawna miał, musiał zostawić w pancernym sejfie na Żoliborzu. Zastaw bezzwrotny. Kasa nie zwraca za bilety.

Zemsta

W czasie gdy epidemia covid-19 odebrała wszystkim poczucie bezpieczeństwa, a wielu zdrowie i życie, w momencie gdy z trwogą wyczekujemy kolejnych komunikatów o nowych zakażeniach, zamkniętych oddziałach szpitalnych i odciętych od świata Domach Pomocy Społecznej, panujący w Polsce reżim zamiast skupić się na zdrowiu i życiu obywatelek i obywateli oraz ratowaniu zagrożonej rozpadem gospodarki, postanowił zemścić się na kobietach.

Jedynej jak dotąd grupie społecznej, której nie udało się odebrać reszty praw. Gdy cały świat zwija się z bólu, władza wprowadza pod obrady marginalizowanego, tabletowego sejmu projekt „Zatrzymaj aborcję”. Projekt pozbawiający przymusem polskie kobiety reszty wolności osobistej. Bo jeśli człowiekowi odbiera się możliwość decydowania o sobie samym w najbardziej intymnym obszarze decydowania o tym czy, ile i kiedy chce urodzić dziecko, to człowiek staje się niewolnikiem tych, którzy o nim decydują. Cyniczna pisowska władza wiedząc, że ustawowy nakaz urodzenia dziecka zgwałconej kobiecie albo dziewczynce i przymus rodzenia bez względu na to czy ciąża przebiega prawidłowo jej autorstwa mógłby odebrać część zwolenników, posługuje się tzw. projektem obywatelskim.

Pierwsza próba przegłosowania tego barbarzyństwa w poprzedniej kadencji sejmu wywołała wielotysięczne protesty kobiet rozumiejących, że muszą stawić opór, bo walczą o życie. Po prostu. Zagrożone życie własne, swoich córek i wnuczek. Hasło „Walczymy o życie, życie kobiet”, obywatelskie nieposłuszeństwo wzywających do oporu i zapowiadających „Nie składamy parasolek” zmusiło PiS do odwrotu. Chwilowego. PiS, jako fanatyczna grupa politycznych bandytów dobrze rozumie, że do pełnego podporządkowania sobie całego społeczeństwa zaczyna mu już brakować sił, a możliwości kupowania wyborców za pomocą transferów socjalnych się skończyły. Nadszedł więc czas wyjąć przemyślnie ukryty w czeluściach sejmowych komisyjnych szaf projekt firmowany przez osławioną fanatyczkę Kaję Godek. Po co? Z dwu powodów. Po pierwsze by skłonić do intensyfikacji współpracy zagniewany obecnie na władzę Kościół, a po drugie, by wziąć odwet za poprzednie niepowodzenie. Za to, że choć Kaczyńskiemu udało się zmarginalizować i wykorzystać dla utrzymania swoich rządów prawie wszystkie instytucje państwa, zniszczyć demokratyczne struktury i obyczaje, to grupa „słabych kobiet” skutecznie mu się sprzeciwiła. Kaczyński pamięta, że kiedy ogłosił, że „nie przekracza granic interwencji państwa w życie ludzi” wprowadzenie prawa nakazującego, by „nawet przypadki ciąż trudnych, gdy dziecko jest skazane na śmierć, zdeformowane, kończyły się porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię” – kobiety rzuciły mu w twarz – „Najpierw urodź, potem będziesz chrzcił”. Takiego despektu tyran nigdy nie zapomina.

