Stand-up, czyli rozśmieszyć trudniej niż wzruszyć

Z RAFAŁEM RUTKOWSKIM , aktorem komediowym, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedyś w kinie i teatrze funkcjonowała kategoria komika, aktora specjalizującego się wyłącznie w tego typu rolach. Przed wojną istnieli w Ameryce aktorzy wybitnie obdarzeni tzw. vis comica, specyficzne typy, komicy tacy jak Charlie Chaplin, Harold Lloyd czy Flip i Flap. Po wojnie we Francji trwały kilka dziesięcioleci fenomeny Fernandela czy Louisa de Funes. W Polsce głównie przed wojną, a potem trochę po wojnie, rolę komika tout court pełnił Adolf Dymsza, ale na nim się skończyło. I w ogól ten fenomen osłabł. Niejako „etatowych” komików zastąpili w kinie i teatrze komicy „sytuacyjni”, nie ma jednego „typu”, ale co jakiś czas jakiś aktor gra rolę, przynajmniej w zamierzeniu, komiczną. Obserwując Pana jako zjawisko aktorskie doszedłem do wniosku, że Pan w pewnym stopniu nawiązał do tej tradycji, przywracając zwłaszcza polskiemu teatrowi figurę komika z prawdziwego zdarzenia…
Jeśli tak jest, jak pan mówi, to mogę wyrazić tylko satysfakcję. Komiczny punkt widzenia jest nierozerwalnie związany z moim spojrzeniem na świat, poprzez śmiech. W Teatrze Montownia, który współtworzyłem i w którym gram, wystawiamy spektakle przeważnie komediowo-satyryczne. Taki też charakter mają moje występy w ramach „one man show czy stand-upach, jak np. „Ojciec polski”. Ludzie łakną śmiechu, a poza tym za pomocą śmiechu można mówić o ważnych, a nawet poważnych sprawach. To jest dla mnie sytuacja idealna i wypełniał ją idealnie mój idol, Woody Allen czy Stanisław Tym, który swego czasu był takim polskim lustrem, nowym Stańczykiem. Ludzie znów uczą się słuchać o poważnych sprawach poprzez śmiech. Tak było w PRL, potem to jakoś zaniknęło i teraz znów wraca. Niestety, nie pełni takiej funkcji kabaret, który służy prawie wyłącznie do rozśmieszania. Niedawno w Teatrze Polonia zrobiliśmy premierę „Depresji komika” Michała Walczaka, gdzie gram razem z Adamem Woronowiczem, aktorem o profilu zdecydowanie dramatycznym, który gra tam prawdziwego showmana, podczas, gdy ja gram postać pogrążonego w depresji komika. Słowem – odwróciliśmy nasze role i aktorskie charaktery. Bardzo chciałbym, żeby w Polsce narodził się rynek komików, co zresztą powoli się staje. Ciągle jednak jeszcze nie zaczęło się wracać do określenia „komik”, które kiedyś powszechnie funkcjonowało i zostało u nas niemal zapomniane. Na świecie komicy są bardzo cenieni, bo to bardzo rzadka kategoria aktorska, na wagę złota. Od czasów wspomnianego przez pana Charliego Chaplina czy także Bustera Keatona, komik to była bardzo ważna postać w kulturze, dziś powiedzielibyśmy w popkulturze. Prawzorem komika był cyrkowy clown.
Bierze Pan też udział w telewizyjnym widowisku „I kto to mówi”. To ciekawe doświadczenie?
Bardzo. Improwizowanie na żywo, przed ludźmi, to forma bardzo popularna w świecie, a u nas dopiero wchodzi. Poza tym improwizowanie na żywo, przed kamerą, to świetne ćwiczenie zawodowe, które zaleciłbym nie tylko aktorom komediowym, także dramatycznym, ćwiczenie wzbogacające warsztat.
Proporcje w zakresie potencjalnych możliwości formowania aktorskich typów widzę tak: z większości studentów aktorstwa można by zrobić przeciętnych aktorów dramatycznych, ale tylko bardzo nielicznych udałoby się zrobić nawet przeciętnymi komikami. Rozśmieszyć jest znacznie trudniej niż wzruszyć czy dać do myślenia…
