Nigdy nie będziesz bezpieczny

Dokonywanie transakcji w internecie coraz bardziej przypomina grę w rosyjską ruletkę. Może udać się wiele razy, ale kiedyś przyjdzie taki moment, że stracimy pieniądze na karcie. Oby jak najpóźniej.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podał do wiadomości, że otrzymuje częste skargi od konsumentów, którzy w wyniku oszustwa internetowego stracili pieniądze z konta. Zwykle dochodzi do takich sytuacji, jak opisana tu przez jedną z poszkodowanych:
„Wystawiliśmy przedmiot na sprzedaż na OLX i po kilku minutach dostaliśmy wiadomość na WhatsApp od osoby, która była zainteresowana zakupem. Byliśmy pewni, że korespondujemy z klientem, który chce od nas kupić towar. Przesłano nam potwierdzenie przelewu, mieliśmy podać numer karty i naprawdę nie było to dziwne dla mnie, ponieważ przy zakupie biletów PKP też podawałam wszystkie dane z karty. Nic mnie nie niepokoiło. Po pewnym czasie zalogowałam się na konto i zobaczyłam, że zniknęły pieniądze” – tak swoją historię opisała poszkodowana konsumentka.
Jest to jedna z wielu skarg dotycząca kradzieży pieniędzy z konta, która dotarła do UOKiK. Problemem jest zarówno utrata oszczędności, jak i nieuznawanie reklamacji przez bank. Najczęściej zgłoszenia poszkodowanych dotyczą podszywania się przestępców pod pracownika infolinii danego banku, portal aukcyjny lub sprzedażowy, albo podrobienia strony internetowej. – Zakupy internetowe są bardzo popularne i wygodne, jednak, jak pokazują napływające do UOKiK skargi, mogą być przyczyną poważnych kłopotów. Chciałbym przestrzec konsumentów, aby nie podawali numeru karty i kodu karty oznaczonego literami CVV lub CVC, które ułatwią oszustom kradzież naszych pieniędzy. Nie klikajmy w podejrzane linki do płatności, które dostajemy SMS-em lub na komunikatorach. Do wykonania wpłaty wystarczy wskazać kupującemu numer konta bankowego. Portale aukcyjne dysponują najczęściej bezpiecznymi metodami płatności. Bankom przypominam, że powinny rzetelnie analizować każdy przypadek nieautoryzowanej transakcji, a nadużycia zgłaszać organom ścigania – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Problem w tym, że w przypadku płacenia przez internet, niemal zawsze sprzedawca żąda podania następujących informacji: imienia i nazwiska właściciela karty, daty jej ważności, 16-cyfrowego numeru karty, oraz właśnie trzycyfrowego indywidualnego kodu zabezpieczającego CVC lub CVV (w przypadku niektórych kart amerykańskich może on być czterocyfrowy), znajdującego się na odwrocie karty.
Bez podania tegoż kodu dokonanie olbrzymiej większości zakupów internetowych byłoby niemożliwe. Siłą nawyku konsumenci nie mają więc oporów przed podawaniem wszystkich danych karty także i wtedy, gdy coś sprzedają w sieci. Potwierdza to zresztą wypowiedź poszkodowanej konsumentki, przytoczona przez UOKiK. Wyraźnie mówi ona, iż choćby przy zakupach biletów kolejowych podawała wszystkie dane z karty, więc nie było dla niej niczym dziwnym, że i tym razem ma je podać – mimo, że dokonywała sprzedaży, a nie zakupu. Rzadko komu włącza się refleksja: dlaczego mam podawać numer karty i kod, skoro niczego nie kupuję lecz sprzedaję? Nabywcy powinien wystarczyć przecież numer mojego konta.
Trudno również dziwić się bankierom, że niekiedy mają oni opory przed uwzględnianiem reklamacji klientów, którzy wykazali się skrajną lekkomyślnością i podali potencjalnemu nabywcy wszystkie dane karty, podczas gdy wystarczyłoby podanie mu wyłącznie numeru rachunku bankowego do wpłaty.
Zgodnie z ustawą o usługach płatniczych, bank w terminie jednego dnia roboczego powinien oddać konsumentowi skradzioną kwotę i wyjaśnić sprawę. Jeżeli klient w jakimś stopniu ponosi odpowiedzialność za utratę gotówki, bank powinien ocenić, na ile przyczynił się on do utraty pieniędzy. Wówczas bank może dokonać potrącenia części utraconych środków. Nie trzeba dodawać, że banki niemal zawsze uważają, że jakaś część winy leży po stronie ich klientów.
Jeśli bank odmawia zwrotu środków, powinien sam informować organy ścigania. Bank nie może odmawiać zwrotu środków i jednocześnie uzależniać tego zwrotu od zgłoszenia przez konsumenta sprawy na policję.
UOKiK zaleca wszystkim osobom, dokonującym transakcji w sieci, aby uważały, jeśli:

