Amerykańska mowa nienawiści

Prezydent USA Joe Biden nazwał Władimira Putina mordercą. Kto kogo przezywa tak się sam nazywa – odparował Putin.

Udzielając takiej riposty Putin potraktował swojego amerykańskiego partnera jak złośliwego i niezbyt rozgarniętego uczniaka szkoły podstawowej – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Putin wykorzystał okazję aby przypomnieć Bidenowi eksterminację Indian, którą nazwał wprost ludobójstwem oraz rzucenie bomby atomowej na Hiroszimę.

Wyobraźmy sobie podobną sytuację w naszym kraju. W polskim pieniackim i pozbawionym poczucia humoru politycznym środowisku podobna wypowiedź wywołałaby niechybnie ostro brzmiące komentarze, żądania publicznych przeprosin oraz zapowiedzi kierowania sprawy do sądu. Po raz kolejny wytykano by politycznym adwersarzom mowę nienawiści. Łatwo też można sobie wyobrazić co by się działo gdyby to Putin w taki sam sposób mówił o Bidenie. Cały polityczny i medialny mainstream codziennie huczałby z oburzenia. Jednak nie w przypadku amerykańskiego prezydenta. Wszak Stany Zjednoczone to nasz najwierniejszy przyjaciel i sojusznik strzegący nas przed złowróżbną rosyjską agresją, godny naśladowania wzorzec demokracji przeciwstawny kremlowskiej dyktaturze. Dlatego też polskie komentarze w tej materii był raczej miękkie czy wręcz aprobujące retorykę Bidena. Przykładowo, były ambasador na Ukrainie Jan Piekło stwierdził w ostatnim Studiu Wschód, że Biden powiedział prawdę co jednak wymagałoby jakiegoś racjonalnego uzasadnienia. Nie tylko wykształceni prawnicy ale też ktoś kto ma jakieś pojęcie o prawie w rzeczonej wypowiedzi Bidena, a także wtórującego mu pana Piekło, dopatrzyliby się braku elementarnego rozeznania w powszechnie obowiązującej jurysdykcji. Zakłada ona bowiem zasadę domniemania niewinności natomiast nazywanie kogoś mordercą nie tylko przy braku ewentualnych dowodów ale również przed wydaniem prawomocnego wyroku sądowego nosi znamiona znieważenia.

Wśród naszych rodzimych oraz zagranicznych komentatorów trwają dywagację co do tego dlaczego Joe Biden wypowiedział się w stylu agresywnego amerykańskiego kowboja wobec którego Donald Trump jawi się jako wzór uprzejmości i elegancji. Oraz dlaczego Putin zamiast odpalić z grubej rury podszedł do całej tej sprawy z ironicznym i jakby lekceważącym dystansem. Szewc Fabisiak dostrzega tu kilka wątków. Biden od pierwszych dni swojej prezydentury podkreślał, że głównymi wrogami USA są Chiny i Rosja. Koncentrując się na walkę z Chinami musiał niejako dla równowagi ostro przywalić także Rosji. Drugim elementem tej retorycznej równowagi jest chęć przyćmienia w publicznym obiegu tych obszarów, gdzie dochodzi do porozumienia a nawet współpracy między Waszyngtonem a Moskwą. Najbardziej znanym na świecie przykładem jest tu zawarcie w ostatnich dniach stycznia wzajemnego porozumienia o przedłużeniu umowy o dalszej redukcji i ograniczeniu strategicznej broni bojowej. Motywów takiej decyzji może być kilka. Najważniejszy wydaje się ten, że termin obowiązywania umowy mijał w dniu 5 lutego. Dla Bidena najprostszym rozwiązaniem byłoby jej przedłużenie na kolejnych 5 lat niż rozpoczynanie nowych negocjacji. Zwolennikiem takiego właśnie podejścia był Trump, który lubił i umiał prowadzić negocjacje natomiast dla Bidena wydaje się to być zbyt trudnym zajęciem a ponadto woli on występować z pozycji siły odradzającego się jakoby mocarstwa. Parząc na to z polskiego punktu widzenia można by dojść do wniosku, że tak jak Trump starał się w stosunkach międzynarodowych postępować inaczej niż Obama, tak polityka Bidena ma stanowić odwrotność polityki Trumpa, który zwlekał z podpisaniem porozumienia. A zwlekał ponieważ uważał, że do tego rodzaju układów należałoby włączyć trzecie światowe mocarstwo – czyli Chiny w czym była pewna logika przynajmniej z punktu widzenia amerykańskich interesów.

Drugi, choć informacyjnie mało eksponowany przykład amerykańsko-rosyjskiego współdziałania dotyczy sytuacji w Afganistanie. W ostatnich dniach odbyła się w Moskwie konferencja poświęcona zakończeniu trwającej od 20 lat wojny domowej. Oprócz przedstawicieli afgańskich władz oraz talibów wzięli w niej udział także przedstawiciele kilku innych krajów w tym Stanów Zjednoczonych, które po raz pierwszy uczestniczyły w międzynarodowym spotkaniu na terenie Rosji. Obecne na tej konferencji kraje wydały wspólny komunikat wzywający skonfliktowane strony do ograniczenia stosowania przemocy oraz natychmiastowego podjęcia rozmów co do przyszłości kraju. Oczywiście zajęcie przez Rosję i USA wspólnego stanowisko było możliwe dlatego, że oba kraje mają już dość wojny w Afganistanie i chcą jak najszybszego jej zakończenia. Stany chciałyby w końcu wycofać stamtąd swoje wojska zaś Rosji zależy na zaprowadzeniu bezpieczeństwa na bliskim jej geograficznie obszarze.
Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze reakcja Władimira Putina na słowa Joe Bidena. Zdaniem szewca Fabisiaka, reagując w taki a nie inny sposób Putin chciał poprawić swój image na arenie międzynarodowej zwłaszcza w sytuacji gdy jest krytykowany za sprawę Nawalnego. Dlatego też nie dał się wpuścić w bazarową pyskówkę a co więcej zaproponował Bidenowi przeprowadzenie wspólnej wideokonferencji w celu – jak to formułuje oficjalny komunikat rosyjskiego MSZ – „poszukiwania wyjścia z powstałego z winy Waszyngtonu impasu”. Strona amerykańska nie zgodziła się na tę propozycję. Z poczucia wyższości czy też z obawy przed brakiem argumentów? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Jadą, jadą dzieci polityczną drogą,

i nadziwić się nie można, jak im trudno zrozumieć ten współczesny, polski świat.

