W pokojach na godziny się odpoczywa

Kolejny akt żenującego przedstawienia z prezesem Najwyższej Izby Kontroli w roli głównej miał miejsce dzisiaj w Sejmie. Marian Banaś przyszedł na Komisję ds. Kontroli Państwowej, by przedstawić kandydatów na swoich wiceprezesów – Marka Opioły i Tadeusza Dziuby. Na pytanie dziennikarzy i polityków nie odpowiedział. Wygłosił za to oświadczenie.

Kolejny akt żenującego przedstawienia z prezesem Najwyższej Izby Kontroli w roli głównej miał miejsce dzisiaj w Sejmie. Marian Banaś przyszedł na Komisję ds. Kontroli Państwowej, by przedstawić kandydatów na swoich wiceprezesów – Marka Opioły i Tadeusza Dziuby. Na pytanie dziennikarzy i polityków nie odpowiedział. Wygłosił za to oświadczenie.
Wszystkich, którzy mieli nadzieję, że prezes NIK zachowa minimum przyzwoitości i odniesie się do licznych pytań spotkał dziś zawód. Banaś stawił się na spotkaniu komisji i wyrecytował oświadczenia, w którym stawiane mu zarzuty określił jako „kłamstwa”. Zapewnił, że nie wykonywał żadnej „optymalizacji podatkowej” oraz nie widzi niczego zdrożnego w tym, co działo się w jego kamienicy w Krakowie. Przypomnijmy, że budynek służył jako dom schadzek dla pracownic seksualnych i ich klientów. Banaś postanowił jednak pójść w zaparte.
– W Krakowie jest wiele hoteli, gdzie można wynająć pokoje na godziny po to, żeby na przykład odpocząć w trakcie podróży lub przed nią. Albo przygotować się do zaplanowanego spotkania – mówił szef NIK. To tłumaczenie wywołało rozbawienie u niektórych członków komisji, w tym również tych z Prawa i Sprawiedliwości.
Banaś skomentował również inny przestępczy proceder, który miał miejsce wśród jego podwładnych. Przypomnijmy, że za czasów sprawowania przez niego funkcji ministra finansów, zatrudnieni w resorcie urzędnicy wysokiego szczebla mieli wyłudzać VAT Od dwóch lat toczy się śledztwo w sprawie wyłudzeń podatku dokonywanych przez grupę przestępczą, w skład której wchodzili podwładni obecnego prezesa NIK.
– W ostatnich tygodniach opublikowano szereg insynuacji, jakobym był patronem byłych urzędników Ministerstwa Finansów, którzy zorganizowali i uczestniczyli w przestępczym procederze wyłudzania podatku VAT. Łączenie mnie z działalnością osób podejrzanych o popełnienie przestępstw karno-skarbowych, a zatrudnionych wcześniej w Ministerstwie Finansów jest manipulacją i nadużyciem – przekonywał szef NIK.
Po smutnym występie Banasia konferencję prasową zorganizowała Lewica. Członek Komisji ds. Kontroli Państwowej Przemysław Koperski powiedział, że „zaskakujące i niepokojące” są zapowiedzi Banasia, że będzie pozywał osoby, które w materiale dziennikarskim dociekają prawdy, a także tych, którzy będą zadawać mu pytania w tej sprawie. Odniósł się w ten sposób do fragmentu oświadczenia Banasia, w którym szef NIK zapowiedział, że na szkalowanie jego dobrego imienia będzie „zdecydowanie reagował”.
Koperski zaznaczył, że zgodnie ze swoim przekonaniem i w uzgodnieniu ze swoim klubem głosował przeciwko przedstawionym kandydaturom na wiceszefów NIK, bo uważa, że wniosek o ich powołanie w ogóle nie powinien teraz paść. – Najpierw trzeba wyjaśnić sprawę pana prezesa (Banasia), a potem dopiero powoływać jego zastępców – przekonywał.
Szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski powiedział z kolei, że „woda płynąca wokół pana ministra Banasia robi się coraz bardziej mętna, pytań jest coraz więcej, a odpowiedzi – prawie wcale”. –
– Widać, że służby państwa nie chcą wyjaśnić tej sprawy. Cały czas nic nie wiemy o raporcie CBA, cały czas nie ma w tej sprawie jasnej deklaracji prezesa Kaczyńskiego i premiera Morawieckiego i cały czas widać, że PiS próbuje usilnie doprowadzić do sytuacji, w której pan Banaś będzie unikał odpowiedzialności – wskazywał Gawkowski.
Opozycja nie zamierza jednak odpuszczać tej sprawy. W środę senacka Komisja Administracji i Samorządu Terytorialnego zaakceptowała przedstawioną przez jej przewodniczącego Zygmunta Frankiewicza (KO) propozycję zaproszenia Banasia na przesłuchanie w wyższej izbie polskiego parlamentu 10 grudnia.

Kamienicznik-oszust skazany

Poznański sąd skazał kamienicznika Josefa L. na 8 miesięcy więzienia i 20 tys. grzywny za oszustwo. Aby zmusić lokatorki do wyprowadzki, mężczyzna uniemożliwił swobodne poruszanie się po klatce schodowej, odciął wodę i gaz oraz próbował im wmówić, że kamienica jest przeznaczona do rozbiórki.