Tak samo jak w 1993 roku ograniczając prawo do aborcji życiem, zdrowiem i poniżeniem godności kobiet władza zapłaciła Kościołowi za poparcie, teraz próbuje zachęcić Kościół do wspierania swoich rządów. Kościół się gniewa, bo restrykcje wprowadzone przez rząd z powodu koronawirusa pozbawiły go kasy. Brak wpływów z codziennej tacy, z wielkanocnych ślubów i chrztów jest przyjmowany przez część księży jako wymierzona w Kościół represja. Mało tego, część episkopatu dostrzegła w tym zagrożenie dla ekonomicznej potęgi Kościoła w Polsce. Niektórzy biskupi uznali, że pozostawanie wiernych w domach, a nawet o zgrozo „święcenie pokarmów” przez wiernych zamiast przez księży, może skłonić do myślenia, że pośrednictwo duchownych skompromitowanych pedofilskimi aferami i pospolitą chciwością stanie się i po zarazie zbędne. Więc Kościół na rząd się gniewa. A Kościół to filar podtrzymujący władzę PiS.
Bezrozumne okrucieństwo projektu firmowanego prze Kaję Godek przeraża i napawa obrzydzeniem. Bo grozę i wstręt musi budzić prawo, które nakazuje kobietom rodzić wtedy, gdy ciąża jest skutkiem kazirodztwa albo zbrodni gwałtu. Bo przerażenie w każdym czującym człowieku budzi prawo pozbawiające możliwości aborcji i zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży, która musi się skończyć urodzeniem człowieka skazanego na śmierć. Poprzedzoną cierpieniem.

Kiedy w Szpitalu Bielańskim konało w bólu dziecko urodzone dlatego, że fanatyczny lekarz Bogdan Chazan okłamał matkę nie informując jej o wadzie letalnej płodu i w ten sposób kłamstwem zmusił oboje rodziców do przeżywania męki umierania dziecka, Polki i Polacy współczuli i płakali razem z nimi. Widać było, że cierpienie noworodka i ból nieszczęsnych rodziców skłoniły ludzi do refleksji. Jeśli nawet nie do uznania argumentów opartych na wiedzy medycznej, to przez współczucie dla matki i ojca bezradnie patrzących na tortury, które przechodziło dziecko, do przyjęcia jedynego sensownego rozwiązania „sporu o aborcję”. To rozwiązanie jest banalnie proste – jeśli nie chcesz aborcji, to jej nie rób. Jeśli bierzesz na swoje sumienie i własną odpowiedzialność decyzję o skazaniu twojego dziecka na cierpienie, prawo ci tego nie zabrania. Jeśli chcesz donosić ciążę z gwałtu i nie przeraża cię urodzenie dziecka zbrodniarza, prawo ci tego nie zabrania. Społeczeństwo zrozumiało tę prostą prawdę. Nawet jeśli większość ludzi niezdających sobie sprawy z tego, że prawo do aborcji już teraz jest w Polsce fikcją (tylko 10% szpitali wykonuje obowiązujące przepisy), nadal opowiada się za utrzymaniem obecnego stanu prawnego pozwalającego na terminację ciąży w 3 przypadkach: zagrożenia życia kobiety, wtedy gdy ciąża jest skutkiem przestępstwa oraz gdy badania prenatalne wykazują chorobę lub ciężką wadę płodu, to ogromna część Polek i Polaków chce liberalizacji i pozostawienia decyzji o urodzeniu lub nieurodzeniu dziecka kobietom. Za złagodzeniem restrykcyjnych przepisów w badaniu socjologicznym „Polityczny cynizm Polaków” z 2019 roku opowiedziało się 43 proc. wyborców i wyborczyń PiS, 68 proc. – Platformy Obywatelskiej i 75 proc. – Lewicy.

Społeczeństwo zrozumiało, ale pisowska władza, obrażony na opór kobiet despotyczny prezes nie chce zrozumieć. Chce zemsty i chce cierpienia kobiet. Dlatego tchórzliwie kryjąc się za restrykcjami uniemożliwiającymi uliczny protest, wyciąga z niebytu projekt „Zatrzymaj aborcję”. Czy sejm zdoła go odrzucić? Jeśli nie, bunt zniewolonych i poniżonych wybuchnie z siłą, o której władza i jej prezes jeszcze nie ma pojęcia.

