Podpowiedź dla Polski?

Rola protestantów w zachowaniu słowackiej tożsamości narodowej.

Zanim przejdę do spraw polskich, pozwolę sobie na dłuższą słowacką dygresję. Przed I wojną światową Słowacy wchodząc w skład Węgier znajdowali się na drodze do szybkiego wynarodowienia i madziaryzacji.
Wśród Słowaków lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, a lata te charakteryzowały się wzmożoną madziaryzacją, nie tylko w warstwach ludowych, ale wśród duchowieństwa katolickiego, nauczycielstwa, drobnego ziemiaństwa i mieszczaństwa – z górą 90 proc. uważało się za Węgrów, nie odróżniając przynależności narodowej od państwowej. Słowacy nie mieli do roku 1918 – z wyjątkiem jednego dziesięciolecia – szkół średnich, prawie żadnych instytucji kulturalnych, naukowych, teatrów, bibliotek i wydawnictw.
Większość Słowaków było katolikami, ale ruch narodowy inspirowali przede wszystkim ewangelicy, zwłaszcza duchowni lub ich dzieci, którzy studiowali najczęściej na dobrych zagranicznych uczelniach. Pastorzy protestanccy mieli możliwość wpajania świadomości narodowej swej najbliższej rodzinie i swemu potomstwu. Księża katoliccy – co niby oczywiste – ale warte przypomnienia, byli tej ostatniej możliwości pozbawieni. Kształcili się przy tym zazwyczaj w prowincjonalnych, stojących na niskim poziomie seminariach, a w Kościele dominowały wpływy węgierskie, co nie sprzyjało walce słowackich katolików o słowacką tożsamość narodową.
Znaczenie protestantów w budzeniu słowackiego ducha narodowego polegało i na tym, że w przeciwieństwie do katolików (łacina), posługiwali się w liturgii i literaturze biblijną czeszczyzną oraz językiem słowackim, skodyfikowanym – trzeba to przyznać – przede wszystkim przez słowackich katolików, jeszcze u schyłku XVII wieku. Kodyfikacja ta została uznana przez oba obozy wyznaniowe.

