Najnowsze wydanie wierszyka Juliana Tuwima „Karta z dziejów ludzkości”

Ten tekst mógłby zacząć się w ten sposób: Smutne czasy II RP mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończyła się na ziemniakach, kapuście, zacierce lub chudym żurku, a od święta małym kawałkiem mięsa. Jakie były potrawy naszych dziadków?

Niestrawne historyczne kulinaria

Ale na Onecie, autorstwa Pawła Rzewuskiego brzmi on następująco „Smutne czasy PRL mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończy się na schabowych i mielonych. Tymczasem niegdyś jadano rzeczy, które nawet dzisiaj rzadko goszczą na polskich stołach. Jakie były potrawy naszych dziadków?” Przywołuje więc: parmezan, leguminy i Auflauf, kasztany, móżdżek, majonez, kapłony, raki, pularda, minogi.

Dziadkowie autora byli w tamtych czasach albo sporymi obszarnikami, albo równie bogatymi przedsiębiorcami, bo naród, szczególnie ten robotniczo-chłopski jadał co w pierwszym akapicie napisałem..

Nie było jednak tak źle w PRL-u: kasztany wszyscy posmakowali, bo te najlepsze były, dzięki „Stawce większej niż życie” na placu Pigalle, móżdżek jadałem w barze w Brzesku dopóki opresyjne władze sanitarne tego nie zakazały, a majonez, co prawda nie Monatowej, a kielecki do dziś można kupić w markecie. A jeśli chodzi o tego powszechnego schabowego i mielonego w Polsce Ludowej to dziś go brakuje wielu rodzinom.

Jerzy Urban znowu ante portas?

W „Newsweeku” (17-23.08.2020) ukazał się spory materiał jemu poświęcony, a w „Gazecie Wyborczej” (6.09.2020) wywiad liczący aż osiem stron. Może to zbieg okoliczności, może kryje się za tym jakaś tajemnicza przyczyna bo z Urbanem nigdy nic nie wiadomo, a być może niepokój, że nadchodzi-powraca, dzięki swoim filmikom, tym razem jako król Internetu. Z obu rozmów z Urbanem ważnym był fragment drugiej na temat PiS: „uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 łat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.”

Podobnej, bardzo realnej przecież prognozy naszych najbliższych narodowych losów nie tylko nie miałem okazji nigdzie przeczytać, ale wątpię czy rozliczni współcześni nasi mędrcy, łącznie z polityczną opozycją, zdają sobie w ogóle z tego sprawę.

Materiał o Urbanie w „GW” dopełniony został obiektywnym, jak na ten tytuł, opisem jego publicznej działalności, natomiast na okładce wspomnianego „Newsweeka” zapowiedziano go jako „Drugie życie łajdaka”. Mógłbym się nie obruszyć, gdyby to pismo podobnie potraktowało przywódców Solidarności prowadzących strajkujących robotników od hasła „Socjalizm tak, wypaczenia nie” do najgorszej wersji kapitalizmu. Bądź twórców transformacji wyrzucających na bruk, czy poza pegeerowską ziemię, setki tysięcy ludzi. A jego redaktor naczelny Tomasz Lis w kolejnym wydaniu (7-13.09,2020) śmie coś jeszcze pisać o fundamentalnym znaczeniu wyrzeczenia się wszelkiej przemocy.

Wyrzeczenia się wszelkiego myślenia

oczekuje chyba Witold Gadomski przy czytaniu tekstu „Białoruś, czyli taka była alternatywa dla polskich reform” („GW”, 26.08.2020), w którym jako jedyny dotąd komentator na świecie, powiązał wydarzenia u naszego sąsiada nie z fałszerstwem prezydenckich wyborów, a z brakiem reform typu Balcerowicz. Potwierdzeniem tej tezy mają być rozlicznie, przywoływane liczby, nie uwzgledniające ani położenia tego kraju, jego ludnościowych i naturalnych możliwości, ani też dokonanego wyboru odmiennej, być może słusznej ekonomiczno-społecznej drogi. Gadomski w swych krytycznych opiniach nie wspomina o białoruskiej „Dolinie krzemowej”, której ze świeczką u nas szukać, ale w stosunku do całej wypowiedzi to zupełny drobiazg. Jak z licznych doniesień wynika Białorusini oczekują uczciwości w politycznym życiu, nie marząc o neoliberalnej transformacji, i miejmy nadzieję, że uchroni ich od tego zdrowy rozsądek.