dostają SMS z informacją, że muszą dopłacić kilka złotych do przesyłki wraz z linkiem do przelewu – zwłaszcza, jak nic nie zamawiali;

sprzedają coś na portalu aukcyjnym, a potencjalny klient chce się kontaktować poza nim – mailowo lub poprzez komunikator;

odbierają telefon od osoby przedstawiającej się jako pracownik ich banku z informacją o nieautoryzowanej transakcji albo od kogoś kto prosi o zainstalowanie aplikacji. Niech wtedy odłożą słuchawkę i zadzwonią na oficjalną infolinię instytucji finansowej, aby to potwierdzić;

ktoś prosi o podanie numeru ich karty płatniczej i trzycyfrowego kodu CVV/CVC – dzięki nim oszust może autoryzować każdą transakcję;

dostają SMS-y autoryzacyjne z banku – powinni zwracać na nie uwagę, ponieważ informują co się autoryzuje i na co wyraża zgodę. Oszuści mogą prosić o zgodę na zmianę numeru telefonu autoryzacji podając inny – wówczas będą mogli potwierdzić każdy przelew wykonywany z konta swej ofiary.
Jeżeli zaś oszuści wykonywali nieautoryzowane transakcje z ich konta, poszkodowani powinni jak najszybciej skontaktować się z bankiem za pośrednictwem oficjalnej infolinii, zgłosić taką transakcję, zmienić dane do logowania się na aplikacji bankowej i bankowości elektronicznej oraz zastrzec kartę oraz zawiadomić policję;
Przydatność tych rad jest, delikatnie mówiąc, średnia – bo co to znaczy, że należy „uważać”? Można albo zgodzić się na otrzymywane propozycje, albo je odrzucić. UOKiK nie zaleca jednak jednoznacznie, aby je odrzucać, lecz jedynie by „uważać” – co oczywiście może nie stanowić należytej ochrony przed oszustwem.
Specjaliści od przestępstw internetowych dorzucają jeszcze szereg innych rad, mających zwiększyć bezpieczeństwo transakcji w sieci. Należy zatem dokonywać transakcji tylko w znanych i zaufanych serwisach internetowych; dokładnie analizować historię swoich operacji w sieci, by ewentualnie wykryć te, które nie zostały przez nas autoryzowane; nie ujawniać publicznie danych swojej karty i nigdzie ich nie zapisywać; nie podawać trzycyfrowego kodu karty podczas płacenia w w zwykłym sklepie; założyć specjalną kartę elektroniczną do wykonywania transakcji w sieci, na której będzie tylko określona kwota, konieczna do dokonania danego zakupu; nie zgubić karty, a jeśli się ją już zgubi, to jak najszybciej ją zablokować (o ile ktoś się szybko zorientuje, że ją utracił).
Jak widać, dokonywanie transakcji przez internet staje się czynnością wymagającą coraz bardziej skomplikowanych przygotowań oraz zabezpieczeń – które i tak nie zagwarantują stuprocentowej ochrony przed oszustami. A potem jeszcze trzeba będzie borykać się z bankiem.
Może więc lepiej, prościej i bezpieczniej będzie zrezygnować z wszelkich zakupów przez internet i korzystać ze zwykłych sklepów? Wydaje się, ze jest to znacznie wygodniejsze i mniej ryzykowne.

Gospodarka 48 godzin

Ważne uszczelnienie
Rada Ministrów planuje stworzenie Centralnego Rejestru Oszczędności Energii Finalnej, który prowadzić będzie państwowy Instytut Ochrony Środowiska. W rejestrze będą gromadzone dane dotyczące m.in. zrealizowanych projektów efektywności energetycznej. Rejestr ma uszczelnić system monitorowania i raportowania oszczędności energii powstałych z realizacji programów unijnych i krajowych. To ważne, bo bez uzyskiwania w miarę wiarygodnych danych o oszczędnościach, Unia Europejska nie będzie chciała dawać Polsce pieniędzy na transformację energetyczną.