Chodzi o to, żeby nie być idiotą”
Agnieszka Osiecka


Słowackim ewangelikom walczącym o emancypację Słowaków łatwo było też nawiązać nić porozumienia z czeskimi, protestanckim na ogół działaczami politycznymi (lub obojętnymi religijnie) oraz uzyskać ich wsparcie. Powstanie Czechosłowacji w 1918 roku zahamowało proces madziaryzacji Słowaków. Na Słowację ruszyły tysiące czeskich nauczycieli, pracowników administracji i ludzi różnych specjalności. W większości były to osoby prezentujące tradycję protestancką. Nie znaczy to, że już przed powstaniem Czechosłowacji nie istniała na Słowacji licząca się liczba słowackich protestantów, znaczących wiele w życiu politycznym Austro-Węgier.
Do nich należał Milan Hodža, który w roku powstania Czechosłowacji liczył sobie 40 lat. Urodził się w rodzinie protestanckiego pastora lub jak podkreślają inni – w ewangelickiej rodzinie ziemiańskiej. Do rozwoju intelektualnego młodego Hodžy przyczynił się właśnie fakt, że jego ojcem był protestancki pastor. W tym środowisku przywiązywano wielka wagę do wykształcenia. Takie szczęście jak Miian miało wiele dzieci z protestanckich rodzin.
Natomiast celibat panujący w kościele katolickim uniemożliwiał przekazanie potomstwu wiedzy i szacunku do nauki. Zresztą przejmowanie po 1918 roku katolickich parafii przez słowackich księży, słabo początkowo wykształconych, od księży węgierskich nie było łatwym zadaniem.
Te różnice na Słowacji w poziomie wykształcenia protestanckich i katolickich elit politycznych znalazły później swe odzwierciedlenie w życiu politycznym Czechosłowacji w okresie międzywojnia. Słowaccy protestanci odgrywali ważne polityczne role nie tylko na Słowacji, ale także w strukturach państwowych i partyjnych czechosłowackiego państwa federalnego.
Tak np. Milan Hodža był najwybitniejszym przywódcą oraz ideologiem Czechosłowackiej Partii Agrarnej. Równocześnie należał do grona najwybitniejszych czechosłowackich mężów stanu. Jako przedstawiciel partii agrarnej pełnił w wielu rządach funkcję ministra odpowiedzialnego za różne resorty (ds. unifikacji praw, oświaty, rolnictwa).
W roku 1935 jako pierwszy Słowak został premierem Czechosłowacji, a na przełomie 1935 i 1936 roku przez krótki okres sprawował funkcję ministra spraw zagranicznych. Na wiele lat przed powstaniem Czechosłowacji był już znanym działaczem ludowym na Słowacji, gdzie założył partię chłopską reprezentującą program czechosłowacki i konkurującą już wtedy z partią chłopską księdza Andreja Hlinki.
Partia Milana Hodžy działała w sojuszu z agrariuszami czeskimi Antonina Švehli, a w 1922 r. połączyła się z nimi. Hodža stał się jedną z czołowych postaci Republikańskiej Partii Ludu Wiejskiego i Małorolnego działającej na obszarze całej Czechosłowacji. W jego działalności politycznej i publicystycznej problematyka narodowa wiązała się w sposób naturalny z federalnym wątkiem środkowoeuropejskim.
Uważał on, że swe interesy narodowe Słowacja może zabezpieczyć tylko w środkowoeuropejskich strukturach federalnych. Nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że ewangelik Hodža stał się wybitną postacią życia politycznego w przeważającej mierze katolickiej Słowacji, gdzie 80 proc. populacji (obecnie ok. 60 proc. ) to katolicy.
Trzeba przyznać, że pod tym względem Hodża nie był na Słowacji wyjątkiem. Ważną rolę, jaką spełniali protestanci słowaccy w życiu I Republiki (okres międzywojnia) podkreśla fakt, że na czele większości partii politycznych Słowacji stali protestanci: partii agrariuszy. – Milan Hodža, socjaldemokratycznej Ivan Dérer, narodowosocjalistycznej – E.B. Lukáč, narodowo-demokratycznej – M. Ivanka, prywatnych przedsiębiorców – J. Liška, komunistycznej Vladimir Clementis, a partii narodowej – ewangelicki pastor – Martin Rázus.
Przywódcy wyznania protestanckiego byli ludźmi świetnie wykształconymi. Np. dr Hodža, przywódca agrariuszy, niezależnie od dobrego wykształcenia, znał 8 języków, w tym język polski. Na przeciwnym biegunie stał słabo wykształcony katolik, przywódca ludaków – A. Hlinka, jednak polityk o niezwykłej sile oddziaływania i charyzmie, popularny zwłaszcza wśród niewykształconych mas. Doskonale wykształconym był natomiast kolejny przywódca ludaków ksiądz Jozef Tiso, który w pewnym momencie historycznym nie wykorzystał niestety swych talentów po właściwej stronie, współpracując z hitlerowcami.
I co to wszystko ma wspólnego z polskimi, współczesnymi w dodatku, sprawami? Wydaje mi się, że częściowo ma. Polakom nie zagraża wynarodowienie, ale o wyższy poziom wykształcenia społeczeństwa należy dbać. Zacznijmy od naszych elit.
Z góry zastrzegam się, że wcale nie uważam, by wyższe wykształcenie dawało pewność, że dany polityk zasługuje na pozytywną ocenę. Nie chcę wymieniać tu polityków bez wyższego wykształcenia (w naszej niedawnej historii byli tacy), którzy przewyższali swymi umiejętnościami i rozumieniem rzeczywistości swych wykształconych formalnie kolegów. I nie chodzi tu też wyłącznie o polityków, ale i o poziom elektoratu i całego społeczeństwa. Przypomnijmy sobie: ilość przechodzi w jakość, ale indywidualne przypadki mogą odbiegać od generalnej zasady.
Wyjątki potwierdzają regułę. Fenomenem głupoty w Polsce zajmowało się wiele znanych osób. Ale nas interesuje tu raczej poziom kultury umysłowej naszego społeczeństwa, jakkolwiek głupota idzie często w parze z niskim poziomem tej kultury, a tej sprzyja brak solidnego wykształcenia. Stanem kultury umysłowej polskiego społeczeństwa na przestrzeni wieków zajął się profesor Andrzej Zybała w swej pracy „Polski umysł na rozdrożu”.
Dowodzi on, że część składników polskiej kultury umysłowej ogółu społeczeństwa – widocznej zwłaszcza w debatach publicznych – nie jest kompatybilna z cechami nowoczesnej umysłowości, w której znaczenie ma otwartość na argumenty, weryfikowanie sądów, odróżnianie faktów od opinii itp.
Wiele niekorzystnych cech w naszej kulturze umysłowej powstało wskutek oddziaływania ideologii romantycznej; prymat czynu nad myślą, pierwiastków irracjonalnych w ludzkiej osobowości nad racjonalnymi. Inne przyczyny to: rola sarmatyzmu, niskiego poziomu kształcenia warstw szlacheckich, izolacji kulturowej warstwy włościańskiej, rola niektórych nurtów religijności (to ostatnie aktualne do dziś, M.P.). Autor zamieszcza tabelę (United Nations Statistical Yearbook 1948) wskazującą na odsetek analfabetów w Polsce i w innych krajach europejskich przed II wojną światową. Porównajmy tylko 3 kraje należące obecnie do Grupy Wyszehradzkiej: Polska w 1931 roku miała 23,1 proc. analfabetów, Czechosłowacja w 1930 roku – 4,1 proc. analfabetów, Węgry w 1930 roku – 8,8 proc. analfabetów. Wspólną cechą Czechosłowacji i Węgier, w odróżnieniu od Polski, było znaczenie i waga protestantów w życiu umysłowym i działalności publicznej.
Profesor Zybała wkładem protestantów w rozwój umysłowy społeczeństwa polskiego w zasadzie się nie zajmuje. Przy czym, trzeba to przypomnieć, wkład protestantów w rozwój Polski jest oczywiście olbrzymi. A ich szkolnictwo było, podobnie jak w innych krajach, na wysokim poziomie.
Generalnie jednak na przestrzeni wieków polskie szkolnictwo trapione było najczęściej przez niski poziom swych nauczycieli, czemu towarzyszyły, zresztą do dzisiaj – bardzo niskie. płace. Dostępne dane wskazują, że przeważająca część naszych nauczycieli kształcona jest także obecnie według modelu pochodzącego z XIX wieku – oznacza to nacisk na przekazywane encyklopedycznej wiedzy. Pedagog Bogusław Śliwerski, twierdzi że obecnie 30 proc. nauczycieli zagraża uczniom i sobie samym.
Cechuje ich najwyższy wskaźnik wypalenia zawodowego, są znerwicowani, niekiedy nawet sadystyczni. (Może to mieć niekorzystne następstwa zwłaszcza obecnie – w dobie pandemii korona wirusa, M.P.). Kariera nauczyciela nie przyciąga najzdolniejszych i tak jest od wieków. Nauczyciele – zauważa profesor Zybała – wywodzą się wciąż z grupy dość słabych absolwentów. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, profesor pedagogiki, oceniła z kolei na podstawie wyników badań, że polskie szkoły są rzeźnią talentów matematycznych.
Polscy nauczyciele zawsze byli słabo wynagradzani, mimo to jednak poziom nauczania był niekiedy zadziwiająco wysoki. Wspomnieć tu należy np. o okresie panowania króla Stanisława Augusta i założonej przez niego Szkole Rycerskiej w Warszawie oraz o jej utalentowanych absolwentach.
Intelektualna atmosfera towarzysząca panowaniu tego władcy sprzyjała wzrostowi poziomu wykształcenia i kultury. Dość wspomnieć, że na początku zaboru rosyjskiego na ziemiach polskich, większość piśmiennych obywateli Rosji stanowili Polacy. Pod koniec zaboru rosyjskiego natomiast, w rezultacie świadomego działania władz carskich, sytuacja polskich szkół była dramatyczna, najgorsza, jak zauważa profesor Zybała, ze wszystkich 3 zaborów,(co rzutowało na poziom polskiego szkolnictwa w okresie międzywojennym). Innym wartym odnotowania zjawiskiem była widoczna twórcza działalność polskich uczonych na rosyjskich wyższych uczelniach oraz ich udział w tworzeniu nowych, a także na Dalekiej Syberii, dokąd byli skazywani na „zsyłkę”.
Wielką zasługą Polski Ludowej było pokonanie analfabetyzmu, dziedzictwa Polski przedwojennej i II wojny światowej, podczas której zginęły setki tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji. Lata wojny to dla znakomitej większości młodych ludzi przerwa w nauce.
Po wojnie studia wyższe ukończyło miliony osób. Stanowili oni około 10 proc. społeczeństwa. Tworzenie nowej elity kraju trwało długo i można zaryzykować twierdzenie, że dopiero pod koniec istnienia PRL osiągnęła ona przyzwoity poziom. Przy zmianie systemu na kapitalistyczny okazało się jednak, że 10 proc. to za mało by zarówno elity, jak i społeczeństwo (elektorat) odrzuciło neoliberalne poglądy ekonomiczne, które – jak powiedział to, przy być może innej okazji, znany polityk – „kupił głupi lud”. Nowe, wykształcone w PRL elity, dobierane przecież na studia według kryteriów klasowych, nie obroniły systemu, który je stworzył.
Wręcz przeciwnie, wraz z tzw. wielkoprzemysłową klasą robotniczą przyczyniły się do jego obalenia. Nie zdała egzaminu przede wszystkim ówczesna elita polityczna kraju. Zarówno ta PRL-owska, jak i powstająca z niej nowa elita neoliberalna. Ta „stara” mogła przynajmniej spróbować zapoznać się z wzorcami chińskimi i starać się je naśladować. Inna sprawa, że ratowanie socjalizmu i pójście chińską drogą skończyło by się raczej niepowodzeniem, bo Rosja (dawny ZSRR) wybrała rozwiązania kapitalistyczne, a Polska kopiująca wzory chińskie pozostałaby w Europie osamotniona i niezrozumiana.
Ta „nowa” elita natomiast wykazała się kompletnym analfabetyzmem ekonomicznym przyjmując bez żadnej głębszej dyskusji doktrynę neoliberalną; wiadomo, że po roku 1989 należało wobec Zachodu, a szczególnie wobec Stanów, zastosować pewną dawkę „wazeliny”, ale było jej wtedy stanowczo za dużo. Po roku 1989 nie spisały się też elity polskiego kościoła katolickiego, nie próbując nawet podjąć rozważań na temat katolickiej nauki społecznej, nie mówiąc już o jej wdrażaniu. Nauk, jakie można wyciągnąć z historii naszej transformacji jest zapewne wiele, ale na plan pierwszy wysuwa się chyba potrzeba podnoszenia w społeczeństwie wiedzy ekonomicznej.
Według statystyki OECD obecnie odsetek Polaków z wyższym wykształceniem wynosi ok. 50 proc. i stale rośnie. (Dane OECD z 2016 roku – Polska 44,6 proc. , Czechy – 32,8 proc. , Słowacja – 31,5 proc. ,, Węgry – 33 proc. ). Na zjawisko wzrostu poziomu wykształcenie światowej młodzieży zwrócił uwagę Zbigniew Brzeziński, w czym, obok kilku innych czynników dostrzegał zagrożenie dla amerykańskiej supremacji na świecie. (Inne zagrożenia to jego zdaniem: ekspansja demograficzna w wielu regionach globu, błyskawiczne połączenia komunikacyjne, telefon komórkowy, internet, telewizja). Brzeziński obawiał się politycznego przebudzenia; „politycznie niespokojnych studentów oraz społecznie wykluczonych bezrobotnych.” „W dużej części dzisiejszego świata, pisał, miliony studentów uniwersytetów są zatem odpowiednikiem tego, co we wczesnym okresie industrializacji Marks określił mianem proletariatu.”
Pewnym bolesnym paradoksem jest uświadomienie sobie, że w sprawiedliwym ustroju, jakim miał być socjalizm, tylko 10 proc. społeczeństwa legitymizowało się wyższym wykształceniem (tutaj nasuwa się porównanie/analogia do 10 proc. szlachty w okresie I Rzeczpospolitej), podczas gdy obecnie, w ustroju kapitalistycznym, prawie co drugi Polak jest magistrem, (co prawda płacąc za to niekiedy duże pieniądze). Osobiście nic przeciwko temu nie mam, a nawet popieram. Chciałbym nawet, aby w Polsce, podobnie jak w niektórych innych krajach (np. skandynawskich-i znów kraje protestanckie!) ekspedienci w sklepach znali obce języka (choć prawdę mówiąc Skandynawom wystarczy do tego szkoła średnia, a niekiedy nawet podstawowa, przy może mniejszej niż u nas znajomości gramatyki). Mam też pewne podejrzenia co do nauki przedmiotów ścisłych w szkołach podstawowych; obawiam się, że nie wszystkie szkoły posiadają pracownie biologiczne, fizyczne czy chemiczne, a niektóre nie mają ich wcale. W tych warunkach nie ma mowy o właściwym przygotowaniu absolwentów dla szkół średnich, które z kolei przygotować powinny młodzież do podjęcia studiów na kierunkach ścisłych, bo tego przede wszystkim krajowi potrzeba.
Przeciwnicy upowszechnienia w Polsce szkolnictwa wyższego wskazują na niski poziom kandydatów do szkół wyższych, ale przyczyna tego stanu rzeczy tkwi zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w niskim poziomie nauczania w szkołach podstawowych i średnich. I nie chodzi tu o to, że mamy niezdolną młodzież, natomiast mamy wielu nieudolnych nauczycieli. Posłużę się znów przykładem krajów skandynawskich, tam za poziom nauczana odpowiada nauczyciel, a nie uczeń. I nie wystarczy od uczniów wymagać wiedzy, trzeba potrafić jeszcze ich nauczyć. Wyjście jest niezwykle proste, jakkolwiek w Polsce od setek lat trudne do realizacji; dobrym nauczycielom trzeba bardzo dobrze płacić. (Podobnie zresztą jak lekarzom i pielęgniarkom pracującym w państwowej służbie zdrowia. Gdyby było ich więcej i zarabiali dobrze, nie byłoby teraz kłopotów z personelem w trakcie pandemii. Przepraszam, że piszę o tak oczywistych sprawach.
Mała ilość lekarzy sprzyja być może praktyce prywatnej, ale nie społeczeństwu. Trzeba więcej młodych przyjmować na studia medyczne. Jakie to proste!).
Rosnący poziom wykształcenia polskiego społeczeństwa dobrze wróży przyszłości państwa polskiego, przy czym nauka powinna mieć świecki charakter.
Nie katolicki i nie protestancki, ani prawosławny, lecz świecki. (Jakkolwiek szkoda, że w ciągu ostatnich 100 lat chociaż przez kilka lat nie rządzili nami protestanci). Ma to zasadnicze znaczenie zarówno dla mądrego rozwiązywania naszych spraw wewnętrznych, jak na forum międzynarodowym; jeśli chce się odgrywać poważną rolę w Unii Europejskiej, NATO i Środkowej Europie (Grupa Wyszehradzka i Trójmorze).
Polską nie może kierować fundamentalizm religijny, bo nie znajdzie to zrozumienia ani w Europie, ani w regionie. Na zakończenie uwaga: nie uda się żadnej partii stworzyć własnej elity władzy, takie próby już były i skończyły się niepowodzeniem. Młodzież w Polsce wybiera studia nie dla określonej koncepcji politycznej lecz dla siebie i dla dobra kraju.
Poza tym – inteligentni ludzie czasem zmieniają poglądy, szczególnie na studiach. Ponadto, studia wyższe w Polsce kończą przede wszystkim kobiety (ok.60 proc. absolwentów), onegdaj były zacofane, teraz wychowywać będą nasze wnuki w szacunku dla nauki i kultury.

Literatura:

– Andrzej Zybała, Polski Umysł na Rozdrożu, SGH, Warszawa 2016

– Zbigniew Brzeziński, Strategiczna Wizja, Wydawnictwo Literackie, 2013

– Maksymilian Podstawski, Milan Hodža – ideolog i przywódca agrariuszy czechosłowackich, Dzieje partii i stronnictw chłopskich w Europie, Tom 1, Pułtusk – Warszawa, 2007

– Maksymilian Podstawski, Milan Hodža – ideologist and leader of Czechoslovakian agrarians, Myśl Ludowa, Warszawa 2017, Nr 10/2018

Bigos tygodniowy

Jak było do przewidzenia katosadystyczni fundamentaliści, ci od niejakiego Dzierżawskiego Mariusza, zbierają podpisy pod obłąkańczym projektem ustawy, który upodobni Polskę do Salwadoru. Ich projekt przewiduje zrównanie zarodka z urodzonym człowiekiem, zakaz przerywania ciąży będącej skutkiem przestępstwa i zagrażającej życiu kobiety, a także karanie więzieniem kobiet poddających się aborcji i tych, którzy jej w tym w jakikolwiek sposób pomogą. Przewiduje też karanie za poronienie tych kobiet, które „nie dochowały ostrożności w czasie ciąży”. W grę mają wchodzić kary więzienia do dożywocia włącznie. Występują z tym już po raz trzeci, ale tym razem naprawdę może im się udać, czego uczy nas doświadczenie ostatniego półrocza. Czy będzie San Salvador w Warszawie? Czy ktoś kiedyś zatrzyma w Polsce ten nieustanny terror katofundamentalistów?


