Grandola vila morena

Od ostatniego łykendu wielu mnie pyta, jak to z tym Kazikiem i jego bólem było, jest i będzie, a ja nie bardzo wiem co odpowiedzieć, bo palców przy bólu nie maczałem. Jedno wiem: od dawna potrzebny był mu taki tekst i mam nadzieję, że dzięki niemu pióro mu się znowu wyostrzy.

Wiem też drugie: numer muzycznie w ogóle mi się nie widzi. Jest mocno archaiczny w formie, co nie znaczy, że nie może się podobać, i co nie znaczy również, że do zrobienia dobrego numeru potrzeba dziś rozbudowanego instrumentarium i nietuzinkowego aranżu. Przeciwnie, zawsze byłem oddanym fanem prostoty w środkach wyrazu i wiem, że da się połączyć jakość z oszczędnością narzędzi niezbędnych do jej osiągnięcia. Są na to przykłady, tak w Polsce jak i na świecie. Najnowszy numer mojego kolegi z zespołu na K. to również dowód tego, że dobry tekst potrafi uratować słabą muzykę. Jest bowiem tak, że niezły tekst obroni utwór nawet przy słabszej kompozycji, ale dobra muzyka ze słabym tekstem już się nie broni, a przynajmniej słabo. Ale nie o rozbiórce dzieła muzycznego tu dziś Państwu chciałem nawijać.
Na początku ubiegłego roku, kiedy przyszedłem do Programu III PR, spotkałem się weń z Piotrem Metzem, do niedawna dyrektorem muzycznym stacji. Pragnąłem zainteresować go swoją nową grupą o nazwie Darmozjady oraz jej świeżym dorobkiem. Dyrektor Metz wyraził zainteresowanie. Zrobił wywiad na antenie. Puścił 2 albo 3 numery i na odchodne powiedział, żebym lepiej nie miał złudzeń, że nasze kawałki znajdą się na Liście Przebojów Programu III, bo to najbardziej konserwatywna lista świata z najbardziej konserwatywnym słuchaczem. Nowości dopuszcza, pod warunkiem, że są to nowości od kogoś, o kim słuchacze już słyszeli. Od Kazika, Muńka, Podsiadły, Kaji i Bregovica. Ale od kogoś bez nazwiska, to już nie tędy droga. I rzeczywiście tak było. Utwory darmozjadowe w Trójce nie polatały. Nikt nie proponował mi, abym zapłacił za obecność na antenie ani nie dał do zrozumienia, że istnieje taka praktyka. Słuchacz trójkowy, podobnie jak inżynier Mamoń, lubi bowiem te piosenki, które już raz w życiu słyszał.
Do Trójki zakolędowałem ponownie. Pod koniec roku. Płyta Darmozjadów była na ukończeniu i szukałem dlań patronatów medialnych. Szefował stacji jeszcze Wiktor Świetlik, który kiedyś przyjmował mnie u siebie z Metzem Piotrem, gdy przyszedłem doń z pomysłem na audycję, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Niespecjalnie robiłem sobie nadzieje. Wiedziałem doskonale, że jestem po zupełnie innych pieniądzach niż zarząd stacji, ale w swojej naiwności sądziłem, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Oczywiście się myliłem. Tak czy inaczej, patronatu Trójki nad płytą nie dostałem, choć wysłałem oficjalne pismo do Biura Promocji. Kiedyś słyszałem, że za starych, dobrych czasów, kiedy patronat Trójki nad płytą czy książką naprawdę wiele znaczył a później powoli się schamiał, można go było sobie rzeczywiście nabyć za pieniądze, ale człowieka za rękę nie złapałem, więc to tylko plotki.
Tak czy inaczej, nigdy w życiu bym nie pomyślał, że piosenka mojego kolegi z grupy na K. w parę dni pozbawi ludzi zajęcia (na własne życzenie, zaznaczmy) i wywróci jeden z największych kanałów muzycznych w tym kraju na łopatki. Znam z historii jeden przykład na to, kiedy radio wywróciło piosenką reżim, a konkretnie dało sygnał do ataku. Mowa o „Grandola vila morena”, piosence, która puszczona w portugalskim radiu uruchomiła „rewolucję goździków”, pieczętując kres dyktatury Salazara i jego pomazańca Marcelo Caetano. Ale żeby piosenka wywróciła całe radio? Tego jeszcze u nas nie przerabiali. Choć dostrzegam w tych dwóch sytuacjach pewne podobieństwo.
W Portugalii rewolucjoniści czekali na piosenkę w radiu, żeby móc wreszcie zrzucić z siebie okowy zniewolenia. Kiedy wreszcie ją usłyszeli, wyszli na ulice portugalskich miast. W Trójce redaktorzy też czekali. Na znak do wymarszu. Aż w końcu czara z guanem, którą co dzień mijali w drzwiach wejściowych, przelała się, i gnojowica zapaskudziła im obuwie…i sumienia. Nie było jednak tak, że czara przepełniła się z dnia na dzień. Szambo ulewały doń wszystkie ekipy radiowe, ale dopiero pisowska prawdziwie popuściła przepustnicę i chlusnęło, jak z wiadra. Smród bił już od progu. Niektórym to przeszkadzało i zabierali się szybciej. Inni mieli mniej wielkopańskie nozdrza i wiedzieli, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, za to z głodu już kilka nacji. Ale to dopiero Kazik, puszczony/niepuszczony ze swoim bólem, zadął w róg na barykady. I poszli. Za wolność się bić. Leżeć i tyć. A kiedy bili naszych, to żaden nie kiwnął palcem.
Jarek Ważny