Lokatorka, która razem z córką złożyła w sprawie prywatny akt oskarżenia, nie dożyła wyroku, jaki zapadł w środę. Stefania Chlebowska zmarła w czerwcu w wieku 101 lat. W kwietniu zdążyła jeszcze złożyć w sprawie zeznania. Opowiadała, jak kamienicznik Josef L. wymuszał na niej opuszczenie domu, w którym mieszkała od 1959 r., niewielkiej kamienicy na poznańskim Starym Mieście. Mówiła o pozorowanym „remoncie”: wykopach, wierceniu, wymontowywaniu drzwi z mieszkań, które już stały puste. Wreszcie o tym, jak na klatce schodowej pojawiły się drewniane bale, rzekomo do podtrzymywania stropu. Odległość między nimi wynosiła zaledwie 40 cm i starsza, nie w pełni sprawna fizycznie osoba nie miała szans swobodnie między nimi przechodzić. Gdy kobieta doznała ataku duszności i musiało przyjechać do niej pogotowie, ratownicy musieli przenosić ją do karetki na specjalnych saniach przez poręcz schodów. Po powrocie ze szpitala Stefania Chlebowska przekonała się, że w budynku odcięto wodę i gaz.

Kobieta oraz jej córka Hanna otrzymały również pismo, z którego wynikało, że muszą opuścić kamienicę, bo został wydany nakaz jej rozbiórki. Sprawdziły w nadzorze budowlanym i przekonały się, że to nieprawda. Dopiero wtedy pojawiła się szansa na zainteresowanie sądu działalnością Josefa L: prywatny akt oskarżenia o oszustwo.

Wcześniejsze próby zainteresowania policji i prokuratury postępowaniem kamienicznika nic nie dały. Czynności śledczych były umarzane lub nie podejmowano ich wcale.

Mężczyzna nie przyznawał się do winy i twierdził, że wysłał pismo w najlepszych intencjach – z troski o lokatorki! Dlaczego zaś niezgodnie z prawdą sugerował, że nadzór budowlany nakazuje rozebrać budynek? Tłumaczył się… niedostateczną znajomością gramatyki języka polskiego (urodził się na Ukrainie, deklaruje narodowość szwajcarską).

Sąd Rejonowy w Poznaniu nie dał wiary tym wyjaśnieniom. W środę Josefowi L. wymierzono karę 8 miesięcy bezwzględnego więzienia i 20 tys. zł grzywny za oszustwo, a sędzia Renata Żurowska stwierdziła w uzasadnieniu, że nie ma wątpliwości, iż całokształt działań mężczyzny zmierzał do jak najszybszego opróżnienia kamienicy z lokatorów. Kamienicznik zamierzał na miejscu budynku mieszkalnego wznieść nowoczesny obiekt z przestrzenią biurową, czym chwalił się w lokalnych mediach. W momencie, gdy wysyłał Stefanii i Hannie Chlebowskim pismo o rzekomej rychłej rozbiórce, na parterze kamienicy normalnie działały sklepy – ich nie starał się zlikwidować. Prawdziwy wniosek do nadzoru budowlanego mężczyzna złożył dużo później.

– W ocenie sądu, on doskonale sobie zdawał sprawę, że stan kamienicy w momencie jak ją zastał nie uzasadniał natychmiastowego wysiedlenia lokatorów, a podejmował działania, aby ten stan pogorszyć – mówiła sędzia Żurowska o Josefie L.

Jego działania nazwała „brutalnymi i bezprawnymi”, podkreśliła, że „prawo własności nie ma bezwzględnego charakteru” – właściciel nieruchomości musi respektować prawa lokatorów.
Josef L. nie stawił się w sądzie. Obecnie przebywa poza granicami Polski.

Z satysfakcją wyrok przyjęli bliscy zmarłej Stefanii Chlebowskiej. – Oskarżony organizował zło przeciwko innym ludziom. Działał z premedytacją przeciwko 93-letniej wówczas kobiecie [fałszywe pismo wysłał w 2011 r. – przyp. MKF]. Mam nadzieję, że ten wyrok będzie ostrzeżeniem dla innych „czyścicieli” kamienic. Na ich moralność nie ma co liczyć. Dla nich liczy się jednak rachunek ekonomiczny. Mogą zrozumieć, że to się nie opłaca – powiedział poznańskiej Gazecie Wyborczej zięć kobiety Stefan Rusek.

„Dzika reprywatyzacja” wróci

Reprywatyzacja została wstrzymana, kiedy zrobiło się o niej zbyt głośno, ale nie jest zakończona. Pozostanie w zawieszeniu, dopóki nie będzie dużej ustawy reprywatyzacyjnej – mówi Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Jan Śpiewak napisał, że Rafał Trzaskowski i ludzie rządzący Warszawą najchętniej wróciliby do dzikiej reprywatyzacji w jej najgorszym wydaniu. Był to komentarz do postawy miasta stołecznego, które odwołuje się od postanowień komisji weryfikacyjnej uchylających decyzje reprywatyzacyjne i nakazujących wypłacać lokatorom odszkodowania. Zgadzasz się?