Głupi Polak po szkodzie

Kiedy ujrzałem 10 kwietnia jaśnie pana prezesa Kaczyńskiego w otoczeniu świty…

czyli pani Marszałek Sejmu RP Elżbiety Witek, pana premiera Mateusza Morawieckiego, panów wicepremierów Glińskiego i Sasina, kuzyna jaśniepana prezesa pana Tomaszewskiego, panów ministrów obrony Błaszczaka i Macierewicza, pana prezesa TVP Macieja Łopińskiego i licznych innych reprezentantów elit PiS, czyli Polaków najlepszego sorta jawnie i ostentacyjnie łamiących prawa i nakazy obowiązujące w Polsce w czasie zarazy, to zobaczyłem, że przez ostatnie dziesięć lat Oni niczego się nie nauczyli.

Nadal uważają, że można stanowić prawo, tworzyć procedury bezpieczeństwa po to aby je potem z dumnie podniesionym czołem bezwstydnie łamać. Bo prawo i procedury są dla plebsu, dla tych gorszego sorta.

Jaśniepaństwo jest ponad takimi ograniczeniami.

Dziesięć lat temu elity PiS łamiąc obowiązujące procedury bezpieczeństwa i zdrowy rozsądek zaprosiły na pokład jednego samolotu reprezentację najwyższych władz państwowych. Potem lekceważąc wszelkie procedury bezpieczeństwa doprowadziły do wielkiej katastrofy lotniczej.Bo pożądany wtedy sukces wyborczy był ponad prawem i bezpieczeństwem obywateli.

Teraz aby uczcić ofiary złamanych wtedy procedur bezpieczeństwa jaśniepan prezes i jego świta ponownie złamali prawo, ponownie lekceważyli procedury bezpieczeństwa.

Raz jeszcze dowiedli, że pod rządami elit PiS prawem staje się to, co się akurat jaśniepaństwu spodoba.

Piotr Gadzinowski

PS. Trzynastego kwietnia dziennikarze „Wiadomości” TVP po kolejny raz złamali prawo i etykę zawodową. Kolejny raz okłamali swych widzów, tym razem donosząc, że dziennikarze TVN krytykowali jaśniepana prezesa Kaczyńskiego za składanie hołdu na grobie jego matki. W rzeczywistości w TVN skrytykowano jaśniepana prezesa za wspomniane wyżej łamanie prawa.

Krytyczną postawę telewizji TVN wobec elit PiS redaktorzy „Wiadomości” objaśniali „ciemnemu ludowi”, czyli widzom TVP, powiązaniami rodziców dziennikarzy TVN z władzami Polski Ludowej oraz przynależnością obecnego dyrektora programowego TVN Edwarda Miszczaka do dawnej PZPR.

O tym, że aktualny prezes TVP SA Maciej Łopiński, człowiek ze świty jaśniepana prezesa, był w latach 1971- 1981 prominentnym członkiem PZPR, redaktorzy TVP już nie wspomnieli.

Alternatywna rzeczywistość prezesa

Przedziwna rzecz dzieje się na naszych oczach; kiedy naród liczy straty i zastanawia się, co to będzie po zarazie, o ile w ogóle coś będzie, rządzący zamknęli się w mydlanej bańce i stworzyli sobie alternatywną rzeczywistość.

Było kiedyś w Polsce takie coś, jak Ruch Społeczeństwa Alternatywnego – RSA. Powołano ów ruch do życia w Gdańsku, na początku lat 80. RSA to kawał historii polskiego anarchizmu w wersji współczesnej, przeplecionego kontrkulturą Totartu; aż dziw bierze i krew zalewa na raz, że tak mało dziś wiemy o tym zjawisku, a wielka to szkoda dla myśli politycznej i młodzieży chowania. Uczestniczyłem jakiś czas temu w zajęciach w szkole wyższej, gdzie w rozmowach o czasach pierwszej Solidarności przedstawiano studentom narrację taką, jakoby istniały w Polsce wówczas dwa paradygmaty-solidarnościowy i komunistyczny, i że cała Polska, wyznawała jeden bądź drugi. Tymczasem grupy anarchistyczne, ulokowane między innymi w RSA, mówiły, że zniewolenie komunistyczne jak i solidarnościowe wynikają z tych samych pobudek, a Solidarność będzie w przyszłości częścią tego samego establishmentu co komuna, no i za wiele się w swoich diagnozach nie pomylili.