Zgadzam się. Jakoś tak skonstruowana jest ludzka psychika. Zgadzam się, że rozśmieszyć człowieka jest trudniej niż wzruszyć. Poza tym w sytuacji aktorskiej działa przymus rozśmieszenia widza, przymus, który może działać paraliżująco. Jeśli robię komedię i ludzie się nie śmieją, to jest to śmierć przedsięwzięcia. W przypadku wzruszenia, takiej bezpośredniej odpowiedzi nie odbieramy, a nawet nie oczekujemy, bo większość ludzi wzrusza się w milczeniu. W komedii jest natychmiastowa recenzja ze strony widowni. Po prostu: jest śmiech albo go nie ma. Dlatego nie należy nikogo na siłę przerabiać. Jeśli ktoś się nie czuje na siłach, żeby rozśmieszać publiczność, jeśli nie ma tego we krwi, to powinien dać sobie spokój. Ja lubię śmiech, lubię, gdy ludzie się śmieją. Dlatego mam ogromną frajdę z moich występów w ramach one man show. Oczywiście zawsze mam tremę. Kiedy stoję za kurtyną i wiem, że czeka na mnie ponad trzysta osób, że mam ich sam przez półtorej godziny bawić, to myślę przez moment: „Boże, w co ja się władowałem”. Trwa to jednak tylko pięć sekund, potem wychodzę i publiczność daje mi energię. Jestem wtedy jak rekin, którego rozkręca zapach krwi. Jak usłyszę pierwszy szmerek śmiechu, pierwsze brawka, to staję się takim rekinem. Mam jednak sporo kolegów aktorów, którzy mają talent komiczny ale odmawiają, kiedy im proponuję taką rolę, jak twierdzą, ze strachu przed taką konfrontacją.
Pokazując w krzywym zwierciadle różne aspekty zachowań, postaw, kompleksów mężczyzny polskiego stał się Pan dla niego w jakimś stopniu lustrem, może po trosze socjologiem…
Kiedy wybieram tematy, to biorę te, które mnie kręcą, ale także są ważne dla mężczyzn w ogóle. Na przykład kiedy zostałem ojcem, uświadomiłem sobie, że o macierzyństwie mówi się u nas nieustannie, ale ojcostwie bardzo rzadko. Dlatego z Michałem Walczakiem wpadliśmy na pomysł, żeby w one man show „Ojciec polski” porozmawiać i o tej kwestii. I zabawnie i gorzko. Z kolei w one man show o seksie poruszyliśmy temat, który w Polsce tak naprawdę ciągle jest tematem tabu. Dało mi to też asumpt do pytania, czy Polska jest krajem sexy. W „Depresji aktora”, którą zaczęliśmy grać w Teatrze Polonia rozmawiamy z Adasiem Woronowiczem o tym, czym jest w Polsce bycie aktorem, komediantem i co się kryje za tym celebryckim blichtrem, szczerzeniem zębów do kamery i co się z nami dzieje po zapadnięciu kurtyny czy zakończeniu zdjęć na planie filmowym czy telewizyjnym. O tym, jakie są koszty rozśmieszania, czyli dawania swojej energii widzom. A to kosztuje, bo musimy zawodowo rozmieszać także w te dni, kiedy przeżywamy prywatne smutki i dramaty. Ale na tym polega zawodowstwo.
Kiedy zrodziła się Panu komiczna samoświadomość aktorska? Na studiach?
Dużo wcześniej. Już w przedszkolu byłem skłonny do rozśmieszania innych. Już wtedy słuchałem kawałów opowiadanych przez dorosłych, a potem sam je opowiadałem, zadowolony, że się z nich śmieją. W podstawówce robiłem różne scenki, skecze. Tak więc wprawiałem się bardzo wcześnie.
Co dała Panu z tego punktu widzenia szkoła teatralna, czyli ukończona przez Pana warszawska PWST?