Jak niepodległości bronią pisiory otwartych kościołów w czasie intensywnej inwazji pandemii. Cóż, pan każe – sługa musi. Natomiast niektórzy katoliccy fundamentaliści lamentują, że „rząd szantażuje katolików”. To w reakcji na apel ministra zdrowia Cyborga, przemawiającego za pomocą syntetyzatora mowy, apel o „odpowiedzialność proboszczy”. Zaiste, Cyborg z tym swoim apelem to istny nowy Neron i Domicjan w jednym. To prawdziwe prześladowanie chrześcijan. Profesor Robert Flisiak pyta: skoro rząd zamierza wprowadzić zakaz zgromadzeń, to powinien objąć nim też kościoły, w których przecież dochodzi do zgromadzeń. Zasłyszałem dowcip – do czego służy rząd? Do mszy.


Dominikanin z Wrocławia, jeden z bronionych swego czasu przez ojca Macieja Ziębę, podobno gwałcił nawet na ołtarzu. Ci to potrafią złożyć na ołtarzu każdą ofiarę.


W sprawie Obajtka już nie tylko sprawy dochodów i podatków, ale klimaty z „Psów”. Tylko pandemia sunąca po Polsce jak niszczący walec była w stanie nieco przysłonić obajtkową aferę. Tylko pandemia jest gorsza od Obajtka?


Spekulacje wokół przejścia ex-posłanki Lewicy, Pawłowskiej Moniki, miłośniczki „przeklętych” do partyjki Gowina. Lewica ją (Pawłowską) potępia, na prawicy (łącznie z gowinistami) przyjęto ją z rezerwą i zastrzeżeniami. Porucznicy Karnowscy i im podobni podejrzewają nawet, że Pawłowska po prawej stronie to koń (kobyła?) trojański/a.


Paweł Kasprzak, który jako lider Obywateli RP tak bardzo dał się we znaki pisowskiemu reżimowi, zrezygnował z działalności publicznej. Rozumiem motywy, ale bardzo żałuję. Panie Pawle, zrobił Pan wielką robotę, o której opowiedział mi Pan w wywiadzie udzielonym „Trybunie” latem 2019 roku. Dziękuję i – mimo wszystko – proszę o kontynuację w przyszłości. Chyba, że nie będzie już potrzebna. Oby.


Wielki krzyż niosły kolejno drużyny Straży Narodowej, Żołnierzy Chrystusa, Zakonu Rycerzy Jana Pawła II, Bractwa Przedmurza, Wojowników Maryi. Opublikowali też list do Prymasa Polski pisany językiem jakby wprost rodem z czasów kontrreformacji albo oblężenia Jasnej Góry. Na koniec listu wzywają Prymasa do „obrony trzody”. Trzoda – to brzmi dumnie.


Pani mer Paryża Anne Hidalgo krok po kroku ogranicza obecność aut w Paryża w trosce o czystość powietrza, a także w intencji zmniejszenia hałasu. A w Polsce niezmiennie samochodoza, która jest barbarzyństwem naszych czasów. W Warszawie jest już więcej prywatnych aut niż zameldowanych mieszkańców.


„Oskarżony wygląda jak idiota i mówi jak idiota, ale nie dajcie się zwieść pozorom. On naprawdę jest idiotą” – jak mówił przed sądem Groucho Marx. „Prezydentomat, moron” – padają dziesiątki ciekawych określeń. Lingwistyczna dyskusja w internecie nabrała rozpędu.


Zamiast babyboom w rezultacie pięćset plus, mamy w Polsce rekordowy babydoom, czyli demograficzne dołowanie. Narodowy Przymus Rodzenia Trupów tylko babydoom pogłębi, bo młode Polki coraz częściej odmawiają bycia żeńską biomasą do rodzenia i żywymi trumnami.


„Opatrzność sprawiła kolejny cud i dała nam kolejne pięć lat prezydentury sprzyjającej dziełu odnowy państwa. Mówię o cudzie, bo mając takie atuty w dziedzinie gospodarczo-społecznej, takie realne sukcesy, niepojęte jest, że wygrana nastąpiła tylko o włos. Niepojęte jest, że omal nie przegraliśmy!” – Andrzej Kisielewicz, eksdziałacz Solidarności Walczącej nieboszczyka Morawieckiego.


„To jest kompromitacja UE, że daje pieniądze autokratom z Węgier i Polski na budowę dyktatury i partyjnej oligarchii, bo na to niestety wychodzi. I tylko dlatego PIS nie urządził jeszcze polexitu, bo z Brukseli płynie kasa, na której oni się tuczą. Kiedy UE to zrozumie?!” – ten głos internauty polecam uwadze parlamentarzystów Lewicy w perspektywie głosowania nad ratyfikacją budżetu unijnego.


Pisokracja to mobokracja, czyli rządy tych, którzy najbardziej pragną aby przeciwnicy cierpieli. Można to nazwać sado-kracją. Od markiza de Sade, który wynalazł sadyzm.

Dwa tygodnie radości

Kraj mój aż tak bardzo mnie nie zajmuje, jak myślenie o swoim własnym mikrokosmosie. Czy wygra Duda czy Trzaskowski, niewiele się dla mnie zmieni. Zmienić by się mogło, gdybyśmy inaczej pogrywali sobie z pandemią i podchodzili do tego szaleństwa zdroworozsądkowo. Ale zdrowy rozsądek u nas w kraju to towar mocno deficytowy.

Polak znowu truchleje, że zaraza nie odpuszcza. W miniony łykend wywalczyliśmy puchar przechodni lidera zachorowań na skalę europejską. Dziwuje się wiara, jak to możliwe, że skorośmy wprowadzili radykalne środki ostrożności na początku marca, choróbsko miast opadać, co rusz to narasta. Minister rozkłada ręce, premier też, a ja Wam mówię, dobrzy ludzie, że jest to prosta matematyka dla klas ósmych. Było bowiem z covidem na świecie tak, że kiedy we Włoszech czy w Hiszpanii zaczęto notować wypadki masowych zachorowań, nie zabetonowano kraju od razu, tylko pozwolono, żeby przez pierwszy miesiąc zaraza sobie poszalała. W myśl zasady, kto się ma zarazić, ten się zarazi, a co uratujemy w ten czas z gospodarki, to nasze. Dopiero, mniej więcej po miesiącu, zaczęto na Zachodzie wprowadzać lockouty, kiedy rzeczywiście brakowało respiratorów w szpitalach. Nie wszędzie na szczęście, ale bywały i takie wypadki. U nas rząd pochwalił się, że zadziałał mądrzej niż pazerny Zachód, bo zamknął wszystko chwilę po tym, jak ujawnił się pacjent zero, żeby zdusić chorobę w zarodku. Jak się okazuje, nic nie zdusił, bo to, co na Zachodzie wykluło się na początku roku i teraz opada, u nas wykluwa się dwa tydnie po popuszczenia izolacyjnego pasa, znaczy się teraz. Trzymaliśmy się twardo na zakazach, siedzieliśmy pod kluczem, co nie znaczy, że choroba sobie poszła, jakby tego chciał ten czy ów. Wyszli ludzie, wyszedł i wirus. Lepiej więc było zrobić jak nieczuły na ból i cierpienia Zachód albo bezbożny Szwed. Tymczasem będzie się u nas wirus ciągle namnażał, po 100 po 200 sztuk do końca wakacji, a we wrześniu, razem z sezonem grypowym, dokopie Polaczkom jak Wermacht blitzkriegiem.
Wiem, że całe to wielkie otwarcie, to wcale nie z myślą o zdrowiu psychicznym Polaków, tylko w strachu przed wyborami. Jakby nie było wyborów w czerwcu, to dalej wychodzilibyśmy z wchodzenia do lasu, jak to było na początku przygody, kiedy elekcję miał załatwić Sasin z listonoszem. Przypuszczam również, bo akurat tego nie wiem, że gdy Duda w lipcu wybory wygra, a sądzę, że jednak tak to się właśnie skończy i przed drugą turą machina pisowska będzie robić już taki młyn, że się Trzaskowski będzie kojarzył z całym złem tego świata, wszystkie luzowanie zniknie, krok po kroczku, żeby przygotować naród na przyjście drugiej fali covidu, i skończy się złota wolność obywatelska. Tym razem na dłużej.

Czytam właśnie z przerażeniem, że policja dozbraja siły prewencji i kupuje nowe zabawki za 30 milionów; głównie armatki wodne i wozy opancerzone plus miotacze gazu, kaski i inne narzędzi przymusu bezpośredniego, na wypadek, gdyby naród tak ochoczo nie chciał się podporządkować zakazom na nowo. Już przecież niewiele sobie z tego robi i wyłazi na ulice, żeby manifestować swoje niezadowolenie, a władza przeca robi tylko to, co do niej należy, w trosce o dobro obywatela. Bo jak go nie zakazem, to…pałką.
Smutno mi się robi, kiedy sobie myślę o kościołach. Ależ będzie za dwa tygodnie dramat. I nie trzeba do tego magicznej kuli ni objawionych prawd, żeby przewidzieć, że za 2 tygodnie tj. po czasie, w którym zaraza się w człowieku wykluwa, pomrze w Polsze dużo ludzi. Starych ludzi. Schorowanych. Religijnych. Tych wszystkich, którzy są w grupie ryzyka, a którzy pójdą gremialnie do świątyni, bo duch, tak jak ciało, również potrzebuje strawy, a rząd to wie i docenia. Szkoda, że będzie to ostatni duchowy posiłek w ich życiu, bo gdzie jak gdzie, ale w kościołach w Polsce, odsetek seniorów dla których covid jest groźny i zabójczy, to nie jest statystyczny błąd. Dowiemy się więc za 2 tygodnie, że znowu rekordowo nam przyrosło. I że żniwo czarne wielkie i, o la Boga, trzeba zapędzić ludzi na powrót do mysiej dziury, bo nieumiejętnie korzystają z wolności. A można by jednak zrobić rzecz dużo prościej. Wyłożyć łopatą ludowi, że starzy i chorzy zostają w domach, a młodzi i zdrowi niech pracują i nową/starą Polskę budują. Tak jak budowali drzewiej. Kto ma starego i chorego w rodzinie, niechaj go nie odwiedza. A ten niech nie pałęta się po kościołach i przychodniach, jak nie musi. Po kościołach to już na pewno. Ale komu ja to mówię i kiedy. Przed wyborami, to my w Łomży ze szwagrem nie takie numery…

Bicz boży

Nie wierzę, że już nie macie dość. Macie pewnie tak samo jak ja, a może nawet bardziej. Niech ten obłęd wreszcie się skończy. Ale chyba nie ma na to szans. Może więc lepiej będzie ludziom powiedzieć, że kiedy minie szczyt zachorowań i mniej ludzi pocznie trafiać do szpitali, to choroba, która wywróciła w tym roku świat do góry nogami, zostanie z nami na zawsze. I żeby zacząć się przyzwyczajać do jej obecności. Żyć względnie normalnie i czekać wymyślenia szczepionki. Kościół polski już jakby do tego dojrzewa. Lub może nie tyle Kościół, co taca.