Każdego nieomal dnia, a tygodnia niewątpliwie, dowiadujemy się o kolejnych inicjatywach, pomysłach, wystąpieniach, projektach tzw. Zjednoczonej Prawicy oraz wszelkich innych, sympatyzujących z nią gremiach.

Poza ograniczeniem wolności mediów przez wydumany domiar do reklam, mający w konsekwencji je ograniczać bądź likwidować, dziś przeczytałem, że:

minister Przemysław Czarnek przyznał wyjątkową pozycję naukową czasopismom, w których sam publikował. Dołożył do tego także m.in. pismo kojarzone z o. Tadeuszem Rydzykiem oraz periodyk wydawany przez resort Zbigniewa Ziobry. Gdy lista wejdzie w życie, o wiele łatwiej będzie zrobić karierę naukową dzięki pismom wspierających władzę;doszło do afery z udziałem polskich dyplomatów na Filipinach;
prezydent, premier i wiceminister reagują na słowa prezydenta Niemiec, które nie padły;
Sejm niedługo zajmie się obywatelskim projektem czyli Instytutu Ordo Iuris „Tak dla rodziny, nie dla gender”, który zakłada wypowiedzenie Konwencji stambulskiej. To zapowiedź uczynienia z Polski lidera nowej, skrajnie konserwatywnej Europy;
uczeni Uniwersytetu Łódzkiego policzyli, ile drzew wycięto w trakcie obowiązującego tzw. Lex Szyszko. Okazuje się, że w 2017 r. pozbyto się tylu drzew, ile przez dziewięć innych lat.

Mało jak na jeden dzień? No i jeszcze dowiedziałem się, że moja druga tura szczepienia odsuwa się ad calendas graecas, ponieważ punkt szczepień nie dostał tego preparatu.

Jutro c.d.n. pisowskiego serialu, dzień jak co dzień.

Nie ma w tej sytuacji,

trwającej i stale narastającej od lat, niczego ważniejszego w polskiej polityce, niż odsunięcie wszelkimi, możliwymi metodami, PiS-u od władzy.
A tym czasem w piaskownicy dzieci kłócą się, które jest ważniejsze i którego piaskowy zamek najładniejszy. Czasem w tych sporach nawet łopatkami się obkładają. I trwać to będzie do czasu jak w tym starym dowcipie z gajowym i partyzantami – wreszcie prezes Kaczyński wygoni ich, tym razem nie z lasu, a z piaskownicy. Jest również wersja optymistyczna – po raz pierwszy – jak donosi CBOS – od dwudziestu lat w grupie najmłodszych dorosłych (18-24 lata) bardziej popularne jest deklarowanie sympatii lewicowych, które wzrosły do 30 %. Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie co miejmy nadzieję zapowiada, że ochrzczeni policyjna pałką wykażą więcej determinacji i rozumu niż rozpieszczone swoją władzą obecne bachory. I koniecznie dodać należy, że dotyczy to całej tzw. klasy politycznej, bo Zjednoczona Prawica jest tak samo zjednoczona jak i prawicowa.

A tym czasem

z niemałym trudem i znojem, acz z zerowym sukcesem, trwają rozliczne, niby poważne dyskusje tak nad programami w poszczególnych opozycyjnych partiach, i jeszcze głębsze rozważania czy da się coś razem zrobić, czy raczej, albo na pewno nie.

Oczywiście, że napisanie partyjnego kanonu jest zadaniem niełatwym, co potwierdza fakt, że należy go pisać, był źle wyobrażony, a może po prostu było jak zawsze – papier swoje, a życie też swoje.

W tej nierozwiązywalnej sytuacji nic innego nie pozostaje partyjnym liderom jak zwrócić się o pomoc do twórców serialu „Ranczo” Wojciecha Adamczyka i Jerzego Niemczuka (Robert Brutter niestety nie żyje), którzy wyłożyli elementarz pisania partyjnego programu. No i jeszcze warto posłuchać Michałowej, która pyta; „Nie można czy nie chce się?”
Może to jedyna droga, gdyż nie skutkuje odwoływanie do polskiej racji stanu w dzisiejszym świecie, do dalszej czy bliższej przeszłości, zakończonej bądź klęską (rozbiory, Wrzesień 1939), bądź deprawacją szczytnych idei (sanacja, realny socjalizm, Solidarność). Ta klasa tego nie naumiała się. Również była na wagarach w czasach szczególnego narodowego zjednoczenia (wojny polsko-bolszewickiej, odbudowy kraju i przywracania obywatelskiej równości, sukcesu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy). W tej pustce myśli i braku woli do skutecznych poczynań żadną miarą nie może, bądź nie chce dostrzec, że ponownie zamienia się nasze państwo w folwark pańszczyźniany, w którym poza panem (PiS) i plebanem (Kościół) nie ma już miejsca nawet dla wójta.

