Głosy wołające na puszczy

– albo jak polskie badania nad Iranem znów poszły na marne.

Na ostatnim spotkaniu nazwijmy je, niechętnych i otwarcie przymuszonych krajów w Warszawie, zarówno amerykański wiceprezydent, jak i sekretarz stanu na europejskiej ziemi potępili Europę za to, że ta próbuje wywiązać się ze swoich obietnic w związku z porozumieniem nuklearnym i rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ numer 2231 – tak irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif skomentował w niedzielę, w ostatnim dniu konferencji bezpieczeństwa w Monachium, przebieg innej konferencji – tej w Warszawie, którą polski rząd zorganizował na zlecenie swoich kochających demokrację sojuszników. Polskich iranistów oraz trzeźwo myślących badaczy spraw bliskowschodnich takie postawienie sprawy i zredukowanie dumnego polskiego państwa do rzędu krajów, które dały się wmanewrować w brudne gry Waszyngtonu, nie dziwi w ogóle.

Jak zauważa na łamach „Przeglądu” Tadeusz Iwiński, politolog i wieloletni poseł z ramienia SLD, w kategoriach czystej wymiany gospodarczej Polska nie może stracić wiele na pogorszeniu kontaktów z Iranem, bo już teraz obroty wzajemne są minimalne – rzędu jedynie ok. 200 mln euro. Poniesiona szkoda jest innego rodzaju – wykonując bez szemrania amerykańskie zlecenie, o czym zresztą donoszą światu sami Amerykanie, wbrew całej długiej i raczej pozytywnej historii stosunków dyplomatycznych z Teheranem, Warszawa traci twarz. Tymczasem na wschodzie, przypomina doświadczony socjaldemokratyczny parlamentarzysta, to wartość, której nie da się przeliczać na pieniądze. Najwyraźniej polski rząd uznał jednak – nie pierwszy raz – że wschodem przejmować się nie warto. Tak samo, jak opinią tych, którzy wschodem zajmują się zawodowo. Oni, gdy tylko pojawiły się wiadomości o planowanej konferencji, od razu wskazali: to nie będzie żadna „konferencja pokojowa”, o „wielostronnym dialogu” można bowiem mówić pod określonymi warunkami. Nie wtedy, gdy jeden z organizatorów od dawna prowadzi agresywną politykę wymierzoną w państwo, którego czyny mają być na konferencji omawiane – bez jego udziału.

Umocniliśmy islamskich konserwatystów

– Już sam sposób, w jaki sekretarz stanu USA Mike Pompeo ogłosił, że konferencja będzie odbywała się w Warszawie – a więc przed polskim MSZ – jest trochę przerażający. USA traktują Polaków dość służalczo – bez żadnych złudzeń komentował w wywiadzie z Onetem dr Marcin Rzepka, iranista z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Równie jasno i bez dwuznaczności ekspert wskazywał, że warszawski zjazd wpisuje się w agresywny antyirański kurs obrany przez administrację Donalda Trumpa.

Przypominał przy tym, jakie praktyczne skutki ma oskarżanie Iranu o całe zło tego świata: nie przyczynia się do nadwątlenia republiki islamskiej, a przeciwnie – uderza w politykę otwierania się na świat i powolnej liberalizacji, jaką starał się prowadzić prezydent Hasan Rouhani. Ona ponosi klęskę, a w siłę rosną w Teheranie jedynie twardogłowi. Nastawieni na konfrontację, przeciwni prawom człowieka i wszelkiemu dialogowi. A przecież – tego też w mediach głównego nurtu nie usłyszymy – to Iran, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie budzi system teokratyczny i stan praw człowieka, jest obecnie jedynym systematycznie się rozwijającym, stabilnym krajem Bliskiego i Środkowego Wschodu. Naprawdę nie warto z nim rozmawiać?

Marcin Rzepka przewidział doskonale, że jednym z „bohaterów” konferencji będzie znany z agresywnej retoryki premier Izraela, a Polsce w tej sytuacji pozostanie już tylko odgrywanie roli zausznika USA w Europie, bo przecież nie neutralnego moderatora, dającego wszystkim stronom szansę wyartykułowania swoich racji. Jednak rząd Morawiecki najwyraźniej z takiego położenia jest zadowolony.

Nie doceniliśmy lokalnych uwarunkowań

– Podstawową przyczyną, dla której nie powinniśmy opowiadać się za amerykańską polityką wobec Iranu, jest fakt, że jest zwyczajnie błędna – to z kolei głos Jagody Grondeckiej, również iranistki, cod 2015 r. pracującej w polskiej ambasadzie w Teheranie. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego alarmowała na łamach „Kultury Liberalnej”, że żadne państwo, które na Bliskim Wschodzie ma realne interesy i je ceni, nie zgodziłoby się zostać gospodarzem takiej konferencji. Wskazywała, że Polska ma wszelkie szanse ponieść koszty działań, które nie przyniosą jej żadnych korzyści. Dokładniej zaś – przyniosą regionalną katastrofę, bo polityka amerykańska oparta jest na niewłaściwych założeniach, nie docenia siły irańskiego oddziaływania choćby na żyjących w innych państwach szyitów, przecenia za to skalę niezadowolenia społecznego, jakie tli się w Iranie, bezzasadnie przyjmując, że zmiana systemu rządów jest w zasadzie o krok.

I chociaż Grondecka przypisuje Iranowi „destabilizacyjny potencjał”, potępia finansowanie Hezbollahu, a udział Teheranu w konfliktach jemeńskim i syryjskim kwalifikuje jako jednoznacznie złą (przyznając wszakże, że także inne państwa są tam zaangażowane), to ostrzega: jeśli już przyjmować, że naszym celem jest powstrzymywanie Iranu, to drogą jego skutecznej realizacji nie są groźby. – Polska powinna wraz z innymi członkami Unii Europejskiej prowadzić wobec Iranu politykę krytycznego dialogu, wypełniając tym samym pustkę pozostawioną przez Stany Zjednoczone. Jej bilans póki co pozostaje ograniczony, ale nawet niedoskonały dialog jest w tym przypadku lepszy niż izolacja i groźba ataku militarnego – pisze.

