PiSowski język podziałów i propagandy

Gdyby wyobrazić sobie abstrakcyjną sytuację gdzie w czasach Piastów rządzi PiS, zaistnienie narodu polskiego zostałoby mocno zagrożone, a Polanie prędzej skoczyli by sobie do gardeł niż zjednoczeni, wspólnie wystąpili by przeciw sąsiednim plemionom i wrogom zewnętrznym. Dlaczego?, to proste; z powodu używanego przez tę partię języka.

Język to jeden z podstawowych czynników pozwalających na wyodrębnienie wspólnoty narodowej. To element łączący ludzi w jednolitą wspólnotę etniczną, część składowa powiązań strukturalno – świadomościowych i psychospołecznych, które kształtują świadomość i tożsamość grupową. Obok wspólnego terytorium i więzów gospodarczych, podobnego składu psychicznego, wspólnych tradycji, wartości etosu, język kreuje jednolity naród.

O ile wspólny dla narodu język służył jego integracji, to język używany przez pisowców służy podziałowi narodu. Pisowski język polityki to zadziwiające i specyficzne zjawisko. Definitywnie przestał służyć celowi łączenia Polaków. Stał się instrumentem siania wzajemnej niechęci, a nawet nienawiści, wykluczenia i skutecznego niestety podzielenia narodu, a przez to ważnym narzędziem zdobywania i utrwalania władzy obecnej ekipy. To wszystko jednak kosztem osłabienia nie tylko więzi społecznej, lecz i pozycji Polski, jej roli na arenie międzynarodowej.

Słowo jako element nachalnej propagandy potrafi wpłynąć na postawy i dokonywane oceny milionów ludzi, sposób postrzegania otaczającego świata, rozbudzić ksenofobię, nienawiść do inaczej myślących, znaleźć poparcie dla antyinteligenckiej kampanii. Kłamliwe słowa, lecz sączone codziennie i powtarzane w kółko, potrafią intelektualnie rozleniwić całą rzeszę ich odbiorców, uczynić ich świadomość pomroczną i podatną na manipulacje. To co na co dzień obserwujemy w mediach to gomułkowski styl przemawiania A. Dudy, gebelsowskie kłamstwa M. Morawieckiego, przekonywanie do swoiście pojmowanej ludowej sprawiedliwości Z. Ziobry czy bredni A. Macierewicza. Kto to wszystko bezkrytycznie łyka, staje się mimowolnie osobnikiem o mentalności bolszewickiej, nie zdając sobie z tego sprawy, niczym bohater Moliera, nie wiedzący, że mówi prozą.
Pisowska machina propagandowa doprowadziła do sytuacji, w której słowa i pojęcia nabrały zupełnie innego znaczenia i uległy zadziwiającej dewiacji. Nic już nie znaczy to co dotychczas. Wiekami ugruntowane pojęcia zatraciły swe aksjomatyczne właściwości. To przypomina czytanie wspak. Całe zwroty, zbitki pojęciowe, związki frazeologiczne, treści zawarte w zrozumiałych dotąd określeniach nagle wypaczyły się i zmutowały do mętnych i bałamutnych fraz.

Zwróćmy uwagę jakiej potwornej degradacji uległ pisowski język używany w prymitywnej propagandzie. Każdy język ewoluuje. Jednak pisowska nowomowa to obraz ewolucji wstecznej, nawiązującej do języka używanego w okresie gomułkowskim. Właściwie partyjni funkcjonariusze PZPR z Wydziału Propagandy mogliby pozazdrościć tonu i formy obecnie używanego przez rządzących języka, który wyraźnie zatracił adekwatność pojęć do ich treści i najzwyczajniej uległ zwyrodnieniu. Niegdyś partyjne przemówienia sekretarzy służyły nie tyle przekazywaniu informacji co mobilizacji społeczeństwa, a język nacechowany aksjologicznie był tzw. nowomową. Nowomową byłby też pisowski język gdyby nie powielał dawnej propagandowej gadki. Jest więc w istocie komunistyczną staromową.

