Paradoks historii?

We wrześniu 1993 roku, wywodzący się z ruchu „Solidarności” obóz rządzący przegrał wybory z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Po czterech latach rządów „wyczekiwanych od dziesięcioleci przez miliony Polaków”, wyborcy wystawili im za nie gorzki rachunek. Mit „Solidarności” popieranej przez prawie cały naród, legł w gruzach.

    W „Życiu Warszawy” z 25 sierpnia 1993, w felietonie z cyklu „Tak sobie myślę”, Jacek Fedorowicz w pierwszej części swojego wywodu na pozór spokojnie, na chłodno przyjął wyniki prawyborów we Wrześni, które wskazały prawdopodobnego zwycięzcę zbliżających się wyborów 19 września. Jednak w drugiej części  komentator nie wytrzymał, wybuchając frustracją i szyderstwem. Najpierw stworzył „prognostyczną” listę przyszłego rządu SLD, listę dziewięciu nazwisk z Aleksandrem Kwaśniewskim jako premierem na czele, przy czym nie miał w tym „totolotku” ani jednego trafienia, a jednemu z prognozowanych ministerstw nadał nazwę „do spraw kontaktów z Azją i Europą Wschodnią (zachodnia nie będzie chciała mieć z nami nic wspólnego”. Na koniec Fedorowicz zadeklarował, że „ma zamiar udać się na emigrację. Do Czeskiego Cieszyna. Dalej się nie opłaca, bo to – mam nadzieję – długo nie potrwa”. Nazajutrz, w tej samej gazecie, inny felietonista, Krzysztof Czabański, piszący „Na własny rachunek”, w tekście „Wrześniowa klęska” wyraził lęk o wolność słowa po wygranej lewicy. „Mam w nosie wybory, jeśli ich efektem bezie oddanie władzy przeciwnikom wolności słowa. (…) tak jak napełniają mnie przerażeniem i smutkiem próby cenzurowania mass mediów ze strony księży i polityków prawicy, tak samo jestem sparaliżowany wizją władzy SLD, OPZZ, Unii Pracy i temu podobnych ugrupowań”. O ile jednak obecny przewodniczący pisowskiej Rady Mediów Narodowych trafnie wtedy zauważył próby cenzury prawicowo-klerykalnej, to trudno wywnioskować, skąd wzięła się jego obawa w tym względzie w stosunku do polityków SLD. Puentując swój tekst, napisał: „Wyniki prawyborów we Wrześni świadczą, że nasz karnawał dobiega końca. I tak zresztą trwał on dłużej niż poprzedni, między sierpniem 1980 a grudniem 1981. Tamten trwał raptem 16 miesięcy, ten już ponad cztery lata. Tym bardziej gorzkie przebudzenie?

Nie uprawiaj czarnowidztwa, gromią mnie przyjaciele. Nie da się włożyć do tubki tej samej pasty. To bardzo efektowne powiedzenie. Mnie jednak, prawdę mówiąc, przeraża sama wizja próby takiego wduszenia pasty z powrotem do tubki. Może nie będzie to próba udana, ale jaką mamy gwarancję, że dusić będą tylko pastę”. Czabański bardzo się pomylił i to niejako podwójnie. Polityka SLD okazała się nie tylko daleka od cenzuralnych zakusów, ale w sferze społeczno-ekonomicznej rządy tej formacji okazały się „bardziej papieskie niż rządy papieża”. Co znamienne, dziś Czabański, funkcjonariusz PiS w przestrzeni mediów, jakoś nie wyraża troski z powodu praktyk klerykalno-pisowskiej cenzury, a ta się przecież dokonuje w  TVP, w szczególności w TVP Info, bo przecież zagarnięcie publicznej, z definicji i zapisu w konstytucji, stacji telewizyjnej przez jedną partię nie jest niczym innym jak szytą najgrubszymi nićmi cenzurą. Także w „Życiu Warszawy” Maciej Łętowski w tekście (31 sierpnia) pod tytułem „Przestaliśmy się wstydzić?”, analizując wynik wrześnieńskich prawyborów napisał: „I tak oto  zanika w opinii publicznej wstyd przed publicznym przyznaniem się do sympatii wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To już nic żenującego, by powiedzieć ankieterowi, że będzie się głosować na tę partię. Aleksander Kwaśniewski staje się tak samo dobrym demokratą, jak Stefan Niesiołowski, Józef Oleksy nie ustępuje Bronisławowi Geremkowi, a Socjaldemokracja to tak samo dobra partia, jak, powiedzmy, Konfederacja Polski Niepodległej”. I na koniec, zacytował biskupa Józefa Życińskiego, który napisał w przedwyborczym liście pasterskim: „Trudno sobie wyobrazić, aby po upadku hitlerowskich Niemiec, dawni członkowie NSDAP wystąpili z żądaniem ponownego powierzenia im władzy (…)”. Ton listu Życińskiego był dość reprezentatywny dla tonu reakcji przeważającej części innych dostojników Kościoła katolickiego, a także znacznej części proboszczów. Podobne nastroje studził już po zwycięstwie SLD na łamach „Rzeczypospolitej” redaktor miesięcznika „Więź” Cezary Gawryś. Uspokajając i zapewniając, że rząd lewicy nie będzie atakował Kościoła (miał rację w stopniu ponad swoje spodziewanie – rządy SLD-PSL przyjęły wobec uroszczeń Kościoła kat. postawę – niestety – w dużym stopniu bliską defensywnego oportunizmu) katolicki publicysta pisał:  „Tak więc wynik ostatnich wyborów, będący dla wielu polityków i dla dużej części społeczeństwa gorzką lekcją demokracji, w której zawsze ktoś przegrywa, jest w moim przekonaniu wielką szansa dla Kościoła, tak dla hierarchii i duchowieństwa, jak i dla działaczy świeckich, a mianowicie szansą uświadomienia sobie, że sytuacja jest całkiem nowa. (…) Te nowe czasy przyszły. Demokracja i wolność są dla Kościoła pod pewnymi względami trudniejszym wyzwaniem niż był komunizm, zwłaszcza w swoje sklerotycznej fazie końcowej”. W katolickim tygodniku „Ład” (nieistniejącym już od lat podobnie jak „Życie Warszawy”) Piotr Podziomek, nawiązując do wyniku wyborów, pisał w listopadzie 1993 w tekście „Chorągiew padła”: „W którymś z wcześniejszych felietonów napisałem, że Polacy, głosując 19 września tak, a nie inaczej, w momencie głosowania odrzucili jako wartości znaczące swój katolicyzm i swój patriotyzm, co nie znaczy, że przestali być katolikami i patriotami, ale znaczy, że wcale nie są skłonni do stosowania wartości tworzących podstawowy zrąb polskiego katolicyzmu i patriotyzmu”.