Znajomi znajomego dopuścili się ongiś świętokradztwa. Nie jakiegoś wielkiego, ale zawsze. Proceder był efektem nudy, braku pracy i chwilowego, lepszego pomysłu na życie. Pod osłoną nocy przywłaszczyli sobie z magazynku przy zakrystii 10 metrów węża ogrodowego, grubego i mocnego, którym kościelny podlewał parafialny trawnik. Tylko to przedstawiało w menażerii kościelnego jakąś wartość. Nie bardzo jednak wiedzieli, co zrobić z łupem. Postanowili więc, że potną szlauch na mniejsze kawałki, nazwą je „bicze boże” i rozdadzą za darmo miejscowym chłopakom, którzy akuratnie szykowali się do rozprawy z chłopakami z sąsiedniej wsi na zabawie, dwie wsie dalej. Bicze boże doskonale się sprawdziły. Podobno niektórzy do dziś wspominają ich druzgocącą moc, kiedy patrzą w lustro na swój połamany kinol.

Kościół polski, w sam raz, na tydzień przed świętami, zadekretował, że w tegoroczną Wielkanoc wiernych w świątyniach będzie mogło być więcej. Nie 5 owieczek, a 50. I to właśnie przez wzgląd na tych 50, rząd planów Kościoła nie zniweczy, tak jak Bóg ojciec nie zniszczył Sodomy. Argument kościelno-rządowy jest jeden. Przecież to takie polskie, rodzinne święta; trzeba nie mieć serca, żeby zabronić ludziom przychodzić do świątyni, bo przeca, gdzie dwóch w imię moje, tam i Ja. Koronawirus? Proszę Was. Kto ma się zarazić, ten i się zarazi. Byli niedawno tacy, którzy siłą fizyczną chcieli otwierać drzwi kościołów, w imię Boże. Mieli nawet wsparcia jednego z eksministrów. Na szczęście jednak skończyło się na napince internetowej i do rebelii nie doszło. Za tydzień jednak ludzie do kościołów pójdą gromadniej. Nie we Włoszech, nie w Hiszpanii, Niemczech, ale w Polsce. Pójdą gromadniej i dadzą gromadniej na tacę. A jak wiadomo, w Święta portfele otwierają się Polakom szerzej i naród wtedy szczodrzejszy. Tylko to, Szanowni Państwo, jest prawdziwym powodem złagodzenia zakazu-brak kasy.

Kiedyś słyszałem opowieść, jak pewien artysta, na przełomie wieków mocno popularny, rzucał kosmiczne stawki za występy i ludzie płacili. Bo każdy chciał go zobaczyć i pochwalić się szwagrowi przy komunijnym obiedzie. Koleś żył wtedy jak król. Pił, ćpał i chędożył wszystko, co najdroższe. Nie liczył się kompletnie z kosztami życia ponad stan. Kiedy gwiazda artysty nieco przyblakła, grywał iwenty, najpierw dla dużych, a później dla mniejszych firm. Za połowę stawki. A kiedy pies z kulawą nogą nie chciał na niego przychodzić, sam rozsyłał mejle i dzwonił pod domach kultury, żeby dali zagrać, choćby na otwarciu komendy, bo nie ma za co płacić alimentów.

Tak to już jest, że kiedy widmo pustej kabzy zagląda do oczu, a oczy nie były nigdy nawykłe do widoku dna w szkatule, zaczyna się panika. W narodzie jest tak, że jak trwoga, to do Boga.

A jak w kościele trwoga, to na pomoc do rządu. Kiedy rząd z kościołem trwają w sojuszu, to zawsze się coś wymyśli. 50 osób to nie cały kościół, ale zawsze dobre i to na początek. Na ropę do mercedesa dla proboszcza. Jeśli jest jednak inaczej niż piszę, istnieje bardzo prosty sposób, żeby sprawdzić kościelne intencje. Wystarczy, żeby przewodniczący Episkopatu rozesłał po parafiach pismo, odczytywane z ambony, że cała taca z Wielkiego Tygodnia trafi na potrzeby walki z koronawirusem. Czy to na Caritas czy inną kościelną fundację; byleby później zobaczyć, ile na to poszło. Tyle i aż tyle. Inna rzecz, że nawet gdyby tak się stało, to kto rzetelnie wyliczy ile rzeczywiście w Wielkim Tygodniu zebrano na tacę. I nie tylko na tacę; do puszki, ile kupiono cegiełek itp. No ale to już kłopot, z którym Polska zmaga się od dawna i jakoś nikt nie kwapi się, żeby go rozwiązać.


Hun Attyla, zwany Biczem Bożym, zbudował potężne imperium, był postrachem Europy, a odszedł banalnie. Jedni powiadają, że został otruty, inni, że zalała go krew z nosa którą się udusił, a wersja najbliższa prawdy jest ponoć taka, że umarł na swoim ósmym weselu z przepicia i obżarstwa. Jeszcze za życia zaraza dziesiątkowała jego lud, a on trwał w siodle, gwałcił, rabował, plądrował i burzył. Końcówki, w myśl millerowskiego porzekadła, panie prezesie i panie biskupie, bywają u mężczyzn najważniejsze!

Skrajna nieodpowiedzialność arcybiskupa

W czasach strasznej epidemii, wśród której przyszło nam żyć, szczególnego wymiaru nabiera kwestia odpowiedzialności za siebie i za innych. Eksperci z dziedziny wirusologii, z kraju i ze świata, apelują w tonie jak najwyższej powagi, aby zachować jak najdalej idące środki ostrożności. Wierzący zanoszą modlitwy do Boga co jest ich pełnym uprawnieniem, ale niestety wśród pasterzy Kościoła katolickiego, znalazł się Metropolita Diecezji Szczecińsko-Kamieńskiej Abp Wojciech Dzięga, który na niedzielę 15 marca b.r. wystosował do diecezjan słowo pasterskie, opublikowane także na stronach Kurii Diecezjalnej Szczecińsko-Kamieńskiej.

