Katalońscy działacze na rzecz niepodległości mogą być europosłami

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w końcu zajął się sprawą czołowych katalońskich polityków prześladowanych w Hiszpanii za zorganizowanie w 2017 r. referendum w sprawie niepodległości. Władze w Madrycie uznały je za nielegalne. Organizatorzy referendum zostali osadzeni w więzieniu a następnie skazani na długoletnie więzienie. Kataloński przywódca Carles Puigdemont wraz z kilkoma innymi osobami znajduje się na wygnaniu za granicą.

W piątek 20 grudnia TSUE wydał postanowienie na mocy którego przebywający w Belgii Puigdemont oraz były minister w jego rządzie Toni Comin uzyskali prawo do posiadania mandatu deputowanego do Parlamentu Europejskiego zgodnie z wynikiem tegorocznych wyborów. Puigdemont ścigany jest przez hiszpańskie władze za pomocą europejskiego nakazu aresztowania. Jednak Belgia do tej nie rozpatrzyła tego wniosku.
Dzięki decyzji Trybunału obydwaj politycy formalnie mogą uzyskać immunitet poselski. Otrzymali na razie tymczasową akredytację deputowanego, natomiast pełna akredytacja – jak oświadczyła rzeczniczka parlamentu – ma im zostać przyznana w styczniu. Po ogłoszeniu postanowienia Puigdemont oraz Comin demonstracyjnie pojawili się na terenie Parlamentu Europejskiego. Z kolei Puigdemont oświadczył na twitterze, że w tym „historycznym dniu” sprawa katalońska została poparta przez europejską demokrację.
Dzień wcześniej, w czwartek 19 grudnia, Trybunał orzekł, iż również inny czołowy przedstawiciel ruchu na rzecz niepodległości Katalonii, wybrany do PE były wicepremier w katalońskim rządzie Oriol Junqueras, który przez hiszpański sąd został niedawno skazany na 13 lat więzienia, może korzystać z immunitetu poselskiego. Oznacza to, że powinien zostać wypuszczony na wolność i mieć prawo uczestniczenia w pracach europarlamentu. Po ogłoszeniu werdyktu Junqueras oświadczył za pośrednictwem twittera, iż przez to, że uniemożliwiono jemu oraz innym wybranym do PE katalońskim politykom wykonywanie mandatu deputowanego „nasze prawa oraz 2 milionów obywateli, którzy na nas głosowali zostały pogwałcone” natomiast „demokracja nadeszła z Europy”. Do natychmiastowego uwolnienia Junquerasa wezwał Carles Puigdemont.
Decyzje Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości stanowią niewątpliwie duży kłopot dla hiszpańskich władz, które nie chcą uznać wyników referendum a działaczy niepodległościowych najchętniej trzymałyby w więzieniu. Jak na razie Sąd Najwyższy w Madrycie poinformował, że przed podjęciem decyzji zamierza dokonać analizy całego orzeczenia i daje prokuratorowi oraz obrońcom pięć na przedstawienie swoich argumentów.