PIOTR CISZEWSKI: Jak najbardziej. Komisja weryfikacyjna zajmująca się sytuacją w Warszawie okazała się, co zresztą podejrzewaliśmy, nieskuteczna – Wojewódzki Sąd Administracyjny podważył już nie pierwszy raz jej rozstrzygnięcia odbierające skupywaczom roszczeń nieruchomości. Anulował m.in. decyzje komisji w sprawach budynków przy Dahlberga 5 i Nabielaka 9 – w głośnych, bulwersujących sprawach, gdzie lokatorzy byli bezpośrednio zaangażowani w udowodnienie, dlaczego reprywatyzacja nigdy nie powinna była mieć miejsca. Nabielaka 9 to ostatni adres zamieszkania Jolanty Brzeskiej – współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, zamordowanej w 2011 roku.

W nowej kadencji Sejmu nie liczycie na przełom?

Najgłośniej o dużej ustawie reprywatyzacyjnej mówił Patryk Jaki, który obecnie jest europosłem i nawet nie zasiada już w komisji łączonej z jego nazwiskiem. Temat systematycznie upadał, przestawał się opłacać. Obecnie nie wiążemy już z rządzącą prawicą żadnych nadziei. Nie spodziewamy się nie tylko „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”. Krokiem naprzód byłaby choćby decyzja w sprawie wypłaty odszkodowań dla osób, które na reprywatyzacji już ucierpiały.

W mediach było głośno, gdy komisja Jakiego ogłaszała przyznawanie im wysokich rekompensat. Ale miasto stołeczne się skutecznie odwoływało…

… i nikt nie miał odwagi zaproponować żadnego całościowego rozwiązania. Nawet najprostszego, jak wypłata odszkodowań przez Skarb Państwa. Fakt, że w takim wypadku na rekompensaty w istocie zrzucaliby się wszyscy obywatele, nieponoszący przecież odpowiedzialności za aferę reprywatyzacyjną. Niemniej skoro urzędnicy i politycy dopuścili się tylu nieprawidłowości i zaniedbań, to państwo powinno uznać swoją odpowiedzialność w tym względzie. Inna sprawa, że tak samo można uznać, że odpowiedzialność powinno wziąć na siebie miasto, nie odwołując się od decyzji komisji.

Nie ma żadnej możliwości, by pociągnąć do odpowiedzialności bezpośrednio winnych?

Byłaby, gdyby była taka determinacja. Tymczasem politycy PiS lubią piętnować udział Platformy Obywatelskiej w grabieży reprywatyzacyjnej, przedstawiać bilans jej rządów w Warszawie, a „zapominają” o tym, że warszawski PiS też nie interesował się sprawami lokatorów, a powiązani z partią Kaczyńskiego ludzie korzystali na reprywatyzacji. Część ludzi z Biura Gospodarki Nieruchomościami, instytucji, która słusznie jest uważana za centrum całej grabieży, została powołana jeszcze wtedy, gdy w ratuszu rządził PiS. Oni się świetnie urządzili i także za kadencji konkurencyjnej partii uważano ich za niezatapialnych.

Czy komisji Jakiego udało się osiągnąć cokolwiek?

Część jej decyzji została podtrzymanych, więc nie można mówić, że bilans tego ciała jest zerowy. Ale to raczej kolejny dowód na to, że zdawanie się na sądy administracyjne w kwestii sprawiedliwych rozwiązań, bez ustawy, jest wyjątkowo niepewne.

Dla ludzi, którzy nie siedzą w prawie, decyzje sądów mogą być też zwyczajnie niezrozumiałe. W sprawie działek przy Szarej i Czerniakowskiej sąd orzekł, że decyzję komisji Jakiego uchyla, ale cofnięcie reprywatyzacji nie jest niemożliwe. Z tym, że uzasadnienie musiałoby być inne.

Sąd administracyjny sprawdza czy dotrzymano procedur. Tymczasem procedury działania komisji Jakiego nie są nawet do końca uregulowane ustawowo. Kiedy jest tak duża dowolność, ogromne jest też pole do popełniania błędów. Nie można też oczekiwać, że sąd administracyjny będzie zastanawiał się nad społecznymi konsekwencjami obowiązującego prawa. On nie od tego jest.
Na pewno natomiast już na gruncie obowiązującego prawa mogłyby przyspieszyć sprawy osób, którym zarzuca się fałszowanie dokumentów w celu odniesienia korzyści z reprywatyzacji. Takie wyroki już zapadały, ale jest ich zdecydowanie za mało. Nieustannie też trzeba mówić o prawach lokatorów. Nie tylko z reprywatyzowanych budynków, chociaż sprawy związane z nimi pokazały właśnie najdobitniej, że potrzebujemy regulacji, które lepiej chronią lokatorów. Rząd PiS chce iść dokładnie w drugą stronę. To nie jest partia prospołeczna. Gdyby tak było…

… to wzmocniłaby ochronę lokatorów i zakwestionowałaby samą ideę reprywatyzacji?