Zyskaliśmy szacunek? Nie tym razem

Dobrych stron i szans dla Polski w irańskiej konferencji starała się natomiast doszukiwać Patrycja Sasnal, arabistka, kierująca programem analiz Bliskiego Wschodu i Afryki w Polskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. – Konia z rzędem temu, kto wskaże rząd Polski po 1989 roku, który powiedziałby „nie” Stanom Zjednoczonym na organizację konferencji międzynarodowej – komentowała nie bez racji na antenie TVN24. Argumentowała, że dla Polski bycie gospodarzem wielostronnej konferencji bliskowschodniej może okazać się bardzo prestiżowe, a i państwom tego regionu potrzebne jest takie spotkanie na neutralnym gruncie. Wskazała jednak również warunki, pod którymi konferencja byłaby owocna – i dziś już wiadomo, że przynajmniej dwa nie zostały spełnione. Po pierwsze, nie wybrzmiał głos państw, które w polityce międzynarodowej sprzyjają Iranowi, co byłoby warunkiem bezstronnego dialogu – za to donośnie brzmiały miotane na Teheran gromy Mike’a Pence’a, który dodatkowo na konferencji bezpieczeństwa w Monachium oznajmił bez ogródek, że wydarzenie w Warszawie miało charakter antyirański, a zebrane państwa zgadzają się co do tego, kto na Bliskim Wschodzie jest największym sponsorem terroryzmu i kogo należy zwalczać.

Jednym zdaniem ostatecznie przekreślił konferencyjne stanowisko końcowe, nieco bardziej ostrożne, współtworzone także przez polskich gospodarzy. „Zapomniał” przy tym choćby o nich wspomnieć. Tyle w kwestii prestiżu Polski i przyczyniania się przez nią do poszukiwania konstruktywnych rozwiązań na Bliskim Wschodzie.

Wybaczyliśmy te zbrodnie, które wybaczyć trzeba

– Rozmach imprezy i duża liczba gości to kwestie, które cieszyć mogą co najwyżej domy weselne albo właścicieli restauracji, a nie państwa – napisał 15 lutego Robert Czułda, specjalista od bezpieczeństwa i polityki zbrojeniowej, szczególnie zajmujący się Iranem, odbierając resztki złudzeń tym komentatorom, którzy po konferencji poklepywali się po plecach, pisząc, że może i faktycznie wyszła antyirańska narada wojenna i to z poszturchiwaniem gospodarzy, ale przynajmniej frekwencja dopisała. Sam ekspert złudzeń nie miał nigdy – w swoim komentarzu wskazał, że wydarzenie okazało się do bólu przewidywalne, Iran był atakowany w dokładnie taki sposób, jak wcześniej czyniła to administracja Trumpa. Tak samo również przewidywalne było zamykanie oczu na międzynarodowe awanturnictwo i wewnętrzne zbrodnie Arabii Saudyjskiej. Jeśli podczas warszawskiej konferencji zdarzyło się coś godnego odnotowania, pisze Czułda, to najszybciej fakt, że dostarczyła ona namacalnych dowodów przyjaznej współpracy Izraela z Arabią Saudyjską, chociaż oficjalnie żadne z tych państw się do niej nie przyznaje.
– W idealnym świecie, a przynajmniej w takim, w którym posiada się sprawne i silne państwo, mogące stawiać warunki innym i ugrywać korzyści w zakulisowych negocjacjach, Polska zorganizowałaby szczyt wzmacniając swoją współpracę z Amerykanami, ale jednocześnie byłaby w stanie rozwijać gospodarczą współpracę z Iranem na płaszczyznach, które i tak są wyłączone spod amerykańskich sankcji, chociażby w eksporcie żywności, lekach czy turystyce – podsumowuje ekspert, wskazując ścieżki rozumowania, które dla polskich władz (nie tylko aktualnych) od dawna są nieosiągalne. Gwoli pocieszenia stwierdza, że w imię realizowania cudzych zamówień uderzono w stosunki z państwem, którym i tak od dawna specjalnie się nie interesowano. W liczbach bezwzględnych straty nie są może wielkie. Inne pozytywy? – Jeśli już to jeden – naocznie dowiedzieliśmy się co tak naprawdę myślą o nas państwa niby nam sojusznicze lub przynajmniej zaprzyjaźnione – pisze Czułda. A potem dodaje, że przy obecnych tendencjach nawet tej wiedzy nie będziemy potrafili sensownie wykorzystać.

Chwała dyletantom

– Po 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych objawiły się zastępy samozwańczych ekspertów od Iranu, często związanych z czołowymi think tankami i administracją rządową, a równie często nieznających perskiego, którzy w Iranie nigdy nie byli – gorzko zauważa w swoim komentarzu Jagoda Grondecka, zastanawiając się nad przyczynami, dla których polityka USA wobec Iranu opiera się na brudnej mieszance nagich interesów, stereotypów i ksenofobicznych uprzedzeń. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nic lepszego na tym odcinku nie umiała wymyślić Polska, byłaby jeszcze bardziej bezlitosna. W Polsce wysyp think tanków zajmujących się Bliskim Wschodem nie miał miejsca, bo „elitom” wystarczy bezrefleksyjne powtarzanie tez wyprodukowanych przez uwielbianych sojuszników. Nieważne, ile razy ci podpalili Bliski Wschód i dowiedli, że nie mają ani skrupułów, by tamtejsze kraje i ludzi wyzyskiwać, ani wiedzy niezbędnej do tego, by się w tamtej przestrzeni w ogóle skutecznie poruszać.

