Uderzenie w lewicę

16 października o świcie uzbrojona policja rozpoczęła przeszukania w 17 miejscach jednocześnie, związanych bezpośrednio z Nieuległą Francją (LFI) – legalnym, opozycyjnym ruchem lewicowym, reprezentowanym w parlamencie. Zajęto i wywieziono wszystkie komputery i telefony komórkowe aktywistów, spisy członków, dokumentację. Nigdy dotąd w historii V Republiki nie doszło do podobnej operacji, możliwej dzięki ustawodawstwu antyterrorystycznemu, które zastosowano do działań politycznych. Towarzyszył jej bezprecedensowy lincz medialny, którego ofiarą stał się Jean-Luc Mélenchon, lider LFI.

 

Teraz, gdy minęło trochę czasu, łatwiej widać bezpodstawność działań zależnej od rządu prokuratury. Mimo próby zakrzyczenia faktów przez prorządowe media, na jaw wyszły dokumenty, które jednoznacznie przeczą medialno-prokuratorskim tezom o „nieprawidłowościach” w łonie Nieuległej Francji. Tym niemniej stały się one powodem operacji policyjnej, którą trudno nawet porównać do działań antyterrorystycznych, czy przeciw jakimś gangom, bo tak szeroko zakrojonej akcji nie stosowano nawet w takich przypadkach. Miało to na celu podcięcie skrzydeł lewicowej opozycji u progu kampanii do wyborów europejskich i częściowo się udało: po wszystkim sondaże wskazały spadek popularności ruchu lewicowego i jego lidera.

Policyjny atak rządu był wyraźnie skoordynowany z atakiem medialnym: dzień po wejściu mundurowych do biur ruchu państwowa stacja radiowa France Info nadała „reportaż śledczy” na temat „nieprawidłowości” w LFI. Tak napakowany przeinaczeniami, że nie powstydziłaby się go telewizja PiS. W mediach pojawiły się materiały prokuratury gwałcące tajemnicę śledztwa, próbujące zdyskredytować również samego Mélenchona za jego sprzeciw wobec bezprecedensowego kipiszu w siedzibie ruchu i w domach jego współpracowniczek i współpracowników, nie wyłączając też jego własnego mieszkania.

Tymczasem nie wdrożono żadnej procedury prawnej przeciw LFI. Rewizje w domach przeprowadzono w ramach tzw. śledztwa wstępnego, co wyklucza udział obrony. Dla wielu obserwatorów, nie tylko z lewicy, chodzi o autorytarne prześladowanie medialno-polityczne ze strony państwa, a konkretnie ze strony Pałacu Elizejskiego, siedziby prezydenta Macrona, twardego rzecznika oligarchii.

 

Polityka donosów

Wśród oligarchicznej prasy najdalej posunęła się Libération, dawno temu dziennik lewicowy, dziś własność izraelskiego miliardera Patricka Drahiego, który go przejął od innego miliardera, bankiera Edouarde’a de Rothschilda. Dziennik domagał się ni mniej ni więcej „delegalizacji” Nieuległej Francji z powodu domniemanej „obstrukcji” wobec wymiaru sprawiedliwości, polegającej na sprzeciwie w obliczu zajęcia przez policję – bez żadnych protokołów – wszystkich środków komunikacji i całej, wieloletniej dokumentacji, łącznie z danymi osobistymi. Działo się to w momencie, gdy ministrem spraw wewnętrznych był sam premier Edouard Philippe, który kilka dni wcześniej przesłuchiwał kandydatów na prokuratora Paryża. W dniu kipiszu Philippe przekazał ministerstwo czołowej postaci partii prezydenckiej Christophe’owi Castanerowi. Zarówno „stary”, jak i nowy minister mieli do dyspozycji prokuratora doskonale posłusznego wskazówkom władzy.

Prokuratura wyjaśniła zaskoczonym aktywistom LFI, że działa w sprawie dwóch donosów przeciw ruchowi. Jeden, autorstwa działaczki Frontu Narodowego (dziś Zjednoczenia Narodowego) sprzed półtora roku, dotyczył sprawy czterech asystentów parlamentarnych LFI w Parlamencie Europejskim (PE). Drugi, napisany przez wysokiego funkcjonariusza państwowego zbliżonego do partii Macrona, podawał w wątpliwość rachunki Nieuległej Francji z czasów zeszłorocznej kampanii prezydenckiej Jean-Luca Mélenchona, zatwierdzone już bez problemu przez finansową komisję wyborczą, która nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości. Te dwa niewiarygodne pisemka najwyraźniej wystarczyły, by uruchomić policyjną akcję na niesłychaną skalę.