Kiedy budynki były przekazywane razem z lokatorami, powoływano się na art. 678 kodeksu cywilnego, który dotyczy zbywania lub nabywania umów ciążących na jakimś dobrze. WSL mówi: reprywatyzacja to nie jest zwykłe zbycie/nabycie budynku. Dlaczego nie postarać się o podważenie samego mechanizmu przejmowania umów najmu? Wtedy miasto nadal byłoby odpowiedzialne za ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach. Dysponujemy opiniami prawnymi idącymi w tym kierunku. Co więcej, w podobnym tonie wypowiadali się członkowie komisji Jakiego.

Czy lokatorzy będą mieć pożytek z Lewicy w Sejmie? W kampanii hasło utworzenia publicznego developera i działań na polu polityki mieszkaniowej było dość mocno eksponowane.

Współpraca na poziomie samorządów jest ważniejsza. To tam ustalane są lokalne zasady polityki mieszkaniowej, podejmowane decyzje w tym zakresie, przyjmowane wieloletnie plany gospodarowania miejskim zasobem mieszkaniowym.

Niemniej spotkamy się z parlamentarzystami, jesteśmy gotowi udzielić opinii na temat przygotowywanych projektów ustaw, ale mówimy też: sprawdzam. Ustawowe wsparcie budownictwa społecznego – komunalnego i spółdzielczego – to nie tyle dobry pomysł, co konieczność. Tak samo, jak sprzeciw wobec komercjalizacji miejskich zasobów mieszkaniowych, co w Warszawie staje się kolejną plagą.

W Berlinie czy Barcelonie na poważnie mówi się o regulacji czynszów i walce ze spekulacją nieruchomościami. Da się to robić w Polsce?

Moim zdaniem to znakomite pomysły, ale czy się da? W Hiszpanii i Niemczech działają prężne ruchy lokatorskie, które bardzo długo o to walczyły. To dzięki nim dziś Barcelona aktywnie stara się, by rynek nie był kształtowany pod wynajem dla turystów. Ten problem już zaczyna dawać o sobie znać w Warszawie czy Trójmieście. Także regulacji czynszów nam trzeba – koszty mieszkania w Warszawie już są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków.

Dawna stolica Polaków Ważny tunajt

Do Krakowa przyjeżdżam kilka razy do roku. Co najmniej. Głównie na koncerty, ale nie zawsze. Spotkam się to z tym, to z owym. Czasami nawet pobiegam dla sportu przy Wiśle, zwłaszcza kiedy nie pada. Mam tu paru kumpli i ludzi dobrej woli, których znam. Swego czasu poznałem w tym mieście też kilku ludzi złej woli, ale na szczęście nie kontynuowałem tej znajomości. Nie wiem do dziś, jak mieli na imiona, ani czym się zajmowali. Nie dzwonią do mnie, ani ja do nich.

