Polaku, umieraj!

W Lubartowie 80-letni dziadek odebrał z przedszkola wnuczka. Jak się miało później okazać, nieswojego. Wnuczkowi to jednak nie przeszkadzało. Zjadł pod opieką obcego dziadka zupę i mentosy, obejrzał z nim bajkę. Dziadek też był zadowolony, bo wnuczek miał apetyt i wciągnął dwa talerze ogórkowej. I komu to przeszkadzało…

W Polsce tymczasem, której częścią jest również Lubartów, NFZ, ustami ministra Niedzielskiego, obwieścił, że w związku z trzecią falą pandemii, wszystkie szpitale, oprócz onkologicznych, winny wstrzymać planowe przyjęcia do odwołania. Rząd i NFZ zdecydowali się na ten krok, ponieważ dramatycznie zaczyna brakować personelu, w związku z tym, należy go zabezpieczyć tam, gdzie to możliwe. Ot, np. taka endoproteza. Jak człowiek czeka 2 lata na wszczepienie, to co to za różnica, jeśli poczeka sobie 2,3 tygodnie dłużej, bo na tyle stan nadzwyczajny przewiduje minister Niedzielski. Skąd to wie? Zapewne z magicznej kuli, którą trzyma u szwagra pod szafą, albo z ósmej tajemnicy fatimskiej, której jest depozytariuszem. Bo na pewno nie wie tego z raportów ani strategii walki z zarazą, gdyż u nas takiej po prostu nie ma. Gdyby była, to czy naprędce zakazywano by przyjęć ludzi do szpitali, jak w Lombardii, kiedy wirus siał tam spustoszenie rok temu? Ot, widmo strachu zajrzało w oczęta panujących, więc zdecydowali się na opłakany w skutkach krok. Moim zdaniem, oprócz zwyczajnej, cynicznej ignorancji i braku empatii w stosunku do obywatela, podszyty ów krok jest czymś dużo bardziej konkretnym i łatwym do nazwania. Może nawet nie tyle podszyty, co wypchany. Pieniędzmi. I to grubo!

Za każdy zabieg specjalistyczny NFZ musi płacić. Podobnie jak za covidowe testy i całą tą pandemiczną ruchawkę, związaną z leczeniem pacjentów. Respiratory, maski, tlen w ścianie, ludzie do obsługi, covidowe dodatki-to są olbrzymie pieniądze, które właśnie się kończą. Cała ta pozorowana walka z cieniem i zarazą kosztuje i kosztować będzie. My tymczasem zapomnieliśmy, że jesteśmy biednym kuzynem bogatej Europy, mamy dużo chorych na garnuszku i wiecznie niedoinwestowaną służbę zdrowia, z najmniejszym współczynnikiem opieki pielęgniarskiej na pacjenta oraz całą rzeszą młodych medyków, których kształcimy za państwowe i wypuszczamy za półdarmo na zachód. Trzeba więc zastosować zasadę krótkiej kołdry, i naciągać stamtąd, gdzie jeszcze nie wystają nogi nieboszczyka, tylko te chrome i zaropiałe kulasy staruszków, żeby zakryć covidową dziurę w enefzetowskich kontraktach. Przecież minister nie powie, że nie mamy kasy na tymczasowe szpitale, w czasie, kiedy Polacy widzą, jak słupki zachorowań strzelają do góry. Ludzie gotowi by jeszcze wywieźć ich za to na taczkach. A tak: zastosujemy prosty, acz skuteczny manewr, który dostarczy nam kasy w dwójnasób. Po pierwsze, gdy nie wydamy na endoprotezy, to będzie na covid. A po drugie, jak nie wydamy na endoprotezy albo Bóg wie na co jeszcze; jaskry, zezy, cieśnie nadgarstka, to może się nam poszczęści, pacjent zabiegu nie doczeka ze starości albo z covidu i już parę groszy ekstra wpadnie do skarbonki. Czysty zysk!