Sformułowanie kilku sentencji,

łączących opozycyjne partie w negatywnej ocenie PiS nie jest wysiłkiem przekraczającym możliwości liderów, tym bardziej, że wielokrotnie w różnej formie padały. Idąc za myślą Mirosława Dzielskiego, przez wszystkich niedocenionego byłego działacza politycznej opozycji w PRL, wyrazić je można również dwoma fundamentalnymi słowami: prawo i wolność. Z tym hasłem – Prawa i Wolności – jednoczącym tak opozycyjne partie, protestujących tłumnie na ulicach i wielu innych akceptujących je, można obalić władzę PiS. Oczywiście pod warunkiem rozumienia tych pojęć w znaczeniu dosłownym i nadto bez liberalnego, lewicowego, prawicowego i każdego innego wnikania i dzielenia włosa na czworo. Dziś nie czas na to, bowiem konieczna jest szybka klęska PiS. Wszystko co później, niewątpliwie bardzo trudne i nie do końca wiadome, zawsze jednak będzie lepsze od współczesności.

Polityka jest różnie definiowana,

także jako sztuka kompromisu, gdyż dzięki niemu osiąga się szybciej i mniejszym kosztem planowane cele. Budowa kompromisu, będącego zresztą elementarną cechą demokracji, trwa zazwyczaj dłużej niż arbitralne decyzje, wymaga szacunku dla odmienności partnera, odnalezienia tego co łączy i często rezygnacji z własnych ambicji, odsunięcia na plan dalszy zamierzeń, preferowanych celów i wizji. To wszystko w imię odtrącenia od władzy PiS.

Na portalu Strajk.eu (12.02.2021) trwały rozważania czy poprzeć protest w sprawie tzw. daniny od reklam. Przekonaniom opisującym jej rzeczywisty cel przeciwstawiono opinię: „Słuchając jednak argumentów koncernów medialnych, nie sposób nie odnieść wrażenia, że swoją ,,niezależność” mierzą one wyłącznie grubością swoich portfeli, a w ich ustach ,,obrona przed pisowskim autorytaryzmem” to po prostu pretekst dla torpedowania wszelkich prób zmuszenia ich do podzielenia się krociowymi dochodami…Jestem święcie przekonany, że gdyby kiedyś z podobnym pomysłem ze szlachetnych pobudek wyszedł w Polsce lewicowy rząd, wycie o ,,ataku na wolne media” byłoby równie paniczne – korporacyjna kasa musi się przecież zgadzać.”

Niejako analogicznie, pod starym, zużytym już hasłem, że podział prawica-lewica jest nieaktualny aktualny, wystąpił Rafał Trzaskowski podczas multimedialnej prezentacji Platformy Obywatelskiej. „Mówiąc szczerze – odpowiadał w „Dzienniku-Trybunie” (12.02.2021) Włodzimierz Czarzasty – nie dziwię się, że liderzy Platformy Obywatelskiej negują podział „prawica-lewica”. Partia, którą kierują zawiera tak wiele sprzecznych poglądów, wartości i interesów, że uporządkowanie ich na tradycyjnej osi podziałów politycznych byłoby niemożliwe. A na pewno skończyłoby się znacznym odchudzeniem PO. Nie chcą tego, mają do tego prawo. Ale lepiej byłoby, aby nie wygłaszali poważnych politycznych diagnoz, które nie wynikają z pogłębionej analizy sił społecznych i ekonomicznych w społeczeństwie, lecz z analizy… układu sił w Platformie”’

Takie są podteksty i dylematy koniecznego kompromisu.

Na białym koniu,

oczywiście w odniesieniu do wyobrażeń z czasów powojennych o zbawczej roli gen. Andersa, nie przyjedzie do Polski nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden. Nie wyzwoli nas od pisowskiej zależności. USA zapewne, jak to już niedawno bywało, zadbają o interesy swoich firm w Polsce i stąd np. stacja TVN może być bezpieczna, ale pozostali niekoniecznie.

Szczególny rodzaj amerykańskiej perfidii w rozgrywaniu światowych interesów tkwi w wybiórczym traktowaniu nie tylko określonych sytuacji, ale i słów, pod którymi się stale podpisują. W preambule do Traktatu Atlantyckiego czytamy, że jego strony „są zdecydowane ochraniać wolność, wspólne dziedzictwo i cywilizację swych narodów, oparte na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa.” Jeżeli na poważnie traktować ten zapis, to co w NATO robi Turcja nie spełniająca już od dawna powyższych warunków, podobnie jak Węgry i Polska. W interesie USA są jednak przede wszystkim własne interesy i globalna polityczna gra. Wszystko sprowadzi się do słów, ładnych i mądrych, podobnie, acz z innych zupełnie powodów, jak w Unii Europejskiej.

Z amerykańskiego czy brukselskiego nieba nie oczekujmy pomocy, sami musimy to zrobić używając także symbolu czerwonej błyskawicy.

Polityka to również gra

dużo bardziej wymagająca i cyniczna niż poker, nie tyle z uwagi na partnerów, ale ze względu na często niebotyczną, czasem wręcz historyczną stawkę. Mieliśmy taki klasyczny przykład u nas w 1989 roku, gdy padło hasło „Wasz prezydent, nasz premier” i Solidarność jakoś nie brzydziła się wejść w konszachty z wieloletnimi, wiernymi sojusznikami PZPR. Oni zresztą też.

Decyzje kierownictw ówczesnego ZSL i SD tłumaczą się dbałością o interesy i przyszłość swoich partii, co zresztą spełniło się połowicznie: powstało PSL, a SD zniknęło z politycznej sceny. Ale w obecnej sytuacji w Polsce dojrzewają zapewne opinie, nie tylko wśród elektoratu, ale także w pewnych, szerokich kręgach władzy Zjednoczonej Prawicy, że wiele kwestii wywołanych arbitralnymi decyzjami prezesa PiS oraz szczególną, tolerowaną przez Kaczyńskiego aktywnością Zbigniewa Ziobry, źle służy ich materii dziś, a jeszcze gorzej w przyszłości. Także osobistym interesom. Stąd wcześniej czy później trwać będzie poszukiwanie jakiegoś aktywnego wyjścia z tego klinczu. Najwcześniej zapewne w partii Gowina.