To było po jakimś koncercie grupy na Ka. albo na El. Nie pamiętam. Pamiętam za to, że na dworze było już chłodno, albo dopiero chłodno być przestawało, znakiem tego jesień albo wiosna. Po udanym, a jakże, reczitalu w jednym z krakowskich klubów, zostaliśmy z grupką kilku kolegów w lokalu, przy barze. Posiedzieliśmy tam godzinę, dwie. Znałem raptem jednego czy dwóch krakusów z całego towarzystwa, a było nas tam paręnaście osób. Piliśmy, acz umiarkowanie. Głównie gadaliśmy o duperelach, jak to w knajpie. Wspominkowaliśmy, przedrzeźnialiśmy się etc. Kiedy barman ogłosił, że lokal niebawem zaprzestanie wydawania napojów, posmutnieliśmy. Większość towarzystwa się rozpierzchła. Zostałem ja, kolega z kapeli, nasz wspólny kolega z Krakowa i znajomy kolegi wspólnego, wcześniej nam kompletnie nieznany, zapoznany przy barze. To właśnie on zaproponował, żeby kontynuować zabawę na Rynku. Powiedział, że nas tam zawiezie. Było na pewno po północy. Wsiedliśmy do jego wypasionego auta w białej skórze. Nie pamiętam, czy koleś coś pił czy nie, w każdym razie, sprawiał wrażenie trzeźwego. Po kwadransie typ zajechał z piskiem opon na samiuśki Rynek, nie przejmując się kompletnie żadnymi zakazami. Zaparkował gdzieś przy Barbakanie. Powiódł nas do klubu, którego drzwi strzegł rosły bramkarz. Szedłem akurat na przedzie z kolegą z kapeli. Kolega wspólny z panem od parkowania przy Barbakanie szli za nami. Gdy doszliśmy do klubu, bramkarz spojrzał na nas dwóch, obwiesiów w tenisówkach, uśmiechnął się pod nosem i oświadczył: „W obuwiu sportowym nie wpuszczamy”, na co, słysząc to, wychynął zza nas nowy kolega od auta w białej skórze, spojrzał na bramkarza i zapytał: „Co proszę?”. Ten, gdy go zobaczył, pobladł, po czym grzecznie się ukłonił, przeprosił, i wpuścił nas do środka. Do dziś nie wiem, kim był tajemniczy jegomość. I wiedzieć nie chcę. Cośmy się zabawili w Krakowie na Rynku, to nasze.
Parę dni temu wyszło na jaw, że pewien pan z Krakowa, piastujący wysokie stanowiska państwowe, dostał w prezencie dom od byłego żołnierza AK, w zamian za dożywotnią opiekę i pochówek. Ludzie w Krakowie gadają, że miał być tam Dom Pielgrzyma, ale pan z Krakowa wynajął kamienicę typom z podejrzaną reputacja, do tego za 1/5 rynkowej ceny, a ci zrobili w niej kurwidołek z pokojami na godziny. Ten pan o tym naturalnie nic nie wiedział, albo coś tam słyszał, ale kto by tam robił aferę za taką drobnostkę. Syn jego za to, który właścicielem domu nie był, zastawił nieruchomość, wziął pożyczkę na 2,5 bańki, nie na siebie, ale na firmę, ale ten pan od kamienicy kredytu w oświadczeniu majątkowym nie umieścił, bo przecież nie był na niego, za to zawarł umowę przedwstępną na sprzedaż domu, bo dom już jego był, a bank państwowy nie miał nic przeciwko temu. I czego, człowieku prosty, z tego nie rozumiesz? Przecież to wszystko kryształowo uczciwa sytuacja, jak żupa solna spod ziemi w Wieliczce.
Na stanowisko prezesa NIK-u, tej samej Izby, w której dał się poznać ze swoich wodzowskich ambicji Lech Kaczyński, mianuje się człowieka, członka Opus Dei, do którego numerem dysponuje facet z krakowskiego półświatka. Mało tego. W chwili zagrożenia, nie waha się wybrać doń telefonu i wykonać połączenia. Do tego ta „krystalicznie uczciwa” sytuacja prawna z samą kamienicą plus fakt, że facet odwołujący się do nauki społecznej Kościoła, toleruje pod swoim, było nie było, dachem nierząd i niewierność małżeńską (co wielce prawdopodobne), stawia go w cokolwiek bladym świetle, jako idealnego kandydata do kontrolowania uczciwości ludzi i urzędów, działających za pomocą państwowych i unijnych pieniędzy. A mimo to, szefem NIK-uz zostaje. Czego jeszcze, biedni ludzie, nie rozumiecie z tej układanki? Przecież wszystko tu jest czyste jak łza!

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Pod jednym dachem z czyścicielem kamienic

Ta historia jest namacalnym dowodem na to, że ochrona praw lokatorów jest w Polsce fikcją, policja jest nieudolna, a prawo interpretowane na korzyść czyścicieli.

Koszmar 71-letniej pani Wandy i jej córki Elżbiety, mieszkanek Pruszcza Gdańskiego, zaczął się w kwietniu bieżącego roku, gdy Mieczysław Sikora, mąż kandydatki PiS do Europarlamentu Danuty Sikory, milioner i posiadacz kilkudziesięciu nieruchomości postanowił samowolnie wprowadzić się do kupionej na licytacji komorniczej 31-metrowej kawalerki w Pruszczu. Jak zeznają świadkowie, nabywca miał pełną świadomość tego, że przejmuje mieszkanie wraz z 71-letnią lokatorką, która posiada ważną umowę najmu.
Umowa była zawarta na 25 lat. W momencie licytacji mieszkania trwała już lat pięć. W takich sytuacjach lokator jest chroniony przez przepisy prawa i przysługuje mu długi okres wypowiedzenia. Mieczysław Sikora nie zamierzał jednak czekać. Podszedł do sporu ambicjonalnie, uważając, że ustępstwa względem lokatorki zaszkodzą jego wizerunkowi człowieka interesu. Natychmiastowe wyrzucenie starszej kobiety z mieszkania potraktował jak swoją misję, a nachodzenie i dręczenie kobiet jak rozrywkę. Pani Wanda, jej córka Elżbieta oraz wieloletni przyjaciel rodziny Jacek, relacjonują gehennę, jaką przeszli – nękanie przez Mieczysława Sikorę i jego pomocników oraz konieczność przebywania pod jednym dachem z czyścicielem z premedytacją łamiącym prawo.