Warto pod kątem komunistycznych ciągot i resentymentów przyjrzeć się pisowskiemu językowi i sposobowi wysławiania się. Kiedy w 1945 r. W. Gomułka wypowiada słowa: ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, wyrażał w ten sposób wiarę w wieczność nastających właśnie rządów komunistycznych. Jego zapowiedzi w stylu: ,,Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów”, nieodmiennie nasuwają na myśl bliskie naszym czasom skojarzenia z strategią J. Kaczyńskiego. Prof. S. Niesiołowski wskazywał na politologiczną teorię konwergencji, której uległ obecny ,,naczelnik państwa”, upodobniając się do Gomułki. Kaczyński może nie wie, ale słowa o nie oddawaniu władzy, jeszcze przed Gomułką wypowiedział w 1917 r. W. Lenin. On to mówił i w tym kierunku działał. Kaczyński tego nie mówi, lecz w tym kierunku działa. Przytoczmy inne jeszcze słowa Gomułki mówiącego o tym, że żadne siły wrogie socjalizmowi, nie odwrócą biegu historycznych zmian w PRLu: ,, możecie jeszcze krzyczeć”. Prezydent Duda, jak zwykle, wykrzyczał w styczniu 2017 r. słowa o tym, że program Prawa i Sprawiedliwości będzie zrealizowany z żelazną konsekwencją i nie zostanie zatrzymany przez ,,żaden jazgot i żadne demonstracje”. No cóż, nauka nie idzie w las. Trzeba przyznać, iż są jednak różnice między wypowiedziami Gomułki i Kaczyńskiego. O ile Gomułka w październiku 1956 r. mówił o nagromadzonych w minionych latach patologii i złu, miał na myśli to co działo się wewnątrz jego partii. Gdy o złu i patologii mówi Kaczyński, ma na myśli to co nagromadziło się nie w jego partii, a w PO.

Najnowsze ekspiacje Kaczyńskiego uderzająco przypominają język propagandy PRLu. Kiedyś były hasła rzucane przez aktywistów partyjnych w stylu: ,,Kto za Polską, ten za Gomułką !”, a sam I sekretarz zapewniał: ,,Możemy z ufnością patrzeć w przyszłość, idziemy bowiem słuszną drogą”. Obecnie mamy patriotyczne zawołania i oświadczenia jednoznacznie wskazujące którą drogą ma zmierzać każdy kto chciałby mieć prawo nazywania się Polakiem. To nieznośne w formie metkowanie Polaków, pseupatriotyczne pustosłowie Dudy, samego Kaczyńskiego, a także Morawieckiego o wspólnocie narodowej, jest rażącym fałszem, bo z samej definicji obejmuje tylko i jedynie ,,genetycznych patriotów” PiS-u. Wspólnota narodowa, owszem, lecz obejmie jedynie zwolenników rządzącej ekipy dobrej zmiany. Pozostałych wyrzuci się poza nawias społeczeństwa, zneutralizuje, wykluczy i pozbawi godności.

Takim wykluczającym językiem zwiera się swe własne szeregi, szerzy się i upowszechnia negatywne zjawisko szowinizmu, lecz także ksenofobii, a także złudne poczucie wyjątkowości. Można by zgodzić się ze słowami B. Szydło mówiącej, że bez względu na wszystko najważniejsza jest Polska. Jednak o wiele lepiej byłoby gdyby rozumiała przy tym, że racja ranga Polski wynika z jej przynależności do UE, jej silnej pozycji w unijnych strukturach, a pryncypialny interes Polski każe nam najściślej jak tylko można wiązać się z Europą. Jeśli Szydło mówiła jednocześnie o Polsce ,,nowoczesnej i ambitnej, przykładzie dla Europy i świata” – to zarazem posługiwała się językiem hipokryzji, zakłamania i prowincjonalnego zadufania w sobie. To po prostu kłamstwo, które stało się u PiS jednym z narządzi polityki.

