Ludzkość jako dryfujący statek kosmiczny Recenzja

„Widmo krąży po krajach Zachodu, rewolucja przeciwko otwartemu społeczeństwu” – tym zdaniem, parafrazą pierwszego zdania „Manifestu Komunistycznego” Karola Marksa rozpoczyna swoją książkę Ralf Fücks, jeden z liderów niemieckich Zielonych.

 

„W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo” jest próbą zarysowania syntetycznego obrazu tego, co dzieje się w Europie i świecie, ze szczególnym natężeniem od dwóch-trzech lat, ale przecież generalnie już co najmniej od dekady. Jeszcze kilka lat wcześniej mogło się wydawać, że klasyczna od dziesięcioleci praca „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Karla Poppera należy już tylko do archiwum historii ludzkości. Archiwum pamięci tego, co było złe, lecz minęło. Dziś dzieło Poppera powinno być ponownie wydawane jako rzecz, która nabrała nowej, intensywnej, dla wielu niespodziewanej aktualności. Autor „W obronie wolności” ukazuje przyczyny i mechanizmy działania antyliberalnego frontu, nowy „Radical Chic”, Nową Prawicę, zwarcie między nowoczesnością i antynowoczesnością, ucieczkę w tradycyjne wspólnoty. Opowiada też o głównych ideologach tej fali, w tym o Rosjaninie Aleksandrze Duginie, jednym z głównych liderów krucjaty przeciwko nowoczesności. Autor pokazuje, że demokracja pozbawiona bezpieczników mogła działać do czasu, gdy zaczęły słabnąć dwa jej podstawowe zworniki: liberalizm i lewica. Wyraźnie też wskazuje, że bardzo istotnym bodźcem, który wzmocnił falę, o której mowa, była wielka fala imigracyjna z Afryki i Azji w ciągu ostatnich kilku lat, kierująca się głównie do Europy i USA, a także kolosalna aktywizacja islamu na terenie tychże. Innym istotnym czynnikiem w tym procesie była aktywna rola Rosji i ją też Fücks w swojej pracy naświetla. „Nie jest łatwo być optymistą w dzisiejszych czasach. Krótkie dziesięciolecie demokratycznego przebudzenia kończy się. Kto jeszcze wierzy, że świat będzie od jutra lepszy, będzie miał opinię pozbawionego rozumu lub niepoprawnego optymisty. Niepewność stała się nowym uczuciem paneuropejskim. Nie jest to żaden przejaw starzejącego się społeczeństwa. Żyjemy w czasie przełomu i trudno powiedzieć, jak zachodnie demokracje poradzą sobie z wyzwaniami, na które napotykają” – pisze autor we wstępie.

 

Carl Schmitt – prorok demokracji fasadowej

Autor odniósł się do protoplastów tego, co się dzieje, w tym do Carla Schmitta. Odnosząc się do jego „teologii politycznej” przypomina też, że manipulacje przy systemie demokratycznym w wykonaniu takich ludzi jak Trump, Erdogan, Orbán czy Kaczyński, to bynajmniej nie nowinka w praktyce politycznej. Już za Republiki Weimarskiej wspomniany Schmitt zdefiniował demokrację tak, jak ją dziś widzą i praktykują wspomniani politycy, uznając ją nie za formę państwa, lecz za „mistyczną jedność między rządem a narodem. „Dyktatura jest demokracją: coś takiego nazywa się argumentacyjnym salto mortale. Staje się intrygujące, kiedy Viktor Orbán uwzględnia dziś nowy punkt widzenia ideału „antyliberalnej demokracji”, w Rosji mowa jest o „sterowanej demokracji”, w Turcji Erdogan zaprowadza demokrację wodzowską. Demokracja stała się pojęciem zombi – zwykłą fasadą, za którą chowa się autorytarna dyktatura” – konkluduje ten wątek Fücks. Analizuje też wszystkie najważniejsze czynniki status quo ante, takie jak historyczne dziedzictwo demokracji, pojawienie się w jej ramach liberalizmu, lewicy i prawicy, a także marksistowski punkt widzenia, jak również pojawienie się globalizacji oraz ruchu ekologicznego. Uwzględnia też pojawienie się w Europie nowego czynnika wpływającego dziś na charakter demokracji: islamu, owocu imigracji, i w analizie tego fenomenu wspomaga się wydźwiękiem głośnej powieści Michela Houellebecqa „Uległość”.

 

