Trzy chińskie filmowe hity 2019 roku

W ostatnich latach chińska kinematografia szybko się rozwija. Wśród filmów, które miały swoją premierę w Chinach w 2019 roku, 15 z nich osiągnęło wynik ponad 1 miliarda juanów zysku, w tym 10 z nich to produkcje chińskie. Co warto zauważyć chińskie produkcje są coraz lepszej jakości, dzięki czemu budzą zainteresowanie coraz większej rzeszy widzów. Jednocześnie widzowie coraz bardziej świadomie kupują bilety do kina, wybierając te produkcje, które mają dobre opinie krytyków lub w których występuje ich ulubiona gwiazda.

Niekwestionowanym sukcesem filmowym w Chinach był obraz „The Wandering Earth”, które premiera miała miejsce na początku roku 2019. Osiągnął on rekord kasowy kontynentalnych Chin w wysokości 4,7 miliarda juanów. Film został wyprodukowany z niezwykłym rozmachem, dzięki czemu zyskał uznanie wśród odbiorców. „Ne Zha” to animacja dla dzieci, która wypracowała 5 miliardów juanów zysków. Co warte podkreślenia, żadna z tych produkcja nie został stworzona przez profesjonalnych filmowców. Guo Fan, student prawa, spędził siedem lat, przygotowując „The Wandering Earth”, a Jiao Zi to z wykształcenia lekarz, który stworzył „Ne Zha”. Obaj to młodzi twórcy, którzy nie mając wykształcenia kierunkowego ani uprzywilejowanej pozycji w branży filmowej, podążali za swoimi marzeniami. Dzięki temu osiągnęli sukces.
Film „The Captain” jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Zyski tej produkcji osiągnęły wartość 2,8 miliarda juanów. Jest to opowieść o chińskiej załodze lotnictwa cywilnego, która nie boi się niebezpieczeństwa.
Film „Ne Zha”
Premiera filmu „Ne Zhe” w Chinach miała miejsce 26 lipca 2019 roku. Filmowa opowieść oparta jest na starożytnej chińskiej mitologii. Tytułowy bohater „urodził się jako diabeł”, ale „walczył z swoim losem”.
Bóstwo to nazywane często „Trzecim Księciem” (San Taizi) toczy walki ze smokami, wężami i innymi potworami. Poświęcono mu wiele opowieści, w których opisano jego przygody, w trakcie których wykorzystuje podstęp i żarty. Pojawia się jako jeden z bohaterów w powieści Wu Cheng’ena „Wędrówka na Zachód”. W ikonografii przedstawiany jest często stojący w ognistej obręczy podczas walki z wrogami.
Film to połączenie tradycyjnej kultury chińskiej z rozrywką popularną, cieszącą się dużym zainteresowaniem wśród młodych i starszych widzów. Jego przesłanie wiąże się z ideą bycia niezależnym, przełamuje też wiele stereotypów. Chociaż Ne Zha został reinkarnowany jako dziecięcy diabeł, to dzięki przeżytym przygodom, potrafił on kontrolować swoje złe myśli, co przyniosło wiele korzyści dla ludzi. Jego rodzice mówili mu, że nie powinien być bojaźliwy ani słaby, tylko dlatego, że czuje się odrzucony przez ludzi. Dzięki radom udzielonym przez ojca Ne zha w końcu zrozumiał, że poglądy innych ludzi są ważne, ale kiedy są one niesprawiedliwe, nie należy się nimi przejmować, a najlepszą odpowiedzią jest dawanie przykładu swoim działaniem.
Film” The Captain”
Film ten oparty jest na prawdziwym wydarzeniu załogi Syczuan Airlines 3U8633, która sprostała niebezpiecznej sytuacji mającej miejsce 14 maja 2018 roku. Podczas lotu, ze 119 pasażerami na pokładzie, odnotowano pękanie szyb w kabinie pilotów oraz uwolnienie ciśnienia na wysokości 10 tysięcy metrów. Członkowie załogi poradzili sobie w tej trudnej sytuacji i uratowali życie ponad 100 osobom na pokładzie. Jest to jeden z bohaterskich czynów zapisanych w historii światowego lotnictwa cywilnego.
Dystrybucja „The Captain” rozpoczęła się w Chinach 30 września 2019 roku. Prefesjonalizm w chwili kryzysu, odwaga w podejmowaniu trudnych decyzji oraz etyka zawodowa – to tematy poruszone w tym obrazie filmowym. Historia opowiedziana jest z perspektywy różnych bohaterów. W filmie katastroficznym przedstawiono w jaki sposób załoga wdrożyła procedury obniżania ciśnienia czy poinstruowała pasażerów, aby używali masek tlenowych. „Uwierz nam, mamy pewność, że wszyscy wylądujemy bezpiecznie” – słyszymy słowa jednego z bohaterów filmu. Szczególną postacią jest kapitan samolotu Liu Chuanjian. W produkcji przedstawiono także współpracę między pracownikami wieży kontrolnej na lotnisku, wojskowej floty powietrznej czy Biura Zarządzania Ruchem Lotniczym, co odegrało ważną rolę w popularyzacji wiedzy o zawodach związanych z lotnictwem.
Film “The Wandering Earth”
Film science fiction „The Wandering Earth” został oparty na powieści Liu Cixin o tym samym tytule. Fabuła rozgrywa się w 2075 roku. Oto Słońce ulega destrukcji, a życie na Ziemi jest zagrożone. W obliczu tej tragedii ludzie rozpoczynają projekt „The Wandering Earth”, mający na celu ucieczkę poza Układ Słoneczny oraz znalezienie nowego domu.
Interpretując „The Wandering Earth” można doszukać się chińskiej koncepcji rodziny, bohaterstwa, poświęcenia, patriotyzmu i współpracy międzynarodowej. Nie jest to opowieść o superbohaterach ratujących świat, ale o zwykłych ludziach, którzy razem zmieniają swoje przeznaczenie. Jest to również przełom w narracyjnej rutynie hollywoodzkich filmów science fiction, gdyż jest głosem w dyskusji na temat przyszłości ważnych wartości dla ludzkości oraz poszerzając wizję dotyczącą przyszłości.
Chińscy widzowie odnajdą tu wiele rekwizytów, które inspirowane są tradycyjną kulturą. Budzi to w nich uczucia patriotyczne wobec kraju.
Oprócz doskonałych efektów specjalnych, które można zobaczyć we wszystkich trzech produkcjach, niosą one z sobą także pytania egzystencjonalne i głębokie myśli: kim jest bohater?, mój los zależy ode mnie a nie od kogoś innego.
W 2019 roku na srebrnym ekranie pojawiło się także wiele innych chińskich tytułów, między innymi „My People,My Country”, „Crazy Alien ”, „Sheep Without A Shepherd”, „Better Days” itp., które zdobyły duże uznanie wśród publiczności. Jakie premiery filmowe przyniesie 2020 rok? Można liczyć, że filmowych wachlarz propozycji dla widzów w Chinach będzie bardzo różnorodny, co przyniesie także duże zyski dla producentów i dystrybutorów.

