Księga Wyjścia (44)

Ballada o słowie dobrym, słowie złym…

„Urodziłem się w Generalnej Guberni, umrę w RP z nieustalonym jeszcze numerem, ale najpiękniejsze lata swojego życia spędziłem w PRL. Nie sadziłem, że doczekam takich czasów i wiesz co – wolałbym ich nie doczekać” – powiedział ze swoim charakterystycznym uśmiechem Andrzej, gdy przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy. Pomimo wieku ma niesamowitą kondycję i w pieszych wędrówkach zostawiłby za sobą wielu dwudziestolatków.
Andrzej jest bardzo ciekawym człowiekiem. Poznałem go na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Nie pamiętam dokładnie czy było to w ósmej klasie, czy może już w liceum. Przez wiele lat pracował w poradni wychowawczo zawodowej zajmując się trudną młodzieżą. Ponieważ i ja znalazłem się w tej szerokiej grupie, również tam trafiłem. Z wiekiem znajomość zmieniła swoje relacje i z czysto zawodowych (psycholog – pacjent) stały się koleżeńskie. I mimo różnicy wieku, utrzymywaliśmy kontakt nawet gdy już miałem własną rodzinę i poukładane życie odwiedzałem go w tej placówce, praktycznie do samej jego emerytury. Oczywiście charakter tych wizyt również uległ zmianie, ot, wpadałem wypić z nim kawę.
Podziwiałem jego opanowanie i spokój, a czasami prosiłem o radę przy wychowaniu własnych dzieci. Zawsze uśmiechnięty, zarażał innych swoim optymizmem. To właśnie on zawsze mi powtarzał, żebym nie zabijał tego co jest we mnie najcenniejsze – wrażliwości. Na początku nie bardzo wiedziałem o co mu dokładnie chodzi.
Przecież byłem zwyczajnym chłopakiem, który za wszelką cenę chciał utrzymać pion nie pokazując słabości. Być twardszym, odważniejszym i bardziej szalonym od innych. Jak to wówczas wśród młodzieży bywało. Na szczęście udało nam się nie pozabijać. Skutecznie za to pozabijałem, to co według Andrzeja było tak cenne – wrażliwość. Nauczyłem się nie okazywać słabości, skutecznie poukrywać prawie wszystkie emocje o uczuciach nie wspominając. Przestałem odróżniać dobro od zła i często przechodziłem obojętnie obok ludzkiej krzywdy. Dopiero lata rożnych terapii odgrzebały to, co tak długo w sobie dusiłem. Wspomnianą przez niego wrażliwość. Nie miałem jednak pojęcia o skutkach ubocznych gdy na dobre zrzuciłem z siebie ten pancerz…
Zaczyna się zwykle podobnie, od jednego większego problemu. Ot, niezapłacony jeden drobny rachunek. W sumie nic takiego, w najgorszym wypadku naliczą odsetki, a przy kolejnym przypływie gotówki bez problemu można będzie to wyrównać. Najlepiej byłoby szybko pozbyć się tego problemu z głowy. Wyprzeć, zapomnieć, nie dźwigać tego ciężaru. Po prostu, spokojnie zaczekać do czasu gdy przyjdzie odpowiedni moment, by zaległość uregulować.
Przecież to nie powód do rozpaczy, a tym bardziej załamania. > Jeśli jednak zaraz za nim przyjdzie cała seria innych „pierdół”, to mózg zaczyna reagować zupełnie nieadekwatnie. Drobiazgi rosną w krzywym zwierciadle wyobraźni do niebotycznych rozmiarów, a jednocześnie „złośliwa” pamięć przywraca wszystkie dawno już zapomniane problemy. Jeśli seria pechów trwa nadal, to mózg przypomina sobie już te zupełnie nieistotne – dawno załatwione. I mimo że rozwiązane, ponownie dają o sobie znać. Znowu stały się ważne, bo zanika też pewność czy zostały rozwiązane. Poza tym utwierdzają w poczuciu własnej nieudolności, już nie mamy pewności czy zostały rozwiązane, a sam fakt że w ogóle się pojawiły jest kolejnym kamykiem do plecaka z napisem „upadam”. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy pukanie do drzwi, dzwonek telefonu przyprawiają o palpitacje serca, a spadająca ze stolika łyżeczka wprawia w autentyczne przerażenie.