 

Kryminalizacja opozycji

W Paryżu mówią, że ludzie prezydenta dali zielone światło dla próby skompromitowania Nieuległej Francji, bo arogancki i autorytarny Macron (67 proc. Francuzów tak go określa) nie mógł znieść, że jest mniej sondażowo popularny od Mélenchona. Z drugiej strony, niejeden francuski polityk jest bardziej ceniony od prezydenta. Obserwatorzy zwracają uwagę, że zjawisko kryminalizacji opozycji coraz częściej pojawia się nawet w starych demokracjach. We francuskim przypadku ułatwia to centralizacja władzy i faktyczny monopol medialny oligarchii (95 proc. mediów należy do ośmiu miliarderów). Obie sprawy, które miały być powodem mega-kipiszu, są gorzej niż dęte, na granicy kompletnej groteski.

Jeśli chodzi o „fałszywe zatrudnienie” czwórki asystentów LFI w Parlamencie Europejskim, po donosie działaczki Frontu służby finansowe PE same przeprowadziły śledztwo i uznały, że donos był bezpodstawny. LFI dostarczyła wszystkie wymagane dokumenty i myślała, że można o tym incydencie zapomnieć. Tym bardziej, że sama donosicielka chwaliła się publicznie, że nie ma tak naprawdę pojęcia, czy cokolwiek jest nieprawidłowego, ale chciała, jak mówiła, „dokopać” LFI. Po prostu ówczesny Front Narodowy był wtedy obiektem podobnych zarzutów. Druga sprawa, która dotyczyła zatwierdzonych już finansów kampanii wyborczej Mélenchona, polega na kwestionowaniu „zbyt drogich” usług spółki komunikacyjnej Mediascop zarządzanej przez członkinię LFI Sophię Chikirou, doradczynię lidera ruchu.

Wszystkie tego typu wydatki muszą być jawne, więc po pierwsze łatwo było sprawdzić, że zeszłoroczna kampania Mélenchona była najtańsza wśród piątki czołowych kandydatów. Po drugie, porównanie wydatków LFI na akcję wyborczą z wydatkami finansowanego przez oligarchów Macrona wypada co najmniej kompromitująco dla tego drugiego. Mediascop zrealizował 20 internetowo-telewizyjnych klipów wyborczych za sumę 100 tys. euro, podczas gdy agencja PR Macrona („Jezus&Gabriel”) za jeden taki klip liczyła sobie 150 tys. euro. Trudno dziwić się oburzeniu członków LFI.

 

„Banda matołów”

Lawina medialnych fake newsów, która spadła w ciągu tygodnia po policyjnych rewizjach na LFI, spowodowała, że Jean-Luc Mélenchon stracił zimną krew. Nazwał dziennikarzy Radio France, którzy przygotowali „śledztwo” na jego temat „bandą matołów”, „kłamcami” i „oszustami”, co natychmiast stało się pretekstem do kolejnej skargi na lidera Nieuległej Francji. Napiętnowany jako „choleryk” miał się wręcz stać – w sugestiach propagandystów – przedmiotem społecznego wykluczenia. Takim symbolem kilka dni temu była roztrąbiona na cały kraj procedura zawieszenia Mélenchona w prawach członka Wielkiego Wschodu Francji (GODF), najstarszej i największej loży masońskiej we Francji. Zważywszy, że przynależność do jakiejś loży należy do francuskiej tradycji politycznej, obraz wykluczenia stał się niemal pełny.

Jakość prawna powodów napaści na LFI jest tak słaba, że ruch z pewnością sobie z tym poradzi, jednak pewne szkody zostały już wyrządzone. W ostatnich tygodniach przez kipiszem francuska lewica nawoływała do potraktowania przyszłych wyborów europejskich jako plebiscytu przeciw prezydentowi. Można się spodziewać, że LFI dość szybko nadrobi swoje straty wizerunkowe, bo popularność Macrona jako „prezydenta bogatych” nieubłaganie spada. Nie chodzi tu nawet o afery z tworzeniem prywatnej policji politycznej, lecz społeczne konsekwencje galopującego neoliberalizmu promowanego przez Macrona. Jego widoczna pogarda dla zwykłych ludzi, jak dotąd nieprzezwyciężona, ciągnie jego sondaże w dół.

