Konserwatywna Polska? To mit

Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?

Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań. Działania pozytywne będę oczywiście wspierał, a blokował te karygodne i szkodliwe.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

Pokazałem, że potrafię promować różnorodność, tolerancję, dbać o najuboższych, ale też o dobre relacje z inwestorami i poznańskimi przedsiębiorcami, którzy tworzą atrakcyjne miejsca pracy dla poznaniaków.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?

Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać.  Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie. Armia musi być niezależna od polityków. Pospolitym ruszeniem i WOT nie osiągniemy tego, co można osiągnąć profesjonalizmem i jakością.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.

Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?

Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak. Prezydent musi działać w zgodzie z prawem. Jest strażnikiem konstytucji, więc jest ostatnią osobą, która może pozwolić sobie na łamanie prawa, nawet jeśli jest mu to politycznie wygodne.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.

Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

Pokazałem, że można mieć własne zdanie, nawet gdy to nie sprzyja dobrym sondażom. Tak było chociażby w przypadku mojego udziału w marszu równości. W poznaniu mogą czuć się dobrze wszyscy, niezależnie od tego, jakiego są wyznania, koloru skóry czy poglądów politycznych.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?

Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?

Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.
Sądzę, że na przestrzeni 5-6 lat dojdzie do rozwiązań, które funkcjonują w państwach chadeckich, np. w Niemczech, gdzie nie ma aborcji traktowanej jako środek antykoncepcyjny, ale jest opieka i troska wobec kobiet, które rozważają podjęcie tej dramatycznej decyzji.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?

Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.Zgłosiłem swoją kandydaturę w kopercie, dokładnie tak samo, jak zrobiła to Małgorzata Kidawa-Błońska. Pytałem ją o to.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?

Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W Polsce jest wiele osób, którym nie udało się w związkach małżeńskich przetrwać i o tym też trzeba jasno mówić. Najważniejsze, aby dbać o dzieci i nawzajem się szanować. Wydaje mi się, że mam ze swoją byłą żoną lepsze relacje, niż w niejednym małżeństwie, które trwa.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.

Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Na obecny rok przypada 90 rocznica ukazania się „Dziewic konsystorskich” (1929), sławnego pamfletu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, którym rozpoczął on swoją wielką kampanię krytyczną w stosunku do Kościoła katolickiego w II Rzeczypospolitej i jego szkodliwej roli w sferze życia społecznego, skrajnie restrykcyjnej w warstwie obyczajów, represyjnej wobec praw kobiet, destrukcyjnej w odniesieniu do kultury i wolności słowa oraz praw obywatelskich, hamującej (choć takie określenie było wtedy nieznane) rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz, w konsekwencji, zamykającej większość Polaków w ciasnej, niewolniczej, niedojrzałej, nietolerancyjnej mentalności. Po upływie dekady od odzyskania przez Polskę państwowej niepodległości, Boy uświadamiał swoim tekstem, że okupantów w postaci obcych potęg zaborczych zastąpiła w znaczącym stopniu organizacja, która czerpie legitymizację swoich uroszczeń z – co najmniej dyskusyjnych – zasług historycznych dla utrzymania polskiej świadomości narodowej i dla przywrócenia niepodległości oraz z całkowicie niepodlegających racjonalnej weryfikacji źródeł o charakterze fideistycznym. Rok po „Dziewicach konsystorskich” Boy dał temu pełny wyraz w równie głośnym tekście „Nasi okupanci” (1930), w którym pokazał Kościół katolicki jako agresywną, pasożytniczą, rakowatą narośl na czele narodu i społeczeństwa polskiego, narzucającą mu swoją władzę (nie tylko perswazyjną) i wysysającą z niego soki żywotne. W 1932 ukazał się jego kolejny tekst, „Piekło kobiet”, w którym Boy skoncentrował się na jednym z najbardziej szkodliwych aspektów represyjnej i antywolnościowej roli Kościoła katolickiego, czyli jego wpływowi na prawo karne w Polsce i na mentalność społeczną, co spowodowało zepchnięcie kobiet w sferze ich praw osobistych, w tym związanych z prokreacją, na pozycję pariasów i gorszego, dyskryminowanego ze względu na płeć, sortu.

„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyny Romanowskiej i Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin, książka, na którą jeszcze można natrafić w księgarniach, uświadamia, że 87 lat po ukazaniu się pierwszego wydania „Piekła kobiet”, sytuacja kobiet w Polsce w zakresie praw reprodukcyjnych lokuje ich prawa w punkcie wyjścia sprzed blisko 90 lat i że tekst Boya jest przerażająco aktualny. Na kilkadziesiąt lat PRL okupacyjna rola Kościoła katolickiego uległa radykalnej redukcji, ale po przełomie 1989 roku powróciła do stanu bliskiemu czasom II Rzeczypospolitej. Kościół bez skrupułów sięgnął po zapłatę za to, co przypisano mu mocno na wyrost – za udział w kontestacji PRL. Na wyrost, bo Kościół w wielu wymiarach (choćby budownictwa sakralnego) dobrze się w Polsce Ludowej miał, otoczony ogólnym szacunkiem, wspierany finansowo i wolny od obecnej krytyki. Jak widać, pozycję Kościoła w PRL cechuje stan sprzeczności, swoisty paradoks, polegający na tym, że ograniczony w swoich uroszczeniach ideologicznych, cieszył się (na ogół, jeśli nie liczyć trudniejszych okresów czy dramatycznych epizodów) jednocześnie dość wszechstronnym komfortem w funkcjonowaniu. Był więc Kościół katolicki przez znaczącą część okresu PRL – męczennikiem na pluszowym krzyżu. Jest bardzo znamiennie, że tym na co już w pierwszych miesiącach 1989 roku Kościół katolicki i jego polityczni akolici podnieśli rękę, były osobiste prawa kobiet w sferze prokreacyjnej. O dramatycznych tego rezultatach mówi właśnie „Dziewięć rozmów o aborcji”. Zakaz aborcji wywołuje od 30 lat nieustanny, społeczno-polityczny stan zapalny. To nieustające, boyowskie „piekło kobiet” w praktyce, z przerwami aktualne od 90 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w prawie karnym z 1932 roku (osobnej ustawy antyaborcyjnej wtedy nie było) i przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, czyli „spędzanie płodu”, jak to wówczas określano, była w Polsce zakazana.