Bigos tygodniowy

W aferze Srebrnej pojawił się wątek jak z sarmackiej komedii: postać chciwego plebana. My tu, nad Wisłą, żarłoczną chciwość kleru dobrze znamy, nie od dziś, wiemy że to jego kardynalna cecha, ale dla Austriaka doświadczenie tego na własnej kieszeni, to musiało być doświadczenie nie lada. Nawiasem mówiąc, chciwy pleban (już ex-pleban) gdzieś się ulotnił. A poza tym, jak stwierdził w prokuraturze Austriak, oberszef całego srebrnego interesu, prezes PiS osobiście trzymał w ręku kopertę z łapówą dla plebana. Bez przesłuchania prezesa się nie może się obejść. Tym bardziej jeśli prawdą jest, że Birgfellnera nakłaniano w prokuraturze do odwołania tego zeznania. Pytanie tylko, czy do przesłuchania dojdzie w tej kadencji.

Mecenas Jacek Dubois reprezentujący Geralda Birgfellnera, feralnego powinowatego Jarosława Kaczyńskiego i niedoszłego budowniczego srebrnych wież powiedział, że przeraził go fakt, iż wkrótce po tym, gdy złożył w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez prezesa PiS, „na Nowogródzkiej odbywa się spotkanie, na które przyjeżdżają wszystkie najważniejsze osoby w państwie. Do osoby potencjalnie podejrzanej stawiają się osoby z administracji państwowej, które wspólnie przygotowują stanowisko w tej sprawie”. Sugestywnie to mecenas ujął. Toż to scena jakby rodem z „Ojca chrzestnego IV. Epizod warszawski”. Szkoda, że Marlon Brando już by tego nie zagrał.

Mecenas Dubois powiedział po przesłuchaniach Birgfellnera w prokuraturze: „Byliśmy przekonani, że nie toczy się postępowanie w sprawie, tylko postępowanie, które ma na celu działanie na rzecz partii politycznej i które ma ustalić, jakie są plany i zagrożenia ze strony naszego klienta”. To o sposobie prowadzenia przesłuchania przez prokurator Renatę Śpiewak, która odmówiła też pełnomocnikowi Birgfellnera zapewnienia, że protokoły przesłuchania nie zostaną przekazane prokuratorowi generalnemu.

Podobno wiceprezydent USA Mike Pence, który w zeszłym tygodniu nawiedził Polskę, z obcymi kobietami nigdy nie rozmawia na osobności, nigdy w cztery oczy, a jedynie w obecności osoby trzeciej. Motywuje go imperatyw cnoty chrześcijańskiej. Mike Pence jest cnotliwym chrześcijaninem, a zarazem chrześcijańskim realistą, który ostrożnie nie do końca ufa źródłom swej cnoty. A może to nie aż tak, a tylko lekcja Billa Clintona i Moniki Lewinsky?

Pal jednak licho Pence’a. Prawdziwe nieszczęście to nowa odsłona, niemal równo po roku, zimnej wojny nacjonalizmów polskiego i izraelskiego. Zbyt to skomplikowana i drażliwa materia by zwekslować ją w kilku zdaniach. Jednego można być pewnym: ta wojna nie skończy się dopóki PiS nie utraci władzy.

„Doceniamy również wagę rozwiązywania nierozstrzygniętych kwestii z przeszłości i wzywam/namawiam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holocaustu” – powiedział w Polsce drugi Mike, czyli sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Tak to jest, gdy się nadgorliwie nastawia tylnej części państwowego ciała, jak rząd PiS robiąc nieszczęsną konferencje bliskowschodnią.

Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpił do Koalicji Europejskiej na majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Wszystko na to wskazuje, że słusznie…

Leszek Miller wyznał, że już niedługo po wysunięciu Ogórkowej na SLD-owską kandydatkę do prezydentury, miał jej dość powyżej uszu i ledwo się powstrzymał od posłania jej do diabla. Nigdy więcej ogórkopodobnych na lewicy.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar przypomniał, że jest za zniesieniem art. 212 kodeksu karnego, na mocy którego na grzywnę skazany został dziennikarz tygodnika „Sieci” i portalu w polityce.pl Wojciech Biedroń. Szanowny Panie Rzeczniku, jesteśmy „za” pod warunkiem, że jednocześnie podejmie Pan działania w celu zniesienia artykułu 196 kk, przewidującego represje za „naruszanie uczuć religijnych”.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować” – te słowa warto ponownie przypomnieć po tym, jak bezprawnie ujawnione przez TVPiS wizerunki osób protestujących pod jej siedzibą wywołały falę hejtu i szykan w stosunku do nich. Dwie z nich nawet wyrzucono z pracy. TVPiS jest szkodliwa nie tylko przez przekaz, ale i skutki uboczne.

Klerykałowie wrzeszczą, że umieszczenie lekcji religii w szkole na pierwszej i na ostatniej pozycji cyklu lekcyjnego, to walka z religią i Kościołem. Oni niedługo uznają, że brak krzyży na dachach szaletów publicznych, to też walka z religią.

„Wiem, że jeśli w tym roku w wyborach wygra „opcja proeuropejska”, to Polska jaka znamy, zniknie w ciągu jednego pokolenia” – napisał w sakiewiczowej „Gazecie Polskiej” Robert Tekieli. I daj Panie Boże. Im mniej takiej Polski w Polsce, tym lepiej dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla Polaków.

Przy okazji pochówku (z hałasem) „kryształowego człowieka” i „wielkiego autorytetu” Jana Olszewskiego wydało się, że ten „szlachetny, szanujący każdego człowieka” pogardliwie zwykł określać swoich przeciwników jako „małpy”. Chciałoby się rzec: dżentelmen odchodzi popuszczając wokoło.