Katalońska niepodległość…

a Marks i sprawa polska

Powoli dobiega końca przed hiszpańskim Sądem Najwyższym proces 12 przywódców katalońskich oskarżonych o bunt oraz defraudację publicznych pieniędzy na niepodległościowe referendum. Części z nich grozi kara nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Wielu innych separatystycznych polityków i przedstawicieli administracji sądzi Wysoki Trybunał Sprawiedliwości Katalonii i hiszpański Trybunał Narodowy. Sprawa katalońskiego referendum i deklaracji niepodległości z 2017 roku stała się niewątpliwie jednym z największych kryzysów politycznych w Europie ostatniej dekady. Główne lewicowe media traktują ją jednak bardzo pobieżnie, zazwyczaj o niej nie wspominając lub uciekając od jednoznacznych deklaracji.
Wielu ludziom o lewicowych poglądach ciężko się zdecydować, jakie stanowisko zająć w tym sporze. Dużą nieufność budzą w nich hasła narodowe i separatystyczne niesione na sztandarach Katalończyków. Są to jednak obawy niesłuszne, w zasadzie wynikające z niewiedzy – kataloński ruch niepodległościowy nie ma bowiem w sobie nic z prawicowego nacjonalizmu czy faszystowskiej ksenofobii. Od swoich początków w II połowie XIX wieku był on i jest wyraźnie republikański, antymonarchistyczny, prospołeczny i nieodłącznie związany z silnym w regionie ruchem robotniczym. Katalończycy swoją walkę o wolność polityczną łączą z walką o sprawiedliwość społeczną, a na ich transparentach hasło wolności widnieje zawsze razem z równością i braterstwem. Właśnie dlatego dzisiaj walka o wolną Republikę Katalonii może być dla europejskiej lewicy dużą szansą i odegrać rolę taką, jaką w XIX wieku Karol Marks widział dla polskiego ruchu
niepodległościowego.
Filozof z Trewiru w licznych pismach i przemówieniach podkreślał swoje poparcie dla odrodzenia Polski. Widząc ogromną popularność ideałów rewolucyjnych wśród Polaków i ich zaangażowanie na wszystkich frontach Europy wyrażał przekonanie, że polska walka o oswobodzenie spod jarzma zaborców idzie w parze nieodłącznie ze sprawą klasy robotniczej. Tak pisał o zrywie z 1846 roku: Rewolucja krakowska dała całej Europie piękny przykład, utożsamiając sprawę narodową ze sprawą demokracji i z wyzwoleniem klasy uciśnionej (..) nie jest to już Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna i od tej chwili wyzwolenie jej staje się kwestią honoru dla wszystkich demokratów europejskich.
Autor ,,Kapitału” z podziwem mówił o narodzie, który walczył i walczy nadal jako kosmopolityczny żołnierz rewolucji. Zdawał sobie jednak sprawę, że Polacy będą mogli zaangażować się w pełni w walkę klasy robotniczej dopiero wtedy, kiedy odzyskają własne państwo i nie będą musieli walczyć o przetrwanie. Dlatego mimo swojej internacjonalistycznej natury ruch socjalistyczny powinien wesprzeć polską walkę o niepodległość. Nie jest ona bowiem wyrazem reakcyjności, ale wstępem do pełnego wyzwolenia polskiego ludu.
Tak mówił podczas uroczystość ku czci powstania polskiego 22 stycznia 1863 r: Nie ma bynajmniej sprzeczności w tym, że międzynarodowa partia robotnicza dąży do odbudowania narodu polskiego. Przeciwnie: dopiero kiedy Polska znowu zdobędzie swą niepodległość, dopiero kiedy znowu będzie mogła sama o sobie stanowić jako naród niezawisły, dopiero wtedy może się znowu zacząć jej rozwój wewnętrzny i Polska będzie mogła samodzielnie uczestniczyć w dziele społecznej przebudowy Europy. Dopóki zdolny do życia naród znajduje się pod jarzmem obcego zaborcy, dopóty musi on kierować wszystkie swe siły, wszystkie swe dążenia, całą swą energię przeciwko wrogowi zewnętrznemu; dopóki zatem jego życie wewnętrzne jest sparaliżowane, dopóty nie jest on zdolny do walki o wyzwolenie społeczne.
Podobieństwa Katalończyków do ówczesnych polskich bojowników o wolność widać gołym okiem. Ruch robotniczy szybko zdobył sobie popularność w Katalonii, będącej jednym pierwszych zindustrializowanych regionów w Europie. Na jego czele stały zrzeszające milionowe masy pracownicze centrale związków zawodowych – anarchistyczna CNT i socjalistyczna UGT. Rodzący się w końcu XIX wieku kataloński ruch odrodzenia narodowego od początku znajdował się pod ich znaczącym wpływem, a większość organizacji niepodległościowych miała charakter wyraźnie lewicowy.
Ludność Katalonii nieraz dała świadectwo swojego przywiązania do ideałów rewolucyjnych i wolnościowych, nawet za cenę ofiary życia. Tak było m.in. podczas Tragicznego Tygodnia w Barcelonie w 1909 roku i w odpowiedzi na pucz wojskowy gen. Franco w 1936 roku. Spiskowcy, posiadający wtedy w mieście garnizon liczący aż 12 tys. żołnierzy, byli pewni zdobycia miasta. Nie przewidzieli jednak determinacji związków robotniczych. Oddolnie zorganizowane oddziały milicji przejęły magazyny z bronią, obroniły miasto przed wojskami puczystów i wzięły szturmem koszary, likwidując zagrożenie dla Barcelony.