W kontekście tych rozważań warto przywołać „Onet Rano” (13.02.2021): „Były premier był pytany o to, czy Jarosław Gowin przejdzie do opozycji. – W takich przypadkach trzeba zadać pytanie, jaka jest alternatywa. Gowin bardzo wiele by ryzykował, więc ceną byłoby stanowisko Prezesa Rady Ministrów. Gdyby Gowin to usłyszał i było to poparte wiarygodną ofertą, to mógłby się on nad tym zastanawiać – mówił Miller. – To by całkowicie zmieniło sytuację w Polsce. Ukształtowałaby się inna większość parlamentarna, złożona z dzisiejszej opozycji. Mogłaby ona zmienić marszałka i prezydium Sejmu, a potem w drodze konstruktywnego wotum nieufności, przeprowadzić zmianę Prezesa Rady Ministrów. Nie wiem, czy to jest w ogóle brane pod uwagę. W każdym razie za darmo Gowin niczego nie zrobi. Polityka głównie jest oparta na rachunku zysków i strat. Prawdziwie pełnokrwisty polityk marzy w skrytości ducha o tym, żeby zasiąść na fotelu Prezesa Rady Ministrów”.

A w TVN, w tym samym dniu w programie „Sprawdzam” na pytanie Krzysztofa Skórzyńskiego, czy rozważana jest w Platformie Obywatelskiej jakaś koalicja z Porozumieniem Jarosława Gowina Grzegorz Schetyna odpowiedział: „To jest polityczna fikcja, dziś, jutro i pojutrze.” Po Schetynie, modelowym wzorcu PO. biorąc wszystkie jego wcześniejsze dokonania, powyższej opinii można było się spodziewać.

Polacy powitali ten rok,

jak wynika z badań CBOS, z malejącym od 2008 ograniczonym optymizmem (35% – różne jego stopnie), na co zapewne wpływ miało także pojawienie się wreszcie szczepionki na Covid-19. Przekonania, że będzie on taki sam jak ubiegły, bądź gorszy wyraziło po ok. 24 % badanych, co w sumie uznać należy za brak nadziei i oczekiwanie na zasadnicze zmiany.

Należy więc wyrazić przekonanie, że lewicowi liderzy wyjdą na przeciw tym wymaganiom liczącej się część Polaków i potrafią w tej wyjątkowej sytuacji dać przykład innym. Nie jest to oczywiście łatwe, ale dzwon bije dziś dla Was wszystkich. Później będzie tylko cmentarna sygnaturka.

Wolność, równość i ple, ple

Hasło Rewolucji Francuskiej „wolność, równość, braterstwo” ma już ponad 230 lat. W różnych wersjach od pięciu lat wykrzykiwane jest z wielkim zapałem na wszystkich zdarzających się manifestacjach. Tylko że nie chwyta.

Pojawiają się więc wśród nas teorie, że widać Polacy to taki naród, który sobie równości i wolności nie ceni. Tylko że w czasach Rewolucji Francuskiej to hasło miało dla wszystkich oczywisty sens. W społeczeństwie może już nie całkiem feudalnym, ale podzielonym na stany, oznaczało możliwość awansu i innych szans życiowych. Co to oznacza w dzisiejszej Polsce? Dla Jarosława Kaczyńskiego wolność to możliwość wyprawiania, co mu się podoba, bez oglądania się na sądy i opinię społeczną. To nie nowość – słowo „wolność” odmieniane było w każdym sensie, zależnie od tego, kto je wypowiadał. Przypomnijmy choćby liberum veto, czyli wolność sprzeciwu.

A równość? Dzisiaj? Po latach klepania, że masz tyle, za ile jesteś w stanie zapłacić? W dzisiejszej Polsce to jest frazes.
Więc dlaczego sięgamy po to szacowne hasło? Dlaczego tak nam trudno po inne? Bo karmimy się mitami.

Wydaje się, że prezydent Biden w pełni zdaje sobie sprawę, że nie wystarczy po prostu ponaprawianie tego, co Trump zepsuł. Że trzeba naprawić samo państwo. U nas jest inaczej. Pewny wybitny znawca prawa konstytucyjnego wygłosił na którymś ze spotkań KODowskich opinię, że państwo jest zbudowane dobrze. Bo są wszystkie właściwe instytucje. Problem w tym, co się za tym kryje.

Wskazówki może dostarczyć mechanizm nazwany ongiś przez Kaczyńskiego TKM, pierwszy raz zastosowany przez AWS. Młodsi pewnie nie pamiętają, co to takiego było. TKM (Teraz Kurwa My )to było wcielenie w życie bolszewickiego przedrewolucyjnego hasła „Każda kucharka może rządzić”. Nieważne, że kiedy bolszewicy już mieli władzę, zmienili je na Kadry rieszajut wsio – wolnym tłumaczeniu „wszystko zależy od jakości kadr”.

I co się za AWS stało? Nic się nie stało. Wszyscy ich następcy, patrząc z mojego urzędniczego punktu obserwacyjnego, wyciągnęli z tego wnioski dla siebie. Tak więc nominacje przestały mieć związek z minimalnymi choćby kwalifikacjami. Ministrowie oczekiwali od resortów, że te im powiedzą, do czego służą. I jakoś się to samo toczyło. Dreptanie w miejscu. Myśli państwowej już wcześniej nie mogło być, bo wyparło ją dążenie za wszelką cenę do obniżenia deficytu budżetowego. (Smutne, że przywódcy partii parlamentarnych chyba uważali rząd za coś w rodzaju parlamentu: obstawić ważne komisje naszymi. Jako premierzy przeżywali szok. Jarosław Kaczyński za nic nie chce już tej funkcji, Donald Tusk w pierwszym nieopatrznym wywiadzie dał wyraz zdumieniu rodzajem roboty, która na niego spadła.)