 

Tylko początek?

Cyniczne użycie państwowej przemocy przeciw politycznemu ruchowi opozycyjnemu na tę skalę to jednak ewenement w Europie. Jeśli jednak ludzie Macrona mogli posunąć się tak daleko, nic nie gwarantuje, że nie pójdą dalej. Fragmenty podsłuchów telefonicznych podrzucanych mediom? Nowe donosy, oskarżenia? Ze wszystkim trzeba się liczyć – mówią członkowie LFI. Kwestia wolności politycznych staje pod znakiem zapytania.

Mélenchon pisał na swoim blogu: „Nie popełniliśmy żadnego zarzucanego nam czynu. Żadnego. A jednak byliśmy maltretowani i obrażani bez przerwy przez pięć dni po przeszukaniach, dzień i noc, bez przerwy w mediach papierowych, radiu i telewizji. Nasze życia zostały podeptane, nasza intymność pogwałcona, nasz honor splamiony, nasze rodziny przestraszone, a sąsiedzi zaalarmowani. (…) Chodzi o prześladowanie polityczne, które ma nas zniszczyć psychicznie i politycznie. Naszym obowiązkiem jest teraz opierać się poprzez działanie polityczne. Nie damy się zastraszyć”. Ale afera wokół LFI nie najlepiej wróży przyszłości lewicy we Francji, mimo solidarności międzynarodowej, która szybko doszła do głosu. Reakcyjna prawica z pewnością nie da jej spokoju.

Najazd na lewicę

Paryska prokuratura oskarżyła oficjalnie lidera Nieuległej Francji (LFI) i jego towarzyszy o groźby karalne oraz użycie przemocy wobec funkcjonariuszy publicznych w czasie burzliwej rewizji policyjnej w siedzibie LFI. We wtorek rano uzbrojeni policjanci wdarli się do kilkunastu miejsc jednocześnie, na terenie całego kraju: przeszukiwano siedziby partii, mieszkania lewicowych aktywistów i zabierano komputery. Jean-Luc Mélenchon nazwał to „działaniem policji politycznej”. Liczne partie lewicowe w Europie wyrażają solidarność z Nieuległą Francją.

 

Oskarżenie odnosi się do zachowania Mélenchona wobec prokuratora (we Francji prokuratura podlega rządowi) i policjantów. W czasie zamieszania w siedzibie LFI przewodniczący grupy LFI w parlamencie skierował palec w kierunku prokuratora i popchnął go. Kiedy policjant oddzielił go od prokuratora, Mélenchon krzyczał: „No, spróbuj mnie dotknąć, spróbuj, zobaczymy”.

Prokurator próbował załagodzić sytuację: „Chcę tylko spokojnie z panem porozmawiać”. „Nie może pan ze mną spokojnie rozmawiać w pomieszczeniach, które pan najechał! Od czterech godzin robicie rewizję w moim mieszkaniu i u dziewięciu innych osób, prowadzicie przeszukania i konfiskaty w dwóch siedzibach ruchów politycznych. Jestem przewodniczącym parlamentarnej grupy opozycyjnej. Nie możecie traktować mnie w ten sposób!” – odpowiedział wtedy Mélenchon. Członkowie LFI próbowali wyważyć drzwi do zajętych pomieszczeń, mimo straży policyjnej.

Symultaniczne rewizje i konfiskaty przeprowadzono, choć nikt nie wszczął procedury prawnej przeciw LFI. Chodzi o dwa „śledztwa wstępne”: jedno z donosu europosłanki Frontu Narodowego o nieprawidłowym zatrudnianiu asystentów europosłów LFI, drugie to rachunki zeszłorocznej kampanii wyborczej Mélenchona, zatwierdzone już jako prawidłowe przez komisję wyborczą. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która wyraziła solidarność z LFI, potępiła „podwójne standardy” działania prokuratury, bo rachunki partii prezydenta Macrona (LREM) nie zostały zatwierdzone przez komisję, a nikt nie robi szeroko zakrojonych rewizji.