Ludzie siedzą w domach. Piją w domach. Ćpają w domach. W domach kwitnie przemoc domowa. Za tę przemoc zapłaci człowiek, w najlepszym przypadku traumą dzieciństwa i uzębieniem. Ludzie tracą i będą nadal tracić pracę. Zapłaci za to obywatel biedą i wzrostem aktywności bandyterki, bo policja łapie dziś rowerzystów i wlepia im mandaty po 12 tysięcy, zamiast przygotowywać się do powstrzymania fali przestępczości drobnej, ulicznej, która zaleje polskie miasta razem z kryzysem-to pewne. Brakuje pieniędzy na sprzęt medyczny, nie ma kasy na testy, ale znajduje się 320 milionów na wybory korespondencyjne. Im dłużej przyglądam się tej farsie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że władza zbudowała sobie alternatywną rzeczywistość w której żyje. Tak jak po katastrofie smoleńskiej, prezes kazał przygotowywać dla swojej chorej matki fejkowe wydania gazet, żeby ukryć przed nią śmierć syna i synowej, tak i teraz ktoś chyba podsuwa prezesowi spreparowane informacje, o tym, że naród ma się dobrze, a koronawirus to tylko chwilowy kryzys, który niebawem minie. Kiedy prezes jedzie limuzyną z domu do pracy, ochroniarze wtykają za okno pasażera dziecięce rysunki z kwiecistą łąką i słoneczkiem oraz rodzinami na spacerze w letni dzień, a prezes przygląda się im i nie może się nadziwić, jak naród go bardzo kocha. Naprawdę, dobrzy ludzie, nie sądzicie, że ktoś musi zaklinać tam na górze rzeczywistość albo dodawać coś od siebie towarzystwu do herbaty, bo nikt normalny i przy zdrowych zmysłach, w obliczu tego wszystkiego, nie myślałby o wyborach. O przedłużeniu kadencji za wszelką cenę; o wymyślaniu sposobów na to, żeby w majestacie prawa, władzę raz zdobytą zatrzymać i nie oddać. Zdrowy psychicznie człowiek tak nie myśli; kiedy leci mu na głowę strop, nie zastanawia się, co tu by zrobić, żeby ratować fundamenty. Czyni tak ktoś poważnie chory: albo z żądzy władzy, albo z nienawiści do drugiego człowieka, albo po prostu chory na głowę. Doprawdy, pojąć nie potrafię, jak bardzo trzeba być pozbawionym kontaktu z uziemieniem i rzeczywistością, żeby nie dopuszczać do siebie prawdy, która dookoła aż krzyczy, żeby jej nie zignorować.

Czytałem kiedyś wywiad z Adamem Hoffmanem, ongiś złotym dzieckiem PiS-u i jego głównym spindoktorem, a dziś, prywatnym przedsiębiorcą od kreacji wizerunku. Adam Hoffman, pytany o prezesa i o to, co mu w nim najbardziej zaimponowało, bez wahania odpowiedział, że spokój; stoicki spokój. Kiedy afera goniła aferę i młodzian panikował, prezes siedział w fotelu, patrzył beznamiętnie na wykresy i…nic nie robił. Czekał. Spokojnie patrzył i czekał. Dokładnie tak, jak dziś. Prezes czeka. Patrzy, jak kraj idzie w rozsypkę i czeka. Słońce zachodzi nad Śródmieściem. A on nic. Jak posąg. Schabowy, kartofle, zasmażana kapusta. Później autem na Żoliborz. Rodeo do poduszki…