Uchroń nas Panie

od wojny, nędzy i głodu, od rządowych podatków od cukru, deszczu i spółek, ale i od tych przyszłych od słońca (wschodzącego dla komuchów i zachodzącego dla euroentuzjastów), od powietrza (dla palących) i od wszystkich kolejnych, rządowo-podatkowych, genialnych pomysłów. I od…

Równie mądre propozycje,

w związku z drobną samochodową stłuczką spowodowaną przez stulatka, wygłosił kolejny, zapewne wybitny ekspert proponując obowiązkowe badania starszych kierowców. Wiedza o tym, że najwięcej wypadków, także śmiertelnych, powodują młodzi i troszkę starsi nie jest mu znana, a opisany zdarzenie znalazło się w mediach z uwagi na jego wyjątkowość, a nie częstotliwość. Parcie na szkło wyjaśnia zapewne co robił ten myśliciel w telewizji.

W pogoni za szpiegiem

„Nie wiemy jeszcze o Edwardzie Gierku bardzo ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy wiedzieć – myślę tutaj o jego powiązaniach ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach” – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor Oddziału IPN w Warszawie, „gdyby… okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.”

Nie wiem czy w programie studiów historycznych, które kończył na Uniwersytecie Warszawskim pan Profesor była wykładana logika; ja na tej uczelni zdawałem ją u dra Zdzisława Ziemby, później profesora i nota bene męża znanej powszechnie prof. Hanny Świdy-Ziemby. Ale nawet jak nie, to przecież w XI ówczesnej klasie liceum uczyliśmy się wszyscy logiki z popularnego podręcznika Andrzeja Grzegorczyka, a wiec coś pozostać powinno.

Domniemane i tak oczekiwane powiązania Edwarda Gierka z ZSRR i spec-służbami, powodujące przekreśleniem jego powszechnej oceny jako dobrego gospodarza, stanowi nie tylko szczyt braku logiki, nadto pasują wzajemnie jak garbaty do ściany. Równie ważnymi są tu, degradujące historyka, nie poszukiwanie prawdy, a haka, celem polityczno-propagandowego dezawuowania Gierka. I to wszystko w imię dobrej (Instytut) Pamięci Narodowej.

Pucz, którego nie było

Na Onecie Wojtek Duch w tekście „Gomułka kontra Chruszczow. W 1956 r. na Warszawę ruszyły radzieckie czołgi” napisał: „Tymczasem sam Gomułka…chciał jednak, by partia w Polsce zachowała autonomię, co do składu personalnego oraz kierowania sprawami wewnętrznymi. To stało się powodem konfliktu, który niemal przerodził się w radziecki pucz.”
Wiadomo, że pucz, inaczej zamach stanu, dokonuje się z użyciem siły i przeprowadzają go samodzielnie miejscowi oponenci. Określenie „radziecki pucz” oznaczać może, ze sporym trudem, zamach stanu w ZSRR i taki miał miejsce – tzw. pucz Janajewa, inaczej pucz moskiewski w dniu 21 sierpnia 1991 roku. Natomiast w opisywanej polskiej sytuacji mógł ewentualnie mieć miejsce pucz tzw. natolińczyków przy pomocy miejscowych sil zbrojnych, acz w tamtych dniach na takie wsparcie liczyć żadną miarą nie mogli. Pomimo znaczenia i funkcji ministra obrony PRL, jakie posiadał wtedy marszałek Rokossowski oraz inni radzieccy wojskowi na stanowiskach w naszej armii, pucz z udziałem miejscowych sil zbrojnych nie miał szansy na sukces, gdyż zbyt wielu polskich dowódców popierało październikowy przełom i powrót do władzy Gomułki, nie wspominając o reakcji robotniczych załóg warszawskich zakładów pracy (czasem uzbrojonych) i nastrojach w całym kraju. Wśród naszych wojskowych byli m. in. generałowie: Wacław Komar (KBW), Julian Hibner (MSW), Jan Frey-Bielecki (lotnictwo) i kontradmirał Jan Wiśniewski; wszyscy komuniści, niektórzy z pochodzenia Żydzi, czasem związani z radzieckim wywiadem, ale wszyscy okazali się polskimi patriotami.

Tak wiec panie Wojtku – a jest to wiedza podstawowa – w opisanej sytuacji nie było szansy na żaden pucz, a mogła mieć miejsce jedynie radziecka interwencja zbrojna z osadzeniem swoich na kluczowych stanowiskach, która z wielu powodów nie nastąpiła, podobnie zresztą jak ta w latach 1980-1981.