Bardzo dużo. Ten warsztat o charakterze ogólnym, czy dramatycznym, którego przede wszystkim uczyliśmy się przy Miodowej jest przydatny także w budowaniu ról komediowych.
W PWST wystąpił Pan w kanonicznej już jako „pomoc naukowa” „Zabawie” Mrożka, a także w „Kabarecie modernistycznym” w oparciu o teksty Bałuckiego, Witkacego i Gombrowicza pod kierunkiem Wiesława Komasy. Jednak Pana rolą dyplomową był Don Fernand w „Cydzie” Corneille’a w reżyserii Pana profesorki, Zofii Kucówny. „Cyd”, to ucieleśnienie teatru klasycznego, retorycznego dostojnego i hieratycznego. Czy myślał Pan wtedy, że w zawodzie daleko odejdzie Pan od tej ścieżki?
Wiedziałem. Mając świadomość swoich warunków komicznych podjąłem jednak to wyzwanie jako ćwiczenie się w diametralnie odmiennej formie. I mogło mi to wyjść tylko na dobre. Każda rola, zwłaszcza odbiegająca od naszych predyspozycji, bardzo wzbogaca i poszerza warsztat. Poza tym dobra komedia polega na tym, żeby ją grać bardzo serio. Im bardziej serio gram, tym śmiech jest większy. Dlatego polecam każdemu komikowi zagranie w „Cydzie”. Mój idol John Cleese, wielki komik angielski z „Monthy Pytona” mówił, że dobrzy slapstick polega na tym, żeby bić w mordę dwa razy prawdziwej niż w rzeczywistości i dwa razy prawdziwiej poślizgnąć się na bananie, bo wtedy jest zabawniej. Nie ma śmiechu tam, gdzie jest udawanka.
Zdarzało się czytać lub słyszeć w wywiadach z aktorami komediowymi żal, że nie dane im było zagrać ról dramatycznych, „Hamleta” i tym podobnych. Nieżyjący już świetny aktor komediowy i charakterystyczny Jerzy Turek powiedział mi wprost, że „w środku zawsze czuł się dramatyczny”…
W odpowiedzi na to powołam się na przykład słynnego kiedyś szwedzkiego tenisisty Bjorna Borga. Otóż on fantastycznie bił z forhandu, ale miał słaby serwis. A ponieważ to go męczyło, chciał ten serwis poprawić. I trener mu to odradził, zalecając mu doskonalenie tego, co było jego mocną stroną, właśnie forhandu. Nie warto tracić czasu na dyspozycje, które z natury nie są naszą mocna stroną. Lepiej doskonalić mocne strony. Skoro zatem najlepiej gra mój instrument komediowy, nie powinienem na siłę pchać się do „Cyda”, bo nic z tego nie będzie.
Czasem jednak zdarza się, że obsadzenie aktora stricte komediowego w roli dramatycznej daje ciekawe efekty, np. Andrzej Grabowski, serialowy Ferdek Kiepski był znakomity w dramatycznej roli Heideggera w Teatrze Telewizji…
Bardzo dobre role dramatyczne mieli na swoim koncie tacy znakomici aktorzy o profilu komediowym jak Roman Kłosowski, Jan Kobuszewski, Wiesław Gołas, Wiesław Michnikowski, Mieczysław Czechowicz czy Wojciech Pokora. Z drugiej strony kapitalne efekty komiczne osiągał arcymistrz aktorstwa dramatycznego Tadeusz Łomnicki, ale on potrafił zagrać wszystko. Z przykładów obcych przywołam Jima Carreya, aktora, który potrafi rozśmieszyć do rozpuku, aktora o nieograniczonej mimice i plastyczności ciała. On zaczynał w filmie od ról dramatycznych.
Pan by teraz przyjął propozycję roli dramatycznej?
Jeśli byłaby obmyślana pode mnie, to oczywiście. Mógłby to być nawet „Hamlet”, ale na pewno inny niż ten, do którego przyzwyczaiła nas tradycja (śmiech). Póki co jednak nie myślę o wyciskaniu widzom łez, bo już samo życie wystarczająco dużo im ich wyciska. Wolę rozśmieszać.
Dziękuję za rozmowę.