4 stycznia 1994 roku po blisko trzech miesiącach rządów SLD-PSL Stefan Niesiołowski (to nie późniejszy działacz Platformy Obywatelskiej i śmiertelny wróg PiS, lecz katolicko-narodowy radykał z ZChN, fanatyczny zwolennik zakazu aborcji) pisał, że „wbrew deklaracjom i zapowiedziom, składanym zwłaszcza bezpośrednio po wyborach, podstawą działania rządzącej koalicji jest lewicowa doktryna i polityczny odwet. Jako argumenty na rzecz swojej tezy przytaczał m.in. zapowiedzi renegocjacji zawartego latem 1993 roku konkordatu z Watykanem, próbę liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, koncesje na rzecz ludzi poprzedniego systemu, ostrą politykę fiskalną oraz zwalnianie wojewodów z poprzedniej ekipy, jak gdyby nie było oczywiste, że wojewodowie są zawsze eksponentami aktualnej władzy centralnej.

Jednak najciekawszy i najmądrzejszy tekst dotyczący sytuacji politycznej jesienią 1993 roku wyszedł spod pióra bliskiego liberalno-demokratycznej Unii Demokratycznej Aleksandra Smolara, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 4 września pod tytułem „Co będzie, jeśli wygra SLD?”. Smolar zaczął tekst w stylu nawiązującym do jeremiad i rozdzierania szat przez prawicowych publicystów: „Za dwa tygodnie w wyborach zwyciężyć mogą dwie partie, które dopiero co dość niechlujnie przemalowały swoje szyldy. Bez trudu można odczytać stare nazwy: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Perspektywa ta stanowi istotne zagrożenie dla Polski. Piszę więc, żeby w przyszłości nie zarzucać sobie, iż niczego nie uczyniłem, by mu zapobiec. Obóz wywodzący się z opozycji demokratycznej przegrał społeczną walkę o pamięć. I tu jest ważne źródło dzisiejszych sukcesów pogrobowców PRL”. Jednak po tej rytualnej, panicznej inwokacji Smolar przystąpił do wnikliwej analizy przyczyn zwycięstwa SLD i znalazł dla niego cały szereg racjonalnie wytłumaczalnych przyczyn. Dostrzegł je głównie w szoku ekonomicznym transformacji po przełomie 1989 roku, w krytycznej reakcji na forsowną klerykalizację życia publicznego, w oderwaniu się pierwszej elity władzy III RP od społecznych nastrojów oraz w dekompozycji prawicy. Smolar zauważył też, że – paradoksalnie – biorąc pod uwagę jego polityczny rodowód, SLD „stał się dla wielu ludzi w Polsce gwarantem, obrońcą wolności, przed radykalnym, prawicowo-nacjonalistycznym autorytaryzmem.  Stwierdził też, że „oburzenie moralne, szok wywołany nazwiskami członków kierownictwa PZPR na czele państwa, uczucie upokorzenia, że sami sobie to chomąto nałożyliśmy, wywołają reakcję nieproporcjonalną do rzeczywistych zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa, dla naszych wolności czy choćby dla wybranej przed czterema laty drogi”. Innymi słowy, w swoim mądrym tekście Aleksander Smolar przewidział, że w czasie swoich rządów, także tych drugich, z lat 1997-2001, postpezetpeerowska, „postkomunistyczna” lewica, przy wszystkich błędach, niedostatkach i przewinach swoich rządów, okazała się lojalna wobec demokratycznej drogi obranej przez Polskę. Trudno natomiast z tekstu Smolara wywnioskować, czy wyobrażał sobie, że w odległej przyszłości – siłą osobliwego paradoksu historii zagrożenie dla demokracji, widmo systemu autorytarnego, pojawi się po przeciwnej niż „postkomunistyczna” lewica stron, po stronie uważanego z definicji za wolnościowy i demokratyczny obozu postsolidarnościowego.