Jedna z aktywistek lewicy Helen Gilda-Duclos, u której zrobiono przeszukanie, opisała jak to wyglądało: „Obudzili nas o siódmej rano, wtargnęło czterech uzbrojonych policjantów w maskach i kamizelkach kuloodpornych, to wszystko w obecności dzieci. Inni policjanci „zabezpieczali piętro”. Dziwię się, że to słowa Mélenchona są dziś uważane za skandaliczne, zamiast tej operacji. Ale może nic nie rozumiem, bo po 11 godzinach sprawdzania przez policję moich rachunków, nieuporządkowanych szaf i szałasu w głębi ogrodu, muszę być trochę zmęczona.”

Lider Nieuległej Francji nazwał całą tę operację „próbą zastraszenia lewicy”: „Potraktowano nas jak przestępców, choć nie robi się tego szefom karteli narkotykowych”. Z kolei związki zawodowe policjantów potępiły jego zachowanie, nazwały je „antyrepublikańskim”. LFI mówi jednak o operacji „niezgodnej z procedurą”, będą protesty.

Do Paryża nadchodzą wyrazy solidarności ze środowisk lewicowych w Europie, m.in. z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Portugalii. Lokalny protest wyraziła nieoczekiwanie przewodnicząca Zjednoczenia Narodowego (RN – d. Front Narodowy) Marine Le Pen: „Dzięki tej pseudo-aferze asystentów parlamentarnych władze są więc w posiadaniu całej, wieloletniej zawartości, notatek, kontaktów itd. ze wszystkich telefonów i komputerów obu partii opozycyjnych wobec Emmanuela Macrona – RN i LFI. To jedyny cel tych „śledztw”. Prawa polityczne opozycji są deptane. Demokracja umiera!”.

Król-dziecko i faworyt z doklejoną brodą

„On nie był moim kochankiem” – to nerwowe dementi prezydenta Emmanuela Macrona, wygłoszone 24 lipca do parlamentarzystów swej partii, mniejsze zrobiło wrażenie, niż jego krzyk „Jeśli szukają odpowiedzialnego – to ja! Niech po mnie przyjdą!”. Prezydent Francji nie musi odpowiadać przed nikim i zresztą nie ma zamiaru: było to typowe, podwórkowe „pokazanie wała”. Jednak „afera Benalli”, która od 11 dni trzęsie Francją, na tym się nie skończyła. Cała opozycja – prawica i lewica – przekonuje o konieczności „obrony demokracji” i „państwa prawa”.

 

Wczoraj w Paryżu ludzie manifestowali pod hasłem „Chodźmy po Macrona”, ale prezydent oczywiście pozostał nieosiągalny w swoim Pałacu Elizejskim, zwanym potocznie „zamkiem”. Już przedwczoraj ludzie zaczęli się zbierać na Placu Contrescarpe w sercu Dzielnicy Łacińskiej, tam, gdzie cała ta afera miała swój początek, ujawniona dwa i pół miesiąca później. To tu, 1 maja, kiedy lewica manifestowała w obronie praw socjalnych sukcesywnie odbieranych przez neoliberalną administrację Macrona, sfilmowano jego młodego faworyta, 26-letniego Alexandre’a Benallę, zastępcę szefa gabinetu prezydenta. Przebrany za policjanta, wraz z kilkoma kolegami związanymi z prezydencką partią, bił młodych mężczyzn i kobiety. Bijący wykrzykiwali, że jeśli ktoś chce manifestować 1 maja, powinien jechać „do Wenezueli albo na Kubę”.

Był to zaledwie początek, gdyż właściwą burzę wywołały próby zatuszowania tej „akcji” i roli samego Benalli w najbliższym otoczeniu Macrona. Oto po latach do przestrzeni publicznej wróciło słowo „barbouze”. W slangowym francuskim oznacza ono bandytę na usługach władzy, kogoś, kto stosuje metody, których policja ani wojsko stosować nie mogą, kto działa w przebraniu („ze sztuczną brodą”). Termin zrobił szczególną karierę na początku lat 60. ubiegłego wieku, gdy ówczesne ministerstwo spraw wewnętrznych postanowiło walczyć z Organizacją Tajnej Armii (OAS, która sprzeciwiała się dekolonizacji Algierii) jej terrorystycznymi metodami. „Barbuzów” używały później do różnych spraw kancelarie prezydenckie: taką „policję równoległą” stworzył np. „socjalistyczny” prezydent Mitterrand, by ukrywać istnienie swej nieślubnej córki. Dziś wygląda na to, że Benalla był „barbuzem” Macrona.