Innymi słowy, sytuacja Polski przestała mieć związek z jakością rządzenia. Czyżby Polska była takim krajem, którym każda kucharka może rządzić?
Marek Migalski zauważył ostatnio, że przez ostatnie 30 lat byliśmy w zasadzie przyzwyczajeni, że nasze wybory nie są specjalnie istotne – na kogokolwiek zagłosujemy, to i tak wszystko będzie szło w jednym kierunku: integracja z Zachodem, nawiązanie relacji transatlantyckich, budowa gospodarki rynkowej, demokracji. No i trzymanie w ryzach deficytu budżetowego. (Warto się zastanowić nad słowem „demokracja” w tej wyliczance. W tych warunkach sprowadzała się do kampanii wyborczej. A ta ostatnia, wobec braku istotnych różnic politycznych, opierała się na zagrywkach marketingowych i coraz bardziej czarnym PR.) Wejście do Unii jeszcze ułatwiło życie naszej klasie politycznej – wydawało się, że wystarczy się zaledwie ustosunkowywać do unijnych propozycji prawnych. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że są to tylko ramy, który każdy kraj powinien wypełnić indywidualną treścią. Podsłuchane na ministerialnym korytarzu określenie polskich programów w pewnej dziedzinie przez rozbawionych wysłanników unijnych: to jest crap. Nie da się tego ostatniego przetłumaczyć językiem salonowym.

Nadal nikt się nie zastanawia, czym ma być zapisana w konstytucji społeczna gospodarka rynkowa. Efekty działań Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet czy ekspertów od Hołowni to wyliczanka przewijających się problemów bez jakiejś myśli wiążącej. Trzaskowski wspomina o silnym państwie. To poważna zmiana w Platformie, która ze względu na swój neoliberalny rodowód, była zwolenniczką tzw. małego państwa. Pomysły neoliberalne już od dawna trąciły myszką, a w dzisiejszej covidowej sytuacji mają się do rzeczywistości jak pięść do nosa. Jednak upieranie się Platformy przy likwidacji informacyjnych programów TVP każe się domyślać, że stan społeczeństwa nie spędza im snu z powiek. Jak zamierzają je edukować? Jak się uchwalało wilcze prawa, to nie ma się co dziwić, że wykreowały one wilcze społeczeństwo. To, co wyprawia z TVP PiS, to jedno, ale nie może być to taka telewizja, jak przez ostatnie ćwierć wieku – de facto komercyjna, z kilkoma politycznymi ograniczeniami.
Ta sytuacja byłaby idealną sytuacją dla lewicy, którą jako lewicę powinien interesować stan społeczeństwa. Wydaje się jednak, że ambicje lewicy sprowadzają się do tego, żeby jakoś wejść do parlamentu. A tylko ona mogłaby mieć autentycznie porywający przekaz. To konieczne, by w dzisiejszej rzeczywistości, gdy światowa walka o szczepionki podważa wszystkie porozumienia i ugody, na czele panstwa stał świadomy rząd.
A hasło Strajku Kobiet „Myślę, czuję, decyduję” jest genialne.

Nadchodzi tłuszczokracja

Kiedy PiS zostanie pokonany – a nie jest takie oczywiste, że stanie się to w najbliższych wyborach – to pisizm i wyborcy PiS zostaną, tak samo jak wyborcy Trumpa i trumpizm w USA – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: „Kartką wyborczą możemy decydować, czy w czasach groźnych będzie nami rządził Gang Olsena, czy sprawna ekipa zdająca sobie sprawę z sytuacji” – pisze pan w ostatniej „Polityce”. Rządzi nami Gang Olsena?

MAREK MIGALSKI: Mam coraz większe poczucie, że tak jest, bo duża część tych ludzi jest kompletnie przypadkowa. Tego dotyczy ten tekst, na który się pani powołuje. My przez ostatnie 30 lat byliśmy w zasadzie przyzwyczajeni do tego, że nasze wybory nie są specjalnie istotne, dlatego że na kogokolwiek zagłosujemy, to i tak wszystko będzie szło w jednym kierunku: integracja z Zachodem, nawiązanie relacji transatlantyckich, budowa gospodarki wolnorynkowej, demokracji itd. To się załamało, gdy w 2015 roku okazało się, że w wykonaniu nowego PiS-u to wszystko nie jest już takie oczywiste; nowego w przeciwieństwie do starego z lat 2005-2008.

Po drugie przyszedł COVID i nagle się okazało, że od tego, kto jest wojewodą, ministrem zdrowia, szefem gabinetu politycznego premiera, premierem, prezydentem, zależy, ile osób dziennie umrze. Mówiąc krótko, nagle się okazało, że polityka to bardzo ważna rzecz i jeśli jest się państwem perfekcyjnie zorganizowanym, jak Izrael, to można zaszczepić wszystkich w ciągu trzech miesięcy i w ten sposób ratować życie setek ludzi dziennie. Jeśli władzę w państwie sprawują osoby o ograniczonych kompetencjach, które nigdy nie były weryfikowane, ponieważ nie traktowaliśmy polityki poważne, okazuje się, że mamy Gang Olsena, który nie ma poczucia, że od ich decyzji zależy nie to, czy będziemy zarabiać o 40 zł więcej, tylko czy przeżyjemy i ile tysięcy Polaków nie zdąży się zaszczepić.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że ta ekipa jest unikalna w skali świata, bo ta olsenizacja, używając przykładu Gangu Olsena, przetoczyła się przez cały świat, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, bo dotychczasowy przywódca był niepoważny i nie miał kompetencji do sprawowania tego urzędu. COVID przypomniał nam, że polityka jest bardzo ważną sprawą, w której chodzi o życie ludzi.