A afera Srebrnej sączy się, sączy, sączy… Stosunki na ulicy Srebrnej i stosunki jerozolimskie, to dwa najgłówniejsze stosunki uprawiane dziś w polityce w Polsce.

Flaczki tygodnia

Miała być sukcesem ekipy PiS, stała się kanonadą konfliktów i gaf. Serią nerwowych akcji gaszących kolejne medialne pożary. W efekcie wszyscy zapamiętają warszawską konferencję poświęconą „planom pokojowym na Bliskim Wschodzie” jako spotkanie, gdzie najważniejsi goście cynicznie wykorzystali gospodarczy. A niektórzy jeszcze gospodarzy obrazili.

Lista gaf jest długa jak na jednodniową imprezę. Zaczęło się od inauguracyjnego wystąpienia sekretarza Stanu USA Mike Pompeo, który upomniał polskich gospodarzy, że nie załatwili roszczeń dotyczących żydowskiego mienia.
Na takie słowa polski premier i polski prezydent powinni zapytać amerykańskiego polityka kogo on reprezentuje. Bo jeśli obywateli USA, to te roszczenia zostały załatwione już w 1960 roku. Jeśli zaś pan sekretarz Pomopeo reprezentuje też interesy obywateli Izraela, to powinien to jasno zadeklarować.

Ten sam sekretarz Pompeo wielce wychwalał obywatela zasłużonego obywatela żydowskiego Franka Blajchmana. Uznawanego w IV RP za stalinowskiego zbrodniarza. Było to jawne splunięcie w politykę historyczną elit PiS. Ponieważ splunął nowy Wielki Brat, to elity PiS musiały zapomnieć o swojej „godności”. Udawać, że „nic się nie stało”.

Nie dało się już milczeć, kiedy akredytowana amerykańska dziennikarka Andrea Mitchell z NBC poinformowała z Warszawy miliony obywateli USA, że powstanie w getcie w 1943 roku było skierowane przeciwko „nazistowskiemu i polskiemu reżimowi”. Oczywiście pani Mitchell za kłamstwa przeprosiła. Ale na pewno więcej osób usłyszało jej pierwsze stwierdzenie, niż przeprosinach.

Akredytowani na konferencji dziennikarze polscy obserwowali obrady skoncentrowani w przygotowanej dla nich sali. Nie mieli szans dotarcia do zaproszonych gości. W przeciwieństwie do amerykańskich i izraelskich kolegów, których zaproszona na spotkania z ich delegacjami. Polskich dziennikarzy polscy organizatorzy potraktowali jak „drugiego sorta”.

Sprawnie i cynicznie izraelski premier Benjamin Netanjahu wykorzystał konferencję do swojej kampanii wybiorczej. W czasie spotkania z izraelskimi dziennikarzami w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polski POLIN miał on, w nawiązaniu do sporu o ustawę o IPN, stwierdzić, że „Polacy kolaborowali z nazistami i nie znam nikogo, kto kiedykolwiek był sądzony za mówienie o tym”.

Słowa te opublikował szybko dziennik „Jerusalem Post”. I po medialnej burzy równie szybko zmienił swoją relację. Sam Netanjahu twierdził, że miał na myśli indywidualnych Polaków. Ale nawet takie jego słowa były co najmniej niezręczne. I bardzo nielojalne wobec gospodarzy z PiS.

Już po północy z czwartku na zeszły piątek prezydent Andrzej Duda zamieścił zaskakujący wpis na Twitterze: „Jeśli wypowiedź premiera Netanjahu brzmiała tak, jak podają media, gotów jestem udostępnić rezydencję prezydenta RP „Zameczek” w Wiśle na spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej (V4). Izrael nie jest w tej sytuacji dobrym miejscem by się spotykać, mimo wcześniejszych ustaleń”. W ten sposób prezydent odniósł się do słów izraelskiego premiera.

Zmobilizowany postawą pana prezydenta polski MSZ wezwał JE Annę Azari, ambasador Izraela w Polsce, do złożenia wyjaśnieni. Pani ambasador, nazywana przez prawicowych publicystów „Miss Anypolonizmu”, zadeklarowała, że publikowany cytat był nieprecyzyjny. „Byłam obecna przy briefingu premiera i nie mówił on, że polski naród kolaborował z nazistami, a jedynie że żadna osoba nie została pozwana do sądu za wspominanie o tych Polakach, którzy z nimi współpracowali”. Niezależnie od przytaczanej wersji wypowiedzi Netanjahu, każda z nich jest dla elit PiS obraźliwa.

Do grona gafowiczów dołączył pan premier Morawiecki, który powitał przybyłych na konferencję przemówieniem – poematem o warszawskim śniegu witającym tutaj zebranych. Wywołało to zdziwienie, a potem lawinę żartów wśród dziennikarzy. Zorientowali się bowiem, że pan premier czyta przemówienie napisane kilka dni wcześniej, kiedy w Warszawie śnieg jeszcze był. Biedny premier jest już tak oderwany od rzeczywistości, odgrodzony ciemnymi szybami swej limuzyny, że nie zauważa nawet zmiany pogody.

Po konferencji nawet propisowscy komentatorzy zauważali, że rząd został wciągnięty w nie nasz konflikt i przygotowania do wojny na Bliskim Wschodzie, w której nie mamy żadnego interesu. Że USA nie traktują Polskę podmiotowo, bo o partnerskich relacjach nie ma co marzyć.
To Amerykanie narzucili tematykę i ton rozmów. Polskiej stronie pozostały kwestie organizacyjne. Musiała też robić dobrą minę do złej gry i patrzeć, jak Waszyngton wbija klin pomiędzy Warszawę a inne stolice europejskie.