Jak wyglądało Państwa pierwsze spotkanie z Mieczysławem Sikorą?
Wanda: Sikora pierwszy raz pojawił się w naszym mieszkaniu w styczniu 2018 r. 3 miesiące po licytacji przeprowadzonej przez komornika. Pokazał mi przelew na konto komornika i stwierdził, że kupił lokal za 165 tys. zł i od tej pory jest już właścicielem kawalerki przy ul. Sienkiewicza w Pruszczu Gdańskim. Oznajmił również, że mam natychmiast wpłacić jego synowi na konto 700 zł tytułem czynszu, gdyż nieruchomość planował przekazać swojemu potomkowi.
Dla „świętego spokoju” wpłaciłam 700 zł na konto syna Sikory. Jednocześnie przestałam spłacać raty kredytu za mieszkanie w banku, skoro Sikora twierdził, że jest już oficjalnie właścicielem mieszkania. Po upływie dwóch miesięcy bank przysłał pismo, w którym ostrzegał, że w razie braku wpłat skieruje sprawę do sądu. Po treści pisma szybko zorientowałam się, że Mieczysław Sikora nie jest jeszcze prawnym właścicielem mieszkania. Te informacje potwierdził bank. Nie było mnie stać na spłacanie jednocześnie Sikory i pożyczki bankowej, więc złożyliśmy odwołanie do sądu. Sikora wpadł we wściekłość i oznajmił, że i tak dopnie swego.
23 marca, gdy tylko sąd odrzucił skargę mojej córki Elżbiety, milioner przystąpił do działania.
Jacek: Dowiedziałem się później, że dokument stwierdzający przybicie (nabycie własności) nigdy oficjalnie nie został z sądu wysłany. Pismo nie dotarło drogą pocztową ani do przyszłego prześladowcy, ani do pani Elżbiety. Sikora musiał więc otrzymać dokument u źródła.
Prawnik potwierdził, że sąd nie wywiązał się ze swoich obowiązków. Odpowiedzialny za sprawę komornik był współpracownikiem nowego „właściciela”. Przez 10 lat dzierżawił od Mieczysława Sikory lokal, w którym prowadził kancelarię komorniczą. Urzędnik zawiózł milionera do lokalu na ul. Sienkiewicza. Razem też oglądali nieruchomość, która od razu wpadła bogaczowi w oko. Urzędnik nie ukrywał, że pomaga bogatemu i wpływowemu człowiekowi w nabywaniu nieruchomości po okazjonalnych cenach. Sikora chwalił się w rozmowie, że wielokrotnie kupował w ten sposób lokale.
Wanda: 27 marca Sikora ponownie zapukał do naszych drzwi. Otworzyłam mu, bo nie spodziewałam się kłopotów. Trzymając nogę w drzwiach wyrwał moje wiszące w zamku klucze, przywłaszczył je i oznajmił „teraz pani jest u mnie”. Usiadł na kanapie i stwierdził, że nie opuści swojej nieruchomości. Utrzymywał, że ma prawo przyprowadzać do mieszkania kogo mu się tylko podoba, a ja mam się wynosić. Wszystko to działo się bez przeprowadzenia jakichkolwiek przewidzianych przez prawo czynności komorniczych. Nasz znajomy powiadomił o zajściu policję. Po przybyciu na miejsce funkcjonariusze wzruszyli ramionami i stwierdzili, że właścicielowi wolno wszystko. Nikogo nie zaniepokoił fakt, że seniorka zostaje w mieszkaniu sama, zdana na łaskę mężczyzny, który postanowił spędzić z nią noc w jednym mieszkaniu. Z Sikorą współpracowali jego synowie. Jeden z nich przywiózł ojcu pościel i poduszkę.

Co było dalej? Sikora naprawdę został z wami w mieszkaniu?
Elżbieta: Sikora zabrał mojej mamie klucze od mieszkania i nigdy ich nie oddał. Przekazał jedynie później mamie dorobioną kopię. Kazał jej się natychmiast wyprowadzić. Gdy zobaczył, że się nie pakuje, znów postanowił u niej zanocować. Postanowiłam wyrzucić go z mieszkania. Nie mogłam znieść jego chamskiego zachowania, zresztą łamiącego prawo.
Jacek: Prawnik doradził nam złożyć zawiadomienie o naruszenie miru domowego w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Jednostka zdecydowała się na interwencję.
Wanda: Po raz pierwszy przedstawiciel prawa zapytał mnie o podstawę prawną uprawniającą do przebywania w moim mieszkaniu. Gdy zobaczył moją umowę dzierżawy mieszkania na 25 lat stwierdził, że Sikora nie wszedł jeszcze w stan posiadania nieruchomości i poprosił go kilkukrotnie o opuszczenie lokalu.