Lotnisko i inne pomysły

W ślady byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, mówiącego o państwie San Escobar, którego po prostu nie ma, poszło Ministerstwo Zdrowia zaliczając na liście krajów objętych zakazem lotów Księstwo Andory z międzynarodowym lotniskiem, którego też tam nie ma. Nie ma też wystarczającej liczby szczepionek przeciw grypie bo naród nie wiedzieć czemu nie posłuchał PAD-a, natomiast wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za sprawą przygotowywanych zmian w zakazach w ruchu lotniczym, „turyści powinni liczyć się z tym, że możliwość powrotu do kraju może być ograniczona”. W okresie przedwyborczym nasze ukochane władze nadzwyczaj troszczyły się o Polaków będących gdzieś na krańcach świata, ale następne wybory będą dopiero w 2023 roku.

Tę celną myśl „ograniczona możliwość powrotu do kraju” można by twórczo rozwinąć w kolejną tarczę, tym razem antypisowską i wzorem Łukaszenki wręczać wszystkim, co bardziej krnąbrnym, opozycjonistom bon turystyczny w jedną stronę. I po kłopocie. Śmieszne? Wcale nie, bo przecież możliwe.

Znów można latać

Gdzie te czasy okrutnego reżimu, gdy komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz hulał po Polsce za kierownicą, a dyktator gen. Wojciech Jaruzelski ze skromną obstawą w polonezie beztrosko przemierzał zniewolony kraj. Strefa zamknięta dla ruchu lotniczego w promieniu 600 m od domu Zbigniewa Ziobry już nie obowiązuje, ale cofnięty zakaz lotów wydaje się decyzją pochopną, gdyż na nadzwyczajną opiekę SOP zasługuje przewodniczący Solidarnej Polski. Partia co prawda w najnowszym sondażu IBRiS uzyskała aż-jedynie 1,4 % poparcia, co nie przeszkadza Ziobrze rządzić krajem prawie w roli wice-naczelnika. Wziąć pod uwagę jednak należy obawy rządzących przed kochającym ich narodem, wyrażające się w wielkich, prezydenckich samochodowych kolumnach, wzmożonym pilnowaniu domu pana prezesa, nie wspominając już o ogrodzonym Sejmie. Nasuwa się rozwiązanie nadzwyczaj proste, historycznie dobrze znane, a w dzisiejszej Polsce stosowane „na odwyrtkę””, o wydzieleniu specjalnych stref „Tylko dla PiS”. Wzorem może być także „zielona strefa” w Bagdadzie, w której mieszczą się, demokrację po całym świecie upowszechniające, amerykańskie instytucje, bo przecież, jak tak dalej ci kolorowi LGBT-owcy demonstrować będą, to diabli wiedzą co stać się może.

Zabawna moralność

Pan Prezydent Andrzej Duda 5 września ogłosił, że za rok, podczas narodowego czytania, będziemy słuchali zabawnego utworu Gabrieli Zapolskiej „Moralność Pani Dulskiej”. Zapowiadając ten dramat Panu Prezydentowi ze śmiechu pawie łzy z oczu się lały, a jego polonistom zapewne także, ale z odmiennych powodów. Kontynuując w taki właśnie sposób upowszechniane czytelnictwo proponuję na kolejną lekturę „Kamizelkę” Bolesława Prusa jako nadzwyczaj przystępny podręcznik krawiecki, a w jeszcze następnym roku Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant” będącą opowieścią o życiu wielkiego kompozytora Jana Sebastiana Bacha.

A dla dopełnienia:

w naszych rozlicznych mediach i w życiu publicznym spotykają się nadzwyczaj często miejscowy mędrzec z tutejszym geniuszem.

Selfie w Sejmie

W różnych, zazwyczaj udostępnianymi w sieciach społecznościowych, wypowiedziach, można wyczuć rozdrażnienie części elektoratu lewicy parlamentarnej.