Rafał Rutkowski – ur. 22 maja 1973. Absolwent warszawskiej PWST (1995). Ma na swoim koncie dziesiątki epizodycznych ról w filmach (m.in. „Ciało” A. Saramonowicza, „Lejdis” T. Koneckiego) i serialach (m.in. „Kryminalni”, „Niania”, „Daleko od noszy” , „Szatan z siódmej klasy”, „Siła wyższa”, „Dom nad rozlewiskiem”). Na scenie zadebiutował w „Skarbie” St. Tyma w warszawskim Teatrze Powszechnym (1996). Współzałożyciel, aktor i reżyser Teatru Montownia, w którym zagrał m.in. w „Szelmostwach Skapena” Moliera, „Transatlantyku” W. Gombrowicza, „McQuichote” na motywach M. Cervantesa, „Testosteronie” A. Saramonowicza, „Smutnej królewnie” i „To nie jest kraj dla wielkich ludzi” M. Walczaka, „Seksie polskim” M. Łubieńskiego. Współpracuje m.in. z Teatrem Polonia K. Jandy, gdzie w 2008 roku zadebiutował w roli Idiotosa-Boga w komedii „Bóg Woody Allena, a zagrał też w „Ojcu polskim” M. Walczaka i „Hipnozie” K. Materny. Współpracował też z teatrami: Studio i na Woli im. T. Łomnickiego.