Zjednoczone stany nadzwyczajne

Koronawirus ożywił debatę konstytucyjną w Polsce. Polityce i komentatorzy (nawet z profesorskimi tytułami) wzięli się za wprowadzanie stanów nadzwyczajnych w Polsce. Jedni – opozycyjni – chcą stanu wyjątkowego, inni – rządowi – zaś uważają, że ustawa o zwalczaniu chorób zakaźnych wystarczy.

Jedni i drudzy nie mają racji. Najwięcej ma jej Klub Parlamentarny Lewicy, który chce stanu klęski żywiołowej. Dlaczego?

Konstytucja

W artykule 8 Konstytucji zawarty jest przepis, który nie pozostawia wątpliwości: „Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej”. To jest napisane tak jasno, że nie są już potrzebne żadne inne ustawy. Konstytucja w art. 229-232 wyraźnie opisuje przesłanki wprowadzenia tych stanów. Zostawiam na boku stan wojenny, bo chwilowo (chyba, że w imaginacji niektórych polityków i magików internetowych) nie mamy do czynienia ze zbrojną napaścią na terytorium naszego państwa. Odłóżmy także na bok stan wyjątkowy, bo koronawirus nie zaatakował konstytucyjnego ustroju państwa, ani porządku publicznego.

Zostaje nam banalny stan klęski żywiołowej. Dość elastycznie pojmowany, nie musi obejmować całego kraju, być może niektóre województwa uwolnią się od niego szybciej, a w niektórych zostanie na długo. Spójrzmy choćby na mapę zachorowań: już dziś są na niej województwa słabo dotknięte epidemią (pomorskie, lubuskie, świętokrzyskie) i w nich – mam taka nadzieję – będzie można szybciej przystąpić do odbudowy. Jest także elastyczny czasowo. Rada Ministrów – za zgodą Sejmu, a jej uzyskanie nie nastręczy chyba rządowi kłopotu – może swobodnie określać czas trwania tego stanu, zarówno w skali kraju, jak i poszczególnych jego części.

Ale Konstytucja zawiera także pryncypialne zabezpieczenie praw człowieka i obywatela. W artykule 233 wyraźnie mówi jakie nasze prawa i wolności mogą być ograniczone. Wylicza je enumeratywnie, co oznacza, że żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w grę. Nie ma wśród nich zakazu wstępu do lasu, ani mycia samochodów w myjniach – tak na marginesie. Konstytucja nie przewiduje także zakazu opuszczania kraju i zakazu powrotu do niego w dowolnym momencie. Ale i te ograniczenia, które przewiduje muszą mieć stosowne uzasadnienie, nie można – ot, tak sobie – wejść do czyjegoś mieszkania lub ukarać mandatem spacerującego bez celu obywatela. Z tego punktu widzenia szereg decyzji administracyjnych podejmowanych ostatnio ma słaba podstawę konstytucyjną. Być może dlatego, że twórcy Konstytucji (do których zalicza się nie tylko członków Komisji, byłem wśród nich, parlamentarzystów, ale i liczne tłumy autorytetów i ekspertów od stanów nadzwyczajnych) zakładali roztropność i dobrą wolę wszystkich ją stosujących. Ale – jak już wiemy z innych przypadków – w tym się akurat pomylili.