Stawiając się w roli swoistego eksperta i bagatelizując wezwania specjalistów do bezwzględnego wdrożenia środków zaradczych, hierarcha pisze:
„Nie lękajcie się sięgać z wiarą po wodę święconą. Nie lękajcie się świątyni. Nie lękajcie się Kościoła. Otwórzcie na nowo Chrystusowi drzwi Waszych serc i myśli, Waszych wyborów i czynów”.
W dalszym ciągu dość obszernego listy Metropolita zachęca:
„Nie lękaj się, Siostro i Bracie, jeśli tylko możesz, przyjmować Świętej Komunii na kolanach i do ust”.
I wreszcie sumuje swoje dictum słowami:
„A poza tym – wszyscy musimy się jeszcze wiele modlić, aby wreszcie zakończyło się w Polsce zabijanie nienarodzonych dzieci, traktowane jako metoda pozbywania się problemów, oraz by zaczęła się pełna ochrona zdrowia i życia każdej niewiasty i każdego mężczyzny, także każdego dziecka, od poczęcia do naturalnej śmierci”.
Nie potrafię tego pojąć. Z jednej strony bowiem (ostatni cytat) arcybiskup wykazuje się troską o zdrowie i życie ludzkie, ale sam wystawia je na śmiertelne niebezpieczeństwo zachęcając wiernych do korzystania z wody święconej, ze świątyni (przez co rozumiem uczestnictwo w nabożeństwach), przyjmowania Komunii wprost do ust z ręki kapłana. Nie jestem pewien czy pasterz diecezji szczecińsko-kamieńskiej zauważył, że sam sobie przeczy w sformułowanym do diecezjan liście.
Jestem prawnikiem-karnistą i po lekturze listu hierarchy, jak i po zapoznaniu się z tekstem Pana Profesora Obirka z którym dyskutowałem, od razu (tak działa umysł prawnika), spojrzałem na sprawę przez pryzmat ewentualnej odpowiedzialności karnej autora tego niedorzecznego w wielu miejscach kolaboratu – metropolity Dzięgi.
W mojej ocenie abp Dzięga – gdyby to w polskiej rzeczywistości było możliwe – mógłby z całą pewnością odpowiadać karnie z dwóch przepisów Kodeksu karnego, a to z art. 160 § 1 w brzmieniu: „Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Bez wątpienia zastosowanie (i to chyba pierwszorzędne) znajdzie wobec czynu metropolity przepis art. 165 Kodeksu karnego: „§ 1. Kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach:
1) powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej albo zarazy zwierzęcej lub roślinnej, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.
Wymowa listu abpa Dzięgi jest zachętą, co więcej zachęta na mocy jakiegoś autorytetu jaki z pewnością u wielu on posiada, do korzystania ze środków, które wprost mogą prowadzić do zarażenia koronawirusem. Jest także stanięciem w jaskrawej opozycji do zarządzeń państwowych służb sanitarnych. Metropolita czyni to z pełnym rozmysłem, z winy umyślnej, świadomie i dobrowolnie, sądząc chyba, że działanie praw fizyki, biologii, wirusologii zawieszone zostaje np. na przy całowaniu krzyża, przy podawaniu mokrymi od śliny palcami kapłana, przy całowaniu relikwii, przy czynieniu znaku krzyża za pomocą wody święconej itd. Jakie kompetencje formalne ma abp Dzięga, aby w tych sprawach z mocą autorytetu się wypowiadzać? Otóż nie ma żadnych kompetencji. Tak jak służby sanitarne i grono profesorskie nie poucza go jak ma poprawnie odmawiać brewiarz czy celebrować liturgię, tak on nie powinien sabotować działań autorytetów z dziedziny wirusologii i szeregu innych dziedzin.
W normalnym państwie ten człowiek powinien po prostu usłyszeć zarzuty karne i stanąć przed sądem. Przy czym zasadniczym zwrotem w zdaniu poprzednim, jest zwrot: „w normalnym kraju”.
Scharakteryzuję krótko artykuł 165 par. 1 kk (tekst powyżej), albowiem ma on w tej sprawie znaczenie fundamentalne. Wskazany przepis karny ma bowiem na celu ochronę społeczeństwa przed wywołanym przez różnego rodzaju działania lub zaniechania człowieka niebezpieczeństwem o takiej skali, że zagrożone byłoby życie i zdrowie wielu osób lub mienie w wielkich rozmiarach.
Chodzi o „takie niebezpieczeństwo, które charakteryzuje się rozległością zagrożenia dla
określonej lub nieokreślonej, ale zawsze większej zbiorowości ludzkiej albo znacznego zasięgu
dóbr materialnych. Musi ono być realne i konkretne (wyr. SA w Katowicach z 27.5.2011 r.,
II AKa 160/11, KZS 2011, Nr 9, poz. 79). Niebezpieczeństwo jest rzeczywiste, gdy powoduje realne zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej albo zwierzęcej lub roślinnej” (wyr. SN z 20.5.1998 r., II KKN 37/98, OSNKW 1998, Nr 7–8, poz. 33). Zachowanie sprawcy musi wywołać określone, konkretne i dające się udowodnić niebezpieczeństwo dla chronionego dobra prawnego (wyr. SN z 12.6.1987 r., III KR 205/87, OSNPG 1988,
Nr 8, poz. 79; M. Bojarski, w: M. Bojarski (red.), Prawo karne materialne, 2010 s. 479).
Chodzi o narażenie życia i zdrowia człowieka na niebezpieczeństwo nie tylko powszechne, lecz również niebezpieczeństwo konkretne, nie zaś abstrakcyjne (wyr. SN z 20.5.1998 r., II KKN 37/98, OSNKW 1998, Nr 7–8, poz. 33, z glosą P. Witkowskiego, Pal 1999, Nr 3–4, s. 231–236; wyr. SA w Rzeszowie z 13.12.1992 r., II AKr 116/92, OSA 1993,
Nr 10, poz. 55; post. SA w Krakowie z 15.2.2005 r., II AKz 48/05, Prok. i Pr. – wkł. 2005, Nr 11, poz. 22; post. SA w Krakowie z 15.2.2005 r., II AKz 48/05, OSA 2006, Nr 4, poz. 19).
Nie chodzi o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa, lecz „tylko” niebezpieczeństwa. Niejest wymagana nieuchronność zdarzenia, którego niebezpieczeństwo sprawca miał sprowadzić. „Sprowadzenie niebezpieczeństwa – jak trafnie wskazuje się w orzecznictwie – nie musi łączyć się z nieuchronnością zaistnienia zdarzenia, którego niebezpieczeństwo sprawca miał sprowadzić, ale także z taką sytuacją, w której zniweczona została w istotny sposób skuteczność środków podjętych w celu ochrony przed takim grożącym niebezpieczeństwem. Stan niebezpieczeństwa może więc wynikać także z tego, że na skutek podjętych działań istnieje poważna obawa, iż wały przeciwpowodziowe nie spełnią swoich funkcji, co nie jest jeszcze tożsame z tym, że rzeczywiście taka sytuacja będzie miała miejsce” (wyr. SA w Krakowie z 17.10.2013 r., II AKa 138/13, KZS 2013, Nr 11, poz. 63).
Zdarzeniem o rozległych skutkach jest epidemia (art. 165 § 1 pkt 1 KK).
Epidemią jest wystąpienie na danym obszarze większej niż przeciętnie liczby zachorowań na określoną chorobę. Zgodnie z art. 2 pkt 9 ustawy z 5.12.2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń o chorób zakaźnych u ludzi (tekst jedn. Dz.U. z 2016 r. poz. 1866 ze zm.).
Chodzi o liczbę zachorowań wyraźnie większą niż we wcześniejszym okresie, albo wystąpienie zakażeń lub chorób zakaźnych dotychczas niewystępujących. Zakażeniem jest wniknięcie do organizmu i rozwój w nim biologicznego czynnika chorobotwórczego (art. 2 pkt 32 ChorobyU). Ustawa nie wymaga spowodowania epidemii, ale wystarczające jest wywołanie samego zagrożenia. Niemniej brak symptomów epidemii lub choroby zakaźnej eliminuje wypełnienie znamion tego przestępstwa (wyr. SA w Rzeszowie z 13.12.1992 r., II AKr 116/92, OSA 1993, Nr 10, poz. 55). Odpowiedzialność jest niezależna od tego, czy wprowadzono stan epidemii, czy stan zagrożenia epidemiologicznego.
W mojej ocenie nie budzi wątpliwości, że zachęta abp. Dzięgi spełnia stronę przedmiotową przestępstwa z art. 165 par 1. ust 1 kk. w formie stadialnej usiłowania. Trudno wyobrazić sobie, aby takie bezspornie głupie, po prostu głupie i nieodpowiedzialne, zachowanie Metropolity, uszło reakcji organów ścigania – choć doskonale wiemy, że ujdzie.
Dodam, że w parafii gdzie mieszkam duchowni dostosowali się w całej pełni tak do zarządzeń państwowych władz sanitarnych, jak i wytycznych miejscowego Ordynariusza i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Za tę wzorową postawę z całego serca im dziękuję. Tak właśnie przejawia się troska o zdrowie i życie drugiego człowieka.

Wojna zatęchłego tradycjonalizmu z rozumem

Jakiej wspólnoty Polacy potrzebują.

Kościół katolicki od czasu kontrreformacji jest kustoszem tradycyjnej świadomości zbiorowej polskiego społeczeństwa i bastionem konserwatyzmu obyczajowego. Jego zadaniem jest obrona ludu bożego przez zmianami, które przyniosło oświecenie, postęp nauki, zwłaszcza medycyny, wzrost autonomii i podmiotowości jednostki – wszystko dary nowoczesności. Jest stroną w wojnie kulturowej między tradycją a nowoczesnością, która w oczach narodowej i konserwatywnej prawicy przybiera wiele złośliwych form: relatywizmu, neomarksizmu, feminizmu, dechrystianizacji, seksualizacji czy szeroko rozumianego postępu. Ale Kościół i religia mają janusowe oblicze.

Gdzie diabeł nie mówi dobranoc

Dlaczego w gronie społeczeństw, które osiągnęły już wysoki poziom rozwoju społeczno-gospodarczego, powszechna religijność cechuje tylko irlandzkie (do niedawna), amerykańskie i polskie? W społeczeństwach o wysokim poziomie życia i utrwalonej demokracji spada religijność, rośnie za to odsetek niewierzących bądź tylko obojętnych religijnie. W istocie mamy tu do czynienia nie z zanikaniem religijności, lecz z procesem przemieszczania się religii do prywatnej sfery własnych przekonań i obyczajów, porzucania jej instytucjonalnych form. U podstaw tej tendencji leży kilka okoliczności. Względnie wysoki dochód społeczny rodzi konsumpcjonizm i związany z nim hedonistyczny stosunek do życia (życie jako użycie). W tej sytuacji śmierć staje się tylko kresem konsumpcji. Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, procedury in vitro, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny. Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, piece grzewcze piątej generacji. Potrzebę wspólnotowych działań mogą zaspokajać happeningowe manifestacje w sprawie reformy sądownictwa, ścieżek rowerowych czy jakości usług publicznych.
Te obserwacje potwierdza pozornie paradoksalna prawidłowość, że to właśnie laicyzacja społeczeństwa (mierzona odsetkiem niewierzących) koreluje z wysokim poziomem rozwoju społecznego (HDI). Jak stwierdza badacz kultów religijnych Phil Zuckerman, „kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, a ich obywatele cieszą się największymi swobodami”. Mylą się więc kościelni hierarchowie i ich polityczni promotorzy, kiedy utożsamiają laicyzację z rozpadem więzi społecznych, kresem cywilizacji jaką znamy, upadkiem solidarności międzyludzkiej.

Tymczasem w Polsce

Ale w Polsce muszą występować jakieś specjalne okoliczności, skoro prywatyzacja religii toczy się powoli, choć w przewidywanym kierunku. Do tych okoliczności z pewnością można zaliczyć dziedzictwo kontrreformacji (demonstracyjna religijność szlachty, jej niechęć do bawienia się naukami, Kmicic versus Kartezjusz), później wiara przed rozumem romantyków. Podczas zaborów Kościół stał się namiastką państwa, a przecież w fazie powstawania nowoczesnych narodów odgrywało ono dużą rolę. Poszerzało wolności obywatelskie, przejmowało majątki instytucji kościelnych. Dopiero od czasów Oświecenia świeckość państwa prowadziła do coraz większej niezależności nauki, szkolnictwa, debaty publicznej, rozstrzygania dylematów moralnych na gruncie dorobku nauki i etyki niezależnej od ingerencji kościołów. W rezultacie w ciągu dwóch, trzech wieków wiarę zastępowały stopniowo racjonalne przekonania, kontrolowane ostatecznie przez różnorodne wyniki eksperymentów i obserwacji. W historycznym rozwoju polskiej mentalności i etosu brakowało też racjonalności myślenia i działania, które gdzie indziej wnosiło mieszczaństwo. W Polsce stosunkowo duży odsetek ludności zamieszkuje obszary wiejskie i małomiasteczkowe. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Wśród 42,7 proc. uczestniczących w roku 2015 w nabożeństwach znajdujemy rolników z województw podkarpackiego i małopolskiego, następnie osoby starsze, zwłaszcza kobiety, emerytów i rencistów, z podstawowym wykształceniem i średnio zamożne (Diagnoza społeczna 2015). Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła. W szkołach publicznych więcej jest lekcji religii niż biologii czy historii. Rodzina jest ważna w każdym systemie społecznym, gdyż reprodukuje stosunki społeczne i utrwala miejsce religii w życiu jednostki i całej wspólnoty. Tu dokonuje się zrytualizowany przekaz pamięci kulturowej. Ważnym zabiegiem, bliskim praniu mózgu, jest obrzęd uroczystego przyjmowania do wspólnoty religijnej. To wtedy wspólnota wdrukowuje emocjonalne symbole swojej religii. Trzeba później dużej samodzielności sądu, by przebić ten kokon. Polskie społeczeństwo przejawia też duży konformizm w myśleniu i w debacie publicznej. Wiąże się to z brakiem odwagi cywilnej. To efekt koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy, zwierania szeregów przeciwko wspólnemu wrogowi. Zarzut zdrady sprawy narodowej był wyjątkowo hańbiący (stąd „zdradzieckie mordy”). Długie tradycje ma masowe oddziaływanie religijne kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy). W czasie rewolucji 1904-1905 świadomość klas ludowych na wsi i w mieście przeorała ideologia endecji, silnie kojarząca polskość z katolicyzmem. W ostatnich dekadach dużą rolę odgrywa organizowany kult Papieża-Polaka, darzonego powszechnie uczuciem wzniosłości. Kościół podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej. Kościół ma też władzę nad miejscem pochówków, bo według NIKu na 15,5 tys. cmentarzy w Polsce tylko 1880 (12 proc.) to cmentarze komunalne. Za ten stan prawny odpowiedzialny jest postsolidarnościowy obóz rządzący. Wykreowane przez media pokolenie JP II jest teraz w PiSie, PO, Nowoczesnej, Kukiz 15, Konfederacji, formacjach radykalnej prawicy. Okazało się ono masą niesamodzielnych intelektualnie konserwatorów polskiego zaścianka. Kołyszą się na falach barki, stoją pod amboną kościoła łagiewnickiego lub tłoczą się na polach Jasnej Góry. Podczas hołdu toruńskiego premier bądź co bądź świeckiego państwa wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, zwłaszcza polską energetykę, jej rozwój i unowocześnienie. Bo samodzielnie potrafi walczyć tylko z wiatrakami. Wróciła pełną gębą sienkiewiczowska Polska zdziecinniała.