Ludzie zaczynają sarkać na selfiki swoich wybrańców w Sejmie z bardziej lub mniej (zazwyczaj mniej) mądrymi komentarzami, wścieka ich zajmowanie się przez posłów samymi sobą. Co ważniejsze, krytycznie odnoszą się do najnowszych pomysłów inicjatyw legislacyjnych: że zaczynają od tych nie najbardziej, w mniemaniu krytyków, ważnych. Oczekują, no, może nie rewolucyjnej, ale konkretnie lewicowej retoryki i takiegoż sposobu spoglądania na świat. Niedawno Jerzy Urban, dość dosadnie, czyli w swoim stylu, zrecenzował pierwsze przejawy aktywności lewicowych wybrańców.
„W TVN24 wpierw pokazano Kaczyńskiego zwycięzcę, który się martwił, że za mało ugrał. Później zaś skaczącą z radości Lewicę, jedyną formację, która dokonała publicznej demaskacji swoich dążeń. Nie martwiła się o los kraju (…) Przywódcy śmiali się, skakali i ściskali miłośnie bo ich cel został osiągnięty – wejdą do Sejmu, pokażą się w telewizjach, będą gadać i zachwycać się sobą. Dowiedziałem się, idiota o co naprawdę chodzi lewicy – o siebie” – napisał Urban w felietonie w tygodniku NIE.
Można wydziwiać na Urbana, podnosić, że jego lewicowość już dawno ma neoliberalny odcień, a sam on materialnie i mentalnie należy do liberalnego nurtu polskiego życia politycznego. Pewnie prawda, poza drobiazgiem, że jego mózg i polityczny instynkt wciąż działają bez pudła, zatem obserwacji i wniosków starego dziennikarza nie radziłbym lekceważyć.
Doświadczony poseł kilku kadencji, gdy zapytałem o jego ocenę powyższych zjawisk, wykazał daleko idącą wyrozumiałość. Uważa on, że to bardzo ludzkie, że nowo wybrani posłowie chcą się pokazać znajomym, wywalić symbolicznie język swoim wrogom, pochwalić się cioci i wujkowi, którzy do tej pory na każdej Wigilii podkpiwali z nieudacznika, co to polityką się zajmuje i „co z tego ma”, a teraz dzwonią i mówią, że widzieli w telewizji. W parlamencie personel mówi „dzień dobry panie pośle” pomaga w najprostszych sprawach, ułatwia życie… Trzeba to przeżyć, uważa poseł, dać im czas, by ochłonęli, a woda sodowa, co strzeliła do głów, miała czas opaść. Kiedy powstaną parlamentarne struktury, kiedy trzeba będzie wziąć się do roboty, często żmudnej i niewidocznej, wtedy zobaczymy ile są naprawdę warci.
Oba stanowiska – Urbana i doświadczonego posła – są w gruncie rzeczy próbą odpowiedzi na fundamentalne pytanie: z czego są zrobieni posłowie lewicy? Z gówna czy z metalu?
Czy w parlamencie rozmienią się na drobne intryżki i polityczne geszefciki, doraźne sojusze i reakcje na pojawiające się aktualne problemy, czy też, jak słusznie poddaje Jerzy Urban, będzie im chodzić o coś więcej? Stary świat zdycha, a odpowiedzi na podstawowe pytania powstałe po jego rozpadzie nikt z obecnych polityków nie udziela. Może dlatego, że nie są organicznie zdolni do postrzegania rzeczywistości dalej niż na jedną kadencję do przodu, a może po prostu są ograniczeni w ogóle. Akurat od polityków lewicy powinniśmy oczekiwać i żądać, by szukali najważniejszych odpowiedzi. Przygotowywali scenariusze i możliwe wyjścia z różnych sytuacji. Patrzyli daleko, byli odpowiedzialni i mądrzy.
Jeżeli to nadmierne wymagania, to idźcie do diabła.

 

Przyzwoitość

To ona zwyciężyła 12 marca przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie.

– Procedowanie Sądu Rejonowego jest wadliwe, konstatacje sądu odmienne i własne, niezależne od opinii biegłego. I taki wyrok nie może się ostać – powiedział sędzia Mariusz Jackowski z Sądu Okręgowego w Warszawie, uchylając wyrok w sprawie „zdziwionego Jezusa”.
– Biegły odnosi się do gorliwych katolików, a w takich sprawach istotny jest miernik przeciętnego, a nie gorliwego odbiorcy – powiedział o opinii biegłego religioznawcy. Potępił również to, że sędzia Rafał Stępak opinię biegłego z dziedziny historii sztuki po prostu zinterpretował po swojemu (stwierdzając, iż biegły się myli).
Od 2013 roku byłam na każdej rozprawie ze zdziwionym Jezusem w roli głównej, wycierałam sądowe ławki, dyktafon rozgrzewałam do czerwoności. Wygląda na to, że sprawa wróci do sądu pierwszej instancji. Jednak pocieszające jest to, że Jerzy Urban, mój były naczelny, nie będzie musiał płacić horrendalnie wysokiej grzywny, a wolność słowa i wolność krytyki kościoła nie zostanie (jeszcze) na dobre stłumiona.
12 marca redakcja tygodnika „Nie” ma wszelkie powody, aby otworzyć szampana. To nie tylko dzień pomyślnego rozwiązania sprawy Jezuska, ale również urodziny redaktor Małgorzaty Daniszewskiej – prywatnie żony Jerzego Urbana.
Być może wkrótce naczelny „Nie” da mi się namówić na wspólną publikację. Zapowiadam to nieśmiało, tak, aby narobić apetytu, ale nie zdradzić szczegółów, które jeszcze są mgliste, lecz z każdym dniem coraz bardziej się konkretyzują.
A jak sam Jerzy Urban skomentował ogłoszenie wyroku?
„Mam już 86 lat, mogą mnie za to skazać nawet na dożywocie, mam to w dupie!”.