Efekt kuli śnieżnej. Zwykła pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów, zbierając po drodze małe, nic nieznaczące potknięcia. Czasami potrafi dołożyć swój płatek do tej kuli pogoda, pora dnia i milion innych indywidualnych „nicnieznaczeń”.
Złe słowo wypowiedziane przez kogoś bliskiego w złą porę. Można długo spekulować, bo każdy ma inną czułość i inne natręctwa. Ale sekwencja zawsze jest jednakowa. Ciągłe skalowanie napięcia. Może to wyglądać na paranoję, ale nią nie jest – chociaż odczucia podobne – to początek innego problemu. Bardzo poważnego, bo śmiertelnego – depresji. Wielokrotnie mamy tego świadomość, ale i tak jesteśmy bezbronni. Jak trudno jest się przed tym bronić wiedzą ci, którzy to przeszli. A po transformacji ustrojowej jest ich naprawdę bardzo dużo.
Oczywiście jedni są bardziej odporni, inni mniej. Ale wątpię, by byli ludzie całkowicie odporni. Bardzo długo z tego schematu korzystały firmy windykacyjne. Do perfekcji opracowały system umiejętnej manipulacji natężeniem, potrafiły doprowadzić do załamania nerwowego, depresji i w efekcie samobójczej śmierci.
Na pograniczu prawa łamały ludziom kręgosłupy, niejednokrotnie doprowadzając do ostatecznego kroku. Nie wprost oczywiście, ale jak wiele osób popadło w depresję, ilu tego nie wytrzymało? Ludzie wrażliwi są najłatwiejszym łupem. Jeśli jeszcze mogą, mają możliwość, spłacają horrendalne odsetki od długu, który już wielokrotnie spłacili, biorą kolejne chwilówki, zaciągają kolejne pożyczki u podejrzanych „dobroczyńców”, którzy pojawiają się zawsze jak spod ziemi w odpowiednim momencie. W tej sytuacji zaszczuty człowiek jest wdzięczny „wybawcy”, który w tym momencie wydaje się aniołem, przyjacielem, kimś kto wreszcie podał rękę. Miotając się w sieci realnych i wyimaginowanych problemów – powstałych w rozszalałej wyobraźni – nie zastanawiamy się nad tym co później, ważne by złapać oddech. „Cudotwórcy” oddech ten dali, by po jakimś czasie postawić żądania, lub zakręcić „butlę z tlenem”.
Tak właśnie dochodziło do niewyobrażalnej spirali zadłużenia, eksmisji, a w skrajnych przypadkach samobójstw. Nie jest ważne jak to nazwie,u i do czego porównamy, czy do kuli śnieżnej, czy kropli drążącej skalę. W pierwszym przypadku nas zmiażdży, przygniecie i zadusi, w drugim enta kropla – tak naprawdę delikatnym uderzeniem – roztrzaska nawet najtwardszą czaszkę.
Trochę faktów:
Suicydolodzy (naukowcy zajmujący się problemem samobójstw) podkreślają, że obecnie z własnej ręki ginie więcej osób niż w wypadkach samochodowych. Zdaniem specjalistów, liczba ta jest jednak znacznie wyższa niż wynika z policyjnych statystyk. Obowiązek opisywania wprowadzono w szpitalnych kartach chorobowych pacjenta dopiero w 2018 roku.
Poza tym nie znamy liczby samobójstw ukrytych. Czyli takich, w których ktoś pozoruje wypadek. Choćby dlatego, by nie piętnować rodziny. To wciąż szara strefa tej makabrycznej „autoeutanazji”.
Opierając się tylko na samych oficjalnych danych policji, które są dosyć mgliste i nawet o trzydzieści procent rozbieżne z danymi GUS. W latach 2000 – 2013 blisko sześćdziesiąt pięć tysięcy osób odebrało sobie życie. Największa fala była pomiędzy 2007, a 2016 rokiem. W ostatnich latach średnia ta zaczęła wyraźnie spadać. W 2017 według tych nieprecyzyjnych szacunków było o osiemset samobójstw mniej niż w roku 2013 i 2014. Według tego samego źródła w 2018 roku było połowę mniej zamachów na własne życie niż jeszcze rok wcześniej.