Kościół narodowy

Z tej historycznej wirówki wyłonił się polski kościół instytucjonalny i polski katolik. W jego świadomości religia splata się z narodem, służąc mu pomocą w ciężkich czasach i dostarczając symbolicznej ikonosfery, którą Juliusz Mieroszewski nazwał „zakonem polskości”. Kościół stworzył swoisty departament Opatrzności Boskiej nad krajem, np. Jasna Góra jako centrum duchowe kraju, Polska jako Chrystus narodów. W tym celu powstały różne krzepiące mity, które pozwalały przetrwać traumę „ciężkich terminów”, których nie brakowało: intronizacja Chrystusa na króla Polski, Matka Boska mająca pieczę nad wojskiem, czym przypomina słowiańską Dziewannę-Dziwonię, boginię łowów i walki. W istocie chrzest Polski ograniczał się do najbliższego kręgu władcy, sieć parafii powstawała kilka wieków; św. Stanisław to zdrajca stanu, skazany na karę główną-głowną, czyli dekapitację; obrona Częstochowy dokonała się bez świętego obrazu, z przewagą ognia obrońców, z krajanami walczącymi po obu stronach itd. itd. Klęski powstań narodowych oswajał emocjonalnie terapeutyczny mit ofiary patriotyzmu na „ołtarzu Ojczyzny”, a przelana krew krzepiła wampiryczny polski patriotyzm. W rezultacie w wyjątkową misję Polski w dziejach może wierzyć ponad 80 proc. społeczeństwa. Kościół też chciałby mieć monopol wrażliwości na cierpienia, niedostatki i frustracje ludu bożego, choć nie słychać, by gorszyły go ekscesy wolnego rynku w Polsce, np. by upomniał się o sprawiedliwą płacę. Sam zaś zastępuje pomoc ubogim dobroczynnością, bo Caritas finansuje budżet państwa. Jego pomoc od wieków jest blankietowa: chętnie się pomodli o pomoc z nieba. Kościół zażyczył sobie od państwa, by wpisało do kodeksu karnego ściganie obrazy uczuć religijnych Teraz deforma Jarosława Gowina połączyła nauki o kulturze z naukami o religii, a teologia stała się dziedziną o statusie równym naukom humanistycznym czy społecznym, a więc naukom bądź co bądź odwołującym się do racjonalności poznawczej, opartej na intersubiektywności i adekwatności empirycznej. Hierarchowie Kościoła głoszą wartości wyższe, ale nie gardzą dobrami niższego rzędu (vide arcybiskup Leszek Głódź). Mają też dobre relacje z biznesem, często sponsorem kościelnych przedsięwzięć. Na dodatek, po uchyleniu rąbka sutanny, ujawnił się patologiczny skrzep celibatu, homoseksualizmu i homofobii. Kościół jako przewodnik duchowy rezerwuje dla siebie ostatnie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, zwłaszcza związanych ze sferą seksualną człowieka. Na dodatek przemawia w języku władzy zwierzchniej, uzurpując sobie uprawnienia do „prawdy” o moralności i „wartościach”. W razie potrzeby zbrojnym ramieniem wspiera go państwo (np. interwencja policji w kościele w Bełchatowie w sprawie 13-latka, podejrzanego o publiczne znieważenia ciała Chrystusa). W ten sposób tworzy w kulturowej wojnie wspólny front z konserwatystami, dla których naczelną wartością jest zachowanie wspólnoty etniczno-kulturowej: jej świętej wiary, tradycji, rodziny, obyczajów, błogosławionych mitów i bohaterów. Obrona dzięki jedynej prawdziwej wierze przed bezdusznym Zachodem i jego nowoczesną cywilizacją. Siły wrogie tak rozumianej wspólnocie to „zarazy” przypominające dawne duchy nieczyste w epoce polowań na czarownice. Z tymi diabelskimi mocami zawierają pakt zwolennicy edukacji seksualnej, uczestnicy parad równości czy postulujący przywrócenie świeckości państwa, słowem, lewacy spod znaku tzw. ideologii gender i LGBT. Kościół narodowy znalazł się obecnie pod presją wiernych, zwłaszcza kobiet, które chcą „odzyskać nasz Kościół”. Tym dążeniom sprzyja obecny pontyfikat papieża Franciszka, który wzywa do dialogu z innymi religiami i kulturami, do nawrócenia ekologicznego i przyznania większej roli świeckim kosztem kleru.

„Nie wszystek umrę”

Ale odczarowanie świata, które przyniosła nauka i technika nie zaszkodziło religii. Ta bowiem operuje na innym poziomie świadomości, inną potrzebę zaspokaja. Jej podstawową funkcją w życiu jednostki jest dostarczanie nadziei eschatologicznej, nadziei, że w jakiejś innej postaci będę trwał nadal. Filozofowie i antropologowie religii spierają się, czy lęk przed ziemskim kresem egzystencji biologicznej jest naturalny czy skonstruowany (B. Chwedeńczuk, R. Otto, R. Rappaport, B. Wolniewicz). Cóż, niektórzy potrzebują duchowej protezy, gdyż świadomość kresu żywota wprawia ich w „drżenie”. W religijnym obrazie śmierć ujęta jest w triadę: groza, nadzieja, nagroda, którą stanowi nowe lepsze życie „w nowym, wiecznym mieszkaniu”. Śmierć jest karą za moralną katastrofę ludzkości, dlatego wierzący ma mieć poczucie winy. Jednostka jest tu niepełnosprawna moralnie: podejrzana, nieczysta, wydrążona. Uzyskuje status osoby, godność, dzięki temu, że jest obrazem Boga. Jednak dopiero Kościół dzięki objawieniu i nauczaniu pozwala jednostce żyć według prawa naturalnego, co zwiększa jej szanse na zbawienie. Jak pisze filozof i teolog Tadeusz Bartoś, jednostka w dominującej religii jest nikim, „śmieciem, którego jedyną wartością jest bycie zbawionym”. Jednak pod wpływem współczesnej medycyny, bioetyki, opieki paliatywnej ostatnia faza życia staje się coraz bardziej jego dopełnieniem.

Korzyści w perspektywie wspólnotowe

Bilans nie jest prosty, ponieważ religia ma janusowe oblicze. Pomaga trwać wspólnocie niespokrewnionych ludzi, stanowi spoiwo społeczne. Kościół oferuje też wspólnocie możliwość integracji na podstawie uroczystych rytuałów, wszechobecności symboliki religijnej, także w urzędach i szkołach, wspólnych uniesień, uwznioślania odpowiednim obrządkiem i odpowiednią oprawą, także muzyczną, ważnych momentów w życiu każdego: od startu do mety. Religia według Immanuela Kanta jest wehikułem moralności, ta z kolei ma za zadanie temperować egoizm i oliwić grupową współpracę. Religia zatem jako ewolucyjna adaptacja pomaga funkcjonować wielkim grupom społecznym na gruncie wspólnej moralności. Np. monogamia służy obu stronom, ponieważ ułatwia maksymalizację przekazu rodzicielskich genów, m. in. dzięki opiece nad potomstwem, które długo pozostaje niesamodzielne. Religia tylko utwierdza w swojej dogmatyce to rozwiązanie ewolucji gatunku. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia (pogański kult posągów i ikon, kult zmarłych, kult świętych gór, na czele z Jasną Górą, wcześniej również miejscem pielgrzymek). Na współczuciu i trosce oparty jest przekaz nauki Chrystusa: gotowość poświęcenia się dla innych, obdarzanie ich szacunkiem, potępienie gromadzenia bogactwa jako celu życia, poszanowanie prawdy i prawdomówności, umiejętność wybaczania, nawet wrogom, pacyfizm. Na uznaniu tych zasad jako wytycznych własnego postępowania polega istota ewangelicznego nawrócenia. Cnoty te mają charakter uniwersalny, dlatego poeta mógł z przekąsem ocenić rodaków: „już katolicy, ale jeszcze nie chrześcijanie” (J. Tuwim). Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli sojusz ołtarza i tronu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Sytuacji nie polepszają też liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są bowiem za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Koszty poznawcze wierzącego

Narracja narodowo-religijna utrwalała się w kontrze do emancypacji intelektualnej i obyczajowej, którą przyniosło Oświecenie, z jego ideą uniwersalnych praw człowieka i obywatela, ideą równości i demokracji, z nadzieją na „wyjście człowieka z niepełnoletności”. Religia wprowadzając wątek ponadnaturalnych bytów wchodzi w konflikt z nauką. Zamiast naukowej wiedzy o dziejach kosmosu czy antropogenezie doktryny religijne oferują krzyżówki mitów i alegorii (wygnanie z raju, dzieworództwo). Kościół od czasów Konstantyna uczynił wrogiem racjonalizm kultury grecko-rzymskiej. Wysiłek Kościoła na tym polu przez tysiąclecie był na szczęście tylko częściowo skuteczny. Jest faktem, że w kulturze umysłowej Europy silniejsze jest dziedzictwo grecko-rzymskie i oświeceniowe, niż chrześcijańskie. Świadczy o tym autorytet naukowy Arystotelesa, a moralny Sokratesa czy Seneki. Ostatecznym źródłem sukcesu europejskiej nauki stała się metanorma, nakazująca ciągłe kwestionowanie jej wyników. Stąd podkreślany przez filozofów stan „niepewności i niepokój”, towarzyszący Europejczykom. Kultura europejska poddaje się nieustannemu kwestionowaniu i ten relatywizm przesądza o jej wyższości, sądził Ernest Gellner.

Co dalej?