Zajrzyjmy głębiej do pisowskiego słowniczka. To zbiór zdumiewających osobliwości. Zmiana rządzących ekip to nie rezultat zbiorowej decyzji większości wyborców, a coś na kształt przewrotu (puczu). Przecież Kaczyński ogłosił w 2007 r.: ,,obalili nasz rząd”, a mówił o rezultacie demokratycznych, przedterminowych wyborów, do których sam parł. Przemysł rozumiany dotąd jako gałąź gospodarki wytwarzający np. papę, tekturę falistą bądź kapsle od piwa, w oficjalnej propagandzie PiS zaadoptowany został do walki z opozycją, która rzekomo uruchomiła i zawłaszczyła go do produkowania pogardy i nienawiści wobec ,,obozu patriotycznego”. To typowe odwracanie kota ogonem, bo język, którym posługują się funkcjonariusze tej partii, język nienawiści, pogardy, oszczerstwa i wykluczenia został oto przez nich nazwany językiem miłości i koncyliacji i jako taki używany jest wobec opozycji, np. przez pisowską urzędniczkę żądającą dla Tuska szubienicy lub przez ONR-owców zapowiadających wieszanie komunistów i syjonistów. Bełkot pisowców bywa piramidalnie niedorzeczny gdy np. J. Gowin nazywał przemysłem pogardy wobec Polaków wyliczanie przez dziennikarkę przejawów rodzącego się neofaszyzmu. Zapowiedź prawicowej bojówki stawiania szubienic dla inaczej myślących jest wg zawłaszczonej prokuratury ,,wypowiedzią ironiczną” i jako taka nie podlega ściganiu. Min. J. Czaputowicz objaśniał znaczenie pojęcia ,,żydowski sprawca zbrodni”, nazywając je ukłonem w stronę środowisk żydowskich. Pokrętny i jakże perfidny jest także język maryjno – pisowskiego radia z Torunia, które kazało nazwać T. Mazowieckiego ,,ostatnim premierem komunistycznego rządu”, a taką laurkę wystawiono mu w tej rozgłośni bezpośrednio po Jego zgonie. Rozdzielanie na oślep zapomóg w postaci 500 +, często skutkujące zwiększonym spożyciem alkoholu lub porzucaniem pracy przez wielodzietne matki i uwłaczające godności życie za zapomogę, jest w pisowskim leksykonie odzyskiwaniem godności przez Polaków, którzy najwidoczniej dumni są, że żyją z jałmużny, a nie budują swego poczucia wartości na sukcesach w pracy zawodowej. Wyzywanie europosłanki od szmalcowniczki oznacza w języku Czarneckiego lojalność wobec swego kraju. Trzymanie zaś na smoleńskich kontrzgromadzeniach napisów krytykujących władzę zalicza się do kategorii ,,bezprawnego wystawiania powierzchni reklamowych”. Sam prezes każdego 10 danego miesiąca, kiedy padają najcięższego kalibru słowa skierowane do opozycji o zdradzie, morderstwie, wrogach ojczyzny, bredził o ,,wyspie tolerancji”, a to wszystko w kraju znanym z zasianej przez PiS ksenofobii, rasizmu i pomyślnie wyhodowanego neofaszyzmu.