Kino jest najważniejszą ze sztuk

– Podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną – z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach 1973-1977 pierwszym wiceministrem Kultury i Sztuki, szefem polskiej Kinematografii, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co Pan pomyślał, kiedy usłyszał Pan o konflikcie między środowiskiem filmowców a władzą na tegorocznym Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni wokół filmu Jacka Bromskiego? Skojarzyło się to z czasami PRL, z konfliktem o „Człowieka z marmuru”? A może jednak uznał Pan, że żadnych podobieństw tu nie ma?

Skojarzenie, jeśli miałem, to bardzo dalekie, bardzo naskórkowe, bo żyjemy jednak w diametralnie innych czasach. Kiedy wspominam przeszłość z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie tylko kontrowersje, związane z filmami Andrzeja Wajdy, Jerzego Skolimowskiego, Grzegorza Królikiewicza, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego czy Marka Piwowskiego, to przypomina mi się zrodzona wtedy idea Forum Dyskusyjnego, bo w gronie decydentów od kultury i twórców doszliśmy do wniosku, że polskie filmy trzeba nie tylko kręcić, ale i o nich dyskutować szeroko i głęboko. Podjąłem więc decyzję o powołaniu Forum, które przetrwało jeszcze do dziś, dokonując konfrontacji myśli twórców z udziałem ich samych, krytyków i opinii społecznej. Te dyskusje wpływały wtedy nie tylko na konkretną twórczość, ale i na postawy innych środowisk twórczych. Pamiętam, jak Krzysztof Teodor Toeplitz nawiązał do zatrzymania na półce w 1967 roku filmu Skolimowskiego „Ręce do góry” i stwierdził, że zatrzymanie tego filmu „złamało kręgosłup polskiej kinematografii”. Głos zabrał też Wajda, który stwierdził, że on także nie może zrobić szczerego filmu o tematyce współczesnej. Replikowano mu, że zrobił właśnie „Ziemię Obiecaną”, ale propozycji zrobienia filmu współczesnego nie próbował złożyć, a przecież z uwagi na prestiż jego nazwiska taka propozycja na pewno nie byłaby odrzucona. Wkrótce potem Wajda z Bolesławem Michałkiem przynieśli scenariusz „Człowieka z marmuru”, którego inicjatorem był Aleksander Ścibor-Rylski, a rok później w 1976, nie bez obaw, ale bez poprawek skierowałem ten film do produkcji. No i okazało się, że film jest dla części aparatu władzy „niecenzuralny”, a ponadto nie zyskał wsparcia także ze strony części krytyki i środowisk artystycznych. By „Człowieka z marmuru” nie nagrodzić na festiwalu, sięgnięto nawet po nowy film Krzysztofa Zanussiego „Barwy ochronne”, który też zawierał aluzyjne akcenty antysocjalistyczne, choć zawoalowane, podczas gdy „Człowiek z marmuru” był otwarcie filmem politycznym. Ta zamiana była pomysłem Janusza Wilhelmiego, który wystąpił z konceptem przekupienia twórców, nie finansowego, ale prestiżowego, personalnego. Mając silne oparcie we władzach partii, prowadził swoją grę, atakował również ostro film Zanussiego, ale uznał, że w zestawieniu z „Człowiekiem z marmuru” jest on bardziej politycznie strawny, a poza tym odnosi się do węższych środowisk inteligenckich. Filmowcy to jednak ludzie inteligentni, a Zanussi tym bardziej, więc dowiedziawszy się o nagrodzie dla „Barw ochronnych”, celowo opóźnił swój przyjazd z Krakowa na wręczenie nagród, co było gestem solidarności wobec Wajdy, któremu filmowcy wręczyli w dowód uznania jako nagrodę „cegłę”. Mieliśmy okazję przekonać się, że walka o swobody twórcze i nastrój tego festiwalu był przedsmakiem nastrojów, które miały wyrazić się trzy lata później w wydarzeniach sierpnia 1980 roku, traf chciał, że szczególnie w Gdańsku. W rezultacie tamtych zdarzeń zostałem odwołany za „wypaczenie ideologiczne w polityce kulturalnej i utratę zaufania kierownictwa partii”, ale nie miałem do nikogo o to pretensji. Gdy obejmowałem swoje stanowisko, zastrzegłem sobie u premiera Piotra Jaroszewicza oraz w KC PZPR większą samodzielność w podejmowaniu decyzji i nie ingerowaniu w nie, także w zakresie stopniowego poszerzania swobody pracy zespołów filmowych, czy w zakresie finansowania produkcji oraz rozpowszechniania filmów fabularnych i dokumentalnych. Podjąłem to ryzyko i poniosłem za to konsekwencje. Jednym z dowodów na charakter ówczesnej polityki były niebywale burzliwe dyskusje podczas kolaudacji. Twórcy dążyli do zwiększania swobód twórczych oraz roli zespołów filmowych, odgrywających podstawową rolę w polskiej kinematografii, a także do realizacji ostrych społecznie i politycznie utworów. Takich utworów domagano się ode mnie również na posiedzeniach Biura Politycznego – były to jednak różne wyobrażenia o współczesności. Nie powinniśmy też zapominać o nurcie rozliczeniowym ze stalinizmem, szczególnie w końcu lat 70-tych i 80-tych, kiedy powstały takie dzieła jak „Matka Królów” Janusza Zaorskiego czy „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Chociaż na ekranach znalazły się z dużym opóźnieniem, to ich zaistnienie wpłynęło na klimat twórczy. Nie można oczywiście pomijać wspierania produkcji tak ważnych dzieł, jak oskarowe: „Potop” Jerzego Hoffmana, „Ziemia Obiecana” Andrzeja Wajdy czy „Noce i dnie” Jerzego Antczaka.

Po tej krótkiej wycieczce w odległą dość przeszłość powróćmy do teraźniejszości. Jak Pan odczytał źródło nastrojów panujących tego roku w Gdyni?

Tegoroczna Gdynia pokazała, że objawiła się już w pełni wśród twórców kina, w postaci poszerzającej się fali, nowa grupa pokoleniowa. Pojawiła się oskarowa „Ida” Pawła Pawlikowskiego, a w zeszłym roku mieliśmy „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, teraz „Boże Ciało” młodego reżysera Jana Komasy, „Politykę Patryka Vegi czy „Ukrytą grę” Łukasza Kośmickiego – filmy podejmujące ważne tematy społeczne i polityczne, otwierające drogę twórczości odważnej, znajdującej wsparcie widzów i krytyki. Niedawno krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski przyznał wartość produkcjom filmowym z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które obecnie określa się jako „kino nowej fali”. Zauważył, że obecnie pojawiło się nowe kino, które „podjęło wielki problem Kościoła Katolickiego w życiu społecznym, a na scenie pojawiła się postać księdza, tak jak w latach siedemdziesiątych pojawiła się postać robotnika”. Kwestie funkcjonowania Kościoła były dotychczas tematem tabu i te filmy owo tabu naruszyły, a podejrzewam, że przed nami kolejne naruszenia politycznych i społecznych tematów tabu, co wywołano na tym festiwalu. Dlaczego wiążę to z wejściem nowego pokolenia, bo tylko ono jest z racji metryki wolne od samoograniczeń, które tkwią zazwyczaj w świadomości pokolenia starszego.