Mimo, że wiarygodność jest dyskusyjna i nieprecyzyjna, to jednak stanowi jakiś punkt odniesienia. Może dlatego, że pojawił się spod ziemi taki „przyjaciel” i rozwiązał większość problemów. W cudowny sposób znacznej części z nas zabrał ten potwornie ciężki plecak wypchany kamieniami?
Obawiam się jednak, że ów „przyjaciel” zażąda sowitej zapłaty. Na przykład pełnego posłuszeństwa. Tak, mam na myśli PiS, które ukręciło łeb większości firm windykacyjnych, choćby skróceniem i jasnym określeniem przedawnienia długu. Pomijam aferę GetBecku i ich niejasnych powiązań z obecną władzą. Faktem jest, że w kluczowym momencie, gdy firma wpadła w kłopoty, władza im tej ręki nie podała. Pomijam spekulacje prasowe o spotkaniu Kornela Morawieckiego z kierownictwem „funduszu” – cudzysłów zamierzony. Piszę z punktu widzenia zwykłego człowieka, który wpadł w tarapaty.
Skupmy się jednak na faktach. Od kiedy rządzi PiS, ludzie znajdują mniej „dziwnych” listów w swoich skrzynkach pocztowych, odbierają mniej dziwnych telefonów o rozmaitych portach dnia i nocy. Niektórym w ogóle ucichły, a najbardziej bezlitośni komornicy – ściągający dług sprzed trzydziestu lat -przysłali wreszcie pisma, że odstępują od egzekucji.
Nie mam złudzeń, to może nas wiele kosztować. Bardzo wiele. Ale jeśli opozycja naprawdę chce wygrać wybory, to zamiast szydzić z „beneficjentów pięćset plus”, czy kpić ze społeczeństwa, że dało się skorumpować, powinna zrewidować swoją narracje i zastanowić nad innymi argumentami. Bo w ten sposób nigdy nie przekonają do siebie odpowiedniej liczby wyborców.
Wracając do wniosków naukowców, przydałby się bardzo specjalistyczny program profilaktyki, który w innych krajach znacznie obniżył tę okrutną liczbę „śmierci z przerażenia i niemocy”.
„Słowo leczy, słowo zabija. Wszystko zależy jak je wykorzystamy” powiedział kiedyś szef Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, profesor Brunon Hołyst.
Pamiętam, że Andrzej zawsze dysponował całą paletą „dobrych słów”, niemalże na każdą okazję, posługiwał się nimi po mistrzowsku.
Drodzy czytelnicy, przyszedł czas, w którym muszę zająć się wydaniem kolejnej książki. Chciałem wziąć dwa miesiące urlopu, ale rozmawiając z sekretarzem redakcji umówiliśmy się, że co jakiś czas będę jednak pisał felietony. Po prostu przez dwa miesiące nie będą wychodzić regularnie, co nie oznacza, że tak pozostanie. Po dwóch miesiącach wrócimy do stałego, cotygodniowego cyklu.
Do przeczytania następnym razem.

Księga wyjścia (35)

Ballada o kontrastach.

W związku z tym, że w poprzednim tygodniu nie było na łamach DT kolejnego felietonu z cyklu „Księga Wyjścia”, część jego treści poznali czytelnicy fb, ale wiem, że jest też spora grupa zwolenników tradycyjnych gazet i z reguły oni z tej platformy nie korzystają. Spróbuję w jakiś sposób połączyć te teksty, tak by czytelnicy tradycyjni poznali treść poprzedniego i użytkownicy fb także znaleźli coś nowego. Tym bardziej, że upłynął kolejny tydzień i zabrało się całkiem sporo nowych, wartych opisania historii.