Dobra zmiana od 5 lat oznacza fatalną zmianę i demolowanie Polski. Prawda wykazana przez komisję profesjonalnych ekspertów od lotnictwa nt. wypadku komunikacyjnego pod Smoleńskiem staje się odtąd ,,kłamstwem smoleńskim”, podczas gdy macierewiczowskie kłamstwo smoleńskie staje się obowiązującym dogmatem. Łamanie prawa i praworządności, jej gwałcenie określa się jako ochronę i zwiększanie poziomu praworządności, a infantylnie deklarowane przez prezydenta stania na straży konstytucji jest faktycznie jej łamaniem. Przywracanie godności Polakom oznacza jej odebranie tej połowie Polaków, którzy nie opowiadają się za PiS. Cały zakłamany proces demokratyzacji państwa należy odczytywać nie inaczej jak niepohamowane parcie ku autorytaryzmowi. Obrona przez opozycję konstytucyjnych wartości staje się zdradą, Targowicą, choć to PiS kalkuje działania i zachowania Targowiczan. W rozumieniu byłej posłanki K. Pawłowskiej zdradą Polski byłoby także przyjęcie syryjskich dzieci wojny. Spontaniczne demonstracje pod Sejmem obywateli protestujących przeciw gwałceniu konstytucji nabrało w rządowej propagandzie cech puczu (a więc wojskowego przewrotu). Totalna rozwałka szkolnictwa przez totalnie niekompetentną minister Zalewską staje się nagle w języku propagandy perfekcyjnie przeprowadzoną reformą procesu nauczania. Niszczenie puszczy, jej wycinka, masowe egzekucje zwierząt opisywane są jako ochrona przyrody przez ministra – barbarzyńcę. Nagle okazuje się, że ochrona dbałość o naturę polega wg policji na usuwaniu protestujących obywateli w środku miasta. Oczernianie Polski poprzez wywieszanie za 100 mln zł. czarnych bilbordów w polskich miastach z informacją o sędziach kradnących batoniki i kiełbasę, jest w założeniu Polskiej Fundacji Narodowej promowaniem Polski za granicą (!). Sprowokowana przez pisowskie dyletanctwo legislacyjne fala zainteresowania świata polskimi przewinami wobec Żydów, zepsuta opinia o Polakach, oznaczać ma wg pisowskiej narracji powtarzany do nudności termin o obronie honoru Polaków i godności Polski. Demolowanie jej pozycji i wizerunku na arenie międzynarodowej, jej samoizolacja są opisywane przez propagandę jako wstawanie z kolan i przywracanie podmiotowości, a rzekoma wrogość pisowców wobec komuny to w rzeczywistości ogromne ich resentymenty wobec byłego ustroju i zakorzeniona mentalność rodem z tamtych czasów.
Ideologizacja wojska, jego religijna indoktrynacja, faktyczne rozbrajanie, pokazywane są jako historyczny proces umacniania obronności kraju.

Dotychczas w języku mówiących o historii polityków, odnoszone zwycięstwa żołnierzy polskich określone były adekwatnie do wagi tych zwycięstw i czynów. Dziś min. M. Błaszczak zapewnia, że w historii Wojska Polskiego na trwale zapisze się… katastrofa wojskowej CASY w 2008 r. To całkiem tak jak z tragedią smoleńską, której ofiary równane były przez Macierwicza z żołnierzami spod Monte Cassino i Tobruku. A jeśli już mowa o żołnierzach, to ci nazywani dziś wyklętymi są de facto konsekrowanymi, a wyklętymi stali się ci spod Lenino, o których pisowcy chcieliby na trwałe zapomnieć jako żołnierzach ,,polskojęzycznych”. Polscy agenci ratujący amerykańskich kolegów w Iraku, za co Polsce umorzono 16 mld dol. długu, stali się w języku pisowskiej propagandy i na mocy pisowskej, absurdalnej ustawy dezubekizacyjnej ,,oprawcami” i ,,bandytami”.

Dosłownie wszystko można w warstwie słownej odwrócić do góry nogami, o czym świadczy, że epicentrum największego kryzysu dyplomatycznego wywołanego przez PiS, premier Morawiecki oświadczył, że z USA nigdy dotąd nie mieliśmy tak dobrych stosunków, a min. Szczerski, że żaden rząd nie zrobił dotąd tyle dobrego dla stosunków z Izraelem. Nie ma co nawet stawiać pytania czy my w ogóle żyjemy w normalnym kraju. Kto by przypuszczał, że w XXI w. będziemy funkcjonować w orwellowskiej rzeczywistości, a wspólny dla nas język polski wykreuje dzielące, absurdalne pojęcia dwóch żyjących obok siebie narodów – Polaków i Niepolaków.