Komedia serio

Sezon 2018/2019 w stolicy (IV)

Mimo poważnych tonów w repertuarze warszawskich teatrów dramatycznych (zwłaszcza publicznych) nie zapominał teatr o rozrywce. Była to jednak przede wszystkim komedia serio.

Umocnił się teatr muzyczny – wiele radości przyniosły spektakle Syreny, gdzie z entuzjastycznym przyjęciem spotkał się nie tylko sławny musical „Rodzina Addamsów” Marshalla Brockmana i Ricka Elice’a z muzyką Andrew Lippa, ale także trudniejszy w odbiorze, bo poświęcony cierpieniom towarzyszącym chorobie dwubiegunowej kameralny musical „next to normal” Toma Kitta (muzyka) i Briana Yorkey (libretto). Oba kipiące energią spektakle wyreżyserował Jacek Mikołajczyk (również autor spolszczenia libretta), dyrektor teatru wyrastającego na prężną scenę musicalową.
Wielkim osiągnięciem był „Śpiewak jazzbandu”,
autorski musical Wojciecha Kościelniaka,
zaprezentowany przez Teatr Żydowski na deskach scenicznych Klubu Garnizonowego. Tą premierą o zderzeniu starego i nowego, tradycji z nowoczesnością Kościelniak potwierdził swoją pozycję na polskiej scenie muzycznej – jedyny w historii laureat Nagrody Boya za spektakle muzyczne (ze szczególnym uwzględnieniem adaptacji klasyki literackiej) dał tym razem ekscytującą opowieść osnutą na motywach sztuki Samsona Raphaelsona i legendarnego pierwszego filmu dźwiękowego w historii kina „The Jazz Singer”. Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego.
Obraz komedii muzycznych na warszawskich scenach podbarwił humorem zmieszanym z nostalgią nader zabawny, a przy tym aktorsko wyrafinowany „Żołnierz Królowej Madagaskaru” Juliana Tuwima w opracowaniu i reżyserii Krzysztofa Jasińskiego (Polski) z brawurowym duetem Zbigniewa Zamachowskiego (Mazurkiewicz) i Lidii Sadowej (Sabina). „Dla samej sceny niewydarzonych, a rozkosznych amorów Mazurkiewicza i Sabiny warto wydać wszystkie pieniądze na bilet” – pisałem po premierze.
W stronę teatru musicalowego zmierzał Kabaret Pożar w Burdelu, który przezwycięża najwyraźniej trudności. Dowodzą tego dwie premiery podpisane przez Michała Walczaka (scenariusz i reżyseria) na scenie Malej Warszawy (dawna Fabryka Trzciny na Pradze): „Żelazne Waginy 2. Cześć i chwała bohaterkom” i „Herosi transformacji. Ostateczne starcie”.
Komediami stały
sceny impresaryjne i niepubliczne,
na czele z teatrami Fundacji Krystyny Jandy – w Och-teatrze m.in. premiera „8 kobiet” Roberta Thomasa (reżyseria Adam Sajnuk) z lekkim nalotem pastiszu w stylu Agaty Christie, a w Polonii nawiązująca do Czechowa komedia „Wania, Sonia i Masza” Christophera Duranga (reż. Maciej Kowalewski). Co cenne, w obu teatrach pojawiały się także ambitniejsze tytuły: „Krzesła” Eugène Ionesco (reż. Piotr Cieplak), klasyka teatru absurdu, czy „Osy” Iwana Wyrypajewa w reżysera autora. Zwłaszcza ta ostatnia komedia beniaminka warszawskiej publiczności zyskała szeroki rezonans. Toczy się w niej osobliwe śledztwo wokół zagadki, z kim się spotkała Helene (Magdalena Boczarska) w ubiegły poniedziałek, które prowadzą jej mąż Mark (Marcin Dorociński) i ich przyjaciel Joseph (Dariusz Chojnacki). Ale to jedynie parawan, za którym kryje się znacznie poważniejsze pytanie: na czym polega wolność? Tę poważną debatę o potrzebie transcendencji, której mógłby widz w teatrze nie znieść, autor ukrywa pod formą intrygującej formy przekazu. Jej esencją jest muzyczność, refreniczność, operowanie rodzajem słownego tańca, czasem przypominającego natarczywość katarynki. Z tym spektaklem dialoguje na scenie Polonii „Boże mój” (reż. Andrzej Seweryn), sprawnie napisana i zadomowiona na polskich scenach komedia izraelskiej autorki Anat Gov (1953-2012). Pomysł, aby posadzić pana B. na kozetce u terapeutki, okazał się inteligentnym obramowaniem pytań o relacje człowieka i Boga, bo do końca nie wiadomo, kto tu jest pacjentem.
O edukacji rozumianej jako
rygor wychowawczy
traktuje Stowarzyszenie umarłych poetów Toma Schulmana (Och-teatr, reż. Piotr Ratajczak), tragikomedia ukazująca zderzenie dwóch modeli wychowawczych, które reprezentują tutaj trzymający się starych reguł dyrektor szkoły Nolan (Mirosław Kropielnicki) i nowoczesny nauczyciel Keating (mocna rola Wojciecha Malajkata). Jeden chce wdrażać do posłuszeństwa, drugi do nonkonformizmu i samodzielności. Nie da się tego pogodzić.