 

Dworskie uśmiechy

Francja dowiedziała się o wszystkim dopiero 18 lipca, kiedy Le Monde opublikował wideo, na którym faworyt króla zabawiał się z kolegami w bicie „lewaków”, choć oczywiście nie miał do tego prawa. Ba, wydawał rozkazy policjantom. Kiedy w czwartek 26 lipca, już oskarżony o kilka przestępstw i wylany z roboty, Benalla dał wywiad tej samej gazecie, używał języka monarchicznego: „W sumie wszystko w Pałacu Elizejskim opiera się na ocenie bliskości z szefem państwa. To zjawisko dworu.” On był bardzo blisko, więc najwyżsi policjanci słuchali go bez szemrania. „Najwyższy czas obalić prezydencką monarchię absolutną, raz na zawsze!” – Thomas Guénolé, lewicowy politolog z Nieuległej Francji (La France Insoumise, LFI), przekonuje do VI Republiki, a cała opozycja, nawet tradycyjna prawica, straciła zaufanie do rządu.

W Europie podobnie scentralizowany system prezydencki można znaleźć tylko w Turcji Erdogana. Francja V Republiki daje prezydentowi olbrzymią władzę, a Macron zaproponował właśnie ustawę konstytucyjną zmniejszającą jeszcze znaczenie parlamentu. Przed wywiadem Benalli, Macron, po tygodniu milczenia, wyznał ludziom ze swej partii, że „został zdradzony”, potępił zachowanie swego człowieka, a jednocześnie podkreślił, że jest „dumny” z zatrudnienia kogoś tak oddanego, kto „przeszedł inną drogę”. Ta ambiwalencja dolała oliwy do ognia nie gorzej niż „pokazanie wała”.

 

Misiewicz do kwadratu

Benalla, wysoki i misiowaty, miał 24 lata, gdy dołączył do byłego bankiera w czasie jego kampanii wyborczej. Jako ochroniarz zbliżył się bardzo do przyszłej pary prezydenckiej, potem organizował ich prywatne wyjazdy. Jednocześnie miał sprawę o pobicie kobiety, co sąd umorzył. Kiedy Macron został prezydentem, jego podopieczny zrobił niebywałą karierę. Awans na wysokie stanowisko w kancelarii, na wysokiego oficera rezerwy (z kaprala), wejściówki wszędzie, luksusowy samochód z kierowcą, jak dla najwyższych oficerów, luksusowe mieszkanie niedaleko Pałacu Elizejskiego (w domu, w którym Mitterrand umieścił kiedyś tajną córkę), wysoką pensję. Nikt inny w kancelarii nie był tak rozpieszczony. Policja wolała słuchać jego rozkazów, choć nie miał prawa ich wydawać. Jego stanowisko było niejasne. Dziś jest podejrzewany o tworzenie „równoległej policji” politycznej na zlecenie prezydenta. Dla opozycji to „sprawa stanu”.

Jean-Luc Mélenchon, lider LFI, oświadczył w parlamencie, kompletnie sparaliżowanym od ujawnienia afery, że rozpoznał na majowych zdjęciach jednego z ludzi Benalli, który na marcowej manifestacji w Paryżu przeciw antysemityzmowi wyrzucał delegację parlamentarzystów lewicy. Okazało się, że kolega Benalli to oficer policji, który działał wtedy wspólnie z Żydowską Ligą Obrony (LDJ – Betar), grupą skrajnie prawicowych osiłków, która od dawna terroryzuje lewicowców. LDJ jest nielegalna w USA i nawet w Izraelu, ale nie we Francji. Wyrzucenie deputowanych lewicy z pochodu miało ich poniżyć politycznie, co się poniekąd udało.