Efekt durnego przepisu
Do Sądu Rejonowego w Warszawie trafił akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi Malinowskiemu, prezydentowi Pracodawców RP. Został on oskarżony o zeznanie nieprawdy w postępowaniu prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej. Miał jakoby zataić, że był tajnym współpracownikiem wywiadu wojskowego PRL. Niestety, wciąż obowiązuje durny przepis (dający IPN-owi zajęcie), że prowadzenie do 1989 r. działań wywiadowczych na rzecz Polski jest czymś co trzeba oficjalnie ujawniać.

Rodziny, cyfryzujcie się
Około miliona rodzin w Polsce posiada Kartę Dużej Rodziny. Przekłada się to na około 3,25 mln osób posługujących się tradycyjną Kartą Dużej Rodziny (z tego 1,8 mln stanowią rodzice, a 1,42 mln to dzieci). Natomiast Kartę Dużej Rodziny w wersji elektronicznej ma obecnie ok. 950 tys. osób (w tym 528 tys. to rodzice). Rząd chce promować stosowanie właśnie elektronicznej wersji Karty Dużej Rodziny, bo jest ona tańsza w obsłudze. Aplikacja mObywatel ma umożliwić pobranie karty w wersji elektronicznej każdej uprawnionej osobie (w tym posiadającej wyłącznie tradycyjną Kartę Dużej Rodziny), która ma PESEL oraz dowód osobisty. Żeby jednak nie było zbyt komfortowo, dzieci w rodzinach chcących skorzystać z elektronicznej wersji Karty Dużej Rodziny muszą posiadać elektroniczną mLegitymację. Karta przyznawana jest każdemu członkowi rodziny, w której rodzic lub małżonek rodzica mają na utrzymaniu przynajmniej troje dzieci.

Będziemy wymieniać dowody
W celu ograniczenia ryzyka fałszowania dokumentów, polskie dowody osobiste będą musiały uzyskać dodatkowe zabezpieczenia. Chodzi między innymi o obowiązek wprowadzenia do dowodów osobistych tzw. drugiej cechy biometrycznej, czyli odcisków palców. Ponadto do dowodu osobistego dodany zostanie podpis posiadacza dokumentu (co już od lat funkcjonuje w przypadku polskich praw jazdy). Pobieranie odcisków palców odbywać się będzie podczas składania wniosku o wydanie dowodu osobistego. Najważniejszym celem tej operacji jest jednak nie zwiększenie ochrony dowodów osobistych przed sfałszowaniem, lecz stworzenie przez PiS bazy odcisków palców, obejmującej wszystkich pełnoletnich obywateli naszego kraju. Przemkną się tylko osoby, które nie ukończyły 12. roku życia oraz takie, od których pobranie odcisków palców jest fizycznie niemożliwe. Wtedy w ich dowodach obędzie się bez odcisków. Podpisów nie będą zaś składać ci, którzy ze względów zdrowotnych nie mogą ich złożyć oraz dzieci do 12. roku życia. Wniosek o wydanie dowodu osobistego dla osoby powyżej 12. roku życia będzie można złożyć jedynie osobiście w urzędzie gminy.

Porządki w portfelu

Banki bezlitośnie łupią nam skórę, ale możemy próbować jakoś się bronić.