Trudno jest też dopatrzeć się zysków dla Polski. Amerykanie bez konferencji sprzedaliby nam broń, bo na tej transakcji dobrze zarabiają. Wzmacnianie flanki wschodniej żołnierzami USA to część amerykańskiej strategii ograniczania wpływów rosyjskich. Zniesienie wiz dla Polaków to kwestia czasu, bo USA nie są już atrakcyjne jako rynek nielegalnej pracy.

Liderzy PiS wykreowali obraz Rosji jako potencjalnego i pewnego agresora. Choć Rosja nie ma żadnego interesu by rozpocząć wojnę z Polską. Taki straszak był potrzeby polskiemu lobby zbrojeniowemu i wspierających go polityków, aby uzasadnić zwiększenie wydatków na zbrojenia. Te wydatki miały trafić do polskich fabryk. Finansować badania, nowe produkcje, zakupy licencji.
Ale politycy PiS przez trzy lata nie potrafili wydać ich w kraju. Teraz na potrzeby kampanii wyborczej zgodzili się zrobić duże zakupy w USA.

W efekcie takiej polityki polski podatnik pracuje na rozwój amerykańskiego przemysłu. Politycy PiS zachowują się jak dealerzy amerykańskiego przemysłu i jeszcze każą się cieszyć swym wyborcom, że wzbogacają USA.

Głos lewicy

Na Iran!

Sojusz Lewicy Demokratycznej opowiada się przeciwko organizowaniu konferencji bliskowschodniej na terenie Polski – poinformował Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojusz podczas konferencji prasowej Sojuszu, która odbyła się w Sejmie 11 lutego 2019 r. W spotkaniu z dziennikarzami uczestniczył również Krzysztof Płomiński, ambasador Rzeczpospolitej w Arabii Saudyjskiej oraz Iraku.
Podczas konferencji padły również dwa istotne pytania: kto odpowiada z ramienia Polskich władz za organizację konferencji bliskowschodniej oraz jakie są jej koszty finansowe i kto je poniesie?
Międzynarodowa konferencja, która odbędzie się w Warszawie w dniach 13 – 14 lutego może stać się miejscem ostrego konfliktu o Iran. Tym bardziej, iż Teheran odmówił udziału w spotkaniu. Lista przedstawicieli dyplomatycznych, którzy nie wezmą udziału w konferencji jest dłuższa od jej uczestników.
Przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:
W związku z tym co wydarzyło się w Iraku w 2003 r., postanowiliśmy zabrać głos w sprawie konferencji bliskowschodniej, ponieważ widzimy te same elementy, które doprowadziły do bardzo złych działań.
Po pierwsze, wszelkie zapewnienia, iż organizacja tej konferencji w Polsce nie tworzy problemów nie są prawdziwe, ponieważ jest to ściąganie na Polskę niebezpieczeństwa i proszenie się o kłopoty. Z tego przecież powodu już podwyższono stopień zagrożenia terrorystycznego w naszym kraju.
Po drugie, jest to konferencja zwołana ad hoc przez Stany Zjednoczone i Polska została w tej sprawie ewidentnie wykorzystana. Podczas przygotowań do dzisiejszego wystąpienia, przyszła nam do głowy następująca refleksja – konferencja Bliskowschodnia to spotkanie chętnych na Iran. Podobne spotkanie miało miejsce w 2003 r. i zwołano wszystkie kraje, które by chętnie wystąpiły przeciwko Irakowi.
Po trzecie, reprezentacja krajów, które potwierdziły przyjazd do Polski ma dwie wady. Pierwsza wada, wiele krajów nie przyjedzie. Druga wada, to ci którzy przyjadą będą reprezentowani przez bardzo niski szczebel, poza przedstawicielami dwóch krajów, które są bezpośrednio zainteresowane tematem: wiceprezydent USA oraz premierem Izraela.
Uważamy, że nie będzie żadnych obiektywnych wniosków z tej konferencji i jest to wystąpienie przeciwko jednemu krajowi – Iranowi i nie jest to rozsądne.
Pozwolę sobie zadać dwa pytania? Kto w polskim rządzie odpowiada za organizację tej konferencji? Do sprawy nie przyznaje się ani MSZ, ani polski rząd, ani Kancelaria Prezydenta RP. Drugie pytanie: ile kosztuje zorganizowanie tej konferencji i kto pokrywa jej koszty?
Info z sld.org.pl

Konferencja bliskowschodnia okryje nas hańbą

„Ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami” – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na zaproszenie Departamentu Stanu USA Warszawa organizuje, a może tylko gości, konferencję na temat Iranu, ale bez Iranu – napisał pan w jednym z ostatnich tekstów. Pisze pan o klientelistycznej postawie Polski, ale ja się zastanawiam, czy nie spełniamy tu roli pożytecznego idioty.
ROMAN KUŹNIAR: To jest jednak inna rola, ale Polska za rządów PiS także ją przyjmuje, tylko w stosunku do Kremla i Putina, który jest bardzo polskiemu rządowi wdzięczny, ale oczywiście nie może tego głośno powiedzieć. W odniesieniu do tej roli publikacja Tomasza Piątka o Macierewiczu pokazuje także, że nie tylko pożyteczni idioci, ale też w łonie formacji rządzącej mogą być agenci wpływu mniej lub bardziej świadomi, którzy działają w Polsce. Wracając do Ameryki, to jednak pasuje tu inna formuła: właśnie klientelizm.
PiS doskonale się wpisuje w takie klientelistyczne formatowanie świata przez administrację Trumpa, który czerpiąc ze swego doświadczenia lekko szemranego biznesmena na styku z mediami, biznesem i polityką, wykorzystującego wszelkie luki w prawie, aby nie płacić podatków, obecnie wykorzystuje i uzależnia na różne sposoby swoich partnerów. PiS staje się klientem w stosunku do Waszyngtonu, czuje dobrze tę rolę, bo podobny system wprowadza w Polsce.
Tylko w Polsce to PiS chce być tym panem, który uzależnia wszystko i wszystkich. Oczywiście ten polski system, który budują, można charakteryzować na różne sposoby i niejednokrotnie już to robiliśmy w naszych rozmowach, natomiast niewątpliwie, gdy spojrzeć na to, co robi PiS z innej perspektywy, to klientelizm jest par excellence czymś, co PiS buduje, mają to we krwi, w genach. Tak samo Kaczyński buduje politykę wewnętrzną, żeby wszyscy byli zależni i coś mu zawdzięczali, a ci, co jemu lub PiS-owi nie zawdzięczają, nie mają szans, są odsuwani. Strategia PiS-u i Kaczyńskiego zakłada, aby każdy był zależny. To jest stosowane w samej partii i w rozdawaniu stanowisk państwowych, licząc na to, że ci, którzy dostają stanowiska, będą się odwdzięczali PiS-owi. Taka janczaryzacja swojej bazy. Zresztą to jest działanie rodem z PZPR.