 

Nie mówmy o tym

Parlament był sparaliżowany, bo opozycja odmówiła debat na temat zmian w konstytucji proponowanych przez Macrona, domagano się komisji śledczej. Większościowa partia prezydenta (LREM – prawica neoliberalna) zdołała jeszcze przegłosować postulat usunięcia z ustawy zasadniczej zapisu o powszechnych ubezpieczeniach społecznych i zgodziła się na komisję pod warunkiem, że będzie jej przewodzić. Jej żywot był krótki. Na pytania dlaczego nikt, choć zmuszony przez prawo, nie zawiadomił prokuratury, minister spraw wewnętrznych odpowiadał, że to nie on, lecz prefekt paryskiej policji powinien był to zrobić. Prefekt, że było to zadanie dla kancelarii prezydenta, a szef kancelarii, że „nie miał wszystkich elementów”. Przesłuchano sześć osób i każdy dzień przynosił nowe rewelacje, więc szefowa komisji z LREM odmówiła zapraszania na przesłuchania kolejnych urzędników z otoczenia Macrona.

W tej sytuacji cała opozycja, zarówno tradycyjna prawica (LR – Republikanie) ze Zgromadzeniem Narodowym (RN – dawnym Frontem Narodowym), jak i lewica – Nieuległa Francja (LFI) i komuniści (PCF), zdecydowała o bojkocie komisji jako „parodii”. Pojutrze w parlamencie odbędą się aż dwa głosowania w sprawach wotów nieufności do rządu: jedno prawicy i drugie lewicy, do którego postanowili dołączyć „socjaliści”. Resztka Partii Socjalistycznej, która została po „prawicowym coming-oucie” jej wyborców i polityków, którzy przeszli do LREM wraz z innymi neoliberałami, chce ciągle być identyfikowana na lewicy. To jednak niczemu nie pomoże, bo oba wota zostaną odrzucone przez większościową partię prezydenta.

 

Brodacz bez brody

Obserwatorów francuskiego życia publicznego zadziwiła najbardziej postawa mediów. Prawie wszystkie należą do kilku oligarchów-miliarderów i prawie wszystkie do tej pory opowiadały się za Macronem, tuszowały jego wpadki i chwaliły wątpliwe sukcesy, a tymczasem nagle nastąpiło pęknięcie, jakby czemuś zawinił. Wszystko wydawało się iść gładko: właściciele mediów, którzy go promowali, zarobili wielkie pieniądze, kolejne miliardy, z powodu obalenia przez Macrona podatku od wielkich fortun. Rozwarstwienie społeczne przyśpiesza, strumień bogactw idzie w górę kosztem uboższych, ale najwyraźniej „król” poszedł za daleko w swym monarchicznym pojmowaniu władzy.

Ale część oligarchii trwa przy Macronie, a on broni Benalli do samego końca. Przedwczoraj wywiad zrobiła z Benallą największa telewizja we Francji TF1 (własność wielkiego koncernu budowlano-komunikacyjnego Bouygues), w czasie największej oglądalności. Prezydent wysłał swoich speców od PR, którzy kazali faworytowi zgolić brodę, co symbolicznie miało pokazać „prawdziwego” fałszywego policjanta, który nie ma nic do ukrycia. W nienagannym garniturze i okularach wyglądał jak minister, wypowiadał wyuczone zdania. Wywiad nie był na żywo, zmontowano go z wystudiowanych wypowiedzi, by Benalla mógł rzec, niczym w romantycznej historii, że „nigdy nie zdradził prezydenta” i niczemu nie jest winny.

 

Kryzys monarchii

Dla opozycji zadziwiająca afera Benalli ilustruje jawną pogardę, jaką Macron i jego ludzie odczuwają w stosunku do wszelkiej kontrwładzy. Sam Macron najzupełniej poważnie porównuje się do Jupitera (Zeusa), boga, który włada piorunami. Co z tego, że faworytem dworu zajęła się w końcu prokuratura, skoro podlega ona rządowi, czyli prezydentowi? Zachłyśnięcie się władzą bankowego technokraty, które dało mu przydomek „króla-dziecka”, na razie niespecjalnie działa przeciw niemu: ponad 60 proc. Francuzów odrzuca go, ale i tak ma on dużo wyższą popularność, niż poprzedni prezydent Hollande. Nie tylko postawa oligarchicznych mediów odegra rolę w społecznej ocenie reszty jego kadencji, ale i protesty społeczne, które szykują się na jesień.