Odnoszę wrażenie, że piosenka mojego kolegi, o ich/jego bólu, który jest lepszy niż nasz/jego, stała się mimowolnie hymnem pandemicznym dobrej zmiany, wbrew intencjom samego autora i podmiotu lirycznego. Oto już nie premier, a minister, zaczyna mówić, kogo, dosłownie, powinno boleć mniej, a kogo bardziej; czyj czas oczekiwania na planowy zabieg jest lepszy, a czyj gorszy, tym samym, czyja choroba jest warta leczenia, a czyja może poczekać, bo od roku nie można w Polsce chorować na nic innego, oprócz covidu. A jak się ktoś ośmieli mieć przypadłość inną niż covid albo rak, może sobie poczekać, bo od tego nie umrze. Tak jak w historii dziadka z Lubartowa: wrzód dwunastnicy, koklusz, podagra, wymiana panewki-jeden pies. Poczekają. Nikt się nawet nie zorientuje, kto nam zejdzie w statystykach. Grunt, że nie przez covid, bo tego wyborcy by nam nie wybaczyli.

Nie pożyczajcie mózgu od Staszewskiego

Szczerze powiedziawszy, nie jest dla mnie jasne, skąd takie głośno wyrażane powszechnie rozczarowanie, podlane niekiedy agresją, wobec muzyka Kazimierza Staszewskiego, z powodu jego wypowiedzi wspierającej Janusza Walusia, mordercę, odsiadującego zasłużone dożywocie w więzieniu w RPA.

Staszewski, owszem, dał wyraz swemu niedouczeniu, pokazując, że nie rozumie słowa holocaust. Do tego sformułował kilka opinii na temat społeczeństwa, podatków, państwa i nacjonalistów, które plasują go wśród politycznych troglodytów, gdzie powinien pozostać na wieki wieków.

Ale co, do licha, ludziom mającym niekiedy przynajmniej maturę, każe orientować się na tego niedużego facecika z nadwagą? Skąd się wzięła, tak powszechna w naszym chorym społeczeństwie, chęć pytania o to jak żyć, celebrytów i artystów? Skąd się wzięło przekonanie, że ktoś, kto nieźle wykonuje swoją robotę na scenie, koncercie, w pracowni czy na koncercie fortepianowym (niechby nawet z towarzyszeniem orkiestry) naprawdę zna odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne i społeczne? Czy geniusz literatury albo skrzypiec nie może być idiotą, nie rozumiejącym otaczającego go świata, pozbawionym empatii i wyższych uczuć? Ależ może, historia zna setki takich przypadków. Zachwyt nad stworzonymi przez nich dziełami jest zasadny, przekonanie, że ich twórca jest nadczłowiekiem – nie. Skąd w nas przekonanie, że ktoś utalentowany do wykonywania skocznych melodyjek, łatwo wpadających w ucho, może nam powiedzieć coś, co pozwoli uniknąć porażek i stać się lepszym człowiekiem? Niepojęte.

A poza tym: co celebrytów upoważnia do narcystycznego przekonania, że jest powód, który pozwala im dawać ludziom nauki? Ciężka praca, którą doszli do swojej artystycznej pozycji? Miliony ludzi pracują ciężej i nikt ich o nic nie pyta. Poza tym znakomita część gwiazd kolorowych magazynów z nich jest znana wyłącznie z tego, że jest znana. Nie mają za sobą nawet niewielkiej umysłowej aktywności. Reagują na światło reflektorów i fleszy wyszczerzeniem uzębienia, a i to należy przyjąć z uznaniem, że tak wiele potrafią. A oni naprawdę są przekonani, że częstotliwość pokazywania ich fizjonomii na ekranach i okładkach wystarczy, by mieć się za coś lepszego od pozostałych ludzi.

Posłuchajcie ich w śniadaniowych programach, setkach wywiadów na plotkach czy innych pudelkach. Kocopoły przez nich wygłaszane mają wagę topolego puchu i takąż wartość. Tworzą i konserwują tych przepięknych idiotów ludzie nazywający się dziennikarzami, na klęczkach spijający z ich ust potoki słowne, by je potem opakować ślicznie i demonstrować jako wyraz nadludzkiej mądrości. A ci w to wierzą, nieszczęśnicy.

Pewien znany przed wojną rzeźbiarz powiedział: „my, artyści, doprawdy jesteśmy ludźmi innej zupełnie rasy”. Dla tych, którzy mu niebacznie uwierzyli, mam radę: idźcie do zoo i tam siedźcie w oddzielnych klatkach.