I tu docieramy do najważniejszej kwestii. Mianowicie, istniejące dwa stulecia nowoczesne narody, oparte na wspólnej kulturze, języku, religii, często mające za przodków wychodźców z Eurazji odchodzą stopniowo w przeszłość. Wspólnoty współczesne to wspólnoty obywatelskie, organizmy pracy zbiorowej. Łączy je to, że każdy może zaspokoić swoje rozliczne potrzeby tylko wtedy, kiedy korzysta z wytworów pracy innych. Nikt tu nie jest samotną wyspą, chociaż zachowuje autonomię wyboru strategii życiowej. Bywa, że takie wspólnoty – jak w Skandynawii – dodatkowo spaja emocjonalna więź wyrażająca się we wzajemnym szacunku, solidarności, trosce. To zatem przede wszystkim wspólnoty życia i pracy, każdy z jej członków może decydować na równych prawach o wartościach, które razem warto, a niekiedy trzeba realizować. Dopiero wtórnie mogą się one różnicować na wspólnoty religijne, etniczne, obyczajowe, rasowe itd. Sprowadzanie członkostwa w takiej wspólnocie do wyznawania określonej religii, do kryteriów etniczno-religijnych powoduje, że coraz więcej Polek i Polaków zmuszonych jest do wewnętrznej emigracji, czują się bowiem jak obcy we własnym kraju. Nowym wyzwaniem w Europie jest budowa republikańskiej wspólnoty ponad członkowstwem w lokalnych i narodowych, małych i dużych ojczyznach. Wspólnoty takie integruje realizowanie wspólnych celów i wartości, np. utrzymanie jakości życia, zrównoważonego środowiska czy zachowanie eksponowanego miejsca we nowym wielobiegunowym ładzie światowym.

Antropologiczny fałsz współczesnego katolicyzmu

Nie tak dawno pisałem o konsekwencjach religijno-politycznych pewnego dekretu cesarza Teodozjusza. Pozwolę sobie nawiązać do tamtego felietonu, przywołując jeszcze raz rzeczony dekret, który opatrzyłem krótkim komentarzem: Teodozjusz wprowadził pewien obowiązujący do dzisiaj paradygmat, który można określić jako ekskluzywizm religijny. W praktyce oznaczało to niszczenie, a gdy to się nie udawało to ośmieszanie zastanych kultów i wprowadzanie jedynej słusznej religii.

Oto jak brzmiał stosowny dekret z 380 roku „wielkiego chrześcijańskiego cesarza”:
Chcemy widzieć wszystkie ludy, które podlegają miłościwej władzy Naszej Łaskawości, żyjące w wierze, jaką przekazał Rzymianom Apostoł Piotr i którą głosi się tak jak niegdyś także dzisiaj, i którą wyznaje, jak każdy wie, papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii […]. Nakazałem, żeby ten tylko, kto przestrzega tego prawa, mógł przybrać imię katolika, a wszyscy inni jako nierozumni i szaleni byli napiętnowani hańbą nauki heretyckiej. Winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego.
I tak już zostało, przynajmniej w krajach dość późno przecież nawróconych na religię cesarza Teodozjusza, jak chociażby Polska.
Powód jest tragicznie aktualny. Chodzi mianowicie o konsekwencje skandalicznego sformułowania abpa Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”.
Wbrew oczekiwaniom liberalnych środowisk związanych z Kościołem katolickim i liczących na potępienie mowy nienawiści krakowskiego metropolity, ta mowa nie tylko nie nadszarpnęła reputacji Jędraszewskiego, ale uczyniła z niego nowego bohatera. Stał się wręcz symbolem niezłomnego rycerza broniącego wartości chrześcijańskich i jedynego sprawiedliwego, który miał odwagę jasno powiedzieć, co myśli. W obronie Jędraszewskiego ruszyły największe autorytety konserwatywnego katolicyzmu, już nie tylko polskiego.
Oto co napisał kardynał Duka z Pragi: „Jako prymas Czech, przewodniczący Konferencji Biskupów Czeskich, arcybiskup Pragi i kardynał Kościoła rzymskokatolickiego przyłączam się do deklaracji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski i wzywam do podobnego kroku przedstawicieli episkopatów Słowacji i Węgier”.
Nieoceniony o. Rydzyk stwierdził: „Ks. abp Marek Jędraszewski powiedział – ja mogę tak porównać sobie z historii, może za mało jej znam – ale powiedział tak, jak kardynał Wyszyński kiedyś powiedział komunistom: »non possumus«, nie możemy dalej tak”.
Znacznie subtelniej i, by tak rzec, historiograficznie, swoje poparcie wyraził kardynał Zenon Grocholewski, który nie dostrzega w treści wygłoszonego 1 sierpnia kazania „nic niewłaściwego, lecz, przeciwnie, realistyczne odczytanie rzeczywistości oraz poczucie odpowiedzialności, którym się Ksiądz Arcybiskup kierował, broniąc prawdy i dobra oraz prawa Bożego wobec narzucającej się obecnie ideologii”.
Lista popierających hierarchów i polityków jest naturalnie znacznie dłuższa. Więc na zasadzie pars pro toto przywołam jeszcze autorytatywne dla polskiego katolicyzmu oświadczenie abpa Gądeckiego, który napisał, że:
Fala krytyki, która dotknęła metropolitę krakowskiego, arcybiskupa i profesora, a także reakcje pracodawców wobec osób wyrażających swoją dezaprobatę wobec ideologii LGBT+, świadczą o zakorzenionym w pewnych środowiskach totalitaryzmie światopoglądowym, polegającym na usuwaniu poza sferę obszaru wolności ludzi myślących inaczej.
Osobliwie brzmi przy tym stwierdzenie Gądeckiego, że „osoby przynależące do środowisk tzw. mniejszości seksualnych są naszymi braćmi i siostrami, za których Chrystus oddał swoje życie i które również chce doprowadzić do zbawienia”. Oraz jeszcze jedno dookreślenie: „Szacunek dla konkretnych osób nie może jednak prowadzić do akceptacji ideologii, która stawia sobie za cel przeprowadzenie rewolucji w zakresie społecznych obyczajów i międzyosobowych relacji”.
Już tylko brakuje płomiennego wsparcia papieża Franciszka. Czy może się pojawić? Tego bym nie wykluczał; wszak Franciszek już wielokrotnie wypowiadał się na temat zagrożeń związanych z „ideologią gender”.
Skąd ta jednomyślność we frontalnym ataku na środowiska LGBT ze strony przedstawicieli katolicyzmu, chyba nie tylko fundamentalistycznego czy konserwatywnego, ale dosłownie całego?
Odpowiedź jest dość prosta. Posłużę się wyjaśnieniem „głównego bohatera tęczowej zarazy”.
Otóż w Radiu Maryja Jędraszewski wyjaśniał, że używając słów „tęczowa zaraza” miał na myśli ideologię, a nie ludzi „którzy tę ideologię głoszą”. – Nie ma on żadnych wątpliwości, że istnieje coś takiego, jak ideologia LGBT. Jego zdaniem „Jest to pewien określony system myślenia, pewien określony system wartości – trzeba by powiedzieć antywartości – który przede wszystkim jest antychrześcijański, który odrzuca jednoznacznie przesłanie chrześcijańskie o Bogu, który stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo jako kobietę i mężczyznę, który ich powołał do życia małżeńskiego, do płodności małżeńskiej. To wszystko jest odrzucane bardzo systematycznie i w sposób – nie bójmy się tego powiedzieć
– totalitarny”.
No więc pisząc o „antropologicznym fałszu współczesnego katolicyzmu” nie mam na myśli konkretnych katolików, którzy są ludźmi pełnymi dobrej woli, tylko „ideologię katolicką”, która wyklucza każdego, kto nie podziela jej przekonań i systemu dogmatycznego stworzonego na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat. Jest to system ściśle połączony z władzą polityczną, którą wspiera o tyle, o ile pomaga mu osiągnąć jego ideologiczne cele.
Do połowy wieku XX, a dokładnie mówiąc do Soboru Watykańskiego II, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia swoich celów w sposób bezwzględny, zgodnie z wytycznymi sformułowanymi przez cesarza Teodozjusza w 380 roku w dekrecie przywołanym na początku tych uwag. Jednak ze względu na postępującą utratę wpływów politycznych, religijnych i kulturowych, wypracował nową strategię „dialogu” i „aggiornamento” czyli dostosowywania się do zmieniających się warunków kulturowych. W praktyce oznaczało to zadowolenie się stanem posiadania i zgodę na możliwość odchodzenia z szeregów katolicyzmu tych, którym przestarzały i coraz bardziej egzotyczny światopogląd katolicki przestał odpowiadać.
Jednak enklawy katolicyzmu wojowniczego i fundamentalistycznego pozostały nawet w kręgach najbardziej liberalnych. Tymi enklawami są prawa rozrodcze i model rodziny.
Jest to o tyle ciekawe, że najbardziej zaciekłymi obrońcami „tradycyjnego modelu rodziny”, czyli związku mężczyzny i kobiety, są mężczyźni żyjący samotnie bądź w związkach homoseksualnych (vide znakomita książka francuskiego socjologa Frederica Martela „Sodoma”).
Nie sposób wytłumaczyć tego przedziwnego paradoksu inaczej jak tylko błędem epistemologicznym bądź wręcz fałszywą antropologią. Sprawa wymaga naturalnie głębszego namysłu, do czego — jak ufam — niebawem nadarzy się okazja. Obecną gorącą debatę uważam bowiem tylko za preludium do frontalnej konfrontacji dwóch antropologii. Jednej, fałszywej, reprezentowanej przez współczesny katolicyzm i drugiej, prawdziwej, reprezentowanej przez krytyczne myślenie, uwzględniające dane nauk szczegółowych, zwłaszcza antropologii, etnografii, socjologii, psychologii, a nawet
neurobiologii.

Czarna zaraza

Kościół od wieków zwalcza tylko to, czego zwalczanie pasuje duchownym.