Tak pisał o stolicy Katalonii George Orwell po przybyciu tam w grudniu 1936 roku: wygląd Barcelony był nieco wstrząsający i przytłaczający. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w mieście, gdzie klasa robotnicza znajdowała się u steru. Praktycznie każdy budynek, niezależnie od rozmiarów, został przejęty przez robotników i przyozdobiony czerwonymi flagami lub czerwono-czarną flagą anarchistów; na każdej ścianie został namazany sierp i młot oraz inicjały rewolucyjnych stronnictw. (…) Każdy sklep i kawiarnia posiadały napis, mówiący, że zostały skolektywizowane; nawet miejsca pracy pucybutów zostały skolektywizowane, a ich skrzynki pomalowane na czerwono-czarno. (…) Przede wszystkim, istniała wiara w rewolucję i przyszłość, uczucie nagłego wyłonienia się ery równości i wolności. Ludzkie istoty próbowały się zachowywać jak ludzkie istoty, a nie jak trybiki w kapitalistycznej maszynie.
Do legendy przeszła postać bohaterskiego prezydenta Generalitatu Lluísa Companysa, rozstrzelanego przez frankistów w 1940 roku.
Porażka republikanów w wojnie domowej nie oznaczała dla Katalończyków końca walki – kontynuowały ją zbrojnie organizacje terrorystyczne takie jak Front Wyzwolenia Katalonii czy Armia Czerwona Katalońsko – Wyzwoleńcza. Powstało także wiele tajnych stowarzyszeń edukacyjnych biorących za cel zachowanie katalońskiej kultury i języka, rugowanych ze szkół i życia publicznego przez reżim gen. Franco. Od czasu demokratycznych przemian w Hiszpanii i przywrócenia autonomii Katalonii w 1978 roku Katalończycy demokratycznie walczą o prawo do referendum, które miałoby zadecydować o przyszłości ich kraju. Pragną niepodległości lub przynajmniej przekształcenia Hiszpanii w dobrowolną federację suwerennych podmiotów, by rząd w Madrycie nie mógł gwałcić ich wolności i narzucać im niczego siłą, jak to było m.in.: w 2017 roku. Wtedy to hiszpańska policja brutalnie spacyfikowała pokojowych demonstrantów (rannych zostało ok. 800 osób), a madryckie Kortezy na wniosek prawicowego rządu Mariano Rajoya przegłosowały zawieszenie autonomii regionu i rozwiązanie lokalnego parlamentu.
W lokalnym życiu politycznym Katalonii wyraźną przewagę mają partie lewicowe, którym w prawie wszystkich wyborach przypadała większość mandatów w lokalnym parlamencie. Najważniejsze z nich to Republikańska Lewica Katalonii, Partia Socjalistów Katalonii i Candidatura d’Unitat Popular (CUP). Poważną rolę w regionie odgrywają także związki zawodowe oraz ruchy ekologiczne i lokatorskie, jak choćby Animalistyczna Partia Przeciwko Złemu Traktowaniu Zwierząt, Arran czy Barcelona en Comú. Tej ostatniej udało się mu w 2015 roku zdobyć największą liczbę miejsc w radzie miejskiej Barcelony, a jej przewodnicząca Ada Colau została burmistrzem miasta (pełniła tę funkcję do ostatnich wyborów samorządowych w Hiszpanii). W niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w Katalonii na ugrupowania lewicowe oddanych zostało ponad
70 proc. głosów.
W żadnym kraju europejskim poglądy społeczeństwa i scena polityczna nie są w takim stopniu zdominowane przez lewicę, a ruch narodowowyzwoleńczy tak sprzężony z walką o sprawiedliwość społeczną. Sama ludność Katalonii nieraz pokazała zdolność do ogromnej mobilizacji w walce o swoje prawa, jak choćby we wrześniu 2018 roku, kiedy w barcelońskim marszu na rzecz uwolnienia więźniów politycznych wzięło udział ponad milion osób (na 7,5 mln ludności regionu).
Wyobraźmy sobie teraz, że Katalonia uzyskuje suwerenność i z wszystkich opisanych wyżej organizacji, ruchów i zwykłych zaangażowanych obywateli zostaje zdjęte jarzmo walki o wolność zewnętrzną. Nietrudno zobaczyć, jak wielkie prospołeczne siły zostałyby dzięki temu uwolnione i mogłyby skierować swoją energię na rzecz dzieła społecznej przebudowy Europy, o którym pisał Karol Marks. Wolna Republika Katalonii z bezsprzecznie dominującym żywiołem lewicowym miałaby ogromną szansę stanąć w awangardzie walki o lepszy i bardziej sprawiedliwy świat. W czasie, gdy w dużej części krajów Europy prawdziwa lewica znajduje się w odwrocie, taki bastion byłby dla niej dużym wsparciem. Zaś tak liczne katalońskie ruchy społeczne i środowiskowe, bez kłód rzucanych im pod nogi przez instytucje królewskiej Hiszpanii i ze wsparciem niezależnego rządu, będą mogły z jeszcze większą skutecznością (i nie tylko w samej Katalonii) walczyć o prawa pracowników, lokatorów czy ludzi zepchniętych na margines.
Może się okazać, że dla dużej części z tych organizacji (tych, które popierają katalońskie prawo do niepodległości) suwerenność Katalonii będzie jedyną szansą na przetrwanie. Bowiem skrajnie prawicowa partia VOX, zyskująca w Hiszpanii na popularności (w ostatnich wyborach zdobyła 11 proc. głosów) jako jeden ze swoich głównych postulatów głosi delegalizację wszystkich organizacji separatystycznych i zniesienia autonomii regionów. Plany takie zyskują niestety również coraz więcej zwolenników w najsilniejszej partii prawicy – Partii Ludowej. W dobie powszechnego kryzysu demokracji katalońskie referendum byłoby dla Europie promykiem nadziei, że władza rzeczywiście należy do obywateli, a narody mogą same decydować o swojej przyszłości.
Europejska lewica powinna udzielić wyraźnego poparcia katalońskiemu ruchowi narodowowyzwoleńczemu i planom referendum, na wzór wsparcia I Międzynarodówki dla polskiej niepodległości. Nikt inny bowiem nie wesprze Katalonii. W czasie kiedy zachodnie rządy i unijne instytucje są ślepe na łamanie tam praw człowieka i prześladowania polityczne, prawdziwie oddaje sytuację parafraza słów Marksa wypowiedzianych w kontekście Polski: Katalonia jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może – klasę robotniczą. Niech żyje Katalonia!