W spektaklu Piotra Ratajczaka chodzi także o pochwałę buntu, zachętę do walki z reżimem, o postawę – tutaj zresztą pomocniczo wzmocnioną cytatem z Witolda Gombrowicza: „Nie lawiruj, płyń prosto pod wiatr”. Kiedy uczniowie buntują się przeciw drylowi (poza jednym lizusem) sala im sekunduje. Spektakl trafia więc w nastrój czasu: niezgody na świat, który nie spełnia oczekiwań. Keatling roznosi wirus buntu, który nie pozwala na trwanie w przyziemnym oportunizmie.
Do komediowych plusów sezonu
doliczyć trzeba „Wykrywacza kłamstw” Wasilija Sigariewa (reż. Robert Talarczyk) w Capitolu, wystawionego na jubileusz tego teatru i 35. rocznicę scenicznego debiutu Anny Gornostaj (świetna rola komediowa Olafa Lubaszenki), rzecz nie tylko o porachunkach małżeńskich, ale także rozliczeniach z historią. Podobały się bezpretensjonalne komedie prezentowane na scenie IMKA: „Czworo do poprawki” Cezarego Harasimowicza (reż. Agnieszka Baranowska) z brawurową rolą Katarzyny Herman czy „Mała rzecz a cieszy” Liz Lochhead (reż. Piotr Jędrzejas). Niespodziankę sprawił Sylwester Biraga, wystawiając w offowej Drugiej Strefie sztukę Antona Burge’a „Bette & Joan”, która odsłania kulisy jednego dnia z życia gwiazd na planie filmu Boba Aldricha „Co się zdarzyło Baby Jane”. Marzena Trybała i Halina Chrobak stworzyły w niej tchnące prawdą portrety niegdysiejszych ikon amerykańskiego kina.
Swoje robił Klub Komediowy – pojawił się w nim zabawny monodram Agnieszki Przepiórskiej „Kocham Bałtyk” na podstawie tekstu Zośki Papużanki. Była to zarazem inauguracja Teatru Furiosa Agnieszki Przepiórskiej. Warto odnotować, że wciąż pojawiają się nowe próby tworzenia autorskich scen albo nawet centrów kultury – tak się stało na Pradze, gdzie na Radzymińskiej Małgorzata Duda z mężem Krzysztofem Kozerą, artystą plastykiem powołali do istnienia w starej kamienicy klimatyczny Teatr OFFiCYNA, na inaugurację wybierając „Dzieło sztuki” Antoniego Czechowa (reż. Żanna Gierasimowa).
Sezon teatralny obfitował
w spektakularne wydarzenia,
wśród których dominowały czytania nowych dramatów i otwarcie sceny debiutów w Teatrze WarSawa (udane realizacje „Śmiesznych miłości” na motywach książki Milana Kundery, reżyseria i scenariusz Adam Sajnuk i „Na zachodzie bez zmian” wg Ericha Marii Remarque, scenariusz i reżyseria Karolina Kirsz); debaty w Polskim czy Powszechnym; projekcje filmowe i działania warsztatowe (TR Warszawa, Nowy); plenerowy spektakl opery „Madama Butterfly” Giacomo Pucciniego na placu Defilad (reż.. Natalia Korczakowska, 4 tysiące widzów); konkursy, m.in. dramaturgiczny na sztukę z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości (Polski). Obsypana nagrodami została Krystyna Janda za „Zapiski z wygnania” (m.in. Nagroda Boya i Gustaw).
Szczególny charakter miały też jubileusze – w tym jubileusze spektakli – „Duszyczka” Tadeusza Różewicza (adaptacja sceniczna, reżyseria, scenografia – Jerzy Grzegorzewski, kostiumy Barbara Hanicka, muzyka Stanisław Radwan, światło Mirosław Poznański, realizacja fresków Robert Sarlej, prapremiera w Teatrze Narodowym, pod Wierzbową, 30 stycznia 2004 roku) zagrana została po raz dwusetny w 15 lat po premierze. Godne to szacunku kultywowanie dzieła wielkiego reżysera, zwłaszcza że przedstawienie mimo upływu lat, grane w tej samej obsadzie, zachowało świeżość i poetycką siłę.
Prawdziwą satysfakcję z bardzo długiego utrzymywania tytułu w repertuarze mogą odczuwać tylko nieliczne zespoły: TR Warszawa (Uroczystość Thomasa Vintenberga i Mogensa Rukova, reż. Grzegorz Jarzyna, premiera 5 czerwca 2001) czy Ateneum (Kolacja dla głupca Francisa Webera, reż. Wojciech Adamczyk, premiera 11 maja 2001 – spektakl zbliża się do tysięcznego wykonania, a spróbujcie dostać bilet!).
Życie teatralne wzbogacały liczne festiwale na czele z WST. Trwał permanentnie niedofinansowany przez władze festiwal sztuki mimu – a mimo to w tym roku dał zachwycającą warszawską replikę Once, legendarnego spektaklu Teatru Derevo w reżyserii Antona Adasynkiego. Niespodzianki przyniosła kolejne edycja Nowych Epifanii – powodem był rzeszowski spektakl Teatru Maska Pawła Passiniego, którego premierze próbował zapobiec prezydent miasta. Po raz ostatni bodaj odbył się festiwal Teatroteka – prezentowane na nim spektakle, nagrane przez WFDiF, nie mogą doczekać się premiery na antenie telewizji publicznej.