Skutecznie?
Wanda: Mój syn nagrywał, jak policjanci wyprowadzali z lokalu awanturującego się Mieczysława Sikorę. Złościł się jak dziecko, kopnął w wazon, zniszczył go. Kolejny raz zmuszeni byliśmy wymieniać zamki. Oczywiście nasz prześladowca złożył skargę na działania policji. „Ci policjanci już nie pracują. Uciekli na urlopy, ale już ja się z nimi policzę” oznajmił, gdy 11 kwietnia pojawił się u nas po raz trzeci.
W kwietniu znowu zaczął Państwa nachodzić?
Elżbieta: 11 kwietnia o godz. 15.00 zadzwoniła do mnie przerażona mama. Sikora znów wsadził nogę w uchylone drzwi i siłą wtargnął do mieszkania. Wezwana policja wyprowadziła go z mieszkania, ale on zaczekał za drzwiami. Gdy tylko policjanci odeszli kilka metrów od drzwi mieszkania, ponownie próbował do niego wtargnąć. Walenie pięścią w drzwi i odgłosy szarpania klamką było słychać w całym bloku.
Czyściciel, z aktem notarialnym w dłoni, pukał po kolei do drzwi wszystkich sąsiadów. Wyglądało na to, że przygotowuje się do wyważenia drzwi i nie chce, by ktoś zawiadomił policję. Dla nas to była jasna wiadomość: „jesteście zdane na moją łaskę. Nawet, jeśli postępuję wbrew prawu, to co z tego”?
Jakiś czas później na wycieraczce znaleźliśmy pismo adresowane do mnie. Nieskładnie zredagowane, bez znaczka. Była w nim kopia aktu notarialnego, poświadczającego przekazanie mieszkania synowi Stanisławowi, jako darowizny. Do aktu notarialnego był dołączony list z żądaniem, aby mama opuściła mieszkanie w terminie 5 dni. Sikora straszył w liście, że przebywanie w lokalu po tej dacie będzie się wiązało z naliczaniem dodatkowych opłat w wysokości 50 zł dziennie.
Jacek: Dokument stwierdza przekazanie mieszkania będącego przedmiotem sporu jednemu z synów Sikory. Sam Mieczysław Sikora przyznaje wprost, że nieruchomości rozdaje swoim synom. Przypuszczam, że chodziło o kwestie wizerunkowe. Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego cała sprawa nie mogła się na pierwszy rzut oka kojarzyć z jego żoną, Danutą Sikorą, kandydatka do Europarlamentu.

Z Państwa opowieści rysuje się obraz człowieka z premedytacją łamiącego prawo.
Wanda: Trudno nam się oprzeć wrażeniu, że Mieczysław Sikora traktuje całą sprawę w kategoriach zabawy. Przecież jest, jak sam twierdzi, właścicielem 37 nieruchomości. Chwalił się, że z wynajmu zarabia 80 tys. zł. miesięcznie. Przypuszczam, że nawet gdyby chodziło o znacznie mniejszy lokal o mniejszej wartości, to Sikora i tak by nie odpuścił. Dla niego to gra. Nie musi pracować zarobkowo i ma mnóstwo wolnego czasu.
Pod koniec maja tuż po publikacji artykułu o nas w „Gazecie Wyborczej” pokazywał nam tekst. Cieszył się, że w gruncie rzeczy prasa przedstawiła go jako zdesperowanego posiadacza, dochodzącego swojej własności. „W sumie to ja najlepiej tu wyszedłem” – triumfował.

Jacek: Jeszcze w trakcie licytacji asystent komornika poinformował jej uczestników o zawartej wcześniej umowie dzierżawy tego mieszkania, która miała obowiązywać przez 25 lat. W świetle obecnych przepisów nabywca mieszkania ma prawo w ciągu miesiąca wymówić umowę najmu. Wówczas w myśl przepisów lokator ma rok na opuszczenie mieszkania. Sikora nigdy nie wypowiedział umowy. Każdy z 11 uczestników licytacji może zaświadczyć, że umowa najmu jeszcze obowiązywała. Ten człowiek był jedynym uczestnikiem licytacji, który nie wycofał się z pomysłu zawierania transakcji na wieść, że w lokalu mieszka emerytka.
Teraz najważniejsze, by nie doszło do nielegalnej eksmisji. Sikora pod nieobecność lokatorów wywozi meble i sprzęt domowy na koszt wynajmujących i składuje w magazynie na obrzeżach Pruszcza Gdańskiego. Odzyskiwanie własności jest trudne, może ciągnąć się nawet przez 5 lat. Ludzie nie mają nawet świadomości, do jakiego stopnia można łamać prawo przy całkowitej bierności sądów i policji.

Czy czyściciel stosował groźby karalne?
Elżbieta: Niestety tak. Zwłaszcza podczas kolejnego, czwartego, najgorszego najścia, gdy byłam z nim zamknięta przez 10 dni w mieszkaniu. Przedstawił mi wówczas mężczyznę, który spędził 7 lat w więzieniu. Stwierdził: „ten pan będzie tu mieszkał od poniedziałku, już on sobie z wami da radę”. Ten człowiek zostawił nawet 2 duże torby podróżne w mieszkaniu. Podczas porannej lektury prasy niby od niechcenia zostawił mi zdjęcia nagrobków i rzucił: „wybierz sobie któryś z nich”.
Ale od początku. 16 maja moja mama wyjechała, a 18 maja Sikora wszedł do mieszkania w towarzystwie trzech synów, nieznajomego mężczyzny, a także ślusarza, który rozwiercił zamki. Natychmiast wezwałam policję, Sikora zapewnił policjantów, że po wymianie zamków wyjdzie, jednak nie zamierzał dotrzymać słowa. Gdy policja przypomniała mu, co obiecał, ironicznie stwierdził, że zmienił zdanie.
Tego dnia jeszcze wielokrotnie wzywałam policję. Przyjechała jeszcze dwa razy, ostatni raz o 22.45. Zignorowała fakt bezprawnego wejścia w stan posiadania przez Sikorę. Tym razem Mieczysław Sikora postanowił zamieszkać u nas na dłużej. Koszmar z nim w jednym pokoju trwał 10 dni i 10 nocy.
Krótko mówiąc, tylko raz w ciągu całej państwa gehenny policja działała zgodnie z przepisami?
Jacek: Dochodziło do sytuacji, gdy musiałem palcem pokazywać funkcjonariuszom konkretne paragrafy, a i tak nie chcieli ich czytać. Wykręcali się nieznajomością przepisów!