Ameryka z nie najmądrzejszym prezydentem Trumpem rozgrywa Polskę jak chce?
PiS się świetnie do tej roli nadaje. Ameryka to wie i chce uczynić z Polski coś na kształt klientelistycznej republiki bananowej, znanej z praktyki, jaką USA stosowały wobec krajów Ameryki Środkowej i Południowej. To polega na zachowaniach typu: my spełnimy wszystkie zachcianki naszego pana, dysponenta tego, na czym nam zależy: bezpieczeństwa, opieki, a także ewentualnie pożytków materialnych, choć to akuratnie my będziemy dopłacać do Ameryki Trumpa. Oczywiście pan-dysponent tych zasobów może nam dyktować warunki według własnego uznania, zlecać zadania do wykonania, wiedząc, że nie odmówimy.

Trump mówi, że porozumienie z Iranem jest złe i organizuje u nas konferencję, a my przyklaskujemy z ochotą, pusząc się jeszcze, że odbędzie się u nas ważna międzynarodowa konferencja?
Ta konferencja jest takim geszeftem w stosunkach międzynarodowych, bo trzeba powiedzieć, że klientelizm jest przecież patologicznym układem, to nie są normalnie realizowane interesy, transakcje, procedury.
Proszę zwrócić uwagę na taśmy Kaczyńskiego, które ujawniły właśnie taką jego geszefciarską naturę. Ta konferencja idzie poza istniejącymi w dyplomacji i stosunkach międzynarodowych mechanizmami rozwiązywania problemów odnoszących się do bezpieczeństwa, stabilności, reguł itd.
Istnieje cały szereg procedur, instrumentów czy platform międzynarodowych, w ramach których, gdyby chciano o Iranie rozmawiać uczciwie i przejrzyście, byłyby wykorzystane – czy w obrębie ONZ czy na forum Ligi Państw Arabskich, chociaż oczywiście Iran nie należy do tej organizacji, albo Organizacji Państw Islamskich.
Można sobie wyobrazić wiele innych form instytucjonalnych, które mogłyby tutaj posłużyć jako mechanizm czy procedura, miejsce przeprowadzenia takiej konferencji. Niestety, my poszliśmy po geszefciarsku i robimy nie najlepszy interes z Amerykanami. Proszę zwrócić uwagę, że to nawet nie my zapraszamy, tylko Amerykanie zapraszają do Warszawy tych, których chcą. Oczywiście będą tacy, którzy będą bronić tej konferencji, ale tego obronić się nie da. Gdyby była ona uczciwie pomyślana, musiałaby oznaczać udział i członkostwo Iranu.

Pisze też pan, że to trochę tak, jak przedstawiciele Świętego Przymierza rozmawiali o sprawie polskiej w czasach zaborów.
Przedstawicieli Iranu nie będzie, a wszyscy, którzy przyjadą, są sobie równi pod względem złych uczynków w regionie. Odnosząc się do tytułu jednego z filmów powiem, że są tak samo brudni, źli i brzydcy.
Tam nie będzie niepokalanych, tak samo jak Kaczyński na taśmach okazał się geszefciarski, chociaż miał być niczym Najświętsza Panienka.
Na Bliskim Wschodzie nie ma oczywiście uczciwych w pełni graczy, tam każdy gra nieczysto, pokazuje to chociażby wojna na terenie Syrii, ale i szereg innych nieczystych zachowań. Nie należy wyłączać jednego gracza i to tylko dlatego, że nie lubi go obecny prezydent USA i obecny premier Izraela. Należy żałować, że Polska hańbi się organizacją tego przedsięwzięcia.

Na mnie wrażenie zrobiła lista uczestników, którzy wezmą udział w warszawskiej konferencji. Oprócz wiceprezydenta i sekretarza stanu USA udział w niej wezmą wysocy przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, która ma na swoim koncie bezprecedensowe morderstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego.
To jest obrzydliwe, bo Arabia Saudyjska nie wytłumaczyła się z tego strasznego mordu, chociaż się do niego przyznają. Kręcą, mataczą, jeśli chodzi o dyspozycje polityczne w tej sprawie. Zachowują się skrajnie nieuczciwie, bo wiedzą, że mają parasol z Waszyngtonu. Sam Trump wije się jak piskorz, żeby nie uznać, że dyspozycja poszła z samej góry, a on oczywiście nie mógł się inaczej dokonać, bo wiemy, jak działa dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej. Wywiad amerykański ma na to zresztą dowody, które Trump bagatelizuje.
Polska gości beztrosko kraj, który okrył się hańbą i powinien spotkać się z infamią, z szerokim dyplomatycznym ostracyzmem, przynajmniej dopóki nie wytłumaczy się uczciwie z tego, nie przeprosi i nie zadośćuczyni.
Wiadomo, że Trumpa i jego rodzinę z Arabią Saudyjską łączą liczne powiązania i interesy, szczególnie poprzez osobę Jareda Kuschnera, który zresztą będzie w Warszawie. To pokazuje, jak bardzo ta grupa jest interesowna, a PiS świetnie się w tym odnajduje. To niestety na długie lata okryje nas hańbą. To jest tym bardziej przykre, że wykazuje się tu pogardę dla naszych historycznych zasług i dla wizerunku, jaki wypracowaliśmy sobie po 1989 roku. PiS to wszystko już zniszczył, a ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami i zachowującego się przyzwoicie.