Awantura wokół wycofania przez TVP, współproducenta, filmu Jacka Bromskiego „Solid Gold” pokazała, że film jest niezmiennie, w każdym ustroju, filmem politycznym…

Reżyserzy już na planie zdjęciowym kręcili różne ujęcia, aby dopiero w montażu dokonywać wyboru. Tak, kino było i będzie sztuką, którą politycy się interesują szczególnie z dwóch powodów. Po pierwsze, bo ma najszerszy zasięg spośród wszystkich sztuk; po drugie, bo jest sztuką kosztowną, też nieporównywalnie z innymi sztukami. W końcu, mówiąc trochę żartobliwie, ale i zgodnie z prawdą, pisarz, żeby napisać powieść, potrzebuje ryzy papieru, a reżyser – wielu milionów. Co do filmu Bromskiego, to jako twórca miał prawo kształtować film według własnego uznania. Z drugiej jednak strony TVP, współproducent, też ma coś do powiedzenia, więc sprawę trudno jednoznacznie rozstrzygnąć. Doradzam skonfliktowanym stronom jedno – elastyczność i dialog, a nie pouczanie twórców, żeby robili filmy a nie uprawiali polityki. Tego bowiem nie robiono nawet w zupełnie innych warunkach politycznych w PRL.

Wygląda na to, że wykpiwane przez przeciwników ideologicznych i szyderców sławne hasło Lenina: „Kino jest najważniejszą ze sztuk” jest trafne w swoim najbardziej podstawowym sensie…

A żeby Pan wiedział. Fakt, że wypowiedział je nielubiany przez wielu Lenin, ani trochę nie umniejsza jego sensu. W pierwszych latach po wojnie, jeszcze przed zapanowaniem mrozu stalinowskiego, ukazało się wiele książek bynajmniej nie po linii nowego, rodzącego się ustroju, ale nie zawsze wszczynano wokół tego jakichś awantur. Jako przykład podam powieść Jerzego Andrzejewskiego „Popiół i diament”, według której powstał słynny film Wajdy. A już pierwszy powojenny film „Zakazane piosenki” z 1947 roku wzbudziły burzliwą dyskusję polityczno-ideową. Twórcy filmowi, chcąc nie chcąc staja się lub potencjalnie mogą stać się także politykami, co potwierdził reżyser Andrzej Jakimowicz, prezes Gildii Reżyserów, stwierdzając, że twórcy nie dążą do bojkotu, ale do uwolnienia festiwalu od kontekstów politycznych i atmosfery Gdyni od wszelkich nacisków, nie tylko politycznych. Z kolei na festiwalu wiceminister Jarosław Sellin, zapewnił o woli uczestnictwa władz państwowych w otwartej dyskusji na kolejnej edycji festiwalu gdyńskiego. Wiceminister zapewnił też, że widzi szansę na to, by festiwal gdyński nadal był świętem polskiego kina, co potwierdza fakt, że na tegorocznym 44 Festiwalu 19 filmów zostało wytypowanych przez twórców do konkursu głównego, a 18 otrzymało dofinansowanie w ramach mecenatu państwa.

Przed chwilą wspomniał Pan o dialogu, ale niedługo po konflikcie gdyńskim Minister Kultury podjął decyzje o likwidacji zespołów filmowych i połączeniu ich zasobów, sił i środków w jedno wielkie studio filmowe. Twórcy, z Krzysztofem Zanussim na czele, zaprotestowali. Posypały się podszyte drwiną oskarżenia, że resort kultury buduje coś na kształt „Mosfilmu”…

Tu jestem krytyczny wobec takich decyzji, bo uważam, że dorobek zespołów przez kilkadziesiąt lat ich istnienia jest bardzo cenny i nie należy go przekreślać. Mam też nadzieję, że twórcy krytycznie usposobieni do obecnej władzy, nie spełnią swojej groźby i nie zbojkotują przyszłorocznego festiwalu w Gdyni, organizując własny festiwal. Skonfliktowane strony powinny natomiast dążyć do dialog, po którym powinny być ustępstwa z obu stron. Może jednak martwić to, że podjęto tę decyzję bez dyskusji ze środowiskiem filmowym, ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich, z Gildią Reżyserów. Taki podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną. Strona rządowa nie jest już jedynym „płatnikiem”, jedynym dysponentem finansów kina, jak było to w moich czasach oraz nie ma powrotu do stanu pełnej, państwowej kontroli nad kinematografią. Z drugiej strony twórcy powinni pamiętać, że samymi środkami prywatnymi wszystkiego nie zwojują i że potrzebne są im też dotacje państwowe. Obie strony powinny i muszą się dogadać, choć obawiam się, że w warunkach obecnych napięć może to być trudne. Proszę zauważyć, że bardziej realistycznie od władzy zachowuje się Kościół Katolicki. Przeciw „Matce Joannie od aniołów” w 1961 roku Episkopat protestował listem do władz państwowych, bo wiedział, że one są dysponentem losu filmu. Przeciw „Klerowi” oficjalnego protestu nie było, bo Kościół wie, że byłoby to bezprzedmiotowe, bo władza nie ma już takich prerogatyw. Przywołam tu wypowiedź Agnieszki Holland, która stwierdziła, że tamta władza (w PRL – M.W.) bała się sztuki, bo ją szanowała, a obecna boi się mniej. „Spotkałam się z Lechem Kaczyńskim, rozmawialiśmy, zabiegał o to, bym go zrozumiała, ja prosiłam, by i on rozumiał mnie” – mówiła w artykule Pauliny Reiter – „Ale nowi politycy mają artystów w dupie”. Powiedziała też, że obecnie filmowcy mają kłopoty, bo ich produkcje nie znajdują dystrybucji. „Robienie dziś filmu politycznego, dokumentalnego czy serialu jest szalenie trudne”. Podobnie przed laty Krzysztof Kieślowski, artysta o ugruntowanej już wtedy pozycji w kraju i na świecie głosił, że „cenzura ekonomiczna”, wprowadzona po 1989 roku ma większą moc niszczącą niż cenzura polityczna w PRL.