Jesteśmy, czuwamy

Skąd zatem te pomysły – zapyta czytelnik. Z prostego powodu, normalnie, na każdy pomysł byłaby zapewne reakcją z Konstytucją w ręku. Na ustawę o chorobach zakaźnych o taką reakcję trudno, bo jest ona napisana niespójnie, w nieprecyzyjnym, a czasem trudno zrozumiałym dla przeciętego obywatela języku. Rząd słusznie uważa, że nikt – przerażony apokaliptyczną wizją przyszłości – po nią nie sięgnie. Trzeba zatem być obecnym w tym przerażeniu, nie pytać o podstawy prawne i cel działania, tylko działać, komunikować, straszyć. W PiS-ie nikt nigdy nie zawracał sobie głowy czytaniem ustaw, liczyła się wola polityczna i to nie podlegająca wątpliwościom. Dlatego podejmujemy decyzje o godzinach sklepowych tylko dla weteranów, albo o zakazie wchodzenia do lasu (ograniczenie korzystania z dobra wspólnego), albo zamykamy fryzjera w Pipidówce (przepraszam wszystkie Pipidówki) mimo, że jej obywatele słyszeli coś o koronawirusie, ale tylko w telewizji. A Naród chwali rządzących, bo coś robią, są zdecydowani i widać, że rządzą. Po co, na co – to wyjaśnimy sobie później (jeśli ktoś zapyta).

Gorzej, bo obawiam się, że nikt z rządzących nie czytał nic o stanach kryzysowych, zarządzaniu nimi i logice towarzyszącej tym stanom. W dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że kryzys ma trzy fazy. Pierwszą – przygotowanie, przewidywanie i planowanie oblaliśmy. Podobno wywiad uprzedzał, ponoć ktoś, coś wiedział, a mimo to Minister Pinkas radził „lód do majtek”. Drugą kierowanie kryzysem zdajemy z trudem, raczej reagujemy (chyba coraz lepiej), ale nadal nie zapobiegamy. Trzecia najważniejsza – to odbudowa. Wtedy zobaczymy moc tego rządu i tego boi się Jarosław Kaczyński. Dodajmy, że razem z kryzysem zmieniają się nastroje społeczne. Najpierw lęk i przerażenie, potem wkurw, a następnie apatia lub bunt. Kiedy władza straszy, niech się nie dziwi, że zabraknie entuzjazmu niezbędnego do odbudowy. Tego też się boi Jarosław Kaczyński.

Kasa, Misiu, kasa

Odbudowa wymaga kasy. Potężnej. 220 mld, o których mówi rząd to de facto na waciki. Tysiące firm będzie musiało odbudować łańcuchy dostaw i sprzedaży, miliony ludzi odbudować warsztaty pracy. Tu nie wystarczą pożyczki i kredyty, ani apele o wysiłek. Nie pomogą mandaty ściągane za przypadkowe spotkanie znajomych i zatrzymanie się, aby zapytać co słychać. Trzeba będzie ciąć wydatki, także socjalne. Przeżywałem to w 2002 roku, a widmo „starego portfela” emeryckiego będzie ciążyć do końca mojego życia. Czy ta władza ma wystarczającą legitymację do takiej polityki? Oto jest pytanie. Ci wszyscy beneficjenci 500+, 13-tki, 14-tki będą poszukiwać nowej reprezentacji politycznej. Jarosław Kaczyński też się tego boi.

A przy okazji drobiazg, dedykowany głosicielom poglądu, że rząd nie chce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, bo musiałby płacić obywatelom odszkodowania. Otóż jest w tej sprawie specjalna ustawa wydana na podstawie upoważnienia konstytucyjnego (z dnia 22 listopada 2002r.). Powiada ona, że obywatelowi poszkodowanemu w czasie stanu nadzwyczajnego należy się odszkodowanie w wysokości poniesionej straty. Jak nie ma takiego stanu, to obywatelowi należy się odszkodowanie nie tylko z tytułu poniesionej straty, ale także z tytułu utraconych korzyści (rozstrzyga to Kodeks Cywilny). A więc tym bardziej trzeba wprowadzić stan klęski żywiołowej. Ale, aby to wiedzieć trzeba coś czytać. Siedzicie w domu – czytajcie!

Kto tu jest szalony?