Po raz kolejny stawia nas to w kontrze do UE, która jest za utrzymaniem porozumienia z Iranem, wypracowanym jeszcze za prezydenta Obamy?
Podobnie „ładnie” pokazaliśmy się przy inwazji na Irak, w której wzięliśmy udział. Najpierw była decyzja UE, że stoimy na gruncie decyzji ONZ (styczeń 2003), a zaraz potem był list ośmiu wyłamujący się ze stanowiska Unii i popierający rozwiązanie siłowe, do którego dążył Waszyngton, a kilka tygodni później Polska wzięła udział w inwazji na Irak. Były to decyzje fałszywe, świadomie oszukańcze, które doprowadziły do katastrofy w regionie, której tragiczne skutki nadal wszyscy odczuwamy, tam i w Europie.
Rząd PiS pod względem aksjologicznym, ideowym, kulturowym wypisał się z UE, chce jedynie czerpać z UE pieniądze i mieć dostęp do rynku.
Unia jako projekt polityczny, który służy wszystkim państwom europejskim, łączy te kraje, jednoczy, zwłaszcza wobec wyzwań zewnętrznych, taka Unia jest PiS-owi zupełnie obca, zatem zachowujemy się skrajnie nielojalnie, niczym V kolumna w stosunku do UE. Mnie to już nawet nie dziwi.

Może spróbujmy znaleźć jakiś pozytyw w organizacji tej konferencji, np. poprawa stosunków z Izraelem. Pamiętamy, że jeszcze niedawno mieliśmy potężny kryzys wywołany nieudolną ustawą o IPN.
Kryzys w stosunkach z Izraelem, wywołany przez tę samą partię, został naprawiony, bo Amerykanie założyli nam podwójnego nelsona i PiS uderzył dwa razy ręką o matę. Jak powiedział jeden z izraelskich negocjatorów tej zmiany w ustawie, strona polska uciekała z podkulonym ogonem. Stosunki z Izraelem trzeba mieć dobre, to oczywiste, i Polska, jak i wiele krajów, je ma, ale to nie wymaga takich ofiar.
Można mieć dobre stosunki z różnymi krajami, których przywódcy nawzajem nawet bardzo się nie lubią. Wystarczy być przyzwoitym. Trzeba mieć trochę rozumu, autonomii, wolności i przyzwoitości, która na dłuższa metę na pewno się opłaca, ale przede wszystkim mówi o nas samych.

W polityce międzynarodowej obserwujemy nową erę?
Na pewno, możemy mówić o powrocie do power politics w stosunkach międzynarodowych, tylko nie rozumiem, dlaczego my się w to wpisujemy. Rozbijając jedność UE, opowiadając takie rzeczy jak premier Morawiecki w ostatnim wywiadzie dla „Le Figaro”, to wygląda jak radość indyków na zbliżające się święta. Logika power politics nie może być dla nas korzystna w takiej sytuacji.

Z czym zostaniemy po tej konferencji?
Z niesławą, bo co ona innego może przynieść. Chyba że zapadnie decyzja, że lance w dłoń i jedziemy na Iran. Oczywiście to byłoby zbyt ryzykowne, ale przypomnijmy sobie, jak załatwił nas Nicolas Sarkozy, który najpierw zwołał konferencję międzynarodową w sprawie Libii, a gdy uczestnicy zjeżdżali się do Paryża, to dowiadywali się na miejscu, że już samoloty francuskie bombardują pozycje wojsk Kadafiego. W takie pułapki też czasem jesteśmy wciągani. Ja oczywiście nie szukam tu analogii i uważam, że coś takiego się nie zdarzy. Na pewno natomiast nie zabraknie osób z kręgu władzy i potężnego zaplecza medialno-PR-owego, które będą doszukiwać się pozytywów. Na pewno będą sprzedawać Polakom wizerunek kraju, który ma tak potężnego opiekuna. Nie sądzę natomiast, żeby ta konferencja przyniosła jakiś postęp, jeżeli chodzi o trwały pokój w tamtym regionie świata.
Oczywiście rządzący Polską uzyskają kilka punktów u Trumpa, ale proszę pamiętać, że takie indywidua jak Trump przemijają, a poważne mocarstwo, jakim z reguły są Stany Zjednoczone, pozostaje. O takich przysługach następcy Trumpa nie będą pamiętać.