Jakie powinno i może być polskie kino? Jeśli nie drugim Hollywood , bo nie może, to jakim? Może powinno iść śladem dawnych sukcesów polskiej szkoły filmowej czy kina moralnego niepokoju, kina społecznego?

Proponuję, by nie zamykać się w żadnej formule. Jestem za różnorodnością tematyczną w polskim kinie, tym bardziej, że krytycy zaczynają dziś, po czasie, doceniać walory „szkoły polskiej” oraz kina lat siedemdziesiątych. Polskie kino dawało zawsze szerokie spektrum tematyczne, od kina poważnych zagadnień społecznych, po dobre kino rozrywkowe. Tak bardzo ostro krytykowano i ośmieszano Bareję za „bareizm”, a dziś jego komedie są bardzo chętnie oglądane i traktowane jako „obraz PRL”. Komedie Sylwestra Chęcińskiego o Pawlakach i Kargulach przyciągały miliony widzów. Potrafiliśmy też robić wielkie widowiska kostiumowe jak „Krzyżacy” Aleksandra Forda czy „Trylogia” Jerzego Hoffmana oraz filmy muzyczne, choć nie zawsze doskonałe. Ale przecież zawsze można zrobić coś lepszego i w tym gatunku. Mówi się często, że dobre kino rozrywkowe to nie polska specjalność, a zupełnie niedawno obejrzałem świetny film Janusza Majewskiego „Czarny mercedes”.
Nie trzeba zadawać polskim filmowcom tematów na wypracowanie, ale dać swobodę ich inwencji. Nie możemy tkwić w dalekiej przeszłości i mówić, że jeśli polskie kino przedwojenne, te wszystkie „Antosie w Warszawie”, „Wacusie” i „Ułani księcia Józefa” były tandetne i że tzw. kryminały milicyjne w PRL były często nieporadne, to zawsze tak musi być. Świat się zmienia, przychodzą do kina nowe generacje i nie jest powiedziane, że Polska nie może stać się czempionem w dziedzinie komedii czy innych odmian kina rozrywkowego, byle zakorzenionego w polskim kontekście. Kino polskie powinno być użyteczne i różnorodne, pokazywać wszystkie okresy historii kraju i rozmaite problemy – piękne, patriotyczne karty naszej historii, ale też te ciemnie, ponure, haniebne, a przy tym powinna w nim być warstwa wysoce artystyczna. Do różnorodności gatunkowej kina jestem przywiązany od dzieciństwa na łódzkich Bałutach, bo w tamtejszym kinie wyświetlano repertuar bardzo zróżnicowany, od przygód Toma Mixa po radzieckie filmy socrealistyczne.

Co skłoniło Pana do stanięcia w obronie „Człowieka z marmuru” i innych krytycznych filmów, zważywszy, że postawa ta naraziła Pana na przykrości, a następnie spowodowała wyrzucenie Pana ze stanowiska?

Bo aprobowałem scenariusze i kierowałem je do produkcji, a „Człowiek z marmuru” wyrażał prawdę, opowiadając także o czasach młodości, całym pokoleniu, a także mojej rodzinie, moich przyjaciołach i znajomych. Przyznam, że oglądając go po raz pierwszy miałem łzy w oczach, choć wiedziałem, że film ten spotka się z oporem nie tylko ze strony władzy i krytyki prasowej, ale i części ludzi pracy, którzy uważali, że deformuje on obraz tamtych lat, szczególnie jeśli chodzi o ukazanie współzawodnictwa pracy. Myślę, że jeśli Polska Ludowa była taka, jaka była, jak mówiono „najweselszym barakiem obozu”, co znajdowało także potwierdzenie w potężnym ruchu satyryczno-kabaretowym, bez pomników Stalina i kołchozów, ze swoim większym zakresem wolności niż w innych „demoludach”. A nawet „oknem na świat zachodni”, z większym poszanowaniem dla prywatnej własności, dla tradycji patriotycznych, co znajdowało odzwierciedlenie w programach nauczania historii i języka polskiego w szkołach, to zawdzięczaliśmy to m. in. formacji patriotycznej młodego pokolenia lewicy, które już wtedy coraz odważniej prezentowało czynnie swoje stanowisko, w latach po przełomie październikowym. Proszę zważyć na symboliczną wymowę faktu, że Władysław Gomułka i kardynał Stefan Wyszyński, zdecydowani przeciwnicy polityczni, ale obaj wybitni Polacy i patrioci, zostali aresztowani i poddani represjom stalinowskim w tym samym okresie, a uwolniony w wyniku wydarzeń 1956 r. Gomułka natychmiast po dojściu do władzy spowodował uwolnienie z internowania kardynała Wyszyńskiego. Warto w tym kontekście spojrzeć na fakt, że Gomułka został odsunięty i uwięziony z tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Dla dobra Polski i narodu nie należy pomijać 45 lat Polski Ludowej pomimo jej „czarnych plam” i deprecjonować osiągnięć, nie tylko w odbudowie narodowej gospodarki, ale także od podstaw polskiej kinematografii.

Dziękuję za rozmowę.

Mieczysław Wojtczak – ur. 1933 roku w Ozorkowie, działacz powojennego jeszcze skautingowego harcerstwa, drużynowy 2 Łódzkiej Drużyny Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego, założonej w 1912 r. w Łodzi. W 1949 roku w czasie reorganizacji i podporządkowywania ZHP celom politycznym harcerze przedwojenni, jak również nie będący uczniami szkół podstawowych, przestawali być harcerzami.
M. Wojtczak, opuszczając na stałe Izbę Harcerską (Szkoła Podstawowa nr 25 im. Bolesława Chrobrego) potajemnie wyniósł Sztandar Drużyny z wizerunkiem W. Łukasińskiego i Orłem w koronie, później poszukiwany przez władze. Dopiero w 1957 roku po przewrocie październikowym „matka druha M. Wojtczaka przechowując sztandar przez 8 lat – wręczyła go ponownie Drużynie” (2 Łódzka Drużyna Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego – Tomasz Kajkowski, 1970 r.). Działacz społeczny i polityczny, absolwent wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz i publicysta, przez jedenaście lat szef oddziału warszawskiego Polskiej Agencji Prasowej. W latach 1973-77 pierwszy Wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii, współzałożyciel Fundacji Kultury Polskiej. Autor m.in. ”Kroniki nie tylko filmowej” (2004), „Zdobywanie Moskwy” (2006), „O kinie moralnego niepokoju i nie tylko” ​(2009), „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL” (2014), a ostatnio dwutomowej pracy „Przeminęło… jednak pozostało. Od „Zakazanych piosenek” do „moralnego niepokoju” (2019) – cenionych książek dokumentujących społeczną i polityczną rolę polskiej kultury, w tym szczególnie filmu (wszystkie wydane przez Studio Emka). Nagrodzony w 1975 roku przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich okolicznościową nagrodą „za wybitny wkład w rozwój polskiej kinematografii”. Odznaczony też medalem Zasłużonego Kulturze „Gloria Artis” i nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Złotą Odznaką Zasłużonego dla Warszawy.