Macron wygrał wybory dzięki sprytnej recepcie neoliberałów: potrzebują oni jak powietrza czegoś, co uchodzi za diabła (np. nacjonalistów), co „wiecznie” znajduje się na drugim biegunie. Neoliberalizm wzmaga skrajną prawicę, bo sam nią w gruncie rzeczy jest, ze swą przemocą wobec uboższych i przeciwników politycznych. Brutalność policji, „pokazywanie wała” i tuszowanie przestępstw władzy może jednak na dłuższą metę doprowadzić do politycznego przełomu, na który żadni „barbouzes” nie poradzą.

 

Komentarz Bruno Drweskiego, naszego korespondenta z Francji:

Nie ulega wątpliwości, że nastroje społeczne są od lat ponure, tak samo na lewo, jak i na prawo, tak samo w klasach ludowych jak w średnich, tak samo wśród zatrudnionych przez państwo, jak wśród pracowników sektora prywatnego. Wiadomo, że jeśli wiele ludzi nie manifestuje bądź nie strajkuje teraz to tylko z tego powodu, że groźba bezrobocia, tymczasowe umowy, zadłużenie i brak nadziei i wiarygodnej alternatywy politycznej pozbawiły ich tej możliwości. Większość Francuzów jest skłonna natomiast popierać tych, którzy mogą pozwolić sobie na „luksus” walki o obronę zdobyczy socjalnych lat powojennych, dziś zagrożonych przez globalizację i politykę UE.
To wszystko jednak nie wyjaśnia, dlaczego główne media zrobiły aferę akurat z tego, co dotychczas najczęściej tolerowały. Mało które media protestowały, kiedy parę lat temu uzbrojone bojówki skrajnej prawicy syjonistycznej LDJ pobiły manifestantów, upominających się o prawa mieszkańców strefy Gazy, przy obojętności patrzących na to policjantów. Wtedy francuski rząd jako jedyny na świecie zabronił… następnych protestów na rzecz Palestyny, ze względu na „zagrożenia dla porządku publicznego”, zamiast zdelegalizować owe bojówki. Bojówki te ćwiczą zresztą w policyjnej hali sportowej w XIX dzielnicy Paryża. Trudno tu o jasną odpowiedź. Niektórzy twierdzą, że dopóki regres społeczny dotyczył niższych warstw, uprzywilejowana kasta stałych i bardzo dobrze płatnych dziennikarzy mogła się solidaryzować z elitami francuskimi, ale Macron zrobił o jeden krok za dużo, polecając przygotowanie ustawy przeciwko „fake news”. W teorii celuje ona w związaną z Rosją stację RT France, ale wszystkim dziennikarzom wiadomo, ze skoro niemożliwym jest obiektywne określenie, jaka informacja jest prawdziwa, a jaka fałszywa, to zagrożona jest pozycja wszystkich. I wszystkim grozi faktyczna cenzura… Ograniczone zostaną wpływy „czwartej władzy” nad władzą „pierwszą”, w sytuacji, kiedy zasadnicza władza i tak należy do transnarodowych firm, właścicieli większości koncernów medialnych.
A może rozgłos wokół afery Benalli związany jest z napięciami międzynarodowymi, w których Macron odgrywa ważną rolę, czy to na poziomie UE, czy w świecie arabskim, czy jeszcze na linii Francja-UE-NATO-G7-USA ? Niektórzy stawiają nawet odważną tezę o tym, że w obliczu masowego niezadowolenia system sprowokuje „kolorową rewolucję we Francji, która mogłaby, wzorem „arabskiej wiosny” czy „euromajdanu”, ukierunkować gniew ludu przeciwko „złemu prezydentowi” – byle system pozostał nietknięty. Tak czy owak, obecny kryzys osiągnął już taki poziom, ze nawet publiczna samokrytyka samego Macrona nie zmieni już chyba faktu, ze król jest nagi i że wszelki entuzjazm powyborczy i popiłkarski definitywnie minął. Francja, jak prawie wszystkie inne liczące się państwa Unii Europejskiej i NATO, weszła w okres kryzysu reżimu i utraty wiarygodności władz oraz elit rządzących i posiadających.