Aktorstwo ma we krwi WYWIAD

Lucyna Malec – ur. 27 lipca 1966 r. w Bielsku-Białej. Od 1991 roku związana z warszawskim Teatrze Kwadrat. Jedna z najbardziej utalentowanych aktorek swojej generacji, obdarzona wykorzystanym talentem komicznym i nie wykorzystanym dramatycznym. Zagrała m.in. w „Zbrodniach serca”, „Dwóch morgach utrapienia”, „Szalonych nożyczkach”, „Moim przyjacielu Harveyu”. W filmie m.in. w „Dzieciach i rybach” J. Bromskiego, „Pułkowniku Kwiatkowskim” K. Kutza, „Moim Nikiforze” K. Krauzego. Wystąpiła też w serialach, m.in. „W labiryncie”, „40-latek 20 lat później”, „Graczykowie”, „Twarze i maski”, „Bulionerach”, „Ekstradycji”, „Czas honoru”, „Hotel 52” i „Na Wspólnej”.

 

Z Lucyną Malec rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Chcę na wstępie szczerze pogratulować Pani klasy i wdzięku z jakim wcieliła się Pani, już dawno temu, w benefisie Zygmunta Kałużyńskiego w Teatrze Stu, w postać Marylin Monroe, śpiewając mu jej słynne „Happy birthday to you”.

Miło mi. Wystąpiłam w tym benefisie z przyjemnością, bo uwielbiałam pana Kałużyńskiego, niesamowicie barwnego, oryginalnego człowieka i ciekawego publicystę.

 

Wyczuwa się, że ma Pani aktorstwo we krwi…

Bo ja zawsze chciałam być aktorką i mając trzy latka już bawiłam się w występy na scenie. Występowałam w rozmaitych zespołach, chodziłam na rytmikę. Moja droga do tego zawodu była więc bardzo naturalna.

 

Z kim Pani studiowała w warszawskiej PWST? I ilu z Pani koleżanek i kolegów pracuje w zawodzie?

Między innymi z Edytą Jungowską, Beatą Bandurską, Pawłem Wodzińskim, Małgosią Dudą i Markiem Sikorskim. To chyba jedyni z naszego roku, którzy uprawiają ten zawód, a było nas dwadzieścia parę osób.

 

Mało. W dawnych czasach to jednostki pozostawały poza zawodem. Prawie wszyscy absolwenci dostawali etaty.

Wiem, ale my skończyliśmy szkołę w roku 1989, roku przemian i dyrektorzy byli zdezorientowani, nie wiedzieli czy dalej będą dyrektorami. Sporo naszych koleżanek i kolegów szukało szczęścia w innych zawodach, np. w reklamie, wyjechało za granicę. Skończyły się czasy spokojnych etatów. I od tamtej pory żyjemy w nowych warunkach.

 

Teatr, z którym jest Pani związana daje Pani role komediowe, farsowe. Podobnie w telewizji, gdzie grała Pani w Komicznym Odcinku Cyklicznym, a później główną rolę w serialu „Bulionerzy”.  Spełnia się Pani w tym typie ról i nie marzy o roli dramatycznej?

Nigdy nie myślałam w tych kategoriach, także podczas studiów, gdy mieszkałam w Dziekance i który to piękny czas jednej wielkiej, fantastycznej przygody, minął strasznie szybko. Uczyli nas wspaniali profesorowie, Ryszarda Hanin, Aleksandra Śląska, Andrzej Szczepkowski, Andrzej Strzelecki, Adam Ferency, Czarek Morawski, Alina Świderska. Mam świadomość, że jestem aktorką z zacięciem komediowym i choć czasem marzy mi się wykorzystanie wewnętrznego potencjału dramatycznego, to zgadzam się z tymi kolegami, którzy mówią, że trudniej jest zagrać komedię niż dramat. W komedii aktor musi posiadać pewną lekkość i wdzięk, w dramacie niekoniecznie. Poza tym pracuję w teatrze, w którym nigdy nie gramy do pustej widowni. A co do moich prywatnych gustów, to lubię grać w kostiumie, dobrze się w nim czuję, a nie za często mam takie okazję, bo w „Kwadracie” gramy najczęściej sztuki współczesne. Chociaż np. w „Słudze dwóch panów” Goldoniego grałam w kostiumie i kobietę i mężczyznę, z szabelką i wąsikiem. O roli dramatycznej marzę, w jakiejś sztuce Szekspira, ale zrealizowanej „po bożemu”, bez przesadnych udziwnień.

 

Roli uczy się Pani szybko?

Bardzo szybko. Pamięciowo opanowuję tekst bardzo szybko, a później myślę nad rolą. I całe szczęście, bo prowadzę dom, poza tym chodzę na jogę, współpracuję z teatrem polskiego radia, gram w dubbingu, więc ciągle gdzieś pędzę. Po prostu dzień świra.

 

Lubi Pani tak żyć?

Właściwie lubię.