Indie 1972 Z PKF przez Polskę i świat

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL.

W styczniu 1972 roku, dzięki uprzejmości Jana Mitręgi, wicepremiera, ministra górnictwa i energetyki, który wybrał się na inspekcję polskich załóg budujących kopalnie i zakłady przemysłowe nad Gangesem, a także na rozmowy z rządem pani Indiry Gandhi, wylecieliśmy do Indii. Szef Polskiej Kroniki Filmowej, Michał Gardowski, kazał nam „przy okazji wpaść” do Dhaki, bo dowiedział się, że powstaje tam nowe państwo.
Towarzyszyliśmy wicepremierowi tylko do New Delhi. W stolicy Indii zamieszkaliśmy w najlepszym wtedy, luksusowym hotelu, „Ashoka, „(czytaj – Asioka). Hotel nosi imię słynnego króla nieprzypadkowo. Król Ashoka jest uznawany za największego budowniczego Indii, stworzył on nie tylko nowy styl w budownictwie, zasłynął z nowoczesnych rozwiązań w budownictwie i jest do dziś czczony przez współczesnych Hindusów. W młodości Ashoka wyróżniał się odwagą, walecznością i okrucieństwem. Toteż ojciec, król Bindusara, wysyłał go do tłumienia zbuntowanych prowincji. Młodzi-zdolni są z reguły żądni władzy, więc doświadczony tata mianował syna namiestnikiem prowincji północno-zachodniej, której stolicą był znany ośrodek uniwersytecki, Taksila. Upiekł w ten sposób dwie pieczenie przy jednym ogniu: pozbył się krewkiego synka i uniknął detronizacji. Po śmierci Bindusary młody Ashoka przejął władzę i natychmiast przeprowadził, mówiąc językiem współczesnym, lustrację: uśmiercił swoich przyrodnich braci, którzy mogli przecież spiskować bądź zorganizować się w opozycję. Dzięki tym prostym zabiegom poczuł się bardziej bezpieczny, więc wszystkie siły poświęcił budowie potęgi imperium i rozszerzaniu jego terytorium. Nie zwlekając, wyruszył na podbój Kalingi i mimo wytrwałego oporu napadniętej ludności odniósł zwycięstwo. Armie Ashoki dopuściły się okrutnej rzezi. Sto tysięcy ludzi zabito w walce. „Gdy Ashoka się o tym dowiedział – pisze w The Discovery of India Jawaharlal Nehru – opanowały go wyrzuty sumienia i powziął odrazę do wojny. Jako jedyny spośród zwycięskich monarchów i wodzów świata postanowił przerwać zwycięską wyprawę wojenną. Całe Indie uznały jego zwierzchność z wyjątkiem południowego skrawka, a i ten mógł łatwo stać się jego zdobyczą. Ale Asioka zaniechał dalszych podbojów i umysł jego pod wpływem nauki Buddy, zwrócił się ku zdobyczom i badaniom w innych dziedzinach”. Wtedy właśnie narysował koło, które wdzięczni potomkowie umieścili na fladze Indii współczesnych. Imperator Ashoka (273– 232 p.n.e.) stał się głosicielem idei dharmy, czyli sprawiedliwości i prawa – idei, która miała zapewnić wszystkim podwładnym szczęście. Jego nowe poglądy współbrzmiały z modnym wówczas buddyzmem, co pozwoliło temu prądowi swobodnie rozwijać się na terytoriach Ashoki. Okrutny w młodości Ashoka, zmienił się do tego stopnia, że zaczął głosić ahimsę, czyli ideę niestosowania przemocy fizycznej – a co najważniejsze– przemocy umysłowej i mentalnej! „Ten zadziwiający władca – pisze Nehru – kochany dotąd w Indiach i wielu częściach Azji, poświęcił się szerzeniu nauki Buddy, prawości i współczucia, a także społecznej działalności dla dobra narodu.” H.G. Wells w książce „Outline of History” napisał: „Wśród dziesiątek tysięcy imion monarchów, zapełniających karty historii, wszystkich tych cesarskich i królewskich mości, światłości, wysokości… imię Ashoki świeci, i to prawie samo jedno, jak gwiazda… Więcej żywych ludzi czci jeszcze dzisiaj jego pamięć, niż słyszało kiedykolwiek imię Konstantyna lub Karola Wielkiego”.
To wspaniałe moralne przesłanie przetrwało do czasów nam współczesnych. Najlepszym przykładem może być Mahatma Gadhi, który bez stosowania przemocy, pokonał największe imperium kolonialne świata, krótko mówiąc, United Kingom. W czasie pobytu w Indiach doświadczaliśmy dobrodziejstwa tej idei na każdym kroku. Nigdzie na świecie nie ma tylu religii, co w Indiach i takiego mnóstwa bogów jak nad Gangesem. Różnorodność i tolerancja rzucała się w oczy przez cały czas pobytu w New Delhi.
Na Chandni Chowk – głównej arterii komunikacyjnej i handlowej w Starym Delhi, gdzie współżyją obok siebie różne szkoły filozoficzne i religie, poznaliśmy przemiłego astrologa, z białą, majestatyczną brodą, który za kilka rupii przepowiedział nam przyszłość, a uczynił to w tak nadzwyczajny i sympatyczny sposób, że uwierzyliśmy, przynajmniej chwilowo, w jego super optymistyczne przepowiednie.
Nie wspominałbym o tym drobnym zdarzeniu, gdyby nie dziennikarz z Polskiej Agencji Prasowej, towarzyszący premierowi Mitrędze w charakterze oficjalnego sprawozdawcy. Otóż ten młody kolega, uszczęśliwiony, że zobaczy Indie, przez cały czas długiej podróży (samolot „Ił – 18”) przeżywał istne katusze zostawił, bowiem w Warszawie żonę, którą poślubił zaledwie dziesięć dni przed wylotem do Indii. Jego sercem targały różne uczucia: miłość i zazdrość, ciekawość świata i zwyczajne obawy młodego żonkosia. Postanowiliśmy mu przyjść z pomocą. Opowiedzieliśmy astrologowi cierpienia młodego dziennikarza i męża w jednej osobie, pytając jednocześnie, czy ma na te dolegliwości jakieś lekarstwo? Zgodził się wyleczyć naszego kolegę podczas jednej sesji, poprosił jedynie o podanie imion – delikwenta i jego wybranki. Za niewygórowane honorarium, astrolog ów dokonał niemal cudu. Kolega po półgodzinnej rozmowie był tak szczęśliwy, że zaprosił nas na whisky. Na przyjęciu, które zamierzał pokryć z własnej (bardzo skromnej) dziennikarskiej diety, opowiadał z przejęciem w głosie, że astrolog dwukrotnie wymówił prawidłowo imię jego ukochanej żony – Ilona. Po skończonej biesiadzie sięgnął do portfela po rupie, nie wiedząc, że goście „Ashoki” nie płacą tylko podpisują rachunki. Byliśmy bądź, co bądź gośćmi indyjskiego rządu.