Czasem warto sprawdzić ile naszych pieniędzy oddajemy niepotrzebnie bankom komercyjnym. Policzmy więc, ile płacimy za konto osobiste w naszym banku i czy przypadkiem nie warto przenieść środków do innego, który zaproponuje nam lepsze warunki, i możliwość korzystania z dodatkowych usług. Warto też zapoznać się z najnowszymi metodami płatności, które wcale nie muszą być droższe od dotychczasowych.
Nie należy zatem przyzwyczajać się do korzystania z tych samych rozwiązań i produktów oferowanych przez banki przez długie lata – lecz pomyśleć co możemy zyskać, decydując się na zmianę.
W Polsce skończyły się już czasy taniego oszczędzania. Obecnie zdecydowana większość banków wprowadziła dla swoich klientów opłaty za prowadzenie kont osobistych.
Aby nie ponosić kosztów związanych z korzystaniem z popularnego ROR-u, musimy spełnić określone warunki. Najczęściej jest to wymóg dokonywania regularnych transakcji kartą płatniczą na określoną kwotę w danym miesiącu.
Nawet jeżeli jesteśmy zadowoleni z oferty banku, w którym obecnie trzymamy swoje środki, nic nie stoi na przeszkodzie, by przejść do konkurencji. Nowi klienci mogą bowiem liczyć na specjalne warunki i skorzystanie z promocji.
– Są to promocje za otwarcie rachunku oraz tzw. moneybacki. Najczęściej otrzymujemy wtedy określoną kwotę w zamian za transakcje przeprowadzone na konkretną sumę przez pewien okres po założeniu konta – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Przykładowo, jeżeli w ciągu pierwszego miesiąca wydamy 1000 zł., to bank w ciągu następnych 30 dni zwróci nam 5 proc. wydatków, czyli 50 zł.
Jest to oczywiście zachęta do tego, byśmy wydawali jak najwięcej, ale nie dajmy się zwariować. Gdy bowiem wydamy np. tylko 500 zł, to bank wprawdzie zwróci nam jedynie 25 zł (albo nic, jeśli kwota od której zaczyna oddawać przekracza 500 zł) – ale w sumie li i tak skorzystamy na tym, że wydaliśmy o 500 zł mniej.
W każdym razie ofert tego typu jest wiele na rynku, a porównując je ze sobą i wybierając najlepsze, możemy zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych w skali miesiąca.
Polacy posiadają blisko 6 mln kart kredytowych. Chętnie sięgamy po to źródło finansowania, gdy nagle spadają na nas niespodziewane wydatki. Zaciągnięcie kredytu przy pomocy plastiku jest szybkie i wygodne, ale z takiej karty należy umiejętnie korzystać.
Banki oczywiście zachęcają do częstego korzystania z kart. Jeśli jednak chcemy się dać namówić, upewnijmy się czy bank, który wybraliśmy, oferuje jakieś bonusy za korzystanie z przyznanego limitu na karcie kredytowej.
Wiele z nich – ale nie wszystkie – nagradza posiadaczy kart punktami lojalnościowymi, które mogą oni wymieniać na zniżki w niektórych sklepach czy sieciach partnerskich.
– Dosłownie można „zarobić” za zaciągnięciu kredytu, trzeba tylko być dobrze zaznajomionym ze specjalnymi ofertami, które coraz częściej nie są proponowane tylko stałym klientom banków – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF.
Bankowość internetowa, z której już powszechnie korzystamy, umożliwia zapłacenie rachunku online w każdym momencie, z każdego miejsca na świecie. Ale otwierając rachunek osobisty lub ściągając na smartfona aplikację jakiegoś banku, możemy liczyć na więcej niż tylko podgląd stanu naszych finansów czy wykonywanie przelewów. Niektóre banki dają też dostęp do usług dodatkowych, takich jak np. wirtualny asystent finansowy pomagający kontrolować budżet domowy czy planować wydatki i ustalać „cele oszczędnościowe”. – Dzięki nim możemy założyć, jaką kwotę chcemy oszczędzić i w jakim czasie, a bank może nam podpowiedzieć, jaki produkt czy rozwiązanie dodatkowe wybrać, aby pomóc sobie w wytrwaniu w tym założeniu – dodaje Ewa Kozłowska. Niektóre banki oferują też swoim internetowym klientom możliwość wykupienia za pomocą szeregu kilku kliknięć ubezpieczenia na życie czy wejścia do jakiegoś funduszu inwestycyjnego. Przeważnie za korzystanie z takich opcji nie trzeba ponosić dodatkowych opłat.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.

Czas dla zakupoholików

Zbliża się pora, w której nieuchronnie ogarnie nas szał robienia zakupów.

 

Jeżeli zakupy są skutecznym sposobem na poprawę samopoczucia i spędza się wolny czas w centrach handlowych, zaniedbując domowe obowiązki i nadwyrężając domowy budżet, mogą to być oznaki zakupoholizmu.
Jest to zjawisko często spotykane, osobliwie przed świętami. Według badań Verto Analytics „chorych na kompulsywne kupowanie” jest nawet 20 proc. społeczeństwa, ale niektóre złe nawyki czy chwile słabości spotykają prawie każdego z nas.
Robienie zakupów, nawet częste, nie stanowi problemu, póki nasze finanse są bezpieczne. Inaczej sytuacja wygląda, kiedy zakupoholizm zmusza nas do zaciągnięcia kredytu czy pożyczki. Dowodem na to jest liczba aktywnych kart kredytowych Polaków.
Na koniec czerwca br. było ich 5,856 mln, a wartość kredytów zaciągniętych dzięki nim to aż 14,165 mld zł, czyli w pierwszym półroczu roku wzrosła o 389 mln zł.