PiS zachowuje się, jakby miał nigdy nie oddać władzy w Polsce, podobnie Trump w USA, ale wiemy, że popularność polityków na pstrym koniu jeździ. Jaka będzie pozycja Polska, gdy następny prezydent będzie wywodził się z demokratów?
Pamiętajmy, że prezydent Obama był demokratą i miał bardzo sceptyczny stosunek do Arabii Saudyjskiej, która z kolei robiła wiele przeciwko niemu. Dlatego też Donald Trump tak ochoczo zabrał się do naprawy tych stosunków, wysyła tam osobę zaufaną ze swojej rodziny, swojego zięcia Jareda Kuschnera (wszak chodzi o duże pieniądze, także dla rodziny), żeby odrobił te straty spowodowane przez Obamę. Prezydent Obama miał bardzo trzeźwe, realistyczne spojrzenie na rolę Arabii Saudyjskiej, która – jak wiadomo – zachowuje się dwuznacznie w grze z Zachodem. Z jednej strony prezentuje się jako bliski sojusznik Ameryki, a z drugiej z tego kraju wychodzi silne wsparcie finansowe dla różnych działań antyzachodnich, zarówno jeśli chodzi o terroryzm, jak i fundamentalizm religijny. To, że Amerykanie tego nie dostrzegają, zaślepieni pieniędzmi, które robią w stosunkach z Arabią Saudyjską, mogę sobie wyobrazić, ale że my nie zachowujemy w tej sprawie minimum przyzwoitości, pokazuje kompletny moralny upadek tego rządu i polskiej dyplomacji.

Konferencja po nic

Inicjatywa zorganizowania w Warszawie konferencji bliskowschodniej przynosi swoje owoce. To znaczy nie przynosi.

Inicjatywa pojawiła się z zaskoczenia. Od razu wywołała gniewną reakcję Iranu, który ją odczytał – jakże by inaczej – jako zakamuflowany, i to dość powierzchownie, ruch Waszyngtonu, aby wymanewrować Teheran, który na spotkanie nie został zaproszony. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Javad Zarif nazwał konferencję „desperackim anty-irańskim cyrkiem”. Trudno zresztą, aby zareagował inaczej po słowach swojego polskiego odpowiednika Jacka Czaputowicza, który stwierdził: „Nie zaprosiliśmy przedstawicieli Iranu, bo to uniemożliwiłoby normalne obrady. Irańczycy używają języka, który jest trudny do zaakceptowania”.

Po pierwszej, bardzo ostrej reakcji, wezwaniu do irańskiego MSZ chargé d’affaires polskiej ambasady w Teheranie i zapowiedzi irańskiej placówki w Warszawie o wstrzymaniu wydawania wiz polskim obywatelom (wycofanej później przez irański MSZ) sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu. Wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji Jacka Czaputowicza oraz wizyta na konsultacjach na szczeblu wiceministra (Polskę reprezentował Maciej Lang, stronę irańską – jego odpowiednik Sejed Abbas Arakczi) przywróciły stan, w którym Warszawa i Teheran jeszcze ze sobą rozmawiają. Minister Lang, poza spotkaniem z ministrem Arkaczim wykonał serię pojednawczych posunięć związanych z odwiedzaniem miejsc związanych z uczeniem pomocy, jakiej udzielił Iran polskim uchodźcom z ZSRR, ale komunikat polskiego MSZ w odniesieniu do aktualnej, merytorycznej kości niezgody jest wszakże bardzo enigmatyczny: „wiceministrowie omówili cele i oczekiwania wobec tego wydarzenia” – czytamy w nim.

Nad zaplanowaną za mniej niż miesiąc – 13-14 lutego – konferencją i tak nie przestaje unosić się atmosfera nadchodzącego fiaska. Nie pojawi się na nim szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini, a zatem kluczowy partner będzie reprezentowany na poziomie co najwyżej obserwacyjnym, reprezentowany przed delegację na niskim szczeblu. Mogherini zasłoniła się zaplanowanym od roku udziałem w szczycie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie i wizytami w krajach Rogu Afryki. Z jednej strony to wymówka wygodna, ale też pokazująca beztroskę, z jaką współorganizatorzy konferencji – czyli Warszawa i Waszyngton – odnieśli się do tego projektu, bo gdy z taką inicjatywą się występuje i ma ona być inicjatywą poważną, to wypada zatroszczyć się o to, czy główni partnerzy będą chętni wziąć udział. I zrobić to trzeba zanim termin zostanie ogłoszony. Bo nie przybiegają na dźwięk gwizdka.

A w przypadku UE, jej dystansowanie się ma przecież i drugie dno, gdyż w sprawach Bliskiego Wschodu i Iranu Bruksela ma własne opinie, jak działać i są one bardzo odmienne od amerykańskich. Tak w kwestii Jerozolimy, Syrii czy to podtrzymania funkcjonowania paktu nuklearnego zawartego przez grupę P5+1 z Iranem pomimo wycofania się z niego Stanów Zjednoczonych i równoczesnych gróźb sankcji wobec pozostałych sygnatariuszy, jeśli nie podporządkują się konfrontacyjnej koncepcji Donalda Trumpa.

Wcześniej udziału w konferencji odmówiła Rosja, uznając że byłoby to bezcelowe.

Co ciekawe, o ile amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo opowiadając o zaplanowanej konferencji nie wątpi w jej sukces, wyliczając listy krajów, które otrzymały zaproszenia, mniejszy entuzjazm wykazuje minister Czaputowicz. „Chcemy rozpocząć pewien proces, powołać grupy robocze, które zajmą się takimi kwestiami jak walka z terroryzmem, sytuacja uchodźców, pomoc humanitarna czy przeciwdziałanie zagrożeniom w cyberprzestrzeni. To są bardzo złożone problemy, więc nie spodziewam się, aby udało się już w Warszawie uzgodnić jakąś strategię. Raczej ograniczymy się do wniosków ministra Pompeo i moich” — powiedział minister. Pytanie tylko, że skoro celem konferencji jest „ograniczenie się do wniosków Pompeo i moich”, czyli by mniej eufemistycznie na to popatrzeć „Pompeo i Trumpa” – po co jest ta konferencja? I odpowiedź jest na to pytanie prosta: po to żeby się odbyła. I dała Pompeo do ręki jakieś dodatkowe karty. Choć, biorąc pod uwagę, jak inicjatywę odbierają partnerzy, których głos się liczy – będa to najprawdopodobniej blotki.