Wicepremier, Jan Mitręga, a z nim młody dziennikarz, polecieli odwiedzić polskich górników, a my, dzięki pomocy pana ambasadora PRL w Indiach, Wiktora Kineckiego, i konsula w Dhace, pana Jerzego Szpunara, który na szczęście dla nas był akurat w stolicy Indii, udaliśmy się do Kalkuty, gdzie cztery dni czekaliśmy na okazję, by dostać się do Bangladeszu (dawniej Pakistan Wschodni). Wieczory Sławek Sławkowski, operator PKF umilał nam opowiadaniami o pierwszym swoim pobycie w Indiach. Przyleciał tu z premierem Józefem Cyrankiewiczem, składającym oficjalną wizytę państwową na Cejlonie, który był wówczas republiką demokratyczno–socjalistyczną, a następnie miał udać się do Indii. Samolot rządowy popsuł się (to już chyba polska tradycja) w stolicy Cejlonu, Kolombo, i delegacja nie miała czym lecieć do New Delhi. Z pomocą przyszli Amerykanie. Zaoferowali premierowi pasażerski samolot wojskowy. Józef Cyrankiewicz propozycję przyjął. Przed samolotem czekała na polską delegację pięcioosobowa załoga. Po krótkim wojskowym powitaniu maszyna US Air Force wzbiła się w powietrze i wzięła kurs na New Delhi. Po godzinie lotu kapitan wraz z całą załogą, szampanem i kieliszkami pojawił się w pasażerskiej części statku, aby uczcić ten szczęśliwy i zaszczytny – jak powiedział – traf, iż leci z premierem Polski. Ale zamiast uśmiechów, na twarzach pasażerów dostrzegł, nazwijmy to dyplomatycznie, poważne zaniepokojenie. W tym właśnie momencie wicepremier zapytał dowódcę, kto prowadzi samolot, skoro cała załoga pije szampana? „Pilot automatyczny – odpowiedział kapitan. – Proszę się nie niepokoić, jest on precyzyjniejszy od człowieka”. Następnie dowódca samolotu spokojnie objaśnił, na czym polega praca automatycznego pilota.
Kalkuta, nazywana w tamtych latach (1972 r.) miastem pałaców, ale także dnem piekieł, była w istocie miejscem, które nas poraziło. Urodzeni i wychowani nad Wisłą, niewiele wiedzieliśmy o bogactwie wolnego świata, nie mieliśmy też najmniejszego pojęcia o ogromie ludzkiej nędzy. Tu, w Kalkucie, zobaczyliśmy na własne oczy i jedno i drugie– bogactwo Birli i Taty i przerażające slumsy wydziedziczonych, które rzeczywiście można porównać z dnem piekieł. Całe dzielnice wielomilionowej Kalkuty zamieszkiwali nędzarze. Zamieszkiwali, to chyba nieadekwatne słowo, sugerujące, że mieli marny, ale jednak dach nad głową. Tymczasem w dzielnicach nędzy wygłodniałe szkielety ludzkie wegetowały pod gołym niebem. Na ich twarzach nie było widać nawet rozpaczy, były to twarze ogarnięte bezgraniczną rezygnacją, odrętwieniem i agonią śmierci. Wstrząsające wrażenie wywarły na nas wychudzone, nagie dzieci, umierające na gołej ziemi i ich matki zrozpaczone, iż nie mogą im przyjść z pomocą. W styczniu, w Kalkucie, temperatura w dzień dochodzi do 30 stopni w cieniu, przy wilgotności powietrza przekraczającej 90 procent, w nocy zaś spada do 10-12 stopni. W dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hotel, a więc nie w strefie slumsów, samochody służb sanitarnych bardzo wcześnie rano zbierały z chodników ciała martwych nędzarzy, którzy nie przetrwali głodu i chłodu nocy.
Dopiero w kalkuckich dzielnicach nędzy zrozumiałem, jak obiegowe opowiadania o indyjskich „świętych krowach”, których nie wolno ruszyć, czy przepędzić są płytkie i powierzchowne. Tu, w świecie, gdzie jedni umierają z przejedzenia, a inni z głodu, święte krowy korzystające z immunitetu spełniają dobroczynną, zbawienną rolę. Często są one ostatnim ratunkiem dla nędzarzy, dają im wszak mleko i opał. Łatwo w Indiach pstryknąć zdjęcie świętej krowy stojącej na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i policjanta, który jej nie przepędza, mimo że blokuje ruch, ale trudniej, a może wręcz niebezpiecznie, jest zrobić zdjęcie, gdy biedacy skrzętnie zgarniają dłońmi odchody świętej krowy, formują je w krążki i suszą, by w czasie porannego chłodu rozpalić ognisko i ugotować dzieciom ciepłą strawę. Jeszcze trudniej zrobić zdjęcie, gdy biedna kobieta doi świętą krowę. Ja w tej nietykalności świętych krów, w Indiach, dopatruję się jakiegoś przejawu sprawiedliwości, w bezwzględnym świecie miliarderów i nędzarzy. Już tylko z kronikarskiego obowiązku dodam, że w bogatych i sytych dzielnicach miast indyjskich nie spotyka się świętych krów, widocznie upodobały sobie rezerwaty nędzy.
Victoria Memorial, pyszny pałac z białego marmuru, z potężną kopułą w środku i czterema wieżami w rogach, wzniesiono na cześć królowej brytyjskiego imperium. Park otaczający budowlę utrzymany w stylu angielskim, stał się szybko ulubionym miejscem spacerów elit Kalkuty. Mieliśmy do wyboru cztery środki lokomocji – tramwaj, autobus, rikszę i taksówkę – by dotrzeć do budowli symbolizującej potęgę imperium, w którym nigdy nie zachodziło słońce. Tramwaj i autobus odpadły ze względu na tłok panujący w miejskich środkach lokomocji, riksza – ze względów moralnych, nie mogliśmy wyobrazić sobie jazdy rikszą ciągnioną przez bosonogiego, wychudzonego kulisa. Taksówką dojechaliśmy po długim i mozolnym przebijaniu się przez zatłoczone ulice miasta.
Jeszcze nie zdążyliśmy wymazać z zakamarków pamięci obrazów wywiezionych ze slumsów i obozów uchodźców ze Wschodniego Pakistanu, gdy naszym oczom ukazały się widoki niczym z rajskiej sielanki. Spacerując czystymi alejkami wśród egzotycznych kwiatów nie spotkaliśmy ani jednego nędzarza i ani jednej gromadki żebrzących dzieci. Zobaczyliśmy natomiast mnóstwo wytwornych dam, ubranych w bajecznie kolorowe sari, eleganckich gentlemanów, dzieci syte i szczęśliwe. Te dwa odległe i obce sobie światy dzieliło zaledwie kilka mil.