W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez blisko 4 lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu.

W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich.

Skończyło się na tzw. „kompromisie”, czyli na restrykcyjnej ustawie zasadniczo zakazującej aborcji, co prawda zostawiającej kilka wyjątków od zakazu, jednak bardzo często trudnych do wyegzekwowania w praktyce, z powodu nieustannego nacisku Kościoła. I tak jest do dziś, choć być może Czarny Protest z 3 października 2016 roku choć trochę otrzeźwił przynajmniej niektórych hierarchów (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).

Ostatnią odsłoną wokół aborcjnej gorączki była inicjatywa środowiska prolajf skupionego wokół wspomnianej Godek, zmierzająca, poprzez projekt „Zatrzymaj aborcję” do radykalnego ograniczenia i tak represyjnego prawa aborcyjnego, poprzez zakaz tzw. aborcji eugenicznej, czyli zniesienia prawa do przerwania ciąży w przypadku wystąpienia znaczących i nieusuwalnych wad płodu. Aktualnie inicjatywa ta została zamrożona przez PiS w obawie przed konfliktem społecznym i masowym protestem kobiet, co mogłoby zagrozić stabilizacji obecnej władzy. Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo dokuczliwa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie.

Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły przed problemem niechcianej ciąży. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. I jak wielkim jest to powodem do społecznego wstydu i do wyrzutu społecznego sumienia oraz powodem do wstydu po stronie państwa polskiego, które w XXI wieku taki los gotuje swoim obywatelkom.

Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin –„Dziewięć rozmów o aborcji”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1.

W porządnej kamienicy…

Obecnie, mimo obowiązywania tzw. „kompromisu aborcyjnego”, legalny dostęp do zabiegu przerywania ciąży – nawet w sytuacjach, gdy zezwala na to prawo – jest na tyle utrudniony (casus Alicji Tysiąc, czy zgwałconej 14-letniej Agaty z Lublina), że w praktyce dla kobiet, których nie stać na wizytę w prywatnym gabinecie ginekologicznym, albo na wyjazd z kraju, całkowity zakaz aborcji jest faktem. Jak się jednak okazuje, licznym mizoginom i antyfeministom, pod kobiecym przewodnictwem Beaty Szydło, to wciąż mało. Za każdym razem, gdy piekło kobiet wydaje się już osiągać apogeum, zaczynają otwierać się jego kolejne kręgi. Jakiekolwiek, nawet niewielkie starania o uzyskanie wpływu na decyzję o własnej płodności (pigułka „ellaOne”) spotykają się z brutalnym kontratakiem, a argumenty wskazujące podrzędną rolę kobiet, są na porządku dziennym. Można je usłyszeć nie tylko z ust prawicowych konserwatystów, lecz także od osób deklarujących się, jako lewicowe (uważających, że problem aborcji, to „temat zastępczy” i wymysł burżuazyjno-liberalnych środowisk wysługujących się zachodniemu kapitałowi). Nic dziwnego, że zarówno kler, jak i państwo roszczą sobie prawo do moralnego nadzoru nad kobietami, a coraz większemu, ocierającemu się o paranoję („płaczące zarodki”) uczłowieczaniu płodu towarzyszy perfidne odczłowieczanie kobiet. Dla zamożnych usunięcie niechcianej ciąży jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę z ogłoszeniami oferującymi „przywracanie miesiączki – tanio”. Ubogie mieszkanki wsi, czy małych miasteczek, gdzie nawet dostęp do antykoncepcji jest utrudniony, już teraz radzą sobie za pomocą wszelkich, a to internetowych, a to „domowych”, wynalazków. Co najgorsze, dochodzi też do drastycznych aktów dzieciobójstwa. Nie trzeba więcej przykładów (choć można dodać przymus rodzenia dzieci z gwałtu, kazirodztwa, podtrzymywanie ciąż pozamacicznych, jeszcze trudniejszy dostęp do badań prenatalnych, kryminalizacja martwych urodzeń, czy poronień) uzasadniających, że całkowity zakaz aborcji, to antyludzkie barbarzyństwo. Chodzi o to, by kobiety jeszcze bardziej pognębić, wpędzić w poczucie winy, wstydu, by „niosły swój krzyż”, jak chce Kościół, który coraz bardziej tracąc realny „rząd dusz”, jak tonący brzytwy, chwyta się kobiecych macic. Najobrzydliwsza jest jednak hipokryzja wylewająca się ze świętobliwych twarzy „obrońców życia”. W gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi przecież, co zrobi kobieta, najważniejsze, żeby odbyło się to po cichu, pokątnie, żeby nikt nie słyszał, żeby nikt nie widział, nikt nie gadał. Potem wystarczy pójść do kościoła, wyspowiadać się, dać na tacę i życie potoczy się dalej. A jeśli jakaś kobieta umrze, wykrwawi się na śmierć usuwając ciąże wieszakiem, czy łykając „zestaw poronny”, zamówiony na portalu aukcyjnym… Cóż, nie od dziś wiadomo, że „w porządnej kamienicy wypadki się nie trafiają”…