Jeżeli sprawna ekipa potrafi zaszczepić w pół roku swoją populację, to znaczy, że ekipa niepoważna bierze na siebie wszystkie ofiary, które po tym umownym półroczu będzie odnotowywać.

Nie chcę powiedzieć, że każda ofiara po 1 lipca będzie ofiarą Morawieckiego, Kaczyńskiego i Dudy, bo wówczas zrównałbym się z ludźmi, którzy twierdzą, że Tusk zabił 96 osób w katastrofie smoleńskiej, i rozumiem, że nie wszystko zależy od ekipy rządzącej, ale trzeba wyciągać wnioski, a ten jest prosty.

Ekipy, które poradzą sobie z COVID lepiej, uchronią życie swoich obywateli, a to oznacza, że spełnią te warunki, które są podstawowym celem funkcjonowania w polityce, czyli zapewnienia bezpieczeństwa.

Jednym z pierwszych tweetów nowego prezydenta Joe Bidena był wpis, aby nosić maski…

To wyraźne potwierdzenie różnicy między politykiem, który rozumie, że jego gest, tweet, słowa mają przełożenie na życie ludzi, a pajacem, który nie rozumiał znaczenia swoich słów. Jego niefrasobliwe tweety i słowa już prawdopodobnie kosztowały kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich w USA.

W Polsce mamy ekipę, która od początku pandemii nie miała świadomości znaczenia swoich gestów i słów – Jarosław Kaczyński biorący udział wiosną w uroczystościach bez maski, ściąganie przez niego rękawiczek na uroczystościach, skandaliczna wypowiedź premiera, który w otoczeniu seniorów 1 lipca zachęcał ich, aby za 12 dni poszli na wybory, bo „nie ma się czego bać” i koronawirus jest w odwrocie.

Trzeba to jasno powiedzieć: niefrasobliwość naszych przywódców, tak samo jak niefrasobliwość Trumpa, kosztowała już ileś istnień ludzkich. To, że ludzie lekceważyli przepisy i tym samym zwiększali transmisję wirusa, jest ewidentnie winą rządzących.

Po jednej stronie mamy Bidena, który jest tego świadomy i dba o swoich obywateli, a po drugiej nieodpowiedzialnych polityków, jak Trump.

Joanna Mucha porzuca KO i przechodzi do ruchu Szymona Hołowni. Czy to epizod politycznego kanibalizmu, czy świadectwo czegoś poważniejszego, co dzieje się w największej opozycyjnej partii?

Z tych dwóch transferów, które ostatnio mieliśmy, czyli senatora Burego i posłanki Muchy, istotniejszy jest ten transfer senacki. Oczywiście transfer Muchy jest o tyle istotny, że dzięki niemu będzie można powołać koło poselskie, co pozwoli zabierać temu kołu głos w debacie publicznej, być może telewizje zaczną zapraszać jego przedstawicieli. Natomiast politycznie ciężkie jest przejście Burego, ponieważ de facto Hołownia staje się trzecim graczem w Senacie.

Po jednej stronie mamy całą opozycję demokratyczną, po drugiej stronie PiS i trzeciego gracza. Teraz do przegłosowywania ustaw w Senacie potrzeba będzie zgody Szymona Hołowni. W politologii mierzy się siłę partii nie tylko liczbą szabel, ale również stosunkiem, czyli tzw. szantażem politycznym. W jakimś sensie można dziś powiedzieć, że PiS, opozycja i Szymon Hołownia mają tę samą siłę w Senacie.

Żeby była jasność: wysłuchałem rozmowy nt. motywów działania z panem Burym i zrobił on na mnie fatalne wrażenie. Okazało się, że za jego przejściem nie ma żadnej ideowości, a tylko rozczarowanie tym, że nie był słuchany w KO.

Co do kanibalizmu, to rzeczywiście pytanie o relacje między Ruchem 2050 a KO jest istotne i można uznać, że te dwa podmioty będą musiały się sobą wzajemnie żywić. Szymon Hołownia nie może się budować bez podbierania wyborców KO.

A może mógłby, tylko nie potrafi?

Gdyby tak założył, to ograniczałby swoje pole manewru, a to byłby błąd. Po drugie, to jest praktycznie niemożliwe. Wielu wyborców KO jest rozczarowanych tym, co się dzieje, i będzie szukało swoich identyfikacji gdzieś obok. Przećwiczyliśmy to w wyborach prezydenckich, gdzie w II turze absolutna większość wyborców Hołowni zagłosowała na Rafała Trzaskowskiego, a to oznacza, że są tam ogromne przepływy. Skoro tak, to terminologia, której pani użyła – kanibalizm, jest aktualna.

KO nie jest w stanie prześcignąć PiS-u bez degradacji Ruchu 2050 i z drugiej strony ruch Hołowni nie jest w stanie gonić PiS bez zjadania przede wszystkim PO, a szerzej KO. Oczywiście to nie oznacza, że na końcu oba ugrupowania się nie dogadają i nie pójdą szeroką koalicją. To byłoby bardzo racjonalne, zwłaszcza że większość wyborców waha się pomiędzy oboma ugrupowaniami. Paradoksalnie, aby się dogadać, to najpierw muszą się zbudować i dopiero po porównaniu wzajemnych potencjałów, powiedzmy na pół roku przed wyborami, mogą zawrzeć układ polityczny.

Na razie muszą się budować osobno i niestety kanibalizując się.