W 1972 r. w Indiach żyło 550 milionów ludzi i prawie tyleż problemów czekało na rozwiązanie. Po powrocie z Dhaki znowu zamieszkaliśmy w hotelu „Ashoka”, przez dwa tygodnie byliśmy bowiem gośćmi pani premier Indiry Gandhi.
Ambasador PRL w New Delhi, Wiktor Kinecki, którego pani Gandhi bardzo ceniła i lubiła, sprawił, że zgodziła się, by Polska Kronika Filmowa zrobiła zdjęcia w jej gabinecie. Jak zawsze w takich razach, przyjechaliśmy do siedziby pani premier Indii kilkanaście minut wcześniej, aby broń Boże, nie spóźnić się z filmowaniem. Przywitał nas szef gabinetu i poprosił, aby nie zadawać jej pytań, zachowywać się bardzo cicho i nie rozmawiać między sobą. Gdy czekaliśmy w sekretariacie, szef gabinetu zajrzał przez wziernik wmontowany w drzwiach i dał mi znak ręką, bym podszedł do drzwi i spojrzał przez wziernik. Zdumiony, zobaczyłem Indirę Gandhi zmieniającą sari. Przebierała się do zdjęć. Przebywaliśmy w gabinecie nie dłużej niż 20 minut. Pani premier pracowała siedząc za biurkiem, przeglądała korespondencję, w pewnym momencie wstała podeszła do półki z książkami, poprosiła szefa swojego gabinetu, zadała mu jakieś pytanie. Zachowywała się po prostu naturalnie.
Po skończonych zdjęciach, kiedy z szefem piliśmy herbatę, zapytałem go, dlaczego prosił o to, aby nie zadawać pytań i nie rozmawiać? „Według hinduskiego zwyczaju, milcząc lepiej się rozumiemy” – odparł z pełną elegancją.
Codziennie rano pod hotel „Ashoka” podjeżdżał ogromny samochód osobowy. Jego kierowca, nadzwyczaj uprzejmy Sikh, w turbanie, pomagał nam pakować sprzęt do bagażnika i wyruszaliśmy w drogę, by odkrywać Indie.
Pierwszego dnia skierowaliśmy się do Chandigaru, stolicy Pendżabu, uznawanego za najbogatszy stan Indii, w którym rolnictwo osiągało najlepsze wyniki w kraju.
Najpierw kilka słów o mieście zrodzonym z marzeń Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera niepodległych Indii, także dlatego, że w realizacji wizji nowoczesnego miasta miał swój udział architekt Maciej Nowicki, który przygotował szkice budowy Chandigaru, nadał wizji Nehru pierwszy kształt. Zginął, niestety, w 1950 roku w katastrofie samolotu, a realizacją marzeń zajął się Le Corbusier, znany na całym świecie z nowatorskich, rozwiązań architektonicznych. W roku 1972, budowa stolicy Pendżabu nie została jeszcze zakończona, ale miasto żyło, działała administracja, funkcjonował handel, młodzież uczęszczała do szkół zorganizowanych według wzorów europejskich – nie obowiązywały mundurki, jak na przykład w szkołach w New Delhi.
Problem oświaty w Indiach pozostawał jednak ciągle otwarty. Nie wszystkie dzieci miały szczęście uczęszczać do szkoły. Powszechnym nauczaniem w zakresie czterech klas planowano objąć dzieci w całym państwie dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych!
W latach siedemdziesiątych Indie, podobnie jak cała prawie Azja, przeżywały okres zielonej rewolucji. Sprowadzono nad Ganges nowe odmiany wysoko wydajnej pszenicy, wyhodowane w Meksyku, i równie wydajne ziarno ryżu zwanego „I-r”. Wzrosły gwałtownie plony. Indira Gandhi mogła zakomunikować społeczeństwu, że Indie rezygnują z importu amerykańskiego ziarna i podejmują walkę z głodem. W tej zielonej rewolucji, w jakimś bardzo drobnym stopniu uczestniczyła Polska. Na polach Pendżabu spotkaliśmy nasze „ursusy”.
W Patialii, powiatowym mieście, gdzie działała stacja obsługi firmy „Escarts”, dowiedzieliśmy się, że w ubiegłym roku sprzedano tu 200 ursusów, a w całym stanie ponad tysiąc. Ku naszemu zaskoczeniu, ale i radości usłyszeliśmy, że ursus wygrał konkurencję z traktorami czechosłowackimi, radzieckimi, amerykańskimi i japońskimi! Informację tę przypisywałem uprzejmości moich rozmówców. Potwierdził ją jednak sam ambasador Kinecki. Widząc moje niedowierzanie, wyjaśnił: „Ursus wygrał, bo jest bardzo prosty i w obsłudze, i w naprawie, a trzeba pamiętać, że większość hinduskich rolników to analfabeci”. W roku 1972, na polach Indii pracowało 40 tysięcy polskich traktorów!
Rolnictwo Indii wchodziło w fazę wielkich przemian. Na ziemię czekały sto trzy miliony bezrolnych chłopów, ale reforma rolna bardzo się ślimaczyła. Większe sukcesy odnotowywały Indie w sektorze technicznym: nawodnieniu pól. Zamiast siedmiu tysięcy studzien zasilających pola w wodę pracowało już sto dwadzieścia tysięcy, wzrosło zużycie nawozów. Na wielką skalę przeprowadzano prace irygacyjne. Przy pomocy Rosjan budowano kanał nawadniający z Pendżabu do Radżasthanu o długości 200 kilometrów. W każdej dziedzinie życia Indie podejmowały wyzwania współczesności, likwidując przeżytki czasów feudalnych i kolonialnych. Parlament Indii zniósł kasty i zrównał wszystkich obywateli wobec prawa. Premier Indira Gandhi pozbawiła feudalnych przywilejów 278 maharadżów, nababów i nizamów. Rząd przestał im wypłacać z państwowej szkatuły pensje, które w ciągu dwudziestu trzech lat niepodległości pochłonęły 200 milionów dolarów! W kraju, gdzie tysiące ludzi umierało z głodu na ulicach! Nie obeszło się bez walki. W 1970 roku po burzliwej debacie izba niższa parlamentu uchwaliła poprawkę do konstytucji, znoszącą przywileje wysoko urodzonych książąt… izba wyższa uchyliła tę decyzję! W tej sytuacji dopiero prezydent Giri specjalnym dekretem pozbawił wysoko urodzonych przywilejów.