Urban vs. Jezus

Redaktor naczelny tygodnika „Nie” zdecydował się powalczyć ze Zbawicielem przed sądem drugiej instancji. Aż do Ostatecznego.

Wyrok miał zapaść 26 lutego, ale „ze względu na zawiłość sprawy” został odroczony na 12 marca.
„Zdziwiony Jezus” na razie nie dostanie grzywny – trzy razy większej niż ta, o którą w pierwszej instancji wnioskowało oskarżenie (120 tys. zł). Natomiast Jerzy Urban twierdzi, że jego tygodnik padnie, jeśli wyrok mokotowskiego sądu się utrzyma. Czy się kryguje, nie wiem.
Rozmawiałam z Tadeuszem Jasińskim, z którym swego czasu relacjonowaliśmy kolejne rozprawy o kryptonimie „Jezusek”. Okazało się, że Urban zyskał niespodziewanie w swoim boju ważnego sojusznika – to Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która miała przygotować kilkadziesiąt stron opracowania orzeczeń podobnych spraw, które zapadały w całej Europie. Prawniczki z HFPC wykombinowały, że niemożliwym jest, aby wyrok sędziego Rafała Stępaka utrzymał się przed jakimkolwiek europejskim trybunałem. Jest zatem szansa, że Urban jednak tylko się kryguje i że swojej gazety tak prędko nie zamknie.
Wyrok, który zapadnie 12 marca, może stanowić bat na wszystkich, którym zamarzy się krytyka kościoła katolickiego w prasie.
– To precedens niebezpieczny dla wszystkich mediów. Od teraz dziennikarze z różnych powodów mogą być pociągani do odpowiedzialności finansowej za to, co piszą – mówił Urban po ostatniej rozprawie. – Paradoksalnie zresztą sąd tym wyrokiem bardziej rozplenił to urażenie uczuć religijnych niż tygodnik „Nie”. Bo po wyroku jakieś ćwierć miliona ludzi w ciągu tylko czterech godzin, ściągając tę karykaturę z naszej witryny, zareagowało w internecie. A kilkaset osób zadzwoniło do redakcji, że chce kupić koszulki z naszym Jezusem.
Na pierwszy proces – pamiętam jak dziś – publiczność przyszła odziana w T-shirty z napisem „Je suis Jerzy”. Dziś wydaje si to marzeniem ściętej głowy, ale być może gdyby Urban poszedł ze swoim zdziwionym Jezusem do Brukseli i wygrał, ktoś z zewnątrz zmusiłby nas wreszcie do wyrzucenia z Kodeksu karnego absurdalnego artykułu 196.

TVP przekroczyła kolejny próg rusofobii

Odpowiedzialni za przygotowanie tego programu powinni stanąć przed sądem za szerzenie ksenofobii i epatowanie totalitarną symboliką.

 

Polska TVP wczoraj w tle miała twarz prezydenta Rosji stylizowaną na symbol trupiej czaszki z gazu Cyklon B – którym truto – mordowano Żydów i inne ofiary obozów hitlerowskich w komorach gazowych, a napis Rosja stylizowano pod runy SS – czyli organizację nazistowską skazaną przez Trybunał Norymberski jako zbrodniczą.