Co dalej z Katalonią?

Hiszpański kryzys polityczny wywołany przeprowadzeniem w 2017 roku referendum w sprawie niepodległości Katalonii i ostrą reakcją prawicowego rządu na tę inicjatywę skłania do rozważenia ogólniejszego problemu, jak rozumieć zasadę samostanowienia narodowego w sytuacji, gdy zasadę tę przywołuje zbiorowość dotychczas nie będąca odrębnym państwem.

Warto na kryzys kataloński spojrzeć z szerszej perspektywy, gdyż sposób, w jaki będzie on rozwiązany (lub zamrożony) będzie miał konsekwencje dla przyjmowanej w świecie demokratycznym interpretacji fundamentalnej zasady samostanowienia.
Przypomnieć warto, że zasada ta ma w prawie międzynarodowym zaledwie stuletnią historię. Sformułował ją 8 stycznia 1918 roku w orędziu do Kongresu prezydent USA Woodrow Wilson, ale tylko w odniesieniu do narodów znajdujących się pod władzą państw, z którymi Stany Zjednoczone znalazły się w stanie wojny. Liga Narodów godziła werbalną akceptacje zasady samostanowienia z utrzymywaniem kolonialnego panowania w Azji i Afryce. Dopiero Karta Narodów Zjednoczonych podniosła tę zasadę do rangi powszechnie obowiązującego prawa, ale i ten akt nie precyzował, komu prawo to ma przysługiwać. W dzisiejszym świecie, w którym procesom integracji towarzyszą procesy odradzania się lub powstawania aspiracji zbiorowości nie będących państwami narodowymi, sprawa samostanowienia stanowi źródło poważnych konfliktów. W tym kontekście konflikt wokół przyszłości Katalonii ma znaczenie daleko wykraczające poza samą Hiszpanie.