Czynnik epsilon

…czyli PiS na krawędzi.

Ponad rok temu, w listopadzie 2017 roku, w tekście „Rządy PiS obali wstrząs moralny” poddałem w wątpliwość prognozy tych obserwatorów sceny politycznej, którzy w ocenie perspektyw tych rządów kierowali się niemal wyłącznie rolą płasko pojętego czynnika ekonomicznego. Ich argumentacja brzmiała z grubsza biorąc tak: „Dopóki jest dobra sytuacja gospodarcza, dopóki PiS rozdaje 500 plus i poszerza rozmaite formy świadczeń socjalnych, dopóki jest małe bezrobocie i mamy do czynienia z generalnym, choćby nawet niewygórowanym, wzrostem wynagrodzeń, słowem – dopóki rośnie konsumpcja, władza PiS nie tylko nie jest zagrożona, ale także rokowania na przyszłość są dla niej pomyślne, a łamanie konstytucji i naruszanie praw obywatelskich nie ma znaczenia dla szerokich kręgów ich wyborców”.
Nie zdarzyło mi się natomiast, by ktokolwiek z moich licznych rozmówców na tematy polityczne – zapytany przeze mnie o to, czy i gdzie upatruje potencjalnych źródeł osłabienia w przyszłości notowań PiS i rządu, a w dalszej konsekwencji utraty władzy przez reżym – postrzegał te przyczyny w czynnikach innych niż ekonomiczne. Byłem więc osamotniony w mojej intuicji, bo tylko do takiej rangi mogły aspirować moje prognozy. Intuicja ta jednak podpowiadała mi, że władzę PiS obali w przyszłości – przepraszam za nieco szumne sformułowania – wstrząs moralno-ideowy”.