W centrum New Delhi samochód prowadzony przez uprzejmego Sikha nagle się zatrzymał, z naprzeciwka nadjeżdżał elegancki wóz z czerwoną tablicą rejestracyjną i chorągiewką z heraldycznymi znakami. W środku siedział prawdziwy maharadża. Pozbawieni przywilejów błękitnokrwiści w ten choćby sposób podkreślali swoją odrębność. Jeszcze dwa lata temu korzystali z pierwszeństwa przejazdu, a policjanci musieli im oddawać honory salutując. Nie byłem pewien, czy kierowca tak gwałtownie zahamował, bo chciał pokazać nam samochód maharadży, czy może z nawyku. Zwykle trwają one bardzo długo w ludzkich sercach i umysłach. Kiedyś w Dżajpurze obserwowałem taką oto scenę: na biurku wyższego rangą urzędnika przez długą chwilę dzwoni telefon, ale siedzącemu za biurkiem mężczyźnie nie drgnęła nawet ręka. Ogłuchł, czy co pomyślałem zdumiony. Tymczasem urzędnik najspokojniej czekał, aż podbiegnie chłopak i poda mu słuchawkę. Po skończonej rozmowie nie położył jej na widełkach, lecz oddał słuchawkę czekającemu kornie chłopakowi.
W New Delhi do bogatej dzielnicy, Sunder Nagar, od rana ściągali biedacy, aby z okazji ślubu wnuczki Birli, drugiego na liście najbogatszych ludzi Indii, otrzymać na wielkim zielonym liściu, zastępującym talerz, trochę pożywienia przygotowanego specjalnie dla ubogich. Ten ślub był w mieście nie lada wydarzeniem, mogliśmy obejrzeć cały piękny i bardzo długi ceremoniał zaślubin, a także najbogatszych ludzi Indii. Pod ogromnym namiotem rozbitym na zielonym placu, oświetlonym różnobarwnymi lampionami zgromadziła się najbogatsza elita Delhi. Pracownik ambasady, który nas tu przywiózł, po drodze pokazał nam kilka innych ślubów, gdzie pan młody przyjeżdża do swojej wybranki na białym koniu… Tu przybył wytwornym, kremowym rolls-royce’m – jego ojciec plasował się na liście najbogatszych ludzi w Indiach na trzecim miejscu.
Na marginesie dodam, że zamieściliśmy temat w kronice 11B/72 o tym egzotycznym dla nas ślubie, przekazując widzom nieco interesujących szczegółów. Nna przykład, że datę ślubu ustalili astrologowie, że zaproszono 3000 gości, liczby posiłków wydanych biednym nie udało się ustalić. Z pewnością zapomniałbym o wydarzeniu, gdyby nie to, że pewnego dnia otrzymałem list z Bombaju, w którym ojciec pana młodego prosił o sprzedanie mu materiału filmowego ze ślubu jego syna. Kronika nie zajmowała się handlem, zwróciłem się, przeto z zapytaniem do Naczelnego Zarządu Kinematografii, ile dolarów można wziąć za temat zamieszczony w PKF i materiał, który nie ukazał się na ekranie. Ani NZK, ani Film Polski nie potrafili mi odpowiedzieć, dając do zrozumienia, iż nie powinienem zabierać im drogocennego czasu stawianiem głupich pytań. Na szczęście utrzymywaliśmy wymianę z kroniką filmową w Bombaju, wysłałem tam materiał z prośbą, aby przekazali go panu D. Otrzymałem list z podziękowaniami, w którym autor z podziwem wyrażał się o mojej hojności. Uznał, że muszę być bardzo bogaty, skoro podarowałem mu taki ważny i drogi prezent! Nie podtrzymałem korespondencji. Cóż mogłem napisać? Że to nie ja jestem bogaty, ale Polska Ludowa, która ma urzędników potrafiących handlować statkami, no i może także traktorami, ale nie tego rodzaju drobiazgami.
Ostatnie dni pobytu poświęciliśmy turystyce, odwiedzając Agrę i Kadżurao. W Agrze podziwialiśmy grobowiec z białego marmuru, Taj Mahal, który jest świadectwem romantycznej, wzruszającej do łez miłości króla.
W Kadżurao, świątynie poświęcone miłości fizycznej, przedstawionej na płaskorzeźbach w wyrafinowany i piękny sposób przez ówczesnych artystów. Erotyczne płaskorzeźby ze świątyni w Kadżurao niektórych turystów z nad Wisły kompletnie zwalają z nóg.
Nasza podróż po Indiach zbliżała się ku końcowi. Pobieżnie mogliśmy poznać wielkość Indii, przeszłość kraju, której wymownym świadectwem są wspaniałe budowle i dzieła sztuki. Dzieła wzniesione w ciągu wieków są świadectwem nie tylko wielkości Indii, mówią także o odwadze myślenia i tak tu szanowanej różnorodności. Nie bez zdziwienia stanąłem jednak w Starym Delhi przed skromnym grobem, Mahatmy Gandhiego. Człowieka, którego uznaje się tutaj za niekwestionowanego twórcę Indii współczesnych. Nie pozostawił po sobie wspaniałych budowli (nie lubił przepychu, nie korzystał z olbrzymiej świątyni, którą zbudował dla niego Birla), żył jak większość jego rodaków, w wielkiej skromności, co go dotąd wyróżnia wśród charyzmatycznych przywódców politycznych i religijnych świata.
Jawaharlal Nehru w „Odkryciu Indii” wystawia swojemu mistrzowi najwspanialszy pomnik, pisząc: „Pod wpływem Gandhiego pojęcie wolności politycznej przybrało nową formę i uzyskało nową treść. Nie wszystko, co głosił, przyjmowaliśmy bez zastrzeżeń, a niektóre jego zapatrywania czasami zupełnie odrzucaliśmy. Ale nie to było najważniejsze. Nauki Gandhiego tchnęły duchem nieustraszoności i prawdy, ich istotną treść stanowiło nawoływanie do czynu i troska o dobro mas. W naszych starych księgach czytaliśmy, że największym darem, mogącym się stać udziałem jednostki lub narodu jest abhaj, nieustraszoność, nie tylko odwaga fizyczna, ale śmiałość umysłu. W zamierzchłych czasach naszych dziejów Czanakja i Jadżniawalkja głosili, że zadaniem przywódców ludu jest uczynić go nieustraszonym. A tymczasem pod rządami angielskimi w Indiach dominującym uczuciem był strach, strach do głębi przejmujący, ugniatający piersi, chwytający za gardło. Strach przed wojskiem i policją, przed szeroko rozgałęzionym tajnym wywiadem. Strach przed urzędnikami. Strach przed zarządzeniami prawnymi, zwiastującymi represje. Strach przed więzieniem. Strach przed administratorem właściciela ziemskiego. Strach przed lichwiarzem. Strach przed bezrobociem i głodem, które zawsze czyhały u progu. I temu właśnie wszechwładnemu strachowi Gandhi rzucił wyzwanie, napominając Indów spokojnym, ale stanowczym głosem: „Bądźcie nieustraszeni”.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.