Rzut oka na historię

Obecnego konfliktu między Katalonią i władzami centralnymi Hiszpanii nie da się zrozumieć bez uwzględnienia powikłanej historii. Region ten stanowił autonomiczną część Królestwa Aragonii, a po zjednoczeniu królestw Aragonii i Kastylii (1469) zachował własne prawa lokalne i tradycje, w tym własny język – zbliżony do hiszpańskiego, ale od niego odrębny. W XIX stuleciu pojawiły się zalążki katalońskiego ruchu narodowego, początkowo nie wychodzącego jednak poza postulaty zwiększonej autonomii regionalnej. Idea niepodległego państwa katalońskiego została sformułowana w 1914 roku w postaci tak zwanego Mancomunitat de Catalunya , ale nie miała wówczas masowego poparcia i została stłumiona przez rząd centralny. W 1931 roku, po obaleniu wojskowej dyktatury Miguela Primo de Riviery i ustanowieniu republiki, Katalonia otrzymała autonomię, zawieszoną trzy lata później, gdy regionalny premier Lluís Companys proklamował powstanie Republiki Katalońskiej. Władze centralne zareagowały usunięciem Companysa i czasowym zawieszeniem autonomii Katalonii. W czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-39) Katalonia była ostoją republikańskiego oporu przeciw faszyzmowi, co w konsekwencji prowadziło do poddania jej wyjątkowo surowemu reżymowi policyjnemu w okresie dyktatury generała Franco.
Demokratyzacja Hiszpanii rozpoczęta po śmierci dyktatora i kulminująca przyjęciem (w 1978 roku) demokratycznej konstytucji przyniosła restaurację katalońskiej autonomii. Regulujący te autonomie status Katalonii z 1979 roku nie wszystkich jednak zadowalał. Przez kolejne dziesięciolecia kataloński ruch narodowy skupiał się na postulatach rozszerzenia autonomii jednak bez oderwania się od Hiszpanii. Taki był między innymi sens przyjętego w 1981 roku manifestu katalońskich intelektualistów protestujących przeciw dyskryminacji języka katalońskiego. W 2003 regionalny rząd Katalonii przedstawił projekt nowego statutu autonomii i uzyskał dla niego poparcie przytłaczającej większości w parlamencie Katalonii. Status autonomii został jednak ocenzurowany uchwała Kortezów Hiszpanii, zwłaszcza w częściach dotyczących równorzędnego statusu języka katalońskiego i w sprawie uprawnień finansowych władz regionalnych.
Od tego czasu w Katalonii krystalizował się coraz wyraźniejszy podział na dwa skrzydła: radykalne (domagające się niepodległości) i umiarkowane (postulujące rozszerzenie kompetencji władz regionalnych). Niechętny stosunek władz centralnych do postulatów skrzydła umiarkowanego (także wtedy, gdy na ich czele rządu stali socjaliści) powodował stopniowe przesuwanie się opinii publicznej w stronę radykałów. W 2005 roku parlament Katalonii przyjął uchwałę stwierdzającą istnienie „narodu katalońskiego”, na co parlament hiszpański zareagował unieważnieniem terminu „naród” i zastąpieniem go przez mniej jednoznaczny termin „narodowość”. W 2010 roku hiszpański Sąd Najwyższy unieważnił kilka kluczowych artykułów Statusu Autonomii wprowadzonego cztery lata wcześniej w drodze kompromisu z władzami centralnymi. Zaostrzyło to sytuację i przyczyniło się do tego, że w wyborach przeprowadzonych w 2012 roku ugrupowania niepodległościowe zdobyły niewielką większość w parlamencie Katalonii. Nowy parlament przyjął (23 stycznia 2013 r.) deklarację niepodległości ustanawiająca zasadę, iż o przyszłości regionu mają zdecydować obywatele Katalonii. Akt ten nie przesądzał, jak ta przyszłość miałaby wyglądać, ale zrywał z zasadą nadrzędności decyzji podejmowanych na szczeblu ogólnopaństwowym.
Zdecydowany sprzeciw rządu centralnego zaostrzył sytuację. W październiku 2017 roku władze katalońskie przeprowadziły referendum, w którym ponad 90 procent głosujących opowiedziało si ę za niepodległością Katalonii. Wynik ten nie odzwierciedlał jednak rzeczywistego podziału, gdyż przeciwnicy niepodległości ogłosili bojkot referendum, uznanego za nielegalne przez rząd hiszpański. Mimo tego stanowiska Madrytu rząd Katalonii (kierowany przez premiera Carlosa Puidgemonta) ogłosił deklarację niepodległości, czego konsekwencją było przez rząd centralny zawieszenie autonomii Katalonii i uwięzienie kilkunastu czołowych polityków katalońskich. Były premier Puidgemont schronił się poza krajem a kolejne państwa europejskie odmawiają jego ekstradycji do Hiszpanii. Można było odnieść wrażenie, że historia się powtarza. Jednak układ sił wewnętrznych, a zwłaszcza międzynarodowych, powoduje, że tym razem Madrytowi trudniej jest spacyfikować kataloński ruch niepodległościowy niż w latach trzydziestych.
Rząd centralny znalazł się w potrzasku. W nowych wyborach przeprowadzonych w grudniu 2017 roku większość zdobyły trzy partie opowiadające się za niepodległością Katalonii, co świadczy o tym, że upór władz centralnych szczególnie szkodzi umiarkowanym. Postawienie polityków katalońskich przed sądem znalazło odpowiedź w masowych protestach ulicznych w Katalonii, zapewne z udziałem nie tylko zwolenników niepodległości.
Gdy w czerwcu 2018 roku upadł prawicowy rząd Mariano Rajoya i władze objął mniejszościowy rząd socjalistów z premierem Pedro Sanchezem na czele, wydawało się, że zarysowała się możliwość kompromisu. Na przeszkodzie stoi jednak radykalizm polityków katalońskich i zdecydowany opór większości Hiszpanów przeciw niepodległości Katalonii, w wyniku czego rząd socjalistyczny nie zdobył się na odważne podjęcie rokowań z demokratycznie wyłonionymi przywódcami Katalonii. Pozbawiony poparcia w Kortezach rząd Sancheza zdecydował się na wcześniejsze wybory. Odbędą się one pod znakiem rosnącej w siłę nowej, radykalnie nacjonalistycznej, partii Vox, co źle wróży przyszłym relacjom między władzami centralnymi i zbuntowanym regionem.