 

Art. 136. Kodeks Karny

§ 1. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na głowę obcego państwa lub akredytowanego szefa przedstawicielstwa dyplomatycznego takiego państwa albo osobę korzystającą z podobnej ochrony na mocy ustaw, umów lub powszechnie uznanych zwyczajów międzynarodowych, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na osobę należącą do personelu dyplomatycznego przedstawicielstwa obcego państwa albo urzędnika konsularnego obcego państwa, w związku z pełnieniem przez nich obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Karze określonej w § 2 podlega, kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej publicznie znieważa osobę określoną w § 1…

 

Ps. Każdy obywatel RP ma prawo do zgłoszenia tego przestępstwa do prokuratura jak również organizacja pozarządowa na terenie całego kraju bo taki jest zasięg TVP. Zgodnie ze stosownymi przepisami prokuratura ta przekaże sprawę do wyjaśnienia prokuraturze rejonowej na terenie właściwości, której znajduje się studio TVP Info. Jest to przestępstwo ścigane z urzędu, ale ktoś musi dać znać prokuraturze.
Przypominam, ze za znieważającą karykaturę Jana Pawła II , sąd RP skazał Jerzego Urbana za znieważenie głowy obcego państwa, więc gdzie jest dziś prokuratura?

O własną dupę nie mam lęku Wywiad

Z Jerzym Urbanem rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

 

Czy zdaje Pan sobie sprawę, że ma Pan coś wspólnego z Janem Pawłem II?

Nie wydaje mi się.

 

Ma Pan 85 lat, czyli dokładnie tyle, ile miał papież-Polak, kiedy odszedł do domu Ojca. Pan w tym wieku dostał tylko wyrok sądu, ale podobnie jak Wojtyła jest Pan obecnie idolem części młodzieży.

Wydaje mi się, że to trochę przesada. Oczywiście są nastroje antyklerykalne. Faktem jest pewne wzburzenie polityczne. Z jednej strony mamy „Kler”, który jako produkt jest tym, czego ja byłem prekursorem ideowym. Jest też absurdalny wyrok za publikację wizerunku Jezusa w gazecie. To wszystko spowodowało, że cieszę się obecnie pewnym uznaniem i wzięciem.

 

Moja 20-letnia znajoma napisała dziś na Facebooku „Jerzy Urban jest jednym z ostatnich przyzwoitych ludzi w tym kraju”.

Nie lubię takich kategorii jak „przyzwoitość”. To bardzo nieprecyzyjne. Pod pewnymi względami jestem może przyzwoity, pod innymi bardzo nieprzyzwoity, dla większości ludzi jestem z natury rzeczy nieprzyzwoity. Takie pojęcia jak przyzwoitość, nieprzyzwoitość czy cynizm niczego w istocie nie określają.

 

Porozmawiajmy o sprawie karykatury Jezusa w Tygodniku „Nie”. Czy wyrok skazujący był dla Pana zaskoczeniem?

Tak. Z przebiegu procesu wynikało jasno, że muszę być uniewinniony. Z argumentów prawnych klarujących to, co trzeba spełnić, aby skazać za obrażanie uczuć religijnych, ale także z ekspertyz, z których jedna przedstawiona przez biegłego była niejednoznaczna, co się interpretuje na korzyść oskarżonego, a trzech innych biegłych stwierdziło, że nie widzą w tym wypadku niczego, co można spenalizować, że w tym wypadku nic nie uwłacza uczuciom religijnym. Wyrok został wydany na przekór przewodowi sądowemu, przypuszczam, że się nie ostanie w wyższej instancji.

 

Dlaczego więc został Pan skazany? Może to jeden z pierwszych efektów pisowskiej reformy sądownictwa? Presja psychologiczna na sędziego?

Nie widzę żadnych symptomów, by miały miejsce naciski polityczne. Proces ten był niedostrzegany przez ważniejsze czynniki. Poza tym, zaczął się pięć temu temu, a z dobrą zmianą mamy do czynienia od lat trzech. Obecna władza zresztą nie od razu zyskała wpływ na sądownictwo. Przypuszczam, że wynika to po prostu z poglądów sędziego.

 

No i został Pan skazany, broni Pana „Gazeta Wyborcza”, bronią środowiska dziennikarskie, obrońcy praw człowieka, niewiele brakuje, aby Jerzy Urban został męczennikiem wolności obywatelskich. Jak Pan się czuje w tej roli?

Śmiesznie. Oni wszyscy zaznaczają, że jestem obrzydliwym rzecznikiem stanu wojennego, ale trzeba mnie bronić, bo to jest obrona wolności słowa. Niech i tak będzie.

 

10 lat temu napisał Pan felieton „Kaczyński mnie podnieca”. Twierdził Pan, że rządy PiS wymuszają na Panu czujność i nie pozwalają zdziadzieć. Tekst ten kończył się zdaniem: „Szkoda byłoby zdjąć tę sztukę z afisza po pierwszym akcie tracąc kulminację i happy end burleski”. Czy jest Pan zadowolony z kolejnego aktu?