Jak przeżyliście te 10 dni pod jednym dachem z Sikorą?
Jacek: Nasz kolega przez 10 dni przynosił Elżbiecie wszystkie najpotrzebniejsze zakupy. Gdyby Elżbieta wyszła, Sikora już by jej nie wpuścił.
Elżbieta: Te dziesięć dni były jak okupacja. Gdy Sikora się zmęczył lub musiał załatwić jakąś sprawę, natychmiast zmieniali go jego synowie. Zachowywali się głośno i wyzywająco. Kilkakrotnie dzwoniłam na policję. W końcu przyjechali, jednak Sikora zagroził funkcjonariuszom, że złoży na nich skargę. Wyszli, zostawili mnie samą z intruzami.
Czyściciel postanowił pozbawić mnie snu. Co noc z dokładnością co do godziny odkręcał wszystkie kurki z gorącą wodą. Syczał mi nad uchem „zaczyna się”, lub ironizował „ojej, zapomniałem zakręcić wodę, jestem już stary i mam nieuleczalną sklerozę”. Spałam na materacu pod drzwiami, w każdej chwili gotowa do ucieczki. Nie dłużej, niż 2-3 godziny dziennie.
Sikora zasypiał dopiero o 7 rano. Gdy tylko się budził, dzwonił do synów, by oznajmić, że „skończyło mu się paliwo”. Im więcej opróżniał puszek z piwem, tym bardziej rosła jego brutalna „kreatywność”. Nie stronił od uwag o jednoznacznym seksualnym zabarwieniu. Był agresywny, prowokował bójki licząc na to, że naruszę jego nietykalność. A do tego opowiadał, że w przeszłości przejmował już wiele nieruchomości i nikt nie sprawił mu tyle problemu co my.

Jakie działania zamierzają Państwo podjąć, by uwolnić się od Mieczysława Sikory?
Jacek: Chcemy dalej walczyć o sprawiedliwe potraktowanie Wandy i Elżbiety. Dalsze przebywanie w lokalu na ul. Sienkiewicza jest prowokowaniem coraz bardziej nieobliczalnego dręczyciela.
Sikora jest w pełni świadomy tego, że Wandę chronią zapisy zawartej na 25 lat umowy o dzierżawę. Dlatego za wszelką cenę chce zmusić ją do podpisania skrajnie niekorzystnej umowy, unieważniającej aktualną umowę najmu. Nowa umowa jest skonstruowana tak, by w każdej chwili można ją było wypowiedzieć. Powtarzał ten scenariusz za każdym razem, gdy usiłował przejąć jakąś nieruchomość w Trójmieście i okolicach. Kłamie w żywe oczy twierdząc, że stara umowa dzierżawy nigdy nie istniała. Jednocześnie zaprzecza samemu sobie, umieszczając w umowie punkt o anulowaniu tej umowy w momencie podpisania nowej.
Złożyliśmy do Prokuratury Rejonowej w Pruszczu Gdańskim doniesienie o popełnieniu przestępstwa, zakłócania miru domowego (przestępstwo określone w art. 193. § 1 Kodeksu Karnego).
Wanda: Żyjemy w ciągłym zagrożeniu. Sikora pozwolił mi zostać w mieszkaniu do końca czerwca tylko dlatego, że zapłaciłam mu tysiąc złotych. Jeśli nie podpiszę z nim umowy poświadczonej przez dwóch żyrantów, to wróci i znów będzie mnie nękał. „Znacie mnie, sprawa musi być załatwiona po mojej myśli. Inaczej wróci to, co było” powiedział podczas naszego ostatniego spotkania.
Elżbieta: Sikora może wejść tu w każdej chwili. Nawet teraz, w czasie tej rozmowy. Zapytałam go raz, dlaczego robi to wszystko, w jakim celu doprowadził do sytuacji, że moja mama przeżywa załamanie nerwowe na sam dźwięk jego nazwiska. Stwierdził, że jeszcze nikt mu się nie postawił. Dla niego to kwestia ambicjonalna: nie chce, by najemcy i lokatorzy mieszkań, które wynajmuje, a przede wszystkim najbliższa rodzina, postrzegali go jako człowieka „miękkiego”. Powiedział też, że sytuacja dostarczyła mu już wiele emocji, które jak sam stwierdził, spowodowały, że znowu czuje, że żyje.
Zwierzył się nam kiedyś, że jeśli uda nam się na drodze prawnej doprowadzić do pozbycia się go z mieszkania przy ul. Sienkiewicza, to będzie żywił do nas wielki szacunek. W jego mniemaniu będzie to dowód na to, że jesteśmy poważnymi przeciwnikami.

Rozmawiał Maciej Ostrowski. Rozmowa została przeprowadzona w drugiej połowie czerwca. Obecnie Elżbieta i Wanda nie mieszkają już przy ul. Sienkiewicza.