Tako rzecze Sloterdijk

Szukając praprzyczyn tego, co się w Europie stało, odwołuje się najpierw Fücks do motywu Frankensteina, a właściwie potwora Frankensteina, bohatera powieści Mary Shelley i głośnych filmów powstałych na jej motywach. „Człowiek jest istotą, która wciąż przekracza nowe granice, a przy tym dręczony jest przez koszmary.” – powiada Fücks. To właśnie trauma, strach jako wyniknął z przekroczenia tych koszmarów wywołały próbę ucieczki od nich, ucieczki w „tradycyjne wartości”, „wspólnotę”, ucieczkę od „dyskomfortu nowoczesności”. Ten dyskomfort przeczuł już w „Fauście” Goethe, do którego Fücks też się odwołuje. Znajduje w nim „prawie wszystkie motywy współczesnej krytyki kapitalizmu: ciągły niepokój i permanentne przyspieszenie życia ku radości diabła, nadzwyczajne pomnażanie kapitału przez wydawanie banknotów alchemicznym w zasadzie hokuspokus. Wojna, handel i piractwo są notorycznymi towarzyszami kapitalizmu, „są w trójcy, nigdy osobno”. Ekspansja produkcji przemysłowej wymaga splądrowania bogactw naturalnych”. To wszystko znajduje Fücks w proroczym „Fauście”. I w chwilę po tym odwołuje się do recept Malthusa (granice wzrostu) i Marksa (krytyka kapitalizmu). Jednak najciekawsze, a też i najświeższe diagnozy stanu rzeczy i przewidywania co do przyszłości znajduje w myśli Petera Sloterdijka, którego nazywa „niekoronowanym niemieckim królem filozofii”. „W dyscyplinie filozoficznego podnoszenia ciężarów przed szeroką publicznością byłby mu z pewnością przyznany medal – pisze o myślicielu Fucks – Jak mało kto posiada on dar medium ducha czasu. Jego teoria nowoczesności odzwierciedla kulturowo pesymistyczną cechę charakterystyczną, która w osiągnięciach nowoczesności diagnozuje zarodek upadku”. Sloterdijk diagnozuje, że „gdy otwarte społeczeństwo ze swoimi obietnicami swobodnego rozwoju produkuje permanentną nadwyżkę oczekiwań, nadziei, postulatów, trzeba przede wszystkim wzmocnić instytucje, obiecać stabilność i zdolność do działania. Stąd też rehabilitacja granic jako odpowiedź na tendencję do permanentnego odgradzania się”. W swojej pracy „Te straszne dzieci nowych czasów” (2014) niemiecki filozof zauważa, że „podczas gdy największa część ludzkiej historii rozwoju stała pod prymatem zachowania tradycyjnego porządku, nowoczesność odznacza się poprzez ucieczkę od tradycji, zburzenie kontynuacji pokoleniowej i kult nowości – nowe jest lepsze, stare staje się zacofane. Partia postępu triumfuje nad partią regresu, aktywizm nad konserwatyzmem”. Dominująca w cywilizacji „indywidualizacja oznacza wyzwolenie się z tradycyjnych konwencji i (…) ze zobowiązania wobec minionych i nadchodzących pokoleń”. „Oderwaliśmy się od naszego pochodzenia, przyszłość jest za chmurami nadciągających konfliktów, długów publicznych i zmian klimatu – referuje Fücks diagnozy niemieckiego myśliciela – Ufność w postęp nowoczesności ustępuje odczuwaniu fin-de-siécle. Aż po elity rządzące panuje oczekiwanie, że zachodnio-kapitalistyczna cywilizacja przeskoczyła swój zenit; w przyszłości będzie to szło już tylko w jednym kierunku: w dół. Sloterdijk jest prorokiem tej atmosfery”. Z takiego postawienia sprawy wynika nieuchronnie następujący wniosek: współczesna antydemokratyczna reakcja, powrót do Carla Schmitta, ideologia Aleksandra Dugina, praktyka polityczna Trumpa, Erdogana, Orbána czy Kaczyńskiego to desperacka próba odwrócenia tego kierunku, choć wiele na to wskazuje, że lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Kulturowy konserwatysta, ale jednocześnie prawdziwy wolnościowiec Sloterdijk musi patrzeć na to z intelektualną rozpaczą: kierunek w jakim zmierza świat bardzo mu się nie podoba, ale przecież schmittyzm, duginizm, trumpizm, erdoganizm, Orbánizm czy kaczyzm też nie mogą mu się podobać, bo są wypędzaniem dżumy cholerą. „W oparciu o Marksa, ale bez jego filozoficzno-politycznej wiary, że z kryzysów i przeciwieństw wyłania się wyższy porządek, Sloterdijk opisuje kapitalistyczną nowoczesność jako proces „destabilizacji wszystkich stosunków materialnych jak i symbolicznych” – pisze Fücks. Sloterdijk nie ma też wiary swojego rodaka Hegla, że z tej walki przeciwieństw wyłoni się nowy, racjonalny Zeitgeist.

 

Dryfujący statek kosmiczny

W jego książce uderzająca jest dysproporcja między diagnozą stanu rzeczy a wskazywanymi sposobami wyjścia z kryzysu. Ta pierwsza jest frapująca, obfitująca w kapitalne spostrzeżenia, pogłębiona intelektualnie, erudycyjna. Jednak tam, gdzie Fücks próbuje wskazywać remedia i lekarstwa na przezwyciężenie zagrożeń, wypada to blado i nieprzekonywująco. Finalny rozdział-instrukcję „Co każda i każdy może zrobić” czyta się doskonale znaną jako deklarację szlachetnej, ale jak dotąd bezsilnej woli. Co więcej, jego książka, z jej rozedrganą, nieco chaotyczną, acz interesującą narracją, jest świadectwem tego, że samo tylko ujęcie w jakiś spoisty wzór sprzeczności targających współczesnym światem jest zadaniem niemal niewykonalnym. Dlatego dobrą puentą jego studium jest odwołanie się do metafory Sloterdijka, który porównuje naszą cywilizację do dryfującego poza kontrolą statku kosmicznego ( jakiegoś błądzącego w strasznych przestworzach „Prometeusza” – dodałbym od siebie). „Jesteśmy pasażerami mega-maszyny, która od dawna nie jest przez nas kierowana” – parafrazuje Fücks myśl niemieckiego filozofa. Wiemy jak jest, ale nie wiemy co z tym zrobić. Arcymądry Niemiec Sloterdijk także nie wie. Różnica między czasami, w których Karl Popper pisał swoje dzieło o „społeczeństwie otwartym i jego wrogach” a naszymi czasami polega bowiem i na tym, że my jesteśmy bardziej zmęczeni, bardziej pozbawieni wiary i bardziej wyzbyci sił do walki z wrogami wolności niż nasi poprzednicy.

 

Ralf Fücks – „W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo”, przekł. Wojciech Wojciechowski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 241, ISBN 978-83-65304-74-2.