To przedstawienie za daleko poszło, jednak lękam się wszystkiego, co nadejdzie po Kaczyńskim. Po pierwsze, boje się narastania bardziej radykalnej fali nacjonalistyczno-klerykalnej. Po drugie – boję się PiSu w opozycji, ta partia przecież nie zniknie. To, że nie będzie pełnił władzy, pozbawi go pewnych hamulców. Obawiam się, że ta formacja się podzieli, może zradykalizuje. Boję się siły faszystowskiej, która z tego wyrośnie.

 

W Pana wspomnieniach można przeczytać, że w 1968 roku przeniósł się Pan na południe Polski, aby w razie czego mieć krótszą drogą ucieczki. Czy dziś nie ma Pan podobnych myśli?

Nie, żadnej przeprowadzki nie planuję. Póki granice są otwarte, o własną dupę nie mam lęku. Pisowcy nikomu jeszcze fizycznie nie zagrażają.

 

Przegłosowano ustawę dekomunizacyjną. Po sądach ciągani są działacze KPP, wstępne czynności mające stwierdzić podstawy do delegalizacji zostały wszczęte wobec socjaldemokratów z Razem. Nie obawia się Pan, że osoby o poglądach lewicowych będą traktowane jako podejrzane z urzędu?

Tak jak wspomniałem wcześniej, obawiam się, ze ta radykalizacja nastąpi po rządach Kaczyńskiego. Polska nie jest samotną wyspą na świecie i represje karne spowodowałyby całkowitą izolację kraju, która Polsce wyszłaby bokiem. Załamałby się eksport do Niemiec, z którego żyje nasza gospodarka. Moja wyobraźnia nie sięga tak wielkiego przewrotu stosunków w Europie, który mógłby stworzyć warunki do sytuacji, o której Pan mówi.

 

Kiedy rozmawiamy, w Parku Skaryszewskim trwa właśnie rozbiórka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Nie ma Pan wrażenia, że ta Polska, którą Pan budował właśnie przestaje istnieć?

To są małe świństwa, które wyjdą nam bokiem. To jest zupełnie głupie drażnienie Rosji, oraz łajdactwo w stosunku pamięci do ludzi, którzy tutaj ginęli, aby przegnać opresję hitlerowską z Polski. Ta opresja jest obecnie przez władze bagatelizowana, ale w optyce ludzi, którzy są w moim wieku była ona jednak bardzo groźna.

 

Obserwuje Pan to, co robi w Polsce lewica? Co buduje w Panu nadzieje?

Trudno obserwować, bo nie ma tutaj czego obserwować. Słucham raczej, co mówią, ale żadne słowa lewicy nie budują we mnie nadziei – i chyba w nikim – nie są one znaczące, wszystkie lewice w Polsce mówią podobnym głosem. Każda wrzuca coś do puli postulatów, ale żadna nie potrafi zbudować siły, która te idee byłaby w stanie urealnić. Wobec tego jest to gadanina na razie bezskuteczna.

 

SLD jakby się obudziło za rządów Czarzastego. Zagłosuje Pan jeszcze na tę partię?

Tak, oczywiście, bo w innym wariancie nie miałbym na kogo głosować. Ale nie jest to zasługa Czarzastego, ale PiS-u, który zrobił to, co zrobił – stworzył kastę pariasów, okazał się formacją odwetową i to znacznie spóźnioną w swoim odwecie. Dobrze byłoby, gdyby lewica znalazła się w parlamencie, bo od tego będzie też zależeć, czy PiS stworzy rząd, czy nie stworzy i będzie musiał szukać wsparcia u Kukiza, a więc z pewną komplikacją w pewnych sprawach. Być może znaczenie SLD wzrośnie w tym sensie, że będzie nieodzowną komponentą większości parlamentarnej, a jeśli nie, to będzie marginalną wartością, nawet jeśli to do parlamentu wejdzie.

 

A co Pan myśli o Partii Razem?

Jedyne dostrzegalne różnice pomiędzy SLD a Razem są różnicami w grymasach. Bardzo mi się podoba wszystko to, co Razem mówi, tyle że ta partia nie ma żadnej umiejętności przyciągania zwolenników. Radykalna lewica, niekomunistyczna i niepostkomunistyczna, nastawiona na młodych powinna mieć większe wzięcie, gdyby mówiła jakieś rzeczy pociągające, lub je obiecywała. W istocie Zandberg obiecuje to, co wszyscy, tylko ciut radykalniej, a nie sądzę, by gadania radykalne przyciągały jakieś radykalne grupy młodzieży.