Dla heteryków płci obojga, istnienie geja czy lesbijki, powinno być przyjmowane z radością. Lesbijka nie odbije wszak heteryczce usidlonego przez nią faceta. Takoż homoseksualny mężczyzna – sam się eliminuje z grona konkurentów nakierowanego na baby macho. Logice tej przeciwstawia się u nas Kościół. I wie co robi.
Jedyne sensowne badania orientacji seksualnej księży katolickich przeprowadzono parę lat emu w Stanach Zjednoczonych. Wyszło z nich, że prywatnie, przeciwko seksowi z innym facetem nie miałby nic co drugi. Naukowców mocno to zaskoczyło, bo w Ameryce gejów i panów biseksualnych jest góra 20 procent. Znaczy wśród księży tęczowość jest mocno nadreprezentowana.
Polscy duchowni według wyrywkowych badań, aż tak ugejowieni nie są. Pociągiem do własnej płci charakteryzuje się ledwie co trzeci facet noszący nad Wisłą, Odrą i Bugiem koloratkę.
Najciekawiej jednak jest w centrali katolicyzmu, czyli w Stolicy Piotrowej. Watykanolodzy o uznanych nazwiskach obczaili, że popędem do własnej płci charakteryzuje się tam 80 proc. księżowskiej, prałatowskiej, biskupiej i kardynalskiej populacji.
Mogłoby się wydawać, że skoro tak jest, to duchowieństwo katolickie winno stać w awangardzie tolerancji dla odmienności seksualnych. A nie stoi, a nawet przeciwko tęczowej zarazie, szczuje miłych, młodych, krótko ostrzyżonych ludzi o niewybujałej inteligencji.
Wytłumaczenie jest tyleż banalne co proste. Chodzi o konkurencję w doborze homoseksualnym. Przez setki lat jedynym miejscem, gdzie gej mógł dokonać coming out’u był konfesjonał. I jak spowiednikiem był inny gej, to…
Od kilku dziesięcioleci monopol się załamał. Są kluby gejowskie, jest internet i tolerancja społeczna dla homoseksualizmu też jest. A nawet laicyzacja, powodująca, że gejów w konfesjonałach zrobił się niedostatek. Homoś w koloratce nie ma dopływu świeżych partnerów i sam musi wyjść z plebanii, czy pałacu biskupiego w miasto lub w sieć. To z kolei, w wypadku posiadania przezeń przełożonych zorientowanych inaczej, grozi dekonspiracją i obciachem.
Jeszcze gorzej, w związku z ekspansją „gender” jest w małych miasteczkach i na wsiach. Jeszcze niedawno nikt nawet nie pomyślałby, że do księdza na plebanię przychodzą młodzi ludzie nie po to, żeby napić się wódki. A teraz najbardziej ciemny lud wie, co to homoseksualizm i, że jest częstszy niż można pomyśleć.
Oczywiście facetolubnemu księdzu włościanie łomotu nie spuszczą, ale ich podśmichujki przełożą się raz – na brak posłuszeństwa, dwa – na mniejsze datki z tacy. A to niefajne jest.
Walka z pedalską zarazą jest tak naprawdę pierwszą od kilkuset lat batalią Kościoła katolickiego. Opowieści o tym jak duchowieństwo potykało się czerwoną zarazą, u ludzi znających historię i dokumenty, budzi śmiech. Bo jeśli w kraju, w którym cement, piach i stal zbrojeniowa, były na talony, a w najmniejszych nawet wsiach budowało się kościoły gabarytów Lichenia, to chyba coś z tą walką z komunizmem i komunizmu z Kościołem, jest nie tak.
Gdyby do tego dodać, że w PRL dla SB kapowało najwyżej 100 tys osób, co daje jakieś promile społeczeństwa. Zaś w przypadku duchowieństwa odsetek ten wynosił 30 proc., to walka Kościoła z czerwoną zarazą jawi się nader interesująco. Nie wspominając już o tym, że w ramach wojny z nieludzkim marksizmem, księża o najdziwniejszych skłonnościach czuli się bezpiecznie i mogli rżnąć dzieci, staruszki, czy co tylko chcieli. Zwalczana przez Kościół władza zapewniała im bowiem dyskrecję.
Kościół lubi też opowiadać, jaki to był nieujarzmiony w czasach zarazy brunatnej. I jakoś nie wspomina o katolickiej przybudówce Hitlera w postaci rządzonej przez faszystów i księży Słowacji ks. Tiso. Tej z której pozbyto się, przy braku niemieckiej okupacji niemal wszystkich Żydów.
Wsadzono ich do pociągów i wysłano niedaleko. Do Auschwitz. Oczywiście w ramach walki Kościoła jezusowego z narodowym socjalizmem.
Księża i biskupi Chorwaccy błogosławiący strażnikom z Jasenovaca i wszystkim innym obcinającym nożami głowy prawosławnym i Żydom, też dowodzą, że katolicyzm znaczy godność człowieka.
Tak jak wyposażenie przez Watykan dr Mengele i kilku tysięcy zbrodniarzy nazistowskich w lewe paszporty do Ameryki Południowej.
Jak widać opowieści hierarchów o heroizmie i nieugiętości Kościoła wobec totalitarnych ideologii XX wielu, to bajki. W tym czasie Kościół od dawna miał wybite zęby i nauczył się tak lawirować, żeby mieć kasę i wpływ na jak najwięcej tego, co mogło mu dać świeckie państwo.
Prawdziwą wojnę o panowanie, kościół przegrał w XVI wieku. Wykończyła go wewnętrzna konkurencja. Byli księża i biskupi, czy pomazańcy Boży chcieli ugrać coś dla siebie, a nie dla papiestwa i krok po kroku odrywali dla siebie kolejne połacie katolicyzmu.Watykanowi odpadało rządzenie władcami czyli państwami. Odrywać zaczęto od Kościoła szkolnictwo dające rząd dusz. Nauka wyzwoliła się z okowów biblijnego kanonu i jęła udowadniać, że to co dotąd uchodziło za dzieło Boże, to zwykłe prawa natury.
Kościół się nie poddawał. Działała tajna policja i sąd w jednym, czyli inkwizycja. Płonęły stosy, na innowierców ruszały kolejne katolickie krucjaty i nic.
Po absolutnej klęsce katolicyzmu w XVIII wieku, Kościół stał się ostoją oportunizmu i włazidupstwa. Nauczył się kolaborować i dogadywać z każdym. Kanony wiary w tym wszystkim były najmniej istotne. Liczyć zaczęła się kasa. I takie wpływy, które tę kasę zabezpieczały.
Agonia Kościoła katolickiego trwała 250 lat. Ale tak naprawdę to jego potęga runęła w połowie XIV wieku. Chrześcijaństwo po wielu wiekach absolutnego władania Europą zabiła zaraza. Epidemie czarnej śmierci, czyli dżumy i ospy. Też zresztą czarnej. To wtedy owieczki przekonały się, że księża pieprzą jak potłuczeni i wbrew temu co mówią, nie mają wpływu na to, co się dzieje. Wymierały klasztory, szlag trafiał księży, biskupów i kardynałów. Depozytariusze Boży odwalali kitę dokładnie tak samo, jak co trzeci ówczesny Europejczyk.
Czarna zaraza odebrała księżom boskość, a przy okazji rozwaliła struktury ówczesnych państw tak, że mógł się zacząć czas odchodzenia od średniowiecznej dogmatyki.
Był wszakże jeden wyjątek. Mapy XIV wiecznej zarazy pokazują, że epidemia prawie nie dotknęła terenów dzisiejszej Polski. Ziemie między Tatrami i Bałtykiem oraz Odrą i Bugiem pozostały dla zabójczej dla Kościoła, czarnej zarazy – białą wyspą.
Jędraszewski i reszta Episkopatu sądzą, że od tej pory nic się
nie zmieniło.

Katolickie palenie książek

Koszalińska fundacja „SMS z Nieba” zamieściła na Facebooku zdjęcia z wydarzenia, podczas którego spalono stos książek, między innymi z cyklu „Harry’ego Pottera”. Administratorzy strony uzasadnili akt spalenia książek cytatami z Biblii. „Duża liczba uprawiających magię przynosiła swe księgi i paliła je wobec wszystkich” – napisali nad zdjęciami spalonych książek.

Po umieszczeniu wpisu, wielu komentatorów z oburzeniem zareagowało na akcję fundacji. Inicjatywa koszalińskich duchownych spotkała się z zaskakującą wyrozumiałością, a wręcz poparciem części kleru i katolickiej prawicy. W wywiadzie dla bliskiego rządowi portalu wpolityce.pl ksiądz Wojciech Parfianowicz pozytywnie ocenił sens akcji. „Według mnie intencje były dobre, kapłan chciał zwrócić uwagę na to, że magia i okultyzm są szkodliwe dla człowieka” – podkreślił.
Również proboszcz parafii, w której doszło do spalenia książek, ksiądz Jan Kucharski przychylnie odniósł do spalenia książek w obecności dzieci. W wywiadzie dla portalu natemat.pl Kucharski tłumaczył, że „w Dziejach Apostolskich jest napisane, że ludzie składali magiczne przedmioty i wszystko było niszczone. (…) My wiemy co szkodzi, wiemy co nie jest dobre dla wierzących i dlatego taka forma tego wydarzenia, powiedziałbym nawet, że ewangeliczna. Owszem dla jednych może być szokująca, ale ludzie, którzy mają bożego ducha – zrozumieją to”. Jeszcze jaśniej motywy działań stowarzyszenia Kucharski wyjaśnił w komentarzu dla „Gazety Wyborczej”: „Wierni trochę tego poznosili i trzeba było zutylizować”.

Również „Fronda” znalazła usprawiedliwienie dla akcji koszalińskiej fundacji. „Argumentacja na podstawie dosłownych nakazów starotestamentalnych nie może być, naturalnie, uznawana za wystarczającą. Natomiast sam pomysł palenia szkodliwych książek z jednej strony można uznać za ciekawy. To swoisty apel do rodziców, by potraktowali poważnie kościelne ostrzeżenia przed niewłaściwymi lekturami” – czytamy w komentarzu portalu.

Najdalej poszła jednak redakcja opiniotwórczego portalu Polonia Christiana, która umieściła na swoim portalu artykuł o wdzięcznym tytule „Gdańsk: księża spalili ezoteryczne książki i amulety. Lewackie media wpadły w amok”. Zdaniem redakcji „dobór książek i przedmiotów, które uznano za niebezpieczne dla duszy i spalono, może być przedmiotem dyskusji. Bez wątpienia jednak głos kapłana w tej sprawie powinien być dla katolików istotniejszy niż opinie internautów oraz redaktorów „Wyborczej”, naTemat czy Tok FM”. Autorzy tekstu pochwalili akcję koszalińskiej fundacji, porównując ją do… „Indeksu Ksiąg Zakazanych”. „Kościół natomiast – o czym zapominają lub nie chcą pamiętać postępowe redakcje – nie kieruje się w swoich działaniach i nauczaniu niechęcią i wrogością, a miłością. To z niej wynika troska o zbawienie każdego człowieka. Taka jest chociażby geneza oburzającego środowiska lewicowe „Indeksu Ksiąg Zakazanych”” – piszą autorzy tekstu, następnie poświęcając kilka akapitów na ukazanie pozytywnej roli katolickiej cenzury.

Z tej perspektywy działania fundacji „SMS z Nieba” dobrze wpisują się w historię Kościoła. „Widać więc wyraźnie, że pomimo pewnych zmian Kościół cały czas – wypełniając swój Urząd Nauczycielski – ostrzega wiernych przed zgubnymi ideologiami i groźnymi treściami. Skoro zaś duchowni, w tym egzorcyści, ostrzegają przed złym wpływem na dusze pewnych książek i przedmiotów, to działania jakie miały miejsce po niedzielnej Mszy Świętej w parafii NMP Matki Kościoła i Św. Katarzyny Szwedzkiej w Gdańsku stają się zrozumiałe” – konkludują swój tekst redaktorzy portalu.

Autorom wszystkich powyższych tekstów można tylko przytaknąć: mają rację, że Kościół był i jest instytucją zamordystyczną, narzucającą cenzurę. Natomiast warto zadać sobie pytanie, dlaczego państwo wciąż nie stawia oporu kościelnemu bezprawiu, samowoli i przywilejom.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.