 

Karty nas rujnują

Nie każdy, kto często kupuje i wydaje dużo pieniędzy w sklepach, jest zakupoholikiem. Zakupoholizm pojawia się wtedy, kiedy nie potrafimy kontrolować naszych zakupów oraz odczuwamy nieustanną potrzebę wydawania pieniędzy na cokolwiek. Staje się to naszym lekarstwem na nudę, stres czy niską samoocenę. W dodatku, codziennie jesteśmy „zmuszani” do oglądania ogromnej ilości reklam, kuszeni wyprzedażami, promocjami oraz programami lojalnościowymi.
– Zakupoholizm ma sprzymierzeńca” w postaci kart płatniczych, które skutecznie wypierają gotówkę. Nie widząc wydawanych pieniędzy, często nie mamy wyrzutów sumienia, że coś kupujemy. Problem nasiliły karty kredytowe – przez to, że są one dostępne od ręki dla każdego, przyczyniły się do zadłużenia niemałej grupy. Płacąc kartą kredytową, czyli kupując na kredyt, nasza potrzeba nieustannego nabywania zostaje szybko zaspokojona, a płatnością się nie przejmujemy, bo ta została w końcu wygodnie „odroczona” – komentuje Aneta Jastrzębska, ekspertka Intrum.
Niestety, konsekwencje beztroskiego wydawania pieniędzy pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i często jesteśmy zaskoczeni, otrzymując od banku informację o konieczności spłaty zadłużenia. Wielu osób to nie powstrzymuje przed ciągłym kupowaniem.
Przyczyny kompulsywnego kupowania bardzo często mają podłoże psychiczne. Uzależnieni od wydawania pieniędzy, gdy czują złość lub smutek, poszukują pocieszenia – niektórzy kupują cały rok, a ich nałóg dotyczy konkretnego typu produktów: kosmetyków, gadżetów, ubrań czy sprzętów kuchennych.
Zdarza się, że potrzeba kupowania pojawia się okresowo: w czasie świątecznych wyprzedaży lub zaraz po wypłacie. Czasem zakupoholikowi wystarczy zakup czegokolwiek – po powrocie do domu i tak rzecz wyląduje na dnie szafy i nie zostanie nigdy użyta, ponieważ liczy się jedynie moment zakupu.
Według specjalistów, problem ten dotyczy głównie kobiet, ale możliwe jest, że to one częściej się do tego przyznają, a zakupoholizm występuje w podobnym stopniu u obu płci. Natomiast status materialny nie ma tutaj żadnego znaczenia, a kompulsywne kupowanie zauważa się już u nastolatków. Rachunkami za ich lekkomyślne wydatki zostają obciążeni rodzice, a nierozsądne zakupy odbiją się na budżecie całej rodziny.

 

I ty zostaniesz zakupoholikiem?

Nałogowe zakupy mogą prowadzić do kłopotów finansowych, rozpadu związku czy powstania rodzinnych sprzeczek. Dlatego ważne, aby rozpoznać u siebie pierwsze objawy zakupoholizmu, odpowiadając na kilka pytań.
1. Zastanów się, w jakim nastroju idziesz na zakupy. Jeśli jest to smutek, być może, wydawanie pieniędzy jest sposobem na poprawę samopoczucia, redukcję lęku czy radzenie sobie z codziennością.
2. Pomyśl, ile czasu spędzasz w centrach handlowych lub buszując po stronach sklepów internetowych. Czy nie zaniedbujesz przez to swoich obowiązków i rodziny?
3. Czy zdarzają Ci się obsesyjne myśli o kolejnych zakupach?
4. Czy odczuwasz euforię w chwili zakupu, a po jego dokonaniu poczucie winy i wstydu?
5. Czy zdarza Ci się kłamać na temat tego, ile wydałeś/aś pieniędzy na zakupy i ukrywać je potem przed otoczeniem?
6. Czy kłócisz się z bliskimi, w związku ze swoimi wydatkami?
7. Czy masz na swoim koncie zaciągnięcie pożyczki lub kredytu na zakupy, które były zbędne i nieplanowane?
Jeżeli na co najmniej dwa pytania padła odpowiedź twierdząca, to znak, że należy wprowadzić zmiany w swoim odejściu do robienia zakupów, aby uniknąć poważniejszych konsekwencji związanych z zakupoholizmem.
Ta przypadłość nie jest tak piętnowana społecznie jak inne uzależnienia, np. alkoholizm, hazard czy uzależnienie od narkotyków, ale jej skutki mogą być smutne nie tylko dla portfela, ale i dla całej rodziny „chorującego”.