Jarosław Kaczyński nie jest szaleńcem – muszę zacząć od zaprzeczenia popularnej tezie polskich opozycjonistów dziwujących się, że ktoś znów miał czelność ich ograć w grze politycznej.

Jeszcze kilka tygodni temu, gdy wprowadzano pierwsze różnorakie obostrzenia, zamykano granice i władza mówiła frazesy o kierowaniu się troską o obywateli, znakomita część opozycji (szczególnie lewicy z naszej bańki, co zauważył na portalu Strajk.eu Bojan Stanisławski) chwaliła PiS za rozsądek, umiejętność przewidywania i dobre serduszka. Opozycja parlamentarna na gwałt przyklepywała specjalne uprawnienia związane z epidemią. No cóż – za tchórzostwo się płaci; gdyby tego nie robiła, PiS dzisiaj, chcą walczyć wirusem, musiałby wprowadzić któryś ze stanów nadzwyczajnych, co z automatu oznacza przeniesienie wyborów na inny termin. Jeśli więc komuś zawdzięczamy możliwość farsy wyborczej, na którą się zanosi, to nie zapominajmy o naszych sejmowych patałachach.


Powtarzam, Kaczor nie jest szaleńcem. Ta niekoronowana głowa państwa rozumuje w kategorii walki o władzę, co wielokrotnie udowodnił, a zostało pięknie opisane w historii politycznej III Rzeczpospolitej. Nietrudno więc się domyślić, że wprowadzanie jakiegoś rodzaju ‘’stanu nadzwyczajnego’’ jako ‘’pierwsi w Europie’’ (co było propagandowo podkreślane) – nawet jeśli słuszne – wynikało przede wszystkim z przyczyn politycznych. Stan kryzysu i niepewności zawsze, przynajmniej na jakiś czas, wzmacnia aktualną władzę. Tego czasu starczy do obsadzenia Andrzejka pod żyrandolem, a potem się zobaczy.


Przeciętny oglądacz mediów ma wrażenie, że gdy ludzie zaczynają tracić pracę i dochody, a przyszłość staje się niepewna, zamknięci w swoim świecie politycy odprawiają jakieś szopki. W takim chaosie również zyskuje władza, bo to personalne rozgrywki i medialne pyskówki przyciągają uwagę mediów, a nie np. różne projekty składane przez opozycję. Ta ostatnia zaś nie wycofała kandydatów w wyborach (Kidawa-Błońska ‘’zawiesiła’’ kampanie, ale to raczej ze względu na fatalną kampanię i spadające sondaże), ani np. nie dogadała się, że zostaje jeden (w razie, gdyby PiS jednak chciał wybory przeprowadzić) więc można mieć wrażenie, że przecież oprócz spotkań ulicznych (na które rzadko kto przychodzi) kampania toczy się normalnie. Krótko mówiąc, znów zachowała się bojaźliwie.


W ramach owej szopki Jarosław Gowin nie ciesząc się na wybory zgłosił pomysł zmiany Konstytucji wydłużający urzędowanie Prezydenta o 2 lata i wprowadzając jednokadencyjność. Taka zmiana wymagałaby poparcia opozycji. W Konstytucji jednak czytamy, że Pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż trzydziestego dnia od dnia przedłożenia Sejmowi projektu ustawy. Czyli jeśli w poniedziałek projekt wpłynie, Sejm będzie mógł za nim zagłosować dopiero za miesiąc, kilka dni przed wyborami. Potem Senat i podpis Prezydenta. Teoretycznie można zdążyć. Zarazem PiS szykuje nowelizację kodeksu wyborczego, która umożliwi wybory korespondencyjne. Tutaj też zdąży, nawet jeśli Senat przetrzyma ustawę. Opozycja ma więc chwilową władzę – może rozstrzygnąć czy Andrzej Duda będzie Prezydentem przez 5 (wybory) czy przez 2 lata (zmiana Konstytucji). PO i Lewica już jednak zadeklarowały, że zmian w Konstytucji nie poprą.