W drodze do pracy. Pisane w pociągu

Kolejny tydzień pracuję jako ankieter. Trzy tygodnie zaowocowały czterema kluczowymi zauważeniami. Miejscowości ściśle przylegające do stolicy charakteryzują się bardzo bogatą architekturą. Te dalsze już bardziej mieszaną, z wydzielonymi enklawami i trzecie zauważenie to bieda domki takie między pięćdziesiąt, a sześćdziesiąt metrów, na równie mikroskopijnych działkach. Paradoks polega na tym, że taka chatynka wbita pomiędzy dwa ogromne i bogate domy, w miejscowości gdzie ceny gruntów przebiły skalę sufitu, tak naprawdę nie stanowią żadnej deweloperskiej wartości. Są zbyt małe, by postawić willę odzwierciedlającą bogactwo właściciela. Zazwyczaj żyją w nich starsze kobiety, naprawdę w tym przypadku statystyki nie kłamią, wszędzie mieszkała samotna babcia, ani razu nie trafiłem na mężczyznę. Ze względu na naprawdę niedużą wielkość tych działek, po śmierci leciwych mieszkańców, za niewielkie pieniądze, kupi to któryś z sąsiadów i będzie miał idealne miejsce na basen. Ostatnie z nietypowych zauważeń wprawiło mnie w zakłopotanie i refleksję. Jest to konkretny przypadek. Wśród domów klasy średniej wyższej, zauważyłem dosyć ładny, prawie nowy dom. Wykończony, widać, że kolor tynku w żywych jeszcze barwach, których nie pokrył brydny kurz i modna, ale skromna i nie ekstrawagancka architektura. Przy drzwiach wystawały ze ściany dwa grube przewody. Pomyślałem, że jeszcze wykańczają, a przewody zostały wyprowadzone, by powiesić tam jakąś lampę. Na ogromnej działce nic, prócz trawy, nawet jednego drzewka. Wniosek, dopiero zakończyli budowę i niedawno zamieszkali. Dom oddalony od furtki, ale właściciel krzątał się przy furtce. Na pytanie czym ogrzewa, powiedział, że drewnem, nawet mnie to nie zdziwiło, ponieważ spora część mieszkańców ogrzewających domy gazem, a posiadających również kominki sądzi, że o tym gazie mówić nie trzeba. Dopiero gdy dopytujemy okazuje się, że gaz jest ich głównym ogrzewaniem, natomiast kominek tylko okazjonalnie. A podają nam jedynie informację o drewnie myśląc, że wyłapujemy tylko te miejsca gdzie dymią kominy. Ale wracając. Ponieważ mężczyzna podał niewielką ilość zużywanego drewna, pewnym głosem powiedziałem – „to jeszcze gaz muszę zapisać”. Odpowiedź mnie powaliła. „Nie używam gazu, już mnie nie stać. Drewno dostaję od gminy i cała ogrzewana przestrzeń domu wynosi 25 mkw. Gdy zaczynałem budowę byłem całkiem zamożnym człowiekiem, zarabiałem naprawdę dobrze. Jednak już po zakończeniu budowy miałem wypadek, który wykluczył mnie z życia zawodowego. Teraz jestem na łasce pomocy społecznej i gminy. Jak pan widzi mam dom, ma on 140 mkw, ale pracując na zleceniach w momencie tragedii, zostaje się dziadem. Dom pewnie sprzedam” – podsumował nasz polski kapitalizm, jeszcze niedawny milioner.

