Eugeniusz Kabatc (1930-2020)

„Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”

Gdy nieco ponad dwa miesiące temu, 11 stycznia obchodziliśmy w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu Jubileusz 90-lecia urodzin Eugeniusza Kabatca, w poświęconym Mu szkicu w „Dzienniku Trybuna” napisałem o Nim jako o „pisarzu twórczych metamorfoz”. W nocy, 19 marca Eugeniusz przeszedł swoją ostatnią metamorfozę – umierając stał się lokatorem naszej serdecznej pamięci, jako piękny człowiek i utalentowany artysta pióra.
Jego twórczość rozpościera się od debiutanckiego zbioru opowiadań „Pijany anioł” (1957) nawiązującego do jego białoruskich korzeni, poprzez europejsko-włoski środek, którego najbardziej charakterystycznym wyrazem jest powieść „Patrycja, czyli opowieść o miłości i sztuce w środku nocy” (1975) i niespieszne (tak jak po wschodniemu niespieszny był Eugeniusz) zwieńczenie, które bardzo pięknie skumulowało się w „Ostatnim wzgórzu Florencji. Opowieści o Stanisławie Brzozowskim” (2008) i w „Czarnoruskiej księdze trędowatych” (2011).
Pisarzowi najwłaściwiej jest oddawać hołd pisząc o jego pisarstwie. W dniu wspomnianego Jubileuszu dostałem do ręki wznowione, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudnia … wieczory”, zbiór przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Eugeniusz nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem. Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że wspomnę tylko Platona czy Diderota. Eugeniusz Kabatc, choć nie miał uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również był, tak jak wspomniani wyżej i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali. Kabatc był pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym sensie tego słowa. Filozofował niejako naturalnie, odruchowo, filozofia była w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Filozofował tak, jak się oddycha. Nie był przy tym filozofem z zimnej kategorii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów. Nie powodował nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawania struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji. Kierowało nim pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca wywodziła się nie ze Średniowiecza, ani też, z drugiej strony, nieco oschłego Oświecenia, lecz z łacińskiego Renesans, w szczególności tych jego stref, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszyły Kabatcowi zawsze, choć smakował je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc był nie tylko, a może nie przede wszystkim, filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze. Dlatego teksty zbioru napisał z lekkością motylą i przepełnił je subtelnym i słonecznym humorem.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka. Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem czytać, że użyję staromodnego określenia. Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa. I na koniec pozwolę sobie akcent prywatny. Gdy w 1957 roku Eugeniusz debiutował – urodziłem się. Gdy w 1975 roku ukazała się jego włoska powieść „Patrycja”, ukończyłem 18 lat. Przeszło trzydzieści lat później obdarzył mnie i zaszczycił swoją przyjaźnią a jeszcze później kilkoma, na przestrzeni lat, spotkaniami przy winie, w jego mieszkaniu w wieżowcu przy Smolnej, jak żartobliwie podkreślał – w lokalu pod mickiewiczowskim numerem 44 (słownie: „Czterdzieści i cztery”). Będzie mi tym winnych spotkań u Eugeniusza bardzo brakowało.

Pan Kabatc, Profesor i Przyjaciel

Styczniowa, 90 rocznica urodzin Eugeniusza Kabatca była dobrą okazją do wznowienia, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudni … wieczorów”, zbioru przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Autor nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem.

Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że Platona czy Woltera tylko wspomnę. Eugeniusz Kabatc, choć nie ma uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również jest, tak jak wspomniani wyżej filozofowie i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali.
Kabatc jest pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym tego słowa znaczeniu. Filozofuje bowiem niejako naturalnie, odruchowo, filozofia jest w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Kabatc tak filozofuje, jak oddycha. Nie jest przy tym filozofem z gildii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów.
Powoduje nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawaniu struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji, ale pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca to nie Średniowiecze, ani też, z drugiej strony, oschłe Oświecenie, lecz łaciński Renesans, w szczególności te jego strefy, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszy Kabatcowi zawsze, choć smakuje je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność także we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc jest nie tylko, a może nie przede wszystkim filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze.
Od tego w końcu jest pisarzem, by nie znużyć filozofią. Dlatego teksty zbioru napisane są z lekkością motylą, przepełnione subtelnym i słonecznym humorem, mogącym przywieść na myśl skojarzenie choćby z „tutkizmem” Jerzego Szaniawskiego.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka.
Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. Nie mógł też nie znaleźć się zbiorze filozof dla Kabatca najważniejszy, towarzyszący mu od dziesięcioleci, choć nie renesansowy, tym razem na okoliczność odsłonięcia we Florencji upamiętniającej go tablicy – Stanisław Brzozowski. Zaryzykowałbym nawet tezę, że, jeśliby się temu zbiorowi dokładnie przyjrzeć i zastanowić nad jego treścią, to zakres tematów składających się nań obejmuje właściwie cały kosmos egzystencji, a przynajmniej jej najbardziej fundamentalnych aspektów, oczywiście z konieczności w telegraficznym skrócie. Oczywiście, jak na polskiego Italiańczyka przystało, jak przystało na człowieka i twórcę bardzo silnie związanego z kulturą Italii, także przez urzędową funkcję pełnioną przed wielu laty w ambasadzie polskiej w Rzymie, Eugeniusz Kabatc nie pominął wątku stricte włoskiego, a raczej literackiej figury włoskiej, choć przez swoje cechy jednocześnie, i nieprzypadkowo, wzorcowo uniwersalnej, do tego stopnia, że czytelnicy często zapominają o jej rdzennej „włoskości”.
Mam na myśli Pinokia, postaci powołanej do życia przez Carla Collodi, której poświęconych jest osiem ostatnich powiastek. Kabatc traktuje Pinokia z respektem dalece przekraczającym znaczenie jego drewnianej naturę i tytułuje go „panem Pinokio”. Zajmuje się przy tym jego „wszechobecnością”, jego „oślimi uszami” i „złamanym nosem” , a także jego związkami ze „starymi draniami” i „wyspą wolności”.
Już same te hasła wywoławcze wskazują, jak bardzo uniwersalna i nieśmiertelna okazała się opowieść skromnego literata włoskiego, pana Collodi.
Żałuję, że nie mogę nawiązać do każdej z powiastek składających się na tom „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem zażywać lektury, że użyję staromodnego określenia.
Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa.
Eugeniusz Kabatc – „Popołudnia…wieczory”, wyd. Redakcja „Res Humana” TKŚ, Warszawa 2020, str. 236, ISBN 978-83-941094-0-0