Nie możemy mieć o to pretensji do liderów i nawoływać ich do podania sobie rąk i budowania wspólnego ugrupowania. To nie jest źle dla opozycji, jeżeli ma tak zróżnicowaną ofertę, oczywiście dopóki nie będzie miedzy tymi ugrupowaniami zimnej wojny. Tam może być rywalizacja, pstryczki w nos, podkradanie sobie polityków i postulatów i dziś próba zlikwidowania tego napięcia byłaby szkodliwa dla całej opozycji.

Wygrana Bidena daje nadzieję, ale trumpizm w Stanach Zjednoczonych się nie kończy. Czy to, co i jak robi Biden, może być dla nas lekcją, jak wracać do modelu liberalnej demokracji?

Jeśli kiedyś PiS zostanie pokonany – a nie jest takie oczywiste, że stanie się to w najbliższych wyborach – to pisizm zostanie i wyborcy PiS-u zostaną, tak samo jak wyborcy Trumpa i trumpizm w Stanach. Przyznam, że nie wierzę w skuteczność godzenia i uważam, że świat zachodni odchodzi od demokracji liberalnej i zmierza jednak do takiej mobokracji – od słowa mob, którego użył Joe Biden w jednym ze swoich przemówień po ataku na Kapitol, gdy mówił, że to motłoch atakuje.

Ta mobokracja czy tłuszczokracja napędzana jest jeszcze dodatkowo wzajemną nienawiścią. Moim zdaniem ogromna większość wyborców PiS-u cieszy się widząc bite lewaczki, gejów, targowicę itd.

Szczerze trzeba też niestety przyznać, że część wyborców opozycji chce zobaczyć w roli upokarzanych i bitych szczególnie znienawidzonych polityków dzisiejszej koalicji rządowej. Musimy zrozumieć, że te emocje nienawiści, niechęci, plemienności, neotrybalizmu są po wszystkich stronach sceny politycznej i napędzają wyborców i politykę. Wszyscy politycy muszą bazować na tych emocjach, które zresztą badam pod względem neurobiologicznym, bo to one ukształtowały nasz gatunek od setek tysięcy lat.

Źli politycy je wykorzystują i wzmacniają, a dobrzy powściągają, i to jest różnica między Trumpem a Bidenem. Przecież Biden doszedł do władzy m.in. dlatego, że co prawda mówił czasem o pojednaniu, ale rozumiał, że duża część jego wyborców życzy jak najgorzej Trumpowi i jego wyborcom.

W Polsce jest podobnie i gdyby opozycja stwierdziła, że po zwycięskich wyborach oni pogodzą się z pisowcami i będą chcieli budować z nimi wspólnotę, to od razu by przegrali. To przykre, ale prawdziwe, i jednym z podstawowych wniosków, do których doszedłem w ciągu ostatnich lat badań nad naukami biologicznymi, prymatologią, neurobiologią, jest to, że w polityce emocje negatywne są co najmniej tak samo istotne, jak pozytywne, a czasem nawet ważniejsze, bo bardziej pierwotne i ewolucyjnie nam bliskie.

To z kolei oznacza, że także poprzez media społecznościowe poczucie grupowości się pogłębia, a kanały wylewania nienawiści się otwierają, a co za tym idzie – od demokracji zmierzamy ku mobokracji i od powściągania emocji negatywnych, które jeszcze 20 lat temu były tamowane np. przez telewizję i prasę, do sytuacji, w której będą wypływać i nas zalewać.

To oznacza, że Biden może mówić o pojednaniu, ale musi pamiętać, że te nienawiści po obu stronach nie znikną i gdyby się ich wyrzekł, to zdradziłby swoich wyborców, którzy chcą rewanżu na trumpizmie, i przegrałby następne wybory. Chodzi tylko o to, aby tego nie wzmacniać i panować nad tym.

Oczywiście druga strona nie ma żadnych skrupułów. W Polsce też to widzimy; jeśli opozycja chce wygrać z PiS-em, to nie może uwierzyć w swoje słowa o pojednaniu, bo ogromna część wyborców opozycji chce rewanżu na tych wszystkich, którzy dziś plują im w twarz. Którzy narażają ich i najbliższych na śmierć, bo państwo działa fatalnie. Którzy plują im w twarz propagandą z ekranów telewizorów. Którzy wyśmiewają ich wartości, biją i gazują ich liderów.

Powiedzenie im teraz, że gdy PiS odda władzę, to usłyszą wielkie „kochajmy się” jest błędem.

Zaryzykuję nawet tezę, że większość wyborców po obu stronach chce, żeby ta druga strona cierpiała, a to jest charakterystyczne dla mobokracji. Oczywiście to nie oznacza, że wszyscy są tacy sami i nie ma znaczenia, na kogo głosujemy, bo jedni politycy będą to rozumieć i powściągać, i to jest w Polsce opozycja, przynajmniej mam taką nadzieję, a inni politycy nie tylko z tego korzystają, ale i podsycają, i nie mam wątpliwości, że to modus operandi obecnie rządzących Polską polityków.

Mądry Amerykanin po szkodzie

Znane porzekadło o Polaku mądrym po szkodzie można odnieść również do Amerykanów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji wydarzeń związanych z przejęciem urzędu przez nowego prezydenta USA.