Perspektywy

Przyszłość Katalonii pozostaje zagadką. Nie sądzę, by rozbudzone aspiracje narodowe udało się stłumić. Z pewnością nie da się tego osiągnąć represjami. Hiszpania jest państwem demokratycznym, a więc nie będzie stosowała brutalnych represji w rodzaju tych, których doznawała Katalonia w okresie rządów Franco. Łagodne represje „w majestacie prawa” z pewnością nie złamią woli Katalończyków. Unia Europejska opowiada się za utrzymaniem jedności Hiszpanii, ale z pewnością nie będzie skłonna popierać masowych represji wobec Katalończyków. Każdy rząd hiszpański będzie więc zmuszony szukać rozwiązania innego niż proste stłumienie siłą katalońskiego ruchu narodowego. To jednak może okazać się bardzo trudne w wyniku popełnionych błędów. Kilka lat temu kompromis zakładający uznanie narodowej tożsamości Katalonii i jej pozostanie we wspólnym z Hiszpanami państwie było w zasięgu ręki. Przez nieustępliwość zmarnowano tę szansę.
Nie znaczy to jednak, by kompromis był niemożliwy. Uznanie prawa Katalonii do samostanowienia nie musi być jednoznaczne z jej oderwaniem się od Hiszpanii. Wielka Brytania uznaje prawo Szkocji do samostanowienia, ale Szkocja pozostaje w Zjednoczonym Królestwie w oparciu o własną decyzję, potwierdzoną w 2014 roku przez referendum. Korzysta jednak z bardzo daleko idącej autonomii i jest uznana za samodzielną część Zjednoczonego Królestwa – na równi z Anglią, Walią i Irlandią Północną. Przyjęcie podobnego rozwiązania w odniesieniu do Katalonii musiałoby zakładać uznanie istnienia narodu katalońskiego i przyjęcie wizji Hiszpanii jako wspólnego państwa Hiszpanów i Katalończyków. Trudne to, ale nie niemożliwe.
Czy Katalończycy są narodem? Jeśli przyjmiemy takie rozumienie narodu, jakie pod koniec XIX wieku sformułował francuski filozof Ernest Renan (1823-1892), narodem jest taka zbiorowość, która dąży do tego, by mieć własne państwo – całkowicie odrębne lub stanowiące część federacji. Umocnienie się katalońskiego ruchu niepodległościowego oznacza, że Katalończycy stali się narodem w renanowskim, a więc politycznym, znaczeniu tego słowa. Uznanie tego faktu nie musi prowadzić do rozbicia Hiszpanii. Przyjaciele tego pięknego kraju powinni mu życzyć, by kierujący nim politycy zdobyli się na odważną decyzję wyjścia naprzeciw aspiracjom narodowym Katalończyków i znalezienia mądrego kompromisu. W naszym wspólnym europejskim domu nie ma bowiem miejsca na rozwiązanie, które miałoby za sobą tylko siłę aparatu państwowego i pozbawione byłoby legitymizacji w postaci woli obywateli.

Król niemile widziany

Większość mieszkańców Katalonii straciła resztki szacunku do hiszpańskiego monarchy po jego agresywnych wypowiedziach pod adresem secesjonistów podczas próby ogłoszenia niepodległości w 2017 roku. Nastroje te zostały potwierdzone w niedzielę, kiedy Filip VI odwiedził stolicę regionu.