Czynnik „epsylon”…

Wspomniany tekst konkludowałem taką prognozą: „I wtedy zdarzy się coś, co dziś poruszyłoby niewielu, ale co w nowych warunkach psychologicznych, w zestawieniu z innymi czynnikami, będzie niczym „wystrzał armatni pośród ciemnej nocy”, że użyję słów XIX-wiecznego, antycarskiego dysydenta rosyjskiego Piotra Czaadajewa. Co będzie tym strzałem i kiedy nastąpi, nie wiem. Ale on nastąpi. I nie będzie to ponowne pojawienie się Cugier-Kotki”. Nie dodałem tylko, że ów potencjalny wstrząs moralny można określić jako czynnik „epsylon”, grecką literę, którą zwykło się oznaczać niespodziewany, nieprzewidywany, zaskakujący czynnik losowy, przekreślający zaplanowany, zwyczajowy i przewidywany bieg zdarzeń i kierujące nim zazwyczaj prawidłowości. Mord na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu sprawił, że powróciłem do tamtego tekstu. Prognozowanie polityczne jest zajęciem obciążonym dużym ryzykiem błędu. Nie jest to może aż wróżenie z fusów, kart czy wróżbiarstwo w ogóle, ale po prawdzie aż tak bardzo nie jest od tej specjalności odległe. I to pomimo istnienia instrumentu, jakim są wyniki sondażowych badań opinii publicznej. Oto bowiem wyniki badania poparcia dla sił politycznych przeprowadzone już po zabójstwie Adamowicza, przeprowadzone przez pracownię Kantar Milward Brown, a ogłoszone 17.01.2019, pokazały następujący wynik: PiS – 30 proc., KO – 25 proc., Biedroń – 8 proc., a ogólny wynik anty-PiS (KO, Biedroń, PSL, SLD, Razem) kontra PiS ukształtował się w relacji 43 proc. do 30 proc.. Rządowe CBOS natychmiast zareagowało wynikiem „przykrywkowym”, wedle którego PiS ma poparcie na poziomie 39 proc., KO – 22 proc., a Kukiz ‘15 – 7 proc., a Biedronia nie ma w tym badaniu ogóle, tak jak w badaniu KMB nie ma na trzecim miejscu Kukiza. Co prawda już sama ta „zamiana miejsc” nakazuje nieufność w stosunku do wartości diagnostycznej obu wyników, ale mimo wszystko na więcej zaufania zasługuje niezależna pracownia KMB niż wprost podporządkowane rządowi CBOS. Zważywszy zatem, że wynik KMB zdaje się wskazywać na znaczący spadek notowań PiS (Zjednoczonej Prawicy) oraz powiększenie i utwierdzenie przewagi nad nią ze strony formacji opozycyjnych, należy się uważnie przyglądać tendencji w kolejnych wynikach badań ogłaszanych przez tę pracownię. Mimo tego sondażowego zamętu i nikłej na ogół – spowodowanej głównie błędami metodologicznym, co stale podkreśla prof. Radosław Markowski – wartości wyników sondażowych badań, powinnością publicysty politycznego nie jest rozkładanie rąk w geście bezradności, lecz robienie swego i nie ustawanie w próbach rozszyfrowywania znaków czasu dotyczących nie tylko dnia bieżącego, lecz najbliższej choćby przyszłości. Idąc za tym, samemu sobie podsuniętym wskazaniem, spróbuję taką prognozę sformułować, choćby w trybie ćwiczenia umysłowego.
Wydaje się, że przywołany wcześniej hipotetyczny „wstrząs moralny” właśnie zaczął się dokonywać i jest on rezultatem tragedii gdańskiej z niedzieli 13 stycznia 2019 roku. Prognozę tę wysnuwam z następujących przesłanek. Po pierwsze, ogromne znaczenie ma fakt, że mord na Pawle Adamowiczu został dokonany w momencie euforycznej kulminacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ukochanej przez miliony Polaków, z najrozmaitszych warstw społecznych i z wszystkich generacji, od dzieci po osoby w wieku podeszłym. Gdyby prezydent Gdańska został zabity w inny dowolny, powszedni dzień, w swoim gabinecie czy na ulicy, wydźwięk tego tragicznego zdarzenia byłby, jakkolwiek drastycznie to zabrzmi, znacząco słabszy. Morderca ugodził jednak jednocześnie, symbolicznie, w idola milionów Polaków, Jurka Owsiaka i w ich ukochaną Orkiestrę. Jeśli ten fakt dotrze w pełni do ich świadomości, a to się jeszcze do końca nie stało, od PiS może odwrócić się co najmniej tylu dawnych zwolenników, ilu będzie im brakowało do znaczącej wygranej, a być może nawet tylu, ilu będzie potrzebnych, by utrzymać pierwsze miejsce na podium. A jednocześnie gdański wstrząs przysporzy PiS wrogów pośród tych, którzy dotąd nie chodzili na wybory, ale którzy z całego serca, gorącym sentymentem przywiązani są do Orkiestry, tego wehikułu polskiej dobroczynności. Wielu ludzi być może po raz pierwszy uświadomi sobie niszczycielską siłę PiS, to, że tam, gdzie PiS się pojawia, zaraz pojawia się też nieszczęście. W ich umysłach może pojawić się, niekoniecznie świadomie, a raczej na ogół podświadomie, imperatyw, by zerwać ten fatalny pas transmisyjny zła i cierpienia. Podobna intuicja już się w kręgach bliskich PiS pojawiła. Publicysta radykalnie propisowskiego tygodnika braci Karnowskich „Sieci” i portalu w polityce.pl Marcin Fijołek stwierdził, że „narasta przekonanie iż tragedia w Gdańsku rozstrzygnęła wynik cyklu wyborczego, a przede wszystkim wyborów parlamentarnych”. Jacek Karnowski, który tę uwagę Fijołka przywołał, konstatuje to tak: „Jeśli PiS zaakceptuje ten postulat, choćby milcząco, choćby w nadziei, że to tylko na jakiś czas, przegra. Nie da się bowiem utrzymać władzy nie prezentując własnej opowieści o Polsce, zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości czy przyszłości”.