 

Występowała też przed laty Pani w telewizyjnym programie kabaretowym pod tytułem „Komiczny Odcinek Cykliczny, w którym jako Profesorowa partnerowała Pani Sławomirowi Szczęśniakowi i Grzegorzowi Wasowskiemu…

To był dowcip dla inteligencji, a tej jest niewiele. Miło ten czas wspominam, a trwało to parę lat. Dobre to było, zabawne, do tego przebieranka, bo grałam i chłopczyka i dziewczynkę i staruszkę. Miewałam też miłe sygnały od osób, które nagrały sobie odcinki KOC-a na kasetę i od czasu do czasu je sobie oglądają.

 

Zagrała też Pani jedna z głównych ról w serialu „Bulionerzy”?

O ile wiem, to niezłą. Ten serial, choć komediowy, pokazuje w krzywym zwierciadle sporo naszej rzeczywistości, naszego myślenia, a także tych bogaczy, którzy mają przewrócone we łbie.

 

Przeczytałem w jednej z gazet uwagę o „Bulionerach”, że one przez swoją lekką, zabawną formułę, zagłaskiwały w społecznej świadomości dramatyzm podziału na biednych i bogatych. Co Pani na to?

No nie! Nie dajmy się zwariować. To jest serial komediowy i niech sobie taki będzie. Proszę zwrócić uwagę, że „Bulionerzy” są rodziną religijną, prawą, sympatyczną, próbującą zachować pewne cenne wartości i do tego szukającą poprawy swojej sytuacji, chcącą wybić się z marazmu, uczącą się. Oni już są lepsi i bardziej uczciwi od tych, którzy tam mieszkają. Są takim podwójnym wzorem do naśladowania, i dla tych bogatych i dla tych z nizin. Ci pierwsi, którzy potrafią wydać dwa tysiące złotych na przykładna okulary, często zatracają świadomość tego, czym jest prawdziwe życie.

 

Zauważyłem w Pani teatrografii, że dwukrotnie była Pani asystentem reżysera. Może w przyszłości poświęci się Pani reżyserii teatralnej?

Chyba nie. Mówię szczerze – mam do tego za małą wiedzę. Reżyser powinien mieć ogromną, rozległą wiedzę, a ja takiej nie mam. A ja byłam taką asystentką samozwańczą, raczej do organizacji, bo jak zobaczyłem, że się nie klei, to zaprowadzałam porządek.

 

Spiera się Pani z reżyserami podczas prób?

Czasami tak, ale nigdy nie miałam nieprzyjemnych sytuacji. Wie pan, kobieta ma tę możliwość, że w ostateczności może się rozpłakać, na przykład z niemocy i mężczyzna reżyser na ogół nigdy nie wie jak się w takiej sytuacji zachować. Chyba że byłby Kazimierzem Dejmkiem, bo on by umiał zareagować, ale z nim nigdy nie pracowałam. Brakuje reżyserów, bo co do aktorów, to reprezentują na ogół wysoki poziom. Niestety reżyserzy serwują często nie najlepsze pomysły, jak np. w przypadku „Słomkowego kapelusza”, gdzie z pogodnej farsy nie wiedzieć czemu reżyser zrobił dramat egzystencjalny o śmierci, niemal Becketta. Albo w innym spektaklu aktorzy przebierają się na scenie, na oczach widza. Tymczasem ja jako widz chcę być zaczarowana przez spektakl, uwiedziona, oszukana, chcę uczestniczyć w iluzji.

 

A skoro o nagrodach i wybitnych postaciach polskiego teatru mowa – czy dawne hierarchie w waszym zawodzie, takie o jakich opowiadają często Pani dużo starsze koleżanki czy koledzy, jeszcze istnieją?

One prawie zanikają, jak zresztą także w innych dziedzinach życia, ale ja uważam, że to źle, bo jakiś porządek rzeczy musi być, muszą być jakieś autorytety. Pod tym względem czuję się konserwatystką. Może jestem trochę jędzowata, ale jak widzę, że na plan przychodzi młody człowiek i nie umie się zachować wobec starszych, to zwracam mu uwagę. Na ogół jednak młodzi ludzie mają na szczęście kindersztubę. To daje nadzieję na przyszłość.

 

Dziękuję za rozmowę.