– Ten człowiek nie jest już dla nas nikim poważnym, nie domagamy się jego odejścia, bo to nie nasza sprawa – mówiła jedna z uczestniczek kilkutysięcznej demonstracji, która odbyła się w Barcelonie z okazji wizyty monarchy w Katalonii. Filip VI odwiedził zbuntowany region, mając nadzieje na stabilizację nastrojów i rozpoczęcie pojednania. Problem w tym, że zgoda w jego rozumieniu jest tożsama z kapitulacją Katalończyków i porzuceniem marzeń o niepodległości.
Na niedzielnej demonstracji można było można zobaczyć wiele transparentów wyśmiewających Jego Wysokość, m.in. „Zgniły Bourbon” czy „Oddaj koronę do lombardu”. Uczestnicy zgromadzenia spalili również plakat przedstawiający króla i zablokowali na kilkadziesiąt minut drogi w centrum Barcelony. Konwój, którym podróżował monarcha musiał w związku z tym zmienić trasę przejazdu do siedziby jednego z operatorów telefonii komórkowej, gdzie Filip VI udał się „w interesach”.
Wizyta Filipa VI rozwścieczyła Katalończyków również z innego powodu. „Szlachetnie urodzony” władca postanowił odwiedzić ich stolicę w bardzo newralgicznym momencie, gdy dwunastu katalońskich polityków, wcześniej zasiadających w rządzie lokalnym jest sądzonych w Madrycie. Wśród nich jest zastępca premiera poprzedniego gabinetu Oriol Junqueras, który zgodził się dotąd odpowiedzieć w nim tylko na pytania swojego adwokata, gdyż uważa, że jest więźniem politycznym. Grozi mu 25 lat więzienia. W poprzednią niedzielę w obronie Junquerasa i jego towarzyszy odbyła się w Barcelonie manifestacja, w której zdaniem organizatorów wzięło udział pół miliona osób.
Dlaczego Katalończycy nienawidzą króla? W październiku 2017 roku podczas wystąpienia w Oviedo Król Filip VI powiedział, że „Katalonia jest i pozostanie istotną częścią Hiszpanii XXI wieku”. Skrytykował katalońskie referendum jako „próbę secesji nie do przyjęcia” oraz oskarżył regionalistów o „działania przestępcze”. Zdaniem działaczy z Katalonii występ ten został odebrany przez ówczesny rząd Mariano Rajoya jako zielone światło do pacyfikacji niepodległościowej frondy.

Milion za niepodległością

Na marsz zorganizowany z okazji katalońskiego święta przyszło około miliona osób, aby wyrazić poparcie dla niepodległościowych aspiracji swojego kraju.

 

Marsz ten odbył się we wtorek 11 września w 304 rocznicę przyłączenia Katalonii do Hiszpanii obchodzonej jako tradycyjne katalońskie święto Diada. Równolegle o wiele mniej liczną demonstrację zorganizowała przeciwna niepodległości Katalonii centro-prawicowa partia Obywatele (Ciudados).

Organizatorem uroczystości była organizacja społeczna Katalońskie Zgromadzenie Narodowe, którego przywódca Jordi Sànchez znajduje się w hiszpańskim więzieniu wraz z innymi ośmioma katalońskimi politykami oskarżonymi o przeprowadzenie 1 października ubiegłego roku referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Inspiratorem był jednak aktualny szef katalońskiego rządu Quim Torra, który tydzień wcześniej wezwał do masowego w nim udziału. Torra oświadczył, że będzie naciskał na rząd w Madrycie, aby uznał wyniki referendum, w którym większość głosujących opowiedziała się za niepodległością.

– Mandat, który uzyskaliśmy 1 października pozostaje wciąż w mocy i będziemy działać na rzecz wprowadzenia go w życie – mówił Torra.

W uroczystościach wzięli udział nie tylko mieszkańcy Barcelony, lecz także osoby przybyłе z innych części Katalonii – również w formie zorganizowanej dowożeni autokarami. Do Barcelony licznie przybyli też traktorzyści z różnych regionów prowincji, którzy brali aktywny udział również w poprzednich akcjach. Wielu ludzi miało ze sobą żółte piłki z napisem „Utworzymy Republikę Katalońską”, a na ulicach rozwieszono żółte wstążki będące symbolem walki o wypuszczenie na wolność aresztowanych katalońskich polityków. Uczestnicy demonstracji nieśli też ich portrety.

Ponadto na ścianie budynku autonomicznego rządu wywieszono baner o treści „Uwolnijcie więźniów politycznych i zesłańców” napisany w języku katalońskim i angielskim.