Przesiadka. Pisane w metrze

Wbrew obawom, mieszkańcy tych naprawdę wypasionych willi, gdy tylko dowiedzieli się, że spisujemy piece i rodzaj ogrzewania, bardzo chętnie podawali wszelkie dane, zdawali sobie bowiem sprawę, że nawet jeśli sami mają ekologiczne ogrzewanie, to sąsiedzi nawet ci dalsi paląc „czymkolwiek” trują także ich i ich dzieci. W miejscowościach bardziej oddalonych, a zwłaszcza w ich starszych i biedniejszych częściach, ludzie nieufnie podchodzili do udzielania informacji. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że czegoś się boją. Nie sądzę jednak, że obawiali się tego, iż odkryjemy palenie śmieci, tylko nigdy dotychczas nic dobrego z tych spisów nie wynikało. Bo albo za PRL jakiś „domiar”, melioracja, nowa droga, która przetnie im i tak niewielką działkę, lub wzrost opłat za wywóz śmieci. Dlatego nie dziwiły mnie pytania, które zadawali. Pytali „po co, dla kogo, w jakim celu”. Akurat trafiliśmy na osiedle oddzielone lasem od głównej miejscowości i jak już wspomniałem poza jednym wydzielonym i ogrodzonym obszarem dla najzamożniejszych, były tam same leciwe domy sprzed 30, 40 a nawet i więcej lat. Pewnie kilka powojennych. Były m.in niedokończone tzw. „klocki polskie” i pięćdziesięciometrowe chatynki, w których nie tylko dach, ale i zewnętrzne ściany pokryte były papą, te zwykle były ogrzewane popularną niegdyś „kozą”. Gdy udało już się wyjaśnić w jakim celu zbieramy te informacje, często padało pytanie, zadane już miłym, lekko konfidencjonalnym tonem i zupełnie szczere – „a jak powiedzieć żeby było dobrze? Bo zameldowanych jest ośmioro, a mieszka nas piątka”, lub też odwrotnie „zameldowanych 16, a mieszka nas dwudziestka” – widać że uznali mnie za swojaka, lub wierzyli w szczerą, ludzką rozmowę. Nie sposób było wyjść z podziwu widząc niewielkie zabudowanie i stłoczone tam trzy czy cztery pokolenia wraz z rodzinami. Przypomniało mi się wtedy mieszkanie w bloku, w którym niegdyś mieszkałem i 20 metrowa kawalerka zasiedlona przez sześcioro mieszkańców – Matkę, syna z żoną i trójką dzieci. Przesiadka i biegiem żeby zdążyć na autobus. Pisane w autobusie: Po obejściu „ubogiej” części, co nie było łatwe. Leśna wcinka, która wydawała się ślepą dróżką z jedną chatą na końcu, nagle za drzewami się rozwidlał prowadząc do kolejnych domów. Zajęło nam więc to sporo więcej czasu niż zakładaliśmy i dodało do cholery i pracy i kilometrów. Po powrocie na główne ulice tych miejscowości czekały nas kolejne niespodzianki. Weszliśmy w świat skrajności, rażących kontrastów. Początek jeszcze w zabudowie z lat siedemdziesiątych. Z daleka jednak już widać gdzie zaczyna się najbogatsza część miejscowości. O ile te gierkowskie wille przylegały do chodnika oświetlonego starymi, betonowymi latarniami, to tuż przed pierwszym „nowopałacem” zaczęły się całkiem nowe wielopunktowe latarnie z wysięgnikami, tak by rozświetlić całą okolicę. Na ogromnych działkach zobaczyliśmy najrozmaitsze domy, które blaskiem włożonych w nie pieniędzy, przyćmiewały światła tych nowych ulicznych lampionów. Ludzie zwykle mili, tylko rozmowy bywały zabawne, bo jednocześnie odpowiadali nam i dyskutowali przez telefony. Podczas dnia niekiedy zastajemy pomoce domowe, lub rodziców właścicieli. Ale o tym później, bo czas wysiadać. Bo „Chodzonego czas zacząć”.