 

Niektórzy mówią, że lewica powinna łapać wznoszenie na antyklerykalizmie.

To jest kierunek, który ma przyszłość. Z różnych powodów, w różnych miejscach w Polsce. W dużych miastach z powodu wzrostu wykształcenia i jakiejś wrażliwości antykościelnej, w małych miejscowościach jako czynnik buntu przeciwko sile dominującej, która wciska się w życie osobiste, rodzinne. Antyklerykalizm ma przyszłość, szczególnie, że kler zaczyna się dzielić na tych, którzy stawiają opór, a więc napędzają antyklerykalizm i tych, którzy się cofają, a więc okazują słabość i lękliwość, co ludziom, za którymi stoją siły poważne i najwyższe nie dodaje splendoru i zaufania.

 

A niech Pan powie szczerze, czy wolałby Pan zostać skazany w tym procesie o obrazek z Jezusem? Wtedy musiałby Pan zapłacić, ale mógłby Pan ukazać się tłumowi jako poszkodowany przez cenzurę. Czy jednak wolałby Pan uniewinnienie i święty spokój?

Na razie wszystko wskazuje na to, że jest to korzystny dla mnie wyrok. Amnesty International się tym zajmuje, Stowarzyszenie Dziennikarzy RP występuje w mojej sprawie do międzynarodówki dziennikarskiej, broni mnie Wyborcza, jak Pan wspomniał, bronią mnie ludzie w internecie, choć ja nie za bardzo wiem, co tam się dzieje. Wygląda na to, że po raz kolejny zostałem uratowany od politycznej śmieci naturalnej. W tym wyroku jest zresztą coś zadziwiającego. Gdyby mi dali 10 tys. złotych grzywny, to nikt nie zwróciłby na to uwagi. Nie było rozsądne dawanie mi grzywny, która rozbudza wyobraźnię.

Urban vs. Jezus

„Urban versus Jezus” – pod takim tytułem prowadziliśmy z red. Tadeuszem Jasińskim nasz cykl relacji z procesów naczelnego „Nie” o obrazę uczuć religijnych. W środę 10 października zapadł w tej sprawie wyrok. To precedensowe orzeczenie. Jego skutki mogą być niewyobrażalne.

 

Sędzia Rafał Stępak otworzył wczoraj puszkę Pandory, bo wychodzi na to, że pod obrazę uczuć religijnych podciągnąć można absolutnie wszystko – i zawsze znajdą się ludzie mający tyle zasobów czasowych i finansowych, żeby wojować z odmiennym oglądem rzeczywistości, jeśli tylko dostrzegają taką furtkę w przepisach prawa. Jerzy Urban musi zapłacić 120 tysięcy złotych – to największa grzywna w historii Polski w orzecznictwie dotyczącym obrazy uczuć religijnych. To anachroniczne pojęcie nadal znajduje się z naszym Kodeksie karnym. I wszystko wskazuje na to, że po tym wyroku warszawskiego sądu spokojny nie będzie mógł czuć się nikt, kto pragnie świeckiego państwa. Bo w ramach walki o świeckość mieści się również prawo do krytyki wyznania, czy praktyk religijnych. Krytyczna może być sztuka, satyra, analiza. Tymczasem polski wymiar sprawiedliwości właśnie pokazał, że zamierza z pełną premedytacją, surowo kneblować usta wszystkim, których śmieszy legenda o mężczyźnie chodzącym rzekomo po wodzie i kobiecie zapłodnionej przez nadprzyrodzone siły. Wyrok w sprawie redakcji „Nie” jest przełomowy również w tym wymiarze, że sędzia wyrwał się do przodu niczym najwierniejszy bulterier kościelnej czci: zasądził bowiem wyrok trzy razy surowszy, niż chciał tego prokurator. Ten bowiem wnioskował o 40 tysięcy złotych. Kontekst feralnego obrazka był humorystyczny, nie obraźliwy. Postać Jezusa wpisana w drogowy znak zakazu, ze zdziwioną miną, miała ilustrować tekst Agnieszki Wołk-Łaniewskiej o tym, że lawinowo wzrasta liczba apostazji w kościele. Postać nie została oszpecona, ani zanurzona w kontekście poniżającym, czy upadlającym. Sąd jednak w uzasadnieniu wskazał, że przedmiotem kultu może być według prawa nie tylko postać, ale również np. praktyka albo naczynie liturgiczne. I w związku z tym do żadnego z powyższych nie wolno odnosić się żartobliwie.