… i inne czynniki

Po drugie, sam wspomniany czynnik „epyslon” nie byłby wystarczający, gdyby nie inne: a) znaczące słabnięcie oddziaływania 500 plus, głównego zwornika wyborczego poparcia dla PiS, b) bardzo powolne, ale stałe słabnięcie tej partii od zeszłej jesieni, c) narastające wewnętrzne konflikty grupowe i personalne oraz sprzeczności natury ideologiczno-światopoglądowej, w tym w szczególności rozczarowanie oportunistyczną i defensywną, a nawet tchórzliwą, w oczach antyaborcyjnych fanatyków spod znaku Radia Maryja czy Kai Godek, polityką PiS, ale także niezadowolenie radykalnych nacjonalistów z defensywnego charakteru tej polityki ( m.in. wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN, zahamowanie „reformy” sądownictwa i przegranie bitwy o Sąd Najwyższy, z której PiS powróciło z „podkulonym ogonem”, d) oddziaływanie psychologiczne filmu „Kler”, który obejrzało ponad 5 milionów widzów i który nadwerężył w oczach milionów widzów autorytet Kościoła kat. głównego sojusznika PiS i całej Zjednoczonej Prawicy, e) bolesna porażka programu „mieszkanie plus” f) blamaż z blokadą podwyżki cen prądu, które rosną mimo grudniowej ustawy rządowej. To tylko część czynników, które nie sprzyjają PiS i jego rządowi. I jeśli jeszcze przed tragedią z 13 stycznia prawdopodobieństwo rozpisania przez PiS przedterminowych wyborów było spore, po tragedii w Gdańsku spadło ono niemal do zera. Organizowanie wyborów w atmosferze poruszenia emocjonalno-moralnego stawiającego PiS co najmniej na cenzurowanym, stworzyłoby dla obozu Kaczyńskiego śmiertelne zagrożenie. Podtrzymując konstytucyjny termin jesienny PiS stwarza sobie przynajmniej nieco większą szansę na to, że obecna gorączka emocjonalna osłabnie, a nastroje się wyciszą, choć opozycja może, i powinna – jakkolwiek by to cynicznie zabrzmiało – je podtrzymywać.

„Epsylon” w rękach opozycji

Nie zamierzam w ten sposób spisywać PiS na straty. Prawdopodobieństwo jego wygranej ciągle jest bardzo duże. Nie mniej jednak, pojawienie się wspomnianego czynnika „epsylon” w postaci tragedii gdańskiej z 13 stycznia 2019, wzmocnionego przez dodatkowe, wymienione wyżej czynniki, przesunęło prawdopodobieństwo wygranej PiS ze względnie bezpiecznej pozycji ze sporym „zapasem” – na krawędź, za którą tylko o milimetry czai się widmo przegranej lub wygranej tylko nominalnej, polegającej na uzyskaniu pierwszego wyniku, jednakże bez możliwości sformowania rządu, nawet w koalicji. I jeśli mimo czynnika „epsylon” i czynników dodatkowych, PiS nadal nie jest na z góry straconej pozycji, to z powodu chronicznej słabości i liberalnej, i ludowej i lewicowej opozycji. Jeśli jej liderzy nie wzniosą się ponad osobiste animozje i ambicje, jeśli nie pójdą do wyborów jednym blokiem przeciw PiS (ZP), to diabli wezmą, zarówno zrządzenie Opatrzności w postaci zesłania przez nią w ręce opozycji czynnika „epsylon”, jak i te czynniki, na które w pocie czoła zapracowali sami obecnie rządzący.