Pisane nocą

„Chodzonego czas zacząć”, starsi czytelnicy zapewne wiedzą o co chodzi, a młodszym wyjaśnię. Niegdyś tak zapowiadano polski taniec, czyli popularnego na studniówkach poloneza. Dawniej nazywano go po prostu „chodzonym”. Gdy dojedziemy na miejsce powtarzam sobie tę starą zapowiedź do utworu pt. „Pożegnanie ojczyzny” autorstwa Michała Ogińskiego. Upłynęły już dwa tygodnie od ostatniego felietonu, zdążyliśmy więc się już oddalić spory kawałek od miejscowości przylegającej bezpośrednio do stolicy. Trafiamy na coraz dziwniejsze anomalia adresowe, budowlane, ludzkie i osobowe. Ponieważ mamy ściągawki adresowe, to spis powinien zgadzać się z numeracją, którą dała nam gmina. Okazuje się jednak, że oprócz adresów podanych przez urząd, jest jeszcze kilka dodatkowych, lub kilku brakuje. Nowe nie wyglądają na samowolkę budowlana, bo są to budynki zarówno nowe jak i stare, widać że zamieszkałe, zasiedziałe niekiedy przez całe rodziny. O czym świadczą pozostawione przed drzwiami rowery dorosłych, rowerki dziecięce, zabawki i dużo obuwia wyjściowego. Poza tym na każdym z tych adresów „widm” wisi urzędowa tabliczka z adresem, nazwą miejscowosci i numerem. Bywają również przypadki, że w samym środku spisywanej ulicy, pomiędzy kolejnymi numerycznie mieszkaniami stoi dom, na widok którego zwykle stajemy jak wryci, to znaczy stawaliśmy. Nie chodzi o jakieś zjawisko architektoniczne, tylko tabliczka przy furtce informuje, że jest to adres ulicy z drugiego końca miejscowości. Gdy uda namówić się właściciela, by wyjaśnił tę anomalię to opowiada o jakiś lokalnych sporach o nazwy, wielokrotnych zmianach patronów, a co za tym idzie również numeracji. Na pytanie, że jednak jakiś porządek powinien być, zwykle odpowiadają podobnie. Przytoczę jedną taką odpowiedź, którą nawet sobie zapisałem: „Panie, co się władza zmieni, to ulice nam wymienia, przez jakiś czas miałem dokładnie ten sam adres co sąsiad naprzeciwko. Tutaj nie dziwcie się niczemu”. I faktycznie w jednej miejscowości zarówno ulica główna jak i jej odnogi nazywały się Generała Maczka. Dom narożny miał numer właściwy, np. 4, a reszta to było 4a, 4b, 4c aż do końca. Zwykle kończyło się na „G”, ale w innych miasteczkach dochodzi nawet do „O”. Bywają też domy, które doskonale funkcjonują na dwóch adresach. Z jednej strony numer od ulicy Andersa, z drugiej np. już Jabłoniowa. Różne ulice, różne numery, a poczta przychodzi raz pod jeden raz pod drugi. Nadawca ma więc wybór, bo adresat zawsze będzie ten sam. Wspomniałem wcześniej, że im dalej od zamożnych osiedli, tym drogi gorsze. O błocie i niedokończonych drogach pisał nie będę, ale zostawię to ku wyobraźni czytelnika. Zwłaszcza w słotne dni dają popalić. Niekiedy trudno przebrnąć krótki odcinek. Czasami jest powierzchowne i tylko brudzi podeszwy, ale zdarzają się takie, w które się zapadamy jak w bagno. Mam też kilka zauważeń kiedy najlepiej jest ankietować, a kiedy lepiej nie wychodzić z domu. Najlepiej w dni powszednie w okolicach południa. Wprawdzie są to godziny, podczas których ludzie zwykle pracują, ale wtedy ci, którzy są w domach bardzo ufnie nas witają i skrupulatnie odpowiadają na zadawane im pytania. Często trafiamy na kogoś w rodzaju pomocy domowej, lub rodziców właścicieli, którzy będąc już na emeryturze przyjechali popilnować wnuki podczas gdy ich dzieci pracują, by zarobić na spłatę kredytu zaciągniętego na ten dom. Ludzie ci zwykle znają odpowiedzi na nasze pytania, brali udział w inwestycji od samego początku, a i tak siłą rzeczy stali się tam stałymi, choć dojeżdżającymi mieszkańcami, a co jest najsmutniejsze również rodzicami dla swoich wnuków. Nic dziwnego, rodzice wyjeżdżają przed świtem, a wracają późno w nocy. Biorą po dwa etaty i zlecenia, by spłacić to zadłużenie bankowe wzięte na dom. Dziadkowie zazwyczaj