 

Przywitanie z komornikiem

Kiedy zakupoholik wyda wszystkie bieżące środki, na ratunek przychodzą mu karty kredytowe i pożyczki. To doskonałe źródło finansowania dla tych, którzy podczas jednej wizyty w centrum handlowym potrafią wydać całą wypłatę. Limit na karcie kredytowej może być uruchomiony „od ręki”, a pożyczkę w parabanku otrzymamy nawet w 15 minut.
Kupującemu nałogowo trudno jest spłacić zadłużenie, kiedy kolejne wypłaty przeznacza na zakupy. Wtedy pojawiają się problemy z płynnością finansową i terminowym płaceniem rachunków oraz regulowaniem innych, stałych należności. W takiej sytuacji zakupoholizm może nawet doprowadzić do wizyty komornika.
Polacy niestety zadłużają się coraz bardziej. Suma niespłaconych w terminie rachunków, alimentów, kredytów i pożyczek Polaków wyniosła pod koniec III kw. tego roku aż ponad 73 mld zł – czyli w trzy miesiące w naszym kraju przybyło prawie 2,4 mld zł zaległości i ponad 33 tys. niesolidnych dłużników.

Na zakupy bez portfela

Nawet karta bankomatowa i smartfon przestają stopniowo być uznawane za nowoczesne narzędzia płatnicze. Teraz nadchodzi moda na specjalne opaski noszone na ręku.

 

Podpis foto: Takie opaski najpierw zaczęły być stosowane do dokonywania zakupów podczas festiwali muzycznych. Ich popularność stopniowo rośnie, choć trudno je uznać za wygodne, bo powinny dość ciasno obejmować przegub.

 

 

Nowoczesne technologie, które wkroczyły także w świat finansów osobistych, sprawiają, że coraz rzadziej płacimy gotówką.
Okazuje się, że blisko aż 35 proc. osób, które nie ukończyły 26 roku życia, korzysta wyłącznie z płatności bezgotówkowych. Nie jest to jednak tylko domena młodych, bo kartą za zakupy płaci już 4,5 mln Polaków.

 

Nie takie to wygodne

Z badania Instytutu IBRIS wynika, że co 5 Polak nie nosi przy sobie gotówki. Z kolei Warszawski Instytut Bankowości podaje, że jeszcze w 2009 r. gotówkę jako główny sposób dokonywania płatności wybierało 64 proc. z nas, a siedem lat później już tylko niecałe 40 proc. badanych.
Przyczyną tej zmiany jest rozwój technologii, a przez to i coraz większy wachlarz dostępnych metod płatności mobilnych. Apple Pay czy Google Pay to przykłady kilku z nich, które pojawiły się w niedawnym czasie.
Co więcej, aby płacić zbliżeniowo, nie musimy nawet korzystać ze smartfona czy karty. Do tego celu wystarczy np. smartwatch lub tzw. opaska płatnicza. Pytanie, czy te alternatywne formy płatności sprawiają, że zawsze można bezpiecznie z nich korzystać?.
Płacenie za pomocą smartfona to dość wygodne rozwiązanie, które wyeliminowało konieczność posiadania przy sobie portfela w każdej sytuacji.
Nie daje jednak takiej swobody ruchów, jak w przypadku dokonywania transakcji zbliżeniowych. By zrobić zakupy i zapłacić telefonem, trzeba bowiem otworzyć aplikację w telefonie, a jednorazowy kod, który nam się wyświetli na ekranie, wpisać w terminalu płatniczym.

 

Zbliżeniowo za pomocą telefonu

Wraz z dostępnością w naszym kraju nowych aplikacji płatniczych, transakcje mobilne stają się stopniowo coraz prostsze i wygodniejsze. Możemy używać ich podobnie, jak zbliżeniowych kart płatniczych.
– Do płatności używamy urządzenia mobilnego lub smartwatcha, na których mamy zainstalowaną aplikację z „przypiętą” kartą. Do terminala płatniczego zbliżamy urządzenie i zatwierdzamy płatność np. kodem PIN, którym również odblokowujemy ekran, lub w przypadku niektórych modeli iPhonów – metodą rozpoznawania linii papilarnych lub rysów twarzy właściciela telefonu. Co ważne, w taki sposób dokonamy zatwierdzenia transakcji również powyżej 50 zł – tłumaczy Bartosz Turek, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Wspomniane metody płatności proponowane przez firmy z Doliny Krzemowej nie są jednak dostępne dla wszystkich. Na przykład, z Google Pay mogą korzystać klienci największych banków działających w Polsce, zas usługa Apple Pay na razie jest dostępna w siedmiu bankach.
Wydaje się, że są to dosyć bezpieczne metody płatności. Dane dotyczące kart, w chwili transakcji nie są bowiem udostępniane sprzedawcom.
Firmy ponadto zapewniają, że nie przechowują numerów kart ani na urządzeniach mobilnych, ani na własnych serwerach, więc nie powinno być obawy, że newralgiczne dane dostaną się w ręce oszustów.

 

Kto się da zaobrączkować?

Jeszcze inną metodę płatności zbliżeniowych stanowią silikonowe opaski zakładane na rękę. Z takiej opaski można korzystać w taki sam sposób, jak z karty przedpłaconej, czyli należy zasilić ją gotówką o określonej kwocie, a po zarejestrowaniu można płacić swobodnie – ale tylko w punktach, które honorują takie transakcje.
Podobne rozwiązanie, ale w tym przypadku umożliwiające płacenie środkami z konta osobistego, mają w swojej ofercie niektóre banki komercyjne działające w Polsce. Oferują one swoim klientom opaski do płatności zbliżeniowych, które działają dokładnie tak jak karta bankomatowa.
– W takich opaskach umieszcza się specjalną mikrokartę (wydawaną przez banki do konta), dzięki czemu możliwe jest dokonywanie płatności zbliżeniowych. W przypadku transakcji powyżej 50 zł wymagana jest autoryzacja kodem PIN. Jest to rozwiązanie polecane szczególnie osobom, które są aktywne, uprawiają sport i np. podczas biegania czy jazdy rowerem nie chcą nosić przy sobie telefonu, a tym bardziej portfela z kartą. Posiadanie takiej opaski to wygoda i mniejsze ryzyko zgubienia czy zniszczenia środka płatniczego podczas codziennych aktywności – mówi Leszek Zięba, ekspert ZFPF.

 

Bezpiecznie ale nie do końca

Płatności i transakcje bezgotówkowe są dość wygodne, ale także zaczynają być uznawane za bezpieczne, co potwierdza opinia 65 proc. Polaków.
Banki stopniowo wprowadzają bowiem rozmaite zabezpieczenia, dzięki którym nasze środki pieniężne są lepiej chronione niż gotówka w portfelu – bo portfel przecież może zostać skradziony lub zgubiony wraz z całą zawartością.
W przypadku kart czy urządzeń mobilnych, tylko my znamy PIN lub kod odblokowujący, dlatego pamiętajmy, by nie zapisywać takich numerów w łatwo dostępnych dla złodzieja miejscach, np. w notesach, które trzymamy razem z portfelem w torebce, lub na karteczkach chowanych w kieszeniach.
– Bądźmy również świadomi, że w przypadku transakcji bezgotówkowych do 50 zł, które nie wymagają podawania kodu i PIN-u, możliwe jest nieuprawnione dokonanie płatności przez złodzieja, natomiast przy płatnościach powyżej 200 zł, odpowiedzialność za taką transakcję przejmuje bank. Jeżeli kartę zastrzeżemy od razu, np. po zginięciu smartfona, nie utracimy pieniędzy z konta – dodaje ekspert ZFPF Bartosz Turek.
Problem w tym, że niestety prawie nigdy tak się nie dzieje. Gdy ginie nam smartfon, tracimy też możliwość szybkiego zastrzeżenia karty. Zdarza się też, że jej brak odkrywamy dopiero po wielu godzinach.
Jeśli złodziej nie traci czasu – a tak się niestety zwykle dzieje – to nawet przy wspomnianym ograniczeniu do 50 zł może nam narobić niepowetowanych szkód finansowych.