Uroczystości rozpoczęły się punktualnie o godz. 17.14, co stanowiło nawiązanie do roku 1714, kiedy to miały miejsce wydarzenia których rocznicę właśnie obchodzono.

Osobną manifestację urządziła lewicowa organizacja młodzieżowa Aggap pod hasłami „Niepodległość, socjalizm, feminizm”. W demonstracji tej wzięło udział kilkuset ludzi trzymających w rękach czerwone flagi sierpem i młotem oraz czerwone flagi ruchu na rzecz niepodległości Esteledami. Z kolei inna grupa młodych ludzi zebrała się na jednej z centralnych ulic. Skandowali „Niepodległość!” oraz śpiewali znany również w Polsce przebój „Y Viva España” zastępując słowa piosenki własnymi niecenzuralnymi.

Osobno świętowała partia Ciudados. Przemawiając z trybuny przywódca partii, urodzony w Barcelonie Albert Rivera oświadczył, że chciałby obchodzić to święto razem ze wszystkimi Katalończykami, lecz miejscowy rząd to uniemożliwił. Wyraził jednak przekonanie, że „nadejdzie taki czas, kiedy będziemy świętować razem”. Również liderka barcelońskiej struktury partii Inés Arrimadas złożyła obietnicę, iż będzie działać na rzecz Katalonii dla wszystkich jej mieszkańców. Nietrudno zauważyć, że pod pojęciem „wszyscy” kryją się ci, którzy chcieliby, aby Katalonia pozostała nadal częścią Hiszpanii. Jednak wciąż są oni w mniejszości. Jak wynika z badań z lipca br. przeprowadzonych przez miejscowy ośrodek badania opinii publicznej Centro d’Estudis d’Opinio, za niepodległością Katalonii wypowiedziało się 46,7 proc. badanych a 44,9 proc. przeciwko. Według naocznych świadków akcja zorganizowana przez Ciudados zgromadziła o wiele mniej osób niż przeprowadzona przez zwolenników niezawisłości. Jest to zjawisko charakterystyczne dla Barcelony. Zwolennicy oderwania się od Hiszpanii są bardziej aktywni i widoczni oraz lepiej zorganizowani. Potwierdza to profesor Autonomicznego Uniwersytetu Barcelony Oriol Bartomeus twierdząc, iż są oni najlepiej zorganizowaną siłą polityczną w regionie.

Madryt odpuszcza

Carles Puigdemont, były premier katalońskiego rządu, który w październiku ogłosił niepodległość Katalonii, będzie mógł opuścić Niemcy wolny.

 

To samo dotyczy pięciu innych byłych ministrów rozwiązanej przez Hiszpanię katalońskiej administracji, którzy uciekli do Belgii. Madrycki Sąd Najwyższy anulował ich europejskie nakazy aresztowania.
Jednocześnie hiszpański wymiar sprawiedliwości ciągle uważa, że proklamowanie niepodległości Katalonii było nielegalne, więc wszystkim, łącznie z Puigdemontem, grozi aresztowanie, jeśli tylko pojawią się w Hiszpanii.

Przyczyną hiszpańskiego odwrotu prawnego była decyzja sędziów niemieckich sprzed tygodnia, którzy zgodzili się na ekstradycję byłego premiera, ale jedynie pod warunkiem sądzenia go w Hiszpanii za malwersacje finansowe, o które jest również podejrzany, a nie za „rebelię” (tj. ogłoszenie niepodległości ), bo w niemieckim prawie nie ma takiego przestępstwa.

Hiszpański sędzia Pablo Llarena anulował w tej sytuacji wszystkie europejskie nakazy zatrzymania niepodległościowców, gdyż mogą odebrać Hiszpanii możliwość sądzenia ich w sprawach o główny zarzut „rebelii”.

Zdaniem ciągle przebywającego w Niemczech Carlesa Puigdemonta wycofanie wniosków o ekstradycję dowodzi „olbrzymiej słabości prawnej” postawionych mu zarzutów. Quim Torra, następca Puigdemonta na czele regionalnego rządu katalońskiego, ogłosił z kolei, że wycofanie nakazów aresztowania to „nowe zwycięstwo polityczne i prawne” oskarżonych i samej Katalonii.

Tym niemniej panuje niepewność, co do dalszej procedury. Adwokaci zbiegłych niepodległościowców czekają na odpowiednie gwarancje nowego rządu hiszpańskiego. Jeśli socjalistyczny premier Pedro Sánchez ich udzieli, będzie to oznaczało koniec całej sprawy. Musi się jednak liczyć z oporem prawicy i samego Sądu Najwyższego.