Kiedy Donald Trump wezwał swoich zwolenników do gromadzenia się pod gmachem Kapitolu, to chyba można było przewidzieć, że część z nich będzie usiłowała wedrzeć się do wnętrza budynku i urządzić tam amerykański Majdan. Jednak taka ewentualność wykraczała poza wyobraźnię organizatorów uroczystości w tym oczywiście samego Joe Bidena. Wszak nie byle kto ale były prezydent George W Bush powiedział, że wyniki wyborów mogą być kwestionowane w republikach bananowych ale nie w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone. Tkwiąc w przekonaniu o genetycznym przez Amerykanów umiłowaniu demokracji dla których Kapitol jest świętością osoby odpowiedzialne za zorganizowanie ceremonii oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów nie brały pod uwagę ewentualności szturmu na Kapitol. Gdyby bowiem brały, to obstawiłyby budynek służbami mundurowymi. Wówczas mogłoby dojść jedynie do ulicznych być może gwałtownych starć jednak będący symbolem amerykańskiej demokracji święty Kapitol nie byłby zbezczeszczony.
Natomiast nowa już władza zachowała się jak Amerykanin mądry po szkodzie. Dopiero przed zaprzysiężeniem Bidena ogrodzono Kapitol betonowymi barierami a wokół samego budynku ustawiono liczne rzesze licznych w tym kraju umundurowanych funkcjonariuszy. Gorliwie strzeżono także wnętrze budynku. Usytuowano tam żołnierzy, którym w dodatku nie dano materacy co zmusiło ich do spania na twardej podłodze. Było to zagranie jeszcze bardziej nonsensowne niż postawienie całego Waszyngtonu w stan pogotowia tak jak gdyby służby wywiadowcze dostały cynk o planowanym zamachu terrorystycznym. Umieszczając wojsko na terenie Kapitolu było bowiem o tyle bez sensu, że cała ceremonia zaprzysiężenia miała się odbyć i faktycznie się odbyła przed samym budynkiem. Też bez sensu – twierdzi szewc Fabisiak. Uważa też, że cała ta pompatyczna pokazówka była pokazem siły adresowanym do przeciętnego Amerykanina mając go utwierdzić w przekonaniu o wielkości jego państwa, o skuteczności nawet po niewczasie odpowiednich służb, o tym, że władze są nieulękłe i zdeterminowane w ochronie demokracji przed – jak się wyraził Biden – krajowymi terrorystami.

Tymczasem nie było żadnych sygnałów świadczących o powtórce ataku na Kapitol. Być może w jakimś stopniu wynikało to właśnie z olbrzymiej, a zdaniem szewca Fabisiaka nadmiernej, mobilizacji środków bezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony, inspirator marszu na Kapitol czyli sam Donald Trump nie tylko potępił przemoc, lecz także nawoływał do spokoju i opanowania. W wydanym oświadczeniu co prawda po raz kolejny potwierdził swoją „totalną niezgodę” na oficjalny wynik wyborów, lecz jednocześnie stwierdził, że przekazanie władzy powinno się odbyć w sposób pokojowy, choć sam w tej pokojowej procedurze nie zamierza brać udziału. Cóż z tego, gdyż Trump nie miał możliwości wysłania tego przekazu za pośrednictwem zablokowanego konta na twitterze i puścił to jako wiadomość tekstową na telefony komórkowe osób, które uprzednio zapisywały się na jego wiece. Zresztą sam fakt zablokowania dostępu dla bądź co bądź urzędującego prezydenta i to w dodatku tak znaczącego państwa jest ewenementem w skali światowej. Świadczy on o specyficznym pojmowaniu wolności mediów. Są one bowiem wolne co do podejmowania decyzji o tym kogo można a kogo nie należy dopuścić do głosu. Nie potrzebna jest odgórna cenzura, wystarczy wyczuć co się władzy nawet jeszcze nieformalnej może nie spodobać. Jak widać, potentaci w zakresie elektronicznej informacji nie mogą sobie pozwolić na umieszczanie tekstów niezgodnych z lansowanym odgórnie przekazem propagandowym. Do tej pory to Stany Zjednoczone krytykowały autorytarne rządy za ograniczanie dostępu do internetu. Teraz jednak same ochoczo akceptują ograniczenie swobody wypowiedzi – wnioskuje szewc Fabisiak.

Biden na celowniku

Amerykański prezydent zaprzeczył, jakoby kopał dołki pod kandydatem demokratów na prezydenta Joe Bidenem za pomocą obcych służb specjalnych, ale Kongres ma kompromitujące nagranie. Trump podejrzewa, że właśnie Biden będzie jego głównym konkurentem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc szuka nań haków. Brudną robotę zlecił Ukraińcom.

Według Wall Street Journal, na lipcowym nagraniu telefonicznej rozmowy Trumpa z nowym ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim prezydent Ameryki osiem razy powtarzał, by ukraińskie służby skierowały uwagę na syna Bidena. Miały współpracować z adwokatem Trumpa Rudym Giulianim. Drugi syn byłego senatora Hunter Biden pracował dla ukraińskiej grupy gazowej od 2014 r., kiedy nastąpił Majdan. Trump jest pewien, że młodszy Biden wyssał z Ukrainy więcej pieniędzy, niż domagała się administracja.
Kongres jest poruszony, bo Biały Dom rozkazał nie przekazywać Kongresowi formalnej skargi członka amerykańskiego wywiadu na Trumpa, co powinien był zrobić. To ów sygnalista dostarczył w końcu nagranie kongresmenom, podczas gdy inspektor generalny służb wywiadowczych Michael Atkinson, który o wszystkim wiedział, siedział cicho. Trump odpowiedział dziennikarzom, że „nie ma znaczenia” o czym rozmawiał z Zełenskim i że „ktoś powinien pochylić się nad Joe Bidenem”.
Oczywiście najbardziej oburzeni są demokraci. Hillary Clinton, przegrana konkurentka Trumpa w wyborach 2016 r., tłitowała wczoraj: „Prezydent domagał się od zagranicznego rządu pomocy w wygraniu wyborów. Znowu”. W 2016 r. demokraci zarzucali Trumpowi ciemne związki z Rosją, co zatruło miliarderowi pierwsze lata kadencji, zanim został wybielony. Joe Biden gorąco zaprzecza jakoby jego syn był czegokolwiek winny. W czwartek wieczorem Rudy Giuliani musiał potwierdzić prasie autentyczność nagrania. To początek nowych kłopotów Trumpa, przejętego przede wszystkim swą reelekcją.