też chętnie wdają się w rozmowę. Są bardziej otwarci. To zaleta pracy w tygodniu. Wadą jest to, że u bezdzietnych nikogo nie ma. Wtedy wracamy pod ten adres w niedzielę. Poza tym, że wszyscy są w domach – jedyna zaleta dni wolnych od pracy – to bardzo niechętnie i nieufnie podchodzą do rozmów. Są zdziwieni, że w niedzielę ktoś chodzi z ankietami i to na zlecenie gminy, wkurzeni, że przeszkadza w odpoczynku i zdezorientowani. Ostemplowany identyfikator na szyi, rozłożona teczka z blankietami, więc musi im się bardzo kotłować w głowie między drzwiami mieszkania, a furtką. Gdy już wyjaśnimy z czym i po co przychodzimy to czasami burkotliwie, czasami z pogardą, najczęściej jednak w sposób sympatyczny podają te dane. Gdy po raz pierwszy zaszedłem w niedzielę do pierwszego domu z naszego wykazu, zadzwoniłem wideofonem, powiedziałem że na zlecenie Urzędu Gminy spisujemy kto czym ogrzewa mieszkanie, to usłyszałem krzyk połączony ze zdziwieniem – „co, w niedzielę?!?! Dopiero spokojnie wytłumaczyłem, że byliśmy już tu dwukrotnie w ciągu tygodnia, a ponieważ nie udało nam się nikogo zastać, to musieliśmy specjalnie w niedzielę przyjechać. Już nie udawało się załatwić sprawy przez domofon. Prawie wszyscy wychodzili by obejrzeć identyfikator. Czasami powiedzą niby do siebie, że coś takiego każdy może sobie sam zrobić. Najgorzej było w niedzielę przed 11 listopada. Z warszawskiego Gocławia przeprowadziłem się do jednej z podwarszawskich miejscowości, w zasięgu Kolei Mazowieckich. Odległość jest trochę większa, ale czas dojazdu krótszy. Dodatkowym powodem było, że zamieszkałem u kolegi, z którym pracuję. Trochę rozpisałem się o ankietach, ale zdominowały one moje życie do tego stopnia, że jedyny dzień wolny wziąłem sobie w sobotę by pojechać do Lublina na cotygodniową terapię i dawkę substytucyjnego suboxonu. Nasz dzień wygląda następująco. Wstajemy między piątą a szóstą rano, żeby chociaż spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Kończymy wpisywać w ankiety brakujące dane takie jak numery działek. Zawsze coś na rano zostanie, a za chwilę dowiecie się dlaczego. Wychodzimy z domu między siódmą, a ósmą i po kilku przesiadkach po dziesiątej z minutami jesteśmy na miejscu. Jeśli autobus nie ma opóźnienia i uda się wstrzelić tak, by zbyt długo nie czekać. W skrajnym przypadku może to być nawet półtorej godziny. Ale jeśli nawet kwadranas to przy trzech przesiadkach daje to sporą obsuwę czasową. W drodze ustalamy kwadraty, którymi będziemy się poruszać i miejsca spotkań, by wymienić informacje. Koło piętnastej zwykle jesteśmy już ledwo żywi kończymy więc rozpoczęte ulice i okolo szesnastej szukamy gminnych autobusów, by dojechać do przystanku głównego z którego podobnym systemem wracamy. Powrót jest zwykle znacznie gorszy. Czekamy na autobus wielostrefowy, a bywa, że na niektórych liniach jeżdżą co pół a nawet co godzinę. Nie opłaca się wracać do ankietowanej wioski, by spisać jeszcze kilka domów, a poza tym ledwo już poruszamy nogami. Gdy dotrzemy do pierwszej warszawskiej pętli lub metra szukamy odpowiedniego transportu, który dowiezie nas na dworzec o odpowiedniej porze. Jeśli trafimy kilka minut przed pełną godziną, to udaje się złapać interesujący nas pociąg, jeśli dojedziemy minutę po, to czekamy na Dworcu Centralnym godzinę. I tak pomiędzy dziewiętnastą a dwudziestą jesteśmy w domu. Musimy jeszcze uzupełnić numery ewidencyjne działek, ale nigdy nie udaje się zrobić tego do końca, bo zwyczajnie zasypiamy. Więc jak już wspomniałem, kończymy to rano. Tak wygląda praca ankietera – którą wykonuję od trzech tygodni – ankietera spisującego czym ludzie ogrzewają mieszkania. Tak naprawdę w przypadku nałogowca jest to idealny rodzaj terapii. Jest trzecia w nocy. Jutro zrobię poprawki i wyślę tekst